Otto poczuł szarpnięcie za ramię, które pozbawiło go resztek i tak płytkiego snu. Dłońmi, całymi w pyle, przetarł sklejone powieki. Otworzył oczy i zobaczył nad sobą mury kamienic pnące się ku niebu, nagie i osmolone. Reszta zmysłów też powracała do wyostrzonego stanu. Znów usłyszał pomruki wybuchów i terkotanie CKM-ów w oddali. Rozprostował nogi, przesuwając resztki cegieł, odrzucił koc obok karabinu i plecaka.
– Panie poruczniku! Łącznik!
Otto nie odpowiedział. Wstał i odruchowo otrzepał mundur, chociaż nie przynosiło to żadnego skutku – od kilku tygodni przebywali w mieście, a brud wrzynał się we wszystko.
– Leutnant von Greifenwald?
– Tak.
Łącznik przekazał papiery, zaheilował i odmaszerował. Otto przebiegł wzrokiem po rozkazach i dostrzegł między nimi list od Katrin. Zręcznym ruchem otworzył go scyzorykiem. W domu wszystko w porządku – Martin rozpoczął kolejny rok szkolny, a Anna i Klaus chowali się dobrze. Każdy list, który dostawał, był coraz krótszy, a dwa miesiące wcześniej Katrin przestała pisać, że za nim tęskniła. Pewnie nie chciała zawracać mu zbytnio głowy. Odłożył list na bok. Odpisze na niego wieczorem. I Führer i dowództwo mówili, że to piekło niedługo się skończy i wszyscy wrócą do domu.
Wierzył w to, choć początki nie sprzyjały – stalowa pięść Czwartej Armii Pancernej, za którą podążał pułk Otta, biła w próżnię przez długi czas, a nieliczne starcia kończyły się wycofaniem Sowietów. Kolejne dni, kolejne pustki. Przeprawili się przez Don i Doniec, klnęli na pył i upał podczas długich tygodni spędzonych na stepie, tylko po to, aby rozpocząć większe starcia na podejściu do Wołgi. Teraz jego oddział doszedł do jaru Caricy, a Niemcy zajęli dziewięćdziesiąt procent miasta Stalina. Koniec musiał nastąpić niedługo.
– Za dziesięć minut zbiórka! – krzyknął do oddziału.
Czas wykorzystał na posiłek – kilka kawałków ciemnego, czerstwego pieczywa posmarowanego masłem z dodatkiem konserwy. Chroniczny brak czasu, aby marzyć o czymś więcej – ciągle do przodu, przez wiele tygodni. Jedynym marzeniem było znów zobaczyć rodzinę, o czym przypominało mu zdjęcie w kieszeni na piersi. Siedzieli na nim wszyscy nad jeziorem w Neustettin – razem z Katrin i dzieciakami. Bez zdjęcia rodzina wydawałaby się tylko pięknym wspomnieniem, nierealnym snem odciętym przez śmierć i ogień.
Gdy oddział zebrał się i ruszył wzdłuż ulicy Gogolji, eskadry sztukasów leciały na północ, nad kurhan Mamaja, a ich syreny podczas nurkowania słyszano w całym mieście. Potem następował tylko rozdzierający pisk zakończony eksplozją bomb.
Oddział Otta zebrał się w końcu i ruszył. Działo pancerne StuH jechało środkiem ulicy, kilku żołnierzy chowało się za jego korpusem. Celowniczy nakierował działo na cel – narożną kamieniczkę przy skrzyżowaniu przed nimi. Wewnątrz panowało poruszenie. Działo ryknęło, a budynek eksplodował i zapadł się, wzbudzając chmurę kurzu.
Żołnierze zza StuHa wybiegli na prawo i od razu posypał się na nich grad pocisków z innych kamienic. Radzieckie karabiny maszynowe terkotały, lufy rozgrzane do czerwoności wypluwały serie pocisków. Otto trzymał się z prawej strony ulicy. Drużyna karabinu rozstawiła się przed nimi, odpowiadając ogniem.
– Przebijcie się przez piwnice, bo nas wyrżną! – krzyknął do reszty oddziału.
Wtem usłyszał narastające brzmienie silników. Wysoko nad nimi samoloty wykonywały półbeczki, aby po chwili zanurkować. Złowieszcze, ciemne sylwetki zbliżały się, po czym zrzuciły bomby z węzłów pod kadłubami. Narastał skowyt syren i świst spadających bomb.
