1.
Znowu zaczęły się letnie wakacje: szkołę remontują robotnicy budowlani, lekcje zaczną się dopiero we wrześniu, kreda nie skrzypi na tablicy, zamilkł dzwonek na przerwę, nauczyciele wyjechali na urlopy, opalają się na plażach, nad morzem lub odpoczywają gdzie indziej. Co zrobić z taką ilością wolnego czasu? Robert, przezywany przez kolegów Grubasem, z powodu swojego brzucha i wielkiego apetytu, mieszkał w bieszczadzkiej wsi, wśród zielonych lasów i gór, zwanej Kępa Górna. Przedwczoraj zrodził się w jego głowie pewien pomysł, w sam raz do zrealizowania w czasie pogodnych, lipcowych dni.
Najpierw podzielił się z nim ze swoją przyjaciółką Klarą, nazywaną Rudą, za sprawą swoich charakterystycznych, ognistych włosów. Ruda mieszkała w sąsiednim domu. Rozmawiali przez płot. W ogródku Klary rosły czerwone róże i piwonie. Latały pomiędzy nimi kolorowe motyle, pszczoły i trzmiele. Biegał tam też wesoło szczekający jamnik Supeł.
Gruby pokazał Rudej wycinek z lokalnej gazety: “Głos Bieszczad” z artykułem pod tytułem: “Dziwne zjawisko”. Dodano do niego zdjęcie trzech tajemniczych świateł na tle nocnego nieba, nad mrocznym lasem.
Największe było czerwone, mniejsze niebieskie, a najmniejsze żółte. Na drugim zdjęciu pozowała dwójka turystów z plecakami i rowerami, którzy, jak twierdzili uparcie, widzieli dziwne obiekty i przytomnie zrobili im fotkę.
Na trzeciej fotografii można było dostrzec leśną polanę na tle skalistego wzgórza, z którego spływał strumień.
Artykuł zawierał krótki wywiad z turystami, którzy podczas nocnej wyprawy zobaczyli nagle dziwne światła na niebie, a potem jakiś obiekt w kształcie płaskiego dysku, który rzekomo bezgłośnie opuścił się nad polanę. Wyszły z niego istoty o niebieskawej skórze. Telefony komórkowe dwójki turystów przestały działać, jakby ktoś wykasował im systemy operacyjne.
– No i co z tego? – spytała głupio Ruda.
– To z tego – zirytował się Gruby, składając i chowając artykuł do kieszeni spodni – że wiem, gdzie znajduje się ta leśna polana. Poszedłem tam z tatą, gdy wybraliśmy się jesienią zeszłego roku na grzyby. Dobrze pamiętam. Jest pięć kilometrów od wsi, na południe. Moglibyśmy się wyprawić do niej w sobotę całą paczką i wszystko osobiście sprawdzić. Policja pewnie nie potraktowała tej sprawy poważnie.
– Za kogo się masz? Za Foxa Muldera z Archiwum X? Myślisz, że naprawdę wylądowało tam jakieś UFO? – roześmiała się kpiąco Ruda. – To pewno wymysł dziennikarzy, którzy chcieli powiększyć nakład gazety w wakacyjnym wydaniu.
– Ty jesteś za to Dana Scully! A jeśli coś w tym jest? – nie ustępował Robert.
– Sądzisz, że istoty z kosmosu wrócą na polanę? Mała na to szansa.
– Może badają okolicę?
– To bzdura! Nigdzie z tobą nie pójdę!
– Daj spokój, Ruda. Nie bądź taka sztywna. Co masz do roboty?
– Muszę pomóc rodzicom w zbieraniu siana.
– Nie możesz się wyrwać na jeden dzień? Przecież są wakacje?
– Może i mogę. Dopiero po południu, jeśli nie będzie zanosiło się na burzę – uległa w końcu dziewczyna.
Gruby roześmiał się. Poklepał ją po chudym ramieniu.
– Fajna z ciebie babka! Chodź ze mną! Zbierzemy wszystkich!
2.
Mareczek przyjechał na wakacje z Warszawy do babci i dziadka, którzy mieszkali od lat w starej chałupie na skraju wsi, tuż pod lasem.
Szybko zaprzyjaźnił się z miejscowymi dzieciakami. Imponował im markowymi ciuchami, drogim telefonem, samochodem rodziców, opowieściami o codziennym życiu w stolicy, podróżach samolotem za granicę. Był to chudawy, piegowaty blondynek, bardzo pewny siebie. Z tupetem zalecał się do wiejskich dziewczyn: rozrzutnie stawiał im lody i colę. Jego rodzice byli bogatymi prawnikami.
– Pokaż to, Gruby!
Uważnie przyjrzał się wycinkowi z gazety. Oglądał zdjęcia.
– Co zamierzacie?
– Mamy zamiar zebrać parę osób i się wspólnie wybrać w sobotę na polankę ze zdjęcia. Na razie jest nas dwoje: Ruda i ja. Dołączasz?
– Nie zbłądzimy w lesie?
– Phi! Znam drogę. Już zapuszczałem się do lasu, aż za Diablą Górę.
