- Opowiadanie: fantmarrz - Ludzie... Ludzie!

Ludzie... Ludzie!

Wersja tekstu została opublikowana w innym magazynie w ramach nagrody za zajęcie pierwszego miejsca w konkursie. 

 

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Ludzie... Ludzie!

 

Na początku jest ciemno. Zupełnie tak, jakby wszystkie fotony uciekły. Sytuacja ta nie trwa jednak wiecznie; poprawia się z czasem. Jest nawet dobrze… Przynajmniej na chwilę.

Jego oczy dostrzegają w tej ciemności delikatne zarysy komory. Ciało tak strasznie pragnie zerwać się do biegu. Oddech znów staje się naturalny, choć pierwsza myśl zabiera mu dech w piersiach.

Gdzie jestem? – pyta siebie. To pytanie rodzi w nim kolejne, dość podobne. – Kim jestem?

– Nazywasz się Frank Sobun – Jak na zawołanie odpowiada mu zimny, cyfrowy głos.

Frank Sobun – powtarza w myślach. Tak, już pamięta. Niestety pamięta.

Nagle przez matową szybę wpadają zaginione fotony. Frank mruży oczy. Głośne trzaski, mija chwila i klapa unosi się znad jego twarzy.

Frank podnosi ociężałe ciało i wygląda przez palce na otaczający go świat. Z pięciu niemal identycznych komór wychylają kolejne ciała. Rozglądają się. Mrużą oczy. Świat otaczający Franka i resztę sześcioosobowej załogi kończy się na metalowej puszce, którą przemierzają próżnię.

Trzy kobiety, trzech mężczyzn. Wszyscy milczą. Obudzili się, a to daje wysokie szanse na to, iż dotarli do celu. Na siłę próbują zachować obojętność, ale jakaś taka… melancholia… bije z ich oczu. Wiedzą, że nigdy nie wrócą. Nie wrócą do tego co zostawili za sobą, wsiadając do tego statku.

 

***

 

Podróż na Ziemię II zajęła załodze wiele lat. Zamknięci w komorach kriogenicznych, nie odczuli tego wcale, ale coś tam głęboko w ich klatkach; głęboko tam, gdzie od 60-100 uderzeń na minutę, podpowiadało im, że ich Dom; ich Ziemia, już nie istnieje.

Planetę, na którą lecieli, roboczo nazwano Ziemią II z powodu jej wyjątkowego podobieństwa do Ziemi – ukształtowanie terenu, ilość wody, inne zasoby naturalne… To samo z układem słonecznym – był niemal identyczny. Ta planeta na skanach przypominała jednak bardziej Ziemię sprzed milionów lat niż tą którą pamiętali członkowie załogi.

 

***

 

Komputer pokładowy piszczy. Angelo, ciemnowłosy okularnik, próbuje coś z niego wyczytać. Z przykrością odkrywa, że już na samym początku misji wszystko się chrzani. Co jakiś czas gładzi z nerwów swoje krótkie, acz bujne loki. Cała załoga – Frank, Isa, Ash, Kai i Maya – pochylają się nad Angelo.

– Co mówi? – pyta Frank.

– Że na Ziemi II rozwinęła się cywilizacja.

Angelo próbuje kilkukrotnie nawiązać komunikacje, ale odpowiadające za to systemy najwyraźniej padły.

Niewiele to zmienia w ich planach. Nie są w stanie nawiązać komunikacji, więc ktoś musi tam wylądować. Zgodnie z wytycznymi, na planetę pierwsi mają zejść Frank i Angelo – Biolog i Technik. Wsiadają do kapsuły, zamykają drzwi, zapinają pasy. Reszta dołączy do nich, gdy będzie pewność, że Ziemia II jest bezpieczna. Bezpieczna w szczególności dla naczynia rozwojowego, które jest ostatnią nadzieją na ocalenie gatunku ludzkiego.

Angelo ciągnie wajchę. Kapsuła odrywa się od statku i za chwilę rusza z pełną mocą ku planecie.

 

***

 

Frank się budzi; ostry ból zaćmiewa jego myśli. Czerwone światło wypełnia kapsułę i razi go w oczy. Ma pewność, że razem z Angelem dotarli na Ziemię II, ale nie pamięta lądowania. Rozbiliśmy się, podpowiada jego otumaniony umysł.

Angelo dochodzi do siebie dość szybko. Razem zabierają się za podniesienie wrót (wyjście jest na wyciągnięcie ręki; odpowiedzi i szanse na odrodzenie gatunku ludzkiego, są tak blisko…). Te z początku nie dają za wygraną, ale w końcu zapadki puszczają i stopy mężczyzn zalewa blask. Razem z nim docierają również odgłosy: szoku, przerażenia, szczęścia i wrogości. O dziwo… brzmią znajomo. Są niemalże… zrozumiałe.