Kilka eksplozji rozległo się przed nimi. Każda kolejna wybuchała bliżej, aż niebo zasnuł ogień i dym.
***
Ciasnym korytarzem poczekalni przechodziło wielu petentów, lecz nikt nie wdawał się w pogawędki. Otto w oczekiwaniu oglądał obrazy na ścianach z kolekcji Boskie Stworzenie – kadry ze świata, czyli stworzenie Adonai. Przed nim w kolejce został już tylko rolnik i siedmiolatka w szkolnym mundurku siedząca na kolanach mamy. Mijały minuty, mijały kwadranse. Mijały godziny, dni, miesiące, jak mu się wydawało. Cała wieczność.
Pewnego dnia drzwi jednego z gabinetów otworzyły się. Wyszła z nich kobieta o długich, ciemnych włosach i oliwkowej cerze. Choć ubrana w garsonkę i oficjalna w manierach, miała w sobie coś, co onieśmielało żołnierza.
– Pan Otto?
– Tak, to ja.
– Zapraszam.
W skromnie urządzonym gabinecie Otto zajął miejsce dla interesanta. Przeszklony dach wpuszczał dużo światła. Urzędniczka zajęła miejsce za szerokim, lakierowanym biurkiem i wyjęła czysty formularz. Za jej plecami Otto dostrzegł dwie pary drzwi – jedne mieniące się odcieniami bieli, od śniegu, przez mleko, aż po kość słoniową, migoczące w świetle i zmieniające się w promieniach słońca. Drugie były zupełnie czarne.
– Dzień dobry – zaczęła wolno. – Mam na imię Gabriela i będę przeprowadzać z panem przedprocesowy wywiad wstępny. Zanim zaczniemy, najmocniej przepraszam pana za opóźnienia… mamy wiele przypadków z pańskich czasów. Zbyt wiele, a dopiero skończyliśmy raporty z lat trzydziestych.
Gabriela uroniła łzę, którą wytarła rogiem chusteczki.
– Najmocniej przepraszam, rozegrało się wtedy wiele tragicznych i zbyt wcześnie zakończonych historii. Czy ma pan jakieś pytania, zanim zaczniemy?
– Nie – odpowiedział Otto, zdezorientowany reakcją urzędniczki.
– W takim razie proszę się przedstawić i podać najważniejsze informacje o sobie.
Jak rozkaz, to rozkaz. Żołnierz złożył raport.
– Nazywam się Otto von Greifenwald, urodzony trzynastego kwietnia tysiąc dziewięćset dziesiątego roku w Neustettin. Z miastem tym związany od zawsze i na zawsze. Mąż Katrin, ojciec Martina, Anny i Klausa.
Gabriela zapisywała w formularzu każde słowo, a po skończonej wypowiedzi i chwili ciszy podniosła głowę.
– Czy chciałby pan opowiedzieć więcej o historii swojej rodziny?
– Czy to konieczne?
– To wszystko ma znaczenie – odpowiedziała Gabriela.
– Moja rodzina… – zaczął z wolna. – Przeniosła się do Neustettin blisko siedemdziesiąt lat przed moimi narodzinami. Wywodzimy się z pruskiej tradycji wojskowej.
– Jak rodzina ukształtowała pańskie postawy i chęć kariery w armii?
– Dziad Klaus i ojciec Joachim służyli w piechocie i w trakcie swojej służby podnosili broń i parli naprzód, na Paryż, dwukrotnie: w siedemdziesiątym pierwszym i ponownie od roku czternastego do osiemnastego. Wielokrotnie słuchałem wojennych opowieści dziada i ojca, opowieści o pięknych wydarzeniach naszej historii, siedząc w naszym domu przy kominku i trzymając w dłoniach kubek gorącego mleka. O braterstwie w trudzie, dumie, niezłomności. Opowieści o błocie pod Verdun znałem tak dobrze, jakbym sam tam służył.
– Czy czuł pan tylko dumę? Czy coś więcej? – Gabriela nie odrywała się od kartki, a Otto na chwilę przerwał mówienie, będąc pod wrażeniem szybkości notowania.
– Nie tylko. Gdy byłem starszy, zrozumiałem kolejną część – ból i wstyd roku osiemnastego i dziewiętnastego, nóż w naszych plecach. Nie wiem, czy możliwe było bardziej upokorzyć Niemcy.