– Brzmi ciekawie. Można by zbadać sprawę. Sprawdzić, czego szukają ci kosmici. Nawiązać ten… no.… kontakt – ostrożnie rzekł Mareczek, żując miętową gumę orbit. Koledzy przezwali go Cegła, z nieznanego mieszkańcom wsi powodu. Może chodziło o cegłę z jakiejś budowy, która w mieście spadła obok niego lub na nogę i nabiła guza?
– No to już jest nas troje – ucieszył się Gruby.
– Mamy nadzieję, że zajmiesz się prowiantem na drogę – powiedziała Ruda.
– Dobra! Jutro rano wybiorę się rowerem na zakupy do sklepu, ale musimy się złożyć po półtorej dychy na jedzenie i picie: ciastka, cukierki, batoniki, plastry wędliny, bułki, napoje.
– Niech będzie. Mamy przecież kieszonkowe od rodziców. Trzeba zajrzeć do skarbonek.
– A twoi dziadkowie się zgodzą? – obawiała się Ruda.
– Powiem im, że wybieram się z kolegami na koncert do miasteczka albo coś w tym rodzaju. Oni są łatwowierni.
– Dobre alibi! No to ustalone. Idziemy szukać następnych. Mam na oku parę zaufanych osób.
3.
Następny był nieduży, ale wysportowany Adam. Jego rodzice uprawiali kukurydzę na wzgórzu.
– W sobotę akurat gram mecz – skrzywił się niechętnie. Nosił na sobie koszulkę FC Barcelona. Był napastnikiem w amatorskiej drużynie piłkarskiej Tygrysy Kępa Górna. Czasem wołano na niego “Pele”.
– To będzie coś lepszego niż twój mecz – przekonywał go Gruby. – I tak nie zostaniesz następcą Roberta Lewandowskiego.
– Jak im to wytłumaczę? Nie, nie mogę – opierał się Pele.
– Jeden mecz to żadna strata. Przecież gracie co tydzień.
– No, niby tak.
– Powiesz, że masz kontuzję.
– Nie uwierzą mi.
– Owiniemy ci nogę bandażem. Wyjaśnisz, że przewróciłeś się na rowerze lub spadłeś z wozu z drewnem.
– I tak nic nie odkryjemy.
W końcu jednak Adam dał się przekonać.
– Zabierz swój aparat fotograficzny. Zrobimy zdjęcia – dodał Gruby. – I latarkę na baterię.
– Zamierzasz zostać w lesie na noc?
– Być może…
4.
Dużo młodszy od nich Eryk o roztrzepanej, płowej czuprynie, czepiał się jak rzep psiego ogona. Znów za nimi lazł z lizakiem w ustach.
– Czego chcesz? – odganiali go chłopcy. – Wracaj do mamy na obiad!
– Wiem, że coś knujecie – upierał się dzieciak.
– Co cię to obchodzi!? Jesteś za mały.
– Proszę, zabierzcie mnie ze sobą. Nie pożałujecie – błagał płaczliwie smarkacz.
– Będziesz tylko sprawiał nam kłopoty. Popłaczesz się i tyle – kpił z malucha Cegła.
– Daj mu spokój – wzięła Eryka w obronę Ruda. – Niech z nami idzie, jak chce. Sama poprowadzę go za rękę. Mnie to nie przeszkadza – wzruszyła ramionami.
– Nie boisz się kosmitów, mały przyczepie? – spytał Gruby. – Mogą być groźni nawet dla dorosłych.
– Niczego się nie boję – odrzekł dumnie dzieciak.
– To się okaże. Na pewno stchórzysz.
– Nie stchórzę!
5.
Poszli jeszcze po Agatkę, którą chłopcy lubili, bo chodziła z nimi na ryby, w przeciwieństwie do swoich koleżanek, które wolały bawić się wspólnie lalkami, paplać o ubraniach, kosmetykach i biżuterii.
Aga, nazywana przez rówieśników “Rusałką”, bez wahania zgodziła się do nich dołączyć, mimo że nie wiedziała wiele o UFO. Obiecała zabrać koce do spania nocą w lesie.
Gruby zapewnił wszystkich, że da im lekcję z ufologii. Ma w domu wiele materiałów szkoleniowych na ten temat: czasopisma, książki, komiksy, filmy.
6.
Gruby nie mógł doczekać się soboty. Śniły mu się świetliste istoty z kosmosu, które kontaktowały się z nim telepatycznie, opowiadały o swoim odległym świecie wśród gwiazd. Budził się w środku nocy i patrzył przez uchylone okno na wielki księżyc wiszący nad Bieszczadami i mrugające punkciki gwiazd. Nasłuchiwał nocnego pohukiwania sowy.
Obejrzał jeszcze raz najsłynniejsze filmy o kosmitach: “Bliskie spotkania trzeciego stopnia”, “E. T.”, “Kokon” i niektóre odcinki “Z Archiwum X”. A także filmy dokumentalne o starożytnych kosmitach i słynnej katastrofie w Roswell w USA.
Umówili się w sobotę o drugiej po południu pod wielkim, rozłożystym dębem rosnącym przy polnej ścieżce za wsią.
Zebrali się tam wszyscy. Poza tym Ruda przyprowadziła swojego jamnika.
– Jesteś pewna, że twój Supeł nie zgubi się w lesie? – obawiał się Cegła.
– Będę go pilnowała.
