RZECZ PIERWSZA, czyli śmiercionośny PROLOŻEK
Dokąd tak biegłem tamtego poranka? Na pewno na jakieś zaliczenie. Cóż, szósty rok studiów to nie przelewki. A może piąty? Chyba piąty. Jest w ogóle szósty? Racja, to musiał być piąty. Dziwna sprawa – teraz świta mi, że byłem już wtedy w szkole doktorskiej. To niesamowite, jak wszystko może się poplątać. Widać to wszystko nie było aż takie ważne. Biegłem więc na ten uniwersytet. Skacowany, spóźniony, nieogolony, z mokrymi jeszcze włosami, przeklinając w duchu samego siebie i to cholerne życie na pół gwizdka. Nic nigdy nie było takie, jakbym chciał, a lata leciały. Pełen obaw i goryczy pędziłem na łeb na szyję, i…
Wtedy syknęły hamulce i rozszalał się dzwonek. Motorniczy nie miał szans. Za duża prędkość, za duża masa. No, tak że walnął mnie tramwaj. Zapieprzał, nawet nie zdążyłem się odwrócić. Wtedy zginąłem. Swoją drogą, co za idiota kładzie torowisko tuż przed wejściem na uczelnię? Debilizm. Chociaż, może wystarczyło nie słuchać wtedy muzyki?
RZECZ DRUGA
Ocknąłem się, siedząc przy barze. Nie spadłem, nie sfrunąłem z chmurki, jak w kreskówce. Po prostu puknęło mi w uszach i już tam byłem. Ze szklanką w ręce i papierosem w zębach.
– No, jesteś wreszcie! – usłyszałem z prawej. – Chyba chcieli cię ratować, ale…
– Śmierć na miejscu – dodał ktoś z lewej.
Barman odpalił mi papierosa. Zamrugałem. W lustrze widziałem siebie i dwóch gości po bokach. Z lewej – groteska. Facet wyglądał kropka w kropkę jak ja. W sensie fizycznym, bo ubrany był na biało i świecił na niebiesko. Dziwadło mnie zaskoczyło, ale to na tego drugiego rzuciłem się tak, że mało nie spadłem ze stołka.
– Daniel! Jasny gwint, jesteś, żyjesz!
– Jestem, no. Ale ty nie żyjesz! To się liczy – cieszył się mój najlepszy przyjaciel, który pięć lat wcześniej wypadł z jedenastego piętra.
Wiedziałem, że gadam z duchem, ale jakoś tak mi się wymsknęło. Wiedziałem też, że i ja nie żyję, ale nie byłem tym przesadnie skołowany.
– Panie Dębina! – rzucił Daniel w stronę dziadka krążącego przy zapleczu.
„Niemożliwe”, pomyślałem, wytężając wzrok. Tak, to rzeczywiście był on. Pan Dębina! Ileż to godzin przesiedzieliśmy w jego tanim pubiku, ile razy stuknęliśmy w bile na tym wytartym do niemożliwości stole. Oglądaliście „Piłę”? Dębina wygląda identycznie jak John Kramer.
– Słucham, panie Danielu? – zapytał tym swoim cichutkim głosikiem.
– Trzy razy gin and tonic prosimy. I puśćcie odrobinę funku! „Love Rollercoaster” na przykład. Tematycznie, by uczcić zgon Matiego. – Roześmiał się szaleńczo. Chłopak od nagłośnienia pokazał kciuk w górę i zanurkował w komputer.
– Z cytrynką? – upewnił się Dębina słodko.
– Z cytrynką.
– Z lodem?
– Z lodem.
– Sekundeczkę.
– Ty, skąd go wytrzasnąłeś? – schyliłem się do Daniela. – Co on tu robi?
– Jak to co? Nalewa. – Roześmiał się. – A tak serio, to przychodzi tu czasem. Jak każdy, tu się sporo światów zazębia. Jest prestiżowo! A on? – To ceniony mistrz baru. Ma sporo spraw, ale dla ciebie znalazł chwilę.
– To on nie żyje?
– Mhm. – Przytaknął Daniel, zaciągając się dymem. – Pięć lat po tym, jak musiał zamknąć budę, umarł. Chyba na zawał.
– Halo, ja nadal tu jestem – wtrącił mój święcący na niebiesko sobowtór.
– Jeszcze się rzucasz? – warknął Daniel, choć raczej dla draki. W duszy pewnie mu dziękował. – Przez ciebie tramwaj go puknął!
– A co, miałem go wykoleić? Albo jego – wskazał na mnie prześwitującą dłonią. – kurde, przeteleportować? To niezgodne z regulaminem. Tak się już nie robi, nie te czasy.
– Przepraszam, kim pan jest? – zapytałem.
– To jest, mój drogi, twój anioł stróż! – z szyderczą pompą oznajmił Daniel. – Raczej mierny, gdyby mnie kto pytał o zdanie.
– Matael.
Uścisnęliśmy sobie ręce. Skórę miał dziwnie chłodną.
