- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Dziwne rzeczy, czyli pretensjonalna w formie wyprawa na kraniec światów

Dziwne rzeczy, czyli pretensjonalna w formie wyprawa na kraniec światów

Dobry wie­czór! Jest dziw­nie, dziw­ne rze­czy się dzie­ją, w dziw­nym tem­pie, ale mam na­dzie­ję, że jed­nak się spodo­ba. Sens może gdzieś krąży skry­ty w cie­niu, ale za­pew­niam, że ist­nie­je. Za­chę­cam do słu­cha­nia pio­se­nek, które po­ja­wia­ją się w tek­ście, po­mo­gą Sza­now­nym Czy­tel­ni­kom za­nu­rzyć się w kli­mat. Opo­wia­da­nie po­nie­kąd jest więc in­te­rak­tyw­ne. Dzię­ku­ję bar­dzo Tar­ni­nie za pomoc! Miłej lek­tu­ry!

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Dziwne rzeczy, czyli pretensjonalna w formie wyprawa na kraniec światów

 

RZECZ PIERW­SZA, czyli śmier­cio­no­śny PRO­LO­ŻEK

 

Dokąd tak bie­głem tam­te­go po­ran­ka? Na pewno na ja­kieś za­li­cze­nie. Cóż, szó­sty rok stu­diów to nie prze­lew­ki. A może piąty? Chyba piąty. Jest w ogóle szó­sty? Racja, to mu­siał być piąty. Dziw­na spra­wa – teraz świta mi, że byłem już wtedy w szko­le dok­tor­skiej. To nie­sa­mo­wi­te, jak wszyst­ko może się po­plą­tać. Widać to wszyst­ko nie było aż takie ważne. Bie­głem więc na ten uni­wer­sy­tet. Ska­co­wa­ny, spóź­nio­ny, nie­ogo­lo­ny, z mo­kry­mi jesz­cze wło­sa­mi, prze­kli­na­jąc w duchu sa­me­go sie­bie i to cho­ler­ne życie na pół gwizd­ka. Nic nigdy nie było takie, jak­bym chciał, a lata le­cia­ły. Pełen obaw i go­ry­czy pę­dzi­łem na łeb na szyję, i…

Wtedy syk­nę­ły ha­mul­ce i roz­sza­lał się dzwo­nek. Mo­tor­ni­czy nie miał szans. Za duża pręd­kość, za duża masa. No, tak że wal­nął mnie tram­waj. Za­pie­przał, nawet nie zdą­ży­łem się od­wró­cić. Wtedy zgi­ną­łem. Swoją drogą, co za idio­ta kła­dzie to­ro­wi­sko tuż przed wej­ściem na uczel­nię? De­bi­lizm. Cho­ciaż, może wy­star­czy­ło nie słu­chać wtedy mu­zy­ki?

 

RZECZ DRUGA

 

Ock­ną­łem się, sie­dząc przy barze. Nie spa­dłem, nie sfru­ną­łem z chmur­ki, jak w kre­sków­ce. Po pro­stu puk­nę­ło mi w uszach i już tam byłem. Ze szklan­ką w ręce i pa­pie­ro­sem w zę­bach.

– No, je­steś wresz­cie! – usły­sza­łem z pra­wej. – Chyba chcie­li cię ra­to­wać, ale…

– Śmierć na miej­scu – dodał ktoś z lewej.

Bar­man od­pa­lił mi pa­pie­ro­sa. Za­mru­ga­łem. W lu­strze wi­dzia­łem sie­bie i dwóch gości po bo­kach. Z lewej – gro­te­ska. Facet wy­glą­dał krop­ka w krop­kę jak ja. W sen­sie fi­zycz­nym, bo ubra­ny był na biało i świe­cił na nie­bie­sko. Dzi­wa­dło mnie za­sko­czy­ło, ale to na tego dru­gie­go rzu­ci­łem się tak, że mało nie spa­dłem ze stoł­ka.

– Da­niel! Jasny gwint, je­steś, ży­jesz!

– Je­stem, no. Ale ty nie ży­jesz! To się liczy – cie­szył się mój naj­lep­szy przy­ja­ciel, który pięć lat wcze­śniej wy­padł z je­de­na­ste­go pię­tra.

Wie­dzia­łem, że gadam z du­chem, ale jakoś tak mi się wy­msknę­ło. Wie­dzia­łem też, że i ja nie żyję, ale nie byłem tym prze­sad­nie sko­ło­wa­ny.

– Panie Dę­bi­na! – rzu­cił Da­niel w stro­nę dziad­ka krą­żą­ce­go przy za­ple­czu.

„Nie­moż­li­we”, po­my­śla­łem, wy­tę­ża­jąc wzrok. Tak, to rze­czy­wi­ście był on. Pan Dę­bi­na! Ileż to go­dzin prze­sie­dzie­li­śmy w jego tanim pu­bi­ku, ile razy stuk­nę­li­śmy w bile na tym wy­tar­tym do nie­moż­li­wo­ści stole. Oglą­da­li­ście „Piłę”? Dę­bi­na wy­glą­da iden­tycz­nie jak John Kra­mer.

– Słu­cham, panie Da­nie­lu? – za­py­tał tym swoim ci­chut­kim gło­si­kiem.

– Trzy razy gin and tonic pro­si­my. I puść­cie odro­bi­nę funku! „Love Rol­ler­co­aster” na przy­kład. Te­ma­tycz­nie, by uczcić zgon Ma­tie­go. – Ro­ze­śmiał się sza­leń­czo. Chło­pak od na­gło­śnie­nia po­ka­zał kciuk w górę i za­nur­ko­wał w kom­pu­ter.

– Z cy­tryn­ką? – upew­nił się Dę­bi­na słod­ko.

– Z cy­tryn­ką.

– Z lodem?

– Z lodem.

– Se­kun­decz­kę.

– Ty, skąd go wy­trza­sną­łeś? – schy­li­łem się do Da­nie­la. – Co on tu robi?

– Jak to co? Na­le­wa. – Ro­ze­śmiał się. – A tak serio, to przy­cho­dzi tu cza­sem. Jak każdy, tu się sporo świa­tów za­zę­bia. Jest pre­sti­żo­wo! A on? – To ce­nio­ny mistrz baru. Ma sporo spraw, ale dla cie­bie zna­lazł chwi­lę.

– To on nie żyje?

– Mhm. – Przy­tak­nął Da­niel, za­cią­ga­jąc się dymem. – Pięć lat po tym, jak mu­siał za­mknąć budę, umarł. Chyba na zawał.

– Halo, ja nadal tu je­stem – wtrą­cił mój świę­cą­cy na nie­bie­sko so­bo­wtór.

– Jesz­cze się rzu­casz? – wark­nął Da­niel, choć ra­czej dla draki. W duszy pew­nie mu dzię­ko­wał. – Przez cie­bie tram­waj go puk­nął!

– A co, mia­łem go wy­ko­le­ić? Albo jego – wska­zał na mnie prze­świ­tu­ją­cą dło­nią. – kurde, prze­te­le­por­to­wać? To nie­zgod­ne z re­gu­la­mi­nem. Tak się już nie robi, nie te czasy.

– Prze­pra­szam, kim pan jest? – za­py­ta­łem.

– To jest, mój drogi, twój anioł stróż! – z szy­der­czą pompą oznaj­mił Da­niel. – Ra­czej mier­ny, gdyby mnie kto pytał o zda­nie.

– Ma­ta­el.

Uści­snę­li­śmy sobie ręce. Skórę miał dziw­nie chłod­ną.

– Miło wresz­cie się po­ka­zać, sta­nąć twa­rzą w twarz  – dodał, ale bez en­tu­zja­zmu. Miał czar­ne biał­ka i białe tę­czów­ki. Wzrok zdra­dzał naj­wyż­sze znu­dze­nie, błą­dzi­ła w nim jesz­cze dez­apro­ba­ta. Po­my­śla­łem sobie wtedy, co on przez te lata mu­siał wi­dzieć, i od­wró­ci­łem głowę.

– A zatem, Ma­ta­elu – po­de­ner­wo­wa­ny za­czą­łem strzy­kać sta­wa­mi. – Dla­cze­go wy­glą­dasz jak ja? I na­zy­wasz się pra­wie też tak samo?

– Ot, taki zwy­czaj, uła­twia masę spraw. To tylko forma, jak ubra­nie, nor­mal­nie wy­glą­dam ina­czej, jak zresz­tą chcę. To samo z imie­niem.

– W sumie to jest du­chem z na­tu­ry, nie? – Da­niel zdu­sił peta w po­piel­nicz­ce. – Nie ma przy­pi­sa­ne­go ciała.

– No, po­wiedz­my – przy­znał Ma­ta­el, chyba dla świę­te­go spo­ko­ju.

Dę­bi­na wra­cał ze szklan­ka­mi. Dwie trzy­mał, trze­cia le­cia­ła obok niego. Da­niel wy­cią­gnął zza pa­zu­chy po­mię­te bank­no­ty z ka­ba­li­stycz­ny­mi sym­bo­la­mi.

– Resz­ty nie trze­ba – rzu­cił non­sza­lanc­ko. Dę­bi­na ukło­nił się, po­sta­wił przed nami szkla­necz­ki i znik­nął na za­ple­czu.

– Macie tutaj pie­nią­dze?

– Wszyst­ko mamy. Co­kol­wiek było i bę­dzie!

