– Uważaj, Mykel, bo ci wpadnie do owsianki i ani nie pograsz, ani się nie najesz. O co chodzi z tymi kartami?
– Może tego nie dostrzegasz, ale przydział do Schodzącego to w gruncie rzeczy nuda. Albo siedzę w siodle, albo pod drzwiami jak pies.
– Narzekasz?
– Nie, lepsze to niż patrole. Ulewa czy wichura, trzeba było iść. Smarkałem na okrągło. Nie narzekam, Corin. Będę tęsknić za twoją pogodą ducha i wylewnością, gdy oddelegują mnie gdzie indziej. Nie zmienia to faktu, że się nudzę.
– I postanowiłeś rozerwać się przy sztuczkach karcianych.
– No proszę, już po paru tygodniach razem zrobił się z ciebie niezły śledczy, Corin.
– Nie jestem śledczym.
Siedzieli przy śniadaniu w gospodzie. Miasteczko, w którym się znajdowali, lata temu było niewielką wioską rybacką, jednak urokliwy krajobraz, bliskość stolicy, a przede wszystkim położenie na trasie morskich szlaków handlowych szybko sprawiły, że osada rozrosła się, a wraz z tym napłynęły pieniądze.
Corin czytał listy, które dla niego pozostawiono. Mykel obracał w dłoniach zgraną talię kart.
– Wiesz już, co tu robimy? – zapytał strażnik. – Kto do ciebie pisze?
– Ten jest od Rethana Vale’a, być może go znasz. Tutejszy komendant straży. Aresztowali człowieka, którego podejrzewają o dokonanie w ostatnim czasie trzech morderstw. Vale chce, żebym porozmawiał z więźniem. Autorka drugiego przedstawiła się jako Erisa Ors i poprosiła o spotkanie. Mówi ci to coś?
– O Erisie nigdy nie słyszałem, ale nazwisko Ors znam bardzo dobrze. To jeden z lepszych graczy w trzy korony.
Zawiesił głos. Corin dostrzegł zaciśniętą pięść kompana.
– No…?
– Kilka tygodni temu orżnął mnie na sporą sumę – powiedział ponuro Mykel. – Jeżeli ta cała Erisa jest z nim spokrewniona, to świetnie się składa. Może będę miał możliwość, żeby się odegrać.
– Licz zatem, że Erisa ma nam do przekazania coś interesującego. W przeciwnym razie będziesz musiał żyć z tą porażką. Nie weźmiemy zlecenia od straży i jeżeli rewelacje panny Ors nas nie zatrzymają, wkrótce wracamy do stolicy, nic tu po nas.
– O co ci znowu chodzi, Corin? – Mykel spojrzał podejrzliwie na towarzysza.
– Powiedziałem: nie jestem śledczym. Rethan Vale… – postukał palcem w list – oczekuje, że wspomogę jego dochodzenie, przesłuchując oskarżonego. Schodzący nie są od tego.
– Nie wygłupiaj się. Jeżeli to straż, na pewno zapłacą. Przypominam, że za ostatnią robotę nie dostaliśmy nawet połowy stawki, a zleceniodawca przepadł jak kamień w wodę. Jeżeli narzekasz na zbyt ciężki trzos, powiedz słowo, a chętnie ci ulżę. – W głosie Mykela pojawiła się złość.
– Ile?
– Co?
– Od wyjazdu do Costinos liczysz każdą monetę, a zwłaszcza te jeszcze niezarobione. Wpakowałeś się w coś? Ile przegrałeś z tym Orsem?
Mykel otworzył usta, ale zaraz je zamknął. Wypuścił głośno powietrze.
– Tyle, że naprawdę wolałbym, abyś tak lekko nie odrzucał tej propozycji. Spotkajmy się z Valem, wysłuchasz go i wtedy zdecydujesz, co ty na to? Do niczego więcej nie będę cię zmuszać.
– Do niczego? I jeżeli uznam, że Vale mnie nie przekonuje, pokornie odpuścisz? – zapytał Corin i parsknął śmiechem na widok twarzy strażnika. – Niech będzie, zrobimy po twojemu. Spotkam się z obojgiem, zanim stąd wyjedziemy. A teraz pokaż jakąś sztuczkę.
Mykel, wyraźnie rozpogodzony, rozłożył karty w wachlarz.
– Wybierz jedną. Zabieraj tę łapę, w myślach masz wybrać. Już? Dobra, to teraz potasuję i… To twoja karta?
– Moja. Przyznaj, że ustawiłeś je tak, żebym ją wybrał.
– Sam ją wybrałeś, Corin, ja tylko sprawiłem, że inne wyglądały gorzej. Cała sztuczka polega na tym, żebyś patrzył tam, gdzie chcę.
– Chyba wolę, jak czarujesz, niż gdy o tym opowiadasz. Pokaż coś jeszcze.
Karta wyskoczyła z ręki Mykela, zatoczyła efektowny łuk i wpadła do miski z owsianką.
***
Vale nie czekał na komendzie. Posłaniec poprowadził ich przez Targ Solny, pomiędzy straganami zastawionymi perłami, przyprawami i tkaninami, a potem w dół wąskimi schodami, pod poziom ulicy.
Musieli schylić się w drzwiach.
W pomieszczeniu panował półmrok. Przez umieszczone na wysokości bruku okna do środka wpadały nikłe promienie światła i zgiełk targowiska. Zapach ryb i przypraw mieszał się ze stęchlizną.
– Przytulnie tu – mruknął Mykel, wodząc wzrokiem po grubych kamiennych ścianach.
– Wybaczcie okoliczności. Rethan Vale, komendant straży.
Mężczyzna był szeroki w barach i niewiele niższy od Mykela. Uścisk miał silny, pewny.
– Właśnie kończę spisywać obrażenia. – Wskazał na stół w kącie. Pod leżącym na nim materiałem wyraźnie odznaczała się ludzka sylwetka. – Nasz medyk zachorował, więc przypadło to mnie. Ze względu na warunki nie mogłem czekać.
– Nie macie na to lepszego miejsca? – zapytał Corin.
– Mamy mieć. Komenda i pozostałe budynki są w trakcie remontu. – Westchnął. – Ale zatrzymaliśmy się, że tak powiem, w dupie. Wszystko rozgrzebane i niedokończone. Pieniądze skończyły się, zanim murarze doszli do piętra. – Machnął potężną ręką. – Szkoda gadać. W każdym razie dziękuję za przybycie. Ty – zwrócił się do posłańca – możesz iść. Zabierz raport i powiedz Glessowi, że ciało ma zniknąć stąd przed południem.
Posłaniec wyprężył się w salucie i wyszedł.
– Ten jest trzeci – podjął Vale. – Sądząc po obrażeniach, sprawca zaszedł go od tyłu. Są ślady duszenia, ale nie to go zabiło. Sztylet – wyjaśnił po krótkiej pauzie. – Trzy dźgnięcia pod żebro. Chcecie zobaczyć ciało?
– Nieszczególnie – odpowiedział Corin.
– Nie jest to najładniejszy widok. – Vale pokiwał głową.
– Pan wybaczy, komendancie, ale właściwie to przyszliśmy powiedzieć, że nie podejmiemy się tej sprawy.
Zapadła krótka cisza. Vale spojrzał najpierw na Corina, a potem na Mykela, który wzruszył ramionami i odezwał się:
– Ale możemy poznać nieco szczegółów. Prawda, Corin?
– Niech będzie. Dlaczego uznaliście, że należy zaangażować Schodzącego?
