Pociąg Zbąszynek-Poznań bardzo późno zajechał na stację. Dwugodzinne opóźnienie spowodował wypadek na trasie. Dla niego, w odróżnieniu od reszty pasażerów, była to komfortowa sytuacja. Nie wracał do domu. Nie spieszył się. Od trzech lat widniał jako osoba bezdomna. Szlajał się bez celu, zbierał złom, butelki, właściwie cokolwiek, co się dało. Większość wydawał na alkohol. Zdarzało się jednak, że mógł zafundować sobie przejażdżkę. Mało kto siadał blisko. Większość ludzi wzbraniała się przed takim towarzystwem.
Niewiele istot przemierza perony dworca tak późną porą. Ludzie o tej godzinie udają, że się nie widzą. Wyłącznie lampy rozświetlają rozmaite twarze. Przemykał więc jak zjawa. Zima była wyjątkowo mroźna. Przygotował się na to. Kontenery na odzież dla potrzebujących i schroniska okazały się łaskawe. Gruba wełniana czapka przykrywała kępkę siwych i potarganych włosów. Szyję i twarz przysłaniał czarny szal, spod którego sterczała zdecydowanie za gęsta broda. Wiek odcisnął swoje piętno. Lata zaglądania do kieliszka zmieniły rysy i odcień skóry. Uważał się za wolnego ducha. Z wyboru. Miał w życiu swoje problemy, więc postanowił się od nich odciąć. Uciekał od ludzi. Najbardziej tych jego pokroju. Nie szanował żebractwa, żali i pijackich awantur. Czuł się lepszy. Podmuch chłodnego wiatru wymusił wtulenie się w wyświechtaną kurtkę. Jedyna pozostałość z dawnego życia. Pomimo mnóstwa dziur wciąż była ciepła. Buty zdobył czystym szczęściem miesiąc wcześniej. Wywalone niedbale przy śmietniku, bez większych uszkodzeń. Wiedział, że są gwarancją przeżycia.
Gdy wychodził na Głogowską, ponownie uderzyło zimne powietrze. Szedł znaną sobie trasą. Szum silników wybrzmiewał wyjątkowo głośno.
– Że też ludziom chce się gdzieś jeździć o takiej godzinie – pomyślał. Chciał uciec, szczególnie od świateł i hałasu dobiegających z pobliskich Targów. Co chwilę przechodził na drugą stronę ulicy, głęboko chowając ręce w kieszeniach, by omijać innych. Myślami wrócił do wydarzeń sprzed paru godzin. Wypadkiem powodującym opóźnienie było samobójstwo. Coś niewyobrażalnego. Nie mieściło się w głowie. Ktoś może po prostu stwierdzić „to koniec”. Gardził tym.
Wraz z kolejnymi krokami cichł gwar. Poczuł, jak wypuszcza ciężki wydech, a ramiona samoistnie opadają. Kolejny pusty przystanek tramwajowy minął z ulgą. Najważniejszym celem było teraz zaszycie się do rana. Skupił się wyłącznie na tym. Wciągnął zimowe powietrze i ze zdziwieniem odkrył brak pary z ust.
– Czyżby się ociepliło? – pomyślał. Być może ta noc wcale nie zapowiadała się tak tragicznie. Spokojnym krokiem starszego człowieka parł przed siebie. Wbrew późnej godzinie zaskoczyła go liczba przechodniów. Z każdą ulicą coraz mniej. W dodatku wszyscy wydawali się odurzeni. Dawno przywykł do tego, że dla świata nie istnieje. Odwracają oczy, lekceważąco machają ręką. Zdarzają się tacy, co plują. Nic nadzwyczajnego. Mimo to w ten wieczór kilka par mijanych oczu wydało się dziwne. Przytłumione, głuche na świat zewnętrzny, w transie. Zaintrygował się. Wzrok skierował na pobliskiego mężczyznę.
– Przepraszam pana bardzo – zaczął, jak zawsze, uprzejmie. Gość nie podniósł oczu. Tak usilnie próbował uniknąć zaczepki, że wpadł prosto na niego.
– Ej uważaj pan! – zakrzyknął na obcego.
– Tak…ja…sorry – wybełkotał nieobecny przechodzień, potykając się o własne nogi. Nie zauważył wytrąconych z ręki papierosów. Odszedł chwiejnie.