Cegła przyniósł cały plecak żarcia i picia, które kupił za składkowe pieniądze. W drugim plecaku umieścili wyposażenie wyprawy: latarki, aparat fotograficzny, kociołek, nożyki do cięcia gałązek na szałas i inne rzeczy. Agata przyniosła grube koce. Każdy coś niósł. Dziewczyny dostały lżejsze obciążenie.
Gruby oznaczył dokładnie trasę wyprawy na mapie niebieską, przerywaną linią, rysowaną flamastrem. A polanę – cel podróży – dużym, czerwonym krzyżykiem.
Podążyli leśną ścieżką na południe, zgodnie z kompasem.
Las wokół nich na razie nie wyglądał groźnie. Szumiały wysokie drzewa, w ich koronach śpiewały ptaki. Przy ścieżce rosły paprocie i polne kwiaty oraz jałowce. Korę drzew pokrywał miękki mech. Niebo było błękitne, wędrowały po nim puszyste, białe obłoki. Nie zanosiło się na deszcz ani na burzę.
Gdzieś wysoko, w głębi lasu stukał w drzewo dzięcioł. Minęli grupę turystów, których w czasie wakacji jest dużo na szlakach i bezdrożach. Zapytano ich o drogę do miasteczka. Odpowiedzieli, że przybysze idą w dobrą stronę, jest jeszcze z sześć kilometrów. Muszą tylko dojść do asfaltowej trasy.
Turyści zachowywali się hałaśliwie: płoszyli zwierzęta, zostawiali w lesie, nad wodą mnóstwo śmieci: plastikowe butelki, puszki po piwie, po konserwach, papierki od cukierków, opakowania po batonikach, gumie do żucia, opróżnione dezodoranty. Jednak wielu okolicznych mieszkańców żyło z turystyki: sprzedawało pamiątki, oprowadzało wycieczki, użyczało przyjezdnym noclegów i wyżywienia.
– Spójrzcie, tam rosną poziomki! – Aga zagłębiła się w gąszcz, uklękła przy krzaczkach, gdzie czerwieniły się słodkie, leśne owoce.
Ruda pobiegła za nią ze swoim pieskiem.
– Pyszne! – delektowały się dziewczyny.
Upał dawał się we znaki. Dzieciaki ocierały pot z czoła, dyszały ciężko, często piły wodę gazowaną. Zaczęły kąsać komary. Jamnik próbował nadążać za ludźmi, przebierając krótkimi nóżkami. Obwąchiwał zarośla po obu stronach drogi i obsikiwał je. Cieszył się ze swobody. Ruda przywoływała go jednak do siebie, by się nie zawieruszył.
Szli pół godziny, kurzącą się ścieżką.
– Odpocznijmy! – Agatka od gorąca i komarów poczerwieniała na twarzy, jej jasne włosy sklejał pot. Wyjęli z plecaka jedzenie. Każdy coś sobie wziął: kanapkę, batonika, ciastko. Posilali się nieśpiesznie, siedząc na kocu, pod drzewami.
Ruda zauważyła zielonkawą jaszczurkę, która szybko śmignęła w krzaki, nim zdołała ją schwycić.
– Wątpię, czy coś odkryjemy – powiedziała do chłopaków.
– Nie psuj zabawy! Przynajmniej zrobimy sobie wspólną wycieczkę – przekonywał Cegła. On i Gruby byli najbardziej entuzjastycznie nastawieni do pomysłu poszukiwań kosmitów. – Dziewczyny zawsze marudzą!
– Nie nazywaj mnie marudą! – oburzyła się Klara. – Bo sobie pójdziemy, prawda, Agata?
Rozłożyli na trawie mapę.
– Musimy zejść ze ścieżki i iść przez las brzegiem strumienia – wyjaśniał Gruby, wodząc palcem po mapie.
– Nie lubię schodzić w lesie ze ścieżek – zlękła się Agata. – Miesiąc temu jakaś kobieta weszła do lasu i się zgubiła. Szukała ją policja z helikopterem.
– W strumieniu zmyjemy z twarzy kurz i umoczymy nogi – nie zwracał na nią wielkiej uwagi Gruby.
– Chłopaki już pewnie zaczęli grać na boisku – martwił się Adam. – To mógł być dobry mecz. Jeśli przegramy z Wilkami z Niskich Łąk, będzie wstyd!
– Będziesz miał tych meczy jeszcze sporo. Do końca wakacji jest przecież dużo czasu.
– Trener wyrzuci mnie ze składu!
– Jeden opuszczony mecz, to nie koniec świata. Przyjaciele są ważniejsi niż piłka nożna. No nie? – Gruby szukał poparcia u pozostałych. – Wyprawa zajmie nam tylko dzień i noc, a rano wracamy grzecznie do domu.
– Chcecie zostać na całą noc w lesie? – niepokoiła się Agata.
– Zbudujemy szałas. Rozpalimy ognisko. Będzie fajna zabawa!
– Jeszcze nigdy nie nocowałam w lesie.
– To nie takie straszne. Noc pod gwiazdami! Boisz się?
7.