– Sprawa jest skomplikowana. Doszedłem do ściany. Jak pisałem, w ciągu ostatnich kilku dni doszło do trzech zabójstw. Zwykle takie rzeczy się tu nie dzieją. Napady, bójki, tego nie brakuje. Ale morderstwa to rzadkość, a te łączy zbyt wiele, żeby to był przypadek.
– Sztylet pod żebro? – zapytał Mykel.
– Też. Sposób zadawania obrażeń sugeruje, że stoi za tym ta sama osoba. Poza tym ofiary mają sporo cech wspólnych. Przede wszystkim majątek. Pierwszy był właścicielem wędzarni ryb, która zatrudnia ćwierć miasteczka. Drugi to właściciel magazynów w porcie. I wreszcie ten tutaj, kupiec korzenny.
– To niewiele nam daje – powiedział z namysłem Mykel. – Ich bogactwo nie mogło pozostawać tajemnicą w okolicy. Zwłaszcza pierwsi dwaj, ze względu na swoje role, musieli być dość… wystawieni na widok publiczny. Jeżeli jakiś rzezimieszek chciał zwiększyć szanse, że ofiara będzie mieć przy sobie sumkę, dla jakiej warto zabić…
– Jest jeszcze coś. – Vale podniósł rękę. – Wszyscy trzej w ubiegłym tygodniu zagrali w karty z Vennarem Orsem.
Corin i Mykel wymienili spojrzenia.
– To ten twój? – zapytał Corin. Mykel pokiwał głową. – Szło o wysokie stawki? – Schodzący zwrócił się do Vale’a.
– Bardzo – przytaknął komendant. – Za to, co przegrał Vennar, nie tylko skończyłbym remont, ale jeszcze postawiłbym obok drugi posterunek, że tak powiem.
– Nie widzę tu niczego dla siebie. Za to z każdą chwilą coraz bardziej przeszkadza mi ten zapach. Mykel…
– Chwileczkę – zatrzymał ich Vale. – Złapaliśmy go. Vennara. Potwierdził, że śledził ostatnią ofiarę w dniu morderstwa. Odmawia jednak przyznania się do winy.
– Zejście nie służy przesłuchaniom. Idziemy, Mykel.
Intensywną woń, unoszącą się na targowisku, przyjęli z ulgą.
***
Przysiedli na dużym kamieniu na plaży. Mykel ściągnął ciężkie buty i zakopał stopy w ciepłym piasku. Corin z ponurą miną obserwował fale.
– Nie rozumiem, dlaczego aż tak się pieklisz – stwierdził Mykel, wystawiając twarz na popołudniowe słońce. – To ja powinienem być zły.
– Ty? A o co?
– Postawiłeś swoje zasady ponad moimi problemami.
– Swoje problemy zawdzięczasz tylko sobie, Mykel. A obok moich zasad stoją zasady cechu.
– A nie jest czasem tak, że cech dostaje sporą część od każdego wynagrodzenia, jakie pobiera Schodzący? Może przymknęliby oko na delikatne odejście od regulaminu. Dodatkowy wpływ do kasy, by remont nie znalazł się w dupie, że tak powiem – zakończył, naśladując niski głos Vale’a.
– Gdy odkrywasz w sobie talent, masz wybór – powiedział powoli Corin. – Wstąpić do cechu i szkolić się u mistrza albo odrzucić dar i żyć jak człowiek. My nie lepimy garnków, Mykel, ten wybór to coś więcej.
– Zdaje się, że zapomniałeś o trzeciej możliwości. Talent przecież nie wygasa, jeżeli nie zdecydujesz się dołączyć.
Corin westchnął.
– A powinien. Zejście to nie zabawa. Bez odpowiedniego przeszkolenia, bez przyswojenia zasad, łatwo wyrządzić tym ogromną krzywdę. To przez tych, którzy decydują się na praktyki poza organizacją, ludzie tak na nas patrzą. Certyfikowany Schodzący nigdy nie zejdzie dalej, niż to konieczne.
– Jak na moje, te zasady głównie was ograniczają. A jeżeli mogę być szczery, to wydaje mi się, że żyjesz złudzeniami, Corin. Wyobraź sobie, że jesteś władcą. Albo głową wywiadu. Wiesz, że masz pod ręką ludzi, którzy złamią każdego. Odkryją tajne plany, udaremnią spiski. Pozwoliłbyś im zasłaniać się regulaminem cechu, kiedy na szali stoi dobro królestwa?
– Nie mówię, że to się nie dzieje, Mykel. Po prostu nie chcę być w to zamieszany.
– A jednak czasem się mieszasz. Doniosłeś na Arveda. Rola Schodzącego powinna się skończyć na wyzwoleniu Lucana spod wpływu demona.
– To mógł być błąd. Nadal się nad tym zastanawiam.
– Każdy ma swoje demony, co, Corin?
– Na to wygląda.
Mykel wyprostował się i sięgnął po buty.
– A ty gdzie? Jesteśmy umówieni.
– Ty jesteś umówiony. Ja już swoje usłyszałem, nie angażujesz się. Skoro i tak zostajemy w okolicy na jeszcze jedną noc, zamierzam się trochę rozerwać. Mają tu świetny dom gier, nazywa się Król Bez Głowy. Swoją drogą, to w nim najczęściej grywał Vennar. Dobrze, że go capnęli – zaśmiał się. – Może nie stracę reszty miedziaków.
***
Czekała na niego w parku, przy ogrodzie różanym. Gdy stanął obok, uśmiechnęła się smutno na powitanie. Na głowie miała burzę ciemnych loków, a spojrzenie bystre i czujne.
– Przejdziemy się? – zaproponowała Erisa Ors. – Trafiłeś na moment, kiedy kwiaty wyglądają najpiękniej. Szkoda, żebyś stracił taki widok.
Dostrzegł spojrzenia dwóch kobiet przechodzących pobliską alejką. Sięgnął do znaku Schodzących, z zamiarem ukrycia go pod koszulą, ale powstrzymała jego dłoń.
– Nie – poprosiła. – Niech patrzą.
Skinął głową i nie zaprotestował, kiedy złapała go pod ramię.
– Zawdzięczam mu wszystko – powiedziała, nie spoglądając na Corina. – Wszystko. Wychowaliśmy się w sierocińcu. Już tam został moim bohaterem. Choć był czas, gdy go nienawidziłam. Kiedy zniknął bez wyjaśnienia. – Zacisnęła dłoń na jego przedramieniu. – Ale wrócił po mnie.
– Posłuchaj… – zaczął, lecz mu przerwała.
– Pozwól mi dokończyć, proszę. – Spojrzała na niego. Pomimo łez wzrok miała stanowczy. – Zabrał mnie stamtąd. Zapewnił mi dach nad głową i sprawił, że nigdy nie chodziłam głodna. Przez cały ten czas, kiedy go nie było, uczył się grać. Miał szczęście. Hadrik Senn, właściciel domu gier, dostrzegł w nim potencjał i wziął pod swoje skrzydła. A Vennar miał talent, wiesz? Bardzo szybko zaczął wygrywać i żyło nam się coraz lepiej.
Zatrzymali się w półcieniu rozłożystej wierzby. Promienie zachodzącego słońca tańczyły na twarzy Erisy.
– Posłuchaj – spróbował raz jeszcze. – Nie wątpię, że twój brat zrobił dla ciebie wiele dobrego. Nie uważam, że musi stać za tym, co mu się zarzuca. Problem polega na tym, że jesteś kolejną osobą, która bierze mnie za kogoś, kim nie jestem.
Prychnęła. Otarła nos nasadą dłoni.
– Sądzisz, że chcę go usprawiedliwić, mistrzu Corinie? Nie napisałam do ciebie listu, by prosić o łaskę dla Vennara. Napisałam do Schodzącego. Jeżeli mają go powiesić… – Przełknęła ślinę. – Jeżeli mają go powiesić, niech przynajmniej wewnątrz będzie wolny.