Przystanął zapalić, podniesiony na duchu swoją zdobyczą. Cisza zdawała się nienaturalna. Tytoń delikatnie zagłuszył skurcze żołądka. Buchając, wypatrywał gwiazd i wspominał przeszłość. Nie osiągnął w życiu za wiele. Kiedy mógł, był dobrym człowiekiem. Bez ambicji i mało lotny. Jednak uczynny. Nie potrafił odmawiać. Doprowadziło to do skrajnej biedy. Komornik zajął mieszkanie. Z pracy fizycznej szybko wyparli go młodsi i silniejsi. Wszystko to chętnie polewali z kolegami naleweczką. Przecież nie odmówi.
– Napij się ze mną – wybrzmiał kobiecy głos. Przeszyły go dreszcze. Obrócił się gwałtownie, szukając kusicielki. Nie było nikogo. Jedynie lampa uliczna przebłyskująca niepewnie.
– Kto tam? – wykrztusił płochliwie. Odpowiedziała cisza. Nabrał więcej śliny. Nadal nikogo nie dostrzegając, wyrzucił papierosa, choć dopiero wypalił połowę. Ruszył pospiesznie dalej, obracając się kilkukrotnie. Nikt go nie śledził. Równie szybko, jak pojawiły się pierwsze dreszcze, nadeszła racjonalizacja. Mijając dwie kolejne przecznice, miał pewność, że głos był jedynie wytworem wyobraźni. Odetchnął z ulgą. Nie poczuł, jak w nozdrza wdziera się zapach morskiego powietrza.
Pamiętał jeden szczęśliwy dzień w swoim życiu. Dzień ósmych urodzin. Ojciec stwierdził, że czas, aby spędził je jak prawdziwy mężczyzna. Paradoksalnie nie poczęstował go niczym, czego dziecko dotykać nie powinno. Pojechali na ryby. Wspólnie rozłożyli namiot. Przygotowali obóz, a potem łowili obiad i kolację. Naprawdę tego dnia czuł się jak dorosły. Ostatnie zapierające dech w piersiach świętowanie.
– Piękne wspomnienie. Twój ojciec jest tu ze mną. Dołącz do nas – przebił się ponownie kobiecy głos.
Fala lodowatych uczuć wylała się niczym wiadro wody. Obrócił się raz, drugi. Szukał wzrokiem czegokolwiek. Niewiele jednak mógł już dostrzec. Ciemność ogarnęła ulice. Z bliska wciąż były to znane poznańskie ścieżki. W oddali wszystko było zamazane.
– Co jest! Pokaż się! – wrzasnął. Wróciło echo. Odbite niczym w pustym pomieszczeniu. Nikt się nie pojawił, nikt się nie odezwał.
Pierwsza myśl była jedna. Delirium. Trzęsącymi dłońmi wyciągnął małą buteleczkę z kieszeni kurtki. Jednym tchem opróżnił zawartość, wyrzucając szkło przed siebie. Nie oddało spodziewanego trzasku. Trunek za to, uderzył od razu. Bez zastanowienia zaczął zrzucać wierzchnie ubranie. Poczuł wypalające ciepło. Jak w środku lata. Pobiegł przed siebie. Kierował się instynktem. Do uszu dochodziło jedynie bulgotanie, a do nosa nieustannie morska bryza.
– Spokojnie – usłyszał wyraźny, łagodny głos. Strach przyćmiła ulga. Brzmiał dziwnie znajomo. Było w nim coś przyciągającego.
– Nic ci nie grozi. – Stanął. Właściwie nic się nie działo. Nie było potrzeby uciekać. Dotknął dłońmi twarzy. Ciepła, prawdziwa. Czuł szorstkość włosów, spocone czoło, nieprzyjemny materiał swetra. Sweter. Jak wcześniej kurtka, stał się zbędny.
– Dokładnie. Dołącz do nas – zawołała gdzieś z lewej strony. Ośmielił się. Przechylając się w stronę, z której dobiegał kobiecy szept, dostrzegł maleńkie światełko. Jedyne źródło światła. Mieniło się. Zapragnął tam dotrzeć.
