- Opowiadanie: Ellsar - Nick Freeman: Granica Przetrwania

Nick Freeman: Granica Przetrwania

Drugi fragment kolejnej części przygód Nicka Freemana.
Bohater podejmuje się zadania współpracy dla baronowej MarCall – posłańca. 

Oceny

Nick Freeman: Granica Przetrwania

Układ: Vegas

Stacja New Vegas 42-4421-VC – Sekcja Ochrony Poziom 45

Czas: +08:55:00 czasu Uniwersalnego

 

Freeman wyszedł z windy dla personelu, do której wcześniej otrzymał specjalne zaproszenie – był to jedyny sposób, by ją aktywować i z niej skorzystać. W jego okularach świeciła wytyczona trasa. Nie podano mu konkretnego adresu, jedynie dynamicznie zmieniającą się drogę prowadzącą, jak przypuszczał, prosto do oczekującego na niego Nowaka. Ten najwyraźniej nie potrafił usiedzieć w miejscu, bo jego pozycja stale się zmieniała.

Ruszył przed siebie pewnym krokiem, mijając ochroniarzy, techników serwisowych i menedżerów stacji. Korytarze plątały się w gęstą sieć prowadzącą do sal spotkań, magazynów i innych pomieszczeń, bez których stacja nie mogłaby funkcjonować.

Nie natknął się tu ani na zaniedbane miejsca, ani na typowe dla stacji ciemne zaułki. Wręcz przeciwnie – panowała sterylna czystość, rażąca jasność i rzędy tak zielonych, że aż sztucznych roślin ustawionych co kilka kroków, jakby ktoś na siłę próbował przekonać odwiedzających, że to miejsce ma w sobie więcej życia niż reszta kosmosu.

Podłogę pokrywały ceramiczne płyty, lekko uginające się pod stopami. W narożnikach ścian połyskiwały półprzezroczyste kopuły skrywające automatyczne systemy ochrony. Idąc dalej, Nick mijał co kilkanaście kroków wysokie skrzynie przypominające szafy. Wiedział jednak, że to nie zwykłe meble – w razie alarmu mogły błyskawicznie rozłożyć się w pełni uzbrojone roboty strażnicze.

– Nie oszczędzają… – mruknął, zerkając na jeden z kwiatów, który według opowieści potrafił sam obezwładnić intruza. Słyszał o takich „zielonych strażnikach”, ale jeszcze nigdy nie widział ich na żywo.

Już same czujniki w podłodze czy ukryte automatyczne wieżyczki robiły wrażenie. A to był zapewne tylko wierzchołek tego, co naprawdę tu działało – ukryte głębiej, poza zasięgiem wzroku.

Prężnym krokiem dotarł do pomieszczenia wskazanego przez nawigację. Bez elektronicznego przewodnika trudno byłoby tu trafić – korytarze zbudowano tak, by nieobeznana osoba łatwo się w nich zgubiła.

Drzwi rozsunęły się automatycznie.

W środku znajdowały się cztery osoby pogrążone w rozmowie. Na widok Nicka trzy z nich pożegnały się z czwartą i wyszły tym samym wejściem, którym przybył Freeman. Żadna nie miała identyfikatora. Na stacji z pełną kontrolą mieszkańców było to zaskakujące.

Z twarzy trzech wychodzących rosłych, dobrze zbudowanych mężczyzn Nick wyczytał jedno – to samo twarde, niemal identyczne, mrożące spojrzenie.

– Witam pana, panie Freeman – odezwała się czwarta osoba, nie dając mu czasu na analizę sytuacji.

Nick odwrócił wzrok w jej stronę. Mężczyzna około sześćdziesiątki, długie czarne włosy z pomarańczowymi pasemkami, ciemnozielony płaszcz ze złotymi herbami na klapach. Pod nim jednolity, woskowany skafander zapięty pod samą szyję. W dłoni trzymał coś w rodzaju tabletu.

– Witam – odpowiedział Nick.

– Zapraszam za mną – rzucił szybko Nowak ciepłym, przyjemnym dla ucha głosem. – Będziemy musieli rozmawiać w ruchu. Mam sporo na głowie. Proszę wybaczyć.

 

Pognali korytarzem, skręcając raz w lewo, raz w prawo – dokładnie tak, jak opisuje każdy podręcznik o tym, jak nie dać się zastrzelić w pierwszej minucie pościgu. Ewidentnie Nowak bardzo się spieszył i nie miał zamiaru tracić czasu na zbędne rozmowy.

– Dlaczego chciałby się pan podjąć ochrony mojej przełożonej? – zapytał Jeff, idąc po prawej stronie Nicka i co chwilę zerkając to na niego, to na tablet, to na drogę przed sobą.

– Muszę z czegoś żyć – odpowiedział Freeman. – A życie na Vegas do tanich nie należy.

– Tylko pieniądze są dla pana motywacją? Wydaje mi się, że ktoś z pana doświadczeniem znalazłby lepiej płatne zajęcie.

– W mojej specjalizacji mam ten luksus, że sam wybieram, co robię.

– Trochę panu zazdroszczę – Jeff uśmiechnął się krzywo. – Ja tak kolorowo nie mam. Zawsze coś, zawsze ktoś…

Skręcili w kolejny korytarz. Mijając grupę ludzi, Jeff skinął głową, a tamci zasalutowali.

– Ma pan świetne referencje. Zastanawiam się, gdzie pana przydzielić.

– A kto tak dobrze o mnie mówi? – Nick uniósł brew. Lista jego dawnych pracodawców była krótka – jeszcze krótsza, jeśli brać pod uwagę tych wciąż żyjących.

– Polecił mi pana osobiście Drew Osborn – Nowak zatrzymał się i spojrzał Nickowi prosto w oczy. – Podobno dobrze się znacie?

– W zasadzie to przez niego tu jestem – odparł Freeman, próbując obrócić w żart ciężar, który nagle poczuł w żołądku.

Uświadomił sobie właśnie, że nie docenił rozmówcy. Nowak prześwietlił go bardzo dokładnie – pewnie wiedział nawet o rzeczach, których sam Nick nie pamiętał.

– Tak też powiedział – twarz Jeffa wróciła do neutralnego wyrazu. – Jak pan zapewne zauważył, mamy tu pewien kryzys. Nie chciałbym, żeby ktoś jeszcze bardziej w nim namieszał.

– Rozumiem.

Przed nimi otworzyły się drzwi. Za nimi rozciągał się szeroki hol zastawiony skrzyniami i sprzętem – przedsionek większego magazynu, w którym panował chaotyczny ruch.

– Przesyłam dane zadania – rzucił Jeff. – Tutaj się rozdzielimy. Dalej muszę iść sam. Pan wróci zgodnie z namiarem i proszę… proszę się pospieszyć. Baronowa nie jest cierpliwą osobą. Przyleci, nawet jeśli nie będziemy gotowi.

Pstryknął coś na tablecie i podał go Nickowi.

– A to po co? – spytał Freeman.

– Ma pan inny sposób, żeby przekazać zabezpieczoną wiadomość?

Nick odsłonił lewy nadgarstek, pokazując wbudowany w ciało interfejs swojego systemu.

Nowak uniósł brew, po czym przyłożył tablet do nadgarstka Nicka. Ten poczuł lekkie mrowienie w dłoni – dane zostały skopiowane i zapisane molekularnie w jego organizmie. Tego typu przekazu nie dało się ani odczytać, ani ukraść, chyba że ktoś rozłożyłby go na atomy i złożył tylko te, których szuka.

– Zgrane. Z tym uda się pan do barona – powiedział Nowak. – Powodzenia.

Drzwi za Jeffem zamknęły się bezszelestnie. Nick został sam w ciszy.

Z treści zadania wynikało jasno: miał polecieć na stację barona MarCalla, przekazać zaszyfrowaną wiadomość, a potem wrócić.

– Posłaniec… po byku – mruknął, odwracając się.

Nawigacja miała problem z wyznaczeniem drogi powrotnej, więc ruszył, kierując się pamięcią. W głowie wciąż kołatała mu się myśl, co właściwie robiły z Nowakiem te trzy klony.

Niepokojące.

 

Układ: Vegas

Stacja New Vegas 42-4421-VC – Dok 2J Hala odpraw

Czas: +10:03:00 czasu Uniwersalnego

 

Nick prześledził dostępność pilotów oraz połączenia z Vegas do stacji Yulia należącej do MarCalla, położonej w tym samym układzie. Przy okazji zlecił też skopiowanie danych o baronie, choć najpierw musiał ustalić, jak się tam dostać.

W dokach na poziomie drugim znalazł kilku chętnych, którzy zgodziliby się go tam zabrać – oczywiście za odpowiednio wysoką opłatą. Na szczęście konto Nicka, jakby magicznie, było zamrożone: ile by nie wydawał, zawsze miał tyle samo.

Korzystając z okazji, zahaczył jeszcze o bufet niedaleko doków, po czym – niczym zadowolony mieszkaniec Vegas – mógł spokojnie przebierać w ofertach transportu.

Ostatecznie padło na pilota o nieokreślonej płci, który miał zabrać go na stację Yulia. Automatyczne transporty do stacji barona nie kursowały z Vegas, a wybrany aeronauta i tak leciał tam przy okazji innego kursu. Mimo braku ograniczeń finansowych tylko ta osoba wydała się Nickowi naprawdę kompetentna i zgłosiła gotowość podróży w jego towarzystwie.

Podobno także baron został poinformowany o przybyciu Freemana – miał to być rutynowy lot.

Po powrocie do miejsca dokowania na poziomie drugim, w sektorze J, Nicka uderzyła pustka. Byli tu co prawda ludzie i maszyny, ale w liczbie nieporównywalnie mniejszej niż w innych częściach poziomu. Wcześniej praktycznie ocierał się tu o tłum.

