Pewnego kwietniowego dnia światło w naszym domu zgasło. Tak po prostu, zostało raptownie stłamszone. Opuściło nas. Odeszło i, zwyczajem innych zmarłych, nigdy już nie powróciło. Ktoś ostatni raz przydusił wyłącznik, zniszczył go, a potem wyrzucił na stos innych, bliźniaczo potraktowanych świateł. I zapanowała czerń.
Pamiętam tamten czas mgliście, jak przez żałobny woal narzucony omyłkowo na żywego. Wczesne dzieciństwo oglądałem z trumiennym kirem na oczach. Pierwsze wspomnienie? Przebłyski twojej sylwetki zgiętej nad stolikiem, dłoń tłumiąca usta, ciało drżące w bezgłośnym płaczu. Podszedłem chwiejnie, chciałem się przytulić, ale ty mocno mnie odepchnęłaś. Upadłem. Potem wspólny szloch. Tylko tyle mogłem. Dopiero kilka miesięcy później zacząłem mówić.
Nie pamiętam pierwszych słów, ale pamiętam pierwsze pytania: co z tym światłem? Jak mogło się to stać?
Nie znosiłaś tego. Nie znosiłaś, gdy gadałem. Zbywałaś mnie machnięciem ręki. Prychałaś. A gdy miałaś w sobie dość siły, tłumaczyłaś, że od tamtego kwietnia odeszło każde światło i każdy człowiek, który w świetle tym na człowieka nie wyglądał…
– … A jeśli nie ma ludzi – szeptałaś z nieukrywaną goryczą – to i światła nie będzie.
– U nas też go nie ma, a żyjemy – dociekałem.
– Bo istnieją losy, które tylko z pozoru przypominają śmierć, a są od niej stokroć gorsze.
Cisza. Oczywiście po mojej stronie. Nic już nie dopowiem. Były to słowa ostateczne. Takie, pod którymi uginają się wszystkie kolejne.
Od śmierci światła minęło szesnaście lat. Przez półtorej dekady nigdy nie zapaliłem świeczki. Gdy się ściemniało, wracaliśmy z pola i siedzieliśmy cicho albo kończyłaś mnie uczyć, po czym szliśmy spać. Dzięki tobie, jako nieliczny w okolicy, umiałem czytać. Jedynie gdy nauczałaś, widziałem twój uśmiech – choć nigdy nie był skierowany do mnie. Czasem jednak, bardzo rzadko, gdy myślałaś, że już śpię, czułem na głowie lekki, niemal niepewny dotyk twojej dłoni. Szybko ją cofałaś, jakbyś się sparzyła. Miałem wrażenie, że tęskniłaś za dawnym życiem. Życiem beze mnie, sprzed śmierci światła, kiedy jeszcze nauczałaś w Rubavu.
Wieczorami mogłem jedynie czekać na rosnący z nocy na noc księżyc, sączący się przez dziury w falowanej blasze dachu. Dawał sporo czasu na myślenie. Co może być nie tak z głupim światłem?
Pracowałem, pomagałem i próbowałem zrozumieć, co widziałaś w nim złego. Może nie chciałaś, żebym w poświecie dostrzegał, jak słabniesz? Widziałem to jednak za dnia. Na twojej skórze, w spowolnionych ruchach, w tym, jak coraz mniej bolały twe uderzenia kijem. Tak czy inaczej, jedyne światło, jakie musieliśmy znosić, było naturalne. W nocy sztucznie przedłużaliśmy ciemność. Żadnych świec ani lampek.
Kilka lat temu podłączyli nam nawet prąd, ale dla ciebie równie dobrze mógłby nie istnieć. Zupełnie jak ja.
Byliśmy na przekór sąsiadom. Oni podłączyli. Oni lubili jasno. „Gdzie jest jasno, jest dobro” – powtarzałaś z pogardą. – „W świetle by mnie zobaczyli. Dowiedzieli się, kim jestem. I zabili”.
Tylko w ciemności byłaś jak oni. Pot cuchnął jednako, bez względu na to, kim się urodziłaś. Gdy było ciemno, byłaś nikim. Nie należałaś do tych ani – broń Boże – do tamtych. Ale mogłaś tak żyć tylko po zmroku, bo w dzień znów stawałaś się karaluchem.
Przeważnie kończyłaś tę historię gęstym splunięciem: „to wasza wina”. A z wylewanej mi na twarz plwociny rozsmarowywałaś drugie słowo, zmieniając napis na czole z „wasza” na „twoja”.
Opowiadałaś to codziennie przed snem. Bajkę z morałem. Że jestem synem swojego ojca. Człowieka, którego nigdy nie poznałem.
Pytałem o niego. Ty wolałaś mówić o winie.
Pewnie mówiłabyś dalej, gdybyś nie zniknęła w ciemności.