Udało im się odnaleźć strumień. Zmoczyli w nim obolałe, pogryzione przez komary nogi i umyli twarze w chłodnej, orzeźwiającej wodzie, która cicho szemrała wśród bujnej roślinności. Szli teraz wijącym się przez zarośla, paprocie, pomiędzy krzewami leszczyny, sosenkami brzegiem leśnego strumienia w górę jego biegu. Woda szemrała cicho, pieniła się. Jamnik beztrosko przeskakiwał wąską strugę, szczekał na żaby, które wskakiwały do wody. Niecierpliwie odgarniali gałęzie pochylonych nad wodą drzew i krzewów, zdejmowali z twarzy lepkie pajęczyny. Pod drzewami było chłodniej niż na otwartym terenie, ich korony zatrzymywały słoneczne światło, smugi, złocistego jak drogocenna bransoletka, blasku ukośnie prześwietlały listowie. Jasnymi plamami padały na ziemię.
W wodzie zaspakajały pragnienie ptaszki, uciekały na widok ludzi. W zaroślach mignęła płochliwa sarenka.
– Spójrzcie tam, na prawo! – Cegła dojrzał w gąszczu drzewo dzikiej wiśni, pełne czerwonych owoców.
Ochoczo zabrali się do jedzenia kwaśnych wisienek. Uginali gałęzie, łamali je, wchodzili na drzewo, by dosięgnąć jeszcze wyżej.
– Rozbolą was brzuchy – ostrzegała Ruda – albo spadniecie z drzewa!
Gdy już nasycili apetyt na darmowy posiłek, podążyli dalej. Agatka narzekała, że podarła swoją niebieską sukienkę o kolce dzikiej róży. Jej mama będzie zła. Wszystkim napuchły twarze od ugryzień zażartych komarów. Ze wstrętem rozgniatali na skórze pijące krew owady. Mimo to nie zawracali – trzymali się brzegu wijącego się, odsłaniającego korzenie drzew, niosącego liście i patyki strumienia.
Mały Eryk nie nadążał za nimi.
– Po co zabieraliśmy smarkacza? Tylko opóźnia wyprawę i na nic się nie przydaje.
– To nieprawda! Niosę koc – bronił się chłopczyk. – Dam radę – zaciskał zęby, był bliski łez.
– Zostawimy cię samego w lesie! – śmiał się Cegła. – I zjedzą cię wilki.
– Nie strasz go! – Agatka pogłaskała Eryka po głowie.
– To nie zabawa.
Musieli znów odpoczywać. Usiedli pod krzewem leszczyny, w cieniu jej gałęzi. Oddychali ciężko. Wspólnie analizowali mapę
– Strumień spływa ze skał. Potem pójdziemy skalistym zboczem na zachód – wyjaśniał Gruby. – Stamtąd do polany jest już niedaleko. A do końca dnia jeszcze sporo czasu. Nie musimy się śpieszyć. Uważajcie, w kamieniach mogą chować się żmije.
– Ojciec zbije mnie paskiem, jeśli nie wrócę na noc do domu – narzekała Agatka.
8.
Zgodnie z mapą dotarli do skalistego zbocza, z którego wartko, meandrując między kamieniami, spływał leśny strumień.
Musieli teraz iść po nierównym, kamienistym podłożu.
Po jakimś czasie ujrzeli wśród drzew kilka starych, zrujnowanych chat.
– Co to za domy? – spytał zaciekawiony Cegła. – Ktoś mieszkał na tym odludziu?
– To wieś Łemków – wyjaśnił Gruby. – Po wojnie, w latach czterdziestych dwudziestego wieku została przymusowo wysiedlona w czasie akcji “Wisła”. Ta i wiele innych. Opowiadał mi o tym dziadek i nauczycielka z naszej szkoły, na lekcjach historii. Czytałem też o tym artykuł w gazecie.
– Obejrzyjmy te chaty!
Stare, biedne domy powoli niszczały, ściany i stropy zawalały się, zmieniały w stertę kruszących się cegieł, próchniejące belki z drewna leżały połamane na ziemi, zarastała wszystko roślinność, wybujałe zielsko. Resztki murów i dachów pokrywał mech. Dawno temu mieszkali tu ludzie – rdzenna ludność tych okolic, co nie spodobało się ówczesnym władzom.
Ujrzeli resztki studni z drewnianym, złamanym żurawiem. Zajrzeli do środka – w wodzie pływało dziurawe, metalowe wiadro, pełno patyków i butwiejących liści.
Domy otaczały rozwalające się płoty zarośnięte pokrzywami i dzikim bzem. W pozostałościach izb leżały jakieś szmaty, rozwalone meble, garnki z żelaza i gliny, butelki, kosze z wikliny, worki.
Z piwnic wydobywał się przykry zapach pleśni i gnicia. Pewnie siedziały w ich wilgotnym wnętrzu ohydne ropuchy. Nie dostrzegli ludzkich szkieletów.
– Ale ruina! – dziwił się Cegła.
– Myślicie, że nocą pojawiają się tu zjawy? – zastanawiał się Adam.
– Nie warto tego sprawdzać – zadrżał mimowolnie Cegła.
– Patrzcie, co znalazłam! – wykrzyknęła Agata, podnosząc jakąś rzecz z ziemi.
Był to sznur czerwonych korali.