– Póź­niej sobie po­ga­da­cie. Teraz for­mal­no­ści. – Anioł po­cią­gnął łyk ze szklan­ki i schy­lił się do tecz­ki. Wy­cią­gnął z niej kart­ki. – A więc tak. – Ge­stem kazał mi się schy­lić. Przej­rza­łem po­bież­nie stro­ny pełne urzę­do­we­go beł­ko­tu. Pa­pier opa­li­zo­wał zna­ka­mi wod­ny­mi, wszę­dzie przy­bi­to pie­czę­cie.

– Pod­pisz tutaj i tutaj. Czy­tel­nie – wska­zy­wał miej­sca. – O i jesz­cze tutaj. A tu mo­żesz oce­nić moją służ­bę. – Głos mu się pod­ła­mał. Przez ramię usły­sza­łem chi­chot Da­nie­la. Za­kre­śli­łem mu w ru­bry­ce pięć gwiaz­dek. W ta­kich chwi­lach nie je­stem aser­tyw­ny.

– O Jezu! Dzię­ku­ję bar­dzo! – Uści­snął mi obu­rącz dłoń. – Dobra, jesz­cze się zo­ba­czy­my, ale muszę le­cieć.

– Dokąd?

– Dali mi no­we­go pod ochro­nę. Uro­dził się parę go­dzin temu, już je­stem spóź­nio­ny. Rafał urwie mi jajca! – Dopił drin­ka, a z ple­ców wy­ro­sły mu skrzy­dła. Wstał i od­le­ciał w stro­nę lobby.

– Oni tak za­wsze. Mało ich to wszyst­ko ob­cho­dzi. Dobra. – Da­niel klep­nął się w ko­la­na. – Do­pi­jaj i idzie­my. Po­ka­żę ci to i owo.

 

RZECZ TRZE­CIA

 

Mknę­li­śmy błę­kit­nym che­vro­le­tem im­pa­la w wer­sji ca­brio przez Nowe Je­ru­za­lem. Da­niel w ki­czo­wa­tym, ce­ki­no­wym gar­ni­tu­rze, ja w czar­nym, w któ­rym za życia cho­dzi­łem na prak­ty­ki. Wokół nas hu­cza­ła noc­nym ży­ciem Sto­li­ca Rze­czy­wi­sto­ści. Wśród bu­dyn­ków rosły palmy i cy­pry­sy, wszę­dzie mi­go­ta­ły neony. Umar­li ze wszyst­kich epok prze­le­wa­li się po chod­ni­kach, w po­wie­trzu la­ta­ły anio­ły i raj­skie ptac­two. Niebo lśni­ło ra­mio­na­mi ga­lak­tyk.

– Na otwar­cie wie­czo­ru nie zdą­ży­my, ale więk­szość atrak­cji zo­ba­czysz – Da­niel prze­krzy­ki­wał war­kot sil­ni­ka. – Daj pa­pie­ro­sa, skoń­czy­ły się. Tam, w schow­ku. I wyj­mij grusz­kę.

Wci­snął przy­cisk nad ra­diem i z gło­śni­ków po­pły­nę­ło „Pa­ra­di­se City”. Się­gną­łem pod deskę roz­dziel­czą. Wy­cią­gną­łem ca­me­le i bu­tel­kę gru­sza­ne­go fuzla. Od­pa­li­li­śmy, łyk­nę­li­śmy, a Da­niel do­ci­snął gaz. Z hu­kiem gna­li­śmy na pół­noc, wy­prze­dza­jąc inne sa­mo­cho­dy, ale też ry­dwa­ny, konie, a nawet i sło­nie.

– Duży ruch – mruk­nął, mi­ja­jąc T-34. – Pew­nie też do cyrku jadą.

– Cyrku?

– Zo­ba­czysz. No­wo­zmar­li mają zniż­kę śmier­tel­ną, za­ba­wisz się jak nigdy!

Auto wspi­na­ło się po wzgó­rzu rodem z San Fran­ci­sco. Go­rą­cy wiatr mierz­wił włosy, pach­niał dak­ty­la­mi i san­da­łow­cem, jak w sau­nie zio­ło­wej.

– Co tu jest wokół mia­sta? – za­py­ta­łem.

– Wokół? Różne rze­czy. Pu­sty­nia, oazy, rzeki też. Jak w Su­me­rze ja­kimś. Niwy zie­lo­ne, i tak dalej!

Ka­brio­let minął wierz­cho­łek, i w od­da­li wy­ro­sło gma­szy­sko. Wy­glą­da­ło jak fuzja zik­ku­ra­tu i no­wo­jor­skie­go ho­te­lu, do tego całe w neo­nach. Krył je czar­no-zło­ty dach w for­mie cyr­ko­we­go na­mio­tu. W niebo strze­la­ły świa­tła re­flek­to­rów, które bu­ja­ły się, jakby Bat­ma­na wzy­wa­li. Wszę­dzie la­ta­ły ste­row­ce i inne ba­dzie­wia. Nie­któ­re cu­mo­wa­ły przy wie­żach, inne krą­ży­ły wy­świe­tla­jąc różne głu­po­ty.

– Oby było miej­sce. – Da­niel wje­chał na za­kor­ko­wa­ny po ho­ry­zont par­king. – Albo walić. Dziś sza­le­je­my!

Po­mknął wol­nym pasem w stro­nę wej­ścia na­kry­te­go fa­li­stym tym­pa­no­nem. Lśnił nad nim neon „Cir­cus Qu­ie­tus”, a wyżej tań­czy­ła ilu­mi­na­cja – żon­glu­ją­cy czasz­ka­mi klaun-ko­ścio­trup. Da­niel wje­chał pod same scho­dy, na czer­wo­ny dywan, po­trą­ca­jąc ba­rier­ki. Przy­biegł walet w fi­ku­śnym uni­for­mie.

– Za­par­kuj i daj w re­jestr. – Rzu­cił mu klu­czy­ki. – Da­niel Hu­liń­ski!

– Na­tu­ral­nie, sir.

Wbie­gli­śmy po scho­dach. Chwi­la sza­mo­ta­ni­ny w za­tło­czo­nych bram­kach, i wpa­dli­śmy do lobby.

– Po­cze­kaj tu. – Po­biegł do kas, a ja sta­łem i nie wie­dzia­łem na co pa­trzeć. Lobby jak lobby, tylko ogrom­ne i pełne dzi­wactw. Ja­ski­niow­cy, ry­ce­rze, szy­kow­ne damy i pa­no­wie w cy­lin­drach, bła­zny, szkie­le­ty, pi­ja­ne anio­ły z opa­dły­mi smęt­nie skrzy­dła­mi. Co jakiś czas prze­bie­ga­ło dzi­kie zwie­rzę.

– Udało się! – Wró­cił Da­niel wa­chlu­jąc bi­le­ta­mi. Zła­pał mnie za rękaw i po­rwał ko­ry­ta­rzem. – Za chwi­lę Po­chód Śmier­ci!

Sta­nę­li­śmy na wi­dow­ni za­da­szo­ne­go holu, który przy­po­mi­nał jakiś cu­dacz­ny hi­po­drom. Wszę­dzie wi­sia­ły ko­ta­ry i gon­fa­lo­ny, końca tej per­spek­ty­wy nie było widać, ale go­ście i tak ledwo się mie­ści­li. Wal­nę­ły bębny, i z od­da­li wy­ło­ni­ło się czoło pa­ra­dy. Na prze­dzie szli nad­gni­li Rzy­mia­nie, trzy­ma­jąc wy­so­ko włócz­nie i im­pe­rial­ne orły. Obok ba­rasz­ko­wa­ły eg­zo­tycz­ne zwie­rzę­ta. Potem nad­je­cha­ły dy­mią­ce prze­strze­li­na­mi czoł­gi, ob­wie­szo­ne kwie­ciem. Pan­cer­nia­cy urwa­ny­mi koń­czy­na­mi po­zdra­wia­li tłum. Po nich wkro­czy­ła kar­nie na­po­le­oń­ska or­kie­stra gra­jąc „Teddy Bears Pic­nic” Brat­ton’a. W par­tiach dę­tych wspie­ra­li ją Cel­to­wie, dąc w car­ny­xy. Do taktu strze­la­ły ar­ma­ty cią­gnię­te przez ba­ro­ko­wych dra­go­nów. Wi­dow­nia rzu­ca­ła kwia­ty i pie­nią­dze pod nogi umar­łych, któ­rych ma­sze­ro­wa­ły coraz to dziw­niej­sze grupy.

– Czemu są tacy zma­sa­kro­wa­ni? – za­py­ta­łem Da­nie­la. – My wy­glą­da­my nor­mal­nie.

– Kon­wen­cja ar­ty­stycz­na! Tutaj można wszyst­ko. Patrz! Zbli­ża się! – Ręką wska­zał gdzieś za tłum za­bi­tych.

Względ­ny po­rzą­dek ustą­pił miej­sca sza­leń­stwu, i pa­ra­da zmie­ni­ła się w wie­lo­barw­ny rój ku­gla­rzy. Wi­ro­wa­ły kukły, flagi i buń­czu­ki. La­ta­ły żon­glo­wa­ne pi­łecz­ki, brzdę­ka­ły dzwon­ki i roz­bi­ja­ne bu­tel­ki. Na pro­spekt wje­cha­ły plat­for­my pełne ustrojstw. Z dysz buch­nę­ły ognie, a sto­ją­ce na sce­nach szkie­le­ty wal­nę­ły trzy­ma­ny­mi pisz­cze­la­mi w bębny. Po chwi­li do­łą­czy­ły syn­te­za­to­ry, a z elek­trycz­nych gitar syp­nę­ły iskry. Po­zna­łem utwór – Vel­cro Fly ZZ Top’u. Na po­de­ście sza­lał Dusty Hill, wy­śpie­wu­jąc pierw­sze wersy. Co praw­da za życia był ba­si­stą, ale wi­docz­nie skoro głów­ny wokal ze­spo­łu jesz­cze żyje, mu­siał się do­szko­lić.

