- Opowiadanie: Szafirowy Smok - Piekło sp. z o. o.

Piekło sp. z o. o.

Tak, Bel­ze­bu­ba za­po­ży­czy­łem z “Try­lo­gii Hu­syc­kiej” – nie mo­głem się po­wstrzy­mać ;) Poza tym ma­lut­kim ele­men­tem cała resz­ta w 100% hand made i na wła­snym pa­ten­cie.

 

Wi­ta­my w Pie­kle!

 

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Piekło sp. z o. o.

Ko­lej­ny już dzień w tym mie­sią­cu sie­dzia­łem bez­czyn­nie za biur­kiem. Te­le­fon mil­czał upar­cie, a na skrzyn­kę ma­ilo­wą wpa­dał tylko new­slet­ter bran­żo­wy „Świat au­dy­tu”, in­for­ma­cje o zbli­ża­ją­cym się ter­mi­nie róż­nych płat­no­ści i ofer­ty kupna wy­cie­czek, które za­sub­skry­bo­wa­łem, kiedy mia­łem jesz­cze zapas go­tów­ki. Było to wtedy, gdy po­sta­no­wi­łem zmie­nić swoje życie, rzu­ci­łem świet­nie płat­ną pracę w jed­nej z mię­dzy­na­ro­do­wych kor­po­ra­cji z tzw. „wiel­kiej czwór­ki” i za­czą­łem roz­krę­cać swój wła­sny biz­nes.

No może nie­zu­peł­nie sam po­sta­no­wi­łem wszyst­ko zmie­nić. Tamta praca, choć suto wy­na­gra­dza­na, była też bar­dzo stre­su­ją­ca. Żeby roz­ła­do­wać na­pię­cie, co­dzien­nie wle­wa­łem w sie­bie hek­to­li­try dro­giej whi­sky, a w week­en­dy po­pra­wia­łem ko­lum­bij­ską ko­ka­iną. Jakby tego było mało, po­su­wa­łem moją mło­dziut­ką se­kre­tar­kę o ide­al­nie pa­su­ją­cym do niej imie­niu Pa­me­la, szcze­gól­nie nie kry­jąc się z tym przed współ­pra­cow­ni­ka­mi. Ba, byłem wręcz dumny ze stylu życia, który pro­wa­dzi­łem!

Nie­ste­ty, a z per­spek­ty­wy czasu może ra­czej na szczę­ście, moja żona o wszyst­kim się do­wie­dzia­ła. Obie­ca­łem jej, że się zmie­nię. Nie uwie­rzy­ła mi. W sumie cięż­ko się jej dzi­wić… Za­bra­ła trój­kę na­szych pięk­nych dzie­ci i wy­pro­wa­dzi­ła się do swo­ich ro­dzi­ców. Na po­cząt­ku my­śla­łem, że zdo­łam ją jesz­cze od­zy­skać. Za­czą­łem cho­dzić na te­ra­pię, zwol­ni­łem se­kre­tar­kę, nie ty­ka­łem uży­wek. W pew­nym mo­men­cie na­praw­dę po­czu­łem, że chcę być innym, lep­szym czło­wie­kiem – dla sie­bie i swo­jej ro­dzi­ny. Zro­zu­mia­łem też dwie rze­czy – po pierw­sze, że moja dumna żona nigdy już do mnie nie wróci, a po dru­gie – żeby zu­peł­nie od­ciąć się od daw­ne­go życia, muszę zmie­nić oto­cze­nie.

Teraz sie­dzę tutaj, w wy­naj­mo­wa­nym biu­rze na obrze­żach Gdań­ska i przy kubku zim­nej kawy za­sta­na­wiam się, jak zdo­łam prze­trwać ko­lej­ny mie­siąc. Na po­cząt­ku szło mi cał­kiem nie­źle, zła­pa­łem kilka po­je­dyn­czych zle­ceń od sta­rych klien­tów, ale to było zde­cy­do­wa­nie za mało, żeby na dłuż­szą metę zwią­zać ko­niec z koń­cem. Po­trze­bu­ję du­że­go, wy­pła­cal­ne­go kon­tra­hen­ta na stałe.

Po­grą­żo­ny w ma­ra­zmie po raz setny prze­glą­da­łem mój wi­zy­tow­nik. Nagle w oczy rzu­ci­ła mi się karta, któ­rej wcze­śniej nie za­uwa­ży­łem – po­my­śla­łem, że mu­sia­ła skle­ić się z inną. Wid­niał na niej napis:

Lu­cjusz Fer, CEO

666 999 666

Pie­kło sp. z o. o.

Ul. Ogni­sta 66

84-150 Hel

Coś Cię Pie­kło? Mamy na to spo­sób!

Pro­du­cent uni­wer­sal­nej maści na opa­rze­nia.

Uśmiech­ną­łem się pod nosem – nie ma to jak ory­gi­nal­ny mar­ke­ting, który za­pa­da w pa­mięć! Nie zdzi­wi­ło mnie, że kom­plet­nie nie ko­ja­rzy­łem tej firmy – zwa­li­łem to na dziu­ry w pa­mię­ci, spo­wo­do­wa­ne nad­uży­wa­niem al­ko­ho­lu i nar­ko­ty­ków. Po­sta­no­wi­łem kuć że­la­zo, póki go­rą­ce – chwy­ci­łem do ręki te­le­fon i wy­krę­ci­łem cha­rak­te­ry­stycz­ny numer.

Ktoś ode­brał już po pierw­szym sy­gna­le.

– Wi­ta­my w Pie­kle! Asia Roth, se­kre­tar­ka pana Fera. Cze­ka­li­śmy na pań­ski te­le­fon, panie Twa­row­ski. Szef chęt­nie spo­tka się z panem jutro w samo po­łu­dnie w na­szym biu­rze.

– Eeee… – enig­ma­tycz­nie i elo­kwent­nie wy­ra­zi­łem swoje wąt­pli­wo­ści.

Ko­bie­ta po dru­giej stro­nie słu­chaw­ki od­po­wie­dzia­ła nie­mo­żeb­nie słod­kim, aniel­skim wręcz gło­sem.

– Ależ pro­szę się o nic nie mar­twić, my nie gry­zie­my. Szef ma dla pana cie­ka­wą, jak mnie­mam, pro­po­zy­cję, na pewno przy­naj­mniej godną roz­wa­że­nia. Zwłasz­cza w pań­skiej obec­nej sy­tu­acji.

To, co usły­sza­łem, wcale mnie nie uspo­ko­iło. Wręcz prze­ciw­nie – skąd ona u licha wie, w jak czar­nej dupie je­stem? Z dru­giej stro­ny – czy to ważne? Jeśli tam nie po­ja­dę i nie po­roz­ma­wiam z ta­jem­ni­czym panem Ferem nie do­wiem się, co ma mi do za­ofe­ro­wa­nia. Poza tym i tak nie mam nic lep­sze­go do ro­bo­ty.

– Do­brze, będę, do zo­ba­cze­nia.

Odło­ży­łem słu­chaw­kę drżą­cą dło­nią, było mi na zmia­nę zimno i go­rą­co. Na biur­ku roz­bie­ga­nym wzro­kiem do­strze­głem nie­wiel­ką ka­łu­żę – to pot, który kapał z mo­je­go czoła. Je­stem za­de­kla­ro­wa­nym agno­sty­kiem, nie wie­rzę w żadne pa­ra­nor­mal­ne bzde­ty, za­wsze twar­do stą­pa­łem po ziemi (no chyba, że aku­rat la­ta­łem wy­so­ko po za­ży­ciu sub­stan­cji). Ale mimo wszyst­ko ta cała sy­tu­acja i roz­mo­wa za­sia­ły mi nie­po­kój w gło­wie.

Przed wy­jaz­dem po­sta­no­wi­łem jesz­cze spraw­dzić tę za­gad­ko­wą firmę w In­ter­ne­cie. Zna­le­zie­nie wła­ści­wej stro­ny w wy­szu­ki­war­ce gra­ni­czy­ło z cudem – fraza ‘pie­kło’ była de­li­kat­nie mó­wiąc po­pu­lar­na, a wła­ści­cie­le spół­ki ewi­dent­nie nie wy­da­li zła­ma­ne­go gro­sza na pro­mo­wa­nie ich wi­try­ny w Go­ogle Ads. Po pra­wie go­dzi­nie in­ten­syw­nych po­szu­ki­wań tra­fi­łem wresz­cie we wła­ści­we miej­sce.

Stro­na była pro­fe­sjo­nal­na, utrzy­ma­na w dość ory­gi­nal­nej czar­no-czer­wo­nej ko­lo­ry­sty­ce, ale bar­dzo skrom­na pod kątem tre­ści. Dane kon­tak­to­we, które już zna­łem, kilka la­ko­nicz­nych zdań o cu­dow­nym dzia­ła­niu maści na wszel­kiej, nomen omen, maści opa­rze­nia i link do skle­pu in­ter­ne­to­we­go. Pró­bo­wa­łem się za­lo­go­wać i nabyć prób­kę pro­duk­tu, ale oka­za­ło się, że moż­li­we jest to tylko z kartą człon­ka klubu sta­łe­go klien­ta o po­etyc­kiej na­zwie Hel­l­fi­re Club. Dziw­ne – po co takie ogra­ni­cze­nie w sprze­da­ży? I jak u licha mam zo­stać sta­łym klien­tem, kiedy nie mogę kupić nawet jed­nej tubki!? Ro­bi­ło się coraz dziw­niej. Za­mkną­łem lap­to­pa i stwier­dzi­łem, że nie po­zo­sta­je mi nic in­ne­go, jak wszyst­kie­go do­wie­dzieć się jutro na miej­scu.

***

Rano wsia­dłem w mo­je­go zde­ze­lo­wa­ne­go, 25-let­nie­go Forda i ru­szy­łem w drogę. Pięk­ny, czar­ny mer­ce­des naj­now­szej ge­ne­ra­cji, któ­rym kie­dyś wo­zi­łem się tą drogą w po­szu­ki­wa­niu przy­gód i przy­ziem­nych roz­ry­wek, był nie­ste­ty autem służ­bo­wym, które mu­sia­łem zdać, roz­sta­jąc się z kor­po­ra­cją.

Przy­po­mnia­łem sobie, jak kie­dyś pę­dzi­łem tędy 200 km/h z moją tle­nio­ną szpar­ką se­kre­tar­ką, odzia­ną tylko w kusą, ró­żo­wą su­kien­kę, bez zbęd­nych do­dat­ków, jak cho­ciaż­by bie­li­zna. Na­zwa­łem wtedy tę trasę Hi­gh­way to Hel, a ona śmia­ła się gło­śno z tego żartu z brodą, jak­bym na­zy­wał się Dave Chap­pel­le albo przy­naj­mniej Abe­lard Giza. Uśmiech­ną­łem się z po­li­to­wa­niem do swo­ich wspo­mnień.

Po dwóch i pół go­dzi­ny do­tar­łem wresz­cie na miej­sce. Mój ogni­sty ry­dwan nie na­le­żał do naj­szyb­szych, po­nad­to teraz zde­cy­do­wa­nie bar­dziej dba­łem o bez­pie­czeń­stwo swoje i in­nych, niż w daw­nym życiu, jak zwy­kłem je na­zy­wać. No i pa­li­wo trze­ba było oszczę­dzać…

Dom znaj­du­ją­cy się pod ad­re­sem z wi­zy­tów­ki był zlo­ka­li­zo­wa­ny na obrze­żach mia­sta. Oka­za­ło się, że to po­kaź­na willa, sty­li­zo­wa­na na sar­mac­ki dwo­rek, oto­czo­na zie­le­nią le­ci­wych drzew i buj­nych krze­wów. Na ele­wa­cji ani na ogro­dze­niu po­se­sji nie zna­la­złem żad­ne­go na­pi­su ani in­for­ma­cji, która mo­gła­by wska­zy­wać, że w środ­ku mie­ści się sie­dzi­ba firmy. Ot, pięk­ny dom ja­kie­goś bar­dzo bo­ga­te­go fana pol­skie­go morza, szumu drzew i szla­chec­kie­go dzie­dzic­twa na­ro­do­we­go.

Przy że­liw­nej furt­ce znaj­do­wał się do­mo­fon, ale zanim zdą­ży­łem na­ci­snąć przy­cisk, wej­ście otwo­rzy­ło się przede mną z ci­chym skrzyp­nię­ciem. Pew­nie fo­to­ko­mór­ka. Prze­sze­dłem kilka me­trów żwi­ro­wą ścież­ką, z obu stron szczel­nie oto­czo­ną ścia­ną ide­al­nie przy­strzy­żo­nych tuj. W nie­wiel­kiej szpa­rze mię­dzy krza­ka­mi do­strze­głem kształt ja­kie­goś po­tęż­ne­go, czar­ne­go sa­mo­cho­du, któ­re­go me­ta­licz­ny la­kier od­bi­jał pro­mie­nie słoń­ca w ze­ni­cie.