Wyszedłem twoim śladem, ale ciebie już nie zastałem. Wstąpiłem na ciemny przestwór korytarza. Na jego końcu dostrzegłem drzwi obszyte pomarańczową łuną, za którymi nieudolnie chowało się obce światło. Ognisty prostokąt. Kontur w oddali. Niezgaszony z tego samego powodu co zawsze.
Nie mogłem tego tak zostawić. Trzeba było stłamsić niepotrzebny blask i choć przez resztę nocy dać ci zapomnieć, że to ja byłem twoim najgorszym powodem.
Pewnie dlatego wyszłaś. Byłaś zła, bo nie zgasiłem tego pokoju. Z jego kierunku dobiegały głosy i szmery, wtórujące stłumionym jękom. Każdy dźwięk przyciemniał poświatę drzwi, jakby ktoś do nich przydreptywał, dotykał klamki, ale nigdy jej nie naciskał.
Co do jasnej…? Przecież ona już śpi.
Po kręgosłupie przebiegł mi dreszcz, ale ciekawość wzięła górę. Lodowata, ziemista posadzka dodawała moim bosym stopom tempa. Każdy krok lżejszy i, w blasku sączącego się światła, widoczniejszy od poprzedniego. Jęki z zapalonego pokoju niosły się długim echem, z każdym stąpnięciem głośniejsze, jakbym gniótł coraz to młodszą główkę. Ryk, płacz i tchnienie, zapętlone w ułamkach sekund. Jak zdeptane ciemię. Szedłem po ich rzędzie, wydeptując rytm dobiegający zza drzwi. Jedna noga – jęk. Druga noga – jęk. Kolejna – i znów jęk. Czy to na pewno stamtąd? Nie wiem. Gonię czy uciekam?
Dwie siły pchały i ciągnęły mnie w tym samym kierunku. Wymykałem się ciemności, by wdepnąć w sidła czegoś mroczniejszego.
Aż w końcu krok, a spod niego nikły pisk, po którym – jak na rozkaz niezręczności – zapadła kompletna cisza. Koniec kroków. Młodszej czaszki już nie było.
Na szczęście dotarłem wcześniej. Tylko drewno w zawiasach dzieliło mnie od… No właśnie, od czego? Pomarańczowy obrys okazał się nie tyle zamkniętymi, ile wąsko uchylonymi drzwiami. Za nimi, wraz z feralnym stąpnięciem, wszystko umilkło, nieśmiało zapraszając mnie na drugą stronę. Nie ufałem ani światłu, ani dźwiękom, ale w coś wierzyć trzeba było. Zawierzyłem więc temu, co niewidoczne. Przysłuchiwałem się uważnie. W bezruchu wyczułem wieczorny świst przeciągu, cykanie robactwa, kojący szum starych akacji i zamarłe echo. Usłyszałem, jednym słowem, ciszę. Jakby powietrze razem ze mną wstrzymało oddech.
Ściany się wyprostowały, falowany dach wygładził i tylko drzwi pozostawały niewzruszone, luźno trzymając się zawiasów. Tak blisko mnie. Zachowaj spokój. Dech, wydech. Dech, wydech.
Aż wreszcie zarejestrowałem coś niepokojącego. Miarowy dźwięk. Dudnienie, kołatanie. Znajome uczucie.
No tak… To tylko serce łomoczące w piersi. Krew pulsowała wewnątrz głowy, mózg próbował wystrzelić przez skronie. To byłem tylko ja i strach, przylepiony do spoconej skóry. Upijał się mną jak nieusuwalny pasożyt. Wysysał osocze, ciągnął żyły, wplątywał w kości, ale nie dałem mu się nasycić. Zacisnąłem pięści, gniotąc go w sobie. Niech uschnie z głodu. Walczyłem z nim przy rwącym tętnie, a za drzwiami i przed oczami pociemniało. Jakby dwie ciemności złączono w jedną. Jakie osobliwości kryły się za tym progiem, że to nie mnie, lecz światłu przestawało bić serce? Może właśnie tu oddzielało się życie od śmierci?
Wystarczył jeden krok, by się o tym przekonać. Zbliżyłem głowę. Już prawie przywierałem do drewna, już prawie dotykałem, już pchnąć chciałem, gdy nagle ciszę rozdarł krzyk:
– Leż!
Strzelił jak grom. Niski, męski głos.
Odchyliłem raptownie głowę, jakbym dostał w żuchwę, ale zaraz potem poczułem, że oberwałem rykoszetem. To nie było do mnie. Adresat był gdzieś tam, w pokoju.
– Leż, powiedziałem!
Znów grom, trzask, a po nim łomot opadającego ciężaru.
– Chcę usłyszeć, jak błagasz. No dalej!