Była to rozległa hala ze znakami prowadzącymi do lądowisk dla statków i rękawów łączących je z większymi okrętami. Ruch był tak mizerny, że gdyby istniały muchy, mogłyby tu urządzać zawody w przeciąganiu liny. Pilot, z którym miał się spotkać, czekał już przy jednym z tuneli – zapewne od dłuższego czasu. Wyglądał na człowieka, który w desperacji rozważał romans z automatem biletowym.

Poza tym podejrzanym spokojem Nick zauważył jeszcze jedno: zakłócenia w nadawaniu komunikatów stacyjnych oraz wyłączone systemy aktywnej obrony, takie jak automatyczne działka strażnicze.

– Nick! – znajomy głos wyrwał go z pobieżnej analizy sytuacji. – Ty tutaj?

Odwrócił się.

Za nim stał nikt inny jak Rey Jimminson. Miał na sobie kombinezon pilota, a w dłoni trzymał coś przypominającego antyczny otwarty hełm, w jakich dawniej jeździli motocykliści. W rzeczywistości był to nawigometr – nakładany na głowę kontroler systemów nawigacyjnych statku.

– No masz… – rzucił Nick, wymuszając uśmiech.

– To chyba jakieś czary! – roześmiał się Rey. – Znowu na siebie wpadliśmy… To musi coś znaczyć!

– Podejrzane, nie? – mruknął Freeman.

– Pewnie też jesteś od baronowej, co? Dlatego cię tu przywiało.

Jimmy złapał Nicka za ramię i ruszył z nim powoli przez hol.

– Cała Jotka jest wyłączona z użytku, tylko pod przyjazd szanownego gościa. – Drugą ręką, w której trzymał nawigometr, wskazał przestrzeń doku. – Mają rozmach, nie? Wynajęli pod siebie cały sektor. Prawie jakby miała tu przylecieć delegacja rządu.

Nick, słuchając go, zastanawiał się, czy powiedzieć o wyłączonych zabezpieczeniach i napotkanych klonach, ale się powstrzymał. Rey był zbyt wylewny. Lepiej było poczekać.

– Skoro cały dok, to znaczy, że aż tyle obstawy przyleci z tą kobietą? – zapytał.

– Nie, nie. – Jimminson pokręcił głową. – Ona pewnie przyleci jakimś wielkim okrętem i zacumuje obok stacji, a tutaj podleci tylko mniejszą dokierką.

Uśmiechnął się szeroko, odsłaniając śnieżnobiałe zęby.

– Możliwe, że ten zaszczyt spotka mnie.

– Moje gratulacje. Ale po co blokować cały sektor?

– Ty mi powiedz. – Jimmy nie tracił humoru. – Ty jesteś z ochrony, powinieneś wiedzieć. Na przykład dlaczego wszystkie zabezpieczenia tego piętra są wyłączone? Całe Vegas huczy o obstawie, a tu nagle: cyk – odłączamy systemy obronne. I co? Kto bogatemu zabroni?

Nick musiał przyznać, że mimo głupawego wyglądu Rey wcale nie był taki bezmyślny, jak się wydawało. Potrafił dostrzegać ważne szczegóły – choć w dość osobliwy sposób – i łączyć fakty.

– Zobacz, wszystkie śluzy i bramy na wypadek dekompresji… – ciągnął Jimminson. – Nawet wieżowe systemy ochrony. – Machnął nawigometrem w stronę sufitu. – Świecą się na niebiesko.

Nick potwierdził to, co już wcześniej zauważył. Zakładał, że to chwilowa przerwa, może restart systemów. Jednak w ustach Reya brzmiało to znacznie bardziej niepokojąco. Postanowił zaryzykować i dolać oliwy do ognia.

– Kojarzysz Jeffreya Nowaka? – zapytał.

– Jasne. To on zachęcił mnie do pomocy przy organizacji tej imprezy.

– Gdy miałem z nim spotkanie… – Nick mimowolnie ściszył głos. – Przede mną była u niego grupka klonów. Wiesz, co to oznacza?

Uśmiech Jimmy’ego zbladł. Zbliżył się do Freemana i spojrzał na niego badawczo.

– Zapewne piąta generacja – dodał Nick. – Nie mieli sygnatur, ale jestem prawie pewien.

– Klony są przecież zakazane – wyszeptał Rey. – Jeśli rząd się dowie, przewrócą tę stację do góry nogami.

– Dlatego ci o tym mówię. Same klony to jedno, ale ich generacja to drugie. Coś tu śmierdzi.

– Masz na myśli zamach?

– Nie znam tutejszej polityki ani motywów, ale coś jest na rzeczy. Od czwartej generacji klony to elita. Takich nie wysyła się na tańce.

– Dzięki za info. – Jimmy poklepał Nicka po ramieniu. – Ja mam tylko polecieć po towar i go tu przywieźć. Namieszałeś mi w głowie… a taka spokojna fucha szofera się szykowała. Ale będę obserwował anomalie. Może podzielisz się kanałem kontaktowym? Będziemy w łączności.

– Dobry pomysł. – Nick skinął głową. – Kto wie, co nas czeka.

– A ciebie w co wpakowali? – spytał nagle Rey.

– Mam odwiedzić barona MarCalla i dostarczyć mu wiadomość.

– Umiesz latać?

– Nie. Mam pilota.

– Cwaniak. – Jimmy zachichotał. – Następnym razem, jak będziesz szukał pilota, daj znać.

Puścił mu oko, poklepał go jeszcze raz po ramieniu i odszedł bez słowa.

Freeman miał trudność z oceną jego szczerości. Jedno było pewne: Rey nie spodziewał się takich wiadomości. Każdy wiedział, co oznacza posiadanie żołnierzy-klonów i jakie grożą za to kary. Z drugiej strony Jimminson sprawiał wrażenie, że wie więcej, niż udaje.

Klonowanie oraz bojowe roboty sterowane przez sztuczną inteligencję były w całym znanym wszechświecie surowo zakazane. Po licznych nadużyciach w historii – nie tylko podczas wojen – każde, nawet najmniejsze podejrzenie ich użycia kończyło się „optymistycznym” dożywociem w systemie P, a częściej natychmiastową egzekucją i całkowitym wymazaniem danych genetycznych.

W takich przypadkach majątki podejrzanych przechodziły na rzecz rządu. Jeśli mieli rodzinę – była rozdzielana. Procedury organizowano tak, by jej członkowie nigdy więcej się nie spotkali. Rozwiązanie to skutecznie odstraszało potencjalnych twórców zbyt ambitnych sztucznych inteligencji oraz tych, którzy marzyli o własnych armiach klonów.

Oczywiście, gdy stawka była naprawdę wysoka, korporacje – a czasem nawet sam rząd – nadal korzystały z usług specjalnie zaprojektowanych żołnierzy lub inteligentnych maszyn. Oficjalnie takich, które „nigdy nie istniały”.

Podczas swoich przygód Freeman spotkał może tylu klonów, ilu zdołałby policzyć na palcach jednej dłoni. Prawdziwych bojowych robotów – takich, które potrafiły działać z własnej, nie do końca zaprogramowanej inicjatywy – poznał natomiast tylko jednego.

Uniósł dłoń na powitanie nowego, bezimiennego pilota, który miał bezpiecznie dostarczyć go na stację barona MarCalla. Czekała go podróż krótka, lecz z pewnością ciekawa.

 

Układ: Vegas

Myśliwiec Gwiezdny Omega Zetar NV-23-AH111 – Około 7000 km od stacji New Vegas

Czas: +12:23:00 czasu Uniwersalnego

 

Nick posiadał podstawowe przeszkolenie w prowadzeniu pojazdów kategorii mikro, ale nigdy nie był w tym szczególnie dobry. Jego wyczucie przestrzeni kończyło się na kilku – kilkunastu metrach wokół ciała. W tym zasięgu czuł się pewnie; tam funkcjonował, tam żył.

W pustce kosmosu, gdzie setki tysięcy kilometrów znaczyły tyle co rzut papierową kulką do kosza w rogu pokoju, nie potrafił odnaleźć ani komfortu, ani pewności siebie. Każdy statek był inny i wymagał odmiennego podejścia. Zbyt wiele zmiennych. Zbyt wiele niewiadomych. To nie był jego świat – dlatego siedząc w kokpicie, zawsze pozostawał spięty i nerwowy.

Nie inaczej było tym razem.

Myśliwiec, którym lecieli, nie należał do nowych. Był to wysłużony model z serii Zetar – niegdyś popularny w gwiezdnych potyczkach, dziś już zbyt duży, zbyt wolny i zbyt słabo uzbrojony. Co gorsza, zbyt uniwersalny: konstrukcja z czasów, gdy wciąż wierzono, że jeden statek można dopasować do wszystkiego.

Obecnie każdy pilot marzył o maszynach firmy GaRR. Oferowały doskonałe uzbrojenie, adaptacyjne tarcze ochronne oraz amorficzną konstrukcję kadłuba zdolną zmieniać kształt w zależności od misji. Były niemal niewidoczne dla radarów, a wbudowana inteligencja aktywnie wspierała pilota, przejmując znaczną część manewrów i decyzji. Latało się nimi bardziej myślą niż rękami.

Zetar wymagał natomiast obecności człowieka – i jego błędów.

 

 Leciwy model charakteryzował się jednolitą bryłą kadłuba o spłaszczonym kształcie wydłużonego trójkąta, zwężającego się ku przodowi. Na skrajnych burtach zamontowano masywne kontenery osłaniające zestawy uzbrojenia: wyrzutnie rakiet oraz potężne działa laserowe. Ich siła ognia pozostawała imponująca, lecz ograniczone generatory szybko się przegrzewały, drastycznie redukując liczbę możliwych strzałów.