– Korale! Pewnie nosiła je jakaś młoda dziewczyna z tej wsi. Wezmę je sobie! Są piękne – cieszyła się. – Trzeba je tylko umyć z błota w strumieniu.
– Mogą być przeklęte – Ruda pozazdrościła jej znaleziska.
– Wierzysz w takie rzeczy?
Nie zważając na ostrzeżenia dziewczyna przymierzyła korale.
– No i jak wam się podobam?
– Jesteś piękna! – pochwalił ją Gruby.
Inni wzruszyli ramionami.
– Patrzcie, zardzewiały karabin! – Adam dojrzał nowe znalezisko, jeszcze ciekawsze.
Chłopcy z zachwytem oglądali prawdziwą broń z metalu.
– Bierzemy go ze sobą!
Obarczyli karabinem małego Eryka.
– Wygląda jak partyzant! – śmiał się Cegła. Odtąd Eryk zyskał przezwisko “Partyzant”.
– Lepiej już stad chodźmy – krzywiła się Ruda. – Nie powinniśmy niczego zabierać, bo spotka nas pech.
– Nie myślałem, że jesteś taka bojaźliwa – Cegła popatrzył na nią drwiąco.
– Ludzka tragedia to nie żarty! – broniła się Ruda. – Mój tata mówił, że miejscowi doświadczyli po wojnie wielu krzywd od nowej władzy. We wsi niechętnie o tym wspominali starzy ludzie. W okolicy grasowały bandy UPA, mordowały ludzi.
– Brrr! – wzdrygnął się Adam.
– Idziemy, bo niedługo dzień się kończy – ponaglał ich przywódca.
9.
Mimo zmęczenia szli dalej po nierównym zboczu. Agata narzekała, że popsuła się jej podeszwa buta. Marek nabawił się odcisków. Poza tym swędziały ich miejsca ukąszeń komarów, które smarowali maścią. Mieli różne otarcia i małe zranienia. Dziewczyny próbowały pełnić rolę sanitariuszek. Używały pianki w spreju na podrażnienia skóry, przyklejały plastry.
Nagle usłyszeli za sobą donośny ryk.
Krzaki zatrzęsły się i wyłonił się z nich wielki, brunatny niedźwiedź. Supeł szczekał jak opętany.
– W nogi! – wrzasnął Rudy.
Niedźwiedź bojowo uniósł się na dwie łapy na widok ludzi.
Czmychnęli w las, między drzewa. Słyszeli, jak zwierzę biegnie za nimi na czworaka, łamiąc gałęzie, rycząc groźnie. Może to była zezłoszczona niedźwiedzica, broniąca młodych, których nie zdążyli zobaczyć, a może samiec pilnujący swojego terytorium łowieckiego?
Podczas szalonej ucieczki Adam potknął się o korzeń drzewa i runął jak długi na ziemię. Poczuł silny ból w skręconej nodze.
Na szczęście niedźwiedź szybko zrezygnował z pogoni. Podążył w swoją stronę.
Adam siedział w paprociach, jęcząc.
– Możesz iść?
Chłopcy pomogli mu wstać. Biedak kulał.
– To już niedaleko – pocieszał go Gruby, patrząc na mapę. – Pomożemy ci!
10.
– To tu!
Dotarli wreszcie do polany. Otoczona wysokimi drzewami jaśniała w słońcu. Wyglądała zwyczajnie. Nie dostrzegli na pierwszy rzut oka śladów niedawnej obecności kosmitów: pogniecionej lub spalonej trawy, połamanych gałęzi pobliskich drzew czy jakichś podejrzanych pozostałości opisanego w gazecie zajścia: kawałków nieziemskiego metalu, fragmentów dziwnych urządzeń, resztek jakichś nietypowych substancji na liściach czy czegoś takiego. W pobliżu, jak gdyby nigdy nic śpiewały ptaki.
– Popatrzcie na to! – Eryk wyciągnął z zielska puste butelki po piwie.
Wzięli butelki, bo w czasie suszy mogły wywołać pożar lasu. Oddadzą je do sklepu po powrocie.
Od razu zabrali się do konstruowania namiotu. Umieścili go na skraju polany pomiędzy dwiema brzozami. Chłopcy ucinali cienkie gałęzie z liśćmi i pokrywali nimi prostą konstrukcję z wbitych w podłoże patyków. Dziewczyny rozłożyły na polanie koce. Agata i Cegła z małym kociołkiem poszli po wodę do strumienia. Adam ciągle jęczał.
– Nie będę mógł grać w nogę przez miesiąc albo i dłużej! – narzekał.
– Nie martw się, Pele. Mogło być gorzej – machnął ręką Gruby. – Dobrze, że udało nam się uciec przed niedźwiedziem.
11.
Agata i Marek usiedli nad wodą, wśród kwitnących niebiesko dzwonków leśnych.
– Zostańmy tu trochę – zaproponowała dziewczyna. – Lubię cichy szmer strumyka i śpiew ptaków w lesie. Motyle na kwiatach. Wokoło jest tak ładnie!
– Masz rację. To bardzo spokojne miejsce. Nie tak, jak w Warszawie. Pełno tam samochodów i ludzi. Szczególnie w galeriach handlowych. Ale są też parki i Wisła. Pomagam dziadkom w gospodarstwie, w zamian za gościnę. Wczoraj rąbałem drewno na opał i zanosiłem do szopy. Robię im też zakupy w miasteczku. Przynoszę wodę ze studni. To fajowe wakacje!
