Tak, Belzebuba zapożyczyłem z “Trylogii Husyckiej” – nie mogłem się powstrzymać ;) Poza tym malutkim elementem cała reszta w 100% hand made i na własnym patencie.
Witamy w Piekle!
Tak, Belzebuba zapożyczyłem z “Trylogii Husyckiej” – nie mogłem się powstrzymać ;) Poza tym malutkim elementem cała reszta w 100% hand made i na własnym patencie.
Witamy w Piekle!
Kolejny już dzień w tym miesiącu siedziałem bezczynnie za biurkiem. Telefon milczał uparcie, a na skrzynkę mailową wpadał tylko newsletter branżowy „Świat audytu”, informacje o zbliżającym się terminie różnych płatności i oferty kupna wycieczek, które zasubskrybowałem, kiedy miałem jeszcze zapas gotówki. Było to wtedy, gdy postanowiłem zmienić swoje życie, rzuciłem świetnie płatną pracę w jednej z międzynarodowych korporacji z tzw. „wielkiej czwórki” i zacząłem rozkręcać swój własny biznes.
No może niezupełnie sam postanowiłem wszystko zmienić. Tamta praca, choć suto wynagradzana, była też bardzo stresująca. Żeby rozładować napięcie, codziennie wlewałem w siebie hektolitry drogiej whisky, a w weekendy poprawiałem kolumbijską kokainą. Jakby tego było mało, posuwałem moją młodziutką sekretarkę o idealnie pasującym do niej imieniu Pamela, szczególnie nie kryjąc się z tym przed współpracownikami. Ba, byłem wręcz dumny ze stylu życia, który prowadziłem!
Niestety, a z perspektywy czasu może raczej na szczęście, moja żona o wszystkim się dowiedziała. Obiecałem jej, że się zmienię. Nie uwierzyła mi. W sumie ciężko się jej dziwić… Zabrała trójkę naszych pięknych dzieci i wyprowadziła się do swoich rodziców. Na początku myślałem, że zdołam ją jeszcze odzyskać. Zacząłem chodzić na terapię, zwolniłem sekretarkę, nie tykałem używek. W pewnym momencie naprawdę poczułem, że chcę być innym, lepszym człowiekiem – dla siebie i swojej rodziny. Zrozumiałem też dwie rzeczy – po pierwsze, że moja dumna żona nigdy już do mnie nie wróci, a po drugie – żeby zupełnie odciąć się od dawnego życia, muszę zmienić otoczenie.
Teraz siedzę tutaj, w wynajmowanym biurze na obrzeżach Gdańska i przy kubku zimnej kawy zastanawiam się, jak zdołam przetrwać kolejny miesiąc. Na początku szło mi całkiem nieźle, złapałem kilka pojedynczych zleceń od starych klientów, ale to było zdecydowanie za mało, żeby na dłuższą metę związać koniec z końcem. Potrzebuję dużego, wypłacalnego kontrahenta na stałe.
Pogrążony w marazmie po raz setny przeglądałem mój wizytownik. Nagle w oczy rzuciła mi się karta, której wcześniej nie zauważyłem – pomyślałem, że musiała skleić się z inną. Widniał na niej napis:
Lucjusz Fer, CEO
666 999 666
Piekło sp. z o. o.
Ul. Ognista 66
84-150 Hel
Coś Cię Piekło? Mamy na to sposób!
Producent uniwersalnej maści na oparzenia.
Uśmiechnąłem się pod nosem – nie ma to jak oryginalny marketing, który zapada w pamięć! Nie zdziwiło mnie, że kompletnie nie kojarzyłem tej firmy – zwaliłem to na dziury w pamięci, spowodowane nadużywaniem alkoholu i narkotyków. Postanowiłem kuć żelazo, póki gorące – chwyciłem do ręki telefon i wykręciłem charakterystyczny numer.
Ktoś odebrał już po pierwszym sygnale.
– Witamy w Piekle! Asia Roth, sekretarka pana Fera. Czekaliśmy na pański telefon, panie Twarowski. Szef chętnie spotka się z panem jutro w samo południe w naszym biurze.
– Eeee… – enigmatycznie i elokwentnie wyraziłem swoje wątpliwości.
Kobieta po drugiej stronie słuchawki odpowiedziała niemożebnie słodkim, anielskim wręcz głosem.
– Ależ proszę się o nic nie martwić, my nie gryziemy. Szef ma dla pana ciekawą, jak mniemam, propozycję, na pewno przynajmniej godną rozważenia. Zwłaszcza w pańskiej obecnej sytuacji.
To, co usłyszałem, wcale mnie nie uspokoiło. Wręcz przeciwnie – skąd ona u licha wie, w jak czarnej dupie jestem? Z drugiej strony – czy to ważne? Jeśli tam nie pojadę i nie porozmawiam z tajemniczym panem Ferem nie dowiem się, co ma mi do zaoferowania. Poza tym i tak nie mam nic lepszego do roboty.
– Dobrze, będę, do zobaczenia.
Odłożyłem słuchawkę drżącą dłonią, było mi na zmianę zimno i gorąco. Na biurku rozbieganym wzrokiem dostrzegłem niewielką kałużę – to pot, który kapał z mojego czoła. Jestem zadeklarowanym agnostykiem, nie wierzę w żadne paranormalne bzdety, zawsze twardo stąpałem po ziemi (no chyba, że akurat latałem wysoko po zażyciu substancji). Ale mimo wszystko ta cała sytuacja i rozmowa zasiały mi niepokój w głowie.
Przed wyjazdem postanowiłem jeszcze sprawdzić tę zagadkową firmę w Internecie. Znalezienie właściwej strony w wyszukiwarce graniczyło z cudem – fraza ‘piekło’ była delikatnie mówiąc popularna, a właściciele spółki ewidentnie nie wydali złamanego grosza na promowanie ich witryny w Google Ads. Po prawie godzinie intensywnych poszukiwań trafiłem wreszcie we właściwe miejsce.
Strona była profesjonalna, utrzymana w dość oryginalnej czarno-czerwonej kolorystyce, ale bardzo skromna pod kątem treści. Dane kontaktowe, które już znałem, kilka lakonicznych zdań o cudownym działaniu maści na wszelkiej, nomen omen, maści oparzenia i link do sklepu internetowego. Próbowałem się zalogować i nabyć próbkę produktu, ale okazało się, że możliwe jest to tylko z kartą członka klubu stałego klienta o poetyckiej nazwie Hellfire Club. Dziwne – po co takie ograniczenie w sprzedaży? I jak u licha mam zostać stałym klientem, kiedy nie mogę kupić nawet jednej tubki!? Robiło się coraz dziwniej. Zamknąłem laptopa i stwierdziłem, że nie pozostaje mi nic innego, jak wszystkiego dowiedzieć się jutro na miejscu.
***
Rano wsiadłem w mojego zdezelowanego, 25-letniego Forda i ruszyłem w drogę. Piękny, czarny mercedes najnowszej generacji, którym kiedyś woziłem się tą drogą w poszukiwaniu przygód i przyziemnych rozrywek, był niestety autem służbowym, które musiałem zdać, rozstając się z korporacją.
Przypomniałem sobie, jak kiedyś pędziłem tędy 200 km/h z moją tlenioną szparką sekretarką, odzianą tylko w kusą, różową sukienkę, bez zbędnych dodatków, jak chociażby bielizna. Nazwałem wtedy tę trasę Highway to Hel, a ona śmiała się głośno z tego żartu z brodą, jakbym nazywał się Dave Chappelle albo przynajmniej Abelard Giza. Uśmiechnąłem się z politowaniem do swoich wspomnień.
Po dwóch i pół godziny dotarłem wreszcie na miejsce. Mój ognisty rydwan nie należał do najszybszych, ponadto teraz zdecydowanie bardziej dbałem o bezpieczeństwo swoje i innych, niż w dawnym życiu, jak zwykłem je nazywać. No i paliwo trzeba było oszczędzać…
Dom znajdujący się pod adresem z wizytówki był zlokalizowany na obrzeżach miasta. Okazało się, że to pokaźna willa, stylizowana na sarmacki dworek, otoczona zielenią leciwych drzew i bujnych krzewów. Na elewacji ani na ogrodzeniu posesji nie znalazłem żadnego napisu ani informacji, która mogłaby wskazywać, że w środku mieści się siedziba firmy. Ot, piękny dom jakiegoś bardzo bogatego fana polskiego morza, szumu drzew i szlacheckiego dziedzictwa narodowego.
Przy żeliwnej furtce znajdował się domofon, ale zanim zdążyłem nacisnąć przycisk, wejście otworzyło się przede mną z cichym skrzypnięciem. Pewnie fotokomórka. Przeszedłem kilka metrów żwirową ścieżką, z obu stron szczelnie otoczoną ścianą idealnie przystrzyżonych tuj. W niewielkiej szparze między krzakami dostrzegłem kształt jakiegoś potężnego, czarnego samochodu, którego metaliczny lakier odbijał promienie słońca w zenicie.
Wszedłem po schodkach i stanąłem przed nieracjonalnie wielkimi i z pewnością bardzo ciężkimi drzwiami z kutego metalu. Na samym ich środku znajdowała się kołatka – obrzydliwa, wykrzywiona twarz demona z wielkim kołem, zwisającym z rozdziawionej gęby. Zastukałem niepewnie.
Po najwyżej dwóch sekundach drzwi otworzyła mi wysoka, bardzo atrakcyjna kobieta w wieku około trzydziestu lat. Była ubrana w elegancki, czarny, dopasowany kostium i białą koszulę. Nosiła okulary w grubych oprawkach i szpilki Louboutin, ciemne włosy miała upięte w kok. Na uszach złociły się kolczyki z kamieniami przypominającymi rubiny i pierścionek w tym samym stylu, najpewniej od kompletu. W niezbyt głębokim dekolcie połyskiwał jeszcze złoty łańcuszek, ale zawieszka niestety nie była widoczna, choć przez biel koszuli przebijał się krwistoczerwony poblask.