Wsze­dłem po schod­kach i sta­ną­łem przed nie­ra­cjo­nal­nie wiel­ki­mi i z pew­no­ścią bar­dzo cięż­ki­mi drzwia­mi z ku­te­go me­ta­lu. Na samym ich środ­ku znaj­do­wa­ła się ko­łat­ka – obrzy­dli­wa, wy­krzy­wio­na twarz de­mo­na z wiel­kim kołem, zwi­sa­ją­cym z roz­dzia­wio­nej gęby. Za­stu­ka­łem nie­pew­nie.

Po naj­wy­żej dwóch se­kun­dach drzwi otwo­rzy­ła mi wy­so­ka, bar­dzo atrak­cyj­na ko­bie­ta w wieku około trzy­dzie­stu lat. Była ubra­na w ele­ganc­ki, czar­ny, do­pa­so­wa­ny ko­stium i białą ko­szu­lę. No­si­ła oku­la­ry w gru­bych opraw­kach i szpil­ki Lo­ubo­utin, ciem­ne włosy miała upię­te w kok. Na uszach zło­ci­ły się kol­czy­ki z ka­mie­nia­mi przy­po­mi­na­ją­cy­mi ru­bi­ny i pier­ścio­nek w tym samym stylu, naj­pew­niej od kom­ple­tu. W nie­zbyt głę­bo­kim de­kol­cie po­ły­ski­wał jesz­cze złoty łań­cu­szek, ale za­wiesz­ka nie­ste­ty nie była wi­docz­na, choć przez biel ko­szu­li prze­bi­jał się krwi­sto­czer­wo­ny po­blask.

– Dzień dobry, panie Twa­row­ski, wi­ta­my w Pie­kle! – po­wie­dzia­ła, a na jej czer­wo­nych, peł­nych ustach po­ja­wił się ab­so­lut­nie olśnie­wa­ją­cy, sze­ro­ki i szcze­ry uśmiech, od­sła­nia­ją­cy gar­ni­tur śnież­no­bia­łych, rów­nych jak od li­nij­ki zębów.

Przy­kle­iłem do twa­rzy mój naj­lep­szy uśmiech numer pięć i od­po­wie­dzia­łem:

– Dzień dobry. Pani Roth, jak mnie­mam? Cie­ka­we macie przy­wi­ta­nie, nie od­stra­sza klien­tów?

– Tak, miło mi po­znać. A co do klien­tów – mamy stałe grono, z któ­rym współ­pra­cu­je­my od wielu lat. Im się to po­do­ba, a u nie­pro­szo­nych in­te­re­san­tów fak­tycz­nie może wy­wo­łać kon­ster­na­cję, ale to aku­rat do­brze. Za­pra­szam do środ­ka, szef ocze­ku­je w swoim ga­bi­ne­cie, za­pro­wa­dzę pana.

Wnę­trze willi wy­glą­da­ło olśnie­wa­ją­co – było urzą­dzo­ne mi­ni­ma­li­stycz­nie, ale ze sma­kiem i wy­czu­ciem es­te­ty­ki. Par­kiet z czar­ne­go dębu, he­ba­no­we meble, na ścia­nach ob­ra­zy, głów­nie por­tre­ty nie­zna­nych mi ludzi i sceny ba­ta­li­stycz­ne. W kącie otwar­te­go sa­lo­nu, który zaj­mo­wał chyba więk­szą część par­te­ru, stary zegar mia­ro­wo wy­stu­ki­wał upły­wa­ją­ce se­kun­dy.

Na samym środ­ku znaj­do­wa­ły się wiel­kie scho­dy, wy­ko­na­ne z tego sa­me­go drew­na, co pod­ło­ga. Pani Asia, bo tak pro­si­ła, żebym się do niej zwra­cał, za­pro­wa­dzi­ła mnie na pię­tro. Za­uwa­ży­łem, że pod scho­da­mi jest jesz­cze zej­ście na niż­szą kon­dy­gna­cję. Wy­da­ło mi się to tro­chę dziw­ne, bo za­zwy­czaj wej­ście do piw­ni­cy nie znaj­du­je się w cen­tral­nej czę­ści sa­lo­nu, ale nie­ste­ty nie zdą­ży­łem się temu do­kład­nie przyj­rzeć.

Na pię­trze znaj­do­wa­ło się kilka iden­tycz­nych drzwi, bez żad­nych ozna­czeń czy na­pi­sów. Pani Asia za­stu­ka­ła de­li­kat­nie w te umiesz­czo­ne na samym końcu ko­ry­ta­rza. Z po­miesz­cze­nia dało się sły­szeć niski, przy­jem­ny dla ucha głos.

– Pro­szę wejść.

Ga­bi­net był urzą­dzo­ny w po­dob­nym stylu, jak po­zo­sta­ła część domu, którą do tej pory wi­dzia­łem. Wy­róż­niał się czer­wo­ny, za­pew­ne per­ski, nie­sa­mo­wi­cie mięk­ki dywan oraz roz­pa­lo­ny ko­mi­nek, przy któ­rym spo­koj­nie spał czar­ny ogar o ga­ba­ry­tach zbli­żo­nych do ma­łe­go konia. Na jed­nej ścia­nie wi­sia­ły licz­ne za­byt­ko­we pi­sto­le­ty i broń biała, stało też kilka kom­plet­nych zbroi z róż­nych okre­sów i miejsc na świe­cie. Po dru­giej stro­nie po­ko­ju stała wy­so­ka aż do su­fi­tu szafa, szczel­nie wy­peł­nio­na opra­wio­ny­mi w skórę wo­lu­mi­na­mi, co do jed­ne­go opi­sa­ny­mi na grzbie­tach zło­ty­mi li­te­ra­mi. Na wprost od wej­ścia znaj­do­wa­ło się ogrom­ne, pa­no­ra­micz­ne okno z wi­do­kiem na ogród.

– Panie pre­ze­sie, pan Twa­row­ski do pana.

Na środ­ku ga­bi­ne­tu, za he­ba­no­wym biur­kiem, na głę­bo­kim, obi­tym czar­ną skórą fo­te­lu na kół­kach sie­dział przy­stoj­ny, lekko szpa­ko­wa­ty bru­net około czter­dziest­ki. Męż­czy­zna był ubra­ny w ewi­dent­nie szyty na miarę czar­ny gar­ni­tur w de­li­kat­ne prąż­ki, który pod­kre­ślał jego smu­kłą, ale wy­spor­to­wa­ną syl­wet­kę. Na śnież­no­bia­łej ko­szu­li wid­nia­ły wy­ha­fto­wa­ne ini­cja­ły L. F., na­to­miast man­kie­ty przy­ozdo­bio­ne były zło­ty­mi spin­ka­mi z czer­wo­nym ka­mie­niem, przy­po­mi­na­ją­ce bi­żu­te­rię pani Roth. Pół­dłu­gie włosy miał za­cze­sa­ne do tyłu, twarz przy­ozda­bia­ła per­fek­cyj­nie przy­strzy­żo­na hisz­pań­ska bród­ka i wy­pie­lę­gno­wa­ny wąsik. Wą­skie usta roz­cią­gnę­ły się w sze­ro­ki uśmiech, a w czar­nych jak noc oczach tań­czy­ły ta­jem­ni­cze iskier­ki.

– Wi­ta­my w Pie­kle, panie Janie, jak się cie­szę, że pana widzę! Za­pra­szam, pro­szę usiąść wy­god­nie. – Wska­zał na fotel nie­da­le­ko ko­min­ka. Drgną­łem i za­wa­ha­łem się na mo­ment, co nie umknę­ło jego uwa­dze. – Ach, pro­szę się nie bać, Bel­ze­bub, choć może wy­glą­da groź­nie, w rze­czy­wi­sto­ści jest ła­god­ny jak ba­ra­nek.

Nie do końca prze­ko­na­ny, za­ją­łem wska­za­ne miej­sce, ale cały czas zer­ka­łem ner­wo­wo w stro­nę le­żą­cej nie­opo­dal be­stii.

– Bel­ze­bub, cóż za… ory­gi­nal­ne imię dla psa.

– Dbamy o spój­ność wi­ze­run­ku marki w naj­mniej­szych de­ta­lach. Na­pi­je się pan kawy, her­ba­ty albo wody?

– Po­pro­szę espres­so, naj­chęt­niej po­dwój­ne, jeśli można.

– Ależ oczy­wi­ście, dla mnie bę­dzie to samo, Asiu. – Asy­stent­ka bez­sze­lest­nie znik­nę­ła za drzwia­mi, a pre­zes kon­ty­nu­ował. – Nie ma to jak praw­dzi­wa, czar­na i pie­kiel­nie mocna kawa bez żad­nych zbęd­nych do­dat­ków.

Przy­tak­ną­łem i uśmiech­ną­łem się lekko, a go­spo­darz jakby przy­po­mniał sobie o czymś nie­zwy­kle waż­nym.

– Och, prze­pra­szam naj­moc­niej, nie przed­sta­wi­łem się, ale gafa… Na­zy­wam się Lu­cjusz Fer, dla przy­ja­ciół Lucy. Je­stem za­ło­ży­cie­lem, wła­ści­cie­lem i pre­ze­sem spół­ki Pie­kło.

Żeby tra­dy­cji stało się za­dość, rów­nież wy­re­cy­to­wa­łem swoje imię, na­zwi­sko i pro­fe­sję, choć wie­dzia­łem, że są mu do­sko­na­le znane. Uści­sną­łem jego dłoń – była silna, cie­pła, ale jed­no­cze­śnie de­li­kat­na i sucha. Po wy­mia­nie grzecz­no­ści i krót­kim small talk’u o psach, pre­zes szyb­ko prze­szedł do kon­kre­tów.

– Dzię­ku­ję, że po­fa­ty­go­wał się pan oso­bi­ście do mo­je­go biura. Nie ukry­wam, że za­le­ży mi na dys­kre­cji, stąd wy­bra­łem to wła­śnie miej­sce, któ­re­go je­stem ab­so­lut­nie pe­wien. Pro­szę nie pytać, jak do pana tra­fi­łem – mam swoje me­to­dy. Sza­nu­jąc pań­ski i swój cenny czas, opo­wiem od razu, w czym rzecz. Otóż mam dla pana pracę, stałe zle­ce­nie z go­dzi­wym wy­na­gro­dze­niem. Zanim jed­nak przej­dę do szcze­gó­łów, mu­si­my pod­pi­sać umowę o za­cho­wa­niu po­uf­no­ści – oto jej treść, pro­szę uważ­nie prze­czy­tać.

Pod­su­nął mi pod nos dwa eg­zem­pla­rze, ręcz­nie ka­li­gra­fo­wa­ne na dziw­nym, żół­ta­wym pa­pie­rze, przy­po­mi­na­ją­cym nieco per­ga­min. Wi­dzia­łem w swo­jej ka­rie­rze mnó­stwo róż­nych NDA, ten nie od­bie­gał tre­ścią od więk­szo­ści z nich. Je­dy­ne, co wzbu­dzi­ło moje wąt­pli­wo­ści, to organ, który miał roz­strzy­gać ewen­tu­al­ne spra­wy spor­ne – sąd… osta­tecz­ny. Po­my­śla­łem jed­nak, że to cze­ski błąd, a nie uśmie­cha­ło mi się cze­kać kilku go­dzin, aż nowe for­mu­la­rze zo­sta­ną ręcz­nie wy­pi­sa­ne, zło­ży­łem więc swój pod­pis i od­da­łem umowy panu Lu­cju­szo­wi.

W mię­dzy­cza­sie dwie fi­li­żan­ki aro­ma­tycz­nej kawy i dwie szklan­ki wody po­ja­wi­ły się na biur­ku. Kom­plet­nie nie wie­dzia­łem, kiedy pani Asia je przy­nio­sła – wi­docz­nie byłem tak sku­pio­ny na ana­li­zie tre­ści NDA.

Pre­zes pod­pi­sał umowy, jeden eg­zem­plarz oddał mnie i od razu za­czął wy­ja­śniać, na czym miało po­le­gać moje za­da­nie.

– Po­trze­bu­ję kogoś ta­kie­go, jak pan – au­dy­to­ra twar­do stą­pa­ją­ce­go po ziemi, skru­pu­lat­ne­go, by­stre­go i god­ne­go za­ufa­nia. Moja firma usta­wo­wo nie ma obo­wiąz­ku prze­pro­wa­dza­nia ze­wnętrz­ne­go ba­da­nia au­dy­tor­skie­go, a ja mam duże za­ufa­nie do moich pra­cow­ni­ków. Nie­mniej jed­nak, kiedy do­wie­dzia­łem się o tych wszyst­kich, tak do­brze i tak długo skry­wa­nych, prze­krę­tach w war­szaw­skim Szpi­ta­lu Po­łu­dnio­wym po­my­śla­łem, że tu też mimo wszyst­ko przy­da­ło­by się spraw­dzić, czy nie do­cho­dzi do ja­kichś pa­to­lo­gii.