– Co tu się dzie­ję…

– Przy­był Śmierć! – wrza­snął Da­niel i za­gwiz­dał przez palce. Tłum wrzał. Chcia­łem go do­py­tać, ale gdy plat­for­ma z Hil­lem po­je­cha­ła dalej, wszyst­ko zro­zu­mia­łem. Na tro­nie sie­dział wiel­ki szkie­let okry­ty go­tyc­ką kapą, ze złotą ko­ro­ną na czasz­ce. Nad nią pło­nę­ła biała au­re­ola. Spod płasz­cza wy­sta­wa­ły dwie pary sre­brzy­stych skrzy­deł. Po­pi­jał wino z pu­cha­ru, które prze­la­ty­wa­ło mu po krę­gach i do taktu pstry­kał pa­licz­ka­mi.

– A-ZRA-EL, A-ZRA-EL !!! – skan­do­wa­li, a on ich bło­go­sła­wił.

Obok tronu je­cha­li z roz­wi­nię­ty­mi cho­rą­gwia­mi krzy­żow­cy, na­je­że­ni strza­ła­mi Sa­ra­ce­nów. O nic już nie py­ta­łem.

La­ta­li­śmy po Cir­cus Qu­ie­tus parę do­brych go­dzin. Da­niel wy­ku­pił bi­le­ty na masę atrak­cji, a czasu w końcu ni­ko­mu nie bra­ko­wa­ło. Ta fuzja cyrku, ka­sy­na i me­li­ny po­tra­fi­ła zmę­czyć. Czego tam nie było! Bitwy na are­nach, po­ka­zy we­so­łych eg­ze­ku­cji, klau­na­dy i ilu­zje. Wal­cu­ją­ce sło­nie, del­fi­ni chór i or­kie­stra niedź­wie­dzi, spo­tka­nia z wiel­ki­mi oso­bi­sto­ścia­mi wszech­cza­sów. A pro­pos osób; tam był do­słow­nie każdy! Był też każdy ta­niec i mu­zy­ka, strój i sza­leń­stwo, każdy nar­ko­tyk. Da­niel upodo­bał sobie eter, piło się go na szklan­ki, a za­pi­ja­ło wodą zio­ło­wą. Od dia­bel­stwa mię­kły nogi, a al­ko­hol do­dat­ko­wo mie­szał w gło­wie. Było dra­ma­tycz­nie. Do­czła­pa­li­śmy się w końcu do Ma­ca­bre­sque Sky­bar Com­plex, pre­sti­żo­we­go lo­ka­lu w za­chod­niej wieży.

– To mój ostat­ni drink  – za­mru­cza­łem, wy­le­wa­jąc rum na blat. Sto­ją­ca za barem fa­ra­on­ka ze szty­le­tem w sercu zmarsz­czy­ła brwi, ale star­ła plamę szma­tą.

– Nie bój nic! Jesz­cze raz to samo! – Da­niel wy­cią­gnął bank­no­ty. Wy­glą­dał strasz­li­wie, pra­wie nie mo­głem pa­trzeć. W po­krwa­wio­nym pod­ko­szul­ku, cały siny, po­krzy­wio­ny. Ze sta­wów ster­cza­ły strza­ska­ne kości. Taka była atrak­cja tego miej­sca – każdy wy­glą­dał tak, jak umarł. Oczy­wi­ście ni­ko­go nic nie bo­la­ło, ale do­my­śla­cie się, jakie były wi­do­ki. Nazwa lo­ka­lu pa­so­wa­ła, mu­zy­ka rów­nież. Wtedy le­cia­ło „Dead Man’s Party” Oingo Bo­in­go. A jak wy­glą­da­łem ja? Mia­łem siny bok ciała i urwa­ną skroń. Sta­ra­łem się nie pa­trzeć na szklan­ki, by przy­pad­kiem nie do­strzec od­bi­cia gołej kości.  

– To miej­sce. – Czkną­łem. – Za­czy­na do mnie do­cie­rać.

– Non­sens! Gol­nij sobie.

– Tę­sk­nię za mamą.

– Każdy tę­sk­ni za wszyst­kim, za życia i po śmier­ci. That’s life!

– A ty?

– Cóż. Wszyst­ko z cza­sem się wy­gła­dza, nie ma się już żalu, ani wątów.

Mil­cza­łem.

– Wiesz, że to Paweł wy­rzu­cił mnie z okna? – oznaj­mił w końcu, jak gdyby nigdy nic. – Wtedy, na im­pre­zie.

– Co? – wy­krztu­si­łem.

– No, takie jajca! Pi­jac­kie po­pi­sy, po­kłó­ci­li­śmy się. No i mnie wy­pchnął. Nikt go z tym nie po­łą­czył, ot, nie­szczę­śli­wy wy­pa­dek, a ja wkur­wio­ny byłem, jak nigdy. Tro­chę go potem stra­szy­łem po no­cach, ale w końcu dałem spo­kój.

– Nie­do­brze mi. – Zła­pa­łem się za głowę. – Nic nie mów. Wy­jeż­dżam.

My­ślał chwi­lę, aż wy­my­ślił;

– Wiem! Po­roz­ma­wiaj ze Śmier­cią!

– Z Azra­elem?

– Tak!

– Niby jak? Pew­nie jest na sa­lo­nach.

– Coś ty! Za ścia­ną mają bun­kier do rave’a, przy­cho­dzi tu na ko­niec. Pro­szę pani – zwró­cił się do fa­ra­on­ki. – Jest szef dzi­siaj?

Przy­tak­nę­ła.

– No! To idź, tam­tę­dy.

– I co mam po­wie­dzieć?

– Co­kol­wiek. Lubi gadać. Idź!

 

RZECZ CZWAR­TA

 

W ko­ry­ta­rzu wa­la­ły się kegi po piwie i skrzy­nie na in­stru­men­ty. Zna­la­złem ja­kieś za­ple­cze. Wci­sną­łem się za win­kiel, i przedar­łem przez ko­ta­ry. Po uszach wal­nę­ło mnie „It’s Grim Up North” KLF’u. Chyba uży­wa­li tutaj praw­dzi­wych po­cią­gów do tych gwiz­dów, bo huk był strasz­li­wy. Pod su­fi­tem krą­ży­ły bu­rzo­we chmur­ki. Strze­la­ły z nich bły­ska­wi­ce, ro­biąc za opra­wę.

– Gdzie Azra­el?! – wy­dar­łem się do ucha ja­kiejś babce. Za pierw­szym razem mnie nie usły­sza­ła, za dru­gim mach­nę­ła kie­ru­nek. Prze­ci­ska­łem się przez ska­czą­ce masy umar­łych. Nad gło­wa­mi do­strze­głem w końcu au­re­olę z bia­łych pło­mie­ni. Pod­sze­dłem bli­żej.

Chwi­lę zbie­ra­łem się w sobie.

– Panie Azra­el – po­wie­dzia­łem cicho. Chyba bałem się, że usły­szy. Mu­zy­ka za­głu­szy­ła kom­plet­nie moje słowa, ale Śmierć prze­stał tań­czyć i od­wró­cił się. Nie był już czte­ro­me­tro­wym szkie­le­tem, tylko ja­kimś cwa­niacz­kiem z po­cząt­ku mil­le­nium. Miał je­an­sy, pas z cza­chą, i czar­ną żo­no­bij­kę. Spod smo­li­stych wło­sów lśni­ły spor­to­we ray­ba­ny.

– Po­cze­kaj – usły­sza­łem w gło­wie. Azra­el roz­ło­żył ręce i w eks­ta­zie spoj­rzał w górę, roz­ko­szu­jąc się ostat­ni­mi tak­ta­mi hym­no­wej wstaw­ki z „Je­ru­sa­lem”. W końcu utwór od­biegł końca, a on pstryk­nął pal­ca­mi.

– Prze­pra­szam za ba­ła­gan, ostat­nio rzad­ko tu bywam – rzekł zgar­nia­jąc graty z blatu. Ro­zej­rza­łem się sko­ło­wa­ny. Sie­dzia­łem w fo­te­lu na­prze­ciw ogrom­ne­go biur­ka. Za szybą lśni­ła pa­no­ra­ma No­we­go Je­ru­za­lem. W po­ko­ju ty­ka­ło ze dwa­dzie­ścia ze­ga­rów, w tym pięć z ku­kuł­ką. Na wie­sza­kach wi­sia­ły ko­ron­ko­we ro­kie­ty i or­na­ty. Wszę­dzie wa­la­ły się krzy­że, klep­sy­dry i tacki z ko­ka­iną.

– Tak, tak, je­ste­śmy dalej w cyrku. Za­bra­łem nas do biura, le­piej się roz­ma­wia. Oczy­wi­ście nie jest to moje głów­ne biuro, a ra­czej gra­ciar­nia przy­pi­sa­na do tego przy­byt­ku. Wiesz, je­stem Dy­rek­to­rem De­par­ta­men­tu Spraw Osta­tecz­nych, i tak dalej.