– Miło wreszcie się pokazać, stanąć twarzą w twarz – dodał, ale bez entuzjazmu. Miał czarne białka i białe tęczówki. Wzrok zdradzał najwyższe znudzenie, błądziła w nim jeszcze dezaprobata. Pomyślałem sobie wtedy, co on przez te lata musiał widzieć, i odwróciłem głowę.
– A zatem, Mataelu – podenerwowany zacząłem strzykać stawami. – Dlaczego wyglądasz jak ja? I nazywasz się prawie też tak samo?
– Ot, taki zwyczaj, ułatwia masę spraw. To tylko forma, jak ubranie, normalnie wyglądam inaczej, jak zresztą chcę. To samo z imieniem.
– W sumie to jest duchem z natury, nie? – Daniel zdusił peta w popielniczce. – Nie ma przypisanego ciała.
– No, powiedzmy – przyznał Matael, chyba dla świętego spokoju.
Dębina wracał ze szklankami. Dwie trzymał, trzecia leciała obok niego. Daniel wyciągnął zza pazuchy pomięte banknoty z kabalistycznymi symbolami.
– Reszty nie trzeba – rzucił nonszalancko. Dębina ukłonił się, postawił przed nami szklaneczki i zniknął na zapleczu.
– Macie tutaj pieniądze?
– Wszystko mamy. Cokolwiek było i będzie!
– Później sobie pogadacie. Teraz formalności. – Anioł pociągnął łyk ze szklanki i schylił się do teczki. Wyciągnął z niej kartki. – A więc tak. – Gestem kazał mi się schylić. Przejrzałem pobieżnie strony pełne urzędowego bełkotu. Papier opalizował znakami wodnymi, wszędzie przybito pieczęcie.
– Podpisz tutaj i tutaj. Czytelnie – wskazywał miejsca. – O i jeszcze tutaj. A tu możesz ocenić moją służbę. – Głos mu się podłamał. Przez ramię usłyszałem chichot Daniela. Zakreśliłem mu w rubryce pięć gwiazdek. W takich chwilach nie jestem asertywny.
– O Jezu! Dziękuję bardzo! – Uścisnął mi oburącz dłoń. – Dobra, jeszcze się zobaczymy, ale muszę lecieć.
– Dokąd?
– Dali mi nowego pod ochronę. Urodził się parę godzin temu, już jestem spóźniony. Rafał urwie mi jajca! – Dopił drinka, a z pleców wyrosły mu skrzydła. Wstał i odleciał w stronę lobby.
– Oni tak zawsze. Mało ich to wszystko obchodzi. Dobra. – Daniel klepnął się w kolana. – Dopijaj i idziemy. Pokażę ci to i owo.
RZECZ TRZECIA
Mknęliśmy błękitnym chevroletem impala w wersji cabrio przez Nowe Jeruzalem. Daniel w kiczowatym, cekinowym garniturze, ja w czarnym, w którym za życia chodziłem na praktyki. Wokół nas huczała nocnym życiem Stolica Rzeczywistości. Wśród budynków rosły palmy i cyprysy, wszędzie migotały neony. Umarli ze wszystkich epok przelewali się po chodnikach, w powietrzu latały anioły i rajskie ptactwo. Niebo lśniło ramionami galaktyk.
– Na otwarcie wieczoru nie zdążymy, ale większość atrakcji zobaczysz – Daniel przekrzykiwał warkot silnika. – Daj papierosa, skończyły się. Tam, w schowku. I wyjmij gruszkę.
Wcisnął przycisk nad radiem i z głośników popłynęło „Paradise City”. Sięgnąłem pod deskę rozdzielczą. Wyciągnąłem camele i butelkę gruszanego fuzla. Odpaliliśmy, łyknęliśmy, a Daniel docisnął gaz. Z hukiem gnaliśmy na północ, wyprzedzając inne samochody, ale też rydwany, konie, a nawet i słonie.
– Duży ruch – mruknął, mijając T-34. – Pewnie też do cyrku jadą.
– Cyrku?
– Zobaczysz. Nowozmarli mają zniżkę śmiertelną, zabawisz się jak nigdy!
Auto wspinało się po wzgórzu rodem z San Francisco. Gorący wiatr mierzwił włosy, pachniał daktylami i sandałowcem, jak w saunie ziołowej.
– Co tu jest wokół miasta? – zapytałem.
– Wokół? Różne rzeczy. Pustynia, oazy, rzeki też. Jak w Sumerze jakimś. Niwy zielone, i tak dalej!
Kabriolet minął wierzchołek, i w oddali wyrosło gmaszysko. Wyglądało jak fuzja zikkuratu i nowojorskiego hotelu, do tego całe w neonach. Krył je czarno-złoty dach w formie cyrkowego namiotu. W niebo strzelały światła reflektorów, które bujały się, jakby Batmana wzywali. Wszędzie latały sterowce i inne badziewia. Niektóre cumowały przy wieżach, inne krążyły wyświetlając różne głupoty.
– Oby było miejsce. – Daniel wjechał na zakorkowany po horyzont parking. – Albo walić. Dziś szalejemy!
