- Opowiadanie: Nędznik - Za cośmy oddali czerwień

Za cośmy oddali czerwień

Uwaga! Tekst rozpoczyna się od opisu śmiertelnego wypadku. W narracji pojawiają się także wulgaryzmy. Pomimo to mam nadzieję, że lektura będzie przyjemna. :)

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

GalicyjskiZakapior

Oceny

Za cośmy oddali czerwień

Widzę go, leży przepołowiony. Stary Hanusz w dwóch częściach. Pomiędzy nimi skądś kałuża niebieskiego. Powiększa się. Jakby mu z otwartego brzucha ciurkało. Przecież czerwony powinien być, od krwi, ale czerwonego nic nie widzę. Trochę na obrzeżach, ale to też bardziej róż i fiolet. Może to farba gdzieś poszła i zalała na niebiesko? Ale nie, tylko ten arkusz blachy, też pochlapany błękitem, zalega na sztywnych Hanuszowych nogach.

Nie mam czasu się gapić. Nie znam się na ludziach, ale wiem tyle, że Hanusz nie powinien być niebieski. Jeśli jest, to lepiej, żebym ja tego nie widział.

Dwóch karabinierów stoi do mnie plecami. Sterczą nad nieboszczykiem, jeden z łapą przy uchu. Odruchowo kiwa głową, więc pewnie skończył już meldunek i teraz dostaje instrukcje z centrali. Drugi obserwuje Antka. Antek zgięty wpół trzyma się widłaka i rzyga. Żaden nie patrzy w moją stronę.

Ale zaraz zaczną się rozglądać. Ktoś im z centrali powie, żeby zająć się świadkami i uprzątnąć bałagan, to się przecież obejrzą przez ramię. Wtedy mnie zgarną.

To dwa kroki i otwarcie drzwi. Niewiele. Gdyby nie ta pieprzona kamera nade mną. Póki co wydaje się zoomować na miejsce wypadku. Jestem poza jej zasięgiem, ale nie mam pojęcia, w jaki sposób to ustrojstwo dobiera cele. Zdaje się reagować na ruch i hałas, jakby priorytetyzowało obszar o największym ich natężeniu. Gdy wchodziłem, tamci jeszcze się nawoływali i zbiegali. Teraz trwają nieruchomo. Antek coś dyszy i rzęzi, z ręką na maszynie.

Może też być w trybie ręcznego sterowania. Prezes sobie podgląda. Daj Boże, oby tak było.

Powoli, bardzo powoli. Kroczek za kroczkiem. Tyłem idę, żeby widzieć, jeśli mnie zobaczą. Wyciągam rękę. Natrafiam na klamkę. Chwytam. Delikatnie. Jakbym ujmował rączkę prawdziwej damy. I naciskam. Jak zazgrzyta albo zaskrzypi – będzie koniec. A komu, do diabła, chciałoby się oliwić drzwi do magazynu.

Cudem milczą. Trepy tymczasem coś pokazują. Jeden podchodzi do Antka. Zaraz go złapie. Antek wtedy poderwie łeb i mnie zoczy. Tępak zdradzi moją pozycję.

Prędko wyślizguję się na korytarz i cichutko domykam za sobą drzwi. Kamera nie bzyczała, więc najpewniej jej nie sprowokowałem. Tutaj z kolei w ogóle nie ma monitoringu. To korytarz do biur, schowków i zapomnianych kanciap. Łączy się także z klatką schodową.

Odtwarzam drogę, jaką przebyłem ledwie dwie minuty temu. Schodzę o jedno piętro. Nikogo nie spotykam, wokół cisza. Odbijam do toalet. Prosto do kabiny. Tej samej, w której dopiero co siedziałem. Serce mi wali. Dłonie całe spocone. Ale chyba się udało. Przeczekam. Podumam z opuszczonymi spodniami. Ktoś tu się zaraz napatoczy.

Dalej nie potrafię zrozumieć niebieskiego Hanusza. Obraz zaciera mi się już w pamięci. Może wcale nie był niebieski i tylko coś mi się tak zwidziało? Choroba i stres pomieszały mi zmysły. Może nową lampę zamontowali co chłodniejszym światłem razi.

Gówno prawda. Gdyby nie był niebieski, to bym nie uciekł. Gdyby był po ludzku czerwony, to bym tam podbiegł i chociaż paciorek nad nim zmówił.

Jeszcze sprawę miałem do Hanusza. Dlatego zamiast od razu wracać na stanowisko, chciałem przejść się przez magazyn i z nim pomówić.

Inna kwestia, że jakiś dziwny dzień dzisiaj od samego początku. Wszyscy czymś struci i co chwila do łazienki. Wydawałoby się, że to od jedzenia, ale ponoć biura, co jedzą osobno, też sponiewierało. Choć może i jedzą osobno, ale to samo.

Chłopacy prosili, żebym zadzwonił do prezesa i wyprosił lekarza. Prezes jednak z samego rana trepów powystawiał, jakby wiedział, że coś się szykuje. To jasny sygnał – robić i nie ględzić. Samo przejdzie. A ja negocjować pod lufą karabinu nie będę.

Ktoś wpada do łazienki. Dyszy i złorzeczy pod nosem. Zamyka się w kabinie obok. Potrząsam rolką papieru toaletowego i aktywuję spłuczkę, żeby dać o sobie znać.

Potrzebuję świadka. Kogoś, kto poświadczy, że mnie przyszpiliło na sedesie. Wcześniej dwóch widziało, jak wchodziłem za pierwszym razem. Nikt za to nie widział wyjścia. Jeśli zbiorą zeznania, to im wyjdzie, że po prostu siedziałem z dziesięć minut. Nic w tym przecież podejrzanego, zważywszy na okoliczności.

Sądząc po oddechu i pomrukach, mój sąsiad to najprawdopodobniej pan Fenke z księgowości. Niecodzienny gość w tych stronach. W każdym razie trzeba ryzykować, nim pójdę.

– Panie Fenke, was też tak gna? – zagajam, żeby zapisać się w jego pamięci.

– Panie Radku, u nas każda ubikacja na wagę złota. Wszystko pozajmowane, tak że musimy gdzie indziej szukać – tłumaczy się, wyraźnie zakłopotany na obcym terenie.

Lepiej trafić nie mogłem. Taki jak on na pewno zapamięta.

– Tu na dole nas tak wielu nie ma, tak że proszę śmiało korzystać – staram się go pokrzepić na odchodne.

– Panie Radku – zaczepia mnie jeszcze przez drzwi. – Dopiero co widziałem, że żołnierzy do biur wprowadzają. Przed minutką dosłownie.