Nietypowe dla tego modelu było zapotrzebowanie na trzyosobową załogę. Dwóch pilotów zajmowało miejsca obok siebie w przedniej kabinie, a nawigator siedział za nimi, częściowo zagłębiony w systemach sterowania. W czasach, gdy większość statków prowadzona była niemal w pełni autonomicznie przez sztuczne inteligencje, korporacja Omega postawiła na pełną kontrolę człowieka, ograniczając ingerencję systemów pokładowych do absolutnego minimum. Dawało to maszynie ogromną elastyczność – i równie dużą nieprzewidywalność.

Ten konkretny egzemplarz, pomalowany na kolor kawy z mlekiem i oznaczony krzykliwymi białymi numerami identyfikacyjnymi na burtach, miał za sobą niejedną potyczkę. Mimo wieku pozostawał w dobrym stanie technicznym i dla niewtajemniczonego w zawiłości inżynierii kosmicznej mógł robić spore wrażenie – choćby ze względu na swój mamuci rozmiar.

Nick zajmował miejsce operatora uzbrojenia po lewej stronie pilota. Fotel nawigatora pozostawał pusty.

 Za sterami siedziała już nie bezimienna jak wcześniej kobieta – porucznik Edison „Fish” Tood. Miała na koncie ponad trzydzieści tysięcy godzin nalatanych w kokpitach bojowych statków. Weteranka – jak na długość życia przeciętnego pilota – choć w tym fachu pieniądze potrafiły skutecznie wydłużać tolerancję na ryzyko.

Aktualny kurs był dla niej nietypowy. Nie miała nikogo zestrzelić, zbombardować, porwać ani zastraszyć. Ot, nudna – choć niecodzienna – misja: dostarczyć pasażera na miejsce i jak najszybciej wrócić. Fakt, że bywała na stacji barona już kilkukrotnie i wiedziała, na co zwracać uwagę, jak się zachowywać i czego unikać, zapewnił jej pierwszeństwo przy wyborze zlecenia.

Jedynym elementem odstającym od tej rutyny był pasażer.

A ten wyraźnie czuł się w kokpicie nieswojo i wcale nie potrafił tego ukryć. Kurczowo trzymał się pasów fotela, nerwowo rozglądał się na boki, a jego parametry życiowe pozostawały podwyższone.

Przez prosty holograficzny kask Nicka oraz własny interfejs pilota – rozszerzający percepcję lotu dzięki nawigometrowi – nie dało się dostrzec jego twarzy.

Tood nie miała jednak żadnych wątpliwości.

Ten gość starał się grać twardziela.

Z rozbieganymi oczami.

Uśmiechnęła się.

 

Nick walczył z powolnym, narastającym przerażeniem. Przypięty do fotela widział wokół siebie głównie kosmiczną pustkę – żadnych fizycznych punktów odniesienia poza zarysem sylwetki Edison. Uczucie zawieszenia w próżni było dla niego paraliżujące.

Odpowiadał za to nawigometr na jego głowie, taki sam jak u Tood. Urządzenie generowało obraz z dziesiątek kamer rozmieszczonych wokół myśliwca, wzbogacony o dodatkowe dane: prędkość, odległość od celu, namiary na najbliższe obiekty oraz ich identyfikację. Zderzenie tych warstw wizualnych – nadmiaru informacji – z sygnałem własnego umysłu, który uparcie przypominał mu, że znajduje się w ciasnym, częściowo przeszklonym kokpicie, wywoływało silny dyskomfort.

Robił wszystko, by skupić się wyłącznie na celu podróży i nie myśleć o tym, jak bardzo „wisi” w pustce. Im bardziej się starał, tym mocniej to uczucie go przytłaczało.

– Widzę, że nie przepadasz za lataniem – odezwał się w jego głowie głos porucznik. Komunikacja odbywała się kanałem psionicznym.

– Wolę czuć coś pod nogami – pomyślał Nick w odpowiedzi.

– Kwestia przyzwyczajenia – usłyszał. – Będąc tutaj, naprawdę czuć wolność. Możesz lecieć, gdzie chcesz, być kim chcesz, robić, co chcesz.

– A kiedy skończy się paliwo albo coś się zepsuje? – odparł. – Wtedy można już tylko się udusić albo zamarznąć.

Pilotka roześmiała się – na tyle głośno, że Nick usłyszał to nie tylko we własnej głowie.

Gdy wsiadali do statku, przyjrzał się jej uważniej. Była wysoka, o długich białych włosach i wyraźnie azjatyckich rysach twarzy. To krótkie „przestudiowanie” jej sylwetki trochę uspokoiło Freemana – przynajmniej pod kątem tego, komu powierza życie. Teraz jednak nie miało to większego znaczenia.

– Spójrz w prawo – rzuciła Edison. – Ta mała kropka to Vegas. Tam byliśmy. A na lewo jest nasz kurs.

– To w którą stronę lecimy? – zapytał Nick.

– Poczekaj. Nie śpieszy nam się aż tak. Pokażę ci coś.

– Wolałbym nie.

– Nie masz wyboru.

Kilka minut później z ciemności przestrzeni przed Zetarem wyłoniły się sylwetki trzech ogromnych okrętów inżynieryjnych, harujących niczym woły zaprzęgnięte do pracy. Ustawione symetrycznie prowadziły operacje nad konstrukcją zawieszoną pomiędzy nimi.

Z każdego statku wyrastały cztery potężne mechaniczne ramiona – niemal tak długie jak cały kadłub jednostki – poruszające się z zaskakującą precyzją. Operowały nad powstającą strukturą, spajając kolejne elementy w całość. Obiekt składał się z trzech monumentalnych, trójkątnych instalacji połączonych półokrągłymi legarami w jedną solidną konstrukcję.

Z daleka przypominało to kolosalny pierścień, do którego cienkimi nićmi przyczepiono drobne żółtawe stateczki – w rzeczywistości same okręty robocze, niknące przy ogromie projektu. Co jakiś czas przestrzeń rozświetlały błyskające promienie, gdy któreś z ramion wykonywało spawy lub inne precyzyjne operacje.

– Co to jest? – zapytał Nick.

– Vegas otworzy się na świat – odparła Edison. – Za kilka miesięcy skończą budowę bramy do układu Bora.

– Bramy?

– Bramy Thampera. Na pewno słyszałeś. Stałe połączenia między układami. W Bora są już dwie, a w Vegas powstają aż cztery. Ta będzie pierwsza.

Brama Thampera była stabilnym punktem transferowym dla statków pozbawionych napędu międzygwiezdnego. Jej nazwa pochodziła od wynalazcy, profesora Hiroshiego Thampera. W dużym uproszczeniu działała na zasadzie „sparowanych” mikroczarnych dziur – z tą różnicą, że umożliwiały bezkolizyjną podróż w obie strony. Po aktywacji takiego połączenia nie dało się go już zatrzymać ani wyłączyć.

Bardziej szczegółowe wyjaśnienie wymagałoby zagłębienia się w mechanikę kwantową, parowanie cząstek, stabilizację struktur i inne zagadnienia, których Nick nigdy nie miał potrzeby studiować.

Tyle o nich wiedział.

Po za tym o samych bramach słyszał wiele, lecz ponieważ rzadko podróżował samodzielnie, a przeloty odbywał głównie na pokładach dużych okrętów, nigdy nie widział żadnej z bliska. Teraz, patrząc na skalę konstrukcji, był pewien jednego: nie była przeznaczona dla lekkich jednostek. Nawet masywne transportowce mogłyby przez nią swobodnie przelecieć.

Konstrukcja była fenomenalna.

W tej chwili jednak imponująca struktura straszyła martwą pustką.

Zetar na chwilę zawisł w miejscu, pozwalając Nickowi nacieszyć oczy pracą maszyn i choć na moment zapomnieć o trapiących go myślach. Po chwili myśliwiec zwinnie obrócił się rufą w stronę konstrukcji.

– W twoim zawodzie też masz takie widoki? – rzuciła Edison.

Przed nimi rozpostarła się panorama przestrzeni. Ukazała się mozaika barw – od głębokiej czerwieni po jaskrawy pomarańcz. Mgławica obejmująca układ Vegas prezentowała się zjawiskowo i tajemniczo, a rozsiane w oddali gwiazdy dopełniały kosmicznego spektaklu. Całość była malownicza, niemal hipnotyzująca.

Myśliwiec uruchomił dopalacze i ruszył w stronę stacji barona MarCalla. Przyspieszenie wcisnęło Nicka w fotel niczym dziecko w wagoniku kolejki w parku rozrywki.

Tym razem jednak czuł się już znacznie lepiej – zagrywka Edison zadziałała.

 

Układ: Vegas

Myśliwiec Gwiezdny Omega Zetar NV-23-AH111 – Około 2000 km od stacji Yulia

Czas: +15:10:00 czasu Uniwersalnego

 

– Zbliżamy się do celu – zakomunikowała porucznik Tood.

Przed nimi wyłoniła się ogromna sfera otaczająca właściwą stację. Nie była to jednolita konstrukcja, lecz gęsta chmura rozmieszczonych w przestrzeni punktów obronnych, tworzących trójwymiarową klatkę wokół serca instalacji. Każdy z nich stanowił małą fortecę: automatyczne wieże laserowe, wyrzutnie rakiet i torped, sensory dalekiego zasięgu. Uzbrojenie wystarczające, by samodzielnie odeprzeć atak pirackiej floty.

Ich liczby nie dało się oszacować. Systemy Zetara co chwilę sygnalizowały nowe namierzenia, kolejne opromieniowania radarowe, następne źródła emisji energii. Kokpit wypełniały ostrzeżenia i znaczniki tak gęsto, że obraz przestrzeni momentami stawał się niemal abstrakcyjny. Budowa takiego systemu musiała pochłonąć fortunę, której Nick nawet nie potrafił sobie wyobrazić.