Otto, choć mówił, że chciał być taki jak dziad i ojciec, nieco mijał się z prawdą. Chciał więcej. Zostać żołnierzem, który wzniesie historię rodziny na jeszcze wyższy poziom – i tak też się stało. Za męstwo i rany w boju został dwukrotnie odznaczony Krzyżem Żelaznym: raz za Dunkierkę, a potem za udział w bitwie pod Kijowem, podczas której Niemcy wzięli do niewoli pół miliona ludzi z okładem. Otto pamiętał, jak po szutrowych ukraińskich drogach ciągnęły niekończące się tabuny radzieckich jeńców.
Urzędniczka przerwała mu dalsze rozmyślania.
– Wedle tego, co udało mi się ustalić, miał pan wybór pójścia na front przed ostatnim wyjazdem?
– Zgadza się.
– Czy gdyby znalazł się pan ponownie w czerwcu czterdziestego drugiego roku, podjąłby pan tę samą decyzję?
Przez twarz Otta przemknął grymas niezadowolenia. Mundur za każdym razem zakładał z dumą, tak jak obserwował to u swojego ojca.
– Nie mam wątpliwości. Wojna i tak miała się ku końcowi.
Pani Gabriela notowała jeszcze dłuższą chwilę, przejrzała notatki, kilka stron akt i zwróciła się do Otta:
– Ma pan w zasadzie dwie możliwości. Dalej oczekiwać na główną rozprawę lub podejść do czegoś, co nazywamy preprocesem lub osobistym rachunkiem wyrządzonych krzywd.
– Proszę wybaczyć – Otto obdarzył Gabrielę gorzkim uśmiechem. – Jakich krzywd? Całe życie byłem oddany krajowi, armii i rodzinie. Nie zasługuję na karę, procesy czy preprocesy. Wykonywałem dokładnie to, co do mnie należało.
– Panie Otto – odrzekła spokojnie. – Każdy musi się z tym zmierzyć.
– Niech będzie – przerwał. – Skoro i tak nie mam wyboru. Znużyło mnie już to oczekiwanie na korytarzu.
W tej chwili otoczenie się zmieniło, a z obłoku, który ich otoczył, wykrystalizowało się nowe. Świat poszarzał, sterty gruzu urosły, a wybite okna ziały pustą czernią. Świst zastąpiły pomruki strzelającej w oddali artylerii i echa wystrzałów karabinów. Powietrze pachniało spalenizną i śmiercią.
Nawała artyleryjska przetoczyła się przez ulicę. Otto odruchowo padł w lej po bombie, a Gabriela stała niewzruszona.
– Chowaj się! – krzyknął, podczołgując się do skraju dołu. Usłyszał brzdęk na zniszczonym bruku i łoskot spadających cegieł; jedna z nich przeleciała przez niego.
Podniósł się. Oddychał szybko, choć tak naprawdę nie musiał, i spojrzał na kobietę. Obejrzała okolicę powoli, a oczy się jej zaszkliły.
– Zawsze mi szkoda, kiedy ogień rozdziera dzieła ludzkich rąk i naturę. Przez wiele lat, kamień za kamieniem, cegła po cegle, budowano miasta, które teraz obracane są w ruinę. Drzewa dające cień w upalne dni to tylko wypalone kikuty. Tyle trudu na nic.
Otto nigdy nie pomyślał o tym w ten sposób. Wykonywał rozkazy, a to wymagało strzelania i bombardowania. Całkowitego zniszczenia wroga.
Działo pancerne StuH przejechało kilkadziesiąt metrów, odkąd znalazł się tu ostatnim razem. Zerwana gąsienica całkiem ześliznęła się z kół, a obok leżały dwa trupy. Rozejrzał się z niepokojem, domyślając się, na co może natrafić. Ruszył wzdłuż ulicy. Przy stercie gruzu po prawej stronie od StuHa dostrzegł żołnierza leżącego twarzą do ziemi. Po głębokiej bliźnie przy uchu poznał kapitana Horsta. Kilka metrów dalej leżeli martwi szeregowi: Schneider z oderwanymi nogami i Becker z kilkoma postrzałami tułowia i szyi.