Zatrzymuję się. O ile sięgam pamięcią, to jest to precedens. Jeśli już kogoś prezes straszył bronią, to tylko nas z dołu. Góry nie tykał. Nie było zresztą po co, bo wszyscy tam potulni jak baranki i ani złego słowa.

To pewnie przez Hanusza. Ale Fenkemu nie powiem, bo skąd bym wiedział, jak cały czas w kabinie byłem?

– Może za dużo latacie wte i wewte. My od samego rana przy karabinach siedzimy. Łatwiej zbirów nasłać niż lekarza na zakład puścić.

– Żeby tylko o to chodziło… – wzdycha Fenke.

Zostawiam go z tą refleksją. Czas, żebym wracał do swoich.

 

***

 

W sterowni czeka już na mnie karabinier. Mierzy mnie, jakbym mu rodzinę wytłukł.

– Gdzie byłeś? Gdzie się szlajasz? – burka.

– A srałem na minus jeden – odburkuję.

– Czego tam? Tu obok jest kibel – węszy gnida.

– A bo lubię w ciszy, a nie jak mi drzwiami co chwila trzaskają.

Z nimi trzeba prosto. Inaczej nie zrozumieją. Tak jak ten. Zapluł się cały, gały wytrzeszczył, bo nic innego mu nie pozostaje.

– Ostrzeżenie słyszałeś? – stara się jeszcze.

– Słyszałem z głośników.

Sadowię się w swoim fotelu. Sterownia jest niewielka, ale mieści w sobie trzy stanowiska. Po mojej lewej siedzą Migiel i Bartosz. Migiel to młody, bystry chłopak. Trafił tu cały opalony i aż się śmiali, że od tej pracy pod ziemią zaraz zrobi się blady nie do poznania. Tyle że jego opalenizna nawet zimę przetrwała, jakby pakt z diabłem na nią zawarł. Lubię go. Bartosza mniej, bo to zwykły partacz.

Ostrzeżenie prezes nadał z radiowęzła. Powiadomił krótko o tymczasowym zamknięciu magazynu z uwagi na wypadek. Żadnych szczegółów.

– A wybuch słyszałeś? – pyta mnie Bartosz.

– Jaki wybuch?

– Bomby. Wybuch bomby.

Próbuję przeniknąć jego tok rozumowania. Migiel podłapuje moje zagubione spojrzenie, ale tylko wzrusza ramionami i przewraca oczami. Trep nadstawia ucho. Przez jego obecność ciasnota pokoju naprawdę daje się we znaki.

– Nie, nie słyszałem żadnego wybuchu – odpowiadam.

– Bartosz uważa, że nam bombę przemycili do magazynu w ramach sabotażu – tłumaczy Migiel. – Dlatego teraz tak o nas dbają i nas chronią.

Młody uśmiecha się krzywo do karabiniera. Ten coś bulgocze, ale nikt go nie słucha.

– Przecież u nas na magazynie tylko uzysk i części zamienne są, to jak niby mieliby tam bombę przemycić? – dziwię się.

Bartosz się chmurzy, gotowy bronić swojej teorii, ale Migiel macha ręką i pyta:

– Kto jest dziś na magazynie?

– Antek i Hanusz – oznajmiam, bo każdy wie, że znam cały grafik podziemi.

Mina mu rzednie. Bartosz rozdziawia usta.

Całą siłę woli podporządkowałem temu jednemu imieniu, by je wymówić płynnie, bez zawahania.

– Oby Hanusz był cały. Skurczybyk. Najeździł się jak wariat, punktów się tylu dorobił. I pomyśleć, że nie na trasie, ale tutaj by go miało co spotkać – biadoli Bartosz. – Że to nie droga ani nie burza, tylko jakiś tchórzliwy granat, czy co mu tam załadowali…

– Antka mniej byś żałował? – bierze go pod włos Migiel. – Trzydziestki nawet nie ma, a już na dwójkę dzieciaków ciągnie.

Bartosz się zapowietrza. Następuje zwarcie w jego systemie moralnym. Gdzieś za jego żabimi, nalanymi oczami ważą się dwa żywoty.

– No nie – wyrokuje wreszcie. – Tylko że Hanusz się tych punktów dozbierał, a przecież jeszcze nie wydał. Jak nie zdąży, to dupa, wszystko przepadnie. Ciągle opowiadał, jak chce dobić do okrągłej sumki, żeby wnuczce całość puścić. I co, teraz by go mieli wysadzić? No nie godzi się.

Tu ma rację. Hanusz leży rozpłatany. Niewydane punkty przepadają. Jest spłukany. I niebieski.

Dlaczego, do diabła, niebieski?

– Nad dobrymi Bóg czuwa, nie ma się co martwić na zapas – przerywam im. – Zobaczymy, co nam powiedzą. Robotę mamy do zrobienia.

Nie jestem pewien, czy to aby nie czysty cynizm mną pokierował. Może automatycznie mi Bóg na język przyszedł. Może bym go przywołał, nawet jeśli nie znałbym losu starego Hanusza.

Programujemy wiertła. Trafniej byłoby chyba jednak powiedzieć, że tylko nadzorujemy, jak się same programują. One żrą ziemię gdzieś kilometry stąd. Pełzają przez glebę jak gigantyczne dżdżownice. Dawniej byli od tego naukowcy. Badacze pełną gębą, w kitlach na co dzień chodzili. Potem, jak już ci pierwsi musieli zająć się wynajdowaniem czegoś innego, to byli inżynierowie. Mieli fach w ręku. Ścisłe umysły o błyszczących oczach. Tylko gdzieś się zapodziali. Wytłukły ich rakiety i dopadły bomby, prawdziwsze od tych z fantazji Bartosza.

Na inżyniera zastawić ładunek-pułapkę to jeszcze można sobie wyobrazić. Na nich warto.

W każdym razie teraz jesteśmy my. Fleksyjni. Albo krócej – fleksy. Tak na nas mówią. Łatają nami dziury w systemie. Gdzie co szlag trafił, to zawsze można zastąpić fleksyjnymi. Jesteśmy jak patologiczna tkanka. Łagodna i pomocna, wszędzie da się wcisnąć, dopóki nie rozsadzi wszystkiego od środka.

Dla nas lepsze to niż marsz na front. Śmiertelność podobna, ale tutaj spokojniej. Naiwni łudzą się, że uciekną w ten sposób od obowiązku zabijania. Ale przecież trwa wojna. Tu każdy ruch obliczony jest na zabijanie. Działa muszą czymś strzelać, więc nasze robale muszą żreć i pełzać. Co za różnica, czy steruje się działem czy robalem. Przez to, jak nam tyły przetrzebili, to wydaje mi się nawet, że lepsi w tym zabijaniu jesteśmy od tych z frontu.