– Demon?
Uśmiechnęła się smutno.
– Nie wiem. Miałam nadzieję, że mi powiesz.
– Ale coś podejrzewasz.
Pokiwała głową. Znów go chwyciła i ruszyli przez park.
– Nie od razu coś zauważyłam. Byłam młoda i szczęśliwa. Wreszcie nie musiałam się bać. Ale Vennar się zmienił. Grał więcej, niż musiał. Coraz odważniej, coraz bardziej zuchwale. Hadrik nigdy go nie hamował. Mówił, że wielcy gracze nie odchodzą od stołu jako przegrani. Że odpuszczanie jest nawykiem biedaków. Jego Król Bez Głowy już wcześniej przyciągał ludzi, ale dopiero z Vennarem stał się miejscem, o którym mówiło się na salonach.
– Od Vennara odwróciło się szczęście?
Pokręciła głową.
– Nie. Zawsze mówi, że grając w trzy korony, tylko głupcy polegają na szczęściu. On tę grę poznał od podszewki. Liczy, analizuje. Przegrywa bardzo rzadko, ale gdy to się stanie… Nie potrafi odpuścić. Kiedy domaga się rewanżu, potrafi grozić. To go zjada od środka.
– Jak było, gdy przegrał ostatnio?
– Tak samo. Niemal nie sypiał, mówił do siebie. Dnie i noce spędzał nad rozłożonymi na stole kartami. – Zamilkła na chwilę. – Straciłam brata, jeszcze zanim zjawili się po niego ludzie Vale’a. Chcę odzyskać go chociaż na chwilę.
– A on? – zapytał Corin. – On chce pomocy?
– Tak, w tych chwilach, kiedy jest sobą.
– Nie zejdę bez jego zgody. Nie będę też szukał w jego umyśle odpowiedzi na pytania Vale’a. Zejdę, by odszukać demona.
– O nic więcej nie proszę.
Corin przez chwilę przyglądał się jej w milczeniu.
– Nie mogę obiecać, że go uwolnię – powiedział wreszcie. – To może trwać bardzo długo. Ale spróbuję.
Gdy później w ciszy oglądali róże, przytuliła się do niego. Corin zesztywniał, lecz po chwili ostrożnie położył dłoń na jej ramieniu.
***
W Królu Bez Głowy panował gwar. Wieści o aresztowaniu Vennara rozeszły się już po okolicy, a sensacja i ciekawość zadziałały lepiej nawet od pierwszej kolejki na koszt lokalu. Corin z trudem przeciskał się przez tłum.
Wypatrzył Mykela na drugim końcu sali. Górował nad towarzystwem zebranym wokół pokrytego zielonym suknem stołu.
– Corin, jesteś! – Strażnik ucieszył się na jego widok. – Postanowiłeś spróbować szczęścia?
– Szczerze mówiąc, przyszedłem po ciebie. Rano…
– Wiem, wiem, ruszamy z samego rana. Strasznie zrzędzisz, Corin. Napij się. – Mykel podał towarzyszowi swój kufel. Corin odsunął go.
– Nie to chciałem powiedzieć, Mykel. Z samego rana będziemy musieli stawić się w areszcie. Musisz być na chodzie.
– Corin… – Mykel uśmiechnął się szeroko. – Widzisz mnie? Potrzeba czegoś więcej niż te szczyny, żeby położyć dwieście funtów żywej wagi. Nic się nie martw. A skoro jutro zanosi się na trudny dzień, dziś powinieneś się rozerwać. Wypełniłeś już dokumenty?
Zaskoczona twarz kompana wystarczyła za odpowiedź. Mykel poprowadził Corina przez tłum, prosto do stojącej niedaleko wejścia lady, za którą pracowała dwójka podrostków. Po przeciwnej stronie, na wysokim stołku, rozsiadł się przysadzisty mężczyzna z rudym wąsem.
– Proszę, proszę! – Na ich widok rozłożył ramiona. – Kogo to ja widzę? Schodzący w Królu Bez Głowy? Czemuż to zawdzięczam ten zaszczyt? – Zeskoczył na ziemię i podał dłoń najpierw Corinowi, a potem Mykelowi. – Hadrik Senn, właściciel tego skromnego przybytku.
– Corin. A to Mykel. Sprowadza nas sprawa Vennara.
– Okropieństwo. – Hadrik zasępił się na chwilę. – Nadal chcę wierzyć, że doszło do pomyłki. Tyle tylko, że Vennar zawsze źle znosił przegrane. Obawiałem się kiedyś, że to zaprowadzi go za daleko. Cóż począć, los bywa przewrotny. W co panowie grają najchętniej? Trzy korony? Stakat? Filerska ruletka?
– Ja nie grywam. Nie lubię. Natomiast mój towarzysz lubi, ale nie powinien.
Hadrik przez chwilę wodził między nimi spojrzeniem. Wreszcie zrozumiał i wybuchnął gromkim śmiechem.
– Ach, pechowa karta? Nie ma co się poddawać. Zawsze powtarzam, że wielkimi graczami zostają ci, którzy po porażce nie wstają od stołu.
– Niektórzy z nich z pewnością zostają wielkimi. Reszta, jak mniemam, staje się pana najlepszymi klientami. Pański wychowanek też musiał wziąć sobie tę radę za mocno do serca.
Hadrik zaśmiał się smutno.
– Być może zbyt dosłownie – przyznał. – No, ale panu przegrana chyba nie grozi, prawda? Nie z pana zdolnościami.
– Ja nie czytam w myślach.
– Nie chodzi o to, że pan nie czyta. Chodzi o to, że inni przy stole o tym nie wiedzą. – Hadrik puścił Corinowi oko. – Flint, przygotuj dokumenty dla pana – rzucił do chłopaka za ladą. – Najmocniej panów przepraszam, ale muszę iść do obowiązków. Niech los wam sprzyja!
Za chwilę zniknął w tłumie.
– Nie będzie potrzeby – powiedział Corin, rzucając okiem na podsunięty dokument. – List kredytowy? – zdziwił się.
– Tak jest, proszę pana – przytaknął gorliwie chłopak. – W Królu Bez Głowy od dawna nie korzystamy z pieniędzy. Pan Hadrik stwierdził, że kupki bogactw na stołach przemawiają do najniższych instynktów i sprzyjają burdom. Podpisze pan list kredytowy, na którym wpisujemy maksymalną kwotę, na jaką może zostać obciążony rachunek. W przypadku stałych gości dokument pozostaje w naszym sejfie przez cały sezon. Po każdej grze aktualizujemy saldo.
– Tak jest dużo spokojniej – dodał drugi z pracowników. – I prościej. Można powiedzieć, że dla stałych bywalców prowadzimy rachunki.
– I ty to podpisałeś? – Corin spojrzał na Mykela, który wzruszył ramionami.
– To licencjonowany dom gier, Corin, a nie jakaś szulernia.
***
Następnego ranka Mykel wyglądał, jakby ktoś przez noc suszył mu język w popiele.
– Miałeś rację. Nie powinienem był pić– jęknął.
– I?
– I…?
– I żeby…?
– I żeby nie obstawiać za dużo. Ale Corin, na bogów, ta ich krupierka, Lys, tak ładnie się na mnie patrzyła. Tak trzepotała rzęsami…!
– Po to Hadrik ją tam trzyma. Dla jej pięknych uśmiechów, trzepoczących rzęs i zręcznych dłoni. Do tasowania, Mykel, do tasowania – dodał szybko, widząc, jak strażnik uśmiecha się głupkowato i otwiera usta.