– Sły­sza­łem – bąk­ną­łem.

Na biur­ku roz­dzwo­ni­ło się z pięt­na­ście te­le­fo­nów.

– Na Boga! – syk­nął. Pod­szedł do kon­tak­tu i wy­rwał prze­dłu­żacz. Te­le­fo­ny umil­kły. – Po­cze­kaj, jesz­cze se­kund­ka. – Na­ci­snął guzik wbu­do­wa­ne­go w blat in­ter­ko­mu. Nie dzia­łał. Roz­go­ry­czo­ny od­wró­cił się do szaf­ki i wy­cią­gnął z niej srebr­ną słu­chaw­kę. – Mo­ra­el, je­steś jesz­cze na dy­żur­ce? Do­brze. Przyjdź za pół go­dzi­ny i po­od­bie­raj od tych wa­ria­tów. Tylko te­le­fo­ny naj­pierw pod­łącz, a nie jak ostat­nio, że sam ze sobą ga­da­łeś i wzią­łeś za nad­go­dzi­ny! No, no, to bądź. Że­gnam.

Wró­cił do biur­ka i roz­wa­lił się w fo­te­lu. Kow­boj­ki po­ło­żył na bla­cie.

– No, Ma­te­usz. Słu­cham.

– Em…

– Bez ner­wów, mia­łem takie gadki mi­lion razy. Chcesz wie­dzieć, bla, bla, czemu cię za­bra­łem, bla, bla, czemu zgi­ną­łeś, takie tam.

Nie od­po­wie­dzia­łem.

– Nie po­do­ba ci się tutaj? Jest ci źle? Bo sądzę, że ba­wisz się za wszyst­kie czasy. Patrz!

Wziął pi­lo­ta i od­pa­lił te­le­wi­zor. Na pierw­szym ka­na­le jakiś anioł w gar­nia­ku przed­sta­wiał newsy z Ziemi.

– A spie­przaj – syk­nął i zmie­nił kanał na drugi. Pusz­cza­no na nim po­wtór­kę dzi­siej­sze­go Po­cho­du Śmier­ci. Pod­gło­śnił i za­czął po­dry­gi­wać w fo­te­lu.

– Nie­złe przed­sta­wie­nie – mruk­ną­łem.

– Nie­złe?! Wy­je­ba­ne w ko­smos! Każdy mnie tu kocha, ty też!

Zbie­ra­łem myśli, a roz­ba­wio­ny Azra­el kla­snął w dło­nie. Zdjął oku­la­ry. Oczy miał jak mój anioł stróż, ale strasz­niej­sze. Swoją drogą, po co on te ray­ba­ny nocą nosił? Dla szpa­nu? Chyba. Anio­ły widać nie róż­nią się znów aż tak mocno od ludzi.

– Przy­znaj się. No, śmia­ło. Da­niel dawno już to przy­znał. Każdy, kto ma rozum, a ty go masz, w końcu to przy­zna­je.

Uda­wa­łem, że nie ro­zu­miem.

– Życie? To nuda, to nie dla cie­bie. Chcia­łeś tego. Od lat. Mo­żesz uda­wać, choć­by przed sobą, ale znam praw­dę. – Zro­bił pauzę i uśmiech­nął się roz­kosz­nie. Jego au­re­ola za­bły­sła. – Je­stem po­tęż­nym po­two­rem, zo­bacz, jak ze­ru­ję to na pew­nym grun­cie.

– Słu­cham?

– Moja ulu­bio­na pio­sen­ka, „Nota a Waste of Sky”. Ze­spół Trust.

– Nie znam.

– Ja zaś znam każdą pio­sen­kę, a ta, to prak­tycz­nie mój theme song! Cie­ka­we, czy Hiley wie, co na­pi­sał! Ha, jak umrze, to się zdzi­wi! Po­słu­chaj sobie kie­dyś.

– Na pewno.

– Ko­niecz­nie! Lu­dzie są wła­śnie jak te błą­dzą­ce kró­licz­ki, a ja im w końcu zwra­cam szczę­ście i za­kła­dam ko­ro­nę! Cho­ciaż, po praw­dzie, to po dzi­siej­szym wy­stę­pie chyba jed­nak wolę „Vel­cro Fly”.

– Jest pan cał­kiem mu­zy­kal­ny, no i we­so­ły, jak na Śmierć.

– Phi! Je­stem ra­do­ścią samą w sobie! Ta­niec śmier­ci, mówi ci to coś? To wy, tam, na dole, ro­bi­cie ze mnie Bóg wie kogo. Że­nu­je mnie to, jak nie­któ­rzy kur­czo­wo trzy­ma­ją się życia. Dla­te­go ko­cham sa­mo­bój­ców! To moje oczka w gło­wie, piją za darmo. Ogól­nie to je­stem panem całej bo­skiej roz­ryw­ki. Zdra­dzić ci ta­jem­ni­cę wszech­rze­czy?

Przy­tak­ną­łem, bo czemu nie.

– W tym wszyst­kim cho­dzi o roz­ryw­kę. Ist­nie­nie to roz­ryw­ka. Przez sam fakt! Je­stem jed­nym z nie­wie­lu, któ­rzy Szefa ro­zu­mie­ją, i dla­te­go tak mnie uwiel­bia! To ja otwie­ram ko­lej­ne drzwi! Tyle świa­tów, tyle moż­li­wo­ści! Wszyst­kie rze­czy, co­kol­wiek, kie­dy­kol­wiek ist­nia­ło i ist­nieć bę­dzie. Bez końca! Bałeś się zro­bić coś za życia? Za­ga­dać do laski, do chło­pa­ka, wal­nąć me­fe­dry­nę? Zrób to teraz! Czas pożyć, a tylko śmierć gwa­ran­tu­je życie! – Try­um­fal­nie uniósł ręce. – W ist­nie­niu cho­dzi o prze­ży­cie cze­goś, a nie o życie jako takie.

– A wła­śnie. Wiem, ba­nal­ne, i to też pew­nie pan sły­szał, ale… Jak to jest, że lu­dzie giną?

– To zna­czy? – za­py­tał od­pa­la­jąc pa­pie­ro­sa.

– No. Giną przy­pad­kiem? To los? My­śla­łem, że pan za to od­po­wia­da, a teraz gada pan o życiu.

– Cały czas kogoś za­bi­jam.  – Źre­ni­ce się mu zwę­zi­ły, au­re­ola bu­zo­wa­ła. – W każ­dej se­kun­dzie po­ry­wam ja­kieś dwie, trzy dusze, i każdą tę se­kun­dę uwiel­biam. Cza­sem oso­bi­ście, cza­sem przez de­le­ga­tu­ry. Cie­bie za­bi­łem oso­bi­ście. Taki tram­waj to może nic ro­man­tycz­ne­go, ale przy­naj­mniej nie bo­la­ło. Nie­któ­rzy muszą się po­mę­czyć. Wiesz o tym, praw­da?

Coś wy­bi­ło mi z głę­bin pa­mię­ci, coś strasz­ne­go, nie będę roz­wi­jał. Za­krę­ci­ło mi się w gło­wie, ze­ga­ry na ścia­nach za­ty­ka­ły gło­śniej. Po­czu­łem, jak zimny pot wsią­ka mi w koł­nierz. Zlu­zo­wa­łem kra­wat.

– Co, kacyk już męczy, hi­po­gli­ke­mia, hę? Umę­czo­na du­szycz­ka! – Za­śmiał się i pstryk­nął pal­ca­mi. W na­szych rę­kach po­ja­wi­ły się co­ro­ny z li­mon­ka­mi w szyj­kach. – Do dna!

W ca­ło­ści po­łknął owoc i jed­nym hau­stem wy­do­ił piwo. Bu­tel­kę rzu­cił do kosza, ja­kieś dzie­sięć me­trów dalej. Tra­fił.

– No do­brze, tyle było o mnie. Czas po­mó­wić o tobie. O, Ma­te­usz, a jaka jest twoja ulu­bio­na pio­sen­ka?

– Hm, w sumie sporo ich. – Po­cią­gną­łem łyk. – Ale taka jedna? Chyba „Blind Vi­sion”.

Blanc­man­ge, oczy­wi­ście. – Po­krę­cił głową z uśmie­chem. – Mó­wi­łem, że tutaj pa­su­jesz, to cał…

– Albo nie! – prze­rwa­łem. – „He­ar­tland”, wer­sja 1983’, Si­sters of Mercy.

Za­wie­sił się i po­bladł, a i tak był już biały. Zmru­żył oczy. Czu­łem jego spoj­rze­nie jeż­dżą­ce mi po za­ka­mar­kach krę­go­słu­pa. Wresz­cie uśmiech­nął się i za­czął ner­wo­wo łypać po biu­rze. Pło­mie­nie au­re­oli jakby przy­ga­sły.

– To…To ulu­bio­na pio­sen­ka Ra­fa­ła.

– Ar­cha­nio­ła?

– Dy­rek­to­ra De­par­ta­men­tu Spraw Do­cze­snych. Kutas… Dobra, zmy­kaj już. Wra­caj do Da­nie­la i baw się do­brze. Jesz­cze się spo­tka­my, nie raz. Po­mó­wi­my o mu­zy­ce. A, no i wsiądź do tego tram­wa­ju.

