- Opowiadanie: Lodfvn - Empatia

Empatia

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Empatia

Jak dziś pamiętam, kiedy dowiedzieliśmy się, że będziemy mieli dziecko. Był to najpiękniejszy, a zarazem najbardziej stresujący dzień w naszych życiach. Moja żona poszła więc do ginekologa niedługo potem. Okazało się, że to bliźniaki – chłopcy. Dość długo deliberowaliśmy, jak ich nazwiemy. Ostatecznie stanęło na tym, że dostali imiona Michał i Marcin. Ciąża przebiegała bezproblemowo, książkowo i spokojnie, toteż byliśmy dobrej myśli. Do czasu. Gdy przyszliśmy na wizytę kontrolną, lekarz powiedział: 

– Wyniki są…, że tak powiem… nietypowe – serce stanęło mi i mojej żonie w gardle. Nerwowo spoglądaliśmy na siebie z żoną i coraz mocniej trzymaliśmy się za ręce. Nie mogliśmy nic z siebie wyrzucić, wobec czego w gabinecie zapanowała grobowa cisza, a lekarz wpatrywał się w nas z żalem

– państwa synowie – kontynuował – posiadają pewną przypadłość, której ani przyczyny, ani skutku nie jesteśmy w stanie poznać. Nigdy nie spotkaliśmy się z taką, że tak powiem, mutacją. To, co wzbudziło nasze zainteresowanie, to synchronizacja ruchów chłopców. Na USG zauważyliśmy, że gdy jeden rusza nogą, drugi robi dokładnie to samo. Mamy jednak pewną hipotezę – stwierdził, wykładając ręce na stół, pytając się nas wzrokiem, czy chcemy ją usłyszeć. 

– Niech pan mówi – powiedziałem 

– Wraz z neurologami stwierdziliśmy, iż mutacji mogą podlegać neurony lustrzane chłopców. To znaczy, że jeśli jeden odczuwa, dajmy na to, smutek, drugi czuje dokładnie to samo. Niemniej dopóty tego nie stwierdzimy, dopóki chłopcy nie dorosną na tyle, by poddać ich badaniom -Słowa te brzmiały jak wyrok. Więc spytaliśmy, czy można z tym żyć. Lekarz spojrzał na nas. Widać było, że nie chce odpowiedzieć na to pytanie. Wzruszył podświadomie ramionami i powiedział: 

– Skłaniałbym się do stwierdzenia, że można, ale rzecz w tym, iż w literaturze medycznej nie ma opisanego takiego przypadku, więc musimy dmuchać na zimne. Nie jestem w stanie stwierdzić, jakie implikacje psychologiczne będzie niosła ze sobą ta mutacja. Sugerowałbym, żeby synowie zostali poddani bardziej szczegółowym badaniom, kiedy to będzie możliwe… Wszystko to, powtórzę to, hipoteza.

– Chciałbym, żeby to była tylko hipoteza – pomyślałem. 

Marcin i Michał urodzili się bezproblemowo. Moja żona mówiła, iż rodzenie nie sprawiło jej zbytniego bólu. Pomimo przeciwności losu trzymając chłopców w rękach, miałem ochotę płakać ze szczęścia. Pomimo strachu wobec tego, co może nadejść, cieszyłem się z tej chwili, jak tylko mogłem. Marcin był niemal dwa razy mniejszy i bardziej suchy od Michała, który był ogromny, pomarszczony. Pierwszy dawał mi wrażenie inteligenta, podczas gdy drugi – rozrabiaki i zawadiaki. 

Jednakże chwila zadowolenia przeminęła z wiatrem. Już następnego dnia musieliśmy na powrót skupić się na mutacji, bowiem lekarz zaprosił nas do siebie. Zlecił serię badań, które mieliśmy wykonać. Poklepał mnie po ramieniu, a chwilę potem przytulił, mówiąc – wierzę, że dacie sobie państwo radę – po czym nieśmiała łza spłynęła mu po poliku. Mojej żonie uścisnął dłoń, ale ona rzuciła mu się na szyję, błagając, by uzdrowił naszych synów. Po raz kolejny lekarz rozłożył ręce, zapewniając, iż zrobił wszystko, co mógł, a resztę muszą wykonać lekarze specjaliści.

Gdy osiedliśmy w domu, był późny lipiec. Zboża dookoła naszego domu dojrzewały, a w powietrzu unosił się zapach wiejskiego lata. Dzień, w którym Michał i Marcin zawitali po raz pierwszy w domu, zapamiętałem jako upalny, siarczysty i trudny w codziennym byciu. Rodzicielstwo wymagało od nas jednak mnóstwo heraklejskiej pracy. 