Pomknął wolnym pasem w stronę wejścia nakrytego falistym tympanonem. Lśnił nad nim neon „Circus Quietus”, a wyżej tańczyła iluminacja – żonglujący czaszkami klaun-kościotrup. Daniel wjechał pod same schody, na czerwony dywan, potrącając barierki. Przybiegł walet w fikuśnym uniformie.
– Zaparkuj i daj w rejestr. – Rzucił mu kluczyki. – Daniel Huliński!
– Naturalnie, sir.
Wbiegliśmy po schodach. Chwila szamotaniny w zatłoczonych bramkach, i wpadliśmy do lobby.
– Poczekaj tu. – Pobiegł do kas, a ja stałem i nie wiedziałem na co patrzeć. Lobby jak lobby, tylko ogromne i pełne dziwactw. Jaskiniowcy, rycerze, szykowne damy i panowie w cylindrach, błazny, szkielety, pijane anioły z opadłymi smętnie skrzydłami. Co jakiś czas przebiegało dzikie zwierzę.
– Udało się! – Wrócił Daniel wachlując biletami. Złapał mnie za rękaw i porwał korytarzem. – Za chwilę Pochód Śmierci!
Stanęliśmy na widowni zadaszonego holu, który przypominał jakiś cudaczny hipodrom. Wszędzie wisiały kotary i gonfalony, końca tej perspektywy nie było widać, ale goście i tak ledwo się mieścili. Walnęły bębny, i z oddali wyłoniło się czoło parady. Na przedzie szli nadgnili Rzymianie, trzymając wysoko włócznie i imperialne orły. Obok baraszkowały egzotyczne zwierzęta. Potem nadjechały dymiące przestrzelinami czołgi, obwieszone kwieciem. Pancerniacy urwanymi kończynami pozdrawiali tłum. Po nich wkroczyła karnie napoleońska orkiestra grając „Teddy Bears Picnic” Bratton’a. W partiach dętych wspierali ją Celtowie, dąc w carnyxy. Do taktu strzelały armaty ciągnięte przez barokowych dragonów. Widownia rzucała kwiaty i pieniądze pod nogi umarłych, których maszerowały coraz to dziwniejsze grupy.
– Czemu są tacy zmasakrowani? – zapytałem Daniela. – My wyglądamy normalnie.
– Konwencja artystyczna! Tutaj można wszystko. Patrz! Zbliża się! – Ręką wskazał gdzieś za tłum zabitych.
Względny porządek ustąpił miejsca szaleństwu, i parada zmieniła się w wielobarwny rój kuglarzy. Wirowały kukły, flagi i buńczuki. Latały żonglowane piłeczki, brzdękały dzwonki i rozbijane butelki. Na prospekt wjechały platformy pełne ustrojstw. Z dysz buchnęły ognie, a stojące na scenach szkielety walnęły trzymanymi piszczelami w bębny. Po chwili dołączyły syntezatory, a z elektrycznych gitar sypnęły iskry. Poznałem utwór – Velcro Fly ZZ Top’u. Na podeście szalał Dusty Hill, wyśpiewując pierwsze wersy. Co prawda za życia był basistą, ale widocznie skoro główny wokal zespołu jeszcze żyje, musiał się doszkolić.
– Co tu się dzieję…
– Przybył Śmierć! – wrzasnął Daniel i zagwizdał przez palce. Tłum wrzał. Chciałem go dopytać, ale gdy platforma z Hillem pojechała dalej, wszystko zrozumiałem. Na tronie siedział wielki szkielet okryty gotycką kapą, ze złotą koroną na czaszce. Nad nią płonęła biała aureola. Spod płaszcza wystawały dwie pary srebrzystych skrzydeł. Popijał wino z pucharu, które przelatywało mu po kręgach i do taktu pstrykał paliczkami.
– A-ZRA-EL, A-ZRA-EL !!! – skandowali, a on ich błogosławił.
Obok tronu jechali z rozwiniętymi chorągwiami krzyżowcy, najeżeni strzałami Saracenów. O nic już nie pytałem.
Lataliśmy po Circus Quietus parę dobrych godzin. Daniel wykupił bilety na masę atrakcji, a czasu w końcu nikomu nie brakowało. Ta fuzja cyrku, kasyna i meliny potrafiła zmęczyć. Czego tam nie było! Bitwy na arenach, pokazy wesołych egzekucji, klaunady i iluzje. Walcujące słonie, delfini chór i orkiestra niedźwiedzi, spotkania z wielkimi osobistościami wszechczasów. A propos osób; tam był dosłownie każdy! Był też każdy taniec i muzyka, strój i szaleństwo, każdy narkotyk. Daniel upodobał sobie eter, piło się go na szklanki, a zapijało wodą ziołową. Od diabelstwa miękły nogi, a alkohol dodatkowo mieszał w głowie. Było dramatycznie. Doczłapaliśmy się w końcu do Macabresque Skybar Complex, prestiżowego lokalu w zachodniej wieży.
– To mój ostatni drink – zamruczałem, wylewając rum na blat. Stojąca za barem faraonka ze sztyletem w sercu zmarszczyła brwi, ale starła plamę szmatą.