Poszedł dalej, a Gabriela dołączyła do niego. Przed nimi ulica została rozdarta półtonową bombą lotniczą. Mijali znanych i nieznanych poległych, aż Otto zauważył pod murem kamienicy skurczoną sylwetkę.
Jego ciało leżało za barykadą, a ostatnią drogę wskazywała krew roztarta na bruku. Otto przykucnął. Twarz zastygła w bólu, a jego dłonie zdawały się dalej przytrzymywać brzuch, a w zasadzie to, co z niego zostało. Szrapnel rozciął powłoki, rozlewając na zewnątrz nie tylko krew. Otto przyglądał się dłuższą chwilę. Po tylu latach wojny trupy nie robiły na nim wrażenia, niezależnie od obrażeń, jednak na taki widok nie był gotowy.
– Sowieci w końcu mnie dorwali – powiedział, starając się stłumić emocje, lecz towarzyszka podróży patrzyła na niego z dziwnym współczuciem. – Niemniej oddałem życie za kraj, prawda?
– Panie Otto… to nie Sowieci. To niemiecka bomba pana zabiła. Błąd w naprowadzaniu wsparcia lotniczego.
– To niemożliwe, nasi operatorzy robili dobrą robotę…
– Dlaczego miałabym pana okłamywać?
Na to nie znalazł już odpowiedzi. Pokręcił głową, próbując szybko otrząsnąć się z napływających, natrętnych myśli o głupiej śmierci.
– To wszystko, pani Gabrielo? Czy jesteśmy tutaj tylko po to?
– Nie. To dopiero początek. Czy nadal myśli pan, że warto było walczyć na wschodzie?
– Tak mówił rozkaz…
Nad Stalingradem zebrały się gęste chmury. Pociemniało. Spadł deszcz, a później zrobiło się mroźno. Zrujnowane miasto przykryły śniegi, grzmoty wystrzałów ustały, samoloty odleciały w nieznanym kierunku, a ulicami pędzono wynędzniałe sylwetki, które w dramacie wojny zapomniały, co znaczy być ludźmi. Otto dostrzegł naszywki na piersi z dumnym orłem – przez zaspy brnęli także jego żołnierze.
Niedługo później ciała uprzątnięto z manierą taką, jaką sprzątano gruzy. Ciało Otta jak i jego towarzyszy trafiło do zapomnianej, zbiorowej mogiły. Nikt nie przychodził, nie składano tu kwiatów.
Minęło wiele lat, lecz naprawiono zniszczone drogi, wzniesiono nowe domy, zasadzono drzewa. Klony wypuściły soczyste liście, a kasztanowce zakwitły z całą mocą. Wróciły tramwaje, a drogami poruszało się mrowie samochodów. Zza uchylonych szyb brzmiała rosyjska muzyka.
Krew została przelana za naród, a porucznik wierzył, że nie na próżno.
– Przegrana bitwa to nie przegrana wojna – powiedział, wyprostowując się i poprawiając mundur. – Czym spróbuje mnie pani jeszcze ukarać? – rzekł z przekąsem.
– Ja pana nie karzę. Nie jest to w mojej odpowiedzialności. Czas ruszać dalej, panie Otto.
– Oddanie życia za ojczyznę zasługuje tylko na nagrodę. – powierdział szorstko. – Broniłem narodu. Co się stało z Niemcami? Jak potoczyła się wojna?
Gabriela chwyciła jego dłoń i unieśli się ku górze, płynąc przez niebo i chmury. Nie odzywali się do siebie przez setki, a potem tysiące kilometrów podróży. Lecieli na zachód.
***
Rozłożyste lipy, rosnące po obu stronach drogi, już dawno wycięto. W miejscu, w którym stali, nie było tych samych drewnianych płotów, które pamiętał Otto. Zabrakło sklepu Fishera i piekarni braci Möhne ze starym, wiszącym na łańcuchach szyldem, który skrzypiał przy najmniejszym podmuchu wiatru. Bruk, o który zdarł sobie kolana podczas wypadku na rowerze dziadka w wieku siedmiu lat, przykrył asfalt.
W końcu zabrakło piętrowego domu z czterospadowym dachem. Otto przeszedł ulicą, rozglądając się, i odszedł dalej. Po dłuższej chwili wrócił do miejsca, w którym stała Gabriela.