Uchylają się drzwi. Trep aż podskakuje. O mało nie odstrzeliłby czerepu, który się w nich pojawił.

– Hanusz – oznajmia nam twarz.

Resztę dopowiada jej ponury wyraz.

 

***

 

Do gabinetu prezesa wchodzę speszony. To nie pierwsza moja wizyta, ale ze względu na okoliczności nie czuję się bezpieczny. Bałem się, że po tym, jak zawoła: „Proszę, proszę!”, natknę się wewnątrz na inspektorów z centrali, czekających tylko, aby ze mną pomówić. Prezes jednak jest sam. Siedzi za biurkiem. Ma cały stos rozgrzebanych teczek na blacie. Trzyma na nich swoje nabrzmiałe ręce, jakby wiatr miał mu zdmuchnąć tę makulaturę.

– Dzień dobry, panie prezesie – odzywam się grzecznie i przystaję w połowie pomieszczenia.

Nie daje poznać, czy oczekuje mnie przy biurku, czy przy stoliku kawowym. Na tym drugim widzę otwartego laptopa, karafkę z brązowawym płynem oraz dwie szklanki.

– Radek, Radek, nasz Radek „Rajdowiec” – wita mnie z nietęgą miną – łeb mi pęka od tego wszystkiego.

Wzdycha, jakby udawał cierpiętnika i próbował wzbudzić wyrzuty sumienia. Coś wewnątrz nie pozwala mi się na to nabrać. Stoję twardo. Niech wyznaczy mi miejsce.

– Powiedz, jak nastroje na dole? – mamrocze, zatapiając twarz w dłoniach.

– Chłopaki w szoku – melduję zgodnie z prawdą. – Każdego serce rwie i ogólnie żal Hanusza.

– Dobry facet z niego był – przytakuje mi prezes, choć wygląda na nieobecnego, jakby nie usłyszał nic z tego, co powiedziałem.

– Niemało też osiągnął – zauważam ostrożnie.

– Jeździł, tak, bardzo dobrze jeździł.

Milczymy. Prezes popada w marazm, a mi dłuży się stanie.

– No i niektórzy zdziwieni są tym, co się z Antkiem stało – dodaję.

To go cuci. Otwiera szeroko oczy i zaciska wargi. Podnosi się zza biurka i gestem zaprasza do stoliczka.

– Właśnie, Antek… Tam usiądź, Radek, weź sobie koniaczku i ciasteczek.

Sadowi się naprzeciw. Polewa nam obu. Od razu zwilża wargi, cmoka. Trunek, jak i cały rytuał gościnności, są mi zupełnie nie w smak, ale zachowuję się, jak przystało na podwładnego.

– Zabrali Antka i będą go sądzić – mruczy, drapiąc się w brodę. – Za morderstwo.

Kilka godzin po tym, jak przecięło Hanusza, widzieliśmy Antka eskortowanego w łańcuchach. Prowadzili go do transportera, a Antek jak przerażony szczeniak nie przestawał oglądać się za siebie. Wiedział, że śledzimy z okien biura jego marsz. Strach i niewinność ucieleśnione w najżałośniejszej ludzkiej postaci.

– Ponoć próbował upozorować to jako wypadek – mówię spokojnie, neutralnym tonem.

Nie chcę się zdradzić ze swoją wiedzą i swoimi poglądami. Prezes dyszy, kręci nosem, jakby sam się nie mógł zdecydować, co o tej sprawie sądzić. Coś go mierzi. Wierci się w fotelu.

– Jeśli tak, no to mu to cholernie dobrze wyszło – przebąkuje wreszcie i bierze laptopa. Klika w skupieniu.

Wersja z zabójstwem jest prezesowi najzupełniej na rękę. Oszczędza formalności i kar związanych z bezpieczeństwem pracy. Pracownik przecięty wpół, nawet fleksyjny, mógłby pogrążyć zakład. A tak – cała odpowiedzialność spada na Antka. Wystarczy kozioł ofiarny i sprawa zamknięta. Bardzo szybko dopną proces. Odizolują chłopaka, a potem się go pozbędą. Wyrok będzie tylko pretekstem.

Gdyby mnie wtedy zauważyli, podzieliłbym jego los. Byłbym natychmiast aresztowany za współudział.

Prezes tymczasem włącza nagranie z monitoringu. Najbliższa kamera. Na ekranie ukazuje się magazyn. Wózek widłowy. Wszystko czarno-białe.

Jeszcze nie odtwarza. Wolałbym, żeby zamknął urządzenie i nic nie pokazywał, bo to zawsze ryzyko.

– Chcesz zobaczyć? – szepcze konspiracyjnie. – Powiesz mi, czy to wygląda na wypadek. Ale nikomu ani słowa.

– Panie prezesie, ja się na tym nie znam, ale zobaczyć mogę.

Tyle mu wystarczy. Puszcza wideo.

Antek manewruje pojazdem. Zatrzymuje. Widać, że łapie się za brzuch i kiwa się dziwnie w siedzeniu. Hanusz, jeszcze żywy, stoi i trzyma się regału. Wymieniają się uwagami. Machają rękami i kręcą zrezygnowani głowami, jakby dyskutowali o czymś żałosnym. Zapewne o biegunce.

Antek grzebie przy kierownicy. Pojazd rusza znienacka i skręca tak, że obija się o półki przy Hanuszu. Metalowe ramy się kolebią, a Hanusz daje susa. Z góry osuwa się i spada, niczym ostrze gilotyny, arkusz blachy. Ścina mężczyznę w locie. Rozpłatane ciało drży, wylewa się z niego szarość.

Szarość. W tej jakości, w tej gamie barw niebieski jest nie do odróżnienia od czerwieni. Patrzę na prezesa.

On nic nie wie. Nie wie, jakiego koloru był Hanusz.

– Przecież to niemożliwe, żeby coś takiego wymyślić. Skąd miałby wiedzieć, gdzie i kiedy Hanusz odskoczy? – burzy się prezes. – Że co, że niby tę blachę tam podstawił, żeby spadła od byle wstrząsu? Przecież jak to widziałem, to pewien byłem, że mi się do dupy dobiorą za wypadek.

Wygląda jak dziecko. Zagubione dziecko. To nie sumienie skłoniło go do tej rozmowy. Boi się gry, która toczy się ponad jego głową i której zasad nie potrafi pojąć. Tylko ja mam klucz do zrozumienia tej gry. Klucz jest niebieski.

– Był u mnie zaraz po tym taki jeden z centrali. Straszny dziwak. Miał ze sto pytań, a każde gorsze od poprzedniego. Spodziewałem się, że wypyta o Antka, o ten nieszczęsny arkusz blachy, ale on nie. Pierwsze co, to poprosił o widok z innych kamer.