– Łatwo ci mówić, bo sam nie grałeś – fuknął Mykel. – Vale nie przesadzał z tym remontem. Faktycznie, niezły tu mają bałagan.
Przeszli przez wąską bramę i wkroczyli na plac, wokół którego mieściły się budynki miejskiego posterunku. Worki z wapnem, wiadra i fragmenty rusztowań walały się pod brudnymi ścianami. Przecięli teren, kierując się prosto do niewielkiego budynku, który wskazano im jako miejski areszt.
Ledwo zapukali, komendant Vale otworzył im drzwi i gestem zaprosił do środka.
– Liczyłem, że jednak przyjdziecie – rzucił na powitanie. – Szczególnie że opowiedziano mi o dwojgu spacerujących wczorajszego wieczora po parku w romantycznych okolicznościach, że tak powiem.
Mykel posłał Corinowi pytające spojrzenie, które Schodzący zbył machnięciem dłoni.
– Jest tam. – Vale wskazał na drzwi. – Sam.
– Powiedział coś więcej?
Vale pokręcił głową.
– Nic wartego uwagi. Zapraszam.
– Zostań tutaj. Mykel wchodzi ze mną.
Komendant gwałtownie wciągnął powietrze.
– Nie wydaje mi się, żeby to był dobry pomysł. Ten człowiek jest oskarżony o potrójne morderstwo. Może być niebezpieczny. A jeżeli ma w sobie demona…
– Jeżeli ma w sobie demona, nikt nie poradzi sobie z nim lepiej ode mnie. A od pozostałych niebezpieczeństw mam Mykela.
– Naprawdę…
– Vale… – wtrącił się Mykel – jeżeli nie chcesz, żeby raport dotyczący utrudniania przez ciebie pracy Schodzącego trafił na biurko mojego druha Raveka, daj nam pracować.
Strażnicy przez chwilę mierzyli się spojrzeniami. Wreszcie komendant odpuścił. Z nietęgą miną wcisnął Corinowi klucze w dłoń i odsunął się.
– Kiedy to Ravek stał się twoim serdecznym druhem? – zapytał Corin, gdy zamknęli za sobą drzwi.
– Nigdy. Raveka znam głównie z tego, że kiedyś kazał mi trzy dni szorować latryny. Ale Rethan Vale nie musi o tym wiedzieć.
– Zaczynasz mówić jak Hadrik. – Corin uniósł brew i pokręcił głową. – No dobra…
Cela zajmowała dalszą część niewielkiego pomieszczenia. Od wejścia oddzielały ją żelazne kraty. Powietrze śmierdziało odchodami. Vennar siedział ze splecionymi nogami na pryczy, wpatrując się w ścianę przed sobą. Widzieli jego profil – długi, prosty nos i zapadnięte oczy na wychudzonej twarzy.
– Vennar Ors? – Corin podszedł do krat. Klucze zabrzęczały mu w dłoni. – Vennar?
Brak odpowiedzi.
Schodzący otworzył górny, a następnie dolny zamek. Mechanizm ustąpił ze zgrzytem.
– Vennarze, wiesz, dlaczego tu jesteś?
Więzień pozostawał niewzruszony. Wpatrywał się w ścianę, nawet nie mrugając.
– Nie przyszedłem pytać o zabitych. Przysyła mnie twoja siostra, Erisa.
Vennar odwrócił się szybko. Szare, puste oczy zwróciły się w stronę Corina. Schodzący dostrzegł w nich czerwoną pajęczynkę pęknięć.
– Erisa – powtórzył Vennar powoli, jakby obracał to słowo w ustach. – Erisa.
– Martwi się o ciebie. Mogę spróbować ci pomóc, ale musisz mi na to pozwolić.
– Była tutaj?
– Wczoraj. Nie pozwolili jej wejść.
– To dobrze. To dobrze. – Znów otworzył szeroko usta i poruszył językiem, jak gdyby słowa miały kształt, który chciał poczuć. – Powiedziała, że mnie nienawidzi?
– Nie.
– A powinna.
Po drugiej stronie krat Mykel cicho chrząknął.
– Ciebie znam! – ryknął Vennar. Poderwał się na równe nogi.
Corin cofnął się i zatrzasnął kratę. Więzień zacisnął jedną dłoń na prętach. Drugą wystawił przed siebie – chudy, siny palec wskazał Mykela.
– Taaak, znam cię. Miałeś Chorągiew, ale próbowałeś udawać Tron. Za każdym razem, kiedy blefujesz, przestajesz gadać.
Mykel przełknął ślinę.
– Mykel? Przestaje gadać? – zdziwił się Corin.
– Na trzy oddechy. W jego przypadku to cisza jak w grobowcu. – Vennar obnażył pożółkłe zęby.
– Chcesz zobaczyć sztuczkę, Vennarze? – zapytał Schodzący.
– Karcianą? – Vennar mlasnął. – Pokaż.
– Mykel, pokaż.
Strażnik posłał kompanowi zdumione spojrzenie, ale sięgnął po talię. Rozłożył ją w wachlarz i pokazał więźniowi.
– Wybierz kartę. W myślach.
Vennar parsknął. Chwilę później śmiał się już głośno.
– Chcesz, żebym wybrał Króla Monet.
Mykel opuścił talię, odwrócił ją i wbił wzrok w karty.
– To oczywiste – podjął Vennar. – Wysunąłeś go wyżej. Dwie karty obok zasłoniłeś kciukiem. Gadają, że jestem szalony, ale na pewno nie głupi.
– A ty? – odezwał się Corin. – Myślisz, że jesteś szalony?
Vennar milczał przez chwilę.
– Ja nie jestem – powiedział wreszcie. – Ale Krupier jest. Trochę. Mówi, że chce cię poznać.
– Nie pytałem, czego chce Krupier, pytałem o ciebie. Chcesz, żebym ci pomógł?
– Od dawna nie wiem, czego chcę.
– Nie musisz wiedzieć wszystkiego. Zacznijmy od jednej odpowiedzi. Chcesz, żebym zszedł?
Przekrwione oczy Vennara na chwilę stały się wszystkim, co Corin widział. Więzień znów wybuchnął głośnym śmiechem.
– Tak, chcę. Zapraszam, Schodzący.
Corin otworzył drzwi celi. Vennar rozłożył ramiona, zapraszając go do środka.
– Czym chata bogata. – Zakręcił się w kółko. – Witam w moich progach.
Nagle opadł na siennik. Przycisnął nasady dłoni do oczu. Corin zatrzymał się dwa kroki od trzęsącego się więźnia.
– Powiesz jej prawdę? Gdy ją odkryjesz? – zapytał Vennar, nie podnosząc głowy.
– Nie będę szukać w twoim umyśle winy ani niewinności. Nie po to schodzę – odpowiedział Corin. – Nie wydam na ciebie wyroku.
– Czyli nawet od ciebie się nie dowiem. – Vennar zaczął zawodzić. – Nigdy się nie dowiem. I Erisa też nie. Biedna Erisa.
Zamilkł. Uniósł głowę.
– Chcę… – powiedział ostrożnie – chcę wreszcie wstać od stołu.
***
Corin upewnił się, że drzwi są zamknięte. Musiał przyznać, że widok siedzącego przy wejściu Mykela uspokajał go bardziej niż najlepsze zamki. Ktokolwiek sforsowałby wrota, zatrzymałby się na potężnej piersi strażnika.
Vennar położył się na ziemi. Nieustannie wodził wzrokiem za Schodzącym. Drobne, nierówne zęby świeciły od śliny, gdy co jakiś czas zaczynał chichotać.
Corin przykląkł przy więźniu i zdjął z szyi symbol swojego cechu. Przytknął go do czoła mężczyzny. Jego skóra była chłodniejsza niż metal, z którego wykonano amulet.