– Mieszkasz w Warszawie od urodzenia?
– Na trzecim piętrze, ale w budynku jest winda. Hałas panuje też w szkole, pełno tam uczniów z telefonami. Nauczyciele się denerwują. Do szkoły jeżdżę tramwajem, ale mamy i metro.
– Nigdy nie byłam w Warszawie. Raz pojechałam z wycieczką szkolną do Wrocławia. Odwiedziliśmy ogród zoologiczny. To spore miasto. A kiedy indziej zwiedzałam Toruń nad Wisłą, jadłam pierniki i zrobiłam sobie zdjęcie przy pomniku Kopernika. W planetarium widziałam nawet meteoryty, które spadły z nieba.
– W Warszawie stoi dużo nowoczesnych wieżowców, jest też lotnisko.
– Myślisz, że kosmici przylecą w nocy na polanę?
– Specjalnie w to nie wierzę. Tak naprawdę uważam, że to bzdura. Żadni kosmici nie istnieją. Tak twierdzą moi rodzice.
– To, dlaczego wybrałeś się z nami?
Cegła z niechęcią wzruszył ramionami.
– Sam nie wiem. Chyba z nudów. Moglibyśmy złowić trochę raków w stawie za wsią, a nie marnować ładny dzień na jakieś wymysły.
– Gruby to marzyciel. Dlatego go lubimy, mimo jego wad.
– W nowoczesnym mieście nie ma miejsca na naiwne sentymenty. U nas życie jest brutalne.
– Uważasz, że jestem ładna? – zapytała znienacka dziewczyna, strojąc miny.
– No… brzydka nie jesteś – odparł niepewnie chłopak.
– Pewnie twoje koleżanki z Warszawy są dużo ładniejsze od mnie.
– Niektóre są… hmm… pyskate. Nie można tego znieść.
– A ja jestem za głupia? Za bardzo… prowincjonalna – z dużym wysiłkiem Agata przypomniała sobie trudne słowo.
– Moim zdaniem jesteś łagodna i miła. Naprawdę tak uważam.
– Wolisz mnie, czy Rudą? Mów prawdę! – Agata popatrzyła na niego groźnie.
– Wolę ciebie – przyznał Marek, choć tak naprawdę nie był pewien. Ruda umiała robić łuki z elastycznych gałęzi leszczyny i strzały z piórem gęsi, gdy bawili się w Robin Hooda i jego kamratów, a na dodatek celnie strzelała z łuku do celu. Była jego rudowłosą Marion.
– Całowałeś się kiedyś z dziewczyną? – spytała znienacka Agata, zbliżając się jeszcze bardziej do chłopaka.
– Phi! Wiele razy!
– Oszukujesz!
– Nie oszukuję. To… były koleżanki z klasy.
– No to pokaż, że umiesz.
Cegła popatrzył na ładną twarz Agaty, która prowokująco odgarnęła włosy. Nachyliła się do pocałunku. Pocałowali się nieśmiało w usta.
– No i jak? – spytał Marek niepewnie.
– Chyba nieźle. Może nie tak jak na filmach – Agata też chyba nie miała dużego doświadczenia w całowaniu – Tylko nie chwal się chłopakom! – ostrzegła.
– Wracajmy, bo zaczną coś podejrzewać. Mamy już wodę.
– Po wakacjach napiszę do ciebie list, ale obiecaj, że mi odpiszesz – rzekła Aga podnosząc się niechętnie.
– Nie umiem pisać listów. Ale niech ci będzie.
12.
Słońce obniżało się coraz bardziej, tuż nad lasem. Stawało się intensywnie czerwone jak paznokcie mamy Agaty. Chmury rozświetliły się od spodu pięknym, rubinowym światłem.
Po zachodzie słońca na niebie pojawił się księżyc w pełni i jasna planeta Wenus. Bliska Ziemi, ale niedostępna dla ludzi – z chmurami kwaśnych związków chemicznych w gęstej atmosferze, choć na nieboskłonie wyglądała pięknie – jak błyszczący diament, nisko nad horyzontem.
Las powoli pogrążał się w mroku. Zabrali się do rozpalania ogniska na polanie. Z suchych gałęzi strzelały w górę snopy czerwonych iskier.
Gruby wyjął z plecaka harmonijkę ustną i zaczął na niej grać ulubione melodyjki.
Nad polaną przeleciały ciemne kształty nietoperzy.
– Rodzice na pewno już się o nas niepokoją – rzekł Adam z przygnębieniem.
– Myślicie, że zawiadomią policję?
– Na pewno!
– Będziemy mieli duże kłopoty po powrocie. Czeka nas z pewnością areszt domowy.
– E tam! Nie ma co się martwić na zapas. Ważne, że się dobrze bawimy. W końcu to nasze wakacje. Czas wolności! Za rok skończymy szkołę podstawową i będziemy się uczyć w miasteczku, w szkole zawodowej. To już nie będzie to samo. Dorastamy!
Wieczorem przy ogniu mrowiło się coraz więcej komarów. Brzęczały denerwująco. Opędzali się od nich niecierpliwie.