– Dzień dobry, panie Twarowski, witamy w Piekle! – powiedziała, a na jej czerwonych, pełnych ustach pojawił się absolutnie olśniewający, szeroki i szczery uśmiech, odsłaniający garnitur śnieżnobiałych, równych jak od linijki zębów.
Przykleiłem do twarzy mój najlepszy uśmiech numer pięć i odpowiedziałem:
– Dzień dobry. Pani Roth, jak mniemam? Ciekawe macie przywitanie, nie odstrasza klientów?
– Tak, miło mi poznać. A co do klientów – mamy stałe grono, z którym współpracujemy od wielu lat. Im się to podoba, a u nieproszonych interesantów faktycznie może wywołać konsternację, ale to akurat dobrze. Zapraszam do środka, szef oczekuje w swoim gabinecie, zaprowadzę pana.
Wnętrze willi wyglądało olśniewająco – było urządzone minimalistycznie, ale ze smakiem i wyczuciem estetyki. Parkiet z czarnego dębu, hebanowe meble, na ścianach obrazy, głównie portrety nieznanych mi ludzi i sceny batalistyczne. W kącie otwartego salonu, który zajmował chyba większą część parteru, stary zegar miarowo wystukiwał upływające sekundy.
Na samym środku znajdowały się wielkie schody, wykonane z tego samego drewna, co podłoga. Pani Asia, bo tak prosiła, żebym się do niej zwracał, zaprowadziła mnie na piętro. Zauważyłem, że pod schodami jest jeszcze zejście na niższą kondygnację. Wydało mi się to trochę dziwne, bo zazwyczaj wejście do piwnicy nie znajduje się w centralnej części salonu, ale niestety nie zdążyłem się temu dokładnie przyjrzeć.
Na piętrze znajdowało się kilka identycznych drzwi, bez żadnych oznaczeń czy napisów. Pani Asia zastukała delikatnie w te umieszczone na samym końcu korytarza. Z pomieszczenia dało się słyszeć niski, przyjemny dla ucha głos.
– Proszę wejść.
Gabinet był urządzony w podobnym stylu, jak pozostała część domu, którą do tej pory widziałem. Wyróżniał się czerwony, zapewne perski, niesamowicie miękki dywan oraz rozpalony kominek, przy którym spokojnie spał czarny ogar o gabarytach zbliżonych do małego konia. Na jednej ścianie wisiały liczne zabytkowe pistolety i broń biała, stało też kilka kompletnych zbroi z różnych okresów i miejsc na świecie. Po drugiej stronie pokoju stała wysoka aż do sufitu szafa, szczelnie wypełniona oprawionymi w skórę woluminami, co do jednego opisanymi na grzbietach złotymi literami. Na wprost od wejścia znajdowało się ogromne, panoramiczne okno z widokiem na ogród.
– Panie prezesie, pan Twarowski do pana.
Na środku gabinetu, za hebanowym biurkiem, na głębokim, obitym czarną skórą fotelu na kółkach siedział przystojny, lekko szpakowaty brunet około czterdziestki. Mężczyzna był ubrany w ewidentnie szyty na miarę czarny garnitur w delikatne prążki, który podkreślał jego smukłą, ale wysportowaną sylwetkę. Na śnieżnobiałej koszuli widniały wyhaftowane inicjały L. F., natomiast mankiety przyozdobione były złotymi spinkami z czerwonym kamieniem, przypominające biżuterię pani Roth. Półdługie włosy miał zaczesane do tyłu, twarz przyozdabiała perfekcyjnie przystrzyżona hiszpańska bródka i wypielęgnowany wąsik. Wąskie usta rozciągnęły się w szeroki uśmiech, a w czarnych jak noc oczach tańczyły tajemnicze iskierki.
– Witamy w Piekle, panie Janie, jak się cieszę, że pana widzę! Zapraszam, proszę usiąść wygodnie. – Wskazał na fotel niedaleko kominka. Drgnąłem i zawahałem się na moment, co nie umknęło jego uwadze. – Ach, proszę się nie bać, Belzebub, choć może wygląda groźnie, w rzeczywistości jest łagodny jak baranek.
Nie do końca przekonany, zająłem wskazane miejsce, ale cały czas zerkałem nerwowo w stronę leżącej nieopodal bestii.
– Belzebub, cóż za… oryginalne imię dla psa.
– Dbamy o spójność wizerunku marki w najmniejszych detalach. Napije się pan kawy, herbaty albo wody?
– Poproszę espresso, najchętniej podwójne, jeśli można.
– Ależ oczywiście, dla mnie będzie to samo, Asiu. – Asystentka bezszelestnie zniknęła za drzwiami, a prezes kontynuował. – Nie ma to jak prawdziwa, czarna i piekielnie mocna kawa bez żadnych zbędnych dodatków.
Przytaknąłem i uśmiechnąłem się lekko, a gospodarz jakby przypomniał sobie o czymś niezwykle ważnym.
– Och, przepraszam najmocniej, nie przedstawiłem się, ale gafa… Nazywam się Lucjusz Fer, dla przyjaciół Lucy. Jestem założycielem, właścicielem i prezesem spółki Piekło.
Żeby tradycji stało się zadość, również wyrecytowałem swoje imię, nazwisko i profesję, choć wiedziałem, że są mu doskonale znane. Uścisnąłem jego dłoń – była silna, ciepła, ale jednocześnie delikatna i sucha. Po wymianie grzeczności i krótkim small talk’u o psach, prezes szybko przeszedł do konkretów.
– Dziękuję, że pofatygował się pan osobiście do mojego biura. Nie ukrywam, że zależy mi na dyskrecji, stąd wybrałem to właśnie miejsce, którego jestem absolutnie pewien. Proszę nie pytać, jak do pana trafiłem – mam swoje metody. Szanując pański i swój cenny czas, opowiem od razu, w czym rzecz. Otóż mam dla pana pracę, stałe zlecenie z godziwym wynagrodzeniem. Zanim jednak przejdę do szczegółów, musimy podpisać umowę o zachowaniu poufności – oto jej treść, proszę uważnie przeczytać.
Podsunął mi pod nos dwa egzemplarze, ręcznie kaligrafowane na dziwnym, żółtawym papierze, przypominającym nieco pergamin. Widziałem w swojej karierze mnóstwo różnych NDA, ten nie odbiegał treścią od większości z nich. Jedyne, co wzbudziło moje wątpliwości, to organ, który miał rozstrzygać ewentualne sprawy sporne – sąd… ostateczny. Pomyślałem jednak, że to czeski błąd, a nie uśmiechało mi się czekać kilku godzin, aż nowe formularze zostaną ręcznie wypisane, złożyłem więc swój podpis i oddałem umowy panu Lucjuszowi.
W międzyczasie dwie filiżanki aromatycznej kawy i dwie szklanki wody pojawiły się na biurku. Kompletnie nie wiedziałem, kiedy pani Asia je przyniosła – widocznie byłem tak skupiony na analizie treści NDA.
Prezes podpisał umowy, jeden egzemplarz oddał mnie i od razu zaczął wyjaśniać, na czym miało polegać moje zadanie.
– Potrzebuję kogoś takiego, jak pan – audytora twardo stąpającego po ziemi, skrupulatnego, bystrego i godnego zaufania. Moja firma ustawowo nie ma obowiązku przeprowadzania zewnętrznego badania audytorskiego, a ja mam duże zaufanie do moich pracowników. Niemniej jednak, kiedy dowiedziałem się o tych wszystkich, tak dobrze i tak długo skrywanych, przekrętach w warszawskim Szpitalu Południowym pomyślałem, że tu też mimo wszystko przydałoby się sprawdzić, czy nie dochodzi do jakichś patologii.
Wolno pokiwałem głową. To wszystko miało sens, a prezes ze swoją wysoką kulturą osobistą i perfekcyjnym zorganizowaniem coraz bardziej mi się podobał.
– A co dokładnie miałbym robić?
– Nic szczególnego, zwłaszcza dla pana. Chodzi o przejrzenie naszych papierów z kilku ostatnich lat, analizę poprawności danych, szukanie błędów czy uchybień. Proszę też zwrócić szczególną uwagę na ewentualne celowe nieprawidłowości, wskazujące na wszelakie malwersacje. Badanie będzie pan przeprowadzał cyklicznie. Mam przygotowany draft umowy zlecenia, to dość obszerny dokument, więc proponuję, żeby na spokojnie zapoznał się pan z jego treścią i z ewentualnymi pytaniami czy uwagami wrócił pan do mnie jutro o tej samej porze.
Wprawdzie nie planowałem zostawać na Helu dłużej, ale z drugiej strony – czemu nie? Nikt i nic nie czekało na mnie w moim mieszkaniu. W biurze zresztą też.
Schowałem do teczki podpisaną NDA i drafty umów współpracy, pożegnałem się i wyruszyłem w poszukiwaniu taniego noclegu, co na Helu nie było takie proste. Belzebub nie raczył nawet pomachać mi ogonem na pożegnanie – wyglądało na to, że to faktycznie bardzo spokojna bestia.
***
Ulokowałem się w podłym hoteliku na obrzeżach miasta. Tynk schodzący płatami ze ścian, pomalowanych na żółto-brązowawy kolor, stare, drewniane okna przepuszczające wiatr i wilgoć, korytarze wyłożone linoleum. Jedynymi plusami dodatnimi tego miejsca były cena i paradoksalnie lokalizacja – podobała mi się cisza, jaką na Helu gwarantowała tylko odpowiednia odległość od morza i głównego deptaka.