– Nie bój nic! Jeszcze raz to samo! – Daniel wyciągnął banknoty. Wyglądał straszliwie, prawie nie mogłem patrzeć. W pokrwawionym podkoszulku, cały siny, pokrzywiony. Ze stawów sterczały strzaskane kości. Taka była atrakcja tego miejsca – każdy wyglądał tak, jak umarł. Oczywiście nikogo nic nie bolało, ale domyślacie się, jakie były widoki. Nazwa lokalu pasowała, muzyka również. Wtedy leciało „Dead Man’s Party” Oingo Boingo. A jak wyglądałem ja? Miałem siny bok ciała i urwaną skroń. Starałem się nie patrzeć na szklanki, by przypadkiem nie dostrzec odbicia gołej kości.
– To miejsce. – Czknąłem. – Zaczyna do mnie docierać.
– Nonsens! Golnij sobie.
– Tęsknię za mamą.
– Każdy tęskni za wszystkim, za życia i po śmierci. That’s life!
– A ty?
– Cóż. Wszystko z czasem się wygładza, nie ma się już żalu, ani wątów.
Milczałem.
– Wiesz, że to Paweł wyrzucił mnie z okna? – oznajmił w końcu, jak gdyby nigdy nic. – Wtedy, na imprezie.
– Co? – wykrztusiłem.
– No, takie jajca! Pijackie popisy, pokłóciliśmy się. No i mnie wypchnął. Nikt go z tym nie połączył, ot, nieszczęśliwy wypadek, a ja wkurwiony byłem, jak nigdy. Trochę go potem straszyłem po nocach, ale w końcu dałem spokój.
– Niedobrze mi. – Złapałem się za głowę. – Nic nie mów. Wyjeżdżam.
Myślał chwilę, aż wymyślił;
– Wiem! Porozmawiaj ze Śmiercią!
– Z Azraelem?
– Tak!
– Niby jak? Pewnie jest na salonach.
– Coś ty! Za ścianą mają bunkier do rave’a, przychodzi tu na koniec. Proszę pani – zwrócił się do faraonki. – Jest szef dzisiaj?
Przytaknęła.
– No! To idź, tamtędy.
– I co mam powiedzieć?
– Cokolwiek. Lubi gadać. Idź!
RZECZ CZWARTA
W korytarzu walały się kegi po piwie i skrzynie na instrumenty. Znalazłem jakieś zaplecze. Wcisnąłem się za winkiel, i przedarłem przez kotary. Po uszach walnęło mnie „It’s Grim Up North” KLF’u. Chyba używali tutaj prawdziwych pociągów do tych gwizdów, bo huk był straszliwy. Pod sufitem krążyły burzowe chmurki. Strzelały z nich błyskawice, robiąc za oprawę.
– Gdzie Azrael?! – wydarłem się do ucha jakiejś babce. Za pierwszym razem mnie nie usłyszała, za drugim machnęła kierunek. Przeciskałem się przez skaczące masy umarłych. Nad głowami dostrzegłem w końcu aureolę z białych płomieni. Podszedłem bliżej.
Chwilę zbierałem się w sobie.
– Panie Azrael – powiedziałem cicho. Chyba bałem się, że usłyszy. Muzyka zagłuszyła kompletnie moje słowa, ale Śmierć przestał tańczyć i odwrócił się. Nie był już czterometrowym szkieletem, tylko jakimś cwaniaczkiem z początku millenium. Miał jeansy, pas z czachą, i czarną żonobijkę. Spod smolistych włosów lśniły sportowe raybany.
– Poczekaj – usłyszałem w głowie. Azrael rozłożył ręce i w ekstazie spojrzał w górę, rozkoszując się ostatnimi taktami hymnowej wstawki z „Jerusalem”. W końcu utwór odbiegł końca, a on pstryknął palcami.
– Przepraszam za bałagan, ostatnio rzadko tu bywam – rzekł zgarniając graty z blatu. Rozejrzałem się skołowany. Siedziałem w fotelu naprzeciw ogromnego biurka. Za szybą lśniła panorama Nowego Jeruzalem. W pokoju tykało ze dwadzieścia zegarów, w tym pięć z kukułką. Na wieszakach wisiały koronkowe rokiety i ornaty. Wszędzie walały się krzyże, klepsydry i tacki z kokainą.
– Tak, tak, jesteśmy dalej w cyrku. Zabrałem nas do biura, lepiej się rozmawia. Oczywiście nie jest to moje główne biuro, a raczej graciarnia przypisana do tego przybytku. Wiesz, jestem Dyrektorem Departamentu Spraw Ostatecznych, i tak dalej.
– Słyszałem – bąknąłem.
Na biurku rozdzwoniło się z piętnaście telefonów.