Wolno po­ki­wa­łem głową. To wszyst­ko miało sens, a pre­zes ze swoją wy­so­ką kul­tu­rą oso­bi­stą i per­fek­cyj­nym zor­ga­ni­zo­wa­niem coraz bar­dziej mi się po­do­bał.

– A co do­kład­nie miał­bym robić?

– Nic szcze­gól­ne­go, zwłasz­cza dla pana. Cho­dzi o przej­rze­nie na­szych pa­pie­rów z kilku ostat­nich lat, ana­li­zę po­praw­no­ści da­nych, szu­ka­nie błę­dów czy uchy­bień. Pro­szę też zwró­cić szcze­gól­ną uwagę na ewen­tu­al­ne ce­lo­we nie­pra­wi­dło­wo­ści, wska­zu­ją­ce na wsze­la­kie mal­wer­sa­cje. Ba­da­nie bę­dzie pan prze­pro­wa­dzał cy­klicz­nie. Mam przy­go­to­wa­ny draft umowy zle­ce­nia, to dość ob­szer­ny do­ku­ment, więc pro­po­nu­ję, żeby na spo­koj­nie za­po­znał się pan z jego tre­ścią i z ewen­tu­al­ny­mi py­ta­nia­mi czy uwa­ga­mi wró­cił pan do mnie jutro o tej samej porze.

Wpraw­dzie nie pla­no­wa­łem zo­sta­wać na Helu dłu­żej, ale z dru­giej stro­ny – czemu nie? Nikt i nic nie cze­ka­ło na mnie w moim miesz­ka­niu. W biu­rze zresz­tą też.

Scho­wa­łem do tecz­ki pod­pi­sa­ną NDA i dra­fty umów współ­pra­cy, po­że­gna­łem się i wy­ru­szy­łem w po­szu­ki­wa­niu ta­nie­go noc­le­gu, co na Helu nie było takie pro­ste. Bel­ze­bub nie ra­czył nawet po­ma­chać mi ogo­nem na po­że­gna­nie – wy­glą­da­ło na to, że to fak­tycz­nie bar­dzo spo­koj­na be­stia.

***

Ulo­ko­wa­łem się w pod­łym ho­te­li­ku na obrze­żach mia­sta. Tynk scho­dzą­cy pła­ta­mi ze ścian, po­ma­lo­wa­nych na żół­to-brą­zo­wa­wy kolor, stare, drew­nia­ne okna prze­pusz­cza­ją­ce wiatr i wil­goć, ko­ry­ta­rze wy­ło­żo­ne li­no­leum. Je­dy­ny­mi plu­sa­mi do­dat­ni­mi tego miej­sca były cena i pa­ra­dok­sal­nie lo­ka­li­za­cja – po­do­ba­ła mi się cisza, jaką na Helu gwa­ran­to­wa­ła tylko od­po­wied­nia od­le­głość od morza i głów­ne­go dep­ta­ka.

Pokój ume­blo­wa­ny był skrom­nie, wręcz asce­tycz­nie – smut­na szafa ze sklej­ki, mini sto­li­czek i dwa krzy­we krze­sła oraz małe, me­ta­lo­we łóżko. Pach­nia­ło stę­chli­zną i uryną.

Wes­tchną­łem cięż­ko, czym prę­dzej otwo­rzy­łem okno na oścież i rzu­ci­łem się na po­sła­nie. Łóżko za­skrzy­pia­ło ża­ło­śnie pod moim cię­ża­rem, na szczę­ście stare sprę­ży­ny wy­trzy­ma­ły, choć mści­wie wbi­ja­ły mi się w co bar­dziej wraż­li­we i mięk­kie czę­ści ciała. Ma­te­rac był zbyt cien­ki, żeby peł­nić rolę ja­kiej­kol­wiek tar­czy amor­ty­zu­ją­cej.

Uło­ży­łem się w miarę moż­li­wo­ści naj­wy­god­niej i bez zbęd­nej zwło­ki za­bra­łem się za czy­ta­nie umów, które prze­ka­zał mi pan Lu­cjusz. Po dro­dze do ho­te­lu zja­dłem ke­ba­ba, więc po tak in­ten­syw­nym dniu teraz chcia­łem już tylko za­snąć, ale cie­ka­wość wy­gra­ła ze zmę­cze­niem.

Więk­szość pa­ra­gra­fów była dość stan­dar­do­wa – za­kres obo­wiąz­ków, lista do­ku­men­tów, do któ­rych będę miał do­stęp, nie­li­mi­to­wa­ny czas pracy. To co szcze­gól­nie zwró­ci­ło moją uwagę to wy­na­gro­dze­nie – 100 ty­się­cy zło­tych… mie­sięcz­nie! Za­ło­ży­łem oku­la­ry, prze­li­czy­łem kil­ka­krot­nie zera, spraw­dzi­łem dla pew­no­ści oba eg­zem­pla­rze do­ku­men­tu – wy­glą­da na to, że to nie po­mył­ka. W mojej gło­wie za­czę­ła kieł­ko­wać wizja, jak za­bio­rę dzie­cia­ki na wy­ciecz­kę do­oko­ła świa­ta. Może żona też da się na­mó­wić?

Ty­ta­nicz­nym wy­sił­kiem udało mi się opa­no­wać emo­cje i prze­brnąć do końca kon­trak­tu. Jedna rzecz wpra­wi­ła mnie jed­nak w kon­ster­na­cję – okres za­trud­nie­nia: do końca świa­ta. Moż­li­wość wcze­śniej­sze­go roz­wią­za­nia umowy tylko przez pra­co­daw­cę, z za­cho­wa­niem usta­wo­we­go okre­su wy­po­wie­dze­nia.

– A co z za­słu­żo­ną eme­ry­tu­rą? – po­my­śla­łem.

Łu­dzi­łem się, że to ja­kieś nie­po­ro­zu­mie­nie i wszyst­ko da się wy­ja­śnić. Nie chcia­łem w ogóle brać pod uwagę, że mógł­bym nie wy­ko­rzy­stać ta­kiej szan­sy na cie­ka­wą i nie­przy­zwo­icie wręcz do­brze płat­ną pracę.

– Prze­cież in­te­li­gent­ni lu­dzie za­wsze znaj­dą spo­sób, żeby się do­ga­dać – uspo­ko­iłem myśli.

Zaraz potem za­pa­dłem w głę­bo­ki, mocny sen. Śniło mi się, że płynę po oce­anie na wy­ciecz­kow­cu wiel­ko­ści ma­łe­go mia­stecz­ka. Dzie­cia­ki bawią się w naj­lep­sze w ogrom­nym ba­se­nie na dol­nym po­kła­dzie, a moja żona opala się na le­ża­ku i uśmie­cha do mnie pięk­nie. Nagle na lą­do­wi­sku dla he­li­kop­te­rów siada czar­na ma­szy­na z czer­wo­nym na­pi­sem ‘Pie­kło sp. z o. o.’ na obu bo­kach. Ze środ­ka wy­cho­dzi pan Lu­cjusz, za ste­ra­mi widzę panią Asię. Pre­zes pod­cho­dzi do mnie i tonem nie zno­szą­cym sprze­ci­wu za­pra­sza mnie do środ­ka – na Helu czeka na mnie pilna ro­bo­ta. W końcu mam nie­li­mi­to­wa­ny czas pracy i umowę ważną do końca świa­ta…

***

Ko­lej­ne­go dnia wsta­łem rano, umy­łem się i ubra­łem. Po­sta­no­wi­łem zjeść śnia­da­nie na mie­ście i przejść się na Ogni­stą nie­spiesz­nym spa­cer­kiem – po­go­da była pięk­na, a ja mia­łem jesz­cze mnó­stwo czasu do umó­wio­nej go­dzi­ny. Jak po­sta­no­wi­łem, tak zro­bi­łem i chwi­lę przed po­łu­dniem w świet­nym hu­mo­rze, po­gwiz­du­jąc pod nosem, do­tar­łem na miej­sce.

Po­dob­nie jak wczo­raj, wsze­dłem na po­dwór­ko przez sa­mo-otwie­ra­ją­cą się furt­kę, ale dla od­mia­ny nie zdą­ży­łem nawet za­pu­kać do drzwi wej­ścio­wych – kiedy tylko do nich pod­sze­dłem i chcia­łem chwy­cić za ko­łat­kę, pani Asia przy­wi­ta­ła mnie pro­mien­nym uśmie­chem i za­pro­si­ła do środ­ka.

Zanim wsze­dłem na scho­dy pro­wa­dzą­ce na pię­tro, zer­k­ną­łem jesz­cze na te dru­gie, znaj­du­ją­ce się pod nimi i skie­ro­wa­ne w dół. Kątem oka do­strze­głem coś jakby łunę, mi­go­tli­we od­bi­cie pło­mie­ni na prze­ciw­le­głej ścia­nie. Chcia­łem tam po­dejść i zo­ba­czyć z bli­ska, co wy­wo­ła­ło taki efekt, ale pani Roth de­li­kat­nie, acz sta­now­czo ujęła mnie za ramię i po­pro­wa­dzi­ła na górę.

– Co jest tam na dole? Wy­da­wa­ło mi się, że wi­dzia­łem pło­mie­nie?

– Ko­tłow­nia – od­po­wie­dzia­ła tro­chę za szyb­ko.

– Z wej­ściem w cen­tral­nym punk­cie sa­lo­nu? – nie ustę­po­wa­łem.

– Tak, to stary dom, tak tu się kie­dyś bu­do­wa­ło – ucię­ła.

Wie­dzia­łem, że w ten spo­sób nic nie wskó­ram. Po­sta­no­wi­łem, że w wol­nej chwi­li przej­rzę do­stęp­ną w me­an­drach In­ter­ne­tu hi­sto­rię tego bu­dyn­ku, która coraz bar­dziej mnie in­try­go­wa­ła. A może kie­dyś bę­dzie szan­sa, żeby ukrad­kiem zaj­rzeć na dół?

Pan Lu­cjusz cze­kał na mnie w swoim biu­rze, kawa cze­ka­ła już na stole, a Bel­ze­bub znów leżał obok ko­min­ka. Gdyby nie fakt, że w po­rów­na­niu z moją po­przed­nią wi­zy­tą zmie­nił nieco po­zy­cję, gotów był­bym po­my­śleć, że to tylko bar­dzo eks­tra­wa­ganc­ki ele­ment wy­stro­ju, a nie żywe zwie­rzę.

Przy­wi­ta­łem się z pre­ze­sem i od razu wy­ło­ży­łem, nomen omen, kawę na ławę.

– Prze­czy­ta­łem umowę. Wa­run­ki mi od­po­wia­da­ją, nie widzę tam ni­cze­go, co mo­gło­by nam prze­szko­dzić w jej pod­pi­sa­niu. – Pan Fer z sze­ro­kim uśmie­chem na twa­rzy już chciał uści­snąć moją dłoń, ale jego ra­dość była nieco przed­wcze­sna. – Jest tylko jedna rzecz, która wzbu­dzi­ła moją uwagę, ale za­kła­dam, że to po­mył­ka pi­sar­ska albo in­ne­go ro­dza­ju nie­po­ro­zu­mie­nie. Cho­dzi mia­no­wi­cie o ter­min obo­wią­zy­wa­nia kon­trak­tu – do końca… świa­ta?

Twarz pana Lu­cju­sza mo­men­tal­nie stę­ża­ła, a z ust znik­nął uśmiech. Wie­dzia­łem już, że to nie bę­dzie taka for­mal­ność i drob­nost­ka, jak mi się wy­da­wa­ło. Pre­zes od­chrząk­nął i od­po­wie­dział.

– Nie­ste­ty jest to wa­ru­nek ko­niecz­ny. Oczy­wi­ście cho­dzi tu o ta­jem­ni­ce przed­się­bior­stwa, które ab­so­lut­nie nie mogą tra­fić w nie­po­wo­ła­ne ręce. Musi pan też zro­zu­mieć, że w na­szej fir­mie w dużej mie­rze opie­ra­my się na wza­jem­nym za­ufa­niu, nasi pra­cow­ni­cy są z nami od wielu lat, je­ste­śmy jak ro­dzi­na. Nie mo­że­my sobie po­zwo­lić na utra­tę kogoś tak bli­skie­go, po­łą­czo­ne­go z nami wię­za­mi krwi.

Zro­bi­łem zdzi­wio­ną minę, co pan Fer mo­men­tal­nie do­strzegł i od­po­wie­dział na nie­za­da­ne py­ta­nie:

– Umowa jest pod­pi­sy­wa­na naszą krwią. To taka… tra­dy­cja.