– Nie przejmuj się tym – rzuciła Edison, jakby czytała mu w myślach. – Baron ma niewielu gości. Za to całe zastępy wrogów. I sam też nie jest szczególnie gościnny.

– Ale przynajmniej bogaty – pomyślał Nick.

– Oj, bardzo – odpowiedziała bez wahania. – Ma kasy jak lodu. I ciągle chce więcej.

– To i tak… nie za dużo tych dział i laserów?

– Mnie nie pytaj – odparła sucho. – Ja tu tylko pilotuję.

Zetar sunął powoli naprzód, mijając kolejne baterie strażnicze. Freeman dostrzegał czterolufowe lasery gatlingowe, masywne wyrzutnie rakiet i torped, a także nieaktywne, ledwie widoczne kontury pól tarcz osłonnych. W myślach przeprowadził szybką kalkulację. Taką linię obrony mogłyby przełamać chyba tylko okręty Federacji. I to z trudem.

– Po zadokowaniu wypuszczę cię i wracam – powiedziała Edison. Jej głos był teraz chłodny, rzeczowy, pozbawiony wcześniejszej lekkości. – Powrót musisz sobie załatwić sam.

– Wiem – odparł Nick cicho.

Za granicą obrony obracała się właściwa stacja – siedziba barona. Była to niemal standardowa konstrukcja: masywny pierścień zewnętrzny oraz szeroki, cylindryczny rdzeń spinający całość w jedną bryłę. Utrzymano ją w odcieniu głębokiej zieleni, przełamanej złotymi akcentami, które z daleka połyskiwały niczym heraldyczne symbole dawno zapomnianej dynastii.

Myśliwiec osiadł miękko na jednym z pól dokujących. Chwilę później otworzyły się wrota lądowiska i Zetar został wciągnięty pod stację, w głąb rozległego hangaru. Gdy pomieszczenie uszczelniono, kabina statku z dehermetyzowała się z cichym sykiem, a do środka buchnęło chłodne, filtrowane powietrze stacji.

Nick zdjął holograficzny kask i podał go pilotce, kiwając głową w niemym podziękowaniu. Edison odwzajemniła gest krótkim spojrzeniem – neutralnym, zawodowym. Jednym skokiem opuścił kokpit i ruszył w stronę jedynych drzwi, jakie dostrzegł w tej części hangaru.

Gdy tylko Freeman stanął w magnetycznej śluzie, za jego plecami Zetar niemal natychmiast poderwał się do lotu. Silniki zawyły, a myśliwiec zniknął we wrotach hangaru tak szybko, jakby sam nie chciał tu zostać ani sekundy dłużej.

Został sam.

 

Układ: Vegas

Stacja Yulia 42-6006-YMC – Między dokiem, a mostkiem stacji

Czas: +15:50:00 czasu Uniwersalnego

 

Śluza zakończyła pracę, a drzwi rozsunęły się bezszelestnie. Przed przybyszem stał jeden z licznych robotów obsługujących gości na stacji barona.

Po krótkim przywitaniu Nick został zaprowadzony do windy prowadzącej w górę stacji, znajdującej się nieco w głębi pomieszczenia. Całość sprawiała wrażenie w pełni zautomatyzowanej – nie zauważył ani jednego człowieka, tylko maszyny wykonujące zaprogramowane role. Przed wejściem do windy robot poprosił go o dodatkowe informacje dotyczące przenoszonej wiadomości. Po otrzymaniu fragmentu danych i ich weryfikacji wskazał już otwarte wejście do kabiny.

W środku panowała cisza i spokój. Winda ruszyła, sunąc jednostajnie w górę i co jakiś czas informując o mijanych piętrach. Wszystko odbywało się automatycznie – Freeman miał dotrzeć tam, gdzie prowadziła go mapa.

Nie wykonywał gwałtownych ruchów, zakładając, że jest obserwowany. Aktywował tryb wzmocnionej percepcji – lepiej było być przygotowanym.

W pewnym momencie kabina lekko zadrżała i zatrzymała się delikatnie, niemal od niechcenia.

Drzwi otworzyły się.

Za nimi rozciągał się szeroki hol wyłożony panelami imitującymi drewno. Przestrzeń prowadziła dalej – do sal reprezentacyjnych, centrum stacji albo prywatnych apartamentów. Nawigacja jednoznacznie wskazywała jedno: cel podróży nie znajdował się w żadnym z tych kierunków.

Odruchowo sprawdził konsolę windy – bez skutku. Została wyłączona na tym poziomie. Nie było szans, by ruszyła dalej.

Postanowił więc dostać się do systemu bezpieczeństwa stacji. Zabezpieczenia były solidne – wiedział, że uzyskanie dostępu zajmie trochę czasu.

Przebadał teren uważnie, próbując ocenić, co może go czekać za chwilę. Odbezpieczył oba blastery, ustawił ich moc, poprawił uchwyt, po czym ruszył przed siebie – nieco chaotycznie, bez pewności co do następnego kroku. Hol – a raczej długi korytarz przedzielony licznymi odnogami i wnękami na drzwi – ciągnął się na kilkadziesiąt metrów i kończył przy zewnętrznym pierścieniu stacji. Idąc przed siebie, prędzej czy później natknie się na jakiegoś mechanicznego adiutanta, który udzieli mu odpowiedzi.

Dopiero po chwili zauważył, że to, co wziął za imitację, było prawdziwym drewnem. Autentycznym. Rzadkość – wręcz luksus w takim miejscu. Wskazywało to, że baron dba o stację i nie jest to jego tymczasowa siedziba.

Niepokoiło go jednak coś innego – cisza. Poza monotonnym szumem systemów wentylacyjnych nie słyszał absolutnie nic. Gdy znajdował się mniej więcej w połowie korytarza, jego system zakomunikował o uzyskaniu dostępu do głównego komputera stacji. Momentalnie załadował plan i szczegółową mapę całej instalacji. Aktualnie znajdował się jedno piętro poniżej miejsca spotkania z baronem MarCallem. Wystarczyło uruchomić windę albo znaleźć alternatywne dojście.

I właśnie wtedy stacja wyłączyła światła, przechodząc w tryb awaryjny.

Stłumione czerwone i żółte pasy rozbłysły przy drzwiach oraz wzdłuż podłogi korytarza. Zapanował półmrok, ale cisza pozostała nienaruszona – jakby wszystko wokół wstrzymało oddech.

Nick ponownie sprawdził status w systemie stacji. Tym razem nie było odpowiedzi. Połączenie wyglądało na aktywne, ale główny serwer był przeciążony albo celowo odcięty.

Całe szczęście, że zdążyło załadować mapę – mruknął do siebie, mimowolnie mocniej ściskając rękojeści broni.

Jedne z drzwi przed nim rozsunęły się nagle.

Z wnętrza wyszły dwa roboty strażnicze, oświetlone chłodnymi, niebieskimi diodami. Na ich pancerzach widniał herb barona. Przez ułamek sekundy analizowały stojącą przed nimi postać.

Potem jednocześnie uniosły ramiona, a z zamontowanego na jednym z nich działka padł strzał.

Freeman odskoczył w bok i przywarł do wnęki drzwi prowadzących do jednej z kajut, próbując osłonić się fragmentem futryny. Kolejna seria pocisków roztrzaskała tę prowizoryczną osłonę, rozrywając metal i posyłając w powietrze chmurę pyłu.

W kurzu i dymie ruszył w kierunku napastników. Oddał dwa szybkie strzały.

Roboty zostały trafione. Po chwili oba zgasły, zastygając nieruchomo niczym pomniki niedawnej walki – z opuszczonymi sensorami i martwymi diodami.

– Tak się bawić nie będziemy – mruknął Nick, jednocześnie sprawdzając na mapie, gdzie znajduje się najbliższa winda albo schody.

Najbliżej była drabina. W jednym z pomieszczeń niedaleko.

Niewiele myśląc, przeładował broń i ruszył dalej, trzymając wycelowane blastery przed sobą, gotowe do strzału. Domyślał się już, że coś zakłóca systemy, dlatego panuje taka cisza – albo baron właśnie próbował go zabić, albo na stacji działo się coś bardzo złego.

Dotarł do pomieszczenia z drabiną. Był to niewielki skład pełen skrzyń, regałów i metalowych kontenerów – zaplecze techniczne dla obsługi stacji.

Rozejrzał się nerwowo. Jego cel znajdował się kilka metrów wyżej i nieco na prawo.

Schował broń do kabur i ostrożnie podszedł do metalowej, wyraźnie rzadko używanej, zakurzonej drabiny. Także tutaj panowała ta sama złowroga cisza.

I wtedy meble ożyły.

Dwa amorficzne roboty, które dotąd wyglądały jak elementy wyposażenia, zaczęły zmieniać kształt, przechodząc w formę niskich maszyn strażniczych. Pierwszy z nich nie zdążył nawet osiągnąć pełnej konfiguracji – seria pocisków z blastera Nicka rozerwała go na kawałki.

Drugi zdołał oddać strzał, lecz niecelnie.

Ułamki sekund później rozpędzone molekuły z broni Freemana przecięły go wpół, kończąc jego krótkie istnienie.

Wtedy drzwi do składu zatrzasnęły się i rozległ się niski syk.

Z dolnych szczelin ścian zaczął sączyć się gaz.

Nick oparł się plecami o regał, próbując złapać oddech.

Nie miał czasu do stracenia.

Wskoczył na drabinę i wspiął się błyskawicznie w górę, do analogicznego pomieszczenia poziom wyżej.

Drogę blokował właz. Zamknięty.

