- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Żyj i daj umrzeć innym

Żyj i daj umrzeć innym

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Żyj i daj umrzeć innym

Liram obudził się w wyjątkowo dobrym humorze. Najwidoczniej choroba powoli odpuszczała. Po raz pierwszy od bardzo długiego czasu nie dokuczał mu ból pleców, a w dodatku miał ochotę na coś więcej niż owsianka. Jak na kogoś, kto ma na karku ponad setkę, to było naprawdę coś. 

Wstał, przeciągnął się i podszedł do okna. Na dole życie toczyło się swoim codziennym rytmem. Potem chciał wrócić do łóżka, ale ze zdziwieniem odkrył, że ktoś już w nim leży. Ktoś stary, pomarszczony i… bardzo do niego podobny. 

– No tak… – mruknął do siebie Liram, nagle rozumiejąc źródło swojego dobrego samopoczucia. – Wiedziałem, że gdzieś jest haczyk. 

Gdy się ma setkę na karku, umieranie może naprawdę zepsuć dzień. 

– Wstawaj, staruchu!

Niematerialne ręce próbowały potrząsnąć ciałem, ale nic to nie dawało. Równie dobrze mógł próbować obudzić krzesło.

Przypomniał sobie, że kiedyś jakiś kapłan powiedział mu, że po śmierci dusza zrzuca ciało jak stare ubranie. Spróbował więc wsunąć się do niego z powrotem. Wciskał niematerialną nogę w miejsce tej materialnej tak, jakby zakładał spodnie, bez skutku. 

Na schodach rozległy się kroki. To pani Dribbs szła ze śniadaniem. Gdy go zobaczy, oczywiście zacznie panikować. Sama w sobie była bezużyteczna, ale postawi dom na nogi.

Pani Dribbs jak co rano pchnęła drzwi, wkroczyła do pokoju, postawiła tacę na stoliku przy łóżku i ruszyła do sprzątania z właściwą sobie energią. Sunęła przez pokój niczym wichura. Ręce pracowały własnym rytmem, a bałagan ustępował jej z drogi. I przez cały czas gadała jak najęta. 

– Proszę wstawać, słonko już wysoko. Dzisiaj jestem trochę później, bo chciałam zobaczyć festyn. Kto by pomyślał, zleciało się chyba pół Untharu, zupełnie jak wtedy, gdy stary lord wyjeżdżał na te… jak to się nazywało… Wie pan, o co chodzi?

Liram czekał, aż wreszcie pani Dribbs spojrzy na jego ciało. 

– … że jeździł na zjazdy możnych. No, ale teraz nie jeździ, bo przecież nie żyje, a ten jego synalek to nie za bardzo nadaje się na władcę, ciągle tylko by siedział w książkach. Ja to nic nie mam do książek, kiedyś sama czytałam książkę, ale bogowie jedni wiedzą, po co mieć ich aż tyle. Moim zdaniem to jest trochę nieprzyzwoite, nie uważa pan?

Nie doczekała się odpowiedzi. Wszystkie rzeczy, które pani Dribbs uznawała za dziwne, stawały się nieprzyzwoite. To oznaczało, że według niej nieprzyzwoite było czytanie książek, spacery dla przyjemności, jakieś dziewięćdziesiąt procent gier karcianych i mniej więcej połowa rzeczy, których po prostu nie rozumiała.

– Moja bratowa miała ostatnio imieniny, mąż mówi do mnie, że może kupimy jej książkę. A ja mu na to odpowiadam, że po co, skoro rok temu już od nas dostała? Ustawia je na półkach i nawet nie są poukładane rozmiarem, ani kolorami. Moim zdaniem trochę to nieprzyzwoite, ale co ja tam wiem. To sobie pogadaliśmy… smacznego, panie L. 

I zatrzasnęła za sobą drzwi. Nawet nie zauważyła, że coś było nie tak, a przecież poprawiała mu poduszki i wygładzała pościel. Liram podreptał za nią, ale uderzył niematerialnym nosem w drzwi. Tego było już za wiele. Nie zamierzał dłużej grać ze śmiercią w kotka i myszkę.