Pokój umeblowany był skromnie, wręcz ascetycznie – smutna szafa ze sklejki, mini stoliczek i dwa krzywe krzesła oraz małe, metalowe łóżko. Pachniało stęchlizną i uryną.
Westchnąłem ciężko, czym prędzej otworzyłem okno na oścież i rzuciłem się na posłanie. Łóżko zaskrzypiało żałośnie pod moim ciężarem, na szczęście stare sprężyny wytrzymały, choć mściwie wbijały mi się w co bardziej wrażliwe i miękkie części ciała. Materac był zbyt cienki, żeby pełnić rolę jakiejkolwiek tarczy amortyzującej.
Ułożyłem się w miarę możliwości najwygodniej i bez zbędnej zwłoki zabrałem się za czytanie umów, które przekazał mi pan Lucjusz. Po drodze do hotelu zjadłem kebaba, więc po tak intensywnym dniu teraz chciałem już tylko zasnąć, ale ciekawość wygrała ze zmęczeniem.
Większość paragrafów była dość standardowa – zakres obowiązków, lista dokumentów, do których będę miał dostęp, nielimitowany czas pracy. To co szczególnie zwróciło moją uwagę to wynagrodzenie – 100 tysięcy złotych… miesięcznie! Założyłem okulary, przeliczyłem kilkakrotnie zera, sprawdziłem dla pewności oba egzemplarze dokumentu – wygląda na to, że to nie pomyłka. W mojej głowie zaczęła kiełkować wizja, jak zabiorę dzieciaki na wycieczkę dookoła świata. Może żona też da się namówić?
Tytanicznym wysiłkiem udało mi się opanować emocje i przebrnąć do końca kontraktu. Jedna rzecz wprawiła mnie jednak w konsternację – okres zatrudnienia: do końca świata. Możliwość wcześniejszego rozwiązania umowy tylko przez pracodawcę, z zachowaniem ustawowego okresu wypowiedzenia.
– A co z zasłużoną emeryturą? – pomyślałem.
Łudziłem się, że to jakieś nieporozumienie i wszystko da się wyjaśnić. Nie chciałem w ogóle brać pod uwagę, że mógłbym nie wykorzystać takiej szansy na ciekawą i nieprzyzwoicie wręcz dobrze płatną pracę.
– Przecież inteligentni ludzie zawsze znajdą sposób, żeby się dogadać – uspokoiłem myśli.
Zaraz potem zapadłem w głęboki, mocny sen. Śniło mi się, że płynę po oceanie na wycieczkowcu wielkości małego miasteczka. Dzieciaki bawią się w najlepsze w ogromnym basenie na dolnym pokładzie, a moja żona opala się na leżaku i uśmiecha do mnie pięknie. Nagle na lądowisku dla helikopterów siada czarna maszyna z czerwonym napisem ‘Piekło sp. z o. o.’ na obu bokach. Ze środka wychodzi pan Lucjusz, za sterami widzę panią Asię. Prezes podchodzi do mnie i tonem nie znoszącym sprzeciwu zaprasza mnie do środka – na Helu czeka na mnie pilna robota. W końcu mam nielimitowany czas pracy i umowę ważną do końca świata…
***
Kolejnego dnia wstałem rano, umyłem się i ubrałem. Postanowiłem zjeść śniadanie na mieście i przejść się na Ognistą niespiesznym spacerkiem – pogoda była piękna, a ja miałem jeszcze mnóstwo czasu do umówionej godziny. Jak postanowiłem, tak zrobiłem i chwilę przed południem w świetnym humorze, pogwizdując pod nosem, dotarłem na miejsce.
Podobnie jak wczoraj, wszedłem na podwórko przez samo-otwierającą się furtkę, ale dla odmiany nie zdążyłem nawet zapukać do drzwi wejściowych – kiedy tylko do nich podszedłem i chciałem chwycić za kołatkę, pani Asia przywitała mnie promiennym uśmiechem i zaprosiła do środka.
Zanim wszedłem na schody prowadzące na piętro, zerknąłem jeszcze na te drugie, znajdujące się pod nimi i skierowane w dół. Kątem oka dostrzegłem coś jakby łunę, migotliwe odbicie płomieni na przeciwległej ścianie. Chciałem tam podejść i zobaczyć z bliska, co wywołało taki efekt, ale pani Roth delikatnie, acz stanowczo ujęła mnie za ramię i poprowadziła na górę.
– Co jest tam na dole? Wydawało mi się, że widziałem płomienie?
– Kotłownia – odpowiedziała trochę za szybko.
– Z wejściem w centralnym punkcie salonu? – nie ustępowałem.
– Tak, to stary dom, tak tu się kiedyś budowało – ucięła.
Wiedziałem, że w ten sposób nic nie wskóram. Postanowiłem, że w wolnej chwili przejrzę dostępną w meandrach Internetu historię tego budynku, która coraz bardziej mnie intrygowała. A może kiedyś będzie szansa, żeby ukradkiem zajrzeć na dół?
Pan Lucjusz czekał na mnie w swoim biurze, kawa czekała już na stole, a Belzebub znów leżał obok kominka. Gdyby nie fakt, że w porównaniu z moją poprzednią wizytą zmienił nieco pozycję, gotów byłbym pomyśleć, że to tylko bardzo ekstrawagancki element wystroju, a nie żywe zwierzę.
Przywitałem się z prezesem i od razu wyłożyłem, nomen omen, kawę na ławę.
– Przeczytałem umowę. Warunki mi odpowiadają, nie widzę tam niczego, co mogłoby nam przeszkodzić w jej podpisaniu. – Pan Fer z szerokim uśmiechem na twarzy już chciał uścisnąć moją dłoń, ale jego radość była nieco przedwczesna. – Jest tylko jedna rzecz, która wzbudziła moją uwagę, ale zakładam, że to pomyłka pisarska albo innego rodzaju nieporozumienie. Chodzi mianowicie o termin obowiązywania kontraktu – do końca… świata?
Twarz pana Lucjusza momentalnie stężała, a z ust zniknął uśmiech. Wiedziałem już, że to nie będzie taka formalność i drobnostka, jak mi się wydawało. Prezes odchrząknął i odpowiedział.
– Niestety jest to warunek konieczny. Oczywiście chodzi tu o tajemnice przedsiębiorstwa, które absolutnie nie mogą trafić w niepowołane ręce. Musi pan też zrozumieć, że w naszej firmie w dużej mierze opieramy się na wzajemnym zaufaniu, nasi pracownicy są z nami od wielu lat, jesteśmy jak rodzina. Nie możemy sobie pozwolić na utratę kogoś tak bliskiego, połączonego z nami więzami krwi.
Zrobiłem zdziwioną minę, co pan Fer momentalnie dostrzegł i odpowiedział na niezadane pytanie:
– Umowa jest podpisywana naszą krwią. To taka… tradycja.
Zdębiałem. Kompletnie nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Kolejny raz od początku tej dziwnej historii zacząłem się zastanawiać, czy to aby na pewno jest zwyczajna firma. Niepewnym głosem wydukałem:
– Ja rozumiem dbałość o szczegóły wizerunku, ale to już chyba lekka przesada… Wie pan co, potrzebuję jeszcze jednego dnia na zastanowienie się, mam nadzieję, że to nie problem?
Prezes wolno pokręcił głową, a ja kontynuowałem.
– Chciałem zapytać o jeszcze jedną kwestię – jak wygląda wasz model sprzedaży? Na stronie internetowej zakup maści jest możliwy tylko dla zalogowanych członków klubu stałego klienta, nie widziałem waszego produktu nigdzie indziej – w żadnej drogerii, aptece czy sklepie on-line. Jak to możliwe, że firma jest w stanie na siebie zarobić?
– To wbrew pozorom dość prosty model. Naszą bliską rodziną, jak już wspominałem, są pracownicy. Natomiast do szerszego rodzinnego kręgu zaliczamy członków Hellfire Club. Trafiają do nas z polecenia, przez znajomych czy powinowatych. Proszę pamiętać, że zatrudnieni w Piekle też mają możliwość zakupu naszej maści. Jesteśmy tak naprawdę małą manufakturą, a nasz produkt jest tak dobry, że przy szerszej dystrybucji po prosu nie bylibyśmy w stanie nadążyć z produkcją. Natomiast działalność jest na tyle wysokomarżowa, że nawet przy ograniczonej skali wychodzimy na swoje.
Pokiwałem bez przekonania głową – wygląda na to, że od pana Lucjusza nie dowiem się niczego konkretnego. No nic, trzeba będzie uważnie przyjrzeć się dokumentom finansowym, jeśli zdecyduję się na tę robotę.
Kiedy zbierałem się już do wyjścia, prezes rzucił na odchodne:
– Nasza maść jest naprawdę wyjątkowa. Nie tylko łagodzi skutki wszelakich oparzeń, ale koi też każdy ból oraz zapewnia swoim użytkownikom szczęście i pomyślność. Gdyby nie jej nazwa, powiedziałbym, że ma wręcz cudowne właściwości.
Uśmiechnąłem się z politowaniem pod nosem i pożegnałem. Umówiliśmy się, że wrócę jutro o tej samej porze i poinformuję pana Lucjusza o podjętej decyzji.
***
Po wyjściu z piekielnego dworku, jak w myślach zacząłem nazywać siedzibę firmy Piekło sp. z o. o., udałem się prosto do hotelu. Zwinnie omijając wystające sprężyny, ułożyłem się na łóżku i odpaliłem laptopa. Szukałem informacji o panu Ferze, o pani Roth oraz o miejscu ich biznesowej rezydencji.