Z początku nasza rodzina funkcjonowała zgoła normalnie. Nie dostrzegaliśmy mutacji chłopców – żyli jak wszystkie dzieci – normalnie. Zdarzył się nawet taki okres, że zapominaliśmy o szpitalach i lekarzach neurologach, ale wtedy dzwonił do nas telefon albo przychodził sms z przypomnieniem o wizycie i fikcja idyllicznego domu legła w gruzach. 

Jedną sytuację pamiętam dość wyraźnie poprzez mgłę wspomnień. Chłopcy mieli wtedy po siedem lat. Siedzieliśmy z żoną w ogrodzie, na ławce, delektując się promieniami letniego słońca. Marcin i Michał bawili się razem poza ogrodzeniem w wojnę, bijąc się patykami, tak jakby były to miecze. Ten pierwszy po zakończeniu zabawy przechodził przez bramkę. Otwierała się ona do wewnątrz, także pchnął ją całym ciężarem swojego ciała. Za nim szedł Michał, którego Marcin nie zauważył. Puścił więc bramkę, która z całym impetem uderzyła jego brata w głowę. Obydwaj chłopcy w jednej chwili, jakby rażeni piorunem upadli na ziemię, trzymając się za łuk brwiowy. 

Krew zasłaniała Michałowi oczy, lejąc się jak potok. W tym samym momencie Marcin krzyczał niemiłosiernie: “boli, boli, boli… o tutaj!” i wskazywał na łuk brwiowy.

Kiedy dojechaliśmy do szpitala, Michała zabrano na salę operacyjną, podczas gdy my, wraz z Marcinem, czekaliśmy w izbie przyjęć. Ilekroć zakładano szew Michałowi, Marcin krzywił się, a chwilę potem płakał. Lekarze powiedzieli, że nie mogą nic zrobić. Że to fantomowy ból i że za moment przeminie. Jak bardzo się mylili.

Gdy chłopcy dorastali, widzieliśmy ich coraz rzadziej. Szkoła, wyjścia ze znajomymi, okres buntu. Wszystko to uderzyło w nas niespodziewanie. Jak wszyscy rodzice, myśleliśmy, że nas nie będzie to dotyczyć, bowiem chłopcy są grzeczni i nie będą sprawiać kłopotów. Jeśli owa nadzieja miała się sprawdzać, to sprawdzała się tylko w przypadku Michała, który uczył się na czwórki i piątki, a zachowanie miał wzorowe. Marcin był zupełnym przeciwieństwem swojego brata – ledwo co zdawał matematykę, a skargi na niego były chlebem powszednim. Niestety mogę coraz mniej pisać o nich oraz o ich przypadłości. Nie dość, że nie mogę obserwować ich zachowania, to jeszcze lekarze wymagają ode mnie, bym leżał bezczynnie i odpoczywał. Ile można jednak wegetować – to nie do zniesienia.

Tata zmarł na nowotwór przełyku. Szukałem rzeczy, które przypominałyby jego – znalazłem ten dziennik. O śmierci taty dowiedziałem się jako ostatni. Mój brat Marcin był drugi, zaraz po naszej mamie. Rozpacz zacząłem odczuwać już w szkole, kiedy pisałem sprawdzian z matematyki. Rozwiązywałem równania algebraiczne, kiedy znikąd zachciało mi się płakać. Ryczałem. Mocno i bez powodu. Nauczyciel podszedł do mnie, zapytał się mnie po cichu, czy nie chcę wyjść do łazienki. Wyszedłem. Siedziałem w kabinie toaletowej, na klozecie i płakałem, nie mogąc powstrzymać łez. Próbowałem myć twarz zimną wodą, ale nie pomagało. Próbowałem się wywietrzyć, ale to także nie pomagało. Wtedy do łazienki przyszedł dyrektor. “Chłopcze – powiedział – jedź do domu”. Pod szkołą stał już samochód mojej mamy. Wsiadłem, a serce krajało mi się, gdy widziałem jej rozmazany makijaż i mokre od łez spodnie. Wówczas się dowiedziałem. 