– Dobra, wygrałaś! – krzyknął w przestrzeń. – Możesz mnie zabrać, jestem gotowy!

Nic się nie wydarzyło. Liram czekał na Śmierć, ale ta najwidoczniej była teraz zawalona robotą.

*

Gdy do pokoju weszła służąca o imieniu Pruna, Liram również spodziewał się lamentów i krzyków rozpaczy, lecz ponownie się zawiódł. Służka okazała się bardziej spostrzegawcza niż pani Dribbs i od razu zauważyła, że Liram osiągnął już temperaturę pokojową. Nie wybuchnęła jednak płaczem. Odwróciła się w stronę drzwi i powiedziała:

– Gladys, co robi Jaśniepan?

Wszystkie pokojówki wymawiały „Jaśniepan” jak jedno słowo. Gdyby przyszło im do głowy podrobić podpis, prawdopodobnie jako imię użyliby właśnie określenia “Jaśniepan”. 

– Śpi po obradach. Budzić go? Stało się coś ważnego?

– Nie. – odpowiedziała Pruna. – Pan starszy wreszcie się przekręcił.

*

– Biedny pan L. – lamentowała pani Dribbs. – A rano był jeszcze taki pełen życia. Pogadaliśmy sobie i w ogóle, a teraz… teraz…

Głos uwiązł w jej gardle. 

– Trochę smutne – powiedziała Gladys. – I zobaczcie… co po nas zostanie?

– Po nim? Głównie niesmak – mruknęła Pruna. 

– Nieźle się trzymał jak na kogoś, kto skończył dziewięćdziesiątkę.

– Miałem sto dwa lata. – poprawił Liram. 

– Miał sto dwa lata. – powtórzyła pani Dribbs. – Wyobrażacie sobie dożyć takiego wieku? Trochę to nieprzyzwoite. 

I zamilkła na moment, a potem spojrzała prosto na ducha, który siedział spokojnie na taborecie i czekał, aż pokojówki skończą komentować i wreszcie kogoś powiadomią.

– Pani mnie słyszy? 

Błysk w oku pani Dribbs potwierdził jego przypuszczenia, jednak ona nie śmiała się nawet odezwać. Spojrzała to na Lirama, to na jego ciało, aż wreszcie zamrugała i spytała.

– Pruna, złotko, podasz mi chusteczkę, leży tam, na stoliku. 

Pruna po prostu sięgnęła przez jego klatkę piersiową po leżącą na stoliku chusteczkę. 

Gladys wzruszyła ramionami.

– Stary Noakes pewnie wygrał pulę. Obstawiał, że pan L. kopnie w kalendarz przed jesienią. Chodźcie, dziewczyny. Trzeba załatwić formalności. 

– Idźcie, moje drogie – powiedziała pani Dribbs słabym głosem. – Ja jeszcze chwilę przy nim posiedzę. Jestem mu to winna.

– Serio? – spytała Pruna. – Sama narzekałaś, że jest wrzodem na…

– O zmarłych mówimy tylko dobrze, Pruno. – Pani Dribbs zerknęła nerwowo na Lirama, który spiorunował ją wzrokiem. 

– W takim razie DOBRZE, że nie żyje – westchnęła Pruna i wyszła z pokoju.

– Pani Dribbs… – Liram zaczął łagodnie, bo wiedział, że jedno niewłaściwe słowo może wywołać atak histerii. – Czy w pani rodzinie nie zdarzały się osoby rozmawiające z… kimś mojego pokroju?

– M-moja ciotka, Hilda, rozmawiała ze zmarłym kotem, ale dostała na to leki, przysięgam. 

– A tak naprawdę? Bo wydaje mi się, że takich cioć jak Hilda było znacznie więcej.

– S-skąd pan wie?

– W lustrze widać, że krzyżuje pani palce za plecami. 

Pani Dribbs osunęła się teatralnie na krzesło. 