Kurczę się w środku. Zgniata mnie moje tchórzostwo. A on jak na złość robi pauzę. Żeby go popchać do przodu, ściągam brwi i kiwam powoli głową, dając do zrozumienia, że prośba faktycznie jakaś nienormalna.

– A jak się zagotował, kiedy mu pokazałem wszystkie nagrania – kontynuuje prezes, gestykulując żywo. – Mówię mu, że może sobie dokładnie obejrzeć zdarzenie z czterech różnych kątów, bo tak kamery ustawiłem, żeby widziały, co się dzieje. On z kolei na to, że chce mieć pełen ogląd pomieszczenia i żeby mu wejścia i wyjścia pokazać. Pytam go wtedy, co to ma do rzeczy. Nic nie powiedział, tylko patrzył się, jakby chciał mnie obedrzeć ze skóry.

– Pewnie żeby wykluczyć osoby trzecie… – podsuwam ostrożnie.

– Dokładnie o to mu chodziło, Radek. Widzisz, jednak się znasz. On później nawet testował, co trzeba zrobić, żeby kamera wyłapała kogoś, kto wchodzi na magazyn. Z pół dnia się naradzali i łazili, machali i trzaskali. Kamery mi poprzestawiali i porobili na sztywno. A Antek już w kajdankach siedział. Zabrali te nagrania. To, co tu widzisz, to moja osobista kopia. Na użytek własny. W razie gdyby mi przyszło w sądzie czy przed inspekcją się tłumaczyć.

Kończy, pakując ciastko do ust.

– Nic nie rozumiem – konkluduje z pełną buzią.

Nie mogę go wtajemniczyć. Mogę jedynie uspokoić.

– Centrala wie najlepiej – mówię łagodnie. – Pewnie mieli jakieś kwity na Antka. Mało to sabotażystów? Tak mi się zdaje, że mu wcale nie chodziło o Hanusza, tylko właśnie o wypadek. Chciał wyeliminować nasz zakład, a nie człowieka.

Prezes jakby doznał olśnienia. Oczy mu się zaświeciły, ciężar spadł z ramion.

– O to, to, to! – podchwytuje, przełknąwszy. – Gnojek się na mnie zamachnął. Teraz już wszystko jasne. Całe szczęście, że centrala czuwa.

Źle mi z kłamstwami. Muszę je czymś zrównoważyć.

– A rejestr punktów przeglądali? – pytam, by skorzystać z fali optymizmu.

– Nie, w ogóle.

– To nie wiedzą o punktach Hanusza?

– Nie, bo nie pytali.

Udaję zamyślenie. Pozwalam, aby się zaniepokoił moim marsem na czole.

– A dlaczego? – nie wytrzymuje.

– Bo wie pan, panie prezesie. Tam na dole wiedzą.

– I co?

– Hanusz to był złoty człowiek. Każdy go szanował. A jak przyszło te skrzynki przewozić, to przecież nie było drugiego takiego kierowcy – peroruję. – Do pięt mu nie dorastałem. Wszyscy u nas bardzo boleśnie odczuli tę stratę, panie prezesie. Wypadek wstrząsnął ludźmi. Niektórzy sądzą, że to nie godzi się, żeby Hanusz nie został doceniony za swoje zasługi.

Naprowadzam go. Naprzemiennie płoszy się i potakuje.

– No tak, ale trzymał te punkty i ich nie wydał. Głupio zrobił. Regulamin zawsze zakładał, że punktów się nie dziedziczy ani nie wydaje pośmiertnie – stara się powstrzymać to, co musi nadejść.

– Nikt nie mówi, że mądrze zrobił, trzymając te punkty. Każdy jednak słyszał, jak ogłaszał, że to dla wnuczki zbiera, byle do okrągłej sumy. Kilka dni i by dozbierał.

– Przykre, bardzo przykre – chmurzy się prezes. – Ale teraz to jest nieboszczyk. Zza grobu punktów nie wyda. Na to trzeba podpisu.

– Panie prezesie. Centrala nie widziała rejestru. Wystarczy dołączyć zlecenie z datą sprzed kilku dni.

– Radek, ty chcesz, żebym ja dokumenty fałszował?! – wzdryga się.

Że też mi się zachciało zgrywać bohatera.

– Przecież pan wie, panie prezesie, że to nie dla mnie. Inaczej bym się nie odważył czegoś takiego sugerować. To dla chłopaków z dołu. Skoro centrala jest udobruchana, to wystarczy to jedno zlecenie i cała kwestia rozwiązana, dół też będzie udobruchany. A pan będzie bohaterem.

Łechce go ta wizja. Jednocześnie ma wątpliwości. Jeśli ich nie odgadnę, zaraz się wycofa.

– Panie prezesie, niech pan mi pozwoli złożyć podpisy za Hanusza – proponuję. – Jeśli komuś się coś nie spodoba, to ja wpadnę za fałszerstwo, nie pan. Oficjalnie pan nic nie wie.

Wzdycha. Teraz dopiero mu się ten pomysł podoba. Cała chwała przypadnie jemu, bez żadnej odpowiedzialności.

– Radek, Radek… – Kręci głową.

Z grymasem przygotowuje dokumenty. Podpiszę. Należy się Hanuszowi.

 

***

 

Idę z papierem do Fenkego. Ma własny gabinecik na górze. Jakimś sposobem dorobił się w nim mahoniowego biurka, które nie pasuje do niczego wokół, chyba że do jego głęboko skrywanej duszy. Dziwię się, że nie żal mu trzymać na tym szlachetnym drewnie rachunkowych szpargałów i opasłego monitora. O tyle dobrze, że znalazł miejsce na wąski rząd klasyków literatury pomiędzy półkami pełnymi bielutkich segregatorów.

Zastaję go stojącego z rękoma splecionymi za plecami przy oknie. Patrzy nieruchomo w jakiś punkt na zewnątrz – najpewniej oddalony o setki kilometrów.

– Można, panie Fenke? – pytam grzecznościowo.

Nie obchodziło go, że ktoś wszedł. Otrząsa się jednak, słysząc mój głos.

– Ach, to pan, panie Radku, dzień dobry. Oczywiście.

– Prezes mnie przysłał z zaległym zleceniem do zrealizowania.

– Proszę położyć, zaraz się tym zajmę.

Kładę kwit na biurku. On znów oddala się myślami, zapatrzony w nędzny krajobraz. Coś go trapi. Nie widziałem go nigdy wcześniej w takim stanie. Brak między nami jednak zażyłości, która pozwoliłaby postawić pytanie wprost. Działam więc okrężnie:

– Zanim pójdę, zerknąłby pan, czy aby wszystko się zgadza?