Kolejne dni spędzałem na wpatrywaniu się w ścianę i bezczynnym oglądaniu telewizji. Z początku chciałem zapomnieć, ale nie byłem w stanie. Jednego dnia próbowałem zasnąć, ale bezskutecznie. Pełnia księżyca rozświetlała mój pokój, a ja wpatrywałem się w sufit. Na moje nieszczęście łóżko stało pod skosem, także wpatrując się weń, nie mogłem nic wymyślić. Patrzyłem martwym wzrokiem na skos, który nie pobudza kreatywności. Gdy tak leżałem, poczułem nagły, atakujący serce, niepokój. Momentalnie zerwałem się z łóżka, by dowiedzieć się, dlaczego. Wyszedłem z pokoju i uchyliłem drzwi do pokoju Marcina. Wchodziłem powoli, aby go nie zbudzić, kroki stawiałem bezszelestnie. Spojrzałem na łóżko, ale Marcina w nim nie było. Zamiast tego było ono niepościelone, a poduszki leżały po drugiej stronie materaca. Wróciłem do siebie i wyjrzałem przez okno. Zauważyłem, jak Marcin wsiada na rower i odjeżdża. Nie wiedziałem gdzie. Martwiłem się o niego. Że może mu się stać krzywda.

Przebrałem się więc naprędce, zakładając ubrania, na wygląd których nie zwróciłem w ogóle uwagi. Schodziłem na dół po schodach, a niepokój nasilał się. Mama spała na kanapie z włączonym telewizorem, który wygłuszał moje kroki. Serce biło mi wówczas ze zdwojoną częstotliwością. Przemknąłem się przez salon i wyszedłem na dwór. Wziąłem swój, czerwony, rower i odjechałem. Nie wiedziałem, dokąd mam się udać. Postawiłem na intuicję. Gdy wiatr wdzierał mi się we włosy, a łzy skapywały przez powietrze, które wchodziło w oczy, czułem spokój ducha. Dosłowny brak emocji. Jechałem bez celu. 

Wtedy moja głowa zaczęła przeczesywać zakamarki wspomnień i… Przypomniałem sobie. Marcin opowiadał mi kiedyś o opuszczonej elektrowni, do której chodził ze znajomymi. Wielokrotnie powtarzałem mu, żeby tam nie chodził. – To niebezpieczne! – unosiłem głos. Nigdy mnie nie słuchał, co za każdym razem stresowało mnie jeszcze bardziej. Do dziś pamiętam fale strachu bez przyczyny, wtedy, kiedy odjeżdżał. Dokładnie ta sama gamma emocji, co wtedy, nawiedziła mnie tamtej nocy. Pędziłem ile sił w nogach, by dotrzeć do elektrowni jak najszybciej. Żeby mojemu bratu nic się nie stało.

Zobaczyłem go. On i jego znajomi rzucili w krzaki rowery, jakby śpiesząc się. Wszystko dookoła było zarośnięte. Tylko jedna, wąska i wydeptana ścieżka odstawała od reszty i przypominała portal do zupełnie innego świata. Mój brat szedł ostatni. Gdy widziałem go, przedzierającego się przez krzaki, czułem lęk nie do opisania. Bałem się o jego życie, lecz jednocześnie byłem sparaliżowany przed tym, by rzucić się i zatrzymać go. Wpatrywałem się więc na to jak znika w zaświatach. Chwilę później dołączyłem i ja. Stanąłem przed ścieżką. Oświetlało ją światło odbite z księżyca. Czułem, jak serce podchodzi mi do gardła. Myślałem, że zwymiotuję, ale wziąłem trzy głębokie wdechy, a mdłości przeszły.

Zacząłem przedzierać się przez krzaki. Wyobrażałem sobie, iż jestem poszukiwaczem przygód, który z maczetą przebija się przez dżunglę, aby odkryć zakopany głęboko skarb lub El Dorado. Spoglądałem na ziemię, idąc za śladami masywnych glanów. Towarzyszyły im niewielkie odciski trampek oraz te, które kojarzyłem z naszego podwórka. Zbyt długo patrzyłem pod siebie, gdyż usłyszałem niepokojący dźwięk. Podniosłem wzrok i wtedy… Z impetem wpadłem na gałąź. Przewróciła mnie na rozmokłe i zimne błoto. Nie miałem ochoty wstawać. Nie miałem pojęcia, która jest godzina ani gdzie w ogóle się znajduję. Bałem się. Niemniej uniosłem się dosyć sprawnie, świadom swego celu. Pocierałem sobie głowę ręką, licząc na to, że ból w jakiś cudowny sposób zniknie. Wmawiałem sobie, że zaatakowała mnie czarna, masywna i umięśniona pantera. Obaliła mnie, a ja walczyłem ostatkami sił i w przypływie adrenaliny ugodziłem ją moją maczetą. Umarła, a ja… Wtedy moim oczom ukazał się gmach elektrowni. Podrujnowany i sypiący się budynek ledwo stał na fundamentach. Lewa ściana jednego z kominów była pokruszona, jakby miała się zawalić. 