– Na Boga! – syknął. Podszedł do kontaktu i wyrwał przedłużacz. Telefony umilkły. – Poczekaj, jeszcze sekundka. – Nacisnął guzik wbudowanego w blat interkomu. Nie działał. Rozgoryczony odwrócił się do szafki i wyciągnął z niej srebrną słuchawkę. – Morael, jesteś jeszcze na dyżurce? Dobrze. Przyjdź za pół godziny i poodbieraj od tych wariatów. Tylko telefony najpierw podłącz, a nie jak ostatnio, że sam ze sobą gadałeś i wziąłeś za nadgodziny! No, no, to bądź. Żegnam.
Wrócił do biurka i rozwalił się w fotelu. Kowbojki położył na blacie.
– No, Mateusz. Słucham.
– Em…
– Bez nerwów, miałem takie gadki milion razy. Chcesz wiedzieć, bla, bla, czemu cię zabrałem, bla, bla, czemu zginąłeś, takie tam.
Nie odpowiedziałem.
– Nie podoba ci się tutaj? Jest ci źle? Bo sądzę, że bawisz się za wszystkie czasy. Patrz!
Wziął pilota i odpalił telewizor. Na pierwszym kanale jakiś anioł w garniaku przedstawiał newsy z Ziemi.
– A spieprzaj – syknął i zmienił kanał na drugi. Puszczano na nim powtórkę dzisiejszego Pochodu Śmierci. Podgłośnił i zaczął podrygiwać w fotelu.
– Niezłe przedstawienie – mruknąłem.
– Niezłe?! Wyjebane w kosmos! Każdy mnie tu kocha, ty też!
Zbierałem myśli, a rozbawiony Azrael klasnął w dłonie. Zdjął okulary. Oczy miał jak mój anioł stróż, ale straszniejsze. Swoją drogą, po co on te raybany nocą nosił? Dla szpanu? Chyba. Anioły widać nie różnią się znów aż tak mocno od ludzi.
– Przyznaj się. No, śmiało. Daniel dawno już to przyznał. Każdy, kto ma rozum, a ty go masz, w końcu to przyznaje.
Udawałem, że nie rozumiem.
– Życie? To nuda, to nie dla ciebie. Chciałeś tego. Od lat. Możesz udawać, choćby przed sobą, ale znam prawdę. – Zrobił pauzę i uśmiechnął się rozkosznie. Jego aureola zabłysła. – Jestem potężnym potworem, zobacz, jak zeruję to na pewnym gruncie.
– Słucham?
– Moja ulubiona piosenka, „Nota a Waste of Sky”. Zespół Trust.
– Nie znam.
– Ja zaś znam każdą piosenkę, a ta, to praktycznie mój theme song! Ciekawe, czy Hiley wie, co napisał! Ha, jak umrze, to się zdziwi! Posłuchaj sobie kiedyś.
– Na pewno.
– Koniecznie! Ludzie są właśnie jak te błądzące króliczki, a ja im w końcu zwracam szczęście i zakładam koronę! Chociaż, po prawdzie, to po dzisiejszym występie chyba jednak wolę „Velcro Fly”.
– Jest pan całkiem muzykalny, no i wesoły, jak na Śmierć.
– Phi! Jestem radością samą w sobie! Taniec śmierci, mówi ci to coś? To wy, tam, na dole, robicie ze mnie Bóg wie kogo. Żenuje mnie to, jak niektórzy kurczowo trzymają się życia. Dlatego kocham samobójców! To moje oczka w głowie, piją za darmo. Ogólnie to jestem panem całej boskiej rozrywki. Zdradzić ci tajemnicę wszechrzeczy?
Przytaknąłem, bo czemu nie.
– W tym wszystkim chodzi o rozrywkę. Istnienie to rozrywka. Przez sam fakt! Jestem jednym z niewielu, którzy Szefa rozumieją, i dlatego tak mnie uwielbia! To ja otwieram kolejne drzwi! Tyle światów, tyle możliwości! Wszystkie rzeczy, cokolwiek, kiedykolwiek istniało i istnieć będzie. Bez końca! Bałeś się zrobić coś za życia? Zagadać do laski, do chłopaka, walnąć mefedrynę? Zrób to teraz! Czas pożyć, a tylko śmierć gwarantuje życie! – Tryumfalnie uniósł ręce. – W istnieniu chodzi o przeżycie czegoś, a nie o życie jako takie.
– A właśnie. Wiem, banalne, i to też pewnie pan słyszał, ale… Jak to jest, że ludzie giną?
– To znaczy? – zapytał odpalając papierosa.
– No. Giną przypadkiem? To los? Myślałem, że pan za to odpowiada, a teraz gada pan o życiu.
– Cały czas kogoś zabijam. – Źrenice się mu zwęziły, aureola buzowała. – W każdej sekundzie porywam jakieś dwie, trzy dusze, i każdą tę sekundę uwielbiam. Czasem osobiście, czasem przez delegatury. Ciebie zabiłem osobiście. Taki tramwaj to może nic romantycznego, ale przynajmniej nie bolało. Niektórzy muszą się pomęczyć. Wiesz o tym, prawda?
Coś wybiło mi z głębin pamięci, coś strasznego, nie będę rozwijał. Zakręciło mi się w głowie, zegary na ścianach zatykały głośniej. Poczułem, jak zimny pot wsiąka mi w kołnierz. Zluzowałem krawat.
