Wielkie podziękowania dla organizatora za fantastyczną inspirację, a potencjalnym czytelnikom życzę przyjemnej lektury.
Wielkie podziękowania dla organizatora za fantastyczną inspirację, a potencjalnym czytelnikom życzę przyjemnej lektury.
Ktoś chciał mnie zabić. Ale nie tak zwyczajnie, o ile oczywiście zabicie kogoś można w ogóle nazwać zwyczajnym. Człowiek bez twarzy i włosów, ubrany w doskonale nijakie spodnie, buty i koszulę musiał mnie naprawdę bardzo nie lubić.
Najpierw przykuł mnie do czegoś na kształt żelaznej dziewicy, tylko z odkrytym wiekiem, wstrzyknął adrenalinę, żebym nie zemdlał i torturował wszelakimi wyrafinowanymi metodami, jakie są znane ludzkości. Od pospolitego przypalania boków i wyrywania paznokci, przez nacinanie najwrażliwszych części ciała i umieszczanie w nich losowo wybranych, ostrych przedmiotów, aż do chińskiej tortury wodnej. Ach, zapomniałbym o metalowym pudełku z wygłodniałym szczurem, przymocowanym do mojego brzucha, który tym samym stał się dla gryzonia jedyną drogą ucieczki i przy okazji całkiem wykwintną kolacją.
Kiedy zbliżyłem się niebezpiecznie do granicy życia i śmierci, zaaplikował mi kolejną dawkę adrenaliny na pobudkę, jakiś specyfik na uspokojenie akcji serca, żeby jeszcze trochę wytrzymało oraz mieszankę różnego rodzaju trucizn, które swoim działaniem doprowadziły mnie do wielogodzinnej i bolesnej agonii. W międzyczasie w jego ambitnym planie znalazło się jeszcze miejsce na tak pospolite rozrywki jak obcięcie palców, języka oraz organów płciowych zardzewiałym sekatorem, oskalpowanie oraz nakłuwanie gałek ocznych grubą igłą, zakażoną wirusem HIV. To ostatnie wydało mi się w tej sytuacji szczególnie niedorzeczne, ale mój oprawca raczej nie był do końca zdrowy na umyśle, więc w sumie nic nie powinno mnie dziwić.
Wielki finał był równie spektakularny – przestrzelenie kolan, wyprucie flaków (oczywiście tych, których nie skonsumował uprzednio szczur), podtopienie, podduszenie i jako wisienka na torcie – dekapitacja tępym mieczem oraz spalenie ciała, a raczej tego, co z niego pozostało.
Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, po tych wszystkich zabiegach znalazłem się znowu przykuty do kolczastego łóżka, a moje ciało było w jednym kawałku. Zaskoczony popatrzyłem pytająco na mojego oprawcę. Na środku pozbawionej twarzy głowy nagle pojawił się bezkształtny otwór, który po chwili przerodził się w coś w rodzaju obrzydliwego, wrednego uśmiechu.
– Pewnie zastanawiasz się, co się stało? Będę tak wspaniałomyślny i wyświadczę ci tę jedną, ostatnią przysługę, odpowiadając na twoje niezadane pytanie. Oczywiście nie dlatego, żeby zaspokoić twoją ciekawość, ale by nakarmić twój strach. Użyłem najobrzydliwszych technik nekromancji, by przywrócić do życia twoje sponiewierane, zwęglone ścierwo. Jedna śmierć to za mało, żebyś odpokutował za wszystkie swoje grzechy. Dlatego będziesz przechodził przez to wszystko, co ci zgotowałem, aż do samego końca Świata. Witaj w twoim małym, prywatnym piekle!
Otwór gębowy rozszerzył mu się tak, że zakrywał teraz prawie całą powierzchnię głowy, a z gardła wydobył się makabryczny, ochrypły, szaleńczy rechot.
Obudziłem się cały blady i zlany zimnym potem.
– Nigdy więcej nie wezmę już żadnych grzybków halucynogennych. No, przynajmniej tych z niesprawdzonego źródła.
Po tej trudnej do dotrzymania obietnicy, złożonej samemu sobie, leniwie przeciągnąłem się, leżąc znowu we własnym łóżku. Zacząłem się zastanawiać, co będę robił z tak strasznie rozpoczętą sobotą, żeby jakoś uratować ten wolny dzień.