Spogląda na mnie z wyrzutem. Ma mi za złe, że przerywam jego kontemplację. Prędko się opanowuje – bo przecież nie gardzi mną, tak jak niektórymi innymi – i rozciera czoło.

– Źle się zdarzyło, nie uważa pan? – rzuca enigmatycznie.

– Z Hanuszem? To prawda, żal człowieka.

Wzdycha ciężko.

– Tyle razy mu radziłem, żeby wymieniał punkty i przelewał w transzach. Miałem okropne przeczucie, jak śledziłem jego rachunek. Wiedziałem, że nie skończy się dobrze. I wreszcie cały majątek prysł.

Nie podejrzewałem, że aż tak go to obejdzie. Istotnie byli równolatkami i łączyła ich więź ludzi, którzy przed odejściem na emeryturę pragnęli coś jeszcze uszczknąć.

Pukam palcem w przyniesiony dokument. Już otwieram usta, by go uświadomić o stanie rzeczy, ale on mnie uprzedza i kontynuuje wywód:

– Właściwie to znakomicie, że się pan zjawił, panie Radku. Dobrze pan zna pana prezesa. Zapewne od innej strony niż ja. Proszę mi powiedzieć, jak by on zareagował na ten… tekst?

Wyjmuje spod klawiatury odręcznie zapisany arkusik papieru. Od razu rozpoznaję charakter pisma. Sam go przecież dopiero co ćwiczyłem. Ten jest dalece staranniejszy i bliższy oryginałowi. Aż głupio mi się robi za mój niewprawny podpis.

Czytam: „Testament”. Dalej już po słowach kluczowych rozpoznaję treść: „w razie śmierci”, „moją wnuczkę”, „wszystkie punkty na środki pieniężne” – i tak dalej.

Fenke ucieka wzrokiem, ale popatruje, chcąc poznać moją reakcję. Jestem zaskoczony. Bez wątpienia wyszło to spod jego pióra.

– Jakoś wszyscy poczuliśmy, że tego nie można tak zostawić. Oczywiście testament nie ma mocy prawnej, bo regulamin zakładu tego w ogóle nie przewiduje, jednakże naradziliśmy się w biurach i uznaliśmy, że to będzie miało największą szansę powodzenia – tłumaczy speszony. – Może skłoni pana prezesa do zrobienia tego, co właściwe.

Wzrusza mnie ten gest solidarności. Idea jest szalona. Gdyby testament faktycznie trafił do prezesa, skutki byłyby nie do przewidzenia. Prezes zawsze w pierwszej kolejności eliminuje to, co zagraża jego świętemu spokojowi. W jego oczach Fenke ma być maszyną do liczenia, bastionem formalizmu. Tekst wywróciłby cały ustalony porządek do góry nogami.

Oddaję go bez słowa. Pukam, już dwoma paluchami, w mój własny świstek, tak że Fenke chcąc, nie chcąc, musi wreszcie się nim zainteresować. Znowu się marszczy na twarzy, poirytowany.

Nagle jednak frustracja znika. Rozdziawia usta. Bierze zlecenie przelewu do ręki. Analizuje każdy zawijas mojego Hanuszowego podpisu. Fałszerstwo aż razi w oczy. Ale aprobata prezesa i pieczątka zakładu są nie do podważenia.

– Jak to…? – cedzi księgowy. – Przecież to niemożliwe…

Wydaje się przejęty tym, że ktoś oprócz niego mógł naruszyć zasady. Zapewne w jego umyśle tylko ci, którym świętości są najbliższe, mają wyłączne prawo je brukać.

– Możliwe, możliwe – przywołuję go do porządku. – Więc sprawa załatwiona?

Chowa testament na dno szuflady. To najlepsze miejsce. Tekst pasuje do mahoniu.

Kiwa głową. Z ciężkim sercem. Zbieram się już, żeby odejść, ale mnie powstrzymuje:

– Panie Radosławie.

Głos ma pełen determinacji, a oczy pełne żaru. Świdruje mnie, jakbym mu krzywdę wyrządził albo go upokorzył.

– Panu wydaje się to dziwne. Niech będzie, testament to niefortunny pomysł. Ale wie pan co? Gdyby panu się coś stało, to też byśmy za pana napisali. Jest tu pewien chłopak, który ma bardzo podobne pismo. Idealnie by się nadał. Tylko, panie Radosławie, problem w tym, że nikt by chyba nie miał pojęcia, czego by pan sobie życzył.

Stoję i słucham. Nie wiem, co mu odpowiedzieć.

– Proszę mi wyjaśnić. Z panem Hanuszem przewoził pan te skrzynki, jakby jutra miało nie być. Okropnie panowie ryzykowali. Prosto przy burzach, nie zatrzymując się ani nawet nie zwalniając. Wszystko wbrew zasadom bezpieczeństwa. Nikt inny się nie odważył na coś podobnego. I po co to było? Po te punkty, których i tak nie kwapiliście się wydać? Po co pan ich tyle nazbierał i je pan tak trzyma? Nic się pan nie nauczył po wypadku pana Hanusza? Na Boga, niech pan coś z nimi zrobi!

Na dobre się rozjątrzył. Rozkładam ręce.

– Panie Fenke, proszę się nie martwić. A przede wszystkim, w razie czego, to proszę nic nie pisać.

Szykuje odpowiedź z jeszcze większym wyrzutem, ale kłaniam się grzecznie i opuszczam jego gabinet.

 

***

 

Trwa załadunek. Pierwszy od wypadku. Niebo jest szare. Brzydka, obwisła kopuła szarzyzny, ze złowrogą ciemnogranatową plamą na horyzoncie. Migiel pali papierosa za papierosem. Ma kwaśną minę. Wziął kurs za Hanusza, ale liczył na ładniejszą pogodę. Tymczasem wygląda na to, że przyjdzie mu przesiedzieć niejedną noc w pojeździe. Korzysta więc z okazji oraz świeżego powietrza i stara się od razu wypalić całą paczkę, na zapas.

– Ty chyba nigdy nie szczałeś do tego przepisowego wiadra, co? – zagaduje. – Zawsze tylko szybko myk-myk, hop-siup. Nawet pęcherz nie zdąży ci się napełnić. Radek „Rajdowiec”.

– Bidon specjalny mam. Nie mam czasu się zatrzymywać i iść na tyły do tej śmierdzącej kloaki. To cały mój sekret. Sam spróbuj.