Nick w ułamku sekundy ocenił sytuację. Wykonał kilka głębokich wdechów i wydechów, po czym nabrał powietrza, ile tylko zdołał. Wewnętrzny system natychmiast oznaczył czas i rozpoczął odliczanie.

Jeśli tylko gaz nie okaże się żrący.

Przebiegł wzrokiem po wyjściu. Właz był zabezpieczony – nie do sforsowania od tej strony. Ktoś wyraźnie chciał, żeby Nick się tutaj udusił.

Pytanie brzmiało: jak się stąd wydostać?

Światła nagle zgasły, pogrążając pomieszczenie w całkowitej ciemności. Gaz wciąż wtłaczano do środka, gęstniejąc z każdą sekundą.

Nick przełączył tryb widzenia w okularach. Obraz wrócił – wyraźny, choć nienaturalnie chłodny.

Zeskoczył z drabiny. Stojąc w oparach toksycznej substancji, wycelował blastery w otaczające go ściany.

Już miał strzelić.

W ostatniej chwili uderzyła go myśl: a jeśli gaz jest łatwopalny?

Bo wtedy…

Ponownie przeskanował pomieszczenie. Zamiast strzelać, uderzył rękojeścią broni o metalizowany kant stojącego obok regału. Tak mocno, że oderwany opiłek metalu odskoczył w krótkim, niemal wesołym tańcu, rozżarzając się na czerwono – zupełnie nieświadomy tragedii rozgrywającej się wokół.

Gaz nie był łatwopalny.

Ustawił blastery na pełną moc. Wycelował tak, by wiązki przecięły się tuż przed grodzią oddzielającą piętra, i wypalił.

Eksplozja rozszarpała sufit, rozrzucając fragmenty poszycia po całym pomieszczeniu. Sam właz pozostał niemal nienaruszony – jedynie osmolony. Obok niego powstała jednak szeroka szczelina.

Nick nie zwlekał. Strzelił ponownie. I jeszcze raz.

Metal i kompozyt pękały, wyrywane z sufitu i podłogi wyższego poziomu, aż otwór stał się na tyle szeroki, by mógł się przez niego przecisnąć.

Wskoczył na drabinę, wspiął się i chwycił rozgrzane, poszarpane krawędzie wyrwy. Syknął z bólu, ale wciągnął się do środka.

Pomieszczenie było niemal identyczne – techniczne, ciasne, pełne skrzyń i regałów. Dopadł drzwi. Były zabezpieczone, lecz nie zaryglowane.

Szybko przeskanował wnętrze, szukając ukrytych jednostek. Nic.

Gdy tylko się upewnił, rozpoczął łamanie zabezpieczeń wejścia.

Z dołu przez wyrwany otwór zaczęły wpełzać opary gazu.

Wskaźnik tlenu topniał w zastraszającym tempie – minuta, może dwie.

Z całej siły uderzył barkiem w drzwi. Raz. Drugi raz.

W desperacji uniósł broń i już miał strzelić, gdy zamek zamigotał i zaświecił się na zielono.

Wrota rozsunęły się.

Nick wyskoczył z pomieszczenia i natychmiast zamknął drzwi za sobą. Kilkoma długimi susami oddalił się od składu, aż system potwierdził bezpieczny poziom atmosfery.

Dało się oddychać.

Zachłysnął się powietrzem. Przez załzawione oczy dostrzegł jednak kolejne zagrożenie – dwa roboty strażnicze sunące w jego stronę.

Podniósł broń. Nacisnął spust.

Prawie wyczerpał zapas termosów, ale cele przestały się poruszać.

Ciężko dysząc, z blasterami w dłoniach, Nick ruszył dalej – w kierunku salonu barona.

 

Układ: Vegas

Stacja Yulia 42-6006-YMC – Poziom administracyjny

Czas: +16:11:00 czasu Uniwersalnego

 

Czuł się osłabiony. Gaz był wyraźnie toksyczny – każdy normalny człowiek padłby już martwy. On miał wrażenie, jakby przebiegł dwa kilometry sprintem. Płuca piekły, mięśnie drżały, a serce waliło jak młot.

To minie. Musi tylko uważać.

Ciężkim krokiem dotarł do miejsca wskazanego wcześniej przez robota w hangarze. Za kolejną grodzią znajdowało się biuro barona.

Drzwi do następnej kajuty. A za nimi –

Klimatyczne, lekko przyciemnione pomieszczenie, nasycone aurą powagi i niepokoju. Na ścianach pulsowały dynamiczne obrazy bitew – w przestrzeni i na powierzchniach planet. Regały uginały się od osobliwości: waz, fragmentów kości, miniaturowych trójwymiarowych projekcji światów. W centrum stało masywne biurko – miejsce, które zwykle zajmował baron MarCall.

Teraz jednak barona tam nie było.

Kucał przy drzwiach. Nasłuchiwał.

– Czy… czy ktoś tam jest? – krzyknął, gdy rozległ się szelest i ciche brzęczenie zamka, który Nick próbował sforsować.

– Proszę… czy ktoś tam jest? – głos drżał, pełen trwogi.

– Tak. Proszę otworzyć – odpowiedział Nick.

– Człowiek! – baron niemal krzyknął z radości. – Jak się cieszę! Jak się tu dostałeś? Kto cię przysłał?

– Najpierw otwórz te cholerne drzwi – warknął Nick, widząc, że wrota są solidnie zapieczętowane.

– Nie da się! Są zamknięte!

– Naprawdę? – parsknął Nick. – No co ty nie powiesz.

– Co?

– Wiem, że są zamknięte. Chcę, żebyś je otworzył.

– Nie mogę!

– Jak to „nie możesz”?

– Bo… bo są zamknięte! Przecież mówię!

Nick przetarł twarz dłonią. Albo baron był kompletnie roztrzęsiony, albo to wcale nie był baron, tylko jakiś jego urzędnik. Tak czy inaczej, stanie jak kołek na korytarzu nie było rozsądną opcją.

Podłączył interfejs do zamka i rozpoczął analizę. Szybko wyszło na jaw, że mechanizm był spięty z głównym serwerem stacji – a ten wciąż milczał.

– Jesteś tam? – zapytał baron z wyraźną paniką.

Nick nie odpowiedział. Zamek nie dawał się złamać w elegancki sposób.

Pozostawało jedno – brutalna siła.

– Hej! – głos po drugiej stronie podniósł się do krzyku. – Nie zostawiaj mnie tu samego! Rozkazuję ci mnie stąd zabrać!

Po raz setny przeanalizował sytuację.

Główny serwer znajdował się na tym piętrze – niedaleko. Problem polegał na tym, że amunicji miał już jak na lekarstwo, a nie wiedział, co czeka go po drodze.

– Gdzie znajdę tutaj jakieś uzbrojenie? – zapytał barona.

– Jak to… jesteś tam bezbronny? – zdziwił się arystokrata.

– Nie. Ale potrzebuję czegoś mocniejszego, żeby dostać się do serwerowni.

– Serwerownia jest na końcu korytarza, w prawo.

– Wiem – uciął Nick. – Pytam o zbrojownię. Magazyn broni. Cokolwiek.

– A po co ci teraz broń? Otwórz po prostu te drzwi!

Nick zacisnął szczękę. Nie wiedział, czy baron był pijany, w szoku, czy ktoś wcześniej zrobił mu krzywdę, ale rozmowa nie prowadziła donikąd.

– Potrzebuję materiałów wybuchowych – powiedział wolniej, wyraźniej. – Chcę wysadzić te drzwi.

Zapadła chwila ciszy.

– A… to magazyn jest zaraz tutaj – odezwał się w końcu MarCall. – Trzecie drzwi na lewo.

– Na lewo? – powtórzył Nick.

– Tak. W drugą stronę niż serwerownia. Na drzwiach jest napis „Magazyn”.

Freeman zesztywniał.

Właśnie stamtąd wrócił.

Kontakt z toksynami nie wchodził już w grę – ale najwyraźniej nie miał wyboru.

– Nie ma innego magazynu? – zapytał.

– Jest. Piętro niżej.

Nick odwrócił się plecami do drzwi kajuty barona i oparł o nie czoło. Zdjął okulary, przetarł ponownie twarz dłonią. Spojrzał w stronę serwerowni – była blisko, ale aż podejrzanie blisko. Na pewno zamknięta. Albo pełna strażników.

Założył okulary z powrotem i odepchnął się od wrót.

– Zaraz wracam. Nigdzie nie odchodź.

– Bardzo zabawne – burknął baron. – Tylko się nie ociągaj!

Freeman tylko pokiwał głową.

Człowiek ryzykuje dla niego życiem, a ten jeszcze go pogania.

 

Układ: Vegas

Stacja Yulia 42-6006-YMC – Poziom administracyjny

Czas: +16:15:00 czasu Uniwersalnego

 

Bez większych przeszkód dotarł do magazynu. Zatrzymał się przed drzwiami, wykonał kilka kontrolowanych wdechów i przygotował się na dłuższy bezdech. Otworzył.

Pomieszczenie wyglądało dokładnie tak, jak je zostawił: wyrwana dziura w podłodze, migoczące oświetlenie, osmalone ściany. System potwierdził brak toksycznych oparów, a z krat wentylacyjnych dobiegał równy, uspokajający szum dmuchaw.

Wypuścił powietrze i ostrożnie zaczerpnął nowego.

Pachniało spalenizną – plastikiem i metalem. Do tego kurz, mnóstwo kurzu, który nagły ruch powietrza wyrwał z letargu, zmuszając do ponownego uniesienia się.

Powinien był się domyślić, że w takich solidnych kontenerach nie przechowuje się mioteł ani mopów. Regały uginały się pod ciężarem różnorodnych narzędzi, skrzyń i części zamiennych. Z rozmachem otworzył kilka pojemników. W środku znalazł strzelby, karabiny pacyfikacyjne oraz pałki paraliżujące.