Nie mogłem dostrzec ani śladów, ani znajomych Marcina. Obróciłem się, ale nie widziałem drogi powrotnej. Wtedy coś ukuło mnie w prawą nogę. Zacząłem skakać na lewej. Zdjąłem buta, skarpetkę, ale na mojej stopie nie znajdowała się żadna rana. W jednej chwili obleciał mnie strach. Ściągnąłem drugiego buta, by nikt ze środka nie był w stanie usłyszeć moich kroków, potem wbiegłem bez zawahania do środka elektrowni. Stanąłem w bezruchu. Głosy na górnym piętrze dochodziły do moich uszu, a więc momentalnie tam poszedłem. Bezszelestnie wspinałem się po schodach. Przeszedł mnie nagły dreszcz spowodowany nocnym chłodem tudzież rozpierająca serce euforia. Dojrzałem Marcina z jego znajomymi. Schowałem się za murkiem. Miał on niewielki otwór, przez który spoglądałem. 

Po jego lewej siedziała skąpo ubrana blondynka z niebieskimi oczyma, która na nogach miała starte trampki, a po jego prawej – łysy i masywny mężczyzna z glanami. Wszyscy trzymali w swoich rękach piwo. Palili papierosy i spoglądali na księżyc w pełni, przebijający się przez korony drzew. Łysy poklepał Marcina po plecach, mówiąc mu, że wszystko będzie dobrze. Zaczął opowiadać jak sam stracił ojca. 

– Co prawda nie umarł – mówił – ale od dobrych kilku lat siedzi w więzieniu na dożywocie. To trochę jakby umarł. Prawda? – Zarówno blondynka, jak i Marcin, przytaknęli. – Kiedy się o tym dowiedziałem miałem ochotę spalić świat. Dolać benzyny do palących się lasów, podłożyć bomby, gdziekolwiek się da. Ale to uczucie przeminęło… Potem przyszła tylko rozpacz i nienawiść do ojca… za to, co zrobił.

– Ja też – zaczęła blondynka, kładąc swą dłoń na kolanie Marcina – kogoś straciłam. Może nie był to człowiek, ale śmierć jest śmiercią nawet wtedy, gdy umiera nic nieznacząca mrówka. Mówię o moim psie. Mika. Tak się nazywała. Była zadowolona dzień w dzień. Miała puchaty ogonek. Jak lisek. Tylko umaszczenie miała szare. W zasadzie to z nią dorastałam. Wychowała mnie jak swojego szczeniaczka. Do dziś trzymam na lodówce zdjęcie, jak trzymam ją w swoich objęciach. Dnie i noce mijały, a ona zawsze była. Wtedy przyszło najgorsze. Pewnego razu obudziłam się i… i klata była pusta. Samochodu nie było na podjeździe. Zbiegłam ile sił w nogach, wyszłam na dwór i usiadłam na kostce podjazdu, czekając. Spędziłam tak dobre trzy godziny. Wtedy przyjechali. Z informacją. – Blondynka rozpłakała się, a Marcin objął ją. 

Wtedy coś poczułem. Nagle krajobraz mojego życia zmienił się w portret kobiety z niebieskimi oczami i błyszczącymi jak złoto włosami. Nie mogłem oderwać od niej wzroku. Zazdrościłem Marcinowi, że mógł ją trzymać w swych rękach. To przecież ja. To ja ją kochałem, a nie on. To jest moje uczucie – pomyślałem – I nie pozwolę, by mi je skradł. Odwróciłem się na pięcie. Znalazłem przejście, wyrzuciłem niebieski rower głębiej w krzaki. Wziąłem swój i odjechałem do domu. 

Gdy otworzyłem drzwi wejściowe, mama dalej spała, a ja poszedłem do swojego pokoju. Zdjąłem zabłocone ubrania i położyłem się pod kołdrą. 

Zaczynało już świtać, kiedy Marcin bez pukania wtargnął do mojego pokoju: 

– Co zrobiłeś z moim rowerem! – krzyknął, a ja byłem zbyt zaspany, by cokolwiek mu odpowiedzieć. – Mów! 

– Co? – wyjęknąłem, przecierając oczy. 