Ulice Poznania stopniowo zalewały się wodą. Wcześniej powstałą ciszę wypełniał szum fal i oddalony skrzek mew. Oczy przywykłe do ciemności skupione były na jednym punkcie. Piękno chwili przesłaniało jej absurdalność. Najbliższe kamienice pozostały niezmienione. Puste ulice płynęły, nikomu nie wadząc. Istniała jedna droga. Melodyjnie przyciągała. Ruszył, nie zastanawiając się już nad niczym. Woda sięgałaby po kolana, gdyby nie niewidoczne granice, po których się przemieszczał. Czuł, jak cały zalewa się potem. Suchość gardła wręcz zasysała język. Kobieta zapewniła, że będzie mógł się napić, może czegoś mocniejszego. Przyspieszał z każdym kolejnym krokiem. Napór powietrza nie istniał. Nogi odmawiały posłuszeństwa. Na to jednak było już za późno. Pierwsze kilka metrów przechodziło w kilkanaście kolejnych. Jakby trasa wydłużała się samoistnie. Światło stawało się wyraźniejsze, a krajobraz niknął. Ciemność całkowita. Myśli stały się obłędne i chaotyczne. Tylko szum, przelewająca woda i słony zapach morza.
Wreszcie dotarł. Nastała cisza. Zatrzymał się kilka metrów od źródła. Butelka. Niezidentyfikowana. To ona tak intensywnie błyszczała. Z jakiegoś powodu wydała się groźna. Gardło paliło coraz mocniej. Nagły rozsądek nakazał stanąć. Rozglądnął się. Zimny pot ponownie ogarnął całe ciało. Miasto zniknęło, dookoła w rzędzie, widniały ostre skały. Nos piekł od woni zgnilizny.
Krok wstecz.
– Poczekaj – uspokoiła go. Niewidzialna nić szaleństwa na nowo zacisnęła umysł. – To uspokoi twoje pragnienie. To jedyna szansa, abyś do nas dołączył.
Głos dobiegał z czarnej otchłani. Był bliżej. Odbijał się od serii stalaktytów i stalagmitów przedziwnej przestrzeni.
Krok wstecz.
– Po prostu weź ją w dłoń.
Zawahał się refleksyjnie. Właściwie dlaczego miałby jej nie zabrać. Tyle przeszedł. Zawsze wybierał darmową butelkę, bez względu na trunek znajdujący się w środku.
Krok w przód. Krok wstecz. Jakby tańczył.
Dłonie silnie chwyciły za włosy, rwąc je w bólu. Nie przestawała już mówić. Zalała go potokiem słów, zachęt, rozkazów. Równie szybko łagodniejąc.
– Przecież jesteś zmęczony. Jestem rozwiązaniem wszystkich problemów. Przyjrzyj się.
Zrobił to więc. Wcześniej niezidentyfikowana butelka wydała się inna. Stała się bardziej znajoma. Pił już kiedyś z takiej. Na pewno. Ruszył powoli w przód. Dlaczego miałby nie spróbować choć trochę. Poczuł ogromny skurcz żołądka i wszystkie napinające się mięśnie.
Krok w tył.
– Nie bój się. Całe życie uciekasz, a teraz się boisz?
Zawroty głowy i mdłości utrudniały myślenie. Przed oczami stanęło życie bez nieustannej walki. Bez upokorzeń, zimna. Bez głodu. Być może była to odpowiedź na wszystkie jego problemy. Zawsze wybierał taką odpowiedź, dlaczego tym razem miałby zrobić inaczej. Nie ruszył od razu. Niepewny impuls wymusił krok w przód. Umysł chciał się opierać. Nie widział nikogo ani niczego, co pchało go ku głębi. Odbierał sobie odpowiedzialność za to działanie.
– Przestań już. Oboje wiemy, że i tak tego chcesz.
Zrezygnował. Ten taniec przecież nie ma sensu. Nie po to przebiegł taką drogę, by teraz odejść. Niepewnie stawiając stopy, ignorował całkowicie panikujące i krzyczące w rozpaczy ciało. Uciszył ogłuszony, zalany strachem i szaleństwem umysł. Stanął naprzeciw tak dobrze znanej butelki. Nadal rozświetlała przestrzeń. Nie rozglądał się już. Gdyby to zrobił, dostrzegłby, gdzie jest. Poczułby znów woń zgnilizny. Odwróciłby się i uciekł. Zmieniłby los, na jaki go skazywała.
– BIERZ!
Wziął.
– Idealnie – wykrzyknęła radośnie. Kły zacisnęły się z trzaskiem. Nastała pustka. Poznań mógł obudzić się do kolejnego dnia.
Pociąg Zbąszynek-Poznań bardzo późno zajechał na stację. Dwugodzinne opóźnienie spowodował wypadek na trasie. Dla niego, w odróżnieniu od reszty pasażerów, była to komfortowa sytuacja
Dla pociągu? Coś się w podmiotach pomieszało.