– Jak myślicie, skąd pochodzą ci kosmici? – zastanawiał się Cegła.
– Może z układu planetarnego Syriusza, który znajduje się blisko Słońca? – dociekał Gruby.
– A może mieszkają dużo dalej, w innej galaktyce?
– Mogą mieć o wiele lepszą technologię podróży kosmicznych niż my teraz. Taką, o której nawet nie mamy co marzyć. Wyprzedzać nas o miliony lat rozwoju.
Na niebie rozbłyskiwały kolejne punkciki. Rozróżniali konstelacje: Oriona, Wielki Wóz, Gwiazdę Polarną pokazującą północ zagubionym żeglarzom, Wegę, tajemniczego Syriusza i inne, jasny pas Drogi Mlecznej. Wokół nich nie było sztucznych świateł, dlatego gwiazdy widzieli bardzo dobrze. Mrowie gwiazd. Odległych i zimnych. Jakie tajemnice w sobie kryły?
Pili herbatę – wodę ugotowali na ognisku. Jedli pieczone na kijkach kiełbaski, z keczupem i bułkami.
Otaczał ich ciemny las, już nie tak przyjazny jak za dnia, zalesione wzniesienia. Słyszeli odległe wycie wilków.
Dym z ogniska wznosił się siwo ponad drzewa. Eryk zasypiał przy ciepłych płomieniach. Agata nakryła go kocem.
– Ktoś musi czuwać na warcie, jak w indiańskim obozie – powiedział Robert. – Jak u Karola Maya.
– Mogę ja. Nie chce mi się spać – zgłosił się Cegła.
– I ja! – podniosła rękę Agata.
– Po północy was zmienimy, Pele i ja.
– Ok!
13.
– Spójrzcie w górę! – W tym momencie Adam wskazał na niebo.
Z chmury wyłoniło się jasne, czerwone światło prawie wielkości księżyca. Bezgłośnie wykonało skomplikowane manewry nad wzgórzami.
Po nim pojawiło się trochę mniejsze, niebieskie światło. A potem trzecie, najmniejsze, pomarańczowe.
Wszyscy otworzyli buzie ze zdziwienia.
– To one! Istoty z kosmosu! Przyleciały! – wykrzyknęła Ruda.
– Zachowujcie się spokojnie – przykazał Gruby. – I nie wydzierajcie się, bo je spłoszycie.
– Moja komórka przestała działać – zauważył Marek.
– Wyczerpała ci się bateria – Wzruszył lekceważąco ramionami Adam.
Światła cały czas krążyły nad lasem, przybliżając się i oddalając. Wyglądało to jak nocny taniec świetlików.
– Nie boicie się? – spytała trwożnie Aga, na jej dłoni pojawiła się gęsia skórka. – A jeśli zostaniemy porwani i kosmici przeprowadzą na nas okrutne eksperymenty? Albo wykasują pamięć?
– Za dużo naoglądałaś się “Facetów w czerni”. To nie głupi film – to dzieje się naprawdę.
– Wcale się nie boimy – rzekł Marek, choć twarze wszystkich wyraźnie pobladły.
Tylko Gruby zachował przytomność umysłu. Fotografował światła drżącymi rękami.
– Ale będzie sensacja! – klaskał w dłonie. – Czeka nas sława! To pierwszy kontakt z pozaziemską cywilizacją.
– E tam! – powątpiewała Ruda. – Nikt nie uwierzy dzieciakom.
Chwilę później gwiazdy nad nimi przysłonił ciemny, wielki kształt. Coś powoli zniżyło się nad polanę.
14.
– Mamo, ratuj! – wrzasnął Adam.
– Nie uciekajcie! Spokojnie! – przykazał Gruby.
Obiekt znieruchomiał tuż nad ziemią, nie dotykając podłoża. Miał kształt płaskiego spodka. Przysłonił połowę polany. Cofnęli się aż pod drzewa.
U dołu otworzyło się wyjście pojazdu. Z wewnątrz rozbłysła smuga silnego światła. Po pochylni powoli zeszła humanoidalna istota w srebrzystym kombinezonie. Jej skóra miała błękitny odcień. Emanowała delikatną poświatą, jak świecące ryby w głębinach oceanu.
Chłopcy i dziewczęta przysunęli się blisko siebie. Najodważniejszy był Gruby. Pozostałych sparaliżował strach.
Supeł zaskomlał żałośnie. Schował się za grube drzewo, choć w innych sytuacjach był odważny. Nie bał się nawet psów większych od siebie.
– Skąd pochodzicie? Czy ona nas rozumie? – zastanawiał się głośno Gruby.
Pozaziemska istota spojrzała na niego wielkimi, czarnymi oczami, lśniącymi jak gwiazdy. Nie wydała żadnego głosu. Jej twarz był nieludzka, trudno było wyczytać jakieś emocje. Czy potrafiła się uśmiechać i płakać?
Istota po prostu wskazała ręką, prostym gestem rozgwieżdżone niebo nad sobą.
– Macie jakieś pytania? To jedyna okazja, by się czegoś dowiedzieć od istot z kosmosu – Robert zwrócił się do swoich oniemiałych z wrażenia kolegów i koleżanek.