– Co zrobiłeś z moim rowerem! – powtórzył, artykułując każde słowo z gracją oratora. 

– Nie ruszałem twojego roweru, człowieku odczep się ode mnie 

– To ty nie chcesz się ode mnie odczepić! Gdziekolwiek nie pójdę, tam widzę twój parszywy łeb. 

-Z tym parszywym łbem to przesadziłeś – rzuciłem się na mojego brata i zacząłem okładać go otwartymi dłońmi. Czułem ból, ale nie przestawałem. Odwinął się, zepchnął mnie z siebie i przejął inicjatywę. Usiadł na mnie, zablokował mi ręce i spojrzał mi prosto w twarz. 

– Wczoraj też cię widziałem. Jak śliniłeś się za murkiem do Karoliny! 

– Kim jest Karolina?!

– Nie udawaj, że nie wiesz. 

– Pierdol się! Zabierzesz mi wszystko, co moje. Tak? Odbierasz mi uczucia i uznajesz je za swoje. Kim jestem, jeśli nie tobą? Moje uczucie do Karoliny to twoje uczucie. Patrzysz na to zbyt 

– Zamknij się już… Dobra?! – przerwał mi Marcin 

– Oj, nie zamknę się, bo boisz się tego, co powiem. Boisz? 

– Zamknij się! 

– Patrzysz na to tak bardzo egoistycznie. Tyle lat oddawałem ci uczucia, żebyś poczuł się jak człowiek. Do śmierci taty tak robiłem. Teraz chcę odzyskać siebie. Teraz chcę uczucia z powrotem. Teraz chcę Karoliny. – Marcin uderzył mnie z głowy, po czym upadł na podłogę, trzymając się za czoło. Uwolniwszy rękę, leżałem dokładnie jak on. Finalnie uścisnęliśmy sobie dłoń, ale nie wybaczyliśmy sobie. Kwestię Karoliny pozostawiliśmy w zawieszeniu. Gdy zeszliśmy do salonu, mama wciąż spała. Ostatnimi czasy spała po kilkanaście godzin dziennie. Całe szczęście, były wakacje, także nie musieliśmy chodzić z Marcinem do szkoły, a mama nie musiała załatwiać nam transportu. 

Trzy dni po tych wydarzeniach Marcina zaczęły nachodzić dreszcze. Miał ogromną gorączkę, a głowa bolała go tak, jakby ktoś zrzucał mu na nią kowadło. Próbowałem obudzić mamę, ale nie wstawała. Sam odczuwałem symptomy Marcina. Może nie tak jak on – nie tak dokładnie, ale wiedziałem, z czym się one jedzą. Zadzwoniłem na pogotowie. Ratownicy przyjechali sprawnie. Również próbowali obudzić mamę, ale bezskutecznie. Wzięli nas do jednej karetki, bo osowiałość nawiedziła też mnie. Gdy leżeliśmy na noszach, klepałem Marcina po plecach, mówiąc, że wszystko będzie dobrze.

Słyszałem, jak ratownicy mówili, że trzeba mu podać szczepionkę na tężec. Zapytali mnie, czy brat miał kontakt z jakimiś zardzewiałymi gwoździami lub coś w tym stylu. Odpowiedziałem, by sprawdzili prawą nogę. Okazało się, iż wdało się tam zakażenie.

Aktualnie piszę to na łóżku szpitalnym. Nie wiem, co może stać się Marcinowi, a w konsekwencji ze mną. Jesteśmy bowiem jednością. Zrozumiałem to, gdy jechaliśmy razem w karetce. Jesteśmy braćmi syjamskimi bez fizycznego połączenia. Próbowaliśmy rozdzielić się od siebie, ale bezskutecznie. Niemniej, czy człowiek może dzielić życie z innym w całości?

Kocham Cię, Tato. 

Byłam zdziwiona, gdy okazało się, iż mój mąż prowadził dziennik. Pisał też wiersze i powieści – do szuflady, rzecz jasna. Do szpitala przyjechałam z opóźnieniem. Michał wręczył mi dziennik i powiedział, żebym postawiła kropkę. Obiecałam mu to. Niedługo potem dowiedzieliśmy się, że Marcina nie udało się odratować. Zmarł o 12:41. O 12:42 zmarł Michał. Lekarze odkryli, iż jego serce fizycznie pękło na pół, co doprowadziło do zgonu. Nasze szczęście okazało się przekleństwem. 

 

Koniec
Nowa Fantastyka