Zdę­bia­łem. Kom­plet­nie nie wie­dzia­łem, co od­po­wie­dzieć. Ko­lej­ny raz od po­cząt­ku tej dziw­nej hi­sto­rii za­czą­łem się za­sta­na­wiać, czy to aby na pewno jest zwy­czaj­na firma. Nie­pew­nym gło­sem wy­du­ka­łem:

– Ja ro­zu­miem dba­łość o szcze­gó­ły wi­ze­run­ku, ale to już chyba lekka prze­sa­da… Wie pan co, po­trze­bu­ję jesz­cze jed­ne­go dnia na za­sta­no­wie­nie się, mam na­dzie­ję, że to nie pro­blem?

Pre­zes wolno po­krę­cił głową, a ja kon­ty­nu­owa­łem.

– Chcia­łem za­py­tać o jesz­cze jedną kwe­stię – jak wy­glą­da wasz model sprze­da­ży? Na stro­nie in­ter­ne­to­wej zakup maści jest moż­li­wy tylko dla za­lo­go­wa­nych człon­ków klubu sta­łe­go klien­ta, nie wi­dzia­łem wa­sze­go pro­duk­tu ni­g­dzie in­dziej – w żad­nej dro­ge­rii, ap­te­ce czy skle­pie on-li­ne. Jak to moż­li­we, że firma jest w sta­nie na sie­bie za­ro­bić?

– To wbrew po­zo­rom dość pro­sty model. Naszą bli­ską ro­dzi­ną, jak już wspo­mi­na­łem, są pra­cow­ni­cy. Na­to­miast do szer­sze­go ro­dzin­ne­go kręgu za­li­cza­my człon­ków Hel­l­fi­re Club. Tra­fia­ją do nas z po­le­ce­nia, przez zna­jo­mych czy po­wi­no­wa­tych. Pro­szę pa­mię­tać, że za­trud­nie­ni w Pie­kle też mają moż­li­wość za­ku­pu na­szej maści. Je­ste­śmy tak na­praw­dę małą ma­nu­fak­tu­rą, a nasz pro­dukt jest tak dobry, że przy szer­szej dys­try­bu­cji po prosu nie by­li­by­śmy w sta­nie na­dą­żyć z pro­duk­cją. Na­to­miast dzia­łal­ność jest na tyle wy­so­ko­mar­żo­wa, że nawet przy ogra­ni­czo­nej skali wy­cho­dzi­my na swoje.

Po­ki­wa­łem bez prze­ko­na­nia głową – wy­glą­da na to, że od pana Lu­cju­sza nie do­wiem się ni­cze­go kon­kret­ne­go. No nic, trze­ba bę­dzie uważ­nie przyj­rzeć się do­ku­men­tom fi­nan­so­wym, jeśli zde­cy­du­ję się na tę ro­bo­tę.

Kiedy zbie­ra­łem się już do wyj­ścia, pre­zes rzu­cił na od­chod­ne:

– Nasza maść jest na­praw­dę wy­jąt­ko­wa. Nie tylko ła­go­dzi skut­ki wsze­la­kich opa­rzeń, ale koi też każdy ból oraz za­pew­nia swoim użyt­kow­ni­kom szczę­ście i po­myśl­ność. Gdyby nie jej nazwa, po­wie­dział­bym, że ma wręcz cu­dow­ne wła­ści­wo­ści.

Uśmiech­ną­łem się z po­li­to­wa­niem pod nosem i po­że­gna­łem. Umó­wi­li­śmy się, że wrócę jutro o tej samej porze i po­in­for­mu­ję pana Lu­cju­sza o pod­ję­tej de­cy­zji.

***

Po wyj­ściu z pie­kiel­ne­go dwor­ku, jak w my­ślach za­czą­łem na­zy­wać sie­dzi­bę firmy Pie­kło sp. z o. o., uda­łem się pro­sto do ho­te­lu. Zwin­nie omi­ja­jąc wy­sta­ją­ce sprę­ży­ny, uło­ży­łem się na łóżku i od­pa­li­łem lap­to­pa. Szu­ka­łem in­for­ma­cji o panu Ferze, o pani Roth oraz o miej­scu ich biz­ne­so­wej re­zy­den­cji.

O moim po­ten­cjal­nym pra­co­daw­cy i jego uro­czej asy­stent­ce nie zna­la­złem do­słow­nie nic. Żad­nych wzmia­nek pra­so­wych, wpi­sów na fo­rach czy cho­ciaż­by po­stów na por­ta­lach spo­łecz­no­ścio­wych. Tak jakby w ogóle nie ist­nie­li w cy­fro­wym świe­cie.

Za­ją­łem się więc hi­sto­rią Helu, szu­ka­jąc in­for­ma­cji o bu­dyn­ku, zlo­ka­li­zo­wa­nym obec­nie przy ulicy Ogni­stej 66. Spra­wa do­mnie­ma­nej ko­tłow­ni nie da­wa­ła mi spo­ko­ju. Chcia­łem przede wszyst­kim spraw­dzić, czy domy bu­do­wa­ne w tych oko­li­cach w tym samym okre­sie, co pie­kiel­ny dwo­rek, fak­tycz­nie miały tak dzi­wacz­ny układ po­miesz­czeń. Do tego z kolei po­trze­bo­wa­łem in­for­ma­cji, kiedy in­te­re­su­ją­cy mnie bu­dy­nek po­wstał.

Do­wie­dzia­łem się, że zanim po­ja­wił się Nowy Hel, w tej oko­li­cy była jesz­cze osada o na­zwie Stary Hel, za­ło­żo­na już w XI wieku. Nie­ste­ty, ze wzglę­du na abra­zję, sile sztor­my i pod­no­sze­nie się po­zio­mu wód w Bał­ty­ku, w XVII wieku to miej­sce zo­sta­ło nie­mal cał­ko­wi­cie za­to­pio­ne. Miesz­kań­cy po­cząw­szy od wieku XV za­czę­li stop­nio­wo prze­miesz­czać się na za­chód, gdzie zlo­ka­li­zo­wa­ny jest dzi­siej­szy Hel.

Nie za­cho­wa­ły się nie­ste­ty żadne ory­gi­nal­ne ry­ci­ny z tego okre­su, ale coś pod­po­wia­da­ło mi, żeby dalej drą­żyć temat. Za­czą­łem więc po­rów­ny­wać ory­gi­nal­ne mapy Sta­re­go Helu z obec­ny­mi. Ko­rzy­sta­jąc z do­stęp­nych na­rzę­dzi AI, na­nio­słem na sie­bie plany sta­rej i nowej osady. Wy­glą­da­ło na to, że mały frag­ment za­to­pio­nej wio­ski oca­lał przed za­to­nię­ciem i zo­stał wchło­nię­ty przez dzi­siej­sze mia­sto. Co dla mnie szcze­gól­nie in­te­re­su­ją­ce, były to oko­li­ce ulicy Ogni­stej!

Grze­ba­łem zatem dalej. Zna­la­złem bar­dziej do­kład­ny plan Sta­re­go Helu, na który na­nie­sio­ne były kon­kret­ne za­bu­do­wa­nia. Do­kład­nie tam, gdzie znaj­do­wał się pie­kiel­ny dwo­rek, ozna­czo­ny był bu­dy­nek o bar­dzo zbli­żo­nym kształ­cie i wiel­ko­ści. Na now­szych ma­pach rów­nież były wi­docz­ne po­dob­ne bu­dow­le. Co wię­cej, na pierw­szych do­stęp­nych ry­ci­nach, przed­sta­wia­ją­cych pa­no­ra­mę mia­sta, zo­ba­czy­łem bu­dy­nek do złu­dze­nia przy­po­mi­na­ją­cy ten, któ­re­go szu­ka­łem. Czy to moż­li­we, że ten dom po­wstał na po­cząt­ku po­przed­nie­go mi­le­nium?

Spraw­dzi­łem jesz­cze in­for­ma­cje na temat lo­ka­li­za­cji pie­ców grzew­czych w daw­nym bu­dow­nic­twie. Oka­za­ło się, że choć sys­tem cen­tral­ne­go ogrze­wa­nia znany był już na po­cząt­ku na­szej ery, to idea ta nie­mal wy­mar­ła w Eu­ro­pie po upad­ku sta­ro­żyt­ne­go Rzymu i od­ro­dzi­ła się na nowo do­pie­ro w XIX wieku.

Byłem jesz­cze bar­dziej skon­fun­do­wa­ny niż przed roz­po­czę­ciem moich in­ter­ne­to­wych po­szu­ki­wań. Nic mi się w tej hi­sto­rii nie kle­iło – pie­kiel­ny dwo­rek był jak puz­zel, który zu­peł­nie nie pa­su­je do resz­ty ukła­dan­ki. Zu­peł­nie jakby był z in­ne­go świa­ta…

Po­czu­łem ogrom­ne zmę­cze­nie i znu­że­nie. Nawet nie wiem kiedy na ze­wnątrz za­pa­no­wał zmierzch. Oczy same mi się za­my­ka­ły, a ja nie mia­łem siły i wcale nie chcia­łem z tym wal­czyć. Zgod­nie ze sta­rym po­wie­dze­niem ranek mą­drzej­szy bywa od wie­czo­ra, po­sta­no­wi­łem się prze­spać, a na drugi dzień pod­jąć osta­tecz­ną de­cy­zję, co robić dalej.

Znów śniły mi się wa­ka­cje. Ja­kieś eg­zo­tycz­ne miej­sce z pal­ma­mi, błę­kit­nym mo­rzem i bia­łym pia­skiem na czy­stej plaży. Le­ża­łem na wy­god­nym ha­ma­ku, po­pa­la­jąc cy­ga­ro. Na sobie mia­łem mar­ko­we ką­pie­lów­ki i bar­dzo dro­gie oku­la­ry prze­ciw­sło­necz­ne. Z fal obi­ja­ją­cych się o brzeg, ni­czym Wenus wy­nu­rzy­ła się Pa­me­la w bi­ki­ni nie po­zo­sta­wia­ją­cym zbyt wiele wy­obraź­ni. Bie­gła do mnie w zwol­nio­nym tem­pie rodem ze „Sło­necz­ne­go pa­tro­lu”, a jej atry­bu­ty ko­bie­co­ści pod­ska­ki­wa­ły ra­do­śnie w rytm we­so­łej mu­zy­ki. Zbli­ży­ła się do mnie, po­ca­ło­wa­ła z głę­bo­kim ję­zycz­kiem, a jej zwin­ne dło­nie skie­ro­wa­ły się w oko­li­ce ką­pie­ló­wek. Język po­dą­żył tym samym tro­pem, a ja obu­dzi­łem się z silną erek­cją.

***

Rano po­my­śla­łem sobie, że ci ruscy to jed­nak mają łeb! Nie mam wpraw­dzie o nich naj­lep­sze­go zda­nia ani krzty sym­pa­tii (hi­sto­ria od­ci­snę­ła zbyt duże pięt­no, a po­nad­to bar­dzo lubi się po­wta­rzać), ale przy­sło­wia mają na­praw­dę nie­głu­pie.

Fak­tycz­nie, świe­ży umysł do­sko­na­le wie­dział, co po­wi­nie­nem zro­bić. Nawet jeśli pan Lu­cjusz to naj­praw­dziw­szy dia­beł i dziś przyj­dzie mi pod­pi­sać cy­ro­graf – tak wła­ści­wie co to zmie­ni? Bio­rąc pod uwagę moje dawne życie, do eme­ry­tu­ry i tak za­pew­ne nie do­cią­gnę, a moje grze­chy wy­star­czy­ły­by do po­sła­nia w pło­mie­nie co naj­mniej trzech osób. Także na wiecz­ne życie w kra­inie szczę­ścia i tak nie mam co li­czyć, za to za 100 ty­się­cy mie­sięcz­nie mogę sobie choć na te kilka lat stwo­rzyć swój wła­sny raj na Ziemi. No i ro­bo­ta pew­nie bę­dzie cie­ka­wa.

Z takim na­sta­wie­niem ru­szy­łem dziar­sko na Ogni­stą. Sce­na­riusz z po­przed­nie­go dnia się po­wtó­rzył i znów sie­dzia­łem wy­god­nie roz­par­ty w fo­te­lu na­prze­ciw­ko pre­ze­sa. Prze­ka­za­łem mu moją de­cy­zję; ucie­szył się tak bar­dzo, że wy­ści­skał mnie jak dawno nie­wi­dzia­ne­go przy­ja­cie­la. Za­iste, wy­lew­ny je­go­mość.

Do­pie­ro wtedy za­uwa­ży­łem, że ani pod ko­min­kiem, ani w żad­nym innym miej­scu w ga­bi­ne­cie nie wi­dzia­łem Bel­ze­bu­ba. Pomyślałem z uśmiechem, że może wró­cił na tam­ten świat, tam, gdzie jego miej­sce.