O moim potencjalnym pracodawcy i jego uroczej asystentce nie znalazłem dosłownie nic. Żadnych wzmianek prasowych, wpisów na forach czy chociażby postów na portalach społecznościowych. Tak jakby w ogóle nie istnieli w cyfrowym świecie.
Zająłem się więc historią Helu, szukając informacji o budynku, zlokalizowanym obecnie przy ulicy Ognistej 66. Sprawa domniemanej kotłowni nie dawała mi spokoju. Chciałem przede wszystkim sprawdzić, czy domy budowane w tych okolicach w tym samym okresie, co piekielny dworek, faktycznie miały tak dziwaczny układ pomieszczeń. Do tego z kolei potrzebowałem informacji, kiedy interesujący mnie budynek powstał.
Dowiedziałem się, że zanim pojawił się Nowy Hel, w tej okolicy była jeszcze osada o nazwie Stary Hel, założona już w XI wieku. Niestety, ze względu na abrazję, sile sztormy i podnoszenie się poziomu wód w Bałtyku, w XVII wieku to miejsce zostało niemal całkowicie zatopione. Mieszkańcy począwszy od wieku XV zaczęli stopniowo przemieszczać się na zachód, gdzie zlokalizowany jest dzisiejszy Hel.
Nie zachowały się niestety żadne oryginalne ryciny z tego okresu, ale coś podpowiadało mi, żeby dalej drążyć temat. Zacząłem więc porównywać oryginalne mapy Starego Helu z obecnymi. Korzystając z dostępnych narzędzi AI, naniosłem na siebie plany starej i nowej osady. Wyglądało na to, że mały fragment zatopionej wioski ocalał przed zatonięciem i został wchłonięty przez dzisiejsze miasto. Co dla mnie szczególnie interesujące, były to okolice ulicy Ognistej!
Grzebałem zatem dalej. Znalazłem bardziej dokładny plan Starego Helu, na który naniesione były konkretne zabudowania. Dokładnie tam, gdzie znajdował się piekielny dworek, oznaczony był budynek o bardzo zbliżonym kształcie i wielkości. Na nowszych mapach również były widoczne podobne budowle. Co więcej, na pierwszych dostępnych rycinach, przedstawiających panoramę miasta, zobaczyłem budynek do złudzenia przypominający ten, którego szukałem. Czy to możliwe, że ten dom powstał na początku poprzedniego milenium?
Sprawdziłem jeszcze informacje na temat lokalizacji pieców grzewczych w dawnym budownictwie. Okazało się, że choć system centralnego ogrzewania znany był już na początku naszej ery, to idea ta niemal wymarła w Europie po upadku starożytnego Rzymu i odrodziła się na nowo dopiero w XIX wieku.
Byłem jeszcze bardziej skonfundowany niż przed rozpoczęciem moich internetowych poszukiwań. Nic mi się w tej historii nie kleiło – piekielny dworek był jak puzzel, który zupełnie nie pasuje do reszty układanki. Zupełnie jakby był z innego świata…
Poczułem ogromne zmęczenie i znużenie. Nawet nie wiem kiedy na zewnątrz zapanował zmierzch. Oczy same mi się zamykały, a ja nie miałem siły i wcale nie chciałem z tym walczyć. Zgodnie ze starym powiedzeniem ranek mądrzejszy bywa od wieczora, postanowiłem się przespać, a na drugi dzień podjąć ostateczną decyzję, co robić dalej.
Znów śniły mi się wakacje. Jakieś egzotyczne miejsce z palmami, błękitnym morzem i białym piaskiem na czystej plaży. Leżałem na wygodnym hamaku, popalając cygaro. Na sobie miałem markowe kąpielówki i bardzo drogie okulary przeciwsłoneczne. Z fal obijających się o brzeg, niczym Wenus wynurzyła się Pamela w bikini nie pozostawiającym zbyt wiele wyobraźni. Biegła do mnie w zwolnionym tempie rodem ze „Słonecznego patrolu”, a jej atrybuty kobiecości podskakiwały radośnie w rytm wesołej muzyki. Zbliżyła się do mnie, pocałowała z głębokim języczkiem, a jej zwinne dłonie skierowały się w okolice kąpielówek. Język podążył tym samym tropem, a ja obudziłem się z silną erekcją.
***
Rano pomyślałem sobie, że ci ruscy to jednak mają łeb! Nie mam wprawdzie o nich najlepszego zdania ani krzty sympatii (historia odcisnęła zbyt duże piętno, a ponadto bardzo lubi się powtarzać), ale przysłowia mają naprawdę niegłupie.
Faktycznie, świeży umysł doskonale wiedział, co powinienem zrobić. Nawet jeśli pan Lucjusz to najprawdziwszy diabeł i dziś przyjdzie mi podpisać cyrograf – tak właściwie co to zmieni? Biorąc pod uwagę moje dawne życie, do emerytury i tak zapewne nie dociągnę, a moje grzechy wystarczyłyby do posłania w płomienie co najmniej trzech osób. Także na wieczne życie w krainie szczęścia i tak nie mam co liczyć, za to za 100 tysięcy miesięcznie mogę sobie choć na te kilka lat stworzyć swój własny raj na Ziemi. No i robota pewnie będzie ciekawa.
Z takim nastawieniem ruszyłem dziarsko na Ognistą. Scenariusz z poprzedniego dnia się powtórzył i znów siedziałem wygodnie rozparty w fotelu naprzeciwko prezesa. Przekazałem mu moją decyzję; ucieszył się tak bardzo, że wyściskał mnie jak dawno niewidzianego przyjaciela. Zaiste, wylewny jegomość.
Dopiero wtedy zauważyłem, że ani pod kominkiem, ani w żadnym innym miejscu w gabinecie nie widziałem Belzebuba. Pomyślałem z uśmiechem, że może wrócił na tamten świat, tam, gdzie jego miejsce.
Nie było jednak czasu, żeby się nad tym głębiej zastanawiać – pan Fer podał mi pięknie zdobione czarne pióro ze złotą stalówką i jakimś zagadkowym oprzyrządowaniem dodatkowym, którego nie byłem w stanie zidentyfikować. Podobnie jak poprzedniego dnia, prezes wyjaśnił moje wątpliwości zanim jeszcze zdążyłem je wyartykułować.
– To pióro ze specjalną pompką do pobierania krwi. Po przyciśnięciu przycisku, z końca wysunie się igła. Wystarczy tylko nakłuć palec, a odpowiednia ilość trafi bezpośrednio do pojemniczka ukrytego w środku. Proszę się nie obawiać – pobierzemy tylko tyle, ile jest absolutnie potrzebne. – Wypowiadając to zdanie posłał mi tak ciepły, szczery i absolutnie rozbrajający uśmiech, że bez strachu oddałbym mu i cały litr mojego najcenniejszego płynu ustrojowego.
Zadziałałem zgodnie z jego instrukcjami, ukłucie w ogóle nie bolało, na opuszku palca została jedynie malutka, czerwona kropelka. Złożyłem podpis na dokumentach, zaparafowałem też każdą stronę. Po wszystkim chciałem oddać pióro, ale pan Lucjusz zaoponował.
– Proszę je zachować, mi i tak już nie będzie potrzebne. Ze względów bezpieczeństwa epidemiologicznego dostał pan zupełnie nowy egzemplarz, nikt poza panem nie będzie już nigdy z niego korzystał. Proszę je zachować na pamiątkę.
Schowałem przedmiot do kieszeni – ciekawe, czy ta stalówka jest z prawdziwego złota? Następnie prezes wyjął swoje pióro, jeszcze piękniejsze od mojego, zdobione dodatkowo niewielkimi rubinami. Powtórzył procedurę, przez którą sam przed chwilą przechodziłem, po czym zawołał panią Roth.
– Asia, przynieś proszę szampana i cygara.
Za szampana podziękowałem, a cygaro wypaliłem z prawdziwą przyjemnością – wprawdzie nie znałem się zbytnio na tych kubańskich specjałach, ale smakowało wybitnie. Spędziliśmy przyjemną godzinę na spokojnej rozmowie o świecie i ludziach.
– Dobrze, teraz mogę pokazać panu nasze archiwum, gdzie od jutra będzie pan pracował.
Wyszliśmy na korytarz, prezes zaprowadził mnie pod jedne z zamkniętych drzwi, które po naciśnięciu na klamkę otworzyły się – widocznie nie używano tutaj kluczy.
Wnętrze niewielkiego pokoju różniło się od reszty domu, którą miałem okazję obejrzeć do tej pory – było nadzwyczajnie… zwyczajne. Dwie szafy wypełnione po brzegi segregatorami ze szczegółowo opisaną dokumentacją, na środku biurko made in Sweden, podobne krzesło i lampka. Jedynym luksusem był stojący na biurku komputer z jabłkowym logotypem.
– Pani Asia wprowadzi pana w szczegóły i pokaże, gdzie czego szukać. Ja już muszę się niestety pożegnać – obowiązki wzywają. Widzimy się jutro rano, do zobaczenia!
Po krótkim instruktarzu przeprowadzonym przez panią Roth, ja również udałem się w stronę wyjścia. Moje oczy odruchowo zwróciły się w kierunku tajemniczego przejścia pod schodami. Zobaczyłem tam Belzebuba, leżącego w swojej zwyczajowej, nonszalanckiej pozie.
– Kontrola najwyższą formą zaufania – bąknąłem po nosem.