Kolejny dźwięk, jakby łamanego drewna.
– Nigdy nie słyszałem błagającego karalucha. Błagaj. Na kolanach. Postaraj się… Może mi stanie i ta miotła nie będzie potrzebna.
Zachrypłe śmiechy.
Ilu ich tam jest?
– Nie… ni… błag… nie…
Ledwie dosłyszalne kobiece zawodzenie. Przypominało wycie kopanego psa, wydawane z nadzieją, że któreś skomlenie zabrzmi dla nich jak ludzkie błaganie. Poczułem duszność. Złapałem się za brzuch. Co robić? Czy oni ją…? Czy to nie jest czasem głos…?
W przypływie odwagi, gwałtownie sięgnąłem dłonią, by uchylić drzwi.
Nagle błysk. Niemy piorun.
Kontakt z klamką zmienił coś niezrozumiałego. W jednej chwili lament ustał. Głosy umilkły krótkim echem. Pogłos strasznej wymiany uciekł. Scena uległa zapomnieniu jak stary akt, schowany za kurtyną tylko po to, by mógł odegrać się nowy. Próg przekroczony, drzwi za mną zamknięte. Co tu się działo?
Słyszałem teraz ożywione rozmowy, przeplatane salwami śmiechu. Mrok korytarza rozpłynął się. Wszechobecna biel wypełniła przestrzeń. Światło żarówki białą strzałą przeszyło mi oczy i wnet ujrzałem ból. Natychmiast przyłożyłem do nich rękę, jakbym chciał z czaszki pocisk wyjąć albo zasłonić przed kolejnymi świetlistymi grotami. Ale i do strzał się człowiek oswoić może, jeśli dane mu tylko żyć po nich będzie.
Wyjrzałem więc spomiędzy palców, odsłaniając rozmazane, ale zaskakująco spore wnętrze, noszące wszelkie znamiona dziennego pokoju. Na jego środku stał okrągły stół, a znad niego ciepłą falą płynął do mych nozdrzy zapach fasoli, manioku oraz woń ziemistej urwagwy.
Przy białych plastikowych siedziskach stołowały się niewyraźne postacie. I mama…? Reszta mieniła mi się mglistą poświatą, ale jej obraz wyryty miałem w głowie tak głęboko, że choćbym powieki zamknął, to pod nimi by na mnie czekała. I teraz, w jasnej ślepocie, ją jedyną widziałem wyraźnie. Czyli to był jej głos. Ale jak? Gdzie ten człowiek, który ją…?
– O, wreszcie jesteś! Zaczęliśmy się już niepokoić. Proszę, dołącz do nas.
Przemówił dziwnie znajomym tonem siedzący obok mojej mamy nieznajomy i wskazał na wolne krzesło. Jego twarz… Mrugnąłem kilkukrotnie, ale wciąż jawiła mi się jako rozwodniona plama. Pozostali, a było ich razem z serdecznym obcym chyba pięciu, prowadzili niezmącone rozmowy, najwyraźniej akceptując moją obecność.
Kim oni byli… ci ludzie?
Już na starcie miałem gorszą pozycję, nikogo nie poznawałem po samych obrysach, lecz oni – a co najmniej on – sprawiali wrażenie wręcz przeciwne.
Usiadłem niepewnie, dwukrotnie przymierzając do tego uda. Dosunąłem się do stołu świecącego pustkami, a wraz z szuraniem siedziska zapadła cisza. Wszystkie pięć plam skierowało się na mnie. Ja, zawstydzony, spojrzałem na mamę, a ona w moje zakłopotane oblicze z taką obojętnością, taką nijakością, jakby ktoś wydłubał mi gałki i wstawił w ich miejsce oczy obcego jej syna.
Czy tliła się w niej emocja inna niż apatia? Jej rysy widziałem dokładnie, ale ciężko było coś z nich wyczytać. Znów była poirytowana? A może smutna? Dlaczego nic nie mówiła?
W końcu zwróciła twarz ku mężczyźnie obok, a reszta, jakby poruszona jej gestem, podjęła przerwane rozmowy. Co się tutaj wyprawiało?
– Mama? – wykrzesałem tylko.
Nie zareagowała. Zapewne nie słyszała, zaabsorbowana słowotokiem gościa po swojej prawej. O czym oni w ogóle rozmawiali? Oni wszyscy. Zbitek pojedynczo znajomych słów, wypowiadanych w obcych mi zdaniach. Próbowałem skupić się na jednej wymianie, ale na darmo. Nic nie rozumiałem. Same męskie głosy. Mama tylko słuchała.
Czy oni robili to specjalnie?
Znów duszności. Przetarłem oczy, ale jakby łzy mi parowały, wszystko było za mgiełką. Proszę, niech się już to skończy… Może zemdleje i wszystko samo się rozwiąże? Ach, zgasić światło, niczego innego nie pragnę. Zgasić, zabić, zniknąć.
Nie. Choć raz w życiu zrób coś dobrego. Musiałeś ją zabrać. Trzeba było tylko wstać i ją stąd wyprowadzić. Ale dlaczego nie mogłem? Bo nie chciałem.
Nie, nie mogłem.
Ale dlaczego? Bo nie.
Nie, nie wiem.
A może lubiłem bezsilność? Wystarczyło trwać, a wszystko przejdzie przeze mnie. Przestań. Przestań… Przestań!
– Mamo! – zawołałem stanowczo, uciszając towarzystwo.
Znów nieostre spojrzenia spoczęły na mnie, a ich natłok, skupienie i siła prawie odepchnęły mnie od stołu. Patrzyli tak przez dłuższą chwilę.
– Ona ci nie odpowie – powiedział któryś z siedzących przy stole, lecz nie zdążyłem wychwycić który.
Zignorowałem komentarz i, chcąc przebić się tylko do niej, podwoiłem wysiłki. Widziałem jej twarz: zmęczoną, pociągłą, z cieniem głębokiej szramy ciągnącej się od czoła jak suche koryto rzeki. Ani drgnęła. Unosiła się jakby w letargu, spoglądając gdzieś w przestrzeń za mną.
Co jej się stało? Ach, tylko ją stąd wyrwać. Tylko to się liczy.
– Mamo… Proszę, ocknij się… Odpowiedz, cokolwiek… Coś ci zrobiłem?
Bez reakcji. Jakbym grochem o mur rzucał.
– To, co miałeś jej zrobić, już dawno temu zrobiłeś – przemówił głos.
– Więc co się tutaj dzieje? Dlaczego nie zwraca na mnie uwagi? Kim wy ludzie jesteście?
– Ludzie? Chyba nie wszyscy – odrzekł drwiąco.
Ostatnie zdanie pozwoliło mi wreszcie złapać nadawcę. Wypowiadał on słowa, stukając paznokciem o blat stołu.
Nie rozumiałem, co ma na myśli, dopóki pierwszy raz mu się nie przyjrzałem, przesuwając wzrok z grubego palca na twarz. I to w zasadzie nie tylko jego. Ich wszystkich, nagle tak wyraźnych.
Nie były to ludzkie oblicza.
Uśmiechali się, odsłaniając zęby małe, liczne, ciemnożółte, nieregularnie rozstawione, jakby rosły im same kły skruszone. Oczy mieli smoliste, podobne do płytkich odwiertów pod brwiami, składające się tylko ze źrenic naciągniętych na całość, jak dwie otchłanie pochłaniające wszystko, co z tęczówek barwne i w białkach jasne. Na skórze zaś wysmarowana ciemna maź, pot gęsty, ściekający, lśniąco bordowy, niezaschnięty niczym u płazich szkarad, tak że ich hebanowa skóra nabierała złowrogiego połysku przy każdym ruchu.
Ubrań, przynajmniej na torsach, nie mieli. Siedzieli z gołymi, paskudnie wykrzywionymi żebrami.
Jak mogłem nie zauważyć tego od razu? Przez tę chwilową, mglistą zaćmę? Zmienili się teraz czy zawsze tak wyglądali?
Próbowałem wstać. Niestety. Szukałem, ale nie odnalazłem siły, aby unieść swój strach. Przyciskał moje ciało do krzesła.
Co robić? Krzyczeć? Do kogo?
– Spokojnie. Przecież tylko rozmawiamy. Czego się tak trzęsiesz na nasz widok, jak zasrany białas? – Zirytował się mężczyzna, ale po kilku seriach fal opadających rytmicznie palców na blacie wyrównał oddech i kontynuował znacznie zimniejszym tonem. – Nie. Ty jesteś kimś znacznie gorszym.
Aż dreszcz mnie przeszedł. Brzmiało to jak jedno z tych stwierdzeń, które z pozoru nic nie znaczą, ale ukrywają to, czego wysłuchiwałem od zawsze. Szyfr, do którego jedynym kluczem była nienawiść. Mama często w ten sposób do mnie mówiła, dlatego już od najmłodszych lat rozumiałem każdą jej obelgę. Zwykły kod pogardy.
Przełknąłem ślinę.
– Czego chcecie?
Bezskutecznie szamotałem kończynami spętanymi przerażeniem, przypominając usidłaną zwierzynę, ale mojemu rozmówcy najwidoczniej konwulsje już nie przeszkadzały.
– Chcę, byś zasiadł z nami do wieczerzy. Byś zjadł. Porozmawiał. – Mężczyzna począł drapać się w zamyśleniu po gadziej szyi. – A ty? Czego chciałeś? Dlaczego się tu zjawiłeś? Chyba nie zwabiły cię wonie naszych pysznych dań?
Wskazał na parujące gary i misy w ciemnym rogu pokoju.
– Chciałem… Chciałem tylko zgasić światło – rzekłem bardziej do siebie niż do niego.
Zaśmiał się gardłowo. Głośno, ale nie teatralnie. Rozbawiłem go czymś takim? A może to ja go śmieszyłem? Nie wyglądał na łatwego do rozśmieszenia, choć teraz rżał wniebogłosy.
Ten przyduszony rechot. Kojarzyłem go. Ale do kogo należał? Przypatrzyłem się obślizgłemu licu mężczyzny. On również, mimo weselnego uniesienia, nie odrywał ode mnie bijących pustką węgielków. Wejrzałem w otchłań. Nie. Nie wytrzymałem i spuściłem wzrok, przyznając, że głos mogłem słyszeć, ale nigdy kogoś tak paskudnego w swoim życiu nie widziałem.
– Nie poznajesz mnie, co? – Spoważniał nagle.
Nie odpowiedziałem.
– Mamusia poznała mnie od razu… Choć z nią mieliśmy okazję poznać się… dogłębniej.
Znów wypuścił charakterystyczne charknięcie i powoli przejechał dłonią od czoła do brody, jakby wycierał pot, chował zmęczenie, a przy okazji odsłaniał inną twarz, a może tą samą, tylko w ludzkiej postaci. Nie wierzyłem.
Przecież była to twarz naszego sąsiada, Bizimany. Ten śmiech. Niepodrabialny śmiech.
– Co się panu stało?
– Ja się stałem.
– Dlaczego pan tak wygląda?
– Zawsze tak wyglądałem. Za często gasisz światła, chłopcze.
– Muszę gasić światła.
– Bo ci tak powiedziała?
– Jest moją matką, słucham jej.
– Już nie musisz.
– Dlaczego nic nie mówi?
– Ona nie ma tu głosu.
– Ale…
– Nie ma. Brzydzi mnie ciepło, jakim ją darzysz. Nie czujesz, jak twój członek moczy się w gównie?
– Nie… Nie rozumiem… Dlaczego pan… Czego pan chce?
– Oczywiście, że rozumiesz. Jesteś głupcem, ale nawet gdybyś zgasił wszystkie światła i został w dodatku ślepcem, to w dowodzie będziesz miał tylko i wyłącznie…
– Nie, niech pan przestanie…
– A to dlaczego, jesteś przecież…
– Nie chcę tego słuchać!
Przerwałem mu gwałtownie. Sąsiad zmarszczył czoło na tę uniesioną reakcję.
– No, no. Ładnie się schowałeś. Myślisz, że po ciemku cię nie ma? Wyssałeś to z mlekiem matki, co? Tylko ona chowała się w strachu o życie, a ty?
– Przestań…
– Przecież słyszałeś to od niej każdego dnia. Co ty próbujesz sobie teraz wmówić? Że wystarczy się wyprzeć? Bo skąd te wszystkie gadki o śmierci światła, o gaszeniu i zapalaniu. Ten podział na „tych” i „tamtych”? Dlaczego nie nazywasz rzeczy po imieniu? Wiesz przecież, dlaczego matka cię bije.
– Przestań…!
– Jesteś Hutu. Zawsze byłeś i zawsze będziesz.
– Nie, nie chcę…
– Ależ tak. Tym właśnie jesteś. Twoje myśli… o zdeptanych czaszeczkach…
– Skąd ty?
– Dziecko Tutsi nie ma takich myśli.
– To… to nie myśli… To z opowieści mamy.
– Ty sam podświadomie wiesz, kto jest karaluchem, wiesz, kogo trzeba zdeptać. Nie ona sprawiła, że w twych żyłach płynie nasza krew.
– Ja… ja się tego wyrzekam…
– Nie wyrzekaj się ojca swego! Bądź lepiej wdzięczny, chłopcze, żeś jak on Hutu.
– Zna… znałeś go?
– Znam. – Rozłożył serdecznie ręce i uśmiechnął się. – Przywitaj się z tatusiem.
– Nie… to nie możliwe. Nie jesteś moim ojcem.
– To prawda. Jestem jednym z twoich ojców. Było nas wtedy pięciu. – Wskazał na resztę siedzących. – Więc mając do czynienia z wiadrem na spermę. – Położył dłoń na ramieniu mamy. – Ciężko powiedzieć, które nasienie cię ulepiło.
Rozdziawiłem usta. Kłamał, musiał kłamać. Dotykał mamę, gadał te bzdury, a ona siedziała w bezruchu jak skorupa, której wypatroszono wszystko z wyjątkiem serca.
– Opowiedziała ci tyle historii, a o tym nic? No nieładnie, nieładnie… A mówiła ci o reszcie swojej rodziny? Też nie? Musisz ich koniecznie poznać! W końcu są już tatusiowie, jest mamusia, czas spotkać się z resztą familii…
Wyciągnął spod stołu zardzewiałą maczetę, wyszczerbioną jak uśmiech, jaki za nią chował, i oparł ją o blat z namaszczeniem godnym najświętszych relikwii.
– Ale najpierw – zaczął uroczyście – zjedzmy coś.
Płaską stroną ostrza stuknął dwukrotnie o stół.
Na dźwięk nietypowej komendy czterech pozostałych mężczyzn wstało i podeszło do ciemnego kąta z parującymi garnkami, kamiennymi deskami i zestawem talerzy. Zaczęli się przy nich krzątać z wdziękiem wygłodniałych kundli wpychających pyski do jednej misy.
Porażony władczością sąsiada, łypałem na ten rupieć, który równie dobrze na kupie złomu by leżał, niżli teraz wsparty o mebel, z takim podziwem, jakby to była różdżka szamana, co zaklęciem wystukiwanym grupę parszywców przenosi.
– Podoba ci się? Ach, najlepsze lata ma już za sobą… – Pociągnął dłonią wzdłuż narzędzia, jakby czyścił je z resztek nostalgii lub też ostrzył na przyszłe zdarzenia. – Ile już masz lat, chłopcze? – zapytał, wciąż głaszcząc metal.
– Piętnaście.
– Więc moja zabawka jest o dziewięć miesięcy od ciebie starsza.
Smagnął nią w powietrzu jak biczem.
– No, pospieszcie się!
Ociągający się mężczyźni raptownie odłożyli mieszające łychy i poczęli nakładać jedzenie.
– Dlaczego nic nie mówią? – Wskazałem na ich widmowe sylwetki.
– Rozmawiali już z twoją matką.
– Ale dlaczego teraz milczą?
– Bo są tutaj, by jeść, a nie gadać.
Czterech półnagich kelnerów wróciło, niosąc w każdej dłoni parujący posiłek. Wyłożyli je niechlujnie najpierw tym, którzy siedzieli, a dopiero potem sami zasiedli z porcjami. Dwóch po mojej lewej i dwóch po mojej prawej. Najdalej, bo naprzeciw okręgu, spoczywała mama i dyrygujący sąsiad Bizimana, który po usadowieniu wszystkich błysnął mi rzędem kłów.
– Jadłeś kiedyś krowę?
Spojrzałem na talerz. Wypełniało go mięso pokrojone w drobną, trójkolorową kostkę: różową, lekko brązową i tłusto białą, paplającą się w lejącym sosie, cieknącym z kawałków gęsto zbitych i posypanych groszkiem. Ponad tym mięsnym chaosem unosiła się para, ale nijak odgadnąć mi było zapachu, jakbym stracił dla tego dania zmysły, a przynajmniej jeden: węch.
Wyglądało to… apetycznie. Ale czułem w sobie jakiś wewnętrzny opór, nie tyle w żołądku, ile w głowie.
– Bydło jest zbyt wiele warte, by je jeść – zakwestionowałem kolację.
– Tak, prawda to, ale czasem trafi się krowa, co dużego użytku, czy to na roli, czy w dawaniu mleka nie przynosi. I nic takowa nie jest warta. – Zanurzył maczetę w talerzu i wziął do ust kawałek mięsa. – Tylko ubić i zjeść ze smakiem.
Reszta mężczyzn poczęła wpychać sobie garściami śliskimi od tłuszczu mięso do swych paskudnych gęb, wydając przy tym dźwięki iście zwierzęce. A z taką zachłannością to robili, że świnie przy korycie wyglądały przy nich jak wykwintni degustatorzy paszy.
– Nie wstydź się, widzę przecie po oczach, żeś głodny.
Sąsiad nałożył porcyjkę na ostrzu i, łapiąc mocno za żuchwę mamy, wepchnął jej krowie kawałki do ust. Ona w odruchu obciążonego języka przełknęła bez wyrazu, jak przełyka się wodę.
– Widzisz, nawet jej smakuję.
Na powrót zajrzałem na moją porcję i mimo głodu niechętnie nabrałem garść mięsistego wiktu, który, by dłużej na niego nie patrzeć, wrzuciłem prędko do buzi. Badawczo gryzłem, żułem i przełknąłem. Ciepłe kawałki spłynęły na języku, intensywny smak rozlał się po jamie, słodycz łechtała podniebienie, rozkosz spadła wraz z przełykiem. Błogostan.
Wziąłem kolejną pięść. Kolejną i następną po niej. Nie mieściło się w ustach, ale nic to. Pożarłem wszystko. A więc dziś pierwszy raz w życiu jadłem, bo tylko ta strawa godna była miana jedzenia. Talerz opustoszał. Sąsiad Bizimana popatrzył z dumą, gdy zlizywałem resztki.
– Gdyby było ciemno, nie widziałbyś, gdzie żarcie, a gdzie usta.
Nie słuchałem. Nie mogłem się opanować. Pal licho to wszystko… Żeby tak posłusznie się poddać, żeby tak się upodlić przy nim, przy mamie. Było warto. Jedyne wyrzuty to pojedyncze czknięcie nienapełnionego żołądka.
– Następne danie!
Krzyknął Bizimana, przeszorował rdzawym metalem o stół, a obślizgłe sylwetki zabrały talerze, puste, z wyjątkiem nietkniętej porcji mamy. Natychmiast zaburczała we mnie wstydliwa myśl, że to ja mógłbym ją zjeść.
– Spokojnie, zaraz będzie kolejna.
Spojrzałem na niego wyraźnie zaskoczony.
– Czy ty…?
– Wiesz, skąd mamusia ma tę bliznę? – Postukał ostrzem o jej zastygłe czoło.
– Nie – odpowiedziałem, zmieszany nagłą zmianą tematu.
– Domyślasz się chociaż?
Zerknąłem w jej stronę. Na twarz, na wyżłobioną szczelinę ciągnącą się od brwi aż do skalpu. Jednak tak mama, jak i ja nie wykrzesaliśmy z siebie nic godnego powiedzenia.
Sąsiad prychnął zawiedziony.
– Bawi mnie twa ignorancja. Nie masz w sobie nawet takiej ludzkiej przyzwoitości, żeby skłamać.
– Nigdy mi o tym nie mówiła.
– Mówiła, ale ty nie masz wstydu…
– Nie znam tej historii. Przysięgam.
– Znów ją wyparłeś. Szkoda, bo jest naprawdę dobra… Otóż gdy nasza piątka skończyła korzystać z dobrodziejstw ciała, pozostało jedynie pozbyć się cieknącego zbiornika. Nic prostszego, pomyślałem, tylko wbić jej maczetę w głowę.
Zademonstrował, jak ostrze idealnie wpasowuje się w szramę mamy.
– Ach, soczyste było to uderzenie. Padła bezwładnie na ziemię. Zadowolony myślałem, że mam już wprawę w zabijaniu Tutsi, a tu co? Okazało się, żem za płytko wszedł. Czaszkę przeszło, ale mózgu nie tknęło i tak zostawiłem jeno pamiątkę. Jedną z trzech.
– Trzech?
– Tak, choć przyznam, niechętnie je przyjęła. Bo przeciw drugiej pamiątce nie zdążyła ze szczepionką, a przy ostatniej. – Tu manierycznie zniżył głos. – A przy ostatniej za długo wahała się z usunięciem.
Uśmiechnął się rubieżnie w moją stronę, widząc, jak wzdrygnąłem się na dźwięk tych słów. Czy mógł mówić prawdę? Uległem wstrząsom. Powoli, coraz mocniej, tak że byłbym w jego oczach rozmazanym dygotem, gdyby nie powrót obślizgłej czwórki.
Na stole zawitały nowe przystawki. Wyglądały jeszcze obrzydliwiej od poprzednich, ale jakąż mogły kryć obietnice smaku? Czerwień zakręconego mięsa niczym tęga golizna węża. Z żyłkami małymi, żyłkami grubymi. Kanalikami ciemnymi i jasnymi, cynobrowymi, purpurowymi. Naczynia krwionośne w naczyniu nieznośnie małym. Posypane drobnym zielem, jakby chciano kogoś nabrać, że powstały według znanego przepisu.
– Czas na bydlęce jelitka!
Bizimana ledwie skończył zapowiadać danie, a już zaczął wsysać do ust pociągłe wnętrzności, ścigając się z resztą mężczyzn, kto pierwszy wsunie krwiste jelito.
Ogarnięty tę samą co oni żądzą dziką, głodem nieludzkim – bo przecież ludzie najedliby się w połowie pierwszego talerza, a ja człowiekiem już nie byłem – również zanurzyłem pysk w misie. I ciągnąłem długo, im dłużej, tym szybciej, tak jak łapczywie wciąga się powietrze po latach spędzonych z dłońmi zaciśniętymi na gardzieli. Wieczności krzyków dławionych w wodach płodowych despotycznej matki.
Wsunąłem pazernie całość.
Już, nie wiadomo skąd i kiedy, pojawił się kolejny półmisek. Szkarłatny płyn, gęsta zawiesina. Już ktoś krzyczy: „krowie osocze!” i pijemy, żłopiemy. Bul-bul-bul. Czerwone kaskady leją się po kącikach. Ogranicza nas tylko wąski przełyk. Ostatnie hausty, misa rzucona i pociągłe westchnienie. Wypite.
Teraz czas na skwary, bryły i płaty mięsa. Gryziemy, ciągniemy, mielimy. Wszystko bordowe: ręce, stół, łzy cisnące się do oczu przy zapchanych policzkach. Słodycz. Powietrze pachnie metalem. Nie chodzi już o smak. Są tylko dwa stany: pożeranie i niepożeranie. Ci, którzy zjadają, i cała reszta.
Gryz, jeden, drugi, trzeci. Coś w zębach. Ścięgno? Żyła? Nie. Włos. To włos.
– Jak ci smakuje babcia?
Mlaskanie ustało. Mężczyźni przemienieni, siedzieli bez ruchu, upodabniając się do czarnych głazów. Gdzieś w tle słychać było cieknącą ze stołu juchę. Krople odmierzały czas. Kap, cisza, kap, cisza, kap… jak klepsydra krwi, obrócona z blatu na ziemię w powoli rosnącej kałuży.
Spojrzałem osłupiały na Bizimanę. Był poważny. Sięgnąłem dłonią do ust i pociągnąłem za włos z takim bólem, jakbym wyrwał zęby, między którymi tkwił zakleszczony. Przyjrzałem się mu. Był krótki, lekko zakręcony, mokry od krwi.
– Nie wygląda jak włos z głowy – powiedział sąsiad.
Opuściłem go bezwładnie. Spadł do miski. Jednej z dwóch leżących obok talerzy i desek. Wszystkich opustoszałych.
– To nie była krowa… – szepnąłem do siebie.
– Oczywiście, że krowa. Twoja rodzina to bydło, co do jednego.
– Nie, nie…
– Mówiłem ci, że poznasz swoją rodzinkę. Tak więc to była babcia. Ją masz jeszcze na świeżo w ustach. To – Wskazał na talerze – ciocia i dziadek. Pyszni, prawda? A w miskach… ta po lewej, ta, co z niej ciągnęliśmy, to były jelita twojej siostrzyczki. Słodziutka, miała z kilka latek. A z prawej piliśmy osocze twojego kuzyna. Był w podobnym wieku co ty teraz.
– Nie, nie, nie…
– Powiedz. Jak ci to wszystko smakowało?
Złapałem się za krawędź stołu i zwymiotowałem.
– Co ty? Przecież to same specjały naszej kuchni.
– Jesteście potworami…
– Prawdę powiedziawszy, wolę żywot potwora od człowieka, który nie wierzy w ich istnienie.
Mama siedziała, ale jakby pierwszy raz odkąd tu byłem, wyrwała się z marazmu i z własnej, niewymuszonej woli dokonała jedynej czynności, jakiej teraz pragnęła. A czynnością tą było odwrócenie ode mnie wzroku.
– Teraz, skoro już się najedliśmy. – Zaczął sąsiad Bizimana, układając dłonie po obu stronach talerza, jak gospodarz rozpoczynający modlitwę. – Odpowiedz mi na pytanie. Jako człowiek gardzący przeszłością. Który myśli, że nieszczęścia dotykające go, są spowodowane wyłącznie teraźniejszością. Który Tutsi nazywa „tymi”, a Hutu „tamtymi”. Który bez pytania zjada wszystko, co mógłby wiedzieć o swojej rodzinie. I który wreszcie nie widzi, czyim jest synem…
Rzucił maczetę przez krwawy staw stołu, tak że rdzawe ostrze znalazło się po mojej stronie.
– Odpowiedz mi, chłopcze, czy nadal chcesz gasić światło?
Urwanie. Tylko światło, światło, światło. Gdzie niby światło? Czerń. Fiolet i czerń. Trzepot zaropiałych powiek. Mokry od potu materac. Plecy do niego przyklejone. Dziwny posmak w ustach. Przekręciłem się. Wstałem. Zawsze wstaję. Było ciemno, mama z pewnością już spała. Idealna pora. Zapaliłem świeczkę. Od razu dwie, trzy, pięć, wszystkie. Rozniosłem je na zasłonę, na ubrania, na stół. Na mnie i na leżącą mamę. Świst duszenia, osmolone płuca, krzyki. Jakiś sąsiad przybiegł i nawoływał resztę, żeby pomogli. Zgiełk, masa ludzi. Za późno. Nie zatrzymał mnie. Ona też mnie nie powstrzymała. Udało się. To był mój przedostatni sen. Ostatni należał do ognia. Dziś pierwszy raz nie zgasiłem światła.
W ciągu stu dni, od kwietnia do lipca 1994 roku, w Rwandzie zamordowano blisko milion ludzi. Była to masowa eksterminacja ludności pochodzenia Tutsi dokonana przez ekstremistów z grupy etnicznej Hutu.