– Ja­kie­go znów tram­wa­ju?!

– Zo­ba­czysz. Jedź na Ku­ja­wy.

– Co?

– Ko­niec au­dien­cji, pa, pa. Za­dzwo­nię w parę miejsc i też wra­cam na ba­le­ty. Na śmierć za­wsze przyj­dzie pora, a ja też chcę cze­goś od życia.  I jesz­cze jedno, w sumie to naj­waż­niej­sze. Fajna skroń. Ze śmier­cią ci do twa­rzy.

Pstryk­nął pal­ca­mi i po­ja­wi­łem się przy barze obok tra­gicz­nie już schla­ne­go Da­nie­la.

 

RZECZ PIĄTA

 

Bie­rze?! – Da­niel po­de­rwał się z krze­sła.

– Fala – oce­nił Soł­tys, się­ga­jąc do wia­dra z lodem po ko­lej­ne­go żubra.

– Rzuci pan jedno.

Rzu­cił. Otwo­rzy­łem pusz­kę i siorb­ną­łem pianę. Tutaj te siki nawet sma­ko­wa­ły. Od paru dni by­li­śmy nad je­zio­rem w sercu Kujaw, a ra­czej ich za­świa­to­wej, wy­ide­ali­zo­wa­nej wer­sji. Złote pola, pasma za­le­sio­nych pa­gór­ków, piasz­czy­ste łachy i bez­kre­sne łąki. I te je­zio­ra!

– Psia mać! – Pan Homka wbił sobie ha­czyk w rękę.

– Uwa­żaj! 

Tafla je­zio­ra zmarsz­czy­ła się, wiatr pach­ną­cy so­sna­mi roz­wiał mi włosy. Do­brze mi tam było.

– Dzi­siaj słabo – oce­nił Da­niel, mon­tu­jąc wędkę na sta­ty­wie.

– Wie­czo­rem wy­pły­ną. – Homka wy­cią­gnął krwa­wią­cy palec z ust. – Na żer.

– To po kiego grzy­ba teraz sie­dzi­my?

– Dla spo­ko­ju! Dla świę­te­go spo­ko­ju! – ob­ru­szył się Soł­tys. – Chcesz, to wra­caj do cha­łu­py, i wą­chaj te swoje świń­stwa.

Spo­kój… To słowo dłuż­szą chwi­le po­brzmie­wa­ło mi w gło­wie.

– Od­na­lazł pan spo­kój? – za­py­ta­łem go wresz­cie.

– Hm… Tak sądzę.

– Nic by pan nie zmie­nił?

Popił piwa i za­my­ślił się.

– Nie. Cza­sem tylko… Za żoną tę­sk­nie. Wia­do­mo, spo­tka­my się w końcu, ale… Nie­waż­ne. A ty, młody? Jak czu­jesz się po śmier­ci?

Wie­dzia­łem, że w końcu za­py­ta.

– Nie wiem. Jakby mnie na ławce re­zer­wo­wych po­sa­dzi­li.

– To zna­czy?

– No, jak­bym wy­padł z obie­gu.

– Wi­dzisz? – wtrą­cił się Homka. – Mó­wi­łem, że coś go gry­zie. No, a po śmier­ci to aż dziw­ne. Mu­sisz, Mati, coś z tym zro­bić.

– Co zrobi, no, co zrobi? – zi­ry­to­wał się Soł­tys.

– Niech do Aspek­to­wa je­dzie. Tam się dziwy dzie­ją, nie­jed­ną hece roz­wią­za­li.

– Kto roz­wią­zał?

– No, Góra.

– Dro­go­wskaz na krań­cu świa­tów… – Soł­tys coś sobie przy­po­mniał.

– Tak! Pewne spra­wy trza do­koń­czyć. Jedź­cie, choć­by teraz!

Dali nam mapę dro­go­wą, ka­nap­ki i bim­ber. Pan Homka spa­ko­wał nam jesz­cze ja­kieś graty, które bar­dziej chyba przy­da­ły­by się w in­wa­zji na Danię. Lata w LWP zro­bi­ły swoje. Opu­ści­li­śmy wio­skę i po­mknę­li­śmy w złote pola. Nie wiem, ile go­dzin je­cha­li­śmy. Może dwie, może dwa­dzie­ścia. Da­niel pro­wa­dził, a ja ro­bi­łem dziw­ne rze­czy. Od­pa­la­łem pa­pie­ro­sa, ga­si­łem. Wier­ci­łem się, po­pra­wia­łem pasy, kie­run­ko­wa­łem na­wiew. Po­pi­ja­łem fuzla, by zaraz prze­gryźć go au­tor­ską mie­szan­ką trzeź­wią­cą. Zo­sta­ła już tylko reszt­ka am­fe­ta­mi­ny i ja­kieś gó­wien­ka. Chyba się uod­por­ni­łem, bo nic nie dzia­ła­ło. Zwłasz­cza ten cho­ler­ny ad­re­no­chrom, miej­ska le­gen­da. Ale nie po­trze­bo­wa­łem sty­mu­lan­tów, by mieć mę­tlik w gło­wie. Różne war­stwy mo­je­go je­ste­stwa wy­chy­la­ły się i cho­wa­ły, po­zo­sta­wia­jąc po sobie nie­smacz­ne echa. Złe de­cy­zje i mię­dzy­ludz­kie ha­ryn­dy od­bi­ja­ły mi się pod na­grza­ną cza­chą. A, no i na­mięt­nie słu­cha­łem „He­ar­tland”’u.

– Ja pie­przę, to leci już setny raz! – zawył w końcu Da­niel.

– Zo­staw. Ana­li­zu­ję.

Pod­gło­śni­łem. El­dritch za­wo­dził cu­dow­nie, a ja zna­łem już tekst na pa­mięć. Od tyłu też. Czego w nim szu­ka­łem? Chyba wszyst­kie­go. Ale jedno było naj­waż­niej­sze, coś, co wtedy od­kry­łem, a czego za życia nigdy nie wi­dzia­łem – tekst był mo­dli­twą. Ale o co? Do kogo? Tego nie udało mi się usta­lić.

– Ty, pa! Jest!

Prze­je­cha­li­śmy obok znaku. Teren za­bu­do­wa­ny, wyżej ta­blicz­ka: Aspek­tów Ku­jaw­ski. Przed nami wy­ro­sło mia­stecz­ko. Puste, szare, dziw­ne. Duszy w nim nie było. Ale, co dziw­ne, ani śladu ko­ro­zji. Zu­peł­nie, jakby miesz­kań­cy wy­nie­śli się go­dzi­nę temu. Da­niel za­par­ko­wał pod mo­no­po­lem.

– I co teraz?

– Za­cze­kaj tu, sam pójdę.

– Gdzie?

– W dupę! Po pro­stu za­cze­kaj.

Prze­sko­czy­łem płot pla­cy­ku i ru­szy­łem przed sie­bie. Ra­tusz, re­mi­za, drew­nia­ny ko­śció­łek. Nie ko­ja­rzy­łem miej­sca, ale po­czu­łem się swoj­sko. To wszę­dzie wy­glą­da po­dob­nie. Nogi za­pro­wa­dzi­ły mnie na osie­dle z dom­ka­mi. Naraz niebo po­bla­kło, ży­wo­pło­ty i blusz­cze po­żół­kły, trawa zro­bi­ła się błę­kit­na, a piach ró­żo­wy. Prze­tar­łem oczy, bez zmian. Ja­kieś gówna, po­wi­do­ki, głowa bu­zo­wa­ła. I wtedy to zo­ba­czy­łem, ten dom. Mał­żeń­stwo pro­wa­dzi­ło dziec­ko za rącz­ki. Oby­dwo­je mło­dzi, szczę­śli­wi, a dziew­czyn­ka to aż ska­ka­ła z ra­do­ści. Tyle cie­pła i na­dziei, czuć to było po­wie­trzu. Czu­łem też, że nie chcą mnie tutaj. Pod­sze­dłem bli­żej, sta­nę­li. Moi ro­dzi­ce.

– Mama? Tata?

Oni nic, jak wo­sko­we kukły. Serce wa­li­ło, do uszu prze­sta­ły do­cho­dzić dźwię­ki. Pró­bo­wa­łem do­strzec twarz dziew­czyn­ki, da­rem­no. Jakby ktoś na­ło­żył cen­zu­rę. Oj­ciec od­wró­cił się, wciąż uśmiech­nię­ty, ale nie spoj­rzał na mnie. Pa­trzył gdzieś w chod­nik. Był w moim wieku. Uniósł rękę i wska­zał kie­ru­nek. Za płot, na pola. Na za­chód. Wtedy wszyst­ko znik­nę­ło, a ja sta­łem sam po­środ­ku ruin.

Ze­rwa­łem się i po­bie­głem ulicą. Droga po­wrot­na zda­wa­ła się krót­sza. Domy, płoty, domy, plac. Da­niel nad­szedł od par­kin­gu.

– Stało się coś? Je­steś blady jak ścia­na.

– Wsia­daj, je­dzie­my.

– Gdzie?

– Ja kie­ru­ję.