***
Kolejnego dnia bestia nie zmieniła miejsca swojego spoczynku, więc nie pozostało mi nic innego, jak zabrać się do pracy. Metodycznie zapoznawałem się z katalogiem udostępnionej mi dokumentacji. Musiałem przyznać, że wszystko było świetnie zorganizowane, skategoryzowane i poukładane, co bardzo ułatwiło mi zadanie, zwłaszcza na początku.
Dane opiewały na ostatnie 10 lat. Kiedy zapytałem panią Asię, gdzie znajduje się reszta, ucięła krótko, że to powinno mi w zupełności wystarczyć. Nie dyskutowałem, nie było sensu. Zorientowałem się już, że tutaj lepiej nie zadawać zbędnych pytań. Założyłem, że mają pewnie jakieś dodatkowe archiwum zewnętrzne i zająłem się tym, za co mi płacili.
Przeglądałem sprawozdania finansowe, dokumenty kadrowe, raporty z produkcji, stany magazynowe, następnie schodziłem niżej na poziom pojedynczych faktur. Bardzo chciałem się wykazać. Postanowiłem uparcie szukać nieprawidłowości, aż do skutku.
Każdy kolejny dzień wyglądał podobnie. Pracowałem po kilkanaście godzin, to zadanie wciągnęło mnie bez reszty. Dawno już nie miałem okazji współpracować z tak dobrze funkcjonującym przedsiębiorstwem. Tym bardziej moja ambicja nie pozwalała mi na opieszałość, dodatkowo intuicja podpowiadała mi, że wszystko wygląda aż za dobrze.
Na etapie pogłębionej analizy przepływów finansowych i parowania ich z obrotem towarowym, pojawiły się pierwsze wątpliwości. Jak zwykle w takich przypadkach, chciałem porozmawiać z osobą odpowiedzialną za prowadzenie księgowości. Pani Asia stwierdziła jednak, że to nie będzie konieczne i ona udzieli mi wszelkich niezbędnych informacji. Tak też się stało – przekazałem jej listę pytań, a już kolejnego dnia rano otrzymałem wyczerpujące, rzeczowe i konkretne wyjaśnienia. Grzebałem więc dalej, a ten schemat powtórzył się jeszcze kilkakrotnie.
Wreszcie po ponad trzech tygodniach tytanicznej pracy byłem gotowy. Rozpierała mnie duma – znalazłem coś, co może mocno zainteresować mojego pracodawcę. Wtedy dopiero poczułem, jak bardzo jestem zmęczony. Postanowiłem dobrze się wyspać i już tradycyjnie umówiłem się na spotkanie z prezesem następnego dnia w południe.
Po przespaniu kilkunastu godzin ciągiem wstałem i spojrzałem w lustro. Zobaczyłem w nim istny obraz nędzy i rozpaczy – mocno podkrążone oczy, zaczerwienione białka, potargane włosy, na twarzy szczecina kilkudniowego zarostu. O ubraniu nawet nie wspomnę. Trzeba się doprowadzić do ładu – pomyślałem.
Wziąłem długi prysznic, ogoliłem się, ułożyłem włosy, na twarz nałożyłem grubą warstwę kremu. Założyłem nowy garnitur i białą koszulę, którą zakupiłem w Trójmieście w któryś z ostatnich weekendów. Skropiłem się jeszcze nowymi, markowymi perfumami i byłem gotowy.
Pan Lucjusz na mnie czekał, w standardzie z kawą i wodą. Wyglądał na podekscytowanego i zniecierpliwionego. Postanowiłem grać rolę spokojnego, pewnego siebie profesjonalisty i nie okazywać własnych emocji. Napawałem się chwilą triumfu i moją przewagą nad prezesem – wiedziałem coś, czego on nie wiedział, a na pewno bardzo by chciał. Wreszcie pan Fer nie wytrzymał i wypalił wprost:
– No i jak efekty pana pracy, panie Janie? Co pan znalazł?
Nie wiem, skąd ta pewność, że w ogóle coś znalazłem. Postanowiłem jeszcze krótką chwilę potrzymać go w niepewności. Upiłem łyk kawy, niespiesznie odłożyłem piękną porcelanową filiżankę na spodeczek i odparłem nonszalancko:
– Faktycznie, mam coś, co może pana zainteresować. Muszę przyznać, że nie było to łatwe zadanie. Któryś z pana pracowników znalazł sprytny sposób, jak ukryć swoje malwersacje, czy mówiąc wprost – kradzież towaru.
Teatralnie zawiesiłem głos, a pan Lucjusz nabrał powietrza i miałem wrażenie, że zaraz albo wybuchnie jak napompowany balon albo się udusi. Nie chcąc tracić tak dobrze zapowiadającego się pracodawcy, kontynuowałem.
– Mam jednak przypuszczenie graniczące z pewnością, kto i jak dokonał tej sztuki. Pozwoli pan, że wprowadzę pana w szczegóły.
Wytłumaczyłem prezesowi sposób mojego działania i to, jak wpadłem na właściwy trop. Przedstawiłem moją koncepcję tego, jak działał oszust i kto nim konkretnie był. Pokazałem twarde dowody w postaci dokumentów i liczb. Pan Fer słuchał mnie jak zahipnotyzowany. Czułem jednak, jak wzbiera w nim gniew – musiał być naprawdę zaskoczony tym, co odkryłem.
Na koniec umówiliśmy się, że wezmę teraz zasłużone kilka dni wolnego, a prezes wróci do mnie z informacją, czy wskazane przeze mnie tropy okazały się trafione i jak się cała sprawa zakończyła.
***
Siedziałem w swoim wynajmowanym biurze, właściwie nie do końca wiedząc po co. Nie miałem nic do roboty, ale przychodziłem tutaj chyba z przyzwyczajenia. Pusty dom napawał mnie zbyt dużym smutkiem. Postanowiłem już jednak, że z końcem miesiąca nie przedłużę umowy najmu i poproszę pana Fera o gabinet w siedzibie firmy. Czułem, że po tym, co dla niego zrobiłem, na pewno mi nie odmówi.
Mechanicznie obracałem w ręku pióro z resztką mojej krwi w środku i tępym wzrokiem gapiłem się w ścianę. Nagle ze stanu zawieszenia wyrwał mnie odgłos pukania do drzwi. Nie spodziewałem się nikogo. Przez chwilę nie reagowałem, ale niezapowiedziany gość nie miał zamiaru odpuścić. Podniosłem się na krześle z półleżącej pozycji, poprawiłem krawat i poprosiłem natręta, żeby wszedł do środka.
W drzwiach stanął pan Lucjusz, jak zwykle nienagannie ubrany i uczesany. W sumie powinienem był się domyśleć, że to on – umawialiśmy się przecież na rozmowę za kilka dni. Nie przypuszczałem jednak, że odwiedzi mnie osobiście. I znów moje niezadane pytanie znalazło szybko swoją odpowiedź.
– Dzień dobry panie Janie. Byłem akurat w okolicy, postanowiłem wpaść i opowiedzieć, do czego doprowadziło nasze wewnętrzne śledztwo. Mam nadzieję, że nie przeszkadzam? – dodał lekko zaniepokojony.
Spojrzałem na puste biurko i wyłączony komputer, po czym pokręciłem głową.
– Świetnie, bo mam dla pana naprawdę ciekawą historię!
Zapytałem jeszcze kurtuazyjnie, czy chciałby się czegoś napić, jednak odmówił, tłumacząc się brakiem czasu. I całe szczęście, bo poza wodą z kranu nie miałem mu nic do zaoferowania. Jego opowieść okazała się faktycznie bardzo interesująca.
– To nie była wcale zwykła kradzież, to szpiegostwo biznesowe w czystej postaci! I to jeszcze w wykonaniu naszego zaufanego, wieloletniego pracownika, którego nigdy nie podejrzewałbym o coś podobnego. Marek Raks, na którego słusznie skierował pan naszą uwagę, od kilku lat w sposób absolutnie perfidny kolaborował z naszym największym konkurentem. Proszę sobie wyobrazić, że umożliwił on ich pracownikowi dostęp do naszych linii produkcyjnych, do najbardziej strzeżonego sekretu naszego przedsiębiorstwa! Musi pan wiedzieć, że do wytworzenia maści niezbędna jest bardzo wysoka temperatura i zatrudnieni w fabryce fachowcy sami muszą korzystać z naszego specyfiku. Bez ochronnej powłoki nikt nie byłby w stanie tam wytrzymać, przynajmniej dobrowolnie…
Ostatnie zdanie zabrzmiało dość złowieszczo, spojrzałem wymownie na pana Fera, ale on tylko odchrząknął i opowiadał dalej.
– I po to właśnie potrzebne im były nienormatywne ilości maści. Gdyby nie to i pańska dociekliwość, nigdy nie zorientowalibyśmy się, co się dzieje. Obawiam się, że gdyby tak się stało, to byłby prawdziwy koniec świata… dla naszej firmy oczywiście. – Dodał szybko, po czym kontynuował. – Na szczęście ugasiliśmy pożar, zanim na dobre się rozniecił.
– A co z panem Raksem i tym drugim szpiegiem? – spytałem zaciekawiony.
Pan Lucjusz przez chwilę nie odpowiadał, jakby ważył słowa. Wreszcie wydusił z siebie.
– Spotkała ich zasłużona kara, już nie będą nam przeszkadzać – odpowiedział dość enigmatycznie, po czym szybko zmienił temat – ale to nie koniec dobrych wiadomości! Pierwszy przelew wraz z należną premią za skuteczność wpłynął już na pańskie konto, a jako dodatkowy bonus mam dla pana coś jeszcze.
Z kieszeni wyjął niewielkie, eleganckie pudełeczko, obite czarną skórą.
– To należało kiedyś do pracownika konkurencji, tego który nas szpiegował. Proszę to przyjąć – jeszcze nie teraz, ale kiedyś może się panu przydać, a jemu już nie będzie potrzebne.