Zanim świat się rozmył, rozbrzmiał szyderczy śmiech.
***
Przywitał go chaos kształtów i barw.
Znalazł się na ruchliwym placu, z każdej strony otoczonym rzędami kamienic. Panował zgiełk.
Budynki mieniły się feeriami kolorów. Gdy Corin rozejrzał się uważniej, spostrzegł, że to samo dotyczy całego otoczenia – mijający go ludzie, posągi, stragany, wszystko to migotało intensywnymi, zmieniającymi się barwami. Wyglądało to jak najznakomitsze widowisko.
Tyle że nim nie było.
A nawet jeżeli – świadomość Vennara nie była spektaklem, za obejrzenie którego ktokolwiek chciałby zapłacić złamanego miedziaka. Schodzący już to widywał. Z początku bywało względnie normalnie, ale za chwilę…
Szarość, jak gdyby jakaś siła skradła wszystkie kolory. Corin stał sam pośrodku niczego. W nagłej ciszy słychać było tylko jego głęboki oddech.
Rozejrzał się. Z każdej strony tylko ona – pustka.
Ostrożnie zrobił krok do przodu. Szarość pod jego butem rozjarzyła się wielobarwnym blaskiem. Smugi kolorów rozpierzchły na boki niczym spłoszone zające, zostawiając za sobą mieniące się warkocze.
Na oczach Corina świat zaczął malować się na nowo. Wraz z obrazem powróciły okrzyki przechodniów, śmiechy dzieci i brzdęk monet.
Corin odwrócił się w stronę, z której dobiegał ostatni odgłos. Przez gęsty tłum dostrzegł pokaźnych rozmiarów stół, obity zielonym suknem. Kiedy ruszył w jego kierunku, znów otoczyła go szarość.
– Jesteś gotów przegrać? – Głos rozległ się z każdej strony równocześnie. Nie brzmiał jak Vennar.
Corin rozejrzał się. Był tu sam.
– Nie gram bez stawek – odezwał się znowu głos. – Co postawisz, Schodzący?
– Nie zwykłem ryzykować. Szczególnie kiedy nie znam zasad – odpowiedział Corin.
– Zasady są już ustalone, Schodzący. – W głosie pojawiła się nuta rozbawienia. – Od czasu, kiedy Vennar po raz pierwszy usiadł do stołu, by polepszyć życie swoje i swojej małej siostrzyczki.
– On także ich nie ustalił.
– Skądże. Ale pokochał je bez reszty.
– W ten sposób powstałeś? Z jego miłości do gry?
Wszystko wróciło tak szybko, że Corinowi zakręciło się w głowie. Opadł na wygodne, miękkie krzesło przy stole. Przechodnie wokół nie zwracali na niego uwagi.
Naprzeciw siedział Krupier.
– Nie tylko, Schodzący. Z dziesiątek jego lęków i żądz.
Przystojny mężczyzna w bogatych szatach nie miał w sobie nic z przerażającego demona. A jednak, co Corin wiedział ponad wszelką wątpliwość, demonem był. I to jednym z najgorszych: formowanym długo i konsekwentnie, przez lata czerpiącym siłę z najgłębszych warstw podświadomości żywiciela.
– To jak? – zapytał Krupier. – Co postawisz? Moją ofertą jest prawda.
– Już mówiłem, że nie gram.
Świat znów zniknął. Demon pozostał.
– Zatem niczego się nie dowiesz. A z tej skorupy na powierzchni nie dasz rady niczego wyciągnąć. Latami patrzyłem jego oczami i kierowałem każdym jego ruchem. Sam Vennar pozostawał ślepy.
– Wszyscy jesteście przekonani, że zależy mi na innej prawdzie niż ta, którą już odkryłem.
– Czyżby?
– Wiem, że w nim jesteś. Więc można go wyleczyć.
Krupier rozłożył ramiona i uśmiechnął się szeroko.
– Śmiało, Schodzący. Wbij we mnie swój magiczny sztylet. Wiedz tylko, że jeżeli to zrobisz…
– … Vennar także umrze, wiem. Wrosłeś w niego zbyt mocno. Nie zabiję cię.
– Cóż więc poczniesz, Schodzący? Ten chłopak beze mnie nie istnieje.
– Póki co – skwitował Corin, sięgając do amuletu Schodzącego. – Ale to może się zmienić. Wiem już, czym jesteś.
***
Otworzył oczy.
Wróciły zwykłe kolory i smród odchodów.
Vennar leżał na podłodze w celi. Oczy miał zamknięte, oddychał spokojnie. Potrzebował jeszcze chwili, żeby odzyskać przytomność.
Corin wyprostował się powoli. Zawiesił medalion na szyi.
– Zabiłeś go? – zapytał Mykel. – W każdym razie, któregoś z nich?
Schodzący pokręcił głową.
– Nie. Tym razem będzie dużo trudniej. Sam sobie nie poradzę.
– Nie wiedziałem, że kilku Schodzących może… – zaczął zdziwiony Mykel.
– Nie może. Muszę spotkać się z Erisą.
Rozległo się walenie do drzwi.
– Słyszę, że już po wszystkim. Otwórzcie! – dobiegł ich głos komendanta.
Vale wparował do pomieszczenia. Omiótł spojrzeniem Corina i Mykela, a potem podszedł do celi.
– Czy on…? – zapytał, odwracając się do Schodzącego.
– Wszystko w porządku. Będzie potrzebować nieco czasu, zanim do siebie dojdzie. Jutro będzie normalny. W każdym razie na tyle, na ile jeszcze mu się to zdarza.
– I co? Ma, że tak powiem, mieszkańca? – Vale odsunął się od celi.
– Żyje w nim demon. – Corin skinął powoli głową. – Śmiertelnie niebezpieczny. Pozbycie się go może potrwać długimi tygodniami, o ile w ogóle będzie to możliwe.
Komendant przez chwilę patrzył na nich w milczeniu.
– Wygląda na to, że wszyscy dowiedzieliśmy się tego, czego chcieliśmy. Mam nadzieję, że odwiedziny u więźnia się udały. Tymczasem przepraszam, ale muszę was wyprosić. Mam kilka dokumentów do uzupełnienia.
***
Pomachała mu pergaminem przed nosem tak szybko, że nie zdążył niczego odczytać. Zaraz potem spoliczkowała go.
– Miałeś rację – krzyknęła Erisa. – Od początku miałeś rację! Nie powinieneś był się w to wszystko mieszać!
Spacerująca sąsiednią alejką parku para wyraźnie przyspieszyła kroku.
Corin wyciągnął rękę. Zabrał jej dokument i przeczytał szybko.
– Oskarżenie o potrójny mord potwierdzone. Biegły Schodzący uznał oskarżonego Vennara Orsa za nosiciela śmiertelnie niebezpiecznego demona, ostatecznie dowodząc jego winy – wyrecytowała słowo w słowo Erisa. – Ty kupo gówna, ty…
Zaczęła uderzać go w pierś. Cofnął się o krok. Kiedy naparła, chwycił ją za nadgarstki.
– Przestań. Nic takiego nie powiedziałem.
– To dlaczego on… – Erisa rozpłakała się. Przylgnęła do niego, targana spazmami płaczu. Objął ją.
– Przeinaczył moje słowa. Pomówię z nim. A kiedy już wszystko wyjaśnię, będziesz mi potrzebna. Twojego brata da się uratować. Demona, który w nim mieszka, może pokonać on sam. Ale będzie mu potrzebne twoje wsparcie.
Erisa podniosła głowę. W wilgotnych oczach pojawiła się nadzieja.