– Tutaj stał nasz dom… Co się z nim stało? Co się stało z naszą ulicą? Jesteśmy w Neustettin, tak? Mijałem matki idące z wózkami nad jeziorem. Rozmawiały w jakimś szczebioczącym języku. Brzmiały jak Polki!
– Panie Otto… – Popatrzyła na niego ze współczuciem. – Niemców tu już nie ma. Są, ale dalej. Hinterpommern znajduje się tylko na kartach historii, a Neustettin… jest polski.
– Jak do tego doszło? – zapytał z niedowierzaniem Otto.
– Pan był tego świadkiem, a potem jednym z tych, którzy zagłosowali zgodnie z sumieniem.
– Nic z tego nie rozumiem.
Gabriela klasnęła, a w tej samej chwili znaleźli się w mieszkaniu w kamienicy, skąd wyszli na balkon. Panował zgiełk, zgnębiony i głodny tłum ciągnął się po horyzont. Niepozorny człowiek w długim płaszczu wyszedł przed pierwszy szereg i krzyknął:
– Sieg heil!
Początkowo niewielu zareagowało. Ludzie spoglądali na siebie, lecz ci, którzy dołączyli, również wznieśli dłonie i zaczęli krzyczeć:
– Sieg heil!
To zawołanie wlało nadzieję. Ktoś dołączył do krzyku, ktoś zasalutował. W końcu ruszyli miarowym krokiem, rozpalili pochodnie i wznieśli je wysoko, a o ramiona oparli karabiny. Daleko na horyzoncie piece pracowały w dzień i w nocy, choć nikogo nie ogrzewały. Zawołanie tłumu zatrzęsło ziemią.
– Sieg heil! Sieg heil!
Wyprostowane dłonie wzniesione wysoko. Zadrżały serca owładnięte dumą. Ziemia zaczęła pękać.
Potężny głos rozdarł ją całkowicie, grzebiąc dziedzictwo narodu, a to, co zostało, podzielono na dwoje.
***
Otto i Gabriela siedzieli na trawie, gdzie stał dom rodzinny Greifenwaldów. Urzędniczka opowiedziała o tym, co wydarzyło się w kolejnych latach po jego śmierci, a przede wszystkim o decyzjach, o których nie wiedział. Żołnierz długo milczał. Prawda docierała do niego i burzyła jego świat. Pogrzebała miłość do ojczyzny, za którą zginął, a która wysłała swoje dzieci na śmierć, na froncie i w obozach.
– Teraz chcę tylko wiedzieć, co się stało z moją rodziną. Czy byli bezpieczni – rzekł cicho.
– Musimy więc udać się w dalszą podróż.
***
Niewielkie, zaledwie kilkunastotysięczne miasteczko Lahnstein w Nadrenii żyło swoim powolnym tempem, zaś strażnikami spokoju pozostawały zamki górujące nad Renem. Otto i Gabriela siedzieli na ławce. Porucznik rozglądał się zaciekawiony – okna budynków były nieprzyzwoicie duże, czasem zastępując całe ściany. Dachy zdobiły dziesiątki anten i talerzy, a na ulicach jeździły futurystyczne samochody, choć loga Volkswagena czy Bayerische Motoren Werke niewiele zmieniły się od czasów jego młodości.
– Chodźmy, panie Otto. Tu niedaleko wydarzy się coś, co musi pan zobaczyć.
Żołnierz kiwnął głową i poszedł za Gabrielą. Kilkukilometrowy spacer zachwycał go – w końcu wrócił do Niemiec, takich, jakie zapamiętał – uporządkowanych, czystych i przemyślanych. Gdy odeszli już od centrum, pokonując kolejne uliczki, znaleźli się przed czarną bramą cmentarza.
– Proszę za mną – rzekła krótko kobieta.
Gabriela ruszyła pośród cmentarnych alejek. Otto przyspieszył kroku, a później podbiegł, aby nie stracić jej z oczu. Kilka minut później zatrzymała się i wpatrzyła w pstrokatą marmurową płytę. Miejsce spoczynku Katrin i Andreasa Neumayerów.
– Nigdy wcześniej tu nie byłem – powiedział Otto i spojrzał na nią, a Gabriela gestem nakazała mu milczenie.
Do grobu zbliżyła się para staruszków i zatrzymała się. Kobieta w szarym płaszczu poprawiła torebkę i mocniej wsparła się na ramieniu męża, modląc się. Mężczyzna w końcu schylił się i położył skromny bukiet na nagrobku.