– Dobrze… przyznaję. W naszej rodzinie niektóre kobiety to potrafią. Myślałam, że jestem bezpieczna, bo nigdy nic takiego mi się nie przytrafiło, aż do teraz. Moja babcia nawet z tego żyła, pozwalała zmarłym duszom załatwić wszystkie sprawy, których z oczywistych względów nie zdążyli załatwić osobiście. Zawsze mawiała „Żyj i daj umrzeć innym”. Moim zdaniem to trochę…

– Nieprzyzwoite, tak, wiem. Kochana, ja nie mam niedokończonych spraw. Wszystko, co miałem zrobić, zrobiłem do osiemdziesiątki. Od tego czasu można by powiedzieć, że siedziałem na walizkach. Tylko że przeprowadzka spóźniła się o dwadzieścia lat.

Pani Dribbs nagle pstryknęła palcami.

– Już wiem, panie L. Za życia ciągle powtarzał pan, że jak mu się oczy zamkną, to innym dopiero się otworzą. I że chce popatrzeć, jak za nim płaczą. Może o to chodzi. Że pan nie może iść dalej, bo nikt za panem jeszcze nie zapłakał!

– I niby co? Sam się przekląłem?

– Nie wiem, panie L, ale wiem jedno. Ze słowami trzeba uważać.

Liram westchnął.

– Dobrze, w takim razie proszę się nie krępować, pani Dribbs. Miejmy to już za sobą.

– Ja? – Pani Dribbs udawała, że nie rozumie, ale kropla potu spływająca po skroni mówiła zdecydowanie więcej niż jej słowa. – Że co proszę?

– No, niech pani za mną zapłacze i zobaczymy, czy miała pani rację. 

– Ale… mi się nie chce płakać. 

– Nawet łzy dla zmarłego? Naprawdę nie jest pani przykro?

– Jest, jak najbardziej, panie L. Tylko że… jestem twarda. Tak jest, panie L. Twarde kobiety z nizin nigdy nie dają po sobie poznać, emocje przeżywamy bardziej… po cichu. 

– Dobrze – mruknął Liram – w takim razie prowadź mnie do mojego syna. 

*

Castor Woggle, syn Lirama, a obecnie lord Woggle, jak każdy ważny polityk Wolnych Marchii nie mógł spać po nocach, gdyż myślał o sprawach państwowych. Czasem myślenie o sprawach państwowych wymagało konsultacji z innymi politykami, wskutek czego przeciągało się niemal do rana. Dlatego pani Dribbs przezornie zostawiała imbryk z mocną herbatą w razie bólu głowy i mdłości, które często towarzyszyły rozważaniom nad sprawami Marchii. 

Wczorajszego wieczora lord Castor umartwiał się wraz z innymi politykami niemal do trzeciej w nocy nad rynkiem eksportu płodów rolnych, dlatego teraz dogorywał w saloniku. I był w wyjątkowo podłym humorze. Nie zalewał się łzami, więc prawdopodobnie nikt nie powiedział mu o śmierci ojca. 

– Jaśniepanie – szepnęła pani Dribbs. 

Castor odpowiedział nieartykułowanym dźwiękiem.

– Mam… złe wieści.

Ponownie usłyszeli dźwięk, coś pomiędzy bulgotem a chrapaniem.

– Jaśniepanie… pański ojciec nie… nie…

– Nie żyje, wiem – wybulgotał Castor – już załatwiłem wszystkie formalności związane z pochówkiem i ponownym wykorzystaniem zwłok. A teraz przyślij do mnie Noakesa, trzeba będzie zlecić wykonanie portretu do galerii rodzinnej. No, może nie pełnoprawnego portretu. I nie na ścianę… raczej coś do postawienia na kredensie.

– Że co? – Liram się oburzył. – Powiedz temu smarkaczowi, że należy mi się portret pełnej wielkości. I że chcę wisieć koło wuja Oswalda. 

– Oczywiście, lordzie Woggle – odparła pani Dribbs, ignorując Lirama. – Czy mogę zrobić coś jeszcze? Pomyślałam, że to dla pana straszny cios…

– Nie, niespecjalnie. 