Sięgnął po jedną z flint, szybko ją ocenił i odłożył. Za słaba. Nie wystarczyłaby, by powalić robota jednym strzałem, a tym bardziej wypalić dziurę w ścianie.

Szukał dalej.

W końcu znalazł to, czego potrzebował.

Stary, ale jary sztucer. Nie wiadomo czemu taka broń znajdowała się na stacji – zwykle używano jej do polowań lub potyczek na bardzo dużych dystansach. Tutaj jednak, jako prowizoryczna broń przeciwpancerna, sprawdzi się idealnie.

Zabrał dodatkową amunicję i opuścił magazyn.

Przeładowywał broń, idąc korytarzem. Gdy mijał kajutę barona, dobiegły go dźwięki muzyki. Przystanął na moment. MarCall najwyraźniej włączył jakiś utwór i spokojnie go słuchał, czekając na swojego wybawcę.

Na twarzy Nicka mimowolnie pojawił się krzywy grymas.

Ruszył dalej, trzymając broń w pogotowiu.

Gdy był jakieś dwadzieścia metrów od serwerowni, wyskoczyli na niego pierwsi maruderzy – dwa dobrze już znane roboty strażnicze. Dwa strzały ze sztucera wyrwały potężne fragmenty ich tułowi, skutecznie je unieszkodliwiając.

Jeden z pocisków zrobił jednak coś więcej. Po przebiciu pierwszego celu poleciał dalej i trafił prosto w zewnętrzną ścianę stacji, eksplodując z imponującą siłą.

Systemy ostrzegawcze zawyły. Awaryjne procedury natychmiast zadziałały, uszczelniając uszkodzony fragment konstrukcji.

Spojrzał na karabin i przez ułamek sekundy zastanowił się, czy dokonał właściwego wyboru. Teraz było już za późno. Zarzucił broń na ramię i uniósł blaster.

Czujnie rozglądając się, dotarł do drzwi serwerowni. Były zapieczętowane – analogicznie do wejścia do apartamentu barona.

Nagły ból w prawym boku zwalił go z nóg. Amorficzny robot chybił, trafiając w ścianę obok, lecz odłamki kompozytu poszarpały Nicka. Odwrócił się instynktownie i wypalił. Pocisk trafił, lecz jego moc była zbyt mała, by całkowicie unieszkodliwić maszynę.

Drugi strzał robota również nie był wymierzony w człowieka – roztrzaskał zamek drzwi serwerowni.

Upadając na bok, Nick wypalił ponownie. Tym razem dopełnił dzieła. Robot zaskrzeczał, sypnął iskrami i zaczął kopcić, po czym zesztywniał, zamierając bez ruchu.

Freeman podniósł się i sprawdził ranę. Powierzchowna. Regeneracja zrobi swoje.

Spojrzał na drzwi do pomieszczenia z komputerami. Nie były rozsuwane jak inne na stacji, lecz otwierane. Panel dostępowy był roztrzaskany, a jeden z zawiasów wyraźnie wygięty.

Ten robot nie strzelał do niego.

Strzelał w drzwi.

Bez chwili namysłu Nick wycelował karabin w punkt mocowania. Odsunął się i nacisnął spust. Pociski wyrwały fragmenty metalu, naruszając integralność zabezpieczenia. Druga, poprawiona seria doszczętnie rozszarpała mechanizm.

Drzwi opadły na zewnątrz z głuchym, metalicznym hukiem.

W tej samej chwili system ochrony stacji ogłosił alarm.

– Intruz! Poziom administracyjny. Serwerownia. Intruz! – krzyczały głośniki w ścianach.

Domyślił się, że to standardowa procedura, ale oznaczała jedno: za chwilę liczba robotów ochronnych na metr kwadratowy gwałtownie wzrośnie. Wskoczył do serwerowni.

Wewnątrz właśnie formował się kolejny strażnik – znacznie większy, ciężki antyterrorystyczny bot ochronny. Dwa strzały ze sztucera wystarczyły. Maszyna padła w tumanie dymu i kaskadzie migoczących iskier.

Przeładował broń, podszedł do głównego terminala i podłączył swój interfejs.

– System przeciążony – odezwał się niski, basowy głos. – Brak dostępnych zasobów operacyjnych.

Nick zmrużył oczy. To nie był zwykły algorytm zabezpieczający.

– Przyczyna przeciążenia? – zapytał.

– Brak danych. System przeciążony.

– Wyłącz wszystkie niekrytyczne procesy. Na początek światła.

W jednej chwili zgasło oświetlenie na całej stacji. U barona ucichła kwarcowa płyta z muzyką. Przestrzeń spowił mrok.

– System odzyskał sprawność – oznajmił głos w ciemności.

– Przyczyna przeciążenia?

– Szybko postępująca absorpcja pamięci serwera.

Poczuł, jak coś zaczyna układać się w jego głowie.

– Wyodrębnij proces absorpcyjny. Przenieś go do wirtualnej maszyny.

Zapadła chwila ciszy.

Wychylił się ostrożnie w stronę korytarza. Przy podłodze pulsowały czerwone światła awaryjne. Z oddali dochodził charakterystyczny klekot metalu o metal – grupa strażników była już w drodze.

– Proces wyodrębniony – odezwał się wreszcie głos.

– Wyłącz alarm i odeślij ochronę.

– Stacja znajduje się w stanie alarmu bezpieczeństwa. Naruszono protokół.

– Wstrzymaj ochronę stacji.

– Ochrona w drodze.

– Przywróć zasilanie i otwórz drzwi do pomieszczenia MarCalla.

Stacją wstrząsnął trzask i narastający harmider systemów powracających do pracy. Światła zapalały się jedno po drugim.

– Skopiuj logi stacji z ostatnich czterech godzin.

– Kopia wykonana.

 

Układ: Vegas

Stacja Yulia 42-6006-YMC – Poziom administracyjny

Czas: +16:50:00 czasu Uniwersalnego

 

Nick mocniej zacisnął dłonie na karabinie i w stacji powoli wracającej do życia pognał prosto w stronę apartamentu barona. Na piętrze znajdowało się już kilka robotów ochronnych – jeszcze w sporej odległości. Wycelował i wypalił serię.

Pociski sztucera przechodziły przez maszyny jak przez papier, trzaskając, łamiąc i rozrywając wszystko, co stanęło im na drodze. Mimo to ochrona wciąż napływała.

Strzelając i wykonując uniki, dobiegł do wejścia do apartamentu. Uderzył w panel sterujący – drzwi, jak na ironię, rozsunęły się powoli i bez pośpiechu. Wpadł do środka i natychmiast zamknął wejście za sobą.

Oliver Ethan MarCall.

Około sześćdziesięciu pięciu lat. Pociągła twarz o ostrych rysach, siwe włosy zaczesane gładko do tyłu, starannie przycięty zarost – broda i wąsy tworzyły niemal idealną symetrię. Stalowoszare oczy patrzyły z nienaturalnym spokojem, jakby analizowały więcej, niż zdradzał sam wzrok. Ubrany w długi, elegancki płaszcz przypominający wojskowy surdut, uszyty z ciemnogranatowego, lekko połyskującego materiału. Na ramionach widniały dwa herby: rodowy oraz symbol przekreślonego pocisku. Z pasa wystawała rękojeść broni energetycznej.

MarCall dorobił się fortuny najpierw na handlu surowcami, potem bronią. Później zaczęły krążyć plotki o jego powiązaniach z korporacją Z i GalMain. Coraz częściej łączono go z projektami ściśle tajnymi – także rządowymi.

 

Teraz siedział za szerokim, prawdziwie drewnianym biurkiem, delektując się kolejną lampką whiskey. Spojrzał na Nicka z wyraźnym zdziwieniem – jakby nie spodziewał się gościa, który właśnie wparował do środka, zamknął za sobą drzwi i rozglądał się po gabinecie z bronią w ręku.

Baron upił kolejny łyk trunku i odezwał się pierwszy, tonem niemal znudzonym:

– Co tak długo?

Słowa barona uderzyły w Nicka jak impuls. Zmrużył oczy i wpatrzył się w MarCalla.

Implant odpowiedzialny za filtrację krwiobiegu, wszczepiony w ciało barona, właśnie zakończył swoją pracę. MarCall był już całkowicie trzeźwy – ale postanowił jeszcze trochę pograć. Nie należało odsłaniać kart zbyt wcześnie.

– Czy to… moja Lucille? – dopiero teraz dotarło do niego, co trzyma Nick. Spojrzenie barona zatrzymało się na długiej sylwetce sztucera.

– Ukradłeś moją ulubioną strzelbę? Tę strzelbę?!

– Baron MarCall, jak mniemam? – warknął zirytowany Nick.

MarCall wstał zza biurka i ruszył w jego stronę lekko chwiejnym krokiem, trzymając w dłoni do połowy nalaną szklankę.

– Zrobił ci krzywdę? – zapytał czule, jakby mówił o zranionym zwierzęciu.

W tym momencie do nozdrzy Nicka dotarł zapach unoszący się w pomieszczeniu – waniliowy dym zmieszany z ciężką wonią przetrawionego alkoholu. Baron musiał pić i palić od dłuższego czasu.

Za plecami Nicka rozsunęły się drzwi. W przejściu stała grupa robotów strażniczych.

Już miał dłoń przy panelu sterującym. Nacisnął go – drzwi natychmiast się zasunęły.

Baron nie zwrócił na to najmniejszej uwagi. Szedł dalej, niemal w transie, w stronę swojego sztucera.

Nick odrzucił broń w jego kierunku, sam cofając się bliżej konsoli zamka.