– Co, kacyk już męczy, hipoglikemia, hę? Umęczona duszyczka! – Zaśmiał się i pstryknął palcami. W naszych rękach pojawiły się corony z limonkami w szyjkach. – Do dna!
W całości połknął owoc i jednym haustem wydoił piwo. Butelkę rzucił do kosza, jakieś dziesięć metrów dalej. Trafił.
– No dobrze, tyle było o mnie. Czas pomówić o tobie. O, Mateusz, a jaka jest twoja ulubiona piosenka?
– Hm, w sumie sporo ich. – Pociągnąłem łyk. – Ale taka jedna? Chyba „Blind Vision”.
– Blancmange, oczywiście. – Pokręcił głową z uśmiechem. – Mówiłem, że tutaj pasujesz, to cał…
– Albo nie! – przerwałem. – „Heartland”, wersja 1983’, Sisters of Mercy.
Zawiesił się i pobladł, a i tak był już biały. Zmrużył oczy. Czułem jego spojrzenie jeżdżące mi po zakamarkach kręgosłupa. Wreszcie uśmiechnął się i zaczął nerwowo łypać po biurze. Płomienie aureoli jakby przygasły.
– To…To ulubiona piosenka Rafała.
– Archanioła?
– Dyrektora Departamentu Spraw Doczesnych. Kutas… Dobra, zmykaj już. Wracaj do Daniela i baw się dobrze. Jeszcze się spotkamy, nie raz. Pomówimy o muzyce. A, no i wsiądź do tego tramwaju.
– Jakiego znów tramwaju?!
– Zobaczysz. Jedź na Kujawy.
– Co?
– Koniec audiencji, pa, pa. Zadzwonię w parę miejsc i też wracam na balety. Na śmierć zawsze przyjdzie pora, a ja też chcę czegoś od życia. I jeszcze jedno, w sumie to najważniejsze. Fajna skroń. Ze śmiercią ci do twarzy.
Pstryknął palcami i pojawiłem się przy barze obok tragicznie już schlanego Daniela.
RZECZ PIĄTA
– Bierze?! – Daniel poderwał się z krzesła.
– Fala – ocenił Sołtys, sięgając do wiadra z lodem po kolejnego żubra.
– Rzuci pan jedno.
Rzucił. Otworzyłem puszkę i siorbnąłem pianę. Tutaj te siki nawet smakowały. Od paru dni byliśmy nad jeziorem w sercu Kujaw, a raczej ich zaświatowej, wyidealizowanej wersji. Złote pola, pasma zalesionych pagórków, piaszczyste łachy i bezkresne łąki. I te jeziora!
– Psia mać! – Pan Homka wbił sobie haczyk w rękę.
– Uważaj!
Tafla jeziora zmarszczyła się, wiatr pachnący sosnami rozwiał mi włosy. Dobrze mi tam było.
– Dzisiaj słabo – ocenił Daniel, montując wędkę na statywie.
– Wieczorem wypłyną. – Homka wyciągnął krwawiący palec z ust. – Na żer.
– To po kiego grzyba teraz siedzimy?
– Dla spokoju! Dla świętego spokoju! – obruszył się Sołtys. – Chcesz, to wracaj do chałupy, i wąchaj te swoje świństwa.
Spokój… To słowo dłuższą chwile pobrzmiewało mi w głowie.
– Odnalazł pan spokój? – zapytałem go wreszcie.
– Hm… Tak sądzę.
– Nic by pan nie zmienił?
Popił piwa i zamyślił się.
– Nie. Czasem tylko… Za żoną tęsknie. Wiadomo, spotkamy się w końcu, ale… Nieważne. A ty, młody? Jak czujesz się po śmierci?
Wiedziałem, że w końcu zapyta.
– Nie wiem. Jakby mnie na ławce rezerwowych posadzili.
– To znaczy?
– No, jakbym wypadł z obiegu.
– Widzisz? – wtrącił się Homka. – Mówiłem, że coś go gryzie. No, a po śmierci to aż dziwne. Musisz, Mati, coś z tym zrobić.
– Co zrobi, no, co zrobi? – zirytował się Sołtys.
– Niech do Aspektowa jedzie. Tam się dziwy dzieją, niejedną hece rozwiązali.
– Kto rozwiązał?
– No, Góra.
– Drogowskaz na krańcu światów… – Sołtys coś sobie przypomniał.
– Tak! Pewne sprawy trza dokończyć. Jedźcie, choćby teraz!