– Że zechce pan wrócić pamięcią do tych lepszych chwil spędzonych razem…

– Pamiętam je doskonale… wszystkie trzy. Naprawdę, nie potrzebuję pomocy, może pani odejść. 

Liram chciał już dogryźć synowi, ale powstrzymał się, rozważając jego słowa.

– Pani Dribbs – rzucił jeszcze Castor, nim wyszli. 

– Tak, Jaśniepanie?

– Nie osądzaj mnie zbyt surowo. Liram był… trudnym człowiekiem. Całe życie myślał jedynie o spuściźnie, którą po sobie pozostawi. Ten pałac i pieniądze nigdy nie zastąpią rodziny, prawda?

Pani Dribbs przytaknęła.

– Ojciec nigdy nie należał do ciepłych ludzi. Sama zresztą często nazywałaś go starym pierdo…

– Pomyślałam sobie po prostu… – przerwała mu szybko pani Dribbs – że miło by było uczcić pamięć po panu starszym. W końcu co po nas pozostaje?

– Niespełnione marzenia… – Castor uśmiechnął się smutno – I puste obietnice. 

Gdy pani Dribbs zamknęła drzwi, Liram krążył po korytarzu jak zwierzę w klatce. Gdyby żył, mógłby chociaż strącić parę waz, teraz zostało mu tylko złorzeczenie na niewdzięczność syna. Nagle zawisł w powietrzu, jakby zdał sobie z czegoś sprawę.

– Niespełnione marzenia, dobre sobie. Dzięki mnie miał wszystko. Ten… ten nadęty głupiec. Pewnie, może gdyby zamiast całymi dniami zajmować się polityką, dla odmiany spróbował normalnej roboty, nie miałby czasu na urojone pretensje. 

– Każdy przeżywa żałobę na swój sposób, panie L. 

Liram wreszcie się opamiętał. 

– Pani Dribbs… Castor powiedział, że załatwił już sprawę ponownego wykorzystania zwłok. Czy to znaczy to, co myślę…

Pomknął ile sił w niematerialnych nogach do sypialni. Nigdzie nie było ciała.

*

Chwilę wcześniej dwóch obskurnych typów wyszło z sypialni Lirama, trzymając nosze z jego doczesnymi szczątkami.

– Uff – sapnął jeden, nachylając się nad ciałem. – Ten to tu musiał chyba trochę poleżeć. 

– W papierach było, że zszedł dziś po południu. 

– Dajemy go do ożywienia? – spytał pierwszy. – Nie wygląda najlepiej, panie Fons.

– A który nieboszczyk wygląda dobrze, Tibbons? – spytał mężczyzna zwany panem Fonsem. – Zapamiętaj moje słowa, Tibbons, jak nieboszczyki zaczynają dla ciebie dobrze wyglądać, to czas zmienić branżę. Poza tym ten już sam się wysuszył. Wytnie się to i owo, coś dosztukuje, a potem będzie jak znalazł. Model retro, dla koneserów. Może się nada na jakiegoś lokaja.

– Ile miał lat? Wygląda na starego. Majordomus mówił, że miał koło siedemdziesiątki. Kiepsko się trzymał.

– To z nieróbstwa Tibbons. Rozejrzyj się, widzisz, jacy ci ludzie są dziani? Postawię każde pieniądze na to, że ten tutaj nie przepracował uczciwie nawet dnia. Nie to, co ja! W zdrowym ciele zdrowy duch Tibbons. Zapamiętaj moje słowa. Ale koniec końców to wszystko i tak nie ma znaczenia. Co po nas pozostanie? 

– Na moje oko jakieś czterdzieści kilo mięsa, ścięgien i kości – odpowiedział smętnie Tibbons.

*

– Nie ma! Pusto! – wykrzyknął Liram, patrząc na łóżko. 

– W zasadzie, jakby na to spojrzeć, to jest tu pan. Zabrali tylko skorupę. Dom dla duszy.