– Martin? – staruszka zapytała zachrypniętym głosem.
– Tak, najdroższa?
– Wiem… wiem, że nigdy nie chciałeś o tym mówić, ale muszę zapytać. Kim był twój ojciec?
Twarz nawet mu nie drgnęła, kiedy zbierał myśli i wysilał się, by odtworzyć urywki wspomnień. Skłamałby, mówiąc, że o tym nie myślał, natomiast z biegiem lat wydawało mu się to tak odległe, jakby historia została przez niego zasłyszana gdzieś przypadkiem. Członkowie rodziny dorzucali swoje plotki i wersje, które zawsze mąciły i tak nikły obraz wspomnień. Otto cofnął się o krok, zszokowany. Tylko co mogło wstrząsnąć nim bardziej: to, że udało mu się spotkać syna, czy to, że unikał mówienia o nim?
– Był żołnierzem, oficerem w pułku piechoty – Martin zamilkł na dłuższy moment. – Gdy został ranny po raz drugi na froncie, ze względu na doświadczenie mógł wybrać drogę instruktora w szkole wojskowej. Zdecydował jednak, że zostawi nas i pójdzie bić Sowietów. Zawsze opowiadał nam o tym, co to znaczy walczyć za kraj, i słowa dotrzymał.
– Rzeczywiście miał wybór?
– Tak. A przynajmniej tak zakładała mama, kłócąc się z nim. Wtedy jeszcze niczego nie rozumiałem. Pod koniec czerwca bawiliśmy się z nim na dworze, zanim skończył mu się urlop i pojechał ostatni raz na wschód.
– I zginął?
– Zginął. Pod koniec września czterdziestego drugiego roku mama dostała zawiadomienie ze sztabu polowego o jego śmierci w Stalingradzie. Płakała tak jak wtedy, kiedy nie wiedziała, co się z nim działo, lecz nie trwało to długo. Otrząsnęła się ze smutku i stwardniała, jakby w tym czasie przestała czuć. Musiała stanąć na wysokości zadania – stała się wówczas surowa i zakazała nam pytać, co trwało wiele, wiele lat. A ja… ja zacząłem go nienawidzić za to, że nas zostawił. Za to, że mała Anna tak tęskniła, i za to, że mama została sama z nami i z chorym Klausem.
Chorym? – pomyślał Otto.
Martin spojrzał na żonę.
– Całe szczęście, że mama potem poznała tatę i dzięki temu znowu się uśmiechała.
Tatę? – Żołnierz pokręcił głową w niedowierzaniu.
– Nie rozumiem – powiedział do Gabrieli. – Nic nie rozumiem. Jakiego tatę? I co wydarzyło się z Klausem?
– Przykro mi, panie Otto. Ze zdrowiem Klausa nie było najlepiej od lipca…
– Katrin nie pisała mi o tym…
– …a pod koniec listopada czterdziestego drugiego roku zachorował na zapalenie płuc i zmarł.
Otto zamilkł. Łzy spłynęły po policzkach, a on sam zadziwił się, że może jeszcze coś czuć. Gdy podniósł głowę, Martina i jego żony nie było już w pobliżu.
Nie wiedział o Klausie, choć czy wiedza by cokolwiek zmieniła? Siedział i pustym spojrzeniem patrzył w niebo, przeklinając w duchu własne wybory. To, co wydarzyło się na wschodzie, przestało mieć znaczenie. Świat, w tym jego bliscy, poszedł naprzód w nieznanym kierunku.
Kilka godzin później nastał mrok. Deszcz lunął strumieniami na ziemię rozgrzaną czerwcowym słońcem.
– Jak oni się tutaj znaleźli? Proszę mi pokazać.
Kobieta kiwnęła głową, uniosła dłonie, a otoczenie pojaśniało, chwilę później nabierając ostrości i barw. Otto poznał miejsce – to był pokój dziecięcy w ich domu w Neustettin. Anna bawiła się konikiem na biegunach, kiedy Martin rozmawiał z mamą, siedząc na łóżku.
– Nie martw się, synku. Andreas jest dobrym człowiekiem i na pewno się nami zaopiekuje – powiedziała Katrin, mocno przytulając chłopca. Raz głaskała chłopca dłonią po policzku, raz mierzwiła jego blond włosy.