Prezes uśmiechnął się tajemniczo i poprosił, żebym otworzył prezent dopiero kiedy wyjdzie, odłożyłem go więc na biurko. Pożegnaliśmy się serdecznie i umówiliśmy na spotkanie za dwa tygodnie w siedzibie firmy, żeby przegadać kwestie moich kolejnych zadań oraz przeprowadzki na Ognistą. Do tego czasu miałem wolne.
Kiedy tylko drzwi zatrzasnęły się za panem Ferem, rozgorączkowany rzuciłem się na mojego smartfona. Odpaliłem apkę banku i zaniemówiłem – 250 tysięcy złotych faktycznie wpłynęło na moje konto!
Wyskoczyłem z krzesła jak diabeł z pudełka. Zacząłem chodzić w kółko po biurze, machając rękami, zupełnie bez sensu. Radość, ulga, satysfakcja, wiara w siebie – te uczucia wróciły do mnie w jednej chwili po wielomiesięcznej nieobecności.
– Pieniądze jednak mogą zmienić wszystko – pomyślałem i uśmiechnąłem się szeroko.
Żeby się trochę uspokoić, sięgnąłem do szuflady i wyciągnąłem drewniane pudełko, a z niego jedno ze znajdujących się w nim kubańskich cygar. Ten smak luksusu, którego spróbowałem na Helu, bardzo mi odpowiadał. Były piekielnie drogie, ale kto bogatemu zabroni!
Stanąłem przy otwartym oknie, obciąłem końcówkę cygara nożyczkami biurowymi i odpaliłem najzwyklejszą zapalniczką gazową za dwa złote.
– Muszę sobie sprawić obcinarkę z prawdziwego zdarzenia. No i koniecznie jakąś porządną zapalniczkę, najlepiej złotą! – Snułem plany, jak twórczo pozbyć się pieniędzy, które zaczęły spadać mi z nieba.
Okno wychodziło na parking, widziałem więc pana Lucjusza, kierującego się do swojego czarnego SUV-a gargantuicznych rozmiarów. Kiedy podniósł nogę, żeby wejść na schodek, prowadzący do środka wozu, z podwiniętej nogawki na ułamek sekundy wyślizgnęło się coś, co do złudzenia przypominało… ogon. Czarny, zakończony czymś na kształt grotu strzały.
– Zdecydowanie potrzebuję urlopu, zaczynam mieć omamy – westchnąłem ciężko.
Prezes odjechał, zostawiając za sobą kłęby dymu, a ja wróciłem za biurko. Włączyłem komputer, żeby poszukać jakiejś ciekawej oferty wycieczki. Na podróż dookoła świata miałem trochę za mało urlopu, ale hiszpańska albo włoska riwiera, a może Azja albo Karaiby? Czemu nie!
Kątem oka dostrzegłem czarne pudełko, które dostałem od pana Fera. W oczekiwaniu na załadowanie się systemu operacyjnego w laptopie (sprzęt też muszę wymienić na nowy!), sięgnąłem po nie i z ciekawością otworzyłem. W środku, na czerwonym materiale, spoczywała srebrna bransoletka. Bardzo prosta, bez żadnych ekstra zdobień, żłobień czy kamieni szlachetnych.
Czułem lekki zawód, aż do momentu, kiedy wziąłem ją do ręki – wtedy stało się coś niewytłumaczalnego. Przedmiot wyjęty z pudełka uniósł się na wysokość około dwóch metrów od poziomu podłogi, zwiększył swój obwód do około 50 centymetrów i zaczął świecić bardzo jasnym, pulsującym światłem.
Przerażony i zdezorientowany, odsunąłem krzesło od biurka i przyglądałem się temu fenomenowi z bezpiecznej odległości. Czułem coś jakby ciepło, które rozchodziło się z niego na całe pomieszczenie. Słychać też było dziwny dźwięk, ni to szum, ni to cichą muzykę.
W końcu zebrałem się na odwagę i zbliżyłem do lewitującej bransolety, chcąc stanąć bezpośrednio pod nią, ale ta płynnym ruchem odsunęła się ode mnie. Podjąłem kolejną próbę, stanąłem na wyciągnięcie ręki od tajemniczego przedmiotu i już bez problemu chwyciłem go w dłoń. Wtedy dziwny dźwięk natychmiast ustał, a bransoleta przestała świecić i zmniejszyła się do pierwotnych rozmiarów. Włożyłem ją czym prędzej z powrotem do pudełka, odłożyłem je na biurko i ciężko opadłem na krzesło.
– Jak to powiedział pan Lucjusz? Może mi się przydać, ale jeszcze nie teraz…
Zastanawiałem się nad sensem tych słów. Nie potrafiłem racjonalnie wyjaśnić tego, co się stało. W końcu doszedłem do wniosku, że zapewne jest to jakaś sztuczka, iluzja czy coś w tym stylu. A nawet jeśli to coś znacznie więcej, cóż – wychodzi na to, że mam zapewnioną bezpieczną przyszłość nie tylko do końca życia, ale również po nim.
– Szkoda, że nie dorzucił do kompletu pary skrzydeł – pomyślałem, uśmiechając się do siebie, ale kiedy moja wyobraźnia wykreowała obraz zlepionych krwią śnieżnobiałych piór po zabiegu amputacji ostrym narzędziem, szybko wyrzuciłem ten pomysł z głowy.
Poczułem spokój. Pierwszy raz od bardzo dawna miałem przekonanie, że mam pełną kontrolę nad swoim życiem. Nic nie muszę, mogę wszystko!
Chwyciłem za komórkę i wybrałem numer Pameli.
– Cześć kochanie, kopę lat! Masz ochotę przejechać się ze mną na luksusową wycieczkę w jakieś egzotyczne miejsce?
Hej,
czytane z telefonu, więc bez łapanki, ale też muszę przyznać, że nieszczególnie było co łapać. Zgubiłeś kilka przecinków, a raz rozpocząłeś zdanie małą literą (po „ dzień dobry”).
Bardzo sprawnie napisany tekst. Oceniam go wysoko, jakościowo wyróżnia się na plus.
Historia od początku do końca poprowadzona tak, jak tego chciałeś – nic się nie rozjeżdża.
Nawiązania czytelne, co też uważam za plus, bo czytelnik lubi myśleć, że jest błyskotliwy, bo potrafi łączyć kropki. (Sam lubię). I wiadomo, są rzeczy bardzo wprost – Twarowski, klapa w podłodze. Są o jeden poziom (krąg?) bardziej złożone, jak Asia Roth. W końcu takie, które cieszą najbardziej – i co do których jestem ciekaw, ile przeoczyłem, jak przywołanie marki szpilek słynącej ze swoich charakterystycznych kolorów.
W tym kontekście poczułem tylko zawód, kiedy napisałeś o skracaniu imienia Lucjusz do Lucy. Lucjusz Fer jest całkowicie czytelny, nie musiałeś. Trochę mnie to zatrzymało. :)
Historia, jak mówiłem, cały czas pod kontrolą. Zabrakło mi tylko trochę stawki, zaskoczenia, przełamania postaci. Bo tak naprawdę co tu mamy? Znany i bardzo czytelny trop, czyli skuszenie przez diabła i podpisanie cyrografu. Sam Twarowski zatacza pełne koło – staje się tym, kim był na początku tekstu.
Szkoda, że nie złamałeś tej opowieści, dodając jakiś twist, bo w tym momencie jest to bardzo dobrze napisana, przyjemna opowieść, którą od początku do końca już znałem.
Idę kliknąć.
Duże gratulacje się należą!
barniusz
Ogromne dzięki za lekturę, ocenę i dobre słowo. Smaczków jest dużo, może na większym ekranie wyłapiesz więcej :)
Wielką literę poprawiłem, przecinków staram się pilnować, ale wiadomo jak to jest z tymi diablikami…
Odnośnie twistu, z założenia głównym miał być fakt szpiegostwa gospodarczego przez pierzastego pracownika konkurencyjnej firmy na literę N. A druga (pierwsza?) warstwa pt. ludzie się nie zmieniają to tylko taki mały bonusowy moralitet. Jeśli twist za mało wykręcony, może wymyślę jeszcze coś mocniejszego.
Natomiast miło mi niezmiernie, bo to moje pierwsze opowiadanie tutaj. Zobaczymy, czy uda się na fali szczęścia początkującego wbić do biblioteki ;)
Kiedy czynić dobro jest słusznie, zyskownie i praktycznie, zło staje się oznaką szlachectwa duszy.
A co do Lucy – jak to pisałem w głowie cały czas siedziała mi taka stara piosenka “Lucifer son of the morning…” czy jak tam to leciało i po prostu musiałem to zrobić, no nigdy bym się jej nie pozbył z głowy :D
Kiedy czynić dobro jest słusznie, zyskownie i praktycznie, zło staje się oznaką szlachectwa duszy.
Skojarzenie oczywiste – też nuciłem, tylko nie oryginał, a utwór, gdzie oryginał posłużył za sampel. https://youtu.be/y137SVzvgEg?is=pQrOkyErTgnkcyuh
Szpiegowanie przez niebo jest spoko, aureola jak najbardziej to wyjaśnia. Widać byłem nieprecyzyjny w komentarzu. Chodziło mi o coś, co bardziej wpłynie na bohatera, wybije go poza spodziewany tor. :) Bo że dziejącą się wokół niego opowieść jest skonstruowana ciekawie i swoje zakręty ma, to nie ulega wątpliwości.