– Zrobię dla niego wszystko – powiedziała cicho.
***
Trzaśnięcie drzwi sprawiło, że Vale podniósł głowę znad dokumentów. Jego twarz spoważniała na widok Corina i Mykela, którzy wpadli do tymczasowego gabinetu komendanta.
– Wykorzystałeś moje słowa. – Schodzący wycelował w niego palec. – Nadałeś im inny sens. Mówiłem ci, że nie będę mieszać się w śledztwo.
– Dokładnie cię zacytowałem, Corin. Drzwi były otwarte, mam czterech świadków, którzy potwierdzą, że nazwałeś żyjącego w Vennarze demona zabójczo niebezpiecznym.
– Dla niego samego, ty kretynie.
– Och, Corin. – Vale uśmiechnął się drwiąco. – W przyszłości musisz być, że tak powiem, bardziej precyzyjny.
– Hańbisz mundur – odezwał się nagle Mykel. – Twoje dni na stołku komendanta są policzone. Gdy tylko wrócę do stolicy…
– Co im powiesz? – przerwał mu Vale. – Że rozwiązałem sprawę trzech brutalnych morderstw? Że od razu namierzyłem i wsadziłem do aresztu właściwego człowieka? Zająłem się zagrożeniem, strażniku. I to pomimo cięć budżetowych.
Mykel zacisnął pięści.
– Nawet jeżeli to on…
– Co jest dla ciebie ważniejsze, Mykel? Ochrona ludzi czy kodeks moralny twojego towarzysza? Jeżeli to drugie, obawiam się, że to nie ja jestem hańbą dla munduru.
– Odwołaj rozkaz. Inaczej ogłoszę, że to, co powiedziałeś, to stek kłamstw. Stracisz twarz.
– Czterech świadków, Corin. – Vale uniósł dłoń z wyprostowanymi palcami i schowanym kciukiem. – Każdy jeden poświadczy przeciwko tobie.
– Odwołaj… – wycedził Corin – rozkaz.
– Nawet gdybym chciał, to nie zależy ode mnie. Od sądzenia jest sąd. Mógłbym, oczywiście, posłać gońca z prośbą o rewizję wyroku, ale chłopak się, że tak powiem, zmęczył, biegając z dokumentami z samego rana i puściłem go do domu. Zresztą rozpatrzenie sprostowania zajmuje zwykle kilka dni. Vennar zawiśnie jutro o świcie.
Corin ominął biurko i dopadł Vale’a. Chwycił go za koszulę. Materiał zatrzeszczał, gdy Schodzący uniósł komendanta.
– Corin. Corin! Uspokój się. – Ciężka dłoń towarzysza zacisnęła się boleśnie na jego ramieniu. – Uspokój się, to komendant straży!
Rozluźnił uścisk. Vale opadł ciężko na krzesło.
Drzwi otworzyły się i stanął w nich młody strażnik, zaalarmowany hałasem. Omiótł wzrokiem pokój.
– Komendancie…? – zapytał niepewnie.
Vale, który zdążył już wygładzić ubranie, machnął krótko ręką.
– Panowie już wychodzą – powiedział. – Przynajmniej na razie.
– Komendancie…!
– Pan Mykel podlega stołecznej jurysdykcji, a jego przywileje obejmują także Schodzącego, którego ochrania. Aresztowanie obu będzie wymagało trochę zachodu, nawet jeżeli powodem jest napaść na komendanta lokalnej straży. Wypuść ich, ale nie żegnaj się zbyt wylewnie. Niedługo znowu się zobaczymy. Upewnij się tylko, że opuścili teren.
Chłopak wyprężył się i zasalutował.
– Panowie pozwolą za mną – powiedział, starając się, by jego głos brzmiał stanowczo.
Corin posłał Mykelowi krótkie spojrzenie. Strażnik skinął głową i pokornie ruszył w stronę drzwi.
Gdy zrównał się z chłopakiem, chwycił go za ramiona i uniósł jak zabawkę. Nogą zatrzasnął drzwi, a potem rzucił go na stojącą pod ścianą pryzmę worków z wapnem. Schylił się i odebrał mu klucze. Zamek przeskoczył ciężko.
Corin był już z powrotem przy Vale’u. Komendant wstał, ale Schodzący tylko na to liczył. Kopnął go w kolano. Trafił. Noga wygięła się w tył, a mężczyzna ryknął z bólu. Nie trafił na krzesło i zwalił się ciężko na ziemię.
– Też zawiśniesz! Za wtargnięcie i napaść na komendanta. Nie będzie trzeba nawet wymieniać liny po Vennarze. A ty? – Vale przeniósł wzrok na Mykela, który zbliżył się do nich. – Myślisz, że twój Ravek ochroni cię po czymś takim? Mam nadzieję, że lubisz szorować latryny i uganiać się za szczurami, bo tak będzie wyglądać reszta twojej służby. Ała! – zawył, gdy Corin nadepnął na jego uszkodzone kolano.
– Dość, Corin – powiedział stanowczo Mykel. – Nie po to tu przyszedłeś.
Schodzący skinął głową. Strażnik miał rację.
– Zajmij się nimi, Mykel. I daj mi klucze. Idę do Vennara.
***
Krupier uśmiechnął się szeroko. Jego zęby mieniły się paletą jasnych barw.
– A jednak – powiedział na powitanie, tasując karty. – Nie tak łatwo odpuścić.
– Grajmy – ponaglił Corin. – W coś łatwego.
– Najpierw stawka – przypomniał Krupier. – Ja zostaję przy swojej, oferuję ci prawdę. Co dostanę, jeżeli przegrasz?
– Nie mam niczego wartościowego.
Krupier wybuchnął śmiechem. Kolory wokół rozjarzyły się.
– Głupi jesteś, Corin. Oczywiście, że masz. Słyszałem, że moją skorupę mają wieszać. A ja, z czego obaj zdajemy sobie sprawę, bardzo jej potrzebuję. Jej lub jakiejkolwiek innej. Jeśli wygram, ty zostaniesz moją nową skorupą. Umowa stoi?
Corin zawahał się.
– Sam powiedziałeś, że niczego innego nie masz. – Krupier wyciągnął rękę nad stołem. – A czas ucieka.
– Niech będzie. – Uścisnęli dłonie.
Krupier rozłożył karty w wachlarz.
– Prosiłeś o coś prostego. Mam coś takiego. I, żeby nie dawać mi przewagi, w żaden sposób nie jest oparte na umiejętnościach. Czyste szczęście. Połowa tych kart jest czerwona, druga połowa czarna. Jeżeli wybierzesz czerwoną, wygrałeś. Jeżeli czarną, wygrana jest moja. Wchodzisz w to?
Corin pokiwał głową. Przez chwilę patrzył na karty.
Chcesz, żebym wybrał Króla Monet. Wysunąłeś go wyżej – przypomniał sobie. – Dwie karty obok zasłoniłeś kciukiem. Gadają, że jestem szalony, ale na pewno nie głupi.
Krupier tam był, patrzył i słuchał poprzez Vennara. Sam to przyznał. Czy teraz powtórzyłby tę samą sztuczkę? Czy raczej spróbowałby raz jeszcze odwrócić sytuację?
Corin wyciągnął rękę i wskazał kartę, która wystawała nieco ponad pozostałe.
Krupier uśmiechnął się. Wyciągnął kartę i położył ją na stole.
Czerwona.
– Byłby z ciebie dobry gracz, Corin. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś zagramy.
Później opowiedział mu prawdę.
***
– Mamy przesrane, Corin, wiesz o tym.
– Nie tak jak on.