Wymieniamy się durnymi uwagami. Nasze auta stoją zaparkowane „dupami do szybu”, jak to określił. Szyb to w istocie blaszana wiata i winda. Ta ostatnia jeździ w górę i w dół, wożąc wciąż tego samego pojedynczego człowieka w skafandrze. To człowiek o robotycznych ruchach. Stawia krok za krokiem, jakby w każdej chwili mógł wyczerpać swoje zasilanie i obalić się, cały zesztywniały. Gdy pojawia się na powierzchni, trzyma kilkunastokilogramową skrzynię. Zanosi ją raz do mojego transportera, a raz do Migiela. Potem wraca do podziemi, by wyłonić się znów za około dwie minuty. Każdy pojazd to dla niego około dwudziestu okrążeń.

Na twarzy ma maskę. Nigdy nic nie mówi. Może być fleksyjnym, jak my. A może kimś zupełnie innym.

– Szybciej, bo nas tu burza zastanie – pogania go Migiel.

Nie reaguje.

Stoimy więc pośrodku pustkowia i czekamy.

Tak samo stałem, kiedy zagadnął mnie Hanusz, około pół roku temu. Od tego się zaczęło.

– Jak myślisz, co my właściwie przewozimy?

Pytanie wcale do niego niepodobne. Był ostatnim, który oddawałby się abstrakcjom i tajemnicom. Obserwował mnie jednak uważnie, bez cienia ironii. Oczekiwał poważnej odpowiedzi.

– Cholera wie – odpowiedziałem. – Trzeba by skrzynię otworzyć.

– Mają plomby i zabezpieczenia. Ponoć niebezpieczne.

– Jak niebezpieczne, to lepiej nie ruszać.

Splunął i odszedł. Nie wracał kilka dobrych chwil, więc się za nim obejrzałem. Okazało się, że chodził krok w krok za ładowaczem. Zaglądał do wiaty i do windy, nawet uszczypnął skafander, żeby sprawdzić, z czego był zrobiony. Tamten się zatrzymał i odwrócił do niego obruszony. Dopiero jak Hanusz cofnął się o kilka kroków, wznowił załadunek.

– A tobie co? – Dołączyłem do Hanusza.

Wziął mnie za ramię i odprowadził w pustkowie, z dala od ludzi oraz urządzeń, gdzie nie było szansy, aby ktokolwiek podsłuchiwał.

– Otworzyło mi się to gówno, jak jechałem – wyjawił.

– Że co?

– Uziemić się nie zdążyłem przed burzą. Kilka sekund się spóźniłem, nie więcej. Aż tu nagle mi coś strzeliło na pace. Od razu poszedłem sprawdzić. A tam aż się przeżegnałem. Na jednej skrzyni wieko uniesione.

Spojrzałem na niego. Stał jak nawiedzony. Staremu rozum odjęło, pomyślałem.

– Jaja sobie robisz – odburknąłem.

– Radek, przysięgam ci – odparł prędko.

Hanusz nigdy nie błaznował ani nawet nie żartował. Czuło się, że jego słowa mają swoją wagę. Jak mu się podpadło, to waliły się na ciebie jak sztaby. Żadnego fałszu, czysta, niezaprzeczalna rzeczywistość.

– No to co było dalej? – wymamrotałem niepewnie.

– Opuściłem to wieko. Same skrzynie są na klamry zamykane. W tej jednej klipsy odskoczyły, ale się na szczęście nie połamały, to je ponownie zapiąłem. No i zacieśniłem pasy mocujące. Więcej się z ładunkiem nic nie stało.

– A co z plombami? Przecież na rozładunku by się zorientowali.

– Dupa nie plomby. To zwykłe czujki cyfrowe są. Na klamrach je masz. Po tym, jak mi ta skrzynia strzeliła, to miałem czas się temu przyjrzeć, bo w burzy stałem. To działa tak, że czujka wysyła sygnał do komputera pokładowego. A że przez burze komputer ci się z satelitami nie łączy, to sygnał stoi w kolejce. Dokładnie sprawdziłem zaplanowane wiadomości wychodzące. Czujki zasrały całą kolejkę alarmami. Ale po nazwie przefiltrowałem i skasowałem. Później nawet sprawdziłem jedną. Odpiąłem klamrę i widziałem, jak te nowe sygnały na bieżąco nadaje. Ale jak ją z powrotem zapniesz, to już się nie odzywa.

Słuchałem tego z narastającym niedowierzaniem. Słowa Hanusza, na tym etapie, brałem już jako zupełną prawdę. Nie dowierzałem natomiast w ułomność i niekompetencję, z jaką urządzony był system zabezpieczeń.

– Prawie w gacie narobiłem, kiedy z burzy wyjeżdżałem – kontynuował Hanusz. – Bez przerwy przeglądałem logi satelitarne, ale nic nie rzuciło mi się w oczy. Na punkcie też odebrali towar bez żadnych pretensji. Facet wziął tę trafioną skrzynię, zjechał z nią na dół i wrócił po następną. Potem na bazie dostałem komplet punktów. Trzy tygodnie minęły i dalej cisza.

Wyjawił mi to, bo po prostu potrzebował podzielić się z kimś swoim przewinieniem. Był zatrwożony, a zarazem dumny. Nie dokonał w zasadzie nic technicznie zaawansowanego, aczkolwiek nie każdy fleksyjny potrafił podłączyć się do komputera pokładowego i włamać się do zagnieżdżonych interfejsów sieciowych. Zwyczajny fleks był ukontentowany, gdy dzięki monitorowi mógł w burzy oglądać filmy na większym niż przenośny ekranie. Nikomu z centrali to nie przeszkadzało – nie kłopotali się zacieśnianiem zabezpieczeń starych transporterów. Zależało im tylko na tym, aby skrzynie docierały z punktu A do punktu B.

W całym zadaniu tkwił jednak pewien paradoks. Regulamin przyznawał ogromne premie za szybkie dotarcie do celu. Kategorycznie zakazywał przy tym jazdy w burzy. Groziło to uszkodzeniem ładunku, a także i pojazdu. Trasa zaś zawsze kilometrami wiodła przez pustkowia, na których tylko z rzadka się przejaśniało.

Jaki był cel tej wypaczonej logistyki? Żaden z nas nie wiedział. Wiedzieliśmy, że kiedyś były od tego maszyny. Cuda techniki. Potem wysadził je wróg. Zastąpiono je innymi – też po jakimś czasie były wysadzone. I tak cały system się degradował, aż wreszcie konieczne było zatrudnienie fleksyjnych i przystosowanie zwykłych transporterów.

Hanuszowi ulżyło po zwierzeniach. Normalnie przejechaliśmy trasę. Z tym tylko wyjątkiem, że powtórzyłem jego eksperyment w swoim pojeździe. Stojąc w burzy, poluzowałem klamrę. Sprawdziłem logi, usunąłem alarmy. Nikt nie spostrzegł, żadnych śladów, żadnych nieprawidłowości.