Dali nam mapę drogową, kanapki i bimber. Pan Homka spakował nam jeszcze jakieś graty, które bardziej chyba przydałyby się w inwazji na Danię. Lata w LWP zrobiły swoje. Opuściliśmy wioskę i pomknęliśmy w złote pola. Nie wiem, ile godzin jechaliśmy. Może dwie, może dwadzieścia. Daniel prowadził, a ja robiłem dziwne rzeczy. Odpalałem papierosa, gasiłem. Wierciłem się, poprawiałem pasy, kierunkowałem nawiew. Popijałem fuzla, by zaraz przegryźć go autorską mieszanką trzeźwiącą. Została już tylko resztka amfetaminy i jakieś gówienka. Chyba się uodporniłem, bo nic nie działało. Zwłaszcza ten cholerny adrenochrom, miejska legenda. Ale nie potrzebowałem stymulantów, by mieć mętlik w głowie. Różne warstwy mojego jestestwa wychylały się i chowały, pozostawiając po sobie niesmaczne echa. Złe decyzje i międzyludzkie haryndy odbijały mi się pod nagrzaną czachą. A, no i namiętnie słuchałem „Heartland”’u.
– Ja pieprzę, to leci już setny raz! – zawył w końcu Daniel.
– Zostaw. Analizuję.
Podgłośniłem. Eldritch zawodził cudownie, a ja znałem już tekst na pamięć. Od tyłu też. Czego w nim szukałem? Chyba wszystkiego. Ale jedno było najważniejsze, coś, co wtedy odkryłem, a czego za życia nigdy nie widziałem – tekst był modlitwą. Ale o co? Do kogo? Tego nie udało mi się ustalić.
– Ty, pa! Jest!
Przejechaliśmy obok znaku. Teren zabudowany, wyżej tabliczka: Aspektów Kujawski. Przed nami wyrosło miasteczko. Puste, szare, dziwne. Duszy w nim nie było. Ale, co dziwne, ani śladu korozji. Zupełnie, jakby mieszkańcy wynieśli się godzinę temu. Daniel zaparkował pod monopolem.
– I co teraz?
– Zaczekaj tu, sam pójdę.
– Gdzie?
– W dupę! Po prostu zaczekaj.
Przeskoczyłem płot placyku i ruszyłem przed siebie. Ratusz, remiza, drewniany kościółek. Nie kojarzyłem miejsca, ale poczułem się swojsko. To wszędzie wygląda podobnie. Nogi zaprowadziły mnie na osiedle z domkami. Naraz niebo poblakło, żywopłoty i bluszcze pożółkły, trawa zrobiła się błękitna, a piach różowy. Przetarłem oczy, bez zmian. Jakieś gówna, powidoki, głowa buzowała. I wtedy to zobaczyłem, ten dom. Małżeństwo prowadziło dziecko za rączki. Obydwoje młodzi, szczęśliwi, a dziewczynka to aż skakała z radości. Tyle ciepła i nadziei, czuć to było powietrzu. Czułem też, że nie chcą mnie tutaj. Podszedłem bliżej, stanęli. Moi rodzice.
– Mama? Tata?
Oni nic, jak woskowe kukły. Serce waliło, do uszu przestały dochodzić dźwięki. Próbowałem dostrzec twarz dziewczynki, daremno. Jakby ktoś nałożył cenzurę. Ojciec odwrócił się, wciąż uśmiechnięty, ale nie spojrzał na mnie. Patrzył gdzieś w chodnik. Był w moim wieku. Uniósł rękę i wskazał kierunek. Za płot, na pola. Na zachód. Wtedy wszystko zniknęło, a ja stałem sam pośrodku ruin.
Zerwałem się i pobiegłem ulicą. Droga powrotna zdawała się krótsza. Domy, płoty, domy, plac. Daniel nadszedł od parkingu.
– Stało się coś? Jesteś blady jak ściana.
– Wsiadaj, jedziemy.
– Gdzie?
– Ja kieruję.
RZECZ SZÓSTA
Wtoczyliśmy się na pustkowie. Płowe krzaki, aż po horyzont, falowały na wietrze, który pachniał chyba wszystkim, co tylko możliwe. Między kępami walały się pordzewiałe graty i sterty cegieł. Promienie słońca sunęły po gruncie, jak światła teatralnych reflektorów. Ziemną drogę przecinały niezliczone rozstaje, ale ja znałem kierunek. Prułem jak szalony, a piach ciągnął się za nami pióropuszem. Wreszcie horyzont zaczął się zmieniać; rozmył się we mgle, górę podzielił wał chmur. Pustkowie zniżało się w tamtą stronę, jakbyśmy do tej pory jechali po płaskowyżu. Po prawej coś świeciło. Wytężyłem wzrok. To ekran z rozkładem jazdy, obok niego przystanek. Zahamowałem i wypadłem z auta.
– Tam! Biegniemy!
Potykałem się o krzaki i kamienie. Straciłem czucie, nie męczyłem się. Pewnie pobiłem wtedy jakiś rekord świata. W końcu zziajany padłem na bruk obok torowiska. Po chwili dobiegł Daniel.
– Nie mów… – łapał oddech. – Nie mów, że chcesz pojechać.
– Jedź ze mną.
– Dokąd?
Podniosłem głowę i spojrzałem na rozkład. Linia 777, destynacja; jakieś bohomazy, błąd wyświetlacza, czas do odjazdu; 0 minut.
– Nie wiem. Czy to ważne? Grunt, że pojedziemy.
Podszedł do torów, przysłonił oczy dłonią. Akurat zawisł na nas jeden promień, było oślepiająco jasno.