Dokładnie ten sam numer miałem na myśli :)
Dzięki za wyjaśnienie, to mi sporo rozjaśniło. Na przyszłość pomyślę, jak bardziej popracować nad nieoczywistością bohatera, nie tylko fabuły – good tip.
Kiedy czynić dobro jest słusznie, zyskownie i praktycznie, zło staje się oznaką szlachectwa duszy.
Witaj. :)
Podziękowania za oznaczenie erotyki. :)
Sprawy językowe i związane z nimi sugestie oraz wątpliwości (zawsze – tylko do przeanalizowania):
Jakby tego było mało, posuwałem moją młodziutką sekretarkę o idealnie pasującym do niej imieniu Pamela, szczególnie nie kryjąc się z tym przed współpracownikami. Ba, byłem wręcz dumny z mojego stylu życia! Niestety, a z perspektywy czasu może raczej na szczęście, moja żona o wszystkim się dowiedziała. – powtórzenia?
Na początku szło mi całkiem nieźle, złapałem kilka pojedynczych zleceń od starych klientów, ale to było zdecydowanie a mało, żeby na dłuższą metę związać koniec z końcem. – omyłkowa literówka
Postanowiłem kuć żelazo, puki gorące – chwyciłem do ręki telefon i wykręciłem charakterystyczny numer. – ortografiak rżący?
Szef ma dla pana ciekawą (przecinek?) jak mniemam (i tu?) propozycję, na pewno przynajmniej godną rozważenia.
Ten fragment nieco zdumiewa, czemu nie zdziwiło go, skąd znają jego dane?:
To co usłyszałem, wcale mnie nie uspokoiło. Wręcz przeciwnie – skąd ona u licha wie, w jak czarnej dupie jestem? Z drugiej strony – czy to ważne? Jeślo tam nie pojadę i nie porozmawiam z tajemniczym panem Ferem nie dowiem się, co ma mi do zaoferowania. Poza tym i tak nie mam nic lepszego do roboty.
To (przecinek?) co usłyszałem, wcale mnie nie uspokoiło.
Jeślo tam nie pojadę i nie porozmawiam z tajemniczym panem Ferem nie dowiem się, co ma mi do zaoferowania. – literówka?
Jeślo tam nie pojadę i nie porozmawiam z tajemniczym panem Ferem (przecinek?) nie dowiem się, co ma mi do zaoferowania.
Poza tym (i tu?) i tak nie mam nic lepszego do roboty.
Na biurku rozbieganym wzrokiem dostrzegłem niewielką kałużę – to pot, który kapał z mojego czoła. Jestem zadeklarowanym agnostykiem, nie wierzę w żadne paranormalne bzdety, zawsze twardo stąpałem po ziemi (no chyba, że akurat latałem wysoko po zażyciu substancji). Ale mimo wszystko ta cała sytuacja i rozmowa zasiały niepokój w mojej głowie. – powtórzenie?
Dane kontaktowe, które już znałem, kilka lakonicznych zdań o cudownym działaniu maści na wszelkiej, nomen omen, maści oparzenia i link do sklepu internetowego. – do poprawy składnia?
Po dwóch i pół godzinach dotarłem wreszcie na miejsce. – i tu?
Mój ognisty rydwan nie należał do najszybszych, ponadto teraz zdecydowanie bardziej dbałem o bezpieczeństwo swoje i innych, niż w moim ‘dawnym życiu’, jak zwykłem je nazywać. – znowu to samo powtórzenie?
No i paliwo trzeba było oszczędzać… Dom znajdujący się pod adresem z wizytówki był zlokalizowany na obrzeżach miasta. Była to pokaźna willa, stylizowana na sarmacki dworek, otoczona zielenią leciwych drzew i bujnych krzewów. Na elewacji ani na ogrodzeniu posesji nie było żadnego napisu ani informacji, która mogłaby wskazywać, że w środku mieści się siedziba firmy. – kolejne?; a zatem pod kątem powtórzeń, czyli usterek stylistycznych, trzeba wszystko do końca starannie przejrzeć i je pousuwać, ja reszty już nie wypisuję
– Dzień dobry panie Twarowski, witamy w Piekle! – przecinek przy Wołaczu?
– Ależ oczywiście, dla mnie będzie to samo Asiu. – tu także?
Na samym środku znajdowały się wielkie schody, wykonane z tego samego drewna, co podłoga. pani Asia, bo tak prosiła, żebym się do niej zwracał, zaprowadziła mnie na piętro. – składniowy? – nowe zdanie od wielkiej litery?
Na piętrze znajdowało się kilka identycznych drzwi, bez żadnych oznaczeń czy napisów. pani Asia zastukała delikatnie w te umieszczone na samym końcu korytarza. – tutaj podobnie?
– Och (przecinek?) przepraszam najmocniej, nie przedstawiłem się, ale gafa…
Żeby tradycji stało się za dość, również wyrecytowałem swoje imię, nazwisko i profesję, choć wiedziałem, że są mu doskonale znane. – ortograficzny?
Jedyne, co wzbudziło moje wątpliwości, był organ, który miał rozstrzygać ewentualne sprawy sporne – sąd… ostateczny. – składniowy?
Niemniej jednak (przecinek?) kiedy dowiedziałem się o tych wszystkich (i tu?) tak dobrze i tak długo skrywanych (i tu?) przekrętach w warszawskim Szpitalu Południowym pomyślałem, że tu też mimo wszystko przydałoby się sprawdzić, czy nie dochodzi do jakichś patologii. – a zatem interpunkcja także do wnikliwej analizy do końca tekstu, ja już reszty przykładów nie wypisuję
Nikt i nic nie czekało na mnie w moim mieszkaniu. W biurze z resztą też. – kolejny ortograficzny?
Tytanicznym wysiłkiem udało mi się opanować emocje i przebrnąć do końca kontraktu. Jedna rzecz wprawiła mnie jednak w konsternację – okres zatrudnienia: do końca Świata. Możliwość wcześniejszego rozwiązania umowy tylko przez pracodawcę, z zachowaniem ustawowego okresu wypowiedzenia. – w tym kontekście: czemu wielką literą (powtarza się też dalej)?
– A co z zasłużoną emeryturą? – pomyślałem. – zapis myśli do poprawy – według Poradnika z działu: Publicystyka
Hmmm… Wprowadziłeś do fabuły sekretarkę w „Piekle”; cztery razy pada jednak inne jej nazwisko, a cztery razy – inne, np.:
– Witamy w Piekle! Asia Roth, sekretarka pana Fera.
– Dzień dobry. Pani Roth, jak mniemam?
Podobnie jak wczoraj, wszedłem na podwórko przez samo-otwierającą się furtkę, ale dla odmiany nie zdążyłem nawet zapukać do drzwi wejściowych – kiedy tylko do nich podszedłem i chciałem chwycić za kołatkę, pani Asia przywitała mnie promiennym uśmiechem i zaprosiła do środka. Zanim wszedłem na schody prowadzące na piętro, zerknąłem jeszcze na te drugie, znajdujące się pod nimi i skierowane w dół. Kątem oka dostrzegłem coś jakby łunę, migotliwe odbicie płomieni na przeciwległej ścianie. Chciałem tam podejść i zobaczyć z bliska, co wywołało taki efekt, ale pani Goth delikatnie, acz stanowczo ujęła mnie za ramię i poprowadziła na górę.
Szukałem informacji o panu Ferze, o pani Goth oraz o miejscu ich biznesowej rezydencji.
Ponieważ Czytelnicy nie mają pojęcia, jak ostatecznie ma brzmieć jej nazwisko, niepotrzebnie od razu stworzyłeś aż osiem błędów rzeczowych, które w literaturze są najgorsze, bo świadczą o tym, że Autorzy sami nie wiedzą, o kim piszą.
Oczywiście chodzi tu o tajemnicę przedsiębiorstwa, które absolutnie nie mogą trafić w niepowołane ręce. – składniowy?
Na razie tyle, jest tego więcej niż myślałam, pozdrawiam, wrócę. :)
Pecunia non olet
bruce
Dzięki za komentarz. Ortografy, jakkolwiek groźnie to nie brzmi poprawiłem, interpunkcję też, składnię gdzieniegdzie, bo nie ze wszystkim się zgadzam. O dialogowaniu myśli poczytam na spokojnie i wrócę.
Oczywiscie chodzi o Asię Roth, w nawiązaniu do imienia jednego z demonów.
Jan zdziwił się, i to mocno, że Piekło zna jego dane, czego wyraz dał chociażby pocąc się jak mops. Wydawało mi się to dość czytelne.
Liczę, że wrócisz, bo nie dostałem niestety żadnej zwrotki odnośnie samego opowiadania ☹️
Kiedy czynić dobro jest słusznie, zyskownie i praktycznie, zło staje się oznaką szlachectwa duszy.
Witam ponownie i podaję kolejne fragmenty, które zatrzymały mnie przy czytaniu:
No nic, trzeba będzie uważne przyjrzeć się dokumentom finansowym, jeśli zdecyduję się na tę robotę. – literówka?
Kiedy zbierałem się już do wyjścia, prezes rzucił na odchodne.
– Nasza maść jest naprawdę wyjątkowa. – błędny zapis dialogu? -dwukropek zamiast kropki na końcu poprzedniego wersu, skoro to jego wypowiedź?
Kolejny problem z kolejnym pojęciem, wprowadzonym do opowiadania. Jeżeli tworzymy nowe pojęcia własne, musimy dbać zawsze o ich prawidłowy zapis. Inaczej tworzą się błędy rzeczowe, a czasem także ortograficzne. Takie usterki są zwykle spowodowane literówkami, niemniej nadal nikt z Czytelników nie wie, jak naprawdę ma wyglądać prawidłowa pisownia, bo sam podajesz ją różnorodnie. Tak jest w przypadku nazwiska sekretarki, tak jest również w przypadku jej szefa. Czytelnicy nie wiedzą, jak go nazywasz, bo to Ty jesteś Autorem. A mamy tu zapis niejednolity, np.:
Pokiwałem bez przekonania głową – wygląda na to, że od pana Lucjusza nie dowiem się niczego konkretnego.
Umówiliśmy się, że wrócę jutro o tej samej porze i poinformuję Pana Lucjusza o podjętej decyzji.
Nawet jeśli Pan Lucjusz to najprawdziwszy diabeł i dziś przyjdzie mi podpisać cyrograf – tak właściwie co to zmieni?
Po wszystkim chciałem oddać pióro, ale Pan Lucjusz zaoponował.
Teatralnie zawiesiłem głos, a Pan Lucjusz nabrał powietrza i miałem wrażenie, że zaraz albo wybuchnie jak napompowany balon albo się udusi.
W drzwiach stanął pan Lucjusz, jak zwykle nienagannie ubrany i uczesany.
Szukałem informacji o panu Ferze, o pani Goth oraz o miejscu ich biznesowej rezydencji.
Postanowiłem już jednak, że z końcem miesiąca nie przedłużę umowy najmu i poproszę Pana Fera o gabinet w siedzibie firmy.
I tu już niestety ilość błędów rzeczowych i równocześnie ortograficznych jest ogromna, bo o „P/panu Lucjuszu, P/panu Ferze” piszesz często.
Zgodnie ze starym powiedzeniem ranek mądrzejszy bywa od wieczora, postanowiłem się przespać, a na drugi dzień podjąć ostateczną decyzję, co robić dalej. – zamieszczone powiedzenie może jakoś wyodrębnić?
Po krótkim instruktarzu przeprowadzonym przez panią Goth, ja również udałem się w stronę wyjścia. – znowu ortograficzny rażący?; z netu:
„Instruktaż
Czynność polegająca na uczeniu, wyjaśnianiu i dawaniu wskazówek (np. instruktaż BHP w pracy). Powszechna i w pełni poprawna forma w codziennym języku.”
Moje oczy odruchowo skierowały się w kierunku tajemniczego przejścia pod schodami. – styl?
Hmmm… Znowu mamy pojęcie własne i znowu są błędy w niekonsekwentnym jego zapisie, np.:
Kiedy zapytałem Panią Asię, gdzie znajduje się reszta, ucięła krótko, że to powinno mi w zupełności wystarczyć.
Kompletnie nie wiedziałem, kiedy pani Asia je przyniosła – widocznie byłem tak skupiony na analizie treści NDA.
Ze środka wychodzi pan Lucjusz, za sterami widzę panią Asię.
Skropiłem się jeszcze również nowymi, markowymi perfumami i byłem gotowy. – styl?
Wreszcie pan Fer nie wytrzymał i wypalił wprost.
– No i jak efekty pana pracy, panie Janie? Co pan znalazł? – błędny zapis dialogu? – tu, podobnie jak było wcześniej, dwukropek zamiast kropki w pierwszym wersie, skoro to on mówi?
Nie wiem, skąd ta pewność, że w ogóle coś znalazłem. Postanowiłem jeszcze krótką chwilę potrzymać go w niepewności. Upiłem łyk kawy, niespiesznie odłożyłem piękną porcelanową filiżankę na spodeczek i odparłem nonszalancko.
– Faktycznie, mam coś, co może pana zainteresować. – i tutaj tak samo?
Na podróż dookoła Świata miałem trochę za mało urlopu, ale hiszpańska albo włoska riwiera, a może Azja albo Karaiby? – ten wyraz także piszesz rozmaicie, nawet przy tych samych wyrażeniach, co niepotrzebnie mnoży błędy ortograficzne, np.:
W mojej głowie zaczęła kiełkować wizja, jak zabiorę dzieciaki na wycieczkę dookoła świata.
Zupełnie jakby był z innego świata…
Jedna rzecz wprawiła mnie jednak w konsternację – okres zatrudnienia: do końca Świata.
Obawiam się, że gdyby tak się stało, to byłby prawdziwy koniec świata… dla naszej firmy oczywiście.
Ha, ha, ha, fajne zakończenie! ;)) Takie dające spore pole dla wyobraźni, zabawne, ale jednocześnie niepokojące. :)
Świetnie wykreowani bohaterowie. :) Za pomysł oraz zakończenie kliczek do Biblioteki, lecz nad kwestiami językowymi trzeba jeszcze popracować. :)
Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)
Pecunia non olet
I ja dziękuję. :)
Pamiętaj, że każda wypisane kwestia to tylko wątpliwość; sama popełniam mnóstwo błędów, zatem każda podana rzecz jest do przemyślenia. :) To Ty, jako Autor, odpowiadasz ostatecznie za całość. :) Jeśli się z czymś nie zgadzasz – szanuję, zgoda, przyznaję Ci rację, jak zawsze. :) Po prostu wypisałam, co mi przeszkadzało przy czytaniu i gdzie zatrzymały mnie pewne fragmenty. :)
Pozdrawiam serdecznie. :)
Pecunia non olet
Witam :]
Największym problemem jest tu dłużyzna. Wiadomo, coś tam trzeba poopisywać, ale tutaj przykładowo od dotarcia na miejsce do otwarcia drzwi mijają cztery solidne paragrafy – no ciut to za dużo, moim skromnym, zwłaszcza, że wcześniej mamy równie szczegółową scenę jazdy autem, a potem wchodzenia do wilii…
Ogółem mało się tu dzieje. Tak, mamy jakieś napięcie, bo wiadomo, że bohater prawdopodobnie pakuje się w cyrograf, ale jest to strasznie rozwodnione i rozciągnięte, na początku uśmiechałem się pod nosem, a potem, gdy bohater długimi paragrafami przeglądał Internet, by potwierdzić to, o czym czytelnik już dobrze wie (”istotnie, są to diaboły”), tylko przewracałem oczami.
A i ton narracji jest dość nierówny. Na początku mamy sarkastycznego figo-fago, i nawet chciałem opowiadanie pochwalić, że ma “swój głos”, ale potem narrator właściwie tylko relacjonuje wydarzenia, skupiając się (w nadmiarze) na szczegółach wystroju/wyglądu/czynności, a figo-fago wraca ewentualnie momentami i już bez tego uroku, co na początku.
No ale tak generalnie, był tu jakiś spójny pomysł i (momentami) humor. Gdyby to skrócić – i to tak poważnie, pewnie do rozmiarów bliższych shortowi – i utrzymać ten ton z początku, to mogłoby być całkiem udane opowiadanie. Potencjał jest.
Pozdrawiam!
– Ależ proszę się o nic nie martwić – my nie gryziemy
Taki myślnik w dialogu nie jest błędny, a jednak niemal zawsze warto zastąpić go przecinkiem, żeby czytelnik nie wziął go za pauzę dialogową.
‘dawnym życiu’
A po co taki dziwny cudzysłów?
quia lata porta et spatiosa via quae ducit ad slopem et multi sunt qui intrant per eam
bruce
Czytając Twoje uwagi nie wierzę, że popełniasz jakiekolwiek błędy w kontekście ortografii czy interpunkcji ;) Większość rzeczy pokornie poprawiłem, wiele się nauczyłem – dziękuję raz jeszcze!
A wydawało mi się, że dokładnie sprawdziłem tekst…
GalicyjskiZakapior
Dzięki za przeczytanie tekstu i komentarz. Przykro mi, że nie spełnił do końca Twoich oczekiwań. W zamyśle “figo fago” styl przynależny jest panu Janowi, podczas gdy opisy siłą rzeczy są normalne, bardziej stonowane – ten styl po prostu do nich nie pasuje.
W ogóle ciekawe, co napisałeś, bo zawsze uważałem, że za mało skupiam się na detalach, a niektóre (większość?) moim zdaniem były potrzebne, żeby plastycznie pokazać niektóre zagadnienia, obiekty, ludzi. Dlatego odnośnie długości, zostaje jak jest.
Wskazane potencjalne poprawki w tekście uznaję za słuszne i niniejszym wprowadzam ;)
Kiedy czynić dobro jest słusznie, zyskownie i praktycznie, zło staje się oznaką szlachectwa duszy.
Szafirowy Smoku, w swoim tekście zawsze najtrudniej wyłapać usterki, wszyscy to wiemy. :)
Dziękuję za miłe słowa, pozdrawiam. :)
Pecunia non olet
Dlatego odnośnie długości, zostaje jak jest.
Absolutnie nie śmiałbym sugerować, żebyś tak drastyczne zmiany wprowadzał na tym etapie! I raczej nikt z komentujących na portalu by tego nie oczekiwał. Opisywałem tylko swoje wrażenia, żebyś mógł je na przyszłość wziąć pod uwagę – bądź nie, skoro uważasz, że ilość szczegółów i opisów jest adekwatna :)
W zamyśle “figo fago” styl przynależny jest panu Janowi, podczas gdy opisy siłą rzeczy są normalne, bardziej stonowane – ten styl po prostu do nich nie pasuje.
Jest to jakaś koncepcja, ale idzie kompletnie wbrew temu, czego czytelnik spodziewa się, widząc narrację pierwszoosobową.
quia lata porta et spatiosa via quae ducit ad slopem et multi sunt qui intrant per eam
Hmmm, tylko w przypadku trzecioosobowej nadanie charakterystyki wypowiedziom bohatera jest możliwe tylko w dialogach.
No nic, na pewno warte rozważenia :)
Dzięki raz jeszcze!
Kiedy czynić dobro jest słusznie, zyskownie i praktycznie, zło staje się oznaką szlachectwa duszy.