– Ale… zrobić ze mnie nieumarłego? Przecież jestem bohaterem tego miasta. Za moich czasów walczyło się z nekromantami, a nie wyprzedawało im ciała do ożywiania!

– Trzeba iść z duchem czasu, panie L. Podobno ekolonomicznie to same korzyści.…

– W nosie mam ekologię… ekonomię i wszystko inne! Nie dość, że jestem martwy, to jeszcze bezdomny! Zabrali mi ciało, zabiorą wszystko. I co po mnie pozostanie?

– Niech pan się nie martwi, panie L. Proszę się rozejrzeć. Ogromna biblioteka, wspomnienia – spojrzała na łóżko – i ta plama po keczupie na prześcieradle, to na pewno. 

– Dziękuję, pani Dribbs. – Liram usiadł w powietrzu i złapał się za głowę. – Od razu człowiekowi lżej.

– Zawsze chciałam spytać… jak jest po drugiej stronie, panie L?

– Tak samo jak po tej – odpowiedział Liram. – Rozczarowująco. Zwłaszcza jak się ma takiego syna jak Castor. Skoro mój pożałowania godny pierworodny nie pozwala mi zaznać wiecznego spokoju…

– … tak bym tego nie nazwała.

– … to zwrócę się o pomoc do córki. Cassia mieszka jeszcze w Różanym Zagajniku?

– Wydaje mi się, że tak. 

– W takim razie pojedziesz ze mną! 

– Ale… czemu ja? Mam masę rzeczy do zrobienia, pranie, trzeba przypilnować kucharek, wieczorem pewnie będzie uczta pożegnalna. Nigdy nie brałam wolnego, to trochę nieprzyzwoite.

– Kiedyś musi być ten pierwszy raz. Ruszamy w podróż, pani Dribbs. Jeszcze nigdy nie czułem się tak żywy!

*

W międzyczasie ciało Lirama powędrowało aż do siedziby Gildii Nekromantów. Tibbons i Fons dostarczyli je do dyżurującego nekromanty. 

– Płaci się wam za zdobywanie świeżych ciał, a wy mi przynosicie coś takiego. Gdzie wy go znaleźliście, w mauzoleum?

– To było świeżutkie zgłoszenie – bąknął pan Fons. – Nie moja wina, że petent jest stary. Czasy za spokojne są, to i ludzie dłużej żyją. Jakby się zdarzyła jakaś wojna…

– … albo zaraza! – dorzucił Tibbons.

– O! Albo zaraza… to wtedy obiekty są świeższe. 

– Już wy mi nie zwalajcie winy na spokojne czasy. Nie tykać słojów! – krzyknął, bo Tibbons akurat stukał w jeden z eksponatów zatopionych w formalinie. 

Nekromanta sięgnął po formularz i zaczął czytać.

– Nazywał się Liram? Jak ten bohater? Rok urodzenia… a niech mnie… To by się zgadzało. Patrzcie, a mówią, że poszukiwacze przygód nie umierają w łóżku ze starości. 

– Tylko ci kiepscy – podsumował pan Fons – Liram? Pierwsze słyszę.

– Kiedyś było o nim głośno. Mieliśmy nawet jego posąg, ale zastąpili go kimś innym. Ocalił miasto, nie raz, nie dwa… Gdy byliśmy dziećmi, bawiliśmy się w Lirama i jego giermka… 

Zsunął prześcieradło z twarzy Lirama i popatrzył na nią w zadumie. 

– Ostatecznie… co po nas zostaje? Tylko imię na akcie zgonu i rubryka w historii miasta. 

*

– To było trochę nieprzyzwoite, nie uważa pan? – spytała pani Dribbs, kolebiąc się w powozie. 

– Skłamanie, że siostra zachorowała i musi pani natychmiast do niej jechać?

– Nie, branie dnia wolnego w pracy. I to kompletnie bez powodu. 