Nie było jed­nak czasu, żeby się nad tym głę­biej za­sta­na­wiać – pan Fer podał mi pięk­nie zdo­bio­ne czar­ne pióro ze złotą sta­lów­ką i ja­kimś za­gad­ko­wym oprzy­rzą­do­wa­niem do­dat­ko­wym, któ­re­go nie byłem w sta­nie zi­den­ty­fi­ko­wać. Po­dob­nie jak po­przed­nie­go dnia, pre­zes wy­ja­śnił moje wąt­pli­wo­ści zanim jesz­cze zdą­ży­łem je wy­ar­ty­ku­ło­wać.

– To pióro ze spe­cjal­ną pomp­ką do po­bie­ra­nia krwi. Po przy­ci­śnię­ciu przy­ci­sku, z końca wy­su­nie się igła. Wy­star­czy tylko na­kłuć palec, a od­po­wied­nia ilość trafi bez­po­śred­nio do po­jem­nicz­ka ukry­te­go w środ­ku. Pro­szę się nie oba­wiać – po­bie­rze­my tylko tyle, ile jest ab­so­lut­nie po­trzeb­ne. – Wy­po­wia­da­jąc to zda­nie po­słał mi tak cie­pły, szcze­ry i ab­so­lut­nie roz­bra­ja­ją­cy uśmiech, że bez stra­chu od­dał­bym mu i cały litr mo­je­go naj­cen­niej­sze­go płynu ustro­jo­we­go.

Za­dzia­ła­łem zgod­nie z jego in­struk­cja­mi, ukłu­cie w ogóle nie bo­la­ło, na opusz­ku palca zo­sta­ła je­dy­nie ma­lut­ka, czer­wo­na kro­pel­ka. Zło­ży­łem pod­pis na do­ku­men­tach, za­pa­ra­fo­wa­łem też każdą stro­nę. Po wszyst­kim chcia­łem oddać pióro, ale pan Lu­cjusz za­opo­no­wał.

– Pro­szę je za­cho­wać, mi i tak już nie bę­dzie po­trzeb­ne. Ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa epi­de­mio­lo­gicz­ne­go do­stał pan zu­peł­nie nowy eg­zem­plarz, nikt poza panem nie bę­dzie już nigdy z niego ko­rzy­stał. Pro­szę je za­cho­wać na pa­miąt­kę.

Scho­wa­łem przed­miot do kie­sze­ni – cie­ka­we, czy ta sta­lów­ka jest z praw­dzi­we­go złota? Na­stęp­nie pre­zes wyjął swoje pióro, jesz­cze pięk­niej­sze od mo­je­go, zdo­bio­ne do­dat­ko­wo nie­wiel­ki­mi ru­bi­na­mi. Po­wtó­rzył pro­ce­du­rę, przez którą sam przed chwi­lą prze­cho­dzi­łem, po czym za­wo­łał panią Roth.

– Asia, przy­nieś pro­szę szam­pa­na i cy­ga­ra.

Za szam­pa­na po­dzię­ko­wa­łem, a cy­ga­ro wy­pa­li­łem z praw­dzi­wą przy­jem­no­ścią – wpraw­dzie nie zna­łem się zbyt­nio na tych ku­bań­skich spe­cja­łach, ale sma­ko­wa­ło wy­bit­nie. Spę­dzi­li­śmy przy­jem­ną go­dzi­nę na spo­koj­nej roz­mo­wie o świe­cie i lu­dziach.

– Do­brze, teraz mogę po­ka­zać panu nasze ar­chi­wum, gdzie od jutra bę­dzie pan pra­co­wał.

Wy­szli­śmy na ko­ry­tarz, pre­zes za­pro­wa­dził mnie pod jedne z za­mknię­tych drzwi, które po na­ci­śnię­ciu na klam­kę otwo­rzy­ły się – wi­docz­nie nie uży­wa­no tutaj klu­czy.

Wnę­trze nie­wiel­kie­go po­ko­ju róż­ni­ło się od resz­ty domu, którą mia­łem oka­zję obej­rzeć do tej pory – było nad­zwy­czaj­nie… zwy­czaj­ne. Dwie szafy wy­peł­nio­ne po brze­gi se­gre­ga­to­ra­mi ze szcze­gó­ło­wo opi­sa­ną do­ku­men­ta­cją, na środ­ku biur­ko made in Swe­den, po­dob­ne krze­sło i lamp­ka. Je­dy­nym luk­su­sem był sto­ją­cy na biur­ku kom­pu­ter z jabł­ko­wym lo­go­ty­pem.

– Pani Asia wpro­wa­dzi pana w szcze­gó­ły i po­ka­że, gdzie czego szu­kać. Ja już muszę się nie­ste­ty po­że­gnać – obo­wiąz­ki wzy­wa­ją. Wi­dzi­my się jutro rano, do zo­ba­cze­nia!

Po krót­kim in­struk­ta­rzu prze­pro­wa­dzo­nym przez panią Roth, ja rów­nież uda­łem się w stro­nę wyj­ścia. Moje oczy od­ru­cho­wo zwróciły się w kie­run­ku ta­jem­ni­cze­go przej­ścia pod scho­da­mi. Zo­ba­czy­łem tam Bel­ze­bu­ba, le­żą­ce­go w swo­jej zwy­cza­jo­wej, non­sza­lanc­kiej pozie.

– Kon­tro­la naj­wyż­szą formą za­ufa­nia – bąk­ną­łem po nosem.

***

Ko­lej­ne­go dnia be­stia nie zmie­ni­ła miej­sca swo­je­go spo­czyn­ku, więc nie po­zo­sta­ło mi nic in­ne­go, jak za­brać się do pracy. Me­to­dycz­nie za­po­zna­wa­łem się z ka­ta­lo­giem udo­stęp­nio­nej mi do­ku­men­ta­cji. Mu­sia­łem przy­znać, że wszyst­ko było świet­nie zor­ga­ni­zo­wa­ne, ska­te­go­ry­zo­wa­ne i po­ukła­da­ne, co bar­dzo uła­twi­ło mi za­da­nie, zwłasz­cza na po­cząt­ku.

Dane opie­wa­ły na ostat­nie 10 lat. Kiedy za­py­ta­łem panią Asię, gdzie znaj­du­je się resz­ta, ucię­ła krót­ko, że to po­win­no mi w zu­peł­no­ści wy­star­czyć. Nie dys­ku­to­wa­łem, nie było sensu. Zo­rien­to­wa­łem się już, że tutaj le­piej nie za­da­wać zbęd­nych pytań. Za­ło­ży­łem, że mają pew­nie ja­kieś do­dat­ko­we ar­chi­wum ze­wnętrz­ne i za­ją­łem się tym, za co mi pła­ci­li.

Prze­glą­da­łem spra­woz­da­nia fi­nan­so­we, do­ku­men­ty ka­dro­we, ra­por­ty z pro­duk­cji, stany ma­ga­zy­no­we, na­stęp­nie scho­dzi­łem niżej na po­ziom po­je­dyn­czych fak­tur. Bar­dzo chcia­łem się wy­ka­zać. Po­sta­no­wi­łem upar­cie szu­kać nie­pra­wi­dło­wo­ści, aż do skut­ku.

Każdy ko­lej­ny dzień wy­glą­dał po­dob­nie. Pra­co­wa­łem po kil­ka­na­ście go­dzin, to za­da­nie wcią­gnę­ło mnie bez resz­ty. Dawno już nie mia­łem oka­zji współ­pra­co­wać z tak do­brze funk­cjo­nu­ją­cym przed­się­bior­stwem. Tym bar­dziej moja am­bi­cja nie po­zwa­la­ła mi na opie­sza­łość, do­dat­ko­wo in­tu­icja pod­po­wia­da­ła mi, że wszyst­ko wy­glą­da aż za do­brze.

Na eta­pie po­głę­bio­nej ana­li­zy prze­pły­wów fi­nan­so­wych i pa­ro­wa­nia ich z ob­ro­tem to­wa­ro­wym, po­ja­wi­ły się pierw­sze wąt­pli­wo­ści. Jak zwy­kle w ta­kich przy­pad­kach, chcia­łem po­roz­ma­wiać z osobą od­po­wie­dzial­ną za pro­wa­dze­nie księ­go­wo­ści. Pani Asia stwier­dzi­ła jed­nak, że to nie bę­dzie ko­niecz­ne i ona udzie­li mi wszel­kich nie­zbęd­nych in­for­ma­cji. Tak też się stało – prze­ka­za­łem jej listę pytań, a już ko­lej­ne­go dnia rano otrzy­ma­łem wy­czer­pu­ją­ce, rze­czo­we i kon­kret­ne wy­ja­śnie­nia. Grze­ba­łem więc dalej, a ten sche­mat po­wtó­rzył się jesz­cze kil­ka­krot­nie.

Wresz­cie po ponad trzech ty­go­dniach ty­ta­nicz­nej pracy byłem go­to­wy. Roz­pie­ra­ła mnie duma – zna­la­złem coś, co może mocno za­in­te­re­so­wać mo­je­go pra­co­daw­cę. Wtedy do­pie­ro po­czu­łem, jak bar­dzo je­stem zmę­czo­ny. Po­sta­no­wi­łem do­brze się wy­spać i już tra­dy­cyj­nie umó­wi­łem się na spo­tka­nie z pre­ze­sem na­stęp­ne­go dnia w po­łu­dnie.

Po prze­spa­niu kil­ku­na­stu go­dzin cią­giem wsta­łem i spoj­rza­łem w lu­stro. Zo­ba­czy­łem w nim istny obraz nędzy i roz­pa­czy – mocno pod­krą­żo­ne oczy, za­czer­wie­nio­ne biał­ka, po­tar­ga­ne włosy, na twa­rzy szcze­ci­na kil­ku­dnio­we­go za­ro­stu. O ubra­niu nawet nie wspo­mnę. Trze­ba się do­pro­wa­dzić do ładu – po­my­śla­łem.

Wzią­łem długi prysz­nic, ogo­li­łem się, uło­ży­łem włosy, na twarz na­ło­ży­łem grubą war­stwę kremu. Za­ło­ży­łem nowy gar­ni­tur i białą ko­szu­lę, którą za­ku­pi­łem w Trój­mie­ście w któ­ryś z ostat­nich week­en­dów. Skro­pi­łem się jesz­cze no­wy­mi, mar­ko­wy­mi per­fu­ma­mi i byłem go­to­wy.

Pan Lu­cjusz na mnie cze­kał, w stan­dar­dzie z kawą i wodą. Wy­glą­dał na pod­eks­cy­to­wa­ne­go i znie­cier­pli­wio­ne­go. Po­sta­no­wi­łem grać rolę spo­koj­ne­go, pew­ne­go sie­bie pro­fe­sjo­na­li­sty i nie oka­zy­wać wła­snych emo­cji. Na­pa­wa­łem się chwi­lą trium­fu i moją prze­wa­gą nad pre­ze­sem – wie­dzia­łem coś, czego on nie wie­dział, a na pewno bar­dzo by chciał. Wresz­cie pan Fer nie wy­trzy­mał i wy­pa­lił wprost:

– No i jak efek­ty pana pracy, panie Janie? Co pan zna­lazł?

Nie wiem, skąd ta pew­ność, że w ogóle coś zna­la­złem. Po­sta­no­wi­łem jesz­cze krót­ką chwi­lę po­trzy­mać go w nie­pew­no­ści. Upi­łem łyk kawy, nie­spiesz­nie odło­ży­łem pięk­ną por­ce­la­no­wą fi­li­żan­kę na spode­czek i od­par­łem non­sza­lanc­ko:

– Fak­tycz­nie, mam coś, co może pana za­in­te­re­so­wać. Muszę przy­znać, że nie było to łatwe za­da­nie. Któ­ryś z pana pra­cow­ni­ków zna­lazł spryt­ny spo­sób, jak ukryć swoje mal­wer­sa­cje, czy mó­wiąc wprost – kra­dzież to­wa­ru.

Te­atral­nie za­wie­si­łem głos, a pan Lu­cjusz na­brał po­wie­trza i mia­łem wra­że­nie, że zaraz albo wy­buch­nie jak na­pom­po­wa­ny balon albo się udusi. Nie chcąc tra­cić tak do­brze za­po­wia­da­ją­ce­go się pra­co­daw­cy, kon­ty­nu­owa­łem.

– Mam jed­nak przy­pusz­cze­nie gra­ni­czą­ce z pew­no­ścią, kto i jak do­ko­nał tej sztu­ki. Po­zwo­li pan, że wpro­wa­dzę pana w szcze­gó­ły.