Tytoń delikatnie zagłuszył skurcze żołądka. Buchając, wypatrywał gwiazd i wspominał przeszłość.
Tu też
Trunek za to, uderzył od razu. Bez zastanowienia zaczął zrzucać wierzchnie ubranie.
I tu
Nie wracał do domu. Nie spieszył się. Od trzech lat widniał jako osoba bezdomna
Odpowiedziała cisza.
AI vibe
Wciągnął zimowe powietrze i ze zdziwieniem odkrył brak pary z ust.
Parę widać przy wypuszczaniu powietrza
Mimo to w ten wieczór kilka par mijanych oczu wydało się dziwne. Przytłumione, głuche na świat zewnętrzny
Czy oczy mogą być głuche?
Z pracy fizycznej szybko wyparli go młodsi i silniejsi. Wszystko to chętnie polewali z kolegami naleweczką.
Co polewali?
Nie oddało spodziewanego trzasku
Oddało?
Nogi odmawiały posłuszeństwa. Na to jednak było już za późno.
Na co? Na posłuszeństwo?
Światło stawało się wyraźniejsze, a krajobraz niknął. Ciemność całkowita.
Światło stawało się wyraźniejsze, więc skąd ta ciemność całkowita?
Ok, mocno AI-izowane. Podrzucam zatem Poradnik etycznego korzystania z generatywnej sztucznej inteligencji na tym portalu.
Those who don't believe in magic will never find it
Dzień dobry,
zacznę od tego, co wynotowałem podczas lektury.
Pociąg Zbąszynek-Poznań bardzo późno zajechał na stację. Dwugodzinne opóźnienie spowodował wypadek na trasie. Dla niego, w odróżnieniu od reszty pasażerów, była to komfortowa sytuacja.
Dla pociągu? :D
Od trzech lat widniał jako osoba bezdomna
Gdzie tak widniał?
Szlajał się bez celu, zbierał złom, butelki, właściwie cokolwiek, co się dało. Większość wydawał na alkohol.
Tutaj może być, że już się czepiam nad miarę i taki skrót myślowy jest ok, ale z tego tekstu wynika, że na alkohol wydawał nie pieniądze, a złom i butelki. Sugeruje dodać: Większość zarobionych z tego pieniędzy wydawał na alkohol.
Niewiele istot przemierza perony dworca tak późną porą.
Słowo istoty w tym miejscu wzbudza ciekawość. Komentuję na bieżąco podczas lektury, więc daję znać, że oczekuję, że faktycznie nasz bohater na dworcu spotyka się z jakimiś istotami, a nie jest to po prostu synonim dla ludzi. (Edit: kurczę, szkoda!)
Uważał się za wolnego ducha. Z wyboru. Miał w życiu swoje problemy, więc postanowił się od nich odciąć.
Raczej: Miał w życiu problemy, od których postanowił się odciąć.
Podmuch chłodnego wiatru wymusił wtulenie się w wyświechtaną kurtkę. Jedyna pozostałość z dawnego życia
Może: Jedyną?
Szedł znaną sobie trasą.
Szedł znaną trasą / Znał tę trasę.
Chciał uciec, szczególnie od świateł i hałasu dobiegających z pobliskich Targów.
Nie jestem pewny, czy światła mogą dobiegać. Poza tym mieszkam w Poznaniu od lat, ale nigdy nie spotkałem się z hałasami z Targów tak głośnymi, aby było je słychać przy wyjściu z Zachodniego. Przynajmniej o tak późnej porze. Zakładam, że mogło mnie nie być w okolicy, gdy odbywały się jakieś koncerty, ale wzbudziło to moją wątpliwość.
Co chwilę przechodził na drugą stronę ulicy, głęboko chowając ręce w kieszeniach, by omijać innych
Głogowska ma dwie dwupasmowe jezdnie, a pośrodku torowisko. Serio przechodził przez nie co chwilę? Mam problem z uwierzeniem z tę scenę.
Wciągnął zimowe powietrze i ze zdziwieniem odkrył brak pary z ust.
Dopiero by się zdziwił, gdyby para pojawiła się przy wciąganiu powietrza. ;) Przy wypuszczaniu to jeszcze. Nie wiem też, czy brak można odkryć. Może raczej zdał sobie sprawę?