Mechanicznie sięgnąłem po telefon, który jak zwykle leżał na nocnej szafce. Nowa wiadomość SMS – przypomnienie o wizycie u lekarza. Za pół godziny! Kompletnie nie pamiętałem, żebym zapisywał się na jakąś konsultację, zwłaszcza w sobotę rano, ale zawsze byłem stanowczym przeciwnikiem niestawiania się na umówione spotkania – twarde wychowanie pozostawiło po sobie ślad. Szybko więc zerwałem się na równe nogi, założyłem ubrania rozrzucone po całym pokoju (w tym przypadku wychowanie poległo w walce z charakterem), umyłem zęby i opłukałem twarz zimną wodą. Przejrzałem się w lustrze, ale szybko odwróciłem wzrok – byłem blady jak trup, oczy miałem podkrążone i zaczerwienione, a włosy w nieładzie. Nie miałem już czasu na układanie fryzury, więc tylko przeczesałem się dłonią i czym prędzej ruszyłem w drogę.
Na szczęście placówka, której adres dostałem w SMS-ie, znajdowała się całkiem niedaleko mojego miejsca zamieszkania. Droga przebiegła mi niezwykle sprawnie – na mieście było kompletnie pusto, krajobraz skojarzył mi się z jakąś postapokaliptyczną wizją rodem z książek sci-fi. A może fantasy? Nigdy nie rozumiałem różnicy pomiędzy jednym, a drugim.
Odruchowo włączyłem radio i zacząłem sprawdzać stacje w poszukiwaniu piosenek, które bardzo lubię bądź które po prostu wpadną mi w ucho w danym momencie. Niestety, na nic takiego nie trafiłem – na jednym kanale, zapewne z muzyką klasyczną – marsz żałobny, na kolejnych trochę rockowej klasyki – Stairway to Heaven i Highway to Hell, w Radiu Maryja U drzwi Twoich stoję, Panie. Zniechęcony wcisnąłem off i dalszą część drogi przejechałem w grobowej ciszy.
Na szczęście zaraz dotarłem do celu. Zatrzymałem się na prawie pustym parkingu (stał tam tylko karawan, dziwne…) i szybkim krokiem ruszyłem do jedynych drzwi w budynku, który znajdował się pod wskazanym w wiadomości adresem. Trochę zdziwiło mnie, że to nie przychodnia NFZ, ale prywatna praktyka lekarska. Nie kojarzyłem, żebym miał tam wykupiony jakiś abonament. Najwidoczniej potrzebowałem pilnej pomocy, więc nie mogąc liczyć na publiczną opiekę zdrowotną, zdecydowałem się wyłożyć pieniądze na wizytę prywatną. Niepamięć zaś zwaliłem na trudy wczorajszego wieczora i dziarsko ruszyłem przed siebie.
Nad drzwiami widniało znajome logo z fikuśnym krzyżem. Wprawdzie było czarne, nie zielone, jak je zapamiętałem, ale to też pewnie zasługa magicznych grzybków – pomyślałem. Obok widniał napis w tym samym kolorze – Lux Dead.
W środku zobaczyłem klasyczną recepcję i równie klasyczną, jak mi się z początku wydawało, recepcjonistkę. Czarny (czemu nie zielony?) uniform, tlenione blond włosy i różowe tipsy, którymi dziewczyna żywiołowo wystukiwała coś na klawiaturze komputera.
Kiedy do niej podszedłem, nie oderwała się ani na moment od swojego zajęcia, tylko trochę dziwnym, jakby metalicznym głosem poprosiła mnie o dowód osobisty. Pokazałem jej mObywatela i dopiero wtedy podniosła głowę, żeby porównać zdjęcie widniejące na ekranie smartphone’a z moją szlachetną facjatą.
Krzyknąłem głośno i chciałem uciekać gdzie pieprz rośnie, ale nie mogłem się ruszyć – jakby jakaś siła sparaliżowała mnie od pasa w dół. Patrzyła na mnie para pustych oczodołów, osadzonych w czaszce przyozdobionej czerwoną szminką w miejscu, gdzie powinny znajdować się usta. Palce nieustannie tańczące na klawiaturze również pozbawione były ciała – długie tipsy przyklejono bezpośrednio do kości.
Upiorna recepcjonistka w żaden sposób nie zareagowała na moją panikę. Tym samym beznamiętnym tonem oznajmiła mi jedynie, że mam się udać do gabinetu numer jeden po prawej stronie na początku korytarza i czekać, aż doktor Piotr zaprosi mnie do środka. Odwróciłem się i jak po sznurku podreptałem pod wskazane drzwi. Kątem oka zauważyłem jeszcze niewielką, różową kosę, opartą o recepcję, na którą wcześniej jakimś cudem nie zwróciłem uwagi.