Wy­tłu­ma­czy­łem pre­ze­so­wi spo­sób mo­je­go dzia­ła­nia i to, jak wpa­dłem na wła­ści­wy trop. Przed­sta­wi­łem moją kon­cep­cję tego, jak dzia­łał oszust i kto nim kon­kret­nie był. Po­ka­za­łem twar­de do­wo­dy w po­sta­ci do­ku­men­tów i liczb. Pan Fer słu­chał mnie jak za­hip­no­ty­zo­wa­ny. Czu­łem jed­nak, jak wzbie­ra w nim gniew – mu­siał być na­praw­dę za­sko­czo­ny tym, co od­kry­łem.

Na ko­niec umó­wi­li­śmy się, że wezmę teraz za­słu­żo­ne kilka dni wol­ne­go, a pre­zes wróci do mnie z in­for­ma­cją, czy wska­za­ne prze­ze mnie tropy oka­za­ły się tra­fio­ne i jak się cała spra­wa za­koń­czy­ła.

***

Sie­dzia­łem w swoim wy­naj­mo­wa­nym biu­rze, wła­ści­wie nie do końca wie­dząc po co. Nie mia­łem nic do ro­bo­ty, ale przy­cho­dzi­łem tutaj chyba z przy­zwy­cza­je­nia. Pusty dom na­pa­wał mnie zbyt dużym smut­kiem. Po­sta­no­wi­łem już jed­nak, że z koń­cem mie­sią­ca nie prze­dłu­żę umowy najmu i po­pro­szę pana Fera o ga­bi­net w sie­dzi­bie firmy. Czu­łem, że po tym, co dla niego zro­bi­łem, na pewno mi nie od­mó­wi.

Me­cha­nicz­nie ob­ra­ca­łem w ręku pióro z reszt­ką mojej krwi w środ­ku i tępym wzro­kiem ga­pi­łem się w ścia­nę. Nagle ze stanu za­wie­sze­nia wy­rwał mnie od­głos pu­ka­nia do drzwi. Nie spo­dzie­wa­łem się ni­ko­go. Przez chwi­lę nie re­ago­wa­łem, ale nie­za­po­wie­dzia­ny gość nie miał za­mia­ru od­pu­ścić. Pod­nio­słem się na krze­śle z pół­le­żą­cej po­zy­cji, po­pra­wi­łem kra­wat i po­pro­si­łem na­trę­ta, żeby wszedł do środ­ka.

W drzwiach sta­nął pan Lu­cjusz, jak zwy­kle nie­na­gan­nie ubra­ny i ucze­sa­ny. W sumie po­wi­nie­nem był się do­my­śleć, że to on – uma­wia­li­śmy się prze­cież na roz­mo­wę za kilka dni. Nie przy­pusz­cza­łem jed­nak, że od­wie­dzi mnie oso­bi­ście. I znów moje nie­za­da­ne py­ta­nie zna­la­zło szyb­ko swoją od­po­wiedź.

– Dzień dobry panie Janie. Byłem aku­rat w oko­li­cy, po­sta­no­wi­łem wpaść i opo­wie­dzieć, do czego do­pro­wa­dzi­ło nasze we­wnętrz­ne śledz­two. Mam na­dzie­ję, że nie prze­szka­dzam? – dodał lekko za­nie­po­ko­jo­ny.

Spoj­rza­łem na puste biur­ko i wy­łą­czo­ny kom­pu­ter, po czym po­krę­ci­łem głową.

– Świet­nie, bo mam dla pana na­praw­dę cie­ka­wą hi­sto­rię!

Za­py­ta­łem jesz­cze kur­tu­azyj­nie, czy chciał­by się cze­goś napić, jed­nak od­mó­wił, tłu­ma­cząc się bra­kiem czasu. I całe szczę­ście, bo poza wodą z kranu nie mia­łem mu nic do za­ofe­ro­wa­nia. Jego opo­wieść oka­za­ła się fak­tycz­nie bar­dzo in­te­re­su­ją­ca.

– To nie była wcale zwy­kła kra­dzież, to szpie­go­stwo biz­ne­so­we w czy­stej po­sta­ci! I to jesz­cze w wy­ko­na­niu na­sze­go za­ufa­ne­go, wie­lo­let­nie­go pra­cow­ni­ka, któ­re­go nigdy nie po­dej­rze­wał­bym o coś po­dob­ne­go. Marek Raks, na któ­re­go słusz­nie skie­ro­wał pan naszą uwagę, od kilku lat w spo­sób ab­so­lut­nie per­fid­ny ko­la­bo­ro­wał z na­szym naj­więk­szym kon­ku­ren­tem. Pro­szę sobie wy­obra­zić, że umoż­li­wił on ich pra­cow­ni­ko­wi do­stęp do na­szych linii pro­duk­cyj­nych, do naj­bar­dziej strze­żo­ne­go se­kre­tu na­sze­go przed­się­bior­stwa! Musi pan wie­dzieć, że do wy­two­rze­nia maści nie­zbęd­na jest bar­dzo wy­so­ka tem­pe­ra­tu­ra i za­trud­nie­ni w fa­bry­ce fa­chow­cy sami muszą ko­rzy­stać z na­sze­go spe­cy­fi­ku. Bez ochron­nej po­wło­ki nikt nie byłby w sta­nie tam wy­trzy­mać, przy­naj­mniej do­bro­wol­nie…

Ostat­nie zda­nie za­brzmia­ło dość zło­wiesz­czo, spoj­rza­łem wy­mow­nie na pana Fera, ale on tylko od­chrząk­nął i opo­wia­dał dalej.

– I po to wła­śnie po­trzeb­ne im były nie­nor­ma­tyw­ne ilo­ści maści. Gdyby nie to i pań­ska do­cie­kli­wość, nigdy nie zo­rien­to­wa­li­by­śmy się, co się dzie­je. Oba­wiam się, że gdyby tak się stało, to byłby praw­dzi­wy ko­niec świa­ta… dla na­szej firmy oczy­wi­ście. – Dodał szyb­ko, po czym kon­ty­nu­ował. – Na szczę­ście uga­si­li­śmy pożar, zanim na dobre się roz­nie­cił.

– A co z panem Rak­sem i tym dru­gim szpie­giem? – spy­ta­łem za­cie­ka­wio­ny.

Pan Lu­cjusz przez chwi­lę nie od­po­wia­dał, jakby ważył słowa. Wresz­cie wy­du­sił z sie­bie.

– Spo­tka­ła ich za­słu­żo­na kara, już nie będą nam prze­szka­dzać – od­po­wie­dział dość enig­ma­tycz­nie, po czym szyb­ko zmie­nił temat – ale to nie ko­niec do­brych wia­do­mo­ści! Pierw­szy prze­lew wraz z na­leż­ną pre­mią za sku­tecz­ność wpły­nął już na pań­skie konto, a jako do­dat­ko­wy bonus mam dla pana coś jesz­cze.

Z kie­sze­ni wyjął nie­wiel­kie, ele­ganc­kie pu­de­łecz­ko, obite czar­ną skórą.

– To na­le­ża­ło kie­dyś do pra­cow­ni­ka kon­ku­ren­cji, tego który nas szpie­go­wał. Pro­szę to przy­jąć – jesz­cze nie teraz, ale kie­dyś może się panu przy­dać, a jemu już nie bę­dzie po­trzeb­ne.

Pre­zes uśmiech­nął się ta­jem­ni­czo i po­pro­sił, żebym otwo­rzył pre­zent do­pie­ro kiedy wyj­dzie, odło­ży­łem go więc na biur­ko. Po­że­gna­li­śmy się ser­decz­nie i umó­wi­li­śmy na spo­tka­nie za dwa ty­go­dnie w sie­dzi­bie firmy, żeby prze­ga­dać kwe­stie moich ko­lej­nych zadań oraz prze­pro­wadz­ki na Ogni­stą. Do tego czasu mia­łem wolne.

Kiedy tylko drzwi za­trza­snę­ły się za panem Ferem, roz­go­rącz­ko­wa­ny rzu­ci­łem się na mo­je­go smart­fo­na. Od­pa­li­łem apkę banku i za­nie­mó­wi­łem – 250 ty­się­cy zło­tych fak­tycz­nie wpły­nę­ło na moje konto!

Wy­sko­czy­łem z krze­sła jak dia­beł z pu­deł­ka. Za­czą­łem cho­dzić w kółko po biu­rze, ma­cha­jąc rę­ka­mi, zu­peł­nie bez sensu. Ra­dość, ulga, sa­tys­fak­cja, wiara w sie­bie – te uczu­cia wró­ci­ły do mnie w jed­nej chwi­li po wie­lo­mie­sięcz­nej nie­obec­no­ści.

– Pie­nią­dze jed­nak mogą zmie­nić wszyst­ko – po­my­śla­łem i uśmiech­ną­łem się sze­ro­ko.

Żeby się tro­chę uspo­ko­ić, się­gną­łem do szu­fla­dy i wy­cią­gną­łem drew­nia­ne pu­deł­ko, a z niego jedno ze znaj­du­ją­cych się w nim ku­bań­skich cygar. Ten smak luk­su­su, któ­re­go spró­bo­wa­łem na Helu, bar­dzo mi od­po­wia­dał. Były pie­kiel­nie dro­gie, ale kto bo­ga­te­mu za­bro­ni!

Sta­ną­łem przy otwar­tym oknie, ob­cią­łem koń­ców­kę cy­ga­ra no­życz­ka­mi biu­ro­wy­mi i od­pa­li­łem naj­zwy­klej­szą za­pal­nicz­ką ga­zo­wą za dwa złote.

– Muszę sobie spra­wić ob­ci­nar­kę z praw­dzi­we­go zda­rze­nia. No i ko­niecz­nie jakąś po­rząd­ną za­pal­nicz­kę, naj­le­piej złotą! – Snu­łem plany, jak twór­czo po­zbyć się pie­nię­dzy, które za­czę­ły spa­dać mi z nieba.

Okno wy­cho­dzi­ło na par­king, wi­dzia­łem więc pana Lu­cju­sza, kie­ru­ją­ce­go się do swo­je­go czar­ne­go SUV-a gar­gan­tu­icz­nych roz­mia­rów. Kiedy pod­niósł nogę, żeby wejść na scho­dek, pro­wa­dzą­cy do środ­ka wozu, z pod­wi­nię­tej no­gaw­ki na uła­mek se­kun­dy wy­śli­zgnę­ło się coś, co do złu­dze­nia przy­po­mi­na­ło… ogon. Czar­ny, za­koń­czo­ny czymś na kształt grotu strza­ły.

– Zde­cy­do­wa­nie po­trze­bu­ję urlo­pu, za­czy­nam mieć omamy – wes­tchną­łem cięż­ko.

Pre­zes od­je­chał, zo­sta­wia­jąc za sobą kłęby dymu, a ja wró­ci­łem za biur­ko. Włą­czy­łem kom­pu­ter, żeby po­szu­kać ja­kiejś cie­ka­wej ofer­ty wy­ciecz­ki. Na po­dróż do­oko­ła świa­ta mia­łem tro­chę za mało urlo­pu, ale hisz­pań­ska albo wło­ska ri­wie­ra, a może Azja albo Ka­ra­iby? Czemu nie!

Kątem oka do­strze­głem czar­ne pu­deł­ko, które do­sta­łem od pana Fera. W ocze­ki­wa­niu na za­ła­do­wa­nie się sys­te­mu ope­ra­cyj­ne­go w lap­to­pie (sprzęt też muszę wy­mie­nić na nowy!), się­gną­łem po nie i z cie­ka­wo­ścią otwo­rzy­łem. W środ­ku, na czer­wo­nym ma­te­ria­le, spo­czy­wa­ła srebr­na bran­so­let­ka. Bar­dzo pro­sta, bez żad­nych eks­tra zdo­bień, żło­bień czy ka­mie­ni szla­chet­nych.

Czu­łem lekki zawód, aż do mo­men­tu, kiedy wzią­łem ją do ręki – wtedy stało się coś nie­wy­tłu­ma­czal­ne­go. Przed­miot wy­ję­ty z pu­deł­ka uniósł się na wy­so­kość około dwóch me­trów od po­zio­mu pod­ło­gi, zwięk­szył swój obwód do około 50 cen­ty­me­trów i za­czął świe­cić bar­dzo ja­snym, pul­su­ją­cym świa­tłem.

Prze­ra­żo­ny i zdez­o­rien­to­wa­ny, od­su­ną­łem krze­sło od biur­ka i przy­glą­da­łem się temu fe­no­me­no­wi z bez­piecz­nej od­le­gło­ści. Czu­łem coś jakby cie­pło, które roz­cho­dzi­ło się z niego na całe po­miesz­cze­nie. Sły­chać też było dziw­ny dźwięk, ni to szum, ni to cichą mu­zy­kę.