– Czy bez powodu, nie jestem co do tego tak przekonany, pani Dribbs. W końcu to prawdopodobnie mój ostatni dzień na ziemi. Poza tym wieczorem wróci pani do domu. O, już jesteśmy. 

Różany Zagajnik był zdecydowanie większy i bardziej okazały niż Liram go zapamiętał. Droga prowadząca do posiadłości wiła się między krzewami róż tak wybujałymi, że tworzyły baldachim nad ich głowami. Przypomniał sobie, że Cassia lubiła róże, zawsze obiecywał, że przywiezie jej po jednej z każdej ze swoich wypraw… jeśli pamiętał… i było gdzie kupić. 

Gdy pani Dribbs zastukała do drzwi, otworzyła sama pani domu, na oko siedemdziesięcioletnia, zgarbiona staruszka, która była tak podobna do ojca, że wyglądała w zasadzie jak Liram w peruce. 

– Czego?

– Dzień dobry, nazywam się Margaret Dribbs. Byłam… jestem gosposią i bliską przyjaciółką pani ojca.

– To jakieś nieporozumienie. Mój ojciec nie miał przyjaciół. 

– W każdym razie… pan Liram Woggle… zmarło mu się… dziś rano. 

– O… – mruknęła staruszka, raczej uprzejmie zdziwiona niż poruszona. – Świetnie. Dziękuję.

I już miała zamknąć drzwi, ale masywna noga zakończona drobnym pantofelkiem wsunęła się między drzwi a futrynę. Pani Dribbs pomyślała, że Cassia była ostatnią osobą, która mogła mieć dobre zdanie o Liramie i jeśli będzie trzeba, to zmusi ją do płaczu, byleby tylko staruch się od niej odczepił. 

– Liczyłam na to, że opowie mi pani o nim. Bardzo chciałabym wiedzieć, jaki był naprawdę. 

Cassia uśmiechnęła się złośliwie, jakby pani Dribbs nie była gotowa na odpowiedź, której zamierza udzielić. 

– Zapraszam do środka – powiedziała i otworzyła drzwi szerzej.

*

Hrabia Craven lubił myśleć o sobie jak o kronikarzu. Gdy więc dowiedział się, że ktoś wystawił na sprzedaż golema organicznego stworzonego z tak wielkiego odkrywcy i awanturnika, jakim był Liram Woggle, po prostu musiał go zdobyć. Zapłaciłby każde pieniądze, tylko po to, żeby móc poszczycić się takim okazem.

Zwyczaj ożywiania zwłok był w Wolnych Marchiach stosunkowo nowym wynalazkiem, ale przyjął się zaskakująco szybko. Większość ograniczonych umysłowo mieszkańców Marchii myślała w bardzo prostych kategoriach i widziała w nieumarłych jedynie tanią siłę roboczą. On patrzył dalej niż inni, widział w nich przede wszystkim spory potencjał kolekcjonerski. 

– Niech no tylko ci nadęci głupcy z Klubu Przygodowego to zobaczą – mruknął do siebie, oglądając swój najnowszy nabytek. 

Podkręcił mu nawet wąsy i kazał zafarbować siwe włosy na czarno, żeby był bardziej podobny do bohatera sprzed lat. Porównał efekt z ryciną przedstawiającą Lirama w całej okazałości. 

– Parę niedociągnięć jest… ale ostatecznie, co po nas pozostanie? Jedynie odrobina sentymentu.

*

Cassia przeprowadziła panią Dribbs przez wielki korytarz, który równie dobrze mógłby posłużyć za wystawę w Muzeum Historii Magicznej pod tytułem „ Bestiariusz Wolnych Marchii”. 

– Tu głowa gryfa, który napadł na nasze miasto w trzydziestym piątym. Mnie jeszcze nie było na świecie, a ojciec dopiero się wdrażał.

– Imponujące.

– Tu klucz Portalu Cienia, który jeszcze tętni plugawą magią Pozaświatów. A tam dalej jedna z trzech głów cerbera. Widzi pani… mój ojciec musiał zbudować ten dom tylko po to, żeby pomieścić swoje wybujałe ego. 