– Może najpierw odwołasz alarm? – warknął.

– Alarm… – MarCall niemal czule chwycił flintę. – Ach tak. Alarm.

– To powiedz to tym tam – Nick wskazał głową na ponownie otwierające się drzwi i stojące za nimi maszyny.

Baron zawahał się przez krótką chwilę, jakby dopiero teraz dostrzegł sytuację. Potem rzucił niedbale:

– Sam się tym zajmę.

– Poczekajcie tutaj.

 

Układ: Vegas

Stacja Yulia 42-6006-YMC – Główny apartament barona Olivera Ethana MarCall

Czas: +16:55:00 czasu Uniwersalnego

 

Alarm na stacji ucichł natychmiast. Roboty stojące za drzwiami, posłuszne wydanemu rozkazowi, przestały napierać. Zastygły w bezruchu – czujne, lecz bierne, jak figury odstawione do magazynu.

Nick nie od razu zrozumiał, co się stało. Wyjrzał ostrożnie na korytarz. Maszyny stały nieruchomo, bez najmniejszej reakcji.

Odwrócił się.

Baron MarCall celował w niego ze swojej ukochanej strzelby.

Cztery amorficzne roboty antyterrorystyczne w apartamencie kończyły proces aktywacji. Ich powierzchnie falowały, formując kończyny i broń. Sensory zapalały się jeden po drugim. Wszystkie namierzały intruza.

– Jedną ręką to co najwyżej ramię sobie oberwiesz – Nick uśmiechnął się krzywo.

MarCall stał w rozkroku, zaparty jak myśliwy na polowaniu. Karabin opierał o bok, w drugiej dłoni wciąż trzymał szklankę whiskey.

– Nie wiesz, jakie zwierzęta nią zastrzeliłem.

– Nie wiem – odparł Nick. – Ale na pewno było to na trzeźwo.

– A tu byś się zdziwił – na twarzy barona pojawił się delikatny, niemal nostalgiczny uśmiech.

Już wiedział.

To była pułapka.

Wszystko wydawało się zbyt czyste, zbyt kontrolowane. Posłaniec z wiadomością nie miał dotrzeć do adresata. Co gorsza – miał zostać wyeliminowany przez niego samego, zanim treść kiedykolwiek ujrzy światło dzienne.

Nie było czasu na analizę.

Baron właśnie naciskał spust swojej ukochanej flinty.

Dla zwykłego człowieka byłby to koniec.

Dla kogoś z symbiontem – tylko moment decyzji.

Nick poczuł znajome napięcie pod skórą. Chłód, który nie pochodził z otoczenia. Wewnętrzny opór, jakby coś w nim budziło się wbrew woli.

Użycie symbionta zawsze miało swoją cenę.

Ale teraz nie było innego wyjścia.

Czas zwolnił.

Zintegrowany system wspomagania przełączył się w tryb walki.

Teraz.

Podskoczył gwałtownie, niemal pionowo, obracając się w powietrzu do góry nogami. W tej samej chwili padł strzał. Pocisk ze strzelby MarCalla przeleciał dokładnie tam, gdzie jeszcze ułamek sekundy wcześniej znajdowała się jego głowa.

Odbił się od sufitu.

Gdy kula uderzyła w róg apartamentu, Freeman był już przy baronie. Chwycił broń oburącz, brutalnie ją skręcając i zmuszając do wycelowania prosto w pierwszego z amorficznych robotów.

Impuls. Opór dłoni barona. Strzał.

Robot eksplodował w chmurze iskier i fragmentów pancerza.

Poruszył bronią dalej – płynnie, jakby całość była wcześniej zaplanowana. Odwrócił się, ciągnąc zszokowanego arystokratę i jednocześnie uchylając się przed kolejnym pociskiem. Ten minął go o centymetry, wypalając bruzdę w ścianie.

Lucille znów wypaliła.

Drugi strażnik runął bezwładnie na podłogę.

Baron wreszcie zrozumiał, co się dzieje. Zamachnął się szklanką z whiskey, próbując roztrzaskać ją na głowie napastnika.

Nick uderzył łokciem.

Cios w żebra był krótki i precyzyjny. MarCall zachwiał się, ale nie puścił broni.

Freeman uniósł blaster i strzelił do trzeciego robota. Maszyna zadrżała, zapłonęła i osunęła się, kopcąc.

Wyrwał w końcu sztucer z rąk barona.

Bez celowania.

Strzał.

Ostatni strażnik rozpadł się pod wpływem pocisku. Był to również ostatni nabój w magazynku Lucille.

MarCall rzucił się naprzód, chwytając Nicka za kołnierz kombinezonu i próbując go przewrócić.

Nie zdążył.

Rękojeść blastera uderzyła go w skroń.

Baron osunął się bezwładnie na podłogę.

Nick wypuścił powietrze.

Biuro nadawało się do kapitalnego remontu.

 

Układ: Vegas

Stacja Yulia 42-6006-YMC – Główny apartament barona Olivera Ethana MarCall

Czas: +17:30:00 czasu Uniwersalnego

 

Gdy Freeman doszedł do siebie po wcześniejszym incydencie, szybko zdał sobie sprawę, że nieprzytomny baron nie był najlepszym rozwiązaniem. Zwłaszcza że systemy stacji pozostawały w stałym sprzężeniu z jego organizmem. Każda dłuższa anomalia w parametrach życiowych MarCalla mogła automatycznie wywołać alarm, a tym samym sprowokować szturm ochrony, która wciąż stała po drugiej stronie drzwi apartamentu.

Dzięki fizycznemu kontaktowi z arystokratą posłaniec uzyskał dostęp do systemu bezpieczeństwa Yuli. Uspokojenie stacji – przekonanie jej, że nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło, a baron po prostu przesadził z alkoholem – okazało się banalnie proste. Przy okazji wyszło na jaw coś znacznie ciekawszego: właściciel stacji był w rzeczywistości całkowicie trzeźwy.

Nie pierwszy raz przeprowadzał taki „udawany włam”. Sklonowana wirtualna kopia schematu autoryzacji barona MarCalla bez większego oporu zasiliła jego prywatną kolekcję kluczy bezpieczeństwa.

Podniósł nieprzytomnego arystokratę i rzucił go niedbale na stojącą nieopodal sofę. Zanim ten się ocknie, miał kilka cennych minut, by zastanowić się, co dalej.

Pierwszą decyzję podjął natychmiast. Skoro dysponował już kluczem szyfrującym barona, mógł wreszcie zrobić to, po co tu przyszedł.

Postanowił odkodować zapisaną w sobie wiadomość, którą miał przekazać adresatowi.

 

„Panie Freeman, jeśli czyta Pan tę wiadomość, oznacza to, że mój plan zawiódł.

Miał Pan zainfekować stację barona, aby mój oddział specjalny mógł się wkraść i uzyskać to, czego potrzebuję. Ludzie ci oczekiwali sygnału w postaci wyłączenia oświetlenia na stacji – zakładam jednak, że skoro dotarł Pan do tej wiadomości, do niczego takiego nie doszło.

Jeśli mimo to zdecyduje się Pan udzielić mi pomocy, informuję, że baron posiada w swoim prywatnym zasobie przedmiot o charakterze unikatowym. Jest to swego rodzaju kryształ – niemożliwy do przeoczenia. Zależy mi na jego odzyskaniu.

Zapewniam, że zostanie Pan naprawdę solidnie wynagrodzony.

Z wyrazami szacunku

baronowa Aurélia Amanda Veyra-MarCall”

 

– To się musieli zdziwić – pomyślał Nick, uświadamiając sobie, że owszem, wyłączył światła na stacji, ale nie systemy ochronne.

Jeżeli drużyna abordażowa zareagowała zgodnie z planem… to już po nich.

To tłumaczyło też, dlaczego stacja po jego przylocie sprawiała wrażenie martwej. Przeciążony główny serwer nie był dziełem przypadku – bronił się przed infekcją. Najpewniej baron domyślał się, że wysłano posłańca, i postanowił nie ryzykować.

Wszyscy wiedzieli wszystko.

Wszyscy – poza Freemanem.

Nawet gdyby zdobył tę unikatową błyskotkę… w jaki sposób miałby wydostać się z tego bunkra?

Podszedł do stołu i nalał sobie szklankę bardzo starej, trudno dostępnej whiskey. Wyłączył w swoim wewnętrznym systemie zabezpieczenie przeciw zatruciu alkoholowemu. Skutki pojawiły się niemal natychmiast – delikatne rozluźnienie świadomości, uspokojenie myśli… i, co ważniejsze, wyraźne stłumienie rozbudzonego symbionta.

Jeszcze raz przeczytał wiadomość.

I uśmiechnął się.

Przetrząsnął pomieszczenie, aż w końcu znalazł to, czego szukał.

Biżuteria wisiała na szyi barona – na czymś, co przypominało złoty łańcuszek, zakończony półprzezroczystym, zielonkawym kryształem w kształcie wydłużonego deltoidu.

– Gdybym był baronem… trzymałbym to blisko siebie – pomyślał, sięgając po dziwny, szklisty kamień.

W chwili gdy jego dłoń zetknęła się z malachitowym przedmiotem, świat zawirował.

Najpierw krótkie zawroty głowy.

Potem nagły, potężny szum w uszach.

A następnie mrok zalewający pole widzenia.

Prąd przeszedł przez jego ciało. Skóra pokryła się gęsią skórką.

Odruchowo wypuścił kryształ.

Ten upadł na podłogę z cichym, niemal eleganckim brzękiem.

Objawy ustąpiły natychmiast.

– Co do… – mruknął, wpatrując się w leżący na posadzce obiekt.

Kucnął ponownie. Wyciągnął dłoń i jeszcze raz chwycił kryształ.

Tym razem ból był znacznie silniejszy.