Nie zdążyłem usiąść na krześle dla oczekujących, kiedy drzwi gabinetu otworzyły się. Ze środka wyszła kobieta w średnim wieku z wielkim nożem wbitym w okolice serca. Z anielskim uśmiechem na twarzy spojrzała na mnie przelotnie, po czym szybko udała się w głąb korytarza, na końcu którego dostrzegłem bardzo jasne światło.
– Pan Michał, zapraszam do środka. – Usłyszałem tubalny głos, nie znoszący sprzeciwu.
W do bólu zwyczajnym gabinecie siedział starszy mężczyzna z długimi włosami i równie imponującą, siwą brodą. Na sobie miał białą szatę, będącą przedziwnym połączeniem lekarskiego kitla i starożytnej togi.
– Dzień dobry, eee… panie doktorze? – wykrztusiłem z siebie niepewnie.
Starzec uśmiechnął się pod nosem, po czym odpowiedział.
– Dzień dobry. Wbrew pozorom, jakie może stwarzać to miejsce, nie jestem doktorem. Chcieliśmy, żeby nasi pacjenci VIP nie doznali zbyt dużego szoku zaraz po śmierci, dlatego upodobniliśmy je do znanych żywym ludziom wzorców.
Zbladłem jeszcze bardziej, o ile w ogóle było to możliwe. Chciałem coś powiedzieć, otworzyłem nawet usta, ale z zaschniętego na amen gardła nie byłem w stanie wydobyć żadnego dźwięku. Nie-lekarz kontynuował.
– Nazywam się Piotr, święty Piotr. Być może o mnie słyszałeś. Trafił pan tutaj, bo mieszanka grzybków, którą postanowił pan sobie umilić piątkowy wieczór, okazała się zabójcza dla pańskiego nadwyrężonego podobnymi eksperymentami organizmu. Ma pan natomiast ogromne szczęście. W sensie nie dlatego, że pan umarł, ale dlatego, że ma pan taką fantastyczną babcię.
Patrzyłem na niego zdębiały, z gałami wywalonymi na wierzch jak po zażyciu białego proszku, którego nigdy sobie nie żałowałem. Zdołałem wykrztusić z siebie tylko.
– Yyyy, babcia Jadzia?
– Nie inaczej. Ta święta kobieta przez ostatnie 20 lat modliła się żarliwie o dar łaski dla swojego marnotrawnego wnusia, który nie raczył jej nawet odwiedzić w innym celu, niż wyłudzenie pieniędzy na ćpanie. Niemniej jednak, to dzięki niej trafił pan do (tu Święty użył gestu, oznaczającego cudzysłów) „prywatnej” opieki pośmiertnej Lux Dead. Bez kolejek i w miłej atmosferze.
Ostatnie zdanie zabrzmiało jak tanie hasło reklamowe, ale tego dnia już nic nie było w stanie mnie zdziwić. W końcu nie żyję i rozmawiam ze świętym Piotrem, a przed chwilą stałem twarzą w twarz z Kostuchą w wydaniu pink bitch. Przekonany o tym, że gorzej już być nie może, nabrałem wystarczająco dużo odwagi i pewności siebie, żeby zadać nurtujące mnie pytanie.
– Co dalej ze mną będzie?
Święty odwrócił się w stronę komputera, stojącego na jego biurku i jednym palcem z mozołem wpisywał coś do systemu, komentując pod nosem bardziej do siebie, niż do mnie.
– Zobaczmy, jak wygląda kartoteka pacjenta, hmmm…
Następnie spojrzał na mnie groźnie, odchrząknął i podjął oskarżycielskim tonem.
– Ciągłe narażanie na wyniszczenie swojego ciała, stworzonego na wzór i podobieństwo Pana, rozwiązłość, lenistwo, patologiczna mitomania i bardzo wiele innych objawów wskazujących na ciężką, nieuleczalną chorobę zwaną grzechem śmiertelnym. – Święty ani na chwilę nie wychodził z roli lekarza, chyba sprawiało mu to jakąś dziwną frajdę. – Powinienem wypisać panu od ręki skierowanie na bezterminowy pobyt w sali operacyjnej, gdzie próżno szukać anestezjologów czy sterylnych narzędzi, a zespołem specjalistów dowodzi doktor Lucyfer.