Spokojnym krokiem starszego człowieka parł przed siebie.
Przecież co chwilę przechodzi na drugą stronę ulicy – nie leży to blisko spokojnego kroku straszego człowieka.
Pierwsza myśl była jedna.
Zwykle tak jest. ;)
Ulice Poznania stopniowo zalewały się wodą.
Zrezygnowałbym ze wskazywania na Poznań (wiemy już, gdzie dzieje się akcja) oraz chyba lepiej brzmiałoby, że ulice zalewała woda, a nie, że zalewały się.
Przyznaję, że resztę tekstu raczej przeskanowałem, niż przeczytałem. Do tego fragmentu nie pojawiło się nic, co zatrzymałoby mnie na dłużej. Nie polubiłem bohatera, bo i nie za bardzo miałem za co. Szkoda, bo doświadczony przez życie alkoholik to postać z potencjałem, w której można wprowadzić jeden interesujący twist, żeby zatrzymać przy nim odbiorcę. Tutaj przez pierwszą połowę tekstu mamy do czynienia z chłopem, który ucieka od odpowiedzialności za siebie, sprawczosć go przerasta, a sam ocenia wszystkich z góry i gardzi cudzymi porażkami. Wypisz wymaluj, stary, co nie musi iść na terapię. :P
Mam wrażenie, że to zalanie miasta wodą wydarza się dość nagle i zostaje opisane w taki sposób, że nie wiem, czy to kataklizm, czy co innego. Trochę mamy Ślepnąć od świateł w domu…
Chociaż tekst mi się nie spodobał, chętnie dowiem się, jaką historię chciałaś opowiedzieć? Przede wszystkim – kim miał być Twój bohater na początku, a kim miał się stać na końcu opowieści?
Dziękuję za komentarze. Jeśli chodzi o bohatera, to nigdy nie miał być lubianą postacią
Jest to osoba typowo od początku uciekająca od problemów, nie biorąca odpowiedzialności za swoje działania i życie. On nie przechodzi przemiany, on wręcz jeszcze bardziej zatraca się w swoim uzależnieniu. Jego śmierć jest konsekwencją tej postawy.
Jeśli chodzi o zarzuć ai to zaskoczyła mnie ta uwaga. Tekst jest zgodny z regulaminem, który czytałam. Błędy logiczne, dziękuję za ich wskazanie, nie są wynikiem ai.
A co jeśli groza zaczyna się tam, gdzie kończy się wiedza?
Rozumiem. W takim razie – postawiłaś przed sobą trudne wyzwanie, żeby utrzymać uwagę czytelnika bohaterem, który z niefajnego zmienia się w jeszcze bardziej niefajnego. :D NIe mówię, że taki zabieg jest niemożliwy, ale na pewno jest to dużo bardziej wymagające niż w przypadku bohaterów, na których odbiorcy zależy. :)
Powodzenia w dalszym pisaniu!
Ok, to potraktuj to w takim razie jako uwagę, że warto popracować nad tymi kwestiami, bo błędy są nie tylko logiczne, ale też na poziomie składni i spójności językowej:
Mieszanie narządów zmysłów (te “głuche oczy”).
Dwa, błędy składniowe (imiesłowy i podmioty), bo z obecnej konstrukcji wynika np., że tytoń wypatrywał gwiazd, a trunek zaczął zrzucać ubranie.
Czy wreszcie sprzeczności w obrębie zaledwie dwóch zdań “Światło stawało się wyraźniejsze (…) Ciemność całkowita”.
Niezależnie od tego, czy to AI, czy własne próby, styl wymaga solidnej redakcji i zrobienia porządku ze składnią oraz logiką, więc warto wrzucić następnym razem na betę
Those who don't believe in magic will never find it
Cześć :)
Zrozumiałam to jako historię bezdomnego alkoholika, który w końcu zapił się na śmierć.
Przez wyszczególnione już wyżej problemy z określeniem podmiotu czułam się zagubiona.
Na pewno dobrze wyszło stworzenie antypatycznej postaci.
Pozdrawiam :)
W mojej ocenie jest to tekst, który ma potencjał na publikację po solidnej redakcji. Pomysł i klimat są mocniejsze niż wykonanie. To opowiadanie wyróżnia się przede wszystkim atmosferą. Czytelnik stopniowo traci grunt pod nogami razem z bohaterem, a przejście od realistycznej historii o bezdomności do niemal onirycznego horroru jest największą siłą tekstu.