Angelo cofa się, gdy słyszy te dźwięki. Brzmią zbyt ludzko. Podchodzi do gablotki, rozbija łokciem szkło i wyjmuje karabin plazmowy. Frank sam musi unieść drzwi do końca. Robi to, choć niechętnie. Blask Helios oślepia Franka, zasłania oczy rękoma. Przez palce dostrzega ruchome kształty, źródło głosów. Pierwszy wdech nowego powietrza jest niewyobrażalnie rześki; zupełnie tak, jakby nigdy wcześniej nie oddychali naprawdę. Frank nie chce w to uwierzyć; nie może w to uwierzyć, ale jego głowa cały czas krzyczy jedno:

Ludzie! Ludzie!

Jedni wiwatują, inni unoszą w górę jakieś prostokąty. Błyskają z nich krótkie sygnały świetlne. Za liczną masą majaczą olbrzymie konstrukcje. Frank zaniemówił; Angelo również. Nadjeżdża wielka czterokołowa maszyna. Ostre światło zmusza Franka do zamknięcia oczu.

Coś nagle wbija się w jego kark.

 

***

 

Wpierw Frank panikuje. Rzuca się ciągle, wije. Jest w obcym miejscu, na obcej planecie, a jednak wszystko wygląda dziwnie znajomo. Ludzie! Tu są ludzie! Później dwójka lekarzy podaje mu mocne środki uspokajające i mężczyzna… cóż… uspokaja się. Mierzą go, wzdłuż i wszerz, ważą, prześwietlają… Montują nieznane mu urządzenie na szyi… Wszystko to jakimś prehistorycznym sprzętem. Zachowują się normalnie. Tak jakby codziennością było, że ktoś spada z nieba.

Lekarz mówi nagle coś w obcej Frankowi mowie.

– Ciesz się, że spadliście do nas – tłumaczy jakiś inny człowiek. Przekłada słowa lekarza. – Są tacy, co was rozcinają. To właśnie oni zestrzelili lądownik… i wasz statek.

Zestrzelili Statek? Reszta załogi martwa… Isa, Kai, Ash, Maya… Naczynie rozwojowe zostało zniszczone…

Nikt nie tłumaczy Frankowi, gdzie jest albo co się dzieje. Nikt nie zwraca na niego szczególnej uwagi.

Gdy badania dobiegają końca, lekarze i wojskowi pakują Franka do pojazdu. Jest w nim więcej ludzi, tak samo zmęczonych i zniszczonych jak on. Jest tam również Angelo. Po wielu godzinach drogi docierają do wielkiego kompleksu. Jakiś mężczyzna przy kości wypluwa w ich stronę wiele niezrozumiałych dźwięków. Tłumacz przekłada te słowa, jednak niewiele dociera do Franka. Jest w zbyt wielkim szoku.

Frank i inni zostają wrzuceni pod prysznice. Nie protestują. Później wychodzą do wielkiego pomieszczenia. Jest tam więcej ludzi. Takich jak Frank. Takich jak Angelo. Jedni po prostu siedzą. Inni jedzą, rysują, gapią się w wielkie świecące pudła, biegają albo śpią. Wszędzie wokół są lustra, ale Frank czuje, że ktoś obserwuje.

Leki powoli puszczają, cała grupa nowych lokatorów dostaje załamania. Wtedy urządzenie na ich szyjach dostarcza im kolejne środki. Ten cykl powtarza się wiele razy, ale w końcu ustaje. Stają się bierni.

Frank szybko zapoznaje się z nowym domem.

Lustra pokrywające ściany co jakiś czas jakby gasną i po drugiej stronie pojawiają się wtedy setki ciekawskich oczu. Mieszkańcy Ziemi II obserwują, robią zdjęcia, pukają w szybę, mimo wyraźnego zakazu.

Z kanciastej puszki wypływają dźwięki i obrazy; dziwaczne wiadomości i jeszcze dziwniejsza rozrywka. Jest wiele telewizorów, ponieważ lokatorzy mówią w wielu językach. Frank siada przy tym, który wyświetla napisy w jego ojczystym. Siedzi z nim Angelo. Obaj słuchają tego, co mówi kobieta w garniturze.

Ludzie… Ludzie! – Rozbrzmiewa w głowie Franka, gdy tego słucha.

Tego, że lodowce prawie stopniały.

Tego, że jakiś człowiek chce znieść ministerstwo klimatu.

Tego, że gigant atakuje kolejne państwo.

Tego, że ktoś chce wszczepiać ludziom czipy do mózgów.

Tego, że ktoś ośmiesza się w Internecie, by zarobić fortunę. Niejeden ktoś.

– Chcesz? – pyta jakiś facet, siedzący obok Franka. Podaje mu miskę z czipsami. Facet śmieje się co chwila z tego, co słyszy.