Spojrzał wymownie na miejsce pod krzesłem, na którym siedziałem. Odruchowo podążyłem za jego wzrokiem i spostrzegłem, że pode mną znajduje się właz, a raczej zapewne zapadnia, jak się po chwili domyśliłem. Ze szczelin pomiędzy nią a resztą podłogi przenikała czerwona poświata. Dopiero wtedy poczułem, że od spodu bije ciepło. Określenie „gorące krzesło” zyskało zupełnie nowy wymiar. Rozdziawiłem usta i pewnie bym zemdlał, gdyby nie fakt, że byłem martwy. Święty Piotr niewzruszony kontynuował.
– Ale… Dzięki wstawiennictwu babci Jadzi i kilku dobrych cechach, wbitych panu do głowy w dzieciństwie oraz zachowaniu godnym pochwały, jak np. odpowiednio wczesne odwoływanie wizyt lekarskich, żeby inni pacjenci mogli skorzystać z wolnego terminu, mam dla pana inną propozycję. Wypiszę skierowanie do sanatorium „Oczyszczenie”. Tam będzie mógł pan w komfortowych warunkach popracować nad kondycją swojej nieśmiertelnej duszy. Pytania?
Pokręciłem głową bez słowa.
– Świetnie, zatem na dzisiaj dziękuję i zapraszam do gabinetu numer dwa, w korytarzu po prawo, obok toalety. Tam się panem zajmą. A jak już skończą, proszę wrócić do mnie na przegląd – zastanowimy się, co dalej z panem począć. Do zobaczenia. Następny proszę!
Pożegnałem się grzecznie i wyszedłem, kierując kroki do wskazanego miejsca. Przed gabinetem świętego Piotra czekał już kolejny „pacjent”; obrzuciłem go przelotnym spojrzeniem i zdębiałem. Grzywa barwy świńskiej szczeciny, pomarańczowa skóra na nalanej twarzy, za duży garnitur i czerwony krawat, od spodu podklejony przezroczystą taśmą. Nie mogłem się mylić – to był Donald Trump!
Niewidzialna siła pchała mnie do gabinetu numer dwa, ale zdołałem się jeszcze odwrócić, żeby popatrzeć na najwidoczniej już byłego prezydenta USA. Ten wkroczył pewnym krokiem do pokoju zajmowanego przez świętego Piotra, a drzwi za nim zatrzasnęły się z głośnym hukiem. Dostrzegłem jeszcze, że różowa Kostucha przekręca klucz w zamku i wykrzywia pokryte szminką miejsce na usta w makabrycznej karykaturze uśmiechu. Na koniec puściła do mnie oko, a właściwie, o zgrozo, oczodół. Zanim przeszedłem przez próg gabinetu numer dwa, zza zatrzaśniętych drzwi usłyszałem jeszcze dziwnie przymilny głos Świętego.
– Dzień dobry panie prezydencie, proszę wygodnie rozsiąść się na krześle.
Cześć, jestem nowicjuszem, więc lepiej poczekaj na opinię kogoś bardziej ogarniętego.
Bardzo podobał mi się styl, dawno nie czytałem tak przyjemnych opisów tortur :)
Z błędów, które chyba są błędami:
Droga przebiegła mi niezwykle sprawnie – na mieście było kompletnie pusto, krajobraz skojarzył mi się z jakąś post apokaliptyczną wizją rodem z książek sci-fi. – to chyba łącznie
Na środku pozbawionej twarzy głowy nagle pojawił bezkształtny otwór, który po chwili przerodził się w coś w rodzaju obrzydliwego, wrednego uśmiechu. – tu pomiędzy chyba powinno być się
– Ciągłe narażanie na wyniszczenie swojego ciała, stworzonego na wzór i podobieństwa Pana, rozwiązłość, lenistwo, patologiczna mitomania i bardzo wiele innych objawów wskazujących na ciężką, nieuleczalną chorobę zwaną grzechem śmiertelnym. – chyba miało być na podobieństwo
Pozdrawiam serdecznie anonimowego użytkownika i życzę nie tylko miłego dnia, ale również sukcesu w konkursie.
Miło mi niezmiernie! A że początkujący tutaj nie znaczy, że nie znający się na rzeczy i tego będę się trzymał 
No i wygląda na to, że bardzo uważnie przeczytałeś tekst, bo czujne oko wyłapało faktycznie bardzo drobne błędy, które już poprawiłem.
Tym bardziej się cieszę i dziękuję za uwagi i dobre słowo.