Na tym rzecz by się skończyła, gdybym pewnego dnia nie zaczepił Hanusza na magazynie. Miałem pewność, że myśli o tym samym. Nie chciał mnie w to wciągać, bo wcześniej sam zaczął temat. Wypadało, abym teraz to ja wypowiedział oczywistą konkluzję:

– A gdyby tak pojechać trochę w burzy? Specjalnie robią rozkład tak, żebyśmy nie zdążyli na żadną premię. Nawet odrobina przewagi sprawi, że damy radę, bo tego nie wliczają. A gdyby nam się udało zamiast w trzech burzach stać tylko w dwóch…

I tak z każdym kursem przesuwaliśmy granicę – i biliśmy rekordy. Centrala nie reagowała. Prezes zadowolony.

Ostatecznie prawie wcale się nie zatrzymywaliśmy. Tyle co na ostatnim odcinku, by wyczyścić logi. Różnie sobie inni tłumaczyli te wyniki. Wzięli nas za dobrych kierowców. Takich, co znajdą sposób, aby wyminąć każdą burzę. Gdy miałem kurs z kimś innym niż Hanusz, to po prostu zostawiałem go w tyle. Nikt nie odważał się podjechać bliżej burzy, a co dopiero w nią wjechać.

Teraz w lusterku widzę, że Migiel już dał po hamulcach i się uziemił, chociaż mapka na komputerze pokazuje, że do burzy jeszcze ze dwa kilometry.

Dodaję gazu, rzęch się rozpędza, a wewnątrz wszystko piszczy i klekocze. Jadę. Prosto w wir ciemności.

 

***

 

Byle naprzód. Byle szybciej. To równina. Jeśli ustawi się odpowiedni kierunek, to można i z zamkniętymi oczami jechać. Tylko burza wszystko przysłania. Huczy. Przeciągle, dziwacznie, trochę jak nie burza – albo burza, w której pojedynczy grzmot rozciągnięty jest w nieskończoność. Tylko ten ciężki pomruk, wprawiający wszystko w drżenie.

Żadnych błysków. Ani kropli deszczu.

Strzelają. Jedna po drugiej klamry puszczają.

Na początku wracaliśmy jeszcze na pakę, by je domykać. Potem uznaliśmy to za stratę czasu. Robiliśmy to tylko przed opuszczeniem burzy, by żaden alarm nie poszedł przypadkiem w świat.

Jest komplet. Dwadzieścia razy strzeliło. Nad każdym ładunkiem kolebie się teraz lekko uchylone wieko, trzymane, by się zupełnie nie rozwarło, dodatkowymi pasami mocującymi. Zabawnym mi się wydaje, że tyle się najeździliśmy z tymi tajemniczymi puszkami i nigdy nam do głowy nie przyszło, aby w nie porządnie zajrzeć. Oczywiście problematyczne mogłyby się okazać dodatkowe, lepiej zamaskowane plomby czy czujki, aczkolwiek wcale nie to nas powstrzymywało. Po prostu nie chcieliśmy. Liczyły się dla nas punkty. Wyścig z czasem. To, co jechało z nami – ważne było o tyle tylko, żeby przyjęli to na punkcie bez zastrzeżeń.

Po prawdzie unikaliśmy tematu.

Docieram do centrum burzy. Zatrzymuję się i gaszę silnik. Nie włączam uziemienia. Gasną wszystkie światła i spowija mnie atramentowa czerń. Bez hałasu silnika dudnienie w pierwszej chwili miażdży mi czaszkę. Nic go nie zagłusza. Jest tylko ono. Jakby trzymało mnie za łeb, zawieszonego ponad otchłanią.

Jeśli wierzyć prognozom nawigacyjnym, przez najbliższe trzynaście godzin pozostanę w obrębie burzy.

Po co mi tu stać? Bo tu nic nie ma. Wszystko zeżarte przez mrok. Przez cały tydzień od śmierci Hanusza nie udało mi się zmrużyć oka. Za dużo wszystkiego. Popadałem w półdrzemki, czas się rozmywał, ale świadomość nie odklejała się od rzeczywistości. Nie potrafię już ścierpieć zakładowych kwater. Muszę szukać nocy gdzie indziej.

Do buczenia da się przywyknąć. Fotel kierowcy też dość wygodny. Nastawiam budzik. Daję sobie sześć godzin, w razie gdyby zerwał się wiatr i zaczął gdzieś niespodziewanie pchać burzę, choć nie zanosi się na to.

Przysypiam. Budzę się. Spocony i obolały od siedzenia. Ale drzemka to już dużo. Nieskończenie więcej, niż udało mi się w ciągu ostatnich dni. Sklejam więc na powrót powieki. Uwalniam się od myśli. Pozwalam, aby umysł rozpłynął się w ciężkiej wibracji.

Wybudzają mnie majaki. Na tle całkowitego mroku robią, co chcą. Panikuję. Włączam silnik i światła, żeby je rozproszyć. Minęły cztery godziny. Środek burzy niewiele się przesunął.

Jechać dalej? Spać? Podnoszę się i przesuwam na pakę. Widzę skrzynie. Wyglądają normalnie. Klękam przy najbliższej i wtykam palec pod wieko. Delikatnie unoszę, na centymetr, bo pasy nie pozostawiają więcej swobody. Staram się wejrzeć do środka.

Wewnątrz znajduje się bloczek czegoś, co wygląda na ciemne szkło. Umocowane jest prętami do bocznych ścianek.

Przez kilka chwil obserwuję kostkę. Nic się nie dzieje. Wracam do kabiny, wyłączam światła. Po omacku cofam się na pakę, wsadzam paluch i kontynuuję obserwację. Ponownie – nie dostrzegam nic niezwykłego. Zasadniczo nie widzę nic.

Siadam za kierownicą. Niewykluczone, że coś mi się przestawiło w głowie. Nie potrafię się jednak uwolnić od zjawy Hanusza. Tego, co mi był powiedział na pół miesiąca przed śmiercią. Naruszył tabu.

– Raz mi się wydawało, jak się nachyliłem do klamer, że tam wewnątrz coś się świeci. Tak mi mignęło. Jakby na niebiesko.

Mignęło mu. Mnie nigdy nic nie mignęło. Ale ja umyślnie tam do środka nie zaglądałem. Przeczuwałem, że lepiej nie.

Tylko on mi mignął, jebany, też na niebiesko.

Myślałem, żeby się dziabnąć w palec i zobaczyć, co wypłynie. Może normalnie, na czerwono pocieknie. Ale jeśli nie, to co ja zrobię? Ktoś zobaczy. Centrala się dowie. Zawiną mnie, pokroją żywcem.