– Ale to znaczy, że musimy się przeprowadzić? – chłopiec zapytał lękliwie.
– Tak. Za tydzień się spakujemy i wyjedziemy do Lahnstein, ale kochanie…– Musnęła ponownie jego policzek. – Nie martw się. Będziemy razem. Będzie tylko lepiej. Może nawet dostaniesz swój pokój?
Pomieszczenie zas mgłą, a ściany rozszerzyły się i wystrzeliły do góry. Okna powiększyły się, a ich brzegi pokryły się kolorowymi szkłami witraży. Otto odetchnął chłodnym, kościelnym powietrzem. Przed nim stanęła para ślubująca sobie miłość na wieki – szczęśliwa Katrin i dumny Andreas.
W tej samej chwili mury wydawały się rozpłynąć i ulecieć ku niebu. Żołnierz zobaczył, że stoi przy płocie niewielkiego domu w Lahnstein. Martin zarzucił tornister na plecy i otworzył skrzypiącą zieloną furtkę. Wtem Anna zbiegła po schodach, dołączając do brata, a za nią z domu wyszła Katrin. Jej spódnicy uczepiła się dwójka młodszych dzieci.
Otto nie wytrzymał. Zbliżył się do Katrin i krzyknął:
– Schwein! Schwein! Wystarczyła chwila, abyś o mnie zapomniała!
Wyciągnął ręce ku niej, lecz te rozpływały się przy próbie chwytu. Spojrzał jej w oczy, a przez chwilę wydawało mu się, że Katrin też go widzi. Zobaczył w jej oczach błysk i radość, te same, które pamiętał z ich wycieczki nad jezioro w dwudziestym dziewiątym roku. Na łące nad jeziorem wygrzewali się w sierpniowym słońcu, a w trawie cykały świerszcze. Otto strącił mrówkę z jej sukienki, lecz jego dłoń zatrzymała się na jej ramieniu, musnęła je i powędrowała na szyję. Pocałował ją. To właśnie wtedy wyznali sobie miłość i postanowili wziąć ślub.
Teraz stał przed Katrin i dotarło do niego, że nie był adresatem jej spojrzenia. Otto przygarbił się, czując ciężar tej myśli, a żal ścisnął gardło tak, że przez dłuższą chwilę nie mógł nic powiedzieć. Po kilku minutach odwrócił się do Gabrieli i zapytał:
– Długo będziesz mnie nękać? Chcesz się dowiedzieć, kiedy mnie złamiesz? To już się stało. Już nie mogę na to patrzeć! Katrin zapomniała o mnie bardzo szybko!
Gabriela przysunęła się i cicho opowiedziała:
– Nic tu nie dodałam, panie Otto, a co więcej, podczas podróży wiele obrazów odjęłam. Katrin o panu nie zapomniała i tego jestem pewna. Nie stracił jej pan na rzecz Andreasa, bo tak naprawdę, stracił ją pan idąc na wojnę… Jeszcze żyjąc i walcząc na Ukrainie i w Stalingradzie, już pan ją stracił. Gdy trwała pożoga nad Wołgą, gdy radzieckie lotnictwo i artyleria bombardowały wasze pozycje, Katrin przeżywała swój Ostfront i choć rozgrywał się on w zaciszu waszego domu to nie był lżejszy. Był inny.
***
Niedługo później Otto ze zwieszoną głową ponownie siedział w gabinecie. Gabriela uzupełniała notatki, a po chwili odłożyła pióro.
– Uzupełniłam już wszystko. Czy chciałby pan jeszcze coś dodać?
Żołnierz podniósł wzrok.
– Wiele myśli kłębi mi się w głowie. Zaczynają się od „gdyby”, choć jedna jest inna i wybija się najbardziej.
– Jaka?
– O jakże szczęśliwi powinni być żywi, bo mogą jeszcze coś zmienić.
Gabriela ujęła jego dłoń.
– Widzę w panu refleksję i żal. Wiem, że sąd będzie sprawiedliwy.
– Chciałbym… chociaż czy na to zasługuję? Nie potrafię powiedzieć jak jest mi żal tego, co zrobiłem mojej rodzinie. Co zrobiłem innym ludziom, a także i sobie. Już niczego nie jestem pewien.
Rozległo się skrzypienie zawiasów, Otto zamarł. Jedne z drzwi za urzędniczką otworzyły się szeroko.