– Biegną… Tam, no, za ten uskok. – Wrócił do mnie. Widziałem, że bije się z myślami.
– Wiesz, co tam jest?
– Nie wiem.
– Właśnie! A tu co jest?
– Milion światów, milion wizji, życie po życiu? – cedził. – Dla ciebie to nic?! Możemy wszystko.
– Nic nie możemy. Przeżywasz to, co już było. Jesteś turystą w muzeum życia swojego i innych.
Zawahał się.
– Może. Ale… Jest ciekawie. To się nie kończy, nie zwiedzisz tego całego. Nigdy się nie nudziłem.
– To zazębianie światów, te całe wizje, te badziewia. Dosyć.
– Tylko tak poznasz wszystko i każdego. Tylko tutaj!
– A jak poznam wszystko, to co? Wybuchnę? Skrzydła mi urosną?!
– To niemożliwe, ale próbować można.
– A czy ja chcę znać wszystko?
– A nie?!
Nie wiedziałem co odpowiedzieć, trochę mnie zagiął.
– Nie wiem. Słuchaj… Naprawdę. Po prostu nie chcę się zatrzymywać.
Promień skupiony na przystanku zalśnił jeszcze mocniej. Założyliśmy okulary. W oddali zamajaczył tramwaj, a wyświetlacz rozkładu zamigotał. 0 minut zmieniło się teraz w mrugające strzałeczki.
– Chyba obaj mamy rację. – Rzekł w końcu. – Na swój sposób. To nie jest kwestia faktów. To kwestia wizji.
– Znów te wizje…
– Nie, poważnie! – Drżącą ręką wyciągnął piersiówkę. – To twoja wizja, twoja natura. Wiecznie musisz być w biegu, to… Bądź sobie! Golniemy ostatniego?
– Ostatniego? – Złapało mnie za gardło.
– Podoba mi się tutaj. Muszę zrobić parę rzeczy, pokręcić się tu i am. Sorry… – Odkręcił korek i pociągnął z flaszy. Rozumiałem go. Wiedziałem, że musi zostać, a z wiedzy i zrozumienia bierze się tylko ból. Wiem, jadę kliszą. Ale fakt, sytuacja była patowa.
Podał mi piersiówkę. Upiłem dwa łyki i zassałem powietrze. Nic mi prawie nie zostawił, pijaczyna! Co to był za alkohol? Już teraz nie pamiętam. Rozbrzmiał dzwonek, z trakcji sypnęły iskry i tramwaj linii 777 wjechał na przystanek. Niskopodłogowiec był zdezelowany, pokryty graffiti, wzdłuż burt lśniły świąteczne lampki.
– Zobaczymy się jeszcze? – zapytałem wstając. Drzwi za mną rozsunęły się bezgłośnie.
– Na pewno. – Z ziemi podał mi rękę. Uścisnąłem ją ile tylko sił miałem w martwych palcach. – Jedź, ja posiedzę sobie jeszcze.
Wskoczyłem na pokład. Tramwaj ruszył z łoskotem, zanim jeszcze zamknęły się drzwi. Grat pędził jak pendolino!
– Witamy na pokładzie – z głośników dobiegł głos pokonanego Azraela. – Czułem, że wsiądziesz.
– Odpowiada pan też za komunikację miejską? – zakpiłem.
– W tym przypadku raczej regionalną, ale tak, powiedzmy.
– Kto tym kieruje?
– Samo jedzie. Dobra, co ci puścić? Znów ten pieprzony „Heartland”?
– Nie, już się nasłuchałem. Może… „Neoperreo”?
– Nie znam. – Wyczułem irytację w jego głosie.
– Secret Society.
– Coś nowego… Dobra mam.
Puścił wreszcie.
– Dziękuję!
– Tak że no, miłej podróży. Szkoda, że nie zostałeś dłużej. – Bezczelny, zagłuszał mi kawałek. – Pamiętaj, i tak się spotkamy. W końcu wrócisz. Kiedyś trzeba.
– Życie! – odkrzyknąłem. Prychnął i rzucił słuchawką, ale wiem, że się uśmiechnął. Ja też się uśmiechnąłem. Tramwaj sunął coraz szybciej w dół, w stronę białej linii zachmurzonego horyzontu.
RZECZ SIÓDMA, czyli życiodajny EPILOŻEK
Siódmego rozdziałku tego całego szaleństwa wam nie przedstawię, bo właśnie go przeżywam. O tak, to jest dobre słowo. Przeżywam! Wystarczy, że wiecie, iż ma on miejsce, i że wysiadłem w końcu z tramwaju na odpowiednim przystanku. Tyle i aż tyle. Gdzie jestem? Długo by mówić, ale bawię się dobrze. Może nie tak intensywnie, jak u Azraela, ale na pewno przyjemniej. Co robię? Różne rzeczy, zawsze jest sprawa do załatwienia i piwo do wypicia. Co będę robić, gdy już tutaj skończę? Nie wiem. I w tym właśnie cała zabawa. Do zobaczenia!