 

RZECZ SZÓ­STA

 

Wto­czy­li­śmy się na pust­ko­wie. Płowe krza­ki, aż po ho­ry­zont, fa­lo­wa­ły na wie­trze, który pach­niał chyba wszyst­kim, co tylko moż­li­we. Mię­dzy kę­pa­mi wa­la­ły się po­rdze­wia­łe graty i ster­ty ce­gieł. Pro­mie­nie słoń­ca su­nę­ły po grun­cie, jak świa­tła te­atral­nych re­flek­to­rów. Ziem­ną drogę prze­ci­na­ły nie­zli­czo­ne roz­sta­je, ale ja zna­łem kie­ru­nek. Pru­łem jak sza­lo­ny, a piach cią­gnął się za nami pió­ro­pu­szem. Wresz­cie ho­ry­zont za­czął się zmie­niać; roz­mył się we mgle, górę po­dzie­lił wał chmur. Pust­ko­wie zni­ża­ło się w tamtą stro­nę, jak­by­śmy do tej pory je­cha­li po pła­sko­wy­żu. Po pra­wej coś świe­ci­ło. Wy­tę­ży­łem wzrok. To ekran z roz­kła­dem jazdy, obok niego przy­sta­nek. Za­ha­mo­wa­łem i wy­pa­dłem z auta.

– Tam! Bie­gnie­my!

Po­ty­ka­łem się o krza­ki i ka­mie­nie. Stra­ci­łem czu­cie, nie mę­czy­łem się. Pew­nie po­bi­łem wtedy jakiś re­kord świa­ta. W końcu zzia­ja­ny pa­dłem na bruk obok to­ro­wi­ska. Po chwi­li do­biegł Da­niel.

– Nie mów… – łapał od­dech. – Nie mów, że chcesz po­je­chać.

– Jedź ze mną.

– Dokąd?

Pod­nio­słem głowę i spoj­rza­łem na roz­kład. Linia 777, de­sty­na­cja; ja­kieś bo­ho­ma­zy, błąd wy­świe­tla­cza, czas do od­jaz­du; 0 minut.  

– Nie wiem. Czy to ważne? Grunt, że po­je­dzie­my.

Pod­szedł do torów, przy­sło­nił oczy dło­nią. Aku­rat za­wisł na nas jeden pro­mień, było ośle­pia­ją­co jasno.

– Bie­gną… Tam, no, za ten uskok. – Wró­cił do mnie. Wi­dzia­łem, że bije się z my­śla­mi.

– Wiesz, co tam jest?

– Nie wiem.

– Wła­śnie! A tu co jest?

– Mi­lion świa­tów, mi­lion wizji, życie po życiu? – ce­dził. – Dla cie­bie to nic?! Mo­że­my wszyst­ko.

– Nic nie mo­że­my. Prze­ży­wasz to, co już było. Je­steś tu­ry­stą w mu­zeum życia swo­je­go i in­nych.

Za­wa­hał się.

– Może. Ale… Jest cie­ka­wie. To się nie koń­czy, nie zwie­dzisz tego ca­łe­go. Nigdy się nie nu­dzi­łem.

– To za­zę­bia­nie świa­tów, te całe wizje, te ba­dzie­wia. Dosyć.

– Tylko tak po­znasz wszyst­ko i każ­de­go. Tylko tutaj!

– A jak po­znam wszyst­ko, to co? Wy­buch­nę? Skrzy­dła mi uro­sną?!

– To nie­moż­li­we, ale pró­bo­wać można.

– A czy ja chcę znać wszyst­ko?

– A nie?!

Nie wie­dzia­łem co od­po­wie­dzieć, tro­chę mnie za­giął.

– Nie wiem. Słu­chaj… Na­praw­dę. Po pro­stu nie chcę się za­trzy­my­wać.

Pro­mień sku­pio­ny na przy­stan­ku za­lśnił jesz­cze moc­niej. Za­ło­ży­li­śmy oku­la­ry. W od­da­li za­ma­ja­czył tram­waj, a wy­świe­tlacz roz­kła­du za­mi­go­tał. 0 minut zmie­ni­ło się teraz w mru­ga­ją­ce strza­łecz­ki.

– Chyba obaj mamy rację. – Rzekł w końcu. – Na swój spo­sób. To nie jest kwe­stia fak­tów. To kwe­stia wizji.

– Znów te wizje…

– Nie, po­waż­nie! – Drżą­cą ręką wy­cią­gnął pier­siów­kę. – To twoja wizja, twoja na­tu­ra. Wiecz­nie mu­sisz być w biegu, to… Bądź sobie! Gol­nie­my ostat­nie­go?

– Ostat­nie­go? – Zła­pa­ło mnie za gar­dło.

– Po­do­ba mi się tutaj. Muszę zro­bić parę rze­czy, po­krę­cić się tu i am. Sorry… – Od­krę­cił korek i po­cią­gnął z fla­szy. Ro­zu­mia­łem go. Wie­dzia­łem, że musi zo­stać, a z wie­dzy i zro­zu­mie­nia bie­rze się tylko ból. Wiem, jadę kli­szą. Ale fakt, sy­tu­acja była pa­to­wa.

Podał mi pier­siów­kę. Upi­łem dwa łyki i za­ssa­łem po­wie­trze. Nic mi pra­wie nie zo­sta­wił, pi­ja­czy­na! Co to był za al­ko­hol? Już teraz nie pa­mię­tam. Roz­brzmiał dzwo­nek, z trak­cji syp­nę­ły iskry i tram­waj linii 777 wje­chał na przy­sta­nek. Ni­sko­po­dło­go­wiec był zde­ze­lo­wa­ny, po­kry­ty graf­fi­ti, wzdłuż burt lśni­ły świą­tecz­ne lamp­ki.

– Zo­ba­czy­my się jesz­cze? – za­py­ta­łem wsta­jąc. Drzwi za mną roz­su­nę­ły się bez­gło­śnie.

– Na pewno. – Z ziemi podał mi rękę. Uści­sną­łem ją ile tylko sił mia­łem w mar­twych pal­cach. – Jedź, ja po­sie­dzę sobie jesz­cze.

Wsko­czy­łem na po­kład. Tram­waj ru­szył z ło­sko­tem, zanim jesz­cze za­mknę­ły się drzwi. Grat pę­dził jak pen­do­li­no!

– Wi­ta­my na po­kła­dzie – z gło­śni­ków do­biegł głos po­ko­na­ne­go Azra­ela. – Czu­łem, że wsią­dziesz.

– Od­po­wia­da pan też za ko­mu­ni­ka­cję miej­ską? – za­kpi­łem.

– W tym przy­pad­ku ra­czej re­gio­nal­ną, ale tak, po­wiedz­my.

– Kto tym kie­ru­je?

– Samo je­dzie. Dobra, co ci pu­ścić? Znów ten pie­przo­ny „He­ar­tland”?  

– Nie, już się na­słu­cha­łem. Może… „Neo­per­reo”?

– Nie znam. – Wy­czu­łem iry­ta­cję w jego gło­sie.

– Se­cret So­cie­ty.

– Coś no­we­go… Dobra mam.

Pu­ścił wresz­cie.

– Dzię­ku­ję!

– Tak że no, miłej po­dró­ży. Szko­da, że nie zo­sta­łeś dłu­żej. – Bez­czel­ny, za­głu­szał mi ka­wa­łek. – Pa­mię­taj, i tak się spo­tka­my. W końcu wró­cisz. Kie­dyś trze­ba.

– Życie! – od­krzyk­ną­łem. Prych­nął i rzu­cił słu­chaw­ką, ale wiem, że się uśmiech­nął. Ja też się uśmiech­ną­łem. Tram­waj sunął coraz szyb­ciej w dół, w stro­nę bia­łej linii za­chmu­rzo­ne­go ho­ry­zon­tu.

 

RZECZ SIÓD­MA, czyli ży­cio­daj­ny EPI­LO­ŻEK

 

Siód­me­go roz­dział­ku tego ca­łe­go sza­leń­stwa wam nie przed­sta­wię, bo wła­śnie go prze­ży­wam. O tak, to jest dobre słowo. Prze­ży­wam! Wy­star­czy, że wie­cie, iż ma on miej­sce, i że wy­sia­dłem w końcu z tram­wa­ju na od­po­wied­nim przy­stan­ku. Tyle i aż tyle. Gdzie je­stem? Długo by mówić, ale bawię się do­brze. Może nie tak in­ten­syw­nie, jak u Azra­ela, ale na pewno przy­jem­niej. Co robię? Różne rze­czy, za­wsze jest spra­wa do za­ła­twie­nia i piwo do wy­pi­cia. Co będę robić, gdy już tutaj skoń­czę? Nie wiem. I w tym wła­śnie cała za­ba­wa. Do zo­ba­cze­nia!

 

Koniec

Komentarze

Hej!

 

śmiercionośny PROLOŻEK

Drugi raz widzę to zdanie, drugi raz czytam PIEROŻEK. XD

 

No, także walnął mnie tramwaj.

Tak że. Chyba że walnęło w niego coś jeszcze. :)

 

Swoją drogą, co za idiota kładzie torowisko tuż przed wejściem na uczelnię

Tylko dzięki temu, że na Fredry w Poznaniu przystanek tramwajowy jest 2 metry od drzwi uczelni, nie spóźniałem się na zajęcia! :) W każdym razie – nie na wszystkie.

 

wyglądał kropka w kropkę, jak ja

Zbędny przecinek.

 

Jak każdy, tu się sporo światów zazębia.

Sugestia – chyba lepiej pasowałyby tu średnik lub kropka, bo są to w zasadzie dwa odrębne zdania.

 

– O Jezu! Dziękuję bardzo! – Uścisnął mi oburącz dłoń.