– Imponująca kolekcja. 

– Tak, ojciec zawsze dużo podróżował. Zawsze gdy wyjeżdżał, błagałam go, żeby został. Zwłaszcza po śmierci matki. A on zawsze obiecywał mi, że znajdzie najpiękniejszą różę i przywiezie mi ją na pamiątkę.

– To stąd ten szpaler przed wjazdem?

– Nie. Tam, gdzie podróżował ojciec, nie było róż. Albo o nich zapomniał. Nigdy nie przywiózł mi ani jednej. Przywoził za to głowy tych bestii i te… makabryczne znaleziska i ustawiał je tutaj niczym pomniki własnej wielkości. I wie pani, co jest najsmutniejsze?

– Co?

– Że nikt już o nim nie pamięta. Widzi pani, nie był jedynym poszukiwaczem przygód w Wolnych Marchiach, ale był chyba jedynym, który dożył spokojnej starości. W jego muzeum wielkości zabrakło najważniejszego eksponatu.

Wskazała na pusty cokół na środku komnaty.

– Czyli?

– Pomnika ostatecznej ofiary. Ojciec był dobry, ale nigdy nie należał do elity. Ale dla mnie i Castora przez lata był jedyny, najlepszy… i najgorszy zarazem. 

Przez chwilę pani Dribbs miała nadzieję, że oczy córki Lirama zajdą łzami, ale nic takiego nie nastąpiło. Zamiast tego staruszka odezwała się:

– Ostatecznie, co po nim pozostało, pani Peebs?

– Dribbs – poprawiła gosposia.

– Świat, którego inni nie muszą już ratować. I drugi, którego ratowania zaniechał. 

*

– Nie wierzę w to… naprawdę nie wierzę. 

Liram siedział pod krzewem róż, a obok niego pani Dribbs jadła właśnie kanapkę z jajkiem, którą spakowała na podwieczorek. 

– Niestety, moim zdaniem nie był pan zbyt dobrym ojcem, panie L. 

– Czy to jest to wszystko, co po sobie zostawiłem? Garść zakurzonych trofeów i dwójkę dzieci, które mnie nienawidziły? 

– Nienawidziły, to bardzo mocne słowo, panie L. Żeby pana nienawidzić, trzeba spędzać z panem dużo czasu i dobrze pana poznać. Tak jak ja. 

– To wcale nie pomaga, pani Dribbs. Ja… po prostu zawiodłem. 

Jedna łza ściekła po jego niematerialnym policzku i z cichym „kap” spadła na ziemię. Pozostała po niej jedynie drobna plamka, która zaczęła rosnąć i rosnąć. Po chwili stanęła przed nimi ta, którą medycy oszukują, bardowie opiewają w pieśniach, a poszukiwacze przygód wiecznie zmuszają do zmiany grafiku – Śmierć we własnej osobie. 

– My się już chyba znamy – powiedziała, patrząc na panią Dribbs.

– Naprawdę?

– Taak… Widzisz, ja nie zapominam twarzy. Ach, już wiem. Wiosna dziewięćdziesiątego dziewiątego. Pływała pani w jeziorze i złapał panią skurcz. Muszę przyznać, że świetnie pani pływa. 

– D-dziękuję. 

– Teraz jestem trochę zajęta, ale spotkamy się później.

Jak bardzo „później”? – Głos pani Dribbs drżał.

– Naprawdę chce pani wiedzieć?

– N-nie. – Dopiero gdy Śmierć o to spytała, uświadomiła sobie, że jednak w ogóle jej to nie ciekawi. 

– Tak myślałem. A teraz, jeśli pani pozwoli, porozmawiam z moim klientem. 

Kobieta rozpłynęła się w kolumnie dymu, który rozprzestrzeniał się coraz bardziej. Nagle Liram znalazł się nad miastem tak wysoko, że Różany Zagajnik przypominał jedynie domek z pudełka zapałek. Jednocześnie Śmierć znowu zmaterializowała się przed nim i zaczęła rosnąć. Wkrótce stała nad miastem z głową skrytą w chmurach. Jej postawna sylwetka zasłaniała słońce i rzucała ogromny cień na miasto pod nimi.