Zresztą co jeśli w palcach jestem wciąż po ludzku czerwony? Na wysokości brzucha ta blacha Hanusza przecięła. Więc może to od jelit człowiek niebieszczeje. Co ja miałbym, biopsję sobie samemu robić, żeby się przekonać? Czym, nożykiem i słomką?

Zaciskam pięści. Tłukę kierownicę, bo odreagować jakoś trzeba. Zaraz potem nią kręcę. Jadę. Znowu ustawiam się w centrum burzy. To nic, że kierunek zupełnie przeciwny do celu. Nadrobię.

Kolejne podejście – drzemię. Pojazd ma odcięte zasilanie. Teraz to tylko metalowa pucha piłowana przez pomruk czarnego kłębu. Przez chwilę mam wrażenie, że ekran się podświetla i pojazd rusza sam z siebie, że ktoś nim steruje zdalnie, bo włączył się jakiś alarm. Chcę się wzdrygnąć i zerwać, ale zalegam sparaliżowany na fotelu.

Oczywiście nic takiego się nie dzieje. Dzwoni budzik, który nastawiłem sześć godzin temu i zapomniałem przestawić. Dureń ze mnie.

Po ciemku zaglądam przez uchylone wieka do skrzyń. Nie dostrzegam nic niebieskiego.

Może to jednak przez co innego Hanusz był niebieski?

Nie wiem, czekać, spać? Nie mogę przecież wiecznie tułać się za burzą. Jeszcze Migiel rozładuje się pierwszy.

Ale boję się rozładunku. To pierwszy rozładunek od wypadku. Oczami wyobraźni widzę, jak z windy wysypują się robotyczne gnoje w skafandrach. Wezmą mnie, jak te skrzynie, na dół. Tam będę zazdrościł Hanuszowi, że to blacha go szybko załatwiła, a nie skalpel czy laser.

Tyle że jak nie przyjadę, albo przyjadę spóźniony, to jeszcze się domyślą, że ja coś wiem. Wtedy nagle z regulaminu wyniknie, że kto jeździ w burzy, ten nie ryzykuje życiem, ale aresztem. Jak zawinęli Antka pod byle pretekstem, to i mnie mogą zawinąć.

Kurwa mać. Stoję i korci mnie, żeby wysiąść w pizdu, w burzę.

Że też musiało mu mignąć. Nie mógł tego dla siebie zostawić. Lepiej nie wiedzieć. Bym myślał, że farby się nażarł przed śmiercią.

Przekombinowaliśmy. Trzeba było stać, jak inni stoją. Uziemić pojazd, uziemić dumę.

Może Fenke jednak napisze mi ten testament. Niegłupi pomysł. Mądrzy są w tych biurach, to i mądry testament mi wymyślą.

Ciekawe, kto tam ma podobny charakter pisma.

Koniec

Komentarze

Witam :]

 

Od pierwszych paragrafów mamy trupa, tajemnicę i napięcie. Niezła proza z wyraźnym głosem narratora też bardzo pomaga w czytelności. Świat przedstawiony nie jest oblepiony ekspozycją, a jednak zdaje się żywym miejscem, które ma jakiś swój wewnętrzny sens i nie powstało minutę przed rozpoczęciem akcji. Bardzo ładnie, tak trzeba żyć.

 

Fajnie by było, gdybyśmy oprócz niebieskiej krwi mieli jakiś większy punkt zaczepienia do snucia domysłów na temat tajemnicy. Niebieska krew działa – tworzy jakieś domysły u czytelnika: może cyborg, może ufok, może jakaś inna nowa technologia…? – ale mogłaby działać lepiej.

 

Tajemnica ładunku wypada nieco słabiej, też intryguje, ale po pierwsze, pojawia się późno, po drugie, brakuje już jakiegokolwiek punktu zaczepienia do snucia domysłów – w skrzynkach może być cokolwiek. No ale, też intryguje, bo mocno wpisuje się w ten świat przedstawiony.

 

Zakończenie, niestety, najsłabiejsze z całości, bo właściwie żaden wątek nie doczekał się specjalnie satysfakcjonującej odpowiedzi. Może poza odzyskaniem kredytów Hanosza, ale to nie zrobiło wrażenia puenty opowiadania. Tak że, mimo że ten dystopijno-robociarski obraz czytało się całkiem przyjemnie, szanse, że na dłużej zostanie w pamięci czytelnika są raczej niewielkie.

 

Ale klik się należy jak psu zupa, co niniejszym czynię.

 

Szkoda, że opowiadanie trafiło w okres końca popularnego konkursu, bo pewnie straci na tym czytelników, przykryte konkursowymi, zwłaszcza, że jest też raczej długie. No ale to masz nauczkę, żeby śledzić, co się dzieje na portalu, zanim coś wrzucisz :)

 

Pozdrawiam!

 


Pomiędzy nimi skądś kałuża niebieskiego.

Wiadomo, że "skądś".

 

Może nową lampę zamontowali co chłodniejszym światłem razi.

Czemu "razi"? Świeci, daje światło. I brak przecinka.

 

Fleksyjni

Mmmmm fleksyjny po polsku odnosi się do fleksji (odmiany wyrazów), z angielskim flexible nie ma nic wspólnego i raczej ciężko uwierzyć w takie przesunięcie znaczeniowe.

quia lata porta et spatiosa via quae ducit ad slopem et multi sunt qui intrant per eam

Cześć! Bardzo Ci dziękuję za komentarz. Doceniam, że znalazłeś chwilę, gdy na forum wiele się dzieje. :)

 

Rozumiem uwagi. W tekście skupiłem się na wewnętrznej perspektywie pracownika, który jest tylko trybikiem w machinie gospodarki wojennej. Wyszedłem z założenia, że nie dane jest mu wiedzieć, co i po co robi, ani tak naprawdę czym ryzykuje. Dlatego potem uznałem, że finał, który zamiast rozwiązania zagadki pozostawia bohatera w takim egzystencjalnym zawieszeniu, ma szansę się obronić. Natomiast rozumiem, że tak jak mówisz, dla czytelnika może to być niezbyt satysfakcjonujące. Będę miał to na uwadze.

 

Co do fleksyjności, to obmyśliłem sobie to tak: pojawiło się najpierw w angielszczyźnie jako „flexible worker”, w uzusie zostało skrócone do „flex”, a następnie przeniknęło do nas na zasadzie kalki jako „fleks”. A że „fleksyjny” brzmi lepiej – bardziej osobowo – niż krótkie „fleks”, więc narrator takiej formy się trzyma. Tak że fleksyjni uciekają się do fleksji, żeby zachować godność. :) Oczywiście, w tekście brakuje tego kontekstu, więc może to wypadać niefortunnie.

 

Jeszcze raz dzięki wielkie i pozdrawiam!

Nowa Fantastyka