W końcu ze­bra­łem się na od­wa­gę i zbli­ży­łem do le­wi­tu­ją­cej bran­so­le­ty, chcąc sta­nąć bez­po­śred­nio pod nią, ale ta płyn­nym ru­chem od­su­nę­ła się ode mnie. Pod­ją­łem ko­lej­ną próbę, sta­ną­łem na wy­cią­gnię­cie ręki od ta­jem­ni­cze­go przed­mio­tu i już bez pro­ble­mu chwy­ci­łem go w dłoń. Wtedy dziw­ny dźwięk na­tych­miast ustał, a bran­so­le­ta prze­sta­ła świe­cić i zmniej­szy­ła się do pier­wot­nych roz­mia­rów. Wło­ży­łem ją czym prę­dzej z po­wro­tem do pu­deł­ka, odło­ży­łem je na biur­ko i cięż­ko opa­dłem na krze­sło.

– Jak to po­wie­dział pan Lu­cjusz? Może mi się przy­dać, ale jesz­cze nie teraz…

Za­sta­na­wia­łem się nad sen­sem tych słów. Nie po­tra­fi­łem ra­cjo­nal­nie wy­ja­śnić tego, co się stało. W końcu do­sze­dłem do wnio­sku, że za­pew­ne jest to jakaś sztucz­ka, ilu­zja czy coś w tym stylu. A nawet jeśli to coś znacz­nie wię­cej, cóż – wy­cho­dzi na to, że mam za­pew­nio­ną bez­piecz­ną przy­szłość nie tylko do końca życia, ale rów­nież po nim.

– Szko­da, że nie do­rzu­cił do kom­ple­tu pary skrzy­deł – po­my­śla­łem, uśmie­cha­jąc się do sie­bie, ale kiedy moja wy­obraź­nia wy­kre­owa­ła obraz zle­pio­nych krwią śnież­no­bia­łych piór po za­bie­gu am­pu­ta­cji ostrym na­rzę­dziem, szyb­ko wy­rzu­ci­łem ten po­mysł z głowy.

Po­czu­łem spo­kój. Pierw­szy raz od bar­dzo dawna mia­łem prze­ko­na­nie, że mam pełną kon­tro­lę nad swoim ży­ciem. Nic nie muszę, mogę wszyst­ko!

Chwy­ci­łem za ko­mór­kę i wy­bra­łem numer Pa­me­li.

– Cześć ko­cha­nie, kopę lat! Masz ocho­tę prze­je­chać się ze mną na luk­su­so­wą wy­ciecz­kę w ja­kieś eg­zo­tycz­ne miej­sce?

Koniec

Komentarze

Hej,

 czytane z telefonu, więc bez łapanki, ale też muszę przyznać, że nieszczególnie było co łapać. Zgubiłeś kilka przecinków, a raz rozpocząłeś zdanie małą literą (po „ dzień dobry”).

 Bardzo sprawnie napisany tekst. Oceniam go wysoko, jakościowo wyróżnia się na plus.

 Historia od początku do końca poprowadzona tak, jak tego chciałeś – nic się nie rozjeżdża.

Nawiązania czytelne, co też uważam za plus, bo czytelnik lubi myśleć, że jest błyskotliwy, bo potrafi łączyć kropki. (Sam lubię). I wiadomo, są rzeczy bardzo wprost – Twarowski, klapa w podłodze. Są o jeden poziom (krąg?) bardziej złożone, jak Asia Roth. W końcu takie, które cieszą najbardziej – i co do których jestem ciekaw, ile przeoczyłem, jak przywołanie marki szpilek słynącej ze swoich charakterystycznych kolorów. 

W tym kontekście poczułem tylko zawód, kiedy napisałeś o skracaniu imienia Lucjusz do Lucy. Lucjusz Fer jest całkowicie czytelny, nie musiałeś. Trochę mnie to zatrzymało. :)

Historia, jak mówiłem, cały czas pod kontrolą. Zabrakło mi tylko trochę stawki, zaskoczenia, przełamania postaci. Bo tak naprawdę co tu mamy? Znany i bardzo czytelny trop, czyli skuszenie przez diabła i podpisanie cyrografu. Sam Twarowski zatacza pełne koło – staje się tym, kim był na początku tekstu.

Szkoda, że nie złamałeś tej opowieści, dodając jakiś twist, bo w tym momencie jest to bardzo dobrze napisana, przyjemna opowieść, którą od początku do końca już znałem. 

Idę kliknąć.

Duże gratulacje się należą!

 

barniusz

 

Ogromne dzięki za lekturę, ocenę i dobre słowo. Smaczków jest dużo, może na większym ekranie wyłapiesz więcej :)

 

Wielką literę poprawiłem, przecinków staram się pilnować, ale wiadomo jak to jest z tymi diablikami…

 

Odnośnie twistu, z założenia głównym miał być fakt szpiegostwa gospodarczego przez pierzastego pracownika konkurencyjnej firmy na literę N. A druga (pierwsza?) warstwa pt. ludzie się nie zmieniają to tylko taki mały bonusowy moralitet. Jeśli twist za mało wykręcony, może wymyślę jeszcze coś mocniejszego.

 

Natomiast miło mi niezmiernie, bo to moje pierwsze opowiadanie tutaj. Zobaczymy, czy uda się na fali szczęścia początkującego wbić do biblioteki ;)

Kiedy czynić dobro jest słusznie, zyskownie i praktycznie, zło staje się oznaką szlachectwa duszy.

A co do Lucy – jak to pisałem w głowie cały czas siedziała mi taka stara piosenka “Lucifer son of the morning…” czy jak tam to leciało i po prostu musiałem to zrobić, no nigdy bym się jej nie pozbył z głowy :D

Kiedy czynić dobro jest słusznie, zyskownie i praktycznie, zło staje się oznaką szlachectwa duszy.

Skojarzenie oczywiste – też nuciłem, tylko nie oryginał, a utwór, gdzie oryginał posłużył za sampel. https://youtu.be/y137SVzvgEg?is=pQrOkyErTgnkcyuh

 

Szpiegowanie przez niebo jest spoko, aureola jak najbardziej to wyjaśnia. Widać byłem nieprecyzyjny w komentarzu. Chodziło mi o coś, co bardziej wpłynie na bohatera, wybije go poza spodziewany tor. :) Bo że dziejącą się wokół niego opowieść jest skonstruowana ciekawie i swoje zakręty ma, to nie ulega wątpliwości. 

Dokładnie ten sam numer miałem na myśli :)

 

Dzięki za wyjaśnienie, to mi sporo rozjaśniło. Na przyszłość pomyślę, jak bardziej popracować nad nieoczywistością bohatera, nie tylko fabuły – good tip.

Kiedy czynić dobro jest słusznie, zyskownie i praktycznie, zło staje się oznaką szlachectwa duszy.

Witaj. :)

 

Podziękowania za oznaczenie erotyki. :)

 

Sprawy językowe i związane z nimi sugestie oraz wątpliwości (zawsze – tylko do przeanalizowania):

Jakby tego było mało, posuwałem moją młodziutką sekretarkę o idealnie pasującym do niej imieniu Pamela, szczególnie nie kryjąc się z tym przed współpracownikami. Ba, byłem wręcz dumny z mojego stylu życia! Niestety, a z perspektywy czasu może raczej na szczęście, moja żona o wszystkim się dowiedziała. – powtórzenia?

Na początku szło mi całkiem nieźle, złapałem kilka pojedynczych zleceń od starych klientów, ale to było zdecydowanie a mało, żeby na dłuższą metę związać koniec z końcem. – omyłkowa literówka

Postanowiłem kuć żelazo, puki gorące – chwyciłem do ręki telefon i wykręciłem charakterystyczny numer. – ortografiak rżący?

Szef ma dla pana ciekawą (przecinek?) jak mniemam (i tu?) propozycję, na pewno przynajmniej godną rozważenia.

 

Ten fragment nieco zdumiewa, czemu nie zdziwiło go, skąd znają jego dane?:

To co usłyszałem, wcale mnie nie uspokoiło. Wręcz przeciwnie – skąd ona u licha wie, w jak czarnej dupie jestem? Z drugiej strony – czy to ważne? Jeślo tam nie pojadę i nie porozmawiam z tajemniczym panem Ferem nie dowiem się, co ma mi do zaoferowania. Poza tym i tak nie mam nic lepszego do roboty.

 

To (przecinek?) co usłyszałem, wcale mnie nie uspokoiło.

Jeślo tam nie pojadę i nie porozmawiam z tajemniczym panem Ferem nie dowiem się, co ma mi do zaoferowania. – literówka?

Jeślo tam nie pojadę i nie porozmawiam z tajemniczym panem Ferem (przecinek?) nie dowiem się, co ma mi do zaoferowania.

Poza tym (i tu?) i tak nie mam nic lepszego do roboty.

Na biurku rozbieganym wzrokiem dostrzegłem niewielką kałużę – to pot, który kapał z mojego czoła. Jestem zadeklarowanym agnostykiem, nie wierzę w żadne paranormalne bzdety, zawsze twardo stąpałem po ziemi (no chyba, że akurat latałem wysoko po zażyciu substancji). Ale mimo wszystko ta cała sytuacja i rozmowa zasiały niepokój w mojej głowie. – powtórzenie?

Dane kontaktowe, które już znałem, kilka lakonicznych zdań o cudownym działaniu maści na wszelkiej, nomen omen, maści oparzenia i link do sklepu internetowego. – do poprawy składnia?

Po dwóch i pół godzinach dotarłem wreszcie na miejsce. – i tu?

Mój ognisty rydwan nie należał do najszybszych, ponadto teraz zdecydowanie bardziej dbałem o bezpieczeństwo swoje i innych, niż w moim ‘dawnym życiu’, jak zwykłem je nazywać. – znowu to samo powtórzenie?

No i paliwo trzeba było oszczędzać… Dom znajdujący się pod adresem z wizytówki był zlokalizowany na obrzeżach miasta. Była to pokaźna willa, stylizowana na sarmacki dworek, otoczona zielenią leciwych drzew i bujnych krzewów. Na elewacji ani na ogrodzeniu posesji nie było żadnego napisu ani informacji, która mogłaby wskazywać, że w środku mieści się siedziba firmy. – kolejne?; a zatem pod kątem powtórzeń, czyli usterek stylistycznych, trzeba wszystko do końca starannie przejrzeć i je pousuwać, ja reszty już nie wypisuję

 

– Dzień dobry panie Twarowski, witamy w Piekle! – przecinek przy Wołaczu?

– Ależ oczywiście, dla mnie będzie to samo Asiu. – tu także?

Na samym środku znajdowały się wielkie schody, wykonane z tego samego drewna, co podłoga. pani Asia, bo tak prosiła, żebym się do niej zwracał, zaprowadziła mnie na piętro. – składniowy? – nowe zdanie od wielkiej litery?

Na piętrze znajdowało się kilka identycznych drzwi, bez żadnych oznaczeń czy napisów. pani Asia zastukała delikatnie w te umieszczone na samym końcu korytarza. – tutaj podobnie?

– Och (przecinek?) przepraszam najmocniej, nie przedstawiłem się, ale gafa…

Żeby tradycji stało się za dość, również wyrecytowałem swoje imię, nazwisko i profesję, choć wiedziałem, że są mu doskonale znane. – ortograficzny?

Jedyne, co wzbudziło moje wątpliwości, był organ, który miał rozstrzygać ewentualne sprawy sporne – sąd… ostateczny. – składniowy?

Niemniej jednak (przecinek?) kiedy dowiedziałem się o tych wszystkich (i tu?) tak dobrze i tak długo skrywanych (i tu?) przekrętach w warszawskim Szpitalu Południowym pomyślałem, że tu też mimo wszystko przydałoby się sprawdzić, czy nie dochodzi do jakichś patologii. – a zatem interpunkcja także do wnikliwej analizy do końca tekstu, ja już reszty przykładów nie wypisuję

 

Nikt i nic nie czekało na mnie w moim mieszkaniu. W biurze z resztą też. – kolejny ortograficzny?

Tytanicznym wysiłkiem udało mi się opanować emocje i przebrnąć do końca kontraktu. Jedna rzecz wprawiła mnie jednak w konsternację – okres zatrudnienia: do końca Świata. Możliwość wcześniejszego rozwiązania umowy tylko przez pracodawcę, z zachowaniem ustawowego okresu wypowiedzenia. – w tym kontekście: czemu wielką literą (powtarza się też dalej)?

– A co z zasłużoną emeryturą? – pomyślałem. – zapis myśli do poprawy – według Poradnika z działu: Publicystyka

 

 

Hmmm… Wprowadziłeś do fabuły sekretarkę w „Piekle”; cztery razy pada jednak inne jej nazwisko, a cztery razy – inne, np.:

– Witamy w Piekle! Asia Roth, sekretarka pana Fera.

– Dzień dobry. Pani Roth, jak mniemam?