– Powiedz mi – zagrzmiała istota, a jej głos odbił się echem po całej okolicy. – Co po tobie pozostało?

I nagle Liram usłyszał kilka głosów. 

– Głównie niesmak.

– Niespełnione marzenia… i puste obietnice.

– Na oko czterdzieści kilo mięsa, ścięgien i kości.

– Ogromna biblioteka, wspomnienia i ta plama po keczupie na prześcieradle. 

– Tylko imię na akcie zgonu i rubryka w historii miasta.

– Jedynie odrobina sentymentu. 

– Świat, którego inni nie muszą już ratować. I drugi, którego ratowania zaniechał.

Liram miotał się, próbował wyrwać z uścisku, ale wszystko to na nic. 

– Nie możesz… Przecież to, co inni o mnie mówią nie oznacza, że naprawdę taki byłem. Myślałem, że to bogowie oceniają człowieka!

– Nie – odrzekła Śmierć. – To ludzie cię oceniają. Tak cię zapamiętano. Ja tylko pokazuję werdykt.

Śmierć machnęła dłonią. Między żywymi snuły się także zjawy. Duchy podobne do Lirama zawodziły żałośnie, próbując zwrócić na siebie uwagę śmiertelników. 

– Oni wszyscy zadali sobie pytanie “co po mnie pozostanie?” i nie potrafią pogodzić się z odpowiedzią. 

– I muszą tu tkwić na wieki?

– Nie, prędzej czy później do każdego dociera prawda. 

– I naprawdę nikt się temu nie sprzeciwia?

– Jeszcze się taki nie urodził… czy może raczej nie umarł. Tak więc… wróćmy do tematu. Jaka jest odpowiedź na moje pytanie? Co po tobie pozostało?

Liram zacisnął pięści. 

– Zasługuję na coś więcej. Ja też coś poświęciłem, oddałem wszystko co miałem w imię czego? Nikt nie pamięta kim jestem! 

– Chodzi mi o to, że rodzina… 

– To dlatego, że nie umarłem na polu chwały? Że ośmieliłem się przeżyć? Że nie mam “pomnika ostatecznej ofiary” jak reszta tych patałachów, które broniły miasta na przestrzeni lat?

– Nie to próbowałam ci powie… – Po raz pierwszy Śmierć zabrzmiała niepewnie.

– W takim razie ja im jeszcze pokażę. Ja wam wszystkim jeszcze pokażę!

– Miałam na myśli, że…

– NIC PO MNIE NIE POZOSTAŁO, BO JA…

*

Hrabia Craven spożywał właśnie obiad ze swoją małżonką, gdy spostrzegł, że z jego najnowszym nieumarłym służącym dzieje się coś dziwnego.

Najpierw zaczęła mu drgać powieka. Potem taca, którą trzymał w rękach upadła z brzdękiem na podłogę. Na koniec usta otworzyły się, a z wątłej piersi wydarł się ryk, który było słychać aż w sąsiednich domach.

– NIE SKOŃCZYŁEM!

Wściekłe oczy nieumarłego były przerażająco żywe. Dyszał ciężko, bardziej z przyzwyczajenia, niż z potrzeby, bo przecież zwłoki nie oddychają. Może i Śmierć skończyła z nim, ale on nie skończył z życiem. 

Koniec

Komentarze

Motyw przewodni wyświechtany, liczyłem na moralitet, a tu zakończenie było dokładnie odwrotne. 

Napisane względnie przyjemnie, jednak spora ilość błędów j/w zabrała cała przyjemność z czytania.

Sporo błędów interpunkcyjnych.

 

Subiektywne uwagi:

– błędy w zapisie dialogów – polecam poradnik,

– “gier karcianych i i mniej” – 2x “i”,

– nie rozumiem, dlaczego Pan L. nie mógł wyjść przez drzwi ze swojego pