PIERWSZY
Jestem zblazowanym synem amerykańskiego milionera. Żyje się raz, dlatego zamierzam hulać do woli!
Kiedy masz pieniądze i dostęp do wszystkich możliwych zachcianek, to zaczynasz odczuwać nudę – legalne rozrywki już nie wystarczają. Z czasem potrzebujesz coraz silniejszych i silniejszych bodźców.
Włosi zorganizowali turystykę snajperską. Poleciałem zatem do małego kraju leżącego na „miękkim podbrzuszu” Europy. Z lotniska w Banja Luce wozili takich specjalnych turystów jak ja do Travnika i Sarajewa. Ale większość „weekendowych snajperów” docierała statkami najpierw do Belgradu i stamtąd dalej w pobliże frontu.
Dali mi tam postrzelać z ukrycia do cywilów. Do kobiet, dzieci, staruszków, inwalidów. Upolowanie ładnej, młodej dziewczyny wyceniane było przez organizatorów najdrożej. Rywalizowaliśmy, kto ukatrupi najpiękniejszą. Kiedy któryś trafiony człowiek fikał kozła, obserwujący to Serbowie rechotali i polewali rakiję. Istne safari.
Odszedłem z tego świata w wieku pięćdziesięciu lat, przedawkowując alkohol i kokainę.
WYPADEK ZE SKUTKIEM ŚMIERTELNYM
Gdańsk. Połowa lat osiemdziesiątych. Jestem dzieckiem i otwieram skarbonkę. Niebieski, plastikowy sejfik z zielonymi drzwiczkami. Z uciułanymi groszówkami i złotówkami idę na upragnioną strzelnicę. Kiedy wracam, myślę tylko o dziwnie pogardliwym uśmieszku zielonookiej, tlenionej blondyny – właścicielki. O malowanych lakierem deskach jej wozu, we wnętrzu którego umieszczone były tarcze i niedostępne trofea. Coś mi to przypominało, ale nie wiedziałem właściwie co. Widocznie byłem najzwyczajniej przygnębiony. Bo nie zdobyłem żadnego. Gdybym posiadł choć jedną z tych nagród, to może mój umysł uświadomiłby sobie, z czym mu się to kojarzy. Tak sobie rozmyślałem. Było ze czterdzieści stopni, a miejska dżungla falowała coraz mocniej rozgrzanym asfaltem. Słońce oślepiało.
Na pasach wpadam pod koła autobusu. Rozjeżdża mnie wielki, czerwony Jelcz-Berliet. Ostatnie co widzę, to wyskrobane na karoserii słowo „wczucie”.
TRZECI
Żyję skromnie w małej wsi położonej w głębi Rosji. Nie pamiętam jeszcze poprzednich wcieleń. Godzinami patrzę prosto w wiszący na ścianie trójlistny, prawosławny krzyż. W telewizji w kółko pokazują ośnieżony Kreml. Prowadzą przymusowy pobór. Porywają młodych mężczyzn z ulicy. Jest styczeń dwa tysiące dwudziestego trzeciego. Nikt rozsądny już nie wierzy w oficjalną propagandę.
Dzwonił sołtys. Odebrał moje e-powołanie ze strony Gosusługi, czyli portalu usług publicznych Federacji Rosyjskiej. Wygląda na to, że wkrótce po mnie przyjdą…
Nie chcę. Nie pójdę na tę ich koszmarną „specjalną operację”. Nasi ranni zdychają tam godzinami. Bez pomocy. Pokiereszowani odłamkami, poparzeni albo z głodu i wyziębienia. Wolę chyba samobójstwo od takiego końca. Wybiegając z mieszkania, potrącam łokciem stojącą na komodzie matrioszkę, która rozpada się na części, uderzając o podłogę.
Spotykam przed domem policjanta. Wyrywam mu pistolet z kabury. Szarpanina. Któryś z nas naciska spust. Pada suchy strzał. Moje ciało osuwa się. Leżę pośród bieli.
ODKUPIENIE
Po tej śmierci coś się we mnie odblokowało. Pamiętam moje poprzednie życia.
Tym razem urodziłem się i mieszkam w Polsce. W Warszawie na Bródnie. Jestem nieszczęśliwy. W domu się nie przelewa, a niepełnosprawna siostra wymaga stałej opieki. Myślę, że to może być karma. Wracają wspomnienia z Bałkanów. Poczucie winy zmusza mnie do planowania wyjazdu w rejon przyszłych działań wojennych. Pokazania światu zbrodni. Aby się to więcej nie powtórzyło. Kończę dziennikarstwo i kiedy zaczynają się walki, trafiam do Bośni. Koresponduję pod ostrzałem. Ginę szybko. Od kuli, która przeszywa moje serce. Złożyłem siebie w ofierze?
PIĄTY
Ponownie przyszedłem na świat w Polsce, ale w innej rodzinie. Kielce. Rok dwa tysiące piąty. Legenda głosi, że miasto założył Mieszko Bolesławowic. Zabłądził na polowaniu i przyśnili mu się zbóje. Wlewali mu do ust truciznę, a wtedy uratował go Święty Wojciech. Po przebudzeniu Mieszko znalazł w pobliżu źródło czystej, leczniczej wody. Na cześć tego wydarzenia kazał wybudować osadę pośrodku puszczy.
Spoglądam z balkonu na górski krajobraz. Zastanawiam się, jak to jest ze mną. Podobno w buddyzmie wygląda to trochę jak odtwarzanie tego samego. A ja niemal za każdym razem pojawiam się w innych okolicznościach. Zwykle nie mam szans powtórzyć tych samych błędów. Ale jedno wiem na pewno. W żadnym wypadku nie pójdę już na obwoźną strzelnicę. Oszuści! Jak to możliwe, żeby nie dało się w nic trafić z odległości zaledwie pół metra?
SYSTEM
Znajduję się w supermarkecie. Smętni ludzie czekają w kolejce do kolektury. Podatek od głupoty. Ach, jaki jestem wredny. Zły, bo nie mogę wykorzystywać zapamiętanych numerów po odrodzeniu. Zawsze trochę inny czas i miejsce. Poza tym zauważyłem, że takie szczegóły się resetują. I losują od nowa z innym rezultatem.
Raz trafiłem do tego samego hotelu. Najpierw byłem Czechem i budynek znajdował się w Monachium przy ulicy Landsberger sto pięćdziesiąt sześć. Następnym razem reinkarnowałem się jako Austriak, a ten sam lokal odnalazłem w innej miejscowości pod adresem Westendstrase osiemnaście. Nawet kod do domofonu był ten sam. Zapamiętałem: trzynaście, kluczyk, dziewięćdziesiąt dziewięć, zero siedem.
Podobnie rzecz się miała ze szczęściarzami w loteriach. Jeśli, dajmy na to, przykładowa pani Basia wygrała trzeciego marca tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego siódmego roku trzy szóstki w danej grze, to w kolejnym wcieleniu dowiaduję się, że w tych samych zakładach zwycięzcą został pan Wiesław i trafił inne numery.
Lepiej zrobię zakupy. Warzywka i skrzydełka do rosołku. Ziemniaki, karkówka i słoik korniszonów. Żebym tylko oleju nie zapomniał.
TRZYDZIESTY SZÓSTY
Przeszedłem na weganizm. Brzydzi mnie mięso.
OSIEMDZIESIĄTY DZIEWIĄTY
Przestałem jeść cokolwiek! Zanikła we mnie ta potrzeba.
STO SIEDEMDZIESIĄTY CZWARTY
Francja. Lata siedemdziesiąte. Wchodzę do awiniońskiego domu handlowego. Patrzę na młodą kobietę w eleganckim body. Czerń i biel. Piękna, przyglądając mi się, dość lubieżnie konsumuje łyżeczką torcik przy kawiarnianym stoliku. Kakaowy, puszysty, z białą masą. W mojej podróży przez kolejne wcielenia utraciłem nie tylko apetyt na jedzenie. Czuję, że nie mam już ochoty na żadne amory. Rozglądam się po otoczeniu. Chyba pamiętam tę scenę. Wydaje mi się, że przeżyłem to już wcześniej, ale poprzednio podawali tu napoleonkę. Ostra woń gorzkiej kawy uderza w moje nozdrza. Pociągam łyk. Pić jeszcze mogę. Entuzjastka słodkości musiała być na jakimś niższym poziomie.
Później poznaję dziewczynę, z którą zaczynam dyskutować na temat reinkarnacji, hinduizmu i filozofii Wschodu. Dowiaduję się, że ona też nie spożywa pokarmów i szuka odpowiedzi. Na pożegnanie przedstawiliśmy się sobie. Zdaje się, że nazywała się Inès Saint-Clair, ale to nie jest ważne. W końcu każdy z nas będzie miał nowe powłoki cielesne i coraz to inne nazwiska. To jak wymiana zużytych ubrań, do których nie przywiązujesz zbyt wielkiej wagi.
Spacerowałem. Przypatrywałem się sklepom i ludziom. Zatrzymałem się przed wejściem do toalet. Pomimo że wcześniej przyjmowałem płyny, to potrzeby fizjologiczne zanikają jedna po drugiej. Kto jak kto, ale ja już co najwyżej mogłem się tam przejrzeć w lustrze. Niedługo chyba będę duchem. Chciałbym, żeby mi ktoś wreszcie wytłumaczył, jak działa ta nasza rzeczywistość.
POZIOM TRZYSTA DZIEWIĘĆDZIESIĄTY DZIEWIĄTY
Spotykam w końcu mądrych nauczycieli. Nie powiedzieli mi wszystkiego od razu. – Ty albo myślisz zbyt szablonowo, schematycznie, albo niepotrzebnie komplikujesz – mówili. – Może i istnieje jakaś tam karmiczna wędrówka. Na wszelki wypadek rzeczywiście bądź w miarę honorowy i nie przesadzaj z okrucieństwem. Bo naszym zdaniem to wszystko może być wspinaczką na coraz wyższe szczeble wewnątrz gry, w której żyjemy.
POZIOM CZTERYSTA DWUDZIESTY DRUGI: KL AUSCHWITZ
Przebywam w niemieckim obozie śmierci. Mój numer składa się z pięciu cyfr i jest wytatuowany na lewym przegubie. Ponieważ od wielu już żywotów nie muszę nic jeść, oddaję swoje wątłe racje towarzyszom niedoli. Żaden z nich nawet nie podejrzewa, że stale zostaję z niczym. Każdy tylko martwi się o wypełnienie swojego udręczonego żołądka.
Niemcy przywieźli transport bolszewików. Zapędzili ich do świetlicy i upchali ciasno tak, że więźniowie stali jeden przy drugim, stykając się głowami. Ledwo mogli oddychać. Weszła komisja w maskach przeciwgazowych. Rzucili na środek granat z eksperymentalnym środkiem chemicznym. Nie było wtedy jeszcze komór. Mówią, że po tym zdarzeniu pozostały po ruskich tylko wszy i tyfus.
Jakiś czas później przywieziono też dużą grupę Polaków przeznaczonych do zabicia. Najpierw kazali im iść pod gorący prysznic, a potem popędzili nago na mróz. Stali na placu godzinami i wyli. Wszyscy zamarzli.
Zaczęliśmy się mścić. Zdobyliśmy probówki z przemytu. Można w nich było hodować wszy zarażone tyfusem. W trakcie wizyty Niemców w baraku wysypywaliśmy zawartość na ich płaszcze.
Wkrótce jednak sam zachorowałem. Zostałem umieszczony w szpitalu. Kiedy się z niego wydostałem, komando z naszego bloku ruszyło do pracy za druty. Wysypano ziemniaki na bocznicy, więc chodziliśmy wzdłuż torów z koszami, żeby wszystko wyzbierać.
Dowiedziałem się od kolegów, że ktoś doniósł na mnie do Politische Abteilung. Kapo dorobił bajeczkę na temat tego mojego rozdawania jedzenia. Wmówił im, że jestem katolickim księdzem. Jako że osoby duchowne zwykle były mordowane już pierwszego dnia przyjazdu – pomyślałem, że zaraz mnie skończą. I wtedy zauważyłem, jak w moją stronę zmierza grupa esesmanów.
Wiedziałem, że pobiją mnie na śmierć. Tłukli niemiłosiernie. Zemdlałem. Ocknąłem się, leżąc na plecach. Wtedy jeden z nich położył mi kij na gardle i stanął buciorami na obu końcach, aby mnie udusić.
POZIOM PIĘĆSET JEDENASTY
Z czasem wytłumaczono mi, że wszelkie współczucie było określane przez doświadczonych wieloma wcieleniami jako Wczucie. Odczuwanie winy to ułuda. Tak jak ból. A żona? Rodzina? Kiedy przestawałeś się przejmować swoją rolą, zanikały w tobie wszelkie więzi i namiętności. Wszystkie te relacje to było też nadmierne Wczucie. Na wysokich poziomach mogłeś odczuwać jeszcze pragnienie. Nie rozstawałeś się z manierką wody. Od niej odzwyczaiłem się dopiero po kolejnych kilkunastu stopniach zaawansowania. Przestała być potrzebna. Ale napiłbym się wina. Jeśli można tak nazwać jeden z etapów mojego cyklu narodzin i śmierci, to na aktualnej planszy domniemanej symulacji nie dało się nawet kupić zwykłego jabola. Zabiłbym za dwie butelki berbeluchy. Napiję się w realu. Jak wyjdę z tej iluzji. Jeśli.
POZIOM PIĘĆSET TRZYDZIESTY DZIEWIĄTY
Wydaje mi się, że śniłem. A w tym śnie cały mój świat był tylko więzieniem. Umieszczonym wewnątrz cytadeli.
Pośród jej murów z czerwonej cegły wznosiły się strzeliste wieże. I tak oto stała sobie ta budowla na krzemowej skale zawieszonej w ciemności kosmosu jako planetoida.
Na tle owej fortecy zawisła olbrzymia, niemal większa od niej postać Kościeja. W powiewającym, purpurowym płaszczu tkwił tam, pilnując uwięzionych dusz. Był nie tylko strażnikiem, ale i upiornym architektem twierdzy.
Uciekliśmy stamtąd we dwoje. Wraz ze mną Inès Saint-Clair, dziewczyna, którą spotkałem dawno temu w Awinionie. Nasze dusze były teraz wolne i spoglądały z oddali na całe to zjawisko.
Spod kaptura widniała żółtawa, masywna czaszka Kościeja. Przestrzeń między żuchwą i rozciągniętymi w sardonicznym uśmiechu zębami zionęła czernią. Z oczodołów patrzyły na nas wybałuszone gałki oczne. Emanowała z nich jadowita zieleń z jakąś hipnotyczną energią, która wlewała się jak kwas w nasze eteryczne byty. Widziałem, jak spokojnie czekał. On wiedział. Że wkrótce wrócimy z błaganiem. Aby nas wprządł z powrotem w labirynty wykreowanych przez siebie zdarzeń.
Bo tam, gdzie teraz przebywaliśmy z moją towarzyszką, nie było niczego. Pusta przestrzeń, zimno i mrok. Unosiliśmy się w próżni, zdając sobie sprawę, że nie podryfujemy donikąd, bo jedynym punktem odniesienia jest cytadela. Nikłe światła, jakie od niej dochodziły, pozwalały nam jeszcze trwać przez jakiś czas, jakby ogrzewając mentalnie. Chociaż nie miałem ciała, chłód i wilgoć wypełniały coraz bardziej moje wnętrze. Czułem się, jakbym tonął w roztopionym śniegu. Brak życia w tym miejscu. Brak wrażeń. Jakichkolwiek. Potęgowało to niesamowicie psychiczny głód.
Uśmiech Kościeja stawał się coraz bardziej kąśliwy.
Tylko przeskanowałem, ale, na Boga:
Kielce. Rok dwa tysiące piąty. Legenda głosi, że miasto założył Mieszko Pierwszy. Zabłądził na polowaniu i przyśnili mu się zbóje. Wlewali mu do ust truciznę a wtedy uratował go Święty Wojciech. Po przebudzeniu Mieszko znalazł w pobliżu źródło czystej, leczniczej wody. Na cześć tego wydarzenia kazał wybudować osadę pośrodku puszczy.
Tymczasem ciocia Wiki:
Legenda wiąże powstanie Kielc z Mieszkiem, synem Bolesława Szczodrego. Przed ponad 900 laty w miejscu, gdzie dziś leży stolica województwa świętokrzyskiego, były nieprzebyte, pełne zwierzyny lasy, które przyciągały myśliwych. Polował tu także Mieszko. Kiedy w pogoni za zwierzyną zgubił swoich kompanów, wyjechał na nieznaną polanę i strudzony zasnął w trawie. Przyśniło mu się, że został napadnięty przez zbójców, a ci usiłują wlać mu do ust truciznę. Gdy zaczął już tracić siły, nagle objawił mu się św. Wojciech, uniósł pastorał i na ziemi nakreślił kręty szlak, który przemienił się w strumień wody. Mieszko obudził się, nieopodal ujrzał źródło. Woda w nim była smaczna, przejrzysta, taka jak we śnie. Poczuł przypływ nowych sił i szybko odnalazł swój orszak. Odjeżdżając z polany Mieszko zauważył ogromne, białe kły nieznanego zwierzęcia, być może dzika. Zapowiedział, że wybuduje tu gród z kościołem. Niedługo potem zbudowano w sercu puszczy osadę.
To byłby faktycznie wyższy poziom wtajemniczenia, gdyby Mieszkowi I (zm. 992) przyśnił się św. Wojciech (kanonizowany w 999 r.). :P
Hej,
brakuje sporej liczby przecinków, a w kilku miejscach pojawiają się nadmiarowe. Językowo jest nawet ok, to znaczy styl nie przeszkadza w czytaniu. Wykonanie podsumowałbym więc jako średnie.
Jeżeli chodzi o samą historię, to przede wszystkim trochę zabrakło mi zrozumienia, o czym ona jest. Przeżywamy z bohaterem kolejne wcielenia, obserwujemy go w różnych miejscach i czasach, ale narrator pozostaje na tyle niezaangażowany emocjonalnie, reporterski, że trudno mi było zrozumieć, o czym tak naprawdę jest jego historia, co go w niej poruszyło na tyle, że zapragnął ją opowiedzieć?
Nie pomogło też, że sam koncept powtarzania życia jest dla mnie nieco niezrozumiały. Z jednej strony narrator mówi, że nie pamięta poprzednich wcieleń, a z drugiej, kolejne sceny miotają nim po osi czasu w różnych kierunkach. Czy on ostatecznie pojawiał się w przeszłych czasach, pamiętając już swoje wspomnienia z żyć we (względnej) przyszłości?
Przykro mi, ale za mało skumałem, żeby dobrze się bawić. Poza problemami ze zrozumieniem, największy problem mam z tym, że nie polubiłem bohatera, a on sam nie sprawił, żebym chciał się bardziej zaangażować w jego losy.
Tekst sprawił jednak, że zacząłem czytać o turystyce snajperskiej. Nie natknąłem się na informacje o tym, a zjawisko jest absolutnie makabryczne i poruszające. Dzięki za naprowadzenie na ten trop.
Napisane ok, czyta się względnie płynnie, kilka błędów stylistycznych wskazałem niżej.
Natomiast trochę zabrakło mi jakiegoś większego sensu, bohater trochę bezcelowo przechodzi przez kolejne pokolenia, potem śni jak rozumiem o prawdzie i… co? Fajnie byłoby rozwinąć wątek wyrwania się z matni, może dzięki np. Wczuciu właśnie. Ale to oczywiście tylko moje wrażenie.
Subiektywne uwagi:
– brakuje przecinków w wielu miejscach, w innych są nie tam, gdzie powinny,
– krzyż trójlistny nie jest prawosławny,
– “Czeka smętna kolejka do kolektury.” – konstrukcja mocno połamana, powinno być raczej “do kolektury ustawiła się smętna kolejka oczekujących” czy coś w tym stylu,
– “w loteriach . Jeśli,” niepotrzebna spacja przed kropką,
– “pomyślałem, że zaraz mnie skończą” – zaraz ze mną skończą, ewentualnie mnie wykończą.
Szafirowy Smoku, jeśli uwaga na temat krzyża trójlistnego była rzeczywiście subiektywna, wnioskuję, że obie strony nie będą na razie potrafiły rozstrzygnąć trafności co do wyboru tego krzyża.
– “pomyślałem, że zaraz mnie skończą”, to celowe użycie żargonu obozowego. Inny przykład jaki mógłby się tu pojawić w ewentualnym dialogu to “ Kończ go” czyli zabij go.
Oczywiście, że subiektywna, w końcu tylko i wyłącznie moja
Mi się ten rodzaj krzyża po prostu kojarzy z innymi wierzeniami, celtyckimi zdaje się, ale oczywiście mogę się mylić. A poza tym swoboda twórcza autora to rzecz święta!
A z obozowego żargonu widocznie muszę się podszkolić.
Z mediów chociażby można nabrać przekonania, że krzyż ze skośną belką jest u prawosławnych Rosjan dominujący. Ale skoro tak, to kto używa tego? ????????
Jeśli jednak nadal tkwię w błędzie to może jakiś religioznawca mnie wyprowadzi?
Szafirowy Smoku, jeśli chodzi o czerpanie z żargonu obozowego to możesz zajrzeć do “ Raportu Pileckiego”. Ale nie musisz tego robić. Takie teksty często usłyszysz w filmach.
Ups, teraz doczytałem, że mowa o tym, że krzyż trójlistny powstał na bazie grekokatolickiego.
Zwracam honor i milknę na wieki ;)