Podobnie jak wczoraj, wszedłem na podwórko przez samo-otwierającą się furtkę, ale dla odmiany nie zdążyłem nawet zapukać do drzwi wejściowych – kiedy tylko do nich podszedłem i chciałem chwycić za kołatkę, pani Asia przywitała mnie promiennym uśmiechem i zaprosiła do środka. Zanim wszedłem na schody prowadzące na piętro, zerknąłem jeszcze na te drugie, znajdujące się pod nimi i skierowane w dół. Kątem oka dostrzegłem coś jakby łunę, migotliwe odbicie płomieni na przeciwległej ścianie. Chciałem tam podejść i zobaczyć z bliska, co wywołało taki efekt, ale pani Goth delikatnie, acz stanowczo ujęła mnie za ramię i poprowadziła na górę.

Szukałem informacji o panu Ferze, o pani Goth oraz o miejscu ich biznesowej rezydencji.

Ponieważ Czytelnicy nie mają pojęcia, jak ostatecznie ma brzmieć jej nazwisko, niepotrzebnie od razu stworzyłeś aż osiem błędów rzeczowych, które w literaturze są najgorsze, bo świadczą o tym, że Autorzy sami nie wiedzą, o kim piszą.

 

Oczywiście chodzi tu o tajemnicę przedsiębiorstwa, które absolutnie nie mogą trafić w niepowołane ręce. – składniowy?

 

Na razie tyle, jest tego więcej niż myślałam, pozdrawiam, wrócę. :)

Pecunia non olet

bruce

 

Dzięki za komentarz. Ortografy, jakkolwiek groźnie to nie brzmi poprawiłem, interpunkcję też, składnię gdzieniegdzie, bo nie ze wszystkim się zgadzam. O dialogowaniu myśli poczytam na spokojnie i wrócę.

 

Oczywiscie chodzi o Asię Roth, w nawiązaniu do imienia jednego z demonów.

 

Jan zdziwił się, i to mocno, że Piekło zna jego dane, czego wyraz dał chociażby pocąc się jak mops. Wydawało mi się to dość czytelne.

 

Liczę, że wrócisz, bo nie dostałem niestety żadnej zwrotki odnośnie samego opowiadania ☹️

Kiedy czynić dobro jest słusznie, zyskownie i praktycznie, zło staje się oznaką szlachectwa duszy.

Witam ponownie i podaję kolejne fragmenty, które zatrzymały mnie przy czytaniu:

No nic, trzeba będzie uważne przyjrzeć się dokumentom finansowym, jeśli zdecyduję się na tę robotę. – literówka?

Kiedy zbierałem się już do wyjścia, prezes rzucił na odchodne.

– Nasza maść jest naprawdę wyjątkowa. – błędny zapis dialogu? -dwukropek zamiast kropki na końcu poprzedniego wersu, skoro to jego wypowiedź?

 

Kolejny problem z kolejnym pojęciem, wprowadzonym do opowiadania. Jeżeli tworzymy nowe pojęcia własne, musimy dbać zawsze o ich prawidłowy zapis. Inaczej tworzą się błędy rzeczowe, a czasem także ortograficzne. Takie usterki są zwykle spowodowane literówkami, niemniej nadal nikt z Czytelników nie wie, jak naprawdę ma wyglądać prawidłowa pisownia, bo sam podajesz ją różnorodnie. Tak jest w przypadku nazwiska sekretarki, tak jest również w przypadku jej szefa. Czytelnicy nie wiedzą, jak go nazywasz, bo to Ty jesteś Autorem. A mamy tu zapis niejednolity, np.:

Pokiwałem bez przekonania głową – wygląda na to, że od pana Lucjusza nie dowiem się niczego konkretnego.

Umówiliśmy się, że wrócę jutro o tej samej porze i poinformuję Pana Lucjusza o podjętej decyzji.

Nawet jeśli Pan Lucjusz to najprawdziwszy diabeł i dziś przyjdzie mi podpisać cyrograf – tak właściwie co to zmieni?

Po wszystkim chciałem oddać pióro, ale Pan Lucjusz zaoponował.

Teatralnie zawiesiłem głos, a Pan Lucjusz nabrał powietrza i miałem wrażenie, że zaraz albo wybuchnie jak napompowany balon albo się udusi.

W drzwiach stanął pan Lucjusz, jak zwykle nienagannie ubrany i uczesany.

Szukałem informacji o panu Ferze, o pani Goth oraz o miejscu ich biznesowej rezydencji.

Postanowiłem już jednak, że z końcem miesiąca nie przedłużę umowy najmu i poproszę Pana Fera o gabinet w siedzibie firmy.

 

I tu już niestety ilość błędów rzeczowych i równocześnie ortograficznych jest ogromna, bo o „P/panu Lucjuszu, P/panu Ferze” piszesz często.

 

Zgodnie ze starym powiedzeniem ranek mądrzejszy bywa od wieczora, postanowiłem się przespać, a na drugi dzień podjąć ostateczną decyzję, co robić dalej. – zamieszczone powiedzenie może jakoś wyodrębnić?

Po krótkim instruktarzu przeprowadzonym przez panią Goth, ja również udałem się w stronę wyjścia. – znowu ortograficzny rażący?; z netu:

Instruktaż

Czynność polegająca na uczeniu, wyjaśnianiu i dawaniu wskazówek (np. instruktaż BHP w pracy). Powszechna i w pełni poprawna forma w codziennym języku.”

 

 

Moje oczy odruchowo skierowały się w kierunku tajemniczego przejścia pod schodami. – styl?

 

Hmmm… Znowu mamy pojęcie własne i znowu są błędy w niekonsekwentnym jego zapisie, np.:

Kiedy zapytałem Panią Asię, gdzie znajduje się reszta, ucięła krótko, że to powinno mi w zupełności wystarczyć.

Kompletnie nie wiedziałem, kiedy pani Asia je przyniosła – widocznie byłem tak skupiony na analizie treści NDA.

Ze środka wychodzi pan Lucjusz, za sterami widzę panią Asię.

 

Skropiłem się jeszcze również nowymi, markowymi perfumami i byłem gotowy. – styl?

Wreszcie pan Fer nie wytrzymał i wypalił wprost.

– No i jak efekty pana pracy, panie Janie? Co pan znalazł? – błędny zapis dialogu? – tu, podobnie jak było wcześniej, dwukropek zamiast kropki w pierwszym wersie, skoro to on mówi?

 

Nie wiem, skąd ta pewność, że w ogóle coś znalazłem. Postanowiłem jeszcze krótką chwilę potrzymać go w niepewności. Upiłem łyk kawy, niespiesznie odłożyłem piękną porcelanową filiżankę na spodeczek i odparłem nonszalancko.

– Faktycznie, mam coś, co może pana zainteresować. – i tutaj tak samo?

 

Na podróż dookoła Świata miałem trochę za mało urlopu, ale hiszpańska albo włoska riwiera, a może Azja albo Karaiby? – ten wyraz także piszesz rozmaicie, nawet przy tych samych wyrażeniach, co niepotrzebnie mnoży błędy ortograficzne, np.:

W mojej głowie zaczęła kiełkować wizja, jak zabiorę dzieciaki na wycieczkę dookoła świata.

Zupełnie jakby był z innego świata

Jedna rzecz wprawiła mnie jednak w konsternację – okres zatrudnienia: do końca Świata.

Obawiam się, że gdyby tak się stało, to byłby prawdziwy koniec świata… dla naszej firmy oczywiście.

 

 

Ha, ha, ha, fajne zakończenie! ;)) Takie dające spore pole dla wyobraźni, zabawne, ale jednocześnie niepokojące. :)

Świetnie wykreowani bohaterowie. :) Za pomysł oraz zakończenie kliczek do Biblioteki, lecz nad kwestiami językowymi trzeba jeszcze popracować. :)

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)

Pecunia non olet

I ja dziękuję. :)

Pamiętaj, że każda wypisane kwestia to tylko wątpliwość; sama popełniam mnóstwo błędów, zatem każda podana rzecz jest do przemyślenia. :) To Ty, jako Autor, odpowiadasz ostatecznie za całość. :) Jeśli się z czymś nie zgadzasz – szanuję, zgoda, przyznaję Ci rację, jak zawsze. :) Po prostu wypisałam, co mi przeszkadzało przy czytaniu i gdzie zatrzymały mnie pewne fragmenty. :) 

Pozdrawiam serdecznie. :) 

Pecunia non olet

Witam :]

 

Największym problemem jest tu dłużyzna. Wiadomo, coś tam trzeba poopisywać, ale tutaj przykładowo od dotarcia na miejsce do otwarcia drzwi mijają cztery solidne paragrafy – no ciut to za dużo, moim skromnym, zwłaszcza, że wcześniej mamy równie szczegółową scenę jazdy autem, a potem wchodzenia do wilii…

Ogółem mało się tu dzieje. Tak, mamy jakieś napięcie, bo wiadomo, że bohater prawdopodobnie pakuje się w cyrograf, ale jest to strasznie rozwodnione i rozciągnięte, na początku uśmiechałem się pod nosem, a potem, gdy bohater długimi paragrafami przeglądał Internet, by potwierdzić to, o czym czytelnik już dobrze wie (”istotnie, są to diaboły”), tylko przewracałem oczami.

 

A i ton narracji jest dość nierówny. Na początku mamy sarkastycznego figo-fago, i nawet chciałem opowiadanie pochwalić, że ma “swój głos”, ale potem narrator właściwie tylko relacjonuje wydarzenia, skupiając się (w nadmiarze) na szczegółach wystroju/wyglądu/czynności, a figo-fago wraca ewentualnie momentami i już bez tego uroku, co na początku.

 

No ale tak generalnie, był tu jakiś spójny pomysł i (momentami) humor. Gdyby to skrócić – i to tak poważnie, pewnie do rozmiarów bliższych shortowi – i utrzymać ten ton z początku, to mogłoby być całkiem udane opowiadanie. Potencjał jest.

 

Pozdrawiam!


– Ależ proszę się o nic nie martwić – my nie gryziemy

Taki myślnik w dialogu nie jest błędny, a jednak niemal zawsze warto zastąpić go przecinkiem, żeby czytelnik nie wziął go za pauzę dialogową.

‘dawnym życiu’

A po co taki dziwny cudzysłów?

quia lata porta et spatiosa via quae ducit ad slopem et multi sunt qui intrant per eam

bruce

 

Czytając Twoje uwagi nie wierzę, że popełniasz jakiekolwiek błędy w kontekście ortografii czy interpunkcji ;) Większość rzeczy pokornie poprawiłem, wiele się nauczyłem – dziękuję raz jeszcze!

A wydawało mi się, że dokładnie sprawdziłem tekst…

 

GalicyjskiZakapior

 

Dzięki za przeczytanie tekstu i komentarz. Przykro mi, że nie spełnił do końca Twoich oczekiwań. W zamyśle “figo fago” styl przynależny jest panu Janowi, podczas gdy opisy siłą rzeczy są normalne, bardziej stonowane – ten styl po prostu do nich nie pasuje. 

W ogóle ciekawe, co napisałeś, bo zawsze uważałem, że za mało skupiam się na detalach, a niektóre (większość?) moim zdaniem były potrzebne, żeby plastycznie pokazać niektóre zagadnienia, obiekty, ludzi. Dlatego odnośnie długości, zostaje jak jest.

Wskazane potencjalne poprawki w tekście uznaję za słuszne i niniejszym wprowadzam ;)

Kiedy czynić dobro jest słusznie, zyskownie i praktycznie, zło staje się oznaką szlachectwa duszy.

Szafirowy Smoku, w swoim tekście zawsze najtrudniej wyłapać usterki, wszyscy to wiemy. :)

Dziękuję za miłe słowa, pozdrawiam. :) 

Pecunia non olet

Dlatego odnośnie długości, zostaje jak jest.

Absolutnie nie śmiałbym sugerować, żebyś tak drastyczne zmiany wprowadzał na tym etapie! I raczej nikt z komentujących na portalu by tego nie oczekiwał. Opisywałem tylko swoje wrażenia, żebyś mógł je na przyszłość wziąć pod uwagę – bądź nie, skoro uważasz, że ilość szczegółów i opisów jest adekwatna :) 

 

W zamyśle “figo fago” styl przynależny jest panu Janowi, podczas gdy opisy siłą rzeczy są normalne, bardziej stonowane – ten styl po prostu do nich nie pasuje.

Jest to jakaś koncepcja, ale idzie kompletnie wbrew temu, czego czytelnik spodziewa się, widząc narrację pierwszoosobową.

quia lata porta et spatiosa via quae ducit ad slopem et multi sunt qui intrant per eam

Hmmm, tylko w przypadku trzecioosobowej nadanie charakterystyki wypowiedziom bohatera jest możliwe tylko w dialogach.

 

No nic, na pewno warte rozważenia :)

 

Dzięki raz jeszcze!

Kiedy czynić dobro jest słusznie, zyskownie i praktycznie, zło staje się oznaką szlachectwa duszy.

Nowa Fantastyka