Wybiło to O Jezu! – i nie wiem, czy to celowe, czy z rozpędu, bo pozostawione bez komentarza. :)

 

Rafał urwie mi jajca!-

Brak spacji, dywiz.

 

Dopij, i idziemy.

Zbędny przecinek.

 

Thats life!

That’s.

 

Wiesz co tam jest?

Wiesz, co tam jest?

 

Te zazębianie światów,

To zazębianie lub te zazębiania.

 

Grat pędził, jak pendolino!

Zbędny przecinek.

 

Secret Society

Zjedzona spacja.

 

Przeczytałem całość, bawiąc się dobrze! Nie zastosowałem się do rady odnośnie słuchania piosenek, ponieważ raz, że momentami kolejne tytuły wyskakiwały co parę zdań, a dwa, że przy lekturze wolę ciszę. (Kiedyś myślałem, że umiem robić wiele rzeczy równocześnie i nadal jest to prawda, pod warunkiem, że akurat każdą z nich mogę robić źle).

Bardzo sprawnie napisana i – kto by pomyślał – przyziemna wizja zaświatów. Bohaterowie konkretni, z charakterem. Narracja utrzymana w sympatycznym tonie, tak że głównego bohatera da się od razu polubić.

Wspaniale, że na końcu wsiadł i pojechał dalej. Bo o ile cały tekst jest spoko, o tyle bez tej ostatniej decyzji pozostawiłby nas z: i co? Tyle czytania, bo Anonim chciał nam opisać swoją – ładną, kolorową, ale nie znowu jakoś pieruńsko oryginalną – wizję zaświatów? A jednak wsadziłeś go, Anonimie, do tego tramwaju, sprawiając, że kończę lekturę z zainteresowaniem. 

Bez tego tekst byłby dobry, z tym – jest bardzo dobry.

Klikam z przyjemnością! 

Nie ma sprawy heart

Kiedyś myślałem, że umiem robić wiele rzeczy równocześnie i nadal jest to prawda, pod warunkiem, że akurat każdą z nich mogę robić źle

Bracie ^^

Barniusz

 

Drugi raz widzę to zdanie, drugi raz czytam PIEROŻEK. XD

hahhaha

 

Tylko dzięki temu, że na Fredry w Poznaniu przystanek tramwajowy jest 2 metry od drzwi uczelni, nie spóźniałem się na zajęcia! :) W każdym razie – nie na wszystkie.

Niby jest to jakiś argument, ale jednak groźnie tak…

 

Przeczytałem całość, bawiąc się dobrze!

I to jest najważniejsze!!!

 

Nie zastosowałem się do rady odnośnie słuchania piosenek, ponieważ raz, że momentami kolejne tytuły wyskakiwały co parę zdań, a dwa, że przy lekturze wolę ciszę. (Kiedyś myślałem, że umiem robić wiele rzeczy równocześnie i nadal jest to prawda, pod warunkiem, że akurat każdą z nich mogę robić źle).

Kurka wodna, niby szkoda, ale jak najbardziej rozumiem. U mnie to zależy w sumie od nastroju, płynne jest wszystko:DD

 

Bardzo sprawnie napisana i – kto by pomyślał – przyziemna wizja zaświatów. Bohaterowie konkretni, z charakterem. Narracja utrzymana w sympatycznym tonie, tak że głównego bohatera da się od razu polubić.

Przeogromnie dziękuję! Martwiłem się właśnie, czy Mateusz będzie należycie określony, a przez to lubialny. Uff…

 

Wspaniale, że na końcu wsiadł i pojechał dalej. Bo o ile cały tekst jest spoko, o tyle bez tej ostatniej decyzji pozostawiłby nas z: i co? Tyle czytania, bo Anonim chciał nam opisać swoją – ładną, kolorową, ale nie znowu jakoś pieruńsko oryginalną – wizję zaświatów? A jednak wsadziłeś go, Anonimie, do tego tramwaju, sprawiając, że kończę lekturę z zainteresowaniem. 

Super, że wątek szynowy cheeky Ci się spodobał! Co do samego finału, to chciałem, by przede wszystkim wyszedł jakoś “z nadzieją”. 

 

Dziękuję Ci ogromnie za komentarz, wskazanie błędów i klika! Już poprawiam wszystko!

 

Tarnina

 

angel

 

 

Sam nie wiem, co napisać. Tekst niby ok, jakaś tam powiedzmy ciekawa wizja zaświatów. Ale niestety nie podobało mi się.

Może za dużo tu zbędnego hedonizmu i wulgaryzmów, może nie podszedł mi styl i czasem nietrafione w moim mniemaniu porównania, może kilka błędów, o których poniżej, a może wszystko razem? 

Ale największy problem mam z zakończeniem – w jaki sposób typ z urwaną połową głowy zmartwychwstał? I czy mam rozumieć, że zgodnie z tym scenariuszem każdy, kto tylko będzie chciał wrócić na Ziemię, może wsiąść do tramwaju 777?

 

Subiektywne uwagi:

– “No, tak że walnął mnie tramwaj” – chyba także?

– “No, jesteś wreszcie! – usłyszałem z prawej.” – błędny zapis dialogu, powtarza się też potem w innych miejscach

– “Kabriolet minął wierzchołek, i w oddali wyrosło gmaszysko” – bez przecinka,

– “Pobiegł do kas, a ja stałem i nie wiedziałem, na co patrzeć”,

– Jeszcze w kilku miejscach brakuje albo jest nadmiar przecinków, ale nie będę już wszystkiego wypisywał,

– “pokazy wesołych egzekucji” – po śmierci?

Ale niestety nie podobało mi się.

:((

 

Może za dużo tu zbędnego hedonizmu i wulgaryzmów,

Zaraz dodam tag na wuglaryzmy, może faktycznie mogłem to zrobić wcześniej, ale uznałem, że nie ma ich tak dużo. Widać byłem w błędzie.

 

Ale największy problem mam z zakończeniem – w jaki sposób typ z urwaną połową głowy zmartwychwstał?

Czy sensu stricto zmartwychwstał? Kwestia otwarta. Ale co mają obrażenia do tego? 

 

I czy mam rozumieć, że zgodnie z tym scenariuszem każdy, kto tylko będzie chciał wrócić na Ziemię, może wsiąść do tramwaju 777?

W pewnym sensie tak, choć sądzę, że nie zawsze odbywa się to przez tramwaj.

 

– “No, tak że walnął mnie tramwaj” – chyba także?

Kurczę, wyżej mi poprawiono z “także” na “tak że”. Spór w doktrynie XD

 

– “pokazy wesołych egzekucji” – po śmierci?

Konwencja artystyczna, jak z Pochodem.

 

– “No, jesteś wreszcie! – usłyszałem z prawej.” – błędny zapis dialogu, powtarza się też potem w innych miejscach

– “Kabriolet minął wierzchołek, i w oddali wyrosło gmaszysko” – bez przecinka,

– “Pobiegł do kas, a ja stałem i nie wiedziałem, na co patrzeć”,

– Jeszcze w kilku miejscach brakuje albo jest nadmiar przecinków, ale nie będę już wszystkiego wypisywał,

Przyjrzę się temu wszystkiemu później i będę poprawiał.

 

Dziękuje Ci za przeczytanie i wskazanie błędów!

 

PS 

 

– “Kabriolet minął wierzchołek, i w oddali wyrosło gmaszysko” – bez przecinka,

Na pewno? A nowe orzeczenie?

 

 

 

Jak człowiek zmartwychwstaje, to wstępuje w swoje ciało. Albo go reanimują i odratowują, wtedy to, co w zaświatach trwa tygodnie, na Ziemi może kilkanaście minut. Taką mam wizję. A jak gość wraca do zmasakrowanego przez tramwaj ciała, to chyba tylko jako zombiak. Chyba, że autor miał jakąś inną wizję? Chętnie bym się dowiedział, jak to widzisz.

 

Z tym tak że to chyba faktycznie oddzielnie, także sorry za zamieszanko ;)

 

Przecinek moim zdaniem tak, bo i jest w roli rozdzielnika.

 

Polecam się na przyszłość ;)

Jak człowiek zmartwychwstaje, to wstępuje w swoje ciało. Albo go reanimują i odratowują, wtedy to, co w zaświatach trwa tygodnie, na Ziemi może kilkanaście minut. Taką mam wizję. A jak gość wraca do zmasakrowanego przez tramwaj ciała, to chyba tylko jako zombiak.

A nie, to w takim sensie na pewno nie zmartwychwstał. 

 

Przecinek moim zdaniem tak, bo i jest w roli rozdzielnika.

Dalej nie jestem pewien. Potrzebujemy jakiegoś arbitra językowego.

 

– “No, tak że walnął mnie tramwaj” – chyba także?

O, przepraszam – nie: https://www.ortograf.pl/watpliwosci-jezykowe/jak-piszemy-takze-czy-tak-ze-razem-czy-osobno "Także" to tyle, co "również" i nie ma tu sensu.

 “No, jesteś wreszcie! – usłyszałem z prawej.” – błędny zapis dialogu, powtarza się też potem w innych miejscach

To kwestia nierozwikłana przez lożę masonów siódmego stopnia w sandałach: https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/#klopotliwe_uslyszal 

Kurczę, wyżej mi poprawiono z “także” na “tak że”. Spór w doktrynie XD

Herezje zwalczamy rozpalonym żelazem XD

Taką mam wizję.