Cegła niepewnie pokręcił głową.
– Tylko bez wygłupów. To nie żarty!
– Po co przybyliście na Ziemię? – spytała wreszcie Agatka.
“Jesteśmy tu już od bardzo dawna. Przybyliśmy, zanim powstała wasza rasa rozumna. Jesteśmy bardzo starą cywilizacją. Obserwujemy was, ale bez złych intencji” – usłyszeli w swoich głowach uspakajający, melodyjny jak cudowna muzyka, w pełni zrozumiały przekaz, który oszałamiał niby syreni śpiew żeglarzy z “Odysei” Homera. Istota umiała przesyłać myśli telepatycznie.
– Dlaczego się nie ujawniacie? – zadał kolejne pytanie Gruby, gdy opanował błogą niemoc.
“Jest na to za wcześnie. Jesteście zbyt barbarzyńscy. Zbyt agresywni i nieprzewidywalni. Wszczynacie okrutne wojny.” – przekazywał obcy. – “Przejawiacie agresję wobec własnych odmienności. A my całkowicie różnimy się od ludzi.”
– Nie wierzę, że to dzieje się naprawdę – szepnęła Ruda, mrugając oczami, jakby chciała się pozbyć halucynacji.
– Czy potraficie… kochać? – zapytała, rumieniąc się, Agata.
Istota przez chwilę nie odpowiadała. Stała w bezruchu, jakby się zastanawiała, patrząc na dziewczynkę. W końcu przekazała:
“Posiadamy coś, co nazywacie zdolnością empatii. Poczucie wspólnoty. Potrafimy myśleć indywidualnie, jak wy, ale i zbiorowo. Jednoczyć się myślowo. Ale to jednak coś innego niż wasza uczuciowa skłonność kobiety do mężczyzny czy rodzica do dziecka. Trudno to wyjaśnić. Nie rozmnażamy się już płciowo. Niektórzy z nas rezygnują nawet ze swojej cielesnej powłoki i przekształcają się w wyższą formę istnienia, w skupiska czystej energii, w synergię.”
– Nie wierzę ci! Na pewno jesteście podstępni! – wykrzyknął gniewnie Eryk.
Adam uspakajająco położył mu rękę na ramieniu.
Istota nie odpowiedziała.
– Moglibyście pomóc nam w rozwoju. Podzielić się swoją wiedzą – mówił Robert.
“Lepiej, żebyście rozwijali się samodzielnie. Tak jak my, w naszym świecie. Pokazujemy się potajemnie niektórym z was tylko dlatego, żeby lepiej poznać wasze psychiczne cechy, wasze odmienne umysły” – istota przekazywała myśli śpiewnym echem w głowach dzieciaków. Robiło się im przyjemnie, jakby ssały słodkiego cukierka. Widzieli w tym czasie mnóstwo pięknych, iluzorycznych barw. Gdyby umysłowy kontakt trwał dłużej, z pewnością by ich uzależnił jak silny narkotyk.
– Zabierz nas ze sobą! – ich przywódca krzyknął w kierunku istoty.
Usłyszeli w głowach ostatni myślowy komunikat:
“Wracajcie do domu!”
Obcy odwrócił się majestatycznie i spokojnie wrócił do statku.
Właz zamknął się tuż za nim.
15.
Obiekt powoli uniósł się w górę.
Zniknął na zawsze?
Po odlocie UFO nastolatki bardzo szybko zapadły w błogi sen, nie zostawiając nikogo na straży. Wcześnie obudziły ich jasne promienie słońca. Na liściach lśniła poranna rosa, mieniła się jak drobne kryształki. Przecierali zaspane oczy. Na skórze mieli gęsią skórkę. Pająki przędły od wschodu słońca swoje sieci na krzakach. Kolorowe motyle siadały na kwiatach. Biedronki biegały po zielonych źdźbłach trawy. Nocne spotkanie z przybyszem z kosmosu wydawało się chłopakom i dziewczynom nierealnym złudzeniem. Opowiadali o nim podekscytowani. Jamnik wesoło merdał ogonem i biegał między drzewami.
W drodze powrotnej rozmawiali o tym, czego dowiedzieli się od pozaziemskiej istoty.
– Dlaczego kosmici tak źle myślą o ludziach? – zastanawiała się Aga. – To przykre.
– To wina dorosłych. Wszystko psują! – odpowiedział Gruby.
– My będziemy inni! – rzekł z przekonaniem Cegła.
Wszyscy byli zadowoleni z wspólnej wyprawy. Na długo zapamiętają te wakacje. Mieli w aparacie fotograficznym kilka zdjęć świateł nad nocnym lasem, ale czy warto pokazywać je rodzicom? Może lepiej zachować niezwykłe zdarzenie na polance w sekrecie? Dziewczyny obiecały, że nie wygadają się koleżankom ze szkoły.
Nawet kara, jaka z pewnością nie minie ich w domach za nocny wypad do lasu, wydawała się mało przykra. Odpracują swój postępek.
Uchylili rąbka jednej z wielu tajemnic, jakie kryje w sobie ogromny i niespenetrowany wszechświat. Przywitali gościa z dalekiej planety.
Trochę szkoda, że istota nie zabrała ich na statek kosmiczny i nie pokazała jego urządzeń.