Gnali przed siebie, podtrzymując pod ramiona na wpół przytomnego Vennara. Przecięli już główny plac i wpadli do bramy. Dopiero wtedy dobiegł ich ostry dźwięk alarmowych dzwonków.
Wyskoczyli na główną ulicę, wprost między przechodniów. Ludzie rozstąpili się przed nimi. Corin sięgnął do rzemyka na szyi i wyciągnął na wierzch medalion Schodzącego. Amulet wzbudzał w ludziach różne emocje, ale przede wszystkim obawę i niechęć, a obu potrzebowali teraz szczególnie – trzymały innych na dystans.
– Co to w ogóle miało być? – Mykel sapnął. – Gdzie twoje zasady?
– Sam mówiłeś, każdy ma swoje demony. Moje się właśnie przebudziły.
Mykel przewrócił oczami.
– Nie wyłgasz się okrągłymi słowami, Corin. Wrócimy do tej rozmowy. Ale teraz… mam nadzieję, że demony podpowiadają ci, gdzie go zaprowadzić?
– Obawiam się, że żaden nie zaprzątał sobie tym głowy. Skręć tutaj.
Wpadli w boczną uliczkę. Śmierdziało tu starymi rybami.
Usadzili Vennara pod obdrapaną ścianą. Oddychał ciężko, wodząc półprzytomnym wzrokiem dookoła siebie.
Corin przymknął oczy i wziął głęboki oddech. Wypuścił powoli powietrze.
– Musisz jechać do stolicy, Mykel. I nie wracaj bez Raveka. Wyjaśnij mu jak najwięcej, gdy tylko dotrzesz na miejsce. Dzięki temu nie będzie zwlekać.
– Co mam mu wyjaśnić?
Corin opowiedział krótko, czego dowiedział się od Krupiera.
– A co z nim? – Strażnik wskazał na Vennara.
– Jest tylko jedno miejsce, gdzie będzie bezpieczny.
– Nie znajdą go?
– Nie, jeżeli odpowiednio rozegramy karty. – Schodzący uśmiechnął się lekko. – Ale pospiesz się.
Mykel wyjrzał za róg. Nasłuchiwał przez chwilę.
– Corin?
– Tak?
– Twoje demony są zaskakująco ludzkie. Dbaj o nie.
***
W pokoiku na piętrze gospody słychać było tylko rytmiczne kroki Erisy. Pięć, by przejść pomiędzy drzwiami a zasłoniętym oknem. Pauza. Szurnięcie podeszew przy obrocie i znów pięć kroków.
Corin siedział na wąskim łóżku, wodząc za nią wzrokiem.
– Usiądź, bo wydepczesz dziurę.
Płomień świecy mignął w jej oczach, gdy rzuciła mu krótkie spojrzenie. Prychnęła.
– Jeżeli martwisz się, że stary doliczy ci to do rachunku, trzeba było zostać u mnie.
– W pierwszym miejscu, do którego Vale zaprowadzi swoich ludzi.
– Gdy tylko będzie w stanie kogokolwiek prowadzić. – Wreszcie się uśmiechnęła. – Opowiedz mi jeszcze raz, jak zmiażdżyłeś mu kolano.
– Nie zmiażdżyłem, tylko go w nie kopnąłem. I, jeżeli mam być szczery, nie jestem z tego szczególnie dumny.
– Ani trochę? – zatrzymała się przed nim. – Nawet odrobinę?
Parsknął. Ona też. Usiadła obok.
– Dziękuję, Corin.
– Jeszcze nie. Podziękujesz, gdy będzie po wszystkim.
Milczeli przez chwilę. Za oknem krzyczały mewy.
– Czyli da się go wyleczyć, tak? – zapytała. – Wiem, że już to mówiłeś, ale chcę usłyszeć jeszcze raz. Że odzyskam brata.
Zastanowił się. Gdy się odezwał, mówił powoli.
– Jest to możliwe. Demony rodzą się z różnych części człowieka. Niektórych stosunkowo łatwo się pozbyć, szczególnie kiedy wyrosły z szoku czy silnej, ale bardzo konkretnej traumy. Jednak im głębiej się zagnieżdżą, tym trudniejsza jest walka. W pewnym momencie – i tak jest w przypadku Vennara – metody Schodzących stają się niewystarczające. A nawet niebezpieczne.
Spojrzał w jej oczy. Nie spuściła wzroku.
– Gdybym spróbował zabić Krupiera… pewnie by mi się to udało…
– Kopnąłbyś go w kolano?
Uśmiechnął się.
– Większość demonów nie jest wojownikami. Takie jak Krupier wiedzą, że nie muszą nimi być. Gdybym go zabił, zginąłby wraz z twoim bratem. W najlepszym wypadku. W najgorszym Vennar żyłby nadal, kompletnie pusty.
Oparła się plecami o ścianę. Przez chwilę oboje patrzyli w milczeniu. Ona – na sufit. On – na jej profil.
– Jesteś przekonany, że Vennar jest niewinny?
– Trudno mówić o przekonaniu, kiedy osąd opieram na słowach demona. – Uśmiechnął się krzywo, gdy na niego zerknęła. – Ale opowieść Krupiera jest wiarygodna. Koszmarnie smutna, ale to nie odbiera jej prawdopodobieństwa. Widziałem już różne demony. Przypadki jak ten Vennara także. To możliwe, że bywały momenty, kiedy twój brat był jedynie naczyniem.
Słowo skorupa nie przeszło mu przez gardło. Nie do niej.
– Drobna część świadomości, która mu została, pozwalała jedynie skupić się na grze. Ale Krupier czuwał. Nigdy nie zależało mu na krzywdzie Vennara, również dlatego, że tracąc naczynie, sam najpewniej by przepadł.
– Nie potrafię uwierzyć, że Hadrik… Zaopiekował się Vennarem, a potem nami. Król Bez Głowy cieszy się dobrą sławą.
– Hadrik ze sztuczek karcianych uczynił swój sposób na życie. Nie, nie z karczemnych zakładów – dodał, gdy spojrzała na niego zaskoczona. – Z wystawiania na światło dzienne tego, co chciał wszystkim pokazać, tylko po to, żeby nie patrzyli gdzie indziej. No i, trzeba mu to przyznać, zna się na ludziach. Z początku zdziwiło mnie trochę, z jaką łatwością namawiał ich do podpisywania listów kredytowych, ale potem przypomniałem sobie wszystkich pijaków, którzy bez zastanowienia otwierają rachunek, ledwie wejdą do szynku. To, że nie widzisz od razu każdej wydanej monety, zagłusza sumienie. Pozwala wierzyć, że się odkujesz.
– Przecież najlepsi gracze nie wstają od stołu przegrani – powiedziała z przekąsem. – Zbyt często to słyszałam.
Pod oknem zatrzymał się powóz. Rozległo się rżenie koni.
– Nie rozumiem, jak mógł być tak głupi, żeby…
– To nie musiała być głupota, Eriso. Troska o ciebie, manipulacje Hadrika, chęć, by coś w życiu zmienić. By coś osiągnąć. Jest wiele powodów.
– Muszę dać mu takie, żeby do mnie wrócił.
Pokręcił głową. Tego się obawiał.
– To jego walka. Możesz przy nim być, ale wygrać musi sam Vennar. Nie Erisa, nie…
– Corin!
Drzwi zatrzęsły się od potężnych uderzeń. Płomień świecy zadrżał.
– Corinie Mettelu! – dobiegł ich z korytarza niski głos Vale’a. – Na mocy nadanych mi praw komendanta straży miejskiej, nakazuję ci otworzyć i dobrowolnie oddać się w ręce sprawiedliwości. To samo tyczy się przebywających z tobą Mykela Veisa oraz Vennara Orsa, a także wszystkich osób, które w jakikolwiek sposób przyczyniły się do twoich występków.