Seria gwałtownych dreszczy i piekące mrowienie przeszyły go od stóp po czubek głowy. Wzrok niemal całkowicie zgasł, a serce zaczęło walić w nieregularnym, schyłkowym rytmie.

Awaryjny system podtrzymywania życia natychmiast zgłosił stan krytyczny nośnika i rozpoczął procedury ratunkowe, aplikując środki stymulujące.

Tracił przytomność.

Gdy osunął się na podłogę, kryształ wysunął się z jego dłoni.

Świadomość wróciła nagle.

Leżał na boku, tuż obok sofy, na której nadal spoczywał nieprzytomny baron.

Sprawdził systemy.

Te wariowały, raportując jednocześnie urazy, przeciążenia i awarie, z których żadna nie powinna była pozostawić go przy życiu.

A jednak żył.

I błyskawicznie wracał do sił.

Cokolwiek to jest… pochodzi z tego.

Z kryształu.

Usiadł, spoglądając raz na błyskotkę, raz na barona. Po chwili przełączył swój system w tryb awaryjny.

Wstał.

Nie miał już wątpliwości – ten kawałek minerału zawierał w sobie jakąś skondensowaną energię. I to nie taką, z którą jego systemy potrafiły sobie swobodnie radzić.

Nalał sobie kolejną szklankę alkoholu i wypił ją jednym łykiem.

Podniósł sztucer barona i końcem lufy dotknął leżącego na podłodze obiektu.

Nic.

Kryształ nie zareagował. Nie drgnął, nie rozbłysnął, nie wygenerował żadnego sygnału.

 

Układ: Vegas

Stacja Yulia 42-6006-YMC – Główny apartament barona Olivera Ethana MarCall

Czas: +17:35:00 czasu Uniwersalnego

 

Baron zaczął odzyskiwać świadomość w napiętej ciszy.

Odkąd pamiętał, nikt go tak nie poniżył. Nikt nie wtargnął do jego prywatnego sanktuarium, nie dotknął jego własności, nie odważył się spojrzeć na niego z góry. Liczył, że ten kolejny imbecyl, który ośmielił się tu przylecieć, zostanie rozerwany na strzępy przez drony ochronne. A kiedy wszystko się uspokoi – osobiście zajmie się zleceniodawcą.

Baronową.

Tym razem przekroczyła granicę. To było niedopuszczalne.

Gdy otworzył oczy, zobaczył nad sobą mężczyznę unoszącego broń do uderzenia. Poczuł, jak kolba jego ukochanego sztucera z pełną siłą uderza w czoło.

Zapamięta ten moment do końca życia.

Ten zimny wzrok.

Pozbawiony emocji.

Wzrok człowieka, który miał czelność podnieść na niego rękę.

 

Układ: Vegas

Stacja Yulia 42-6006-YMC – Główny apartament barona Olivera Ethana MarCall

Czas: +17:35:00 czasu Uniwersalnego

 

Freeman natychmiast się opanował.

Za mocno.

Przy takim uderzeniu następnym razem mógłby barona po prostu zabić.

Systemy stacji zaczynały wykazywać niepokojącą aktywność – coś przestawało się zgadzać. Profilaktycznie spiął ręce i nogi MarCalla elastyczną obejmą, którą wcześniej znalazł w jednym z modułów technicznych.

Dla pewności.

Nalał sobie kolejną szklankę whisky i wypił.

Tym razem wyraźniej poczuł działanie trunku. Alkohol rozlewał się po organizmie wolniej, ciężej – jakby ciało nie do końca wiedziało, czy powinno go neutralizować… czy pozwolić mu działać.

Wrócił do badania przedmiotu.

Końcem lufy strzelby odsunął łańcuszek, oddzielając go od kryształu. Ostrożnie, jednym palcem, dotknął złotych oczek.

Nic.

Zacisnął dłoń na naszyjniku, pilnując, by nie dotknąć kondensatora energii.

Bez reakcji.

Uniósł cały przedmiot, aż kryształ zawisł swobodnie w powietrzu, lekko kołysząc się na łańcuszku.

– Co to jest? – zapytał na głos, bardziej do siebie niż do kogokolwiek.

Nie miał pojęcia, z czym ma do czynienia. Nie przypominało to żadnej znanej mu technologii – ani wojskowej, ani cywilnej, ani nawet eksperymentalnej. Znał jednak jedną osobę, która mogła przynajmniej spróbować coś z tego wyciągnąć.

Uruchomił analityczny wizjer i ostrożnie zeskanował obracający się przed jego oczami obiekt. To nie było profesjonalne badanie – raczej szybka diagnostyka polowa – ale zawsze coś. Zapisał dane i przygotował wiadomość.

Adresat przebywał ostatnio na Marsie, jednak Nick uznał, że bezpieczniej będzie wysłać pakiet na Ziemię i pozwolić systemowi przekierować go właściwym kanałem.

Na końcu dodał krótki dopisek:

 

Możliwy komponent lub rdzeń broni typu Armagedon.

Prośbę o pilną analizę.

 

Gdy odpowiednio zabezpieczona kwantowa wiadomość trafiła do systemu stacji Yulia, a następnie została wysłana dalej, rozejrzał się za czymś, w czym mógłby schować błyszczący, mieniący się odcieniami zieleni przedmiot. Wzrok padł na niewielkie, podłużne pudełko leżące na biurku barona.

Podszedł i jedną ręką otworzył wieczko. Alkohol krążący w krwiobiegu zrobił jednak swoje – ruch okazał się zbyt zamaszysty. Wiszący w drugiej dłoni kryształ przesunął się po rękawie kombinezonu.

Chwilę później znów leżał na podłodze.

Podniósł się, zaciskając zęby, i ponownie przełączył systemy w tryb awaryjny.

– Dobra… tym razem na spokojnie – mruknął.

Złapał pudełko i wysypał z niego zawartość – drobne akcesoria, którymi baron raczył się od czasu do czasu, zostawiając po sobie słodkawy dym. Pojemnik był wykonany z aluminium, a jego wnętrze wyłożone materiałem utrzymującym wilgoć. Postawił go na stole.

Bardzo ostrożnie, trzymając wyłącznie za łańcuszek, ze starannością chirurga wsunął kryształ do środka. Zamknął pudełko.

Pozostawało jedno pytanie: czy będzie mógł je bezpiecznie podnieść.

Nie było jednak czasu na dalsze testy.

Połączył się z obsługą hangaru i zarejestrował lot do New Vegas. Dodatkowo przypisał sobie eskortę robotów ochronnych – tak, by wszystko wyglądało jak rutynowy, zaplanowany odlot. W systemach barona ustawił status: Odpoczywam.

Chwycił cygarniczkę. Poczuł lekkie mrowienie.

Tym zajmie się później.

Dźwignął Lucille, przeładował ją i ruszył w stronę drzwi prowadzących na korytarz.

 

Układ: Vegas

Stacja Yulia 42-6006-YMC – G w drodze do hangaru

Czas: +18:10:00 czasu Uniwersalnego

 

Roboty czekające na zewnątrz potraktowały go jak powietrze. Dwa z nich, zgodnie z poleceniem otrzymanym z góry, ruszyły przodem, prowadząc go w stronę windy do hangaru.

Całość przebiegła bez niespodzianek.

Przez cały czas monitorował systemy, wyszukując anomalie i sprawdzając, czy baron zdążył już zaalarmować ochronę. Na razie nic na to nie wskazywało. Możliwe, że ostatnie uderzenie okazało się zbyt silne i arystokrata obudzi się z luką w pamięci. Nie było jednak sensu robić sobie nadziei.

Freeman zakładał, że skoro nie uruchomiły się żadne alarmy, baron wciąż żył, a lot figurował w systemie bezpieczeństwa jako autoryzowany – wprowadzony wcześniej przez samego barona, pod którego Nick się podszył – obrona Yulii przepuści go bez przeszkód.

Tymczasem maszyna zaprogramowana wcześniej na kurs do New Vegas, jego bilet i szalupa ratunkowa, była właśnie podstawiana do rampy hangaru.

BH1 HX o numerze YMC-66-8G8G1 – tak brzmiało pełne oznaczenie automatycznego statku – był uniwersalnym dronem transportowo-bojowym. Mógł być pilotowany z kabiny, zdalnie albo w pełni automatycznie.

Sylwetką przypominał śliwkę przebitą na krzyż dwoma wykałaczkami. Na ich końcach znajdowały się, podobnie jak w Omedze Zetara, opancerzone kontenery z uzbrojeniem.

Był to tani, masowo produkowany pojazd kosmiczny.

 

Nick wszedł na pokład z lekką obawą i podniósł nawigometr leżący w jedynym miejscu, gdzie dało się zmieścić w ciasnej kabinie. Po raz kolejny czekała go koszmarna podróż – w maszynie niezaprojektowanej z myślą o komforcie pasażera – do tego wymuszona, nie do końca zaplanowana i zdecydowanie zbyt pospieszna.

Założył hełm.

Fotel pod nim rozłożył się, przechodząc w pozycję półleżącą. Otoczenie stało się przeźroczyste – widział już tylko to, co znajdowało się na zewnątrz drona.

Statek rozpoczął procedurę startową.

 

 

Część 2 i 3 z 8.

Koniec

Komentarze

Z góry przepraszam za formatowanie. Próbuje się z tym “zaprzyjaźnić”, ale kopia, z ODT, gdzie dialogi to lista nieuporządkowana, a wcięcia(akapity), mam zrobione tabulatorami – jest tutaj jakoś nie do końca poprawnie implementowana. Tak serio, przy większej ilości tekstu, to zwykły PDF byłby lepszy… ale rozumiem, szanuje i walczę by się dostosować. 

Ellsar

Nowa Fantastyka