– Nie – odpowiada Frank.

– Jak wolisz. – Bierze czipsa do ust. – Jakie to pyszne!

 

***

 

Frank zadomowił się w Zoo (Choć personel woli, kiedy używa się określenia „Oaza”). Jest tu już chyba rok. Jego misja ocalenia ludzkości legła w gruzach. Skończyła się tak samo, jak każdego innego lokatora.

Ostatnio wybudowali im nową część Zoo. Bardziej rozrywkową. Frank udaje się tam z Angelem minimum dwa razy w tygodniu. Alkohol, piękne kobiety… Tam też są lustra, te jednak nie gasną; nie pojawiają się za nimi ludzie. Ale że w świecącym pudle wciąż wyświetlają się reklamy tej części Zoo, Frank doszedł do wniosku, że popyt musi być. Ludzie płacą, by oglądać, co się tam dzieje.

Pewnego dnia przybywa dostawa nowych lokatorów. Jest wśród nich David. Środki uspokajające nie działają na niego tak dobrze. Już pierwszego dnia biega po ośrodku i krzyczy, nawołuje, ale nikt już nie pamięta. Frank ignoruje go większość czasu, oglądając telewizję, jedząc czipsy.

Frank przytył przez ostatni rok jakieś 60 kilo.

– Naprawdę cię to śmieszy? – pyta go kiedyś David, spoglądając w telewizor.

– Spokojnie, ciebie też zacznie – mówi Frank, podśmiewając się pod nosem.

– Ale oni skończą tak jak my.

Franka zaciekawiło to, co powiedział.

– Co masz na myśli? – pyta.

– Kiedyś ich Ziemia będzie tak samo niezdatna do życia, jak Ziemia każdego z nas.

Frank myśli chwilę.

– Twoja teoria może mieć sens. Taka nieskończona pętla – śmieje się. – Ale co z tego? Nasze domy już nie istnieją. A im można mówić, tak jak można było mówić naszym przodkom. A może… Kto wie…? Może za sto lat wyślą ekspedycję na nową Ziemię?

Frank śmieje się znowu i obraca z powrotem do telewizora. Po raz kolejny nadawany jest na żywo strajk ludzi, którzy mówią, że Zoo („Oazy”) są nieetyczne, że ci ludzie zasługują na wolność i lepsze życie. Wszyscy przy telewizorze, poza Davidem, wybuchają śmiechem.

Chwilę później głowę Franka zajmuje już tylko:

Ludzie! Ludzie! Jakie te czipsy są zaje…

 

 

Marrz

Polska, 17.04.2025

 

 

 

Koniec

Komentarze

Fantmarrz, nieco ponad dziewięć tysięcy trzysta znaków to jeszcze nie opowiadanie. Badź uprzejma zmienić oznaczenie na SZORT.

Na ty portalu opowiadanie zaczynają się od dziesięciu tysięcy znaków.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzień dobry,

jako amator cechu pisarskiego udzielę amatorskiej opinii.

Opowiadanie mi się podobało, raczej jest budowane na koncepcji niżli postaciach i fabule, ale przy takiej długości to chyba oczywiste. Mam wrażenie, że widziałem podobną historię w jednym z odcinków wybitnego i mało znanego u nas serialu z lat sześćdziesiątych The Twilight Zone :)

 

Chyba uwagi, które są chyba błędami:

 

bezpieczna w szczególność – chyba powinno być w szczególności

 

Rozbrzmiewa w głowie Frank – chyba powinno być w głowie Franka

 

Podróż na Ziemię II zajęła załodze wiele lat świetlnych – Nie jestem żadnym astrologiem, czy coś, więc mogę się mylić, ale czy lata świetlne to nie jednostka długości? Chyba zamiast słowa zajęła (które jest już zajęte dla jednostek czasu) można dać wyniosła

 

Pozdrawiam serdecznie i życzę miłego dnia :))

Niezły short, choć koncept mi już znany.

Na plus na pewno styl – po prostu dobrze się czyta.

 

Uwagi:

– “Z pięciu niemal identycznych komór wychylają się kolejne ciała.”,

– “Nie wrócą do tego, co zostawili za sobą, wsiadając do tego statku.”,

– “Zamknięci w komorach kriogenicznych, nie odczuli tego wcale, ale coś tam głęboko w ich klatkach; głęboko tam, gdzie od 60-100 uderzeń na minutę, podpowiadało im, że ich Dom; ich Ziemia, już nie istnieje.” – moim zdaniem zastosowanie średników niewłaściwe, w tych konkretnych miejscach raczej powinny być przecinki,

– “(…) niż tą, którą pamiętali członkowie załogi.”,

– “Wpierw” – dla mnie to słowo zbyt potoczne, nie pasuje tutaj w ogóle.

Szafirowy Smok

Nowa Fantastyka