Corin otworzył drzwi.
Vale się cofnął. Deska, którą usztywniono mu nogę, zastukała o podłogę. Wśród trójki strażników przybyłych z komendantem, Schodzący rozpoznał młodziaka, którego spotkali wcześniej w gabinecie komendanta. Wyraźnie trzymał się o pół kroku z tyłu i przechylał głowę, próbując dostrzec coś ponad ramieniem Corina.
– Nie ma go – powiedział Schodzący, patrząc wprost na młodego strażnika. – Nie masz się czego obawiać.
– Dość tych bzdur. Pojmać ich.
Corin wyciągnął przed siebie ręce i gestem zachęcił Erisę do tego samego.
– Nie będziemy protestować.
– Pojmać wszystkich!
– Obawiam się, Vale, że nikogo więcej tu nie ma.
Gdy niedługo później opuszczali gospodę, kroki komendanta rozbrzmiewały szczególnie głośnym stukotem.
***
– Świta. – Corin wskazał podbródkiem na okno.
Vale nawet nie zamknął ich w celi. Związanych w przegubach i ze sobą nawzajem, kazał posadzić na podłodze przed swoim biurkiem, tak aby mieć ich stale na oku. Z początku próbował zajmować się korespondencją i dokumentami, ale wreszcie odłożył pióro, zarzucił nogi na blat i po prostu się na nich gapił.
– Nie ciesz się – powiedział teraz. – Kat jest już opłacony, a jemu, że tak powiem, wszystko jedno, kto zawiśnie. Choć sznur, jak mniemam, ma już uszykowany na Vennara. Ty, zdaje się, jesteś nieco tęższy. Gdyby z jakiegoś powodu mistrz małodobry nie dopilnował wymiany liny, może się tak pechowo zdarzyć, że impet urwie ci głowę.
Corin poczuł, jak siedzącą obok Erisę targnął dreszcz.
– To zabawne, że akurat na kata wysupłałeś jeszcze parę miedziaków. A może to Hadrik zapłacił ci kolejną część?
Oczy Vale’a rozszerzyły się. Zrzucił nogi ze stołu. Skrzywił się, gdy ból przeszył kontuzjowane kolano, ale nie oderwał wzroku od Schodzącego.
– Nie wiem, o czym mówisz.
– Doskonale wiesz, o czym mówię. Wie też Mykel, a dzięki niemu także Ravek i każdy strażnik, którego ze sobą tu zabrali. Tylko biedny Vennar niczego nie wiedział i myśleliście, że to wystarczy.
Vale wstał. Sięgnął po leżący na biurku sztylet do otwierania listów.
– Niezły mieliście plan – kontynuował Corin. – To, że Hadrik ustawiał gry, nawet mnie nie zdziwiło. Widziałem, jak zręcznie Lys tasowała i rozdawała karty. – Zastukało drewno. – To, że czasem zawyżali wpisywane kwoty, licząc, że nikt się nie zorientuje, też byłem w stanie zrozumieć. Znał swoich klientów i wiedział, z kim może sobie na to pozwolić. A że część z dodatkowego zysku szła do ciebie, pewnie w zamian za przymknięcie oka, mógł się czuć nietykalny.
Vale był już dwa kroki od niego. Na policzki wstąpiły mu purpurowe plamy.
– Ale w końcu zdecydowaliście się na coś, co nie mieści mi się w głowie. Hadrik lata temu przygarnął Vennara pod swoje skrzydła. Już wtedy to planował? Nie sądzę. Ale apetyt rośnie w miarę jedzenia. Ty potrzebowałeś pieniędzy, żeby dokończyć remont, rozwój Króla Bez Głowy także musiał swoje kosztować. Wykorzystaliście biednego, pochłoniętego przez hazard Vennara jako kozła ofiarnego. Pozwoliliście Lysie ustawić głośną partię, tak by wieść o jego przegranej rozeszła się szeroko. Sfałszowaliście listy kredytowe tej trójki, ale to nie byli ludzie, którzy by to przeoczyli. Zabiliście ich, wiedząc, że wina spadnie na Vennara. Zresztą, chłopak sam zrobił sobie problemy, włócząc się za nimi. Nie potrafił pojąć, dlaczego przegrał, i popadał w szaleństwo. Ktoś go zobaczył, a to musiało być wam bardzo na rękę.
– Skąd to wiesz?
– O Hadriku – od znajomego, na moje spotkanie z którym sam bardzo nalegałeś. Twojego udziału nie byłem pewny. Blefowałem. Choć przyznaję, sam nieco się wystawiłeś. Zbyt ci zależało, żeby jak najszybciej pozbyć się Vennara.
– Gratulacje, Schodzący. Wielka szkoda, że tak brzydzisz się śledztwami. Marnujesz talent.
Vale uniósł sztylet i rzucił się na Corina. Wtedy Erisa odepchnęła się plecami od ściany i wierzgnęła nogami. Komendant ryknął, gdy pięta kobiety trafiła go w kolano. Źle stanął i upadł.
Sztylet ślizgnął się po podłodze.
Zatrzymał się pod ciężkim butem. W otwartych drzwiach stał Ravek. Za nim, pochylając się w futrynie, do środka zaglądał Mykel.
– Już drugi raz zmuszacie mnie, żebym dosiadł konia i pogalopował daleko od stolicy. Zacznij, z łaski swojej, brać zlecenia w pobliżu, Schodzący. A ty, Vale, ściągaj mundur. Hańbisz go.
Gdy ludzie Raveka wyprowadzali komendanta, Mykel pomógł Corinowi i Erisie pozbyć się węzłów.
– Co z nim? – zapytała kobieta. – Jest cały?
– Jest pod dobrą opieką – odpowiedział strażnik. – Zostawiłem go u siostrzyczek od Miłościwej Poli. Nie znajdziesz w stolicy miejsca, gdzie otoczono by go lepszą opieką.
***
We troje zmierzali na południe. Corin i Mykel z przodu. Nieprzywykła do jazdy Erisa za nimi, na wałachu uwiązanym do konia strażnika.
– Po drodze miałem sporo czasu, żeby sobie to poukładać, Corin. Vennar nie był szczególnie rozmownym kompanem. Chyba już rozumiem, skąd w tobie ta nagła zmiana.
– Ach, tak? Skąd, Mykel? – powiedział z przesadnym zainteresowaniem w głosie Corin. – Wyjaśnij mi, proszę.
Mykel nie odpowiedział. Zamiast tego zerknął przez ramię i uniósł wymownie brwi.
Corin wybuchnął śmiechem.
– O co chodzi? – zapytała wyrwana z zamyślenia Erisa.
– O nic. Mykel znalazł sobie nowe zajęcie. Najwyraźniej postanowił zostać wróżką. Tylko musi jeszcze sporo poćwiczyć.
– A wiesz, Corin, że nie jesteś aż tak daleki od prawdy? To znaczy, nie w kwestii wróżki. Ale rzeczywiście, przemyślałem to i owo i zrozumiałem, że karty nie są dla mnie. Zresztą, skoro to po części za moją sprawą zamknięto ukochanego przez wielu Króla Bez Głowy, niełatwo znalazłbym kompanów do partyjki. Musimy zacząć zarabiać inaczej.
– Aha, bo twoje rozgrywki zapewniały jak dotąd stały dopływ gotówki.
– Nie mądruj się, Corin. Lepiej zastanówmy się, jak wycenić nasze nowe usługi.
– Mamy nowe usługi?
– Oczywiście! Vale to kawał gnoja, ale w jednym muszę przyznać mu rację. Marnujesz wielki talent.
– Ech, Mykel…