Ale wizje są różne :D

Dalej nie jestem pewien. Potrzebujemy jakiegoś arbitra językowego.

Ha. Czasami "i" dostatecznie zastępuje przecinek, a czasami nie. W tej chwili niczego już nie jestem pewna :D

Jak już przy tak że jesteśmy, to jeszcze tutaj uchowało się w formie bezspacjowej:

– Dziękuję!

– Także no, miłej podróży. Szkoda, że nie zostałeś dłużej.

Tarnina

 

Dzięki za komentarz do komentarza :D 

 

Tak że człowiek uczy się całe życie ;)

 

Nie ma opcji, trzeba zatem zatrudnić do roboty lożę masońską ósmego stopnia w klapeczkach :D

 

Ja też nie jestem pewien, dlatego zawsze podkreślam, że to subiektywne uwagi, wizja zresztą też ;)

 

Pozdrawiam gorąco!

Tarnina

 

Dziękuję za odsieczangel

 

barniusz

 

Dzięki, już idę poprawić! 

Jak już przy tak że jesteśmy, to jeszcze tutaj uchowało się w formie bezspacjowej:

blush Przegapiłam…

Tak że człowiek uczy się całe życie ;)

Na tym polega życie :)

Ja też nie jestem pewien, dlatego zawsze podkreślam, że to subiektywne uwagi, wizja zresztą też ;)

Uuu, duży temat i wymaga odpowiedniej podaży napojów z dużą liczbą gradusów :D

Dziękuję za odsiecz

To jest odsiecz:

A ja tylko dbam o betobiorcę :D

Od ponad roku nie piję takowych, więc to chyba zdaje się sporo wyjaśniać ;)

A ja tylko dbam o betobiorcę :D

heart

Witaj. :)

 

Najpierw podziękowania za oznaczenie wulgaryzmów oraz brawa za ilość znaków: 29998. :)

 

A teraz – wszelkie technikalia, które zatrzymały mnie podczas czytania (poniższe sugestie – jedynie do przeanalizowania):

To niesamowite, jak wszystko może się poplątać. Widać to wszystko nie było aż takie ważne. – powtórzenie?

– Ty, skąd go wytrzasnąłeś? – schyliłem się do Daniela. – Co on tu robi? – błędny zapis dialogu?

– Jak to (dwukropek lub przecinek?) co?

– Przez ciebie tramwaj go puknął!

– A co, miałem go wykoleić? Albo jego – wskazał na mnie prześwitującą dłonią. – powt./styl?

– Przez ciebie tramwaj go puknął!

– A co, miałem go wykoleić? Albo jego – wskazał na mnie prześwitującą dłonią. – błędny zapis dialogu?

– A zatem, Mataelu – podenerwowany zacząłem strzykać stawami. – Dlaczego wyglądasz jak ja? I nazywasz się prawie też tak samo? – i tu?

– O (przecinek?) i jeszcze tutaj.

– Na otwarcie wieczoru nie zdążymy, ale większość atrakcji zobaczysz – Daniel przekrzykiwał warkot silnika. – Daj papierosa, skończyły się. Tam, w schowku. I wyjmij gruszkę. – wykrzyknik/-i przy przekrzykiwaniu?

Pobiegł do kas, a ja stałem i nie wiedziałem (przecinek?) na co patrzeć.

Walnęły bębny, i z oddali wyłoniło się czoło parady. – zbędny przecinek?

Względny porządek ustąpił miejsca szaleństwu, i parada zmieniła się w wielobarwny rój kuglarzy. – i ten?

Wcisnąłem się za winkiel, i przedarłem przez kotary. – i ten?

Miał jeansy, pas z czachą, i czarną żonobijkę. – i ten ostatni też?

Wszystkie rzeczy, cokolwiek, kiedykolwiek istniało i istnieć będzie. – i ten ostatni?

Co prawda za życia był basistą, ale widocznie (przecinek?) skoro główny wokal zespołu jeszcze żyje, musiał się doszkolić.

Co prawda za życia był basistą, ale widocznie skoro główny wokal zespołu jeszcze żyje, musiał się doszkolić.

Co tu się dzieję… – powtórzenie i literówka?

Tylko telefony najpierw podłącz, a nie (przecinek?) jak ostatnio, że sam ze sobą gadałeś i wziąłeś za nadgodziny!

Jeszcze się spotkamy, nie raz. – tu do przemyślenia, czy na pewno osobno?

Tafla jeziora zmarszczyła się, wiatr pachnący sosnami rozwiał mi włosy. Dobrze mi tam było. – powtórzenie?

To słowo dłuższą chwile pobrzmiewało mi w głowie. – literówka?

Tam się dziwy dzieją, niejedną hece rozwiązali. – i tu?

– Tak! Pewne sprawy trza dokończyć. Jedźcie, choćby teraz!

Dali nam mapę drogową, kanapki i bimber. Pan Homka spakował nam jeszcze jakieś graty, które bardziej chyba przydałyby się w inwazji na Danię. – powtórzenie?

Puste, szare, dziwne. Duszy w nim nie było. Ale, co dziwne, ani śladu korozji. – i tu?

A, no i namiętnie słuchałem „Heartland”’u. – cudzysłów zakończyć na samym końcu?

Nie wiedziałem (przecinek?) co odpowiedzieć, trochę mnie zagiął.

– Chyba obaj mamy rację. – Rzekł w końcu. – Na swój sposób. To nie jest kwestia faktów. To kwestia wizji. – błędny zapis dialogu?

Muszę zrobić parę rzeczy, pokręcić się tu i am. Sorry… – Odkręcił korek i pociągnął z flaszy. Rozumiałem go. Wiedziałem, że musi zostać, a z wiedzy i zrozumienia bierze się tylko ból. – literówka i powtórzenie?

– Zobaczymy się jeszcze? – zapytałem wstając. Drzwi za mną rozsunęły się bezgłośnie.

– Na pewno. – Z ziemi podał mi rękę. Uścisnąłem ją (przecinek?) ile tylko sił miałem w martwych palcach. – Jedź, ja posiedzę sobie jeszcze.

Wskoczyłem na pokład. Tramwaj ruszył z łoskotem, zanim jeszcze zamknęły się drzwi. – powtórzenia?

Dobra (przecinek?) mam.

 

Niekonsekwentnie zapisywane są didaskalia w dialogach np.:

– Witamy na pokładzie – z głośników dobiegł głos pokonanego Azraela. – Czułem, że wsiądziesz. (…)

– Podpisz tutaj i tutaj. Czytelnie – wskazywał miejsca. – O i jeszcze tutaj. A tu możesz ocenić moją służbę. – Głos mu się podłamał. Przez ramię usłyszałem chichot Daniela. Zakreśliłem mu w rubryce pięć gwiazdek. W takich chwilach nie jestem asertywny.

 

Opowiadanie wręcz powala ilością różnorodnych teł, w każdej scenie innych i w każdej – wspaniałych, mieniących się barwami oraz elementami dekoracyjnymi. Każdy detal ma tu znaczenie, każdy jest istotny i urozmaica oryginalną fabułę. :) Czegóż tu nie ma?! :)

Otwarte zakończenie daje szerokie pole do popisu dla wyobraźni Czytelników. :) Fajnie, że jest tak pozytywne i tchnące optymizmem. :)

 

Klik, pozdrawiam serdecznie. :) Powodzenia! :)

Jeszcze się spotkamy, nie raz. – tu do przemyślenia, czy na pewno osobno?

… a może faktycznie nie? blush

No właśnie nie wiem, Kochana Tarnino, nie wiem… sad

Witaj bruce!

 

Najpierw podziękowania za oznaczenie wulgaryzmów oraz brawa za ilość znaków: 29998. :)

Haha, no musiałem się pogimnastykować!

 

Opowiadanie wręcz powala ilością różnorodnych teł, w każdej scenie innych i w każdej – wspaniałych, mieniących się barwami oraz elementami dekoracyjnymi. Każdy detal ma tu znaczenie, każdy jest istotny i urozmaica oryginalną fabułę. :) Czegóż tu nie ma?! :)

Bardzo mi miło, że spodobał Ci się ten bajzel! Chciałem, by dużo się działo, również w tym limicie znaków, by było dziwnie i barwnie, wielowarstwowo. By bała ta “cała jaskrawość”. Chociaż to się udało:DDD Swoją drogą, zaskoczyłaś mnie tą odmianą “teł”. Aż musiałem wyguglować, by zrozumieć, bo dostałem zastoju mózgu i nie wiedziałem, czymże są te “tły”cheeky

 

Otwarte zakończenie daje szerokie pole do popisu dla wyobraźni Czytelników. :) Fajnie, że jest tak pozytywne i tchnące optymizmem. :)

Prawda? Szczęśliwe zakończenia są najlepsze, dajmy im się zadziać chociaż na kartach prozy:D

 

Dziękuje Ci przeogromnie za pozytywną opinię i klika!!! No i uwagi, które przejrzę i popoprawiam jeszcze co nieco. Trzymaj się, pozdrawiam serdecznie<33

 

 

 

 

 

 

Aż musiałem wyguglować, by zrozumieć, bo dostałem zastoju mózgu i nie wiedziałem, czymże są te “tły”cheeky

Tak wyglądają XD

Pozdrawiam, dzięki, trzymaj się także, Anonimie, a guglować to i ja muszę ciągle, owych “teł” też pewna nie byłam. :)

Powodzonka! heart 

Dziękuję bardzo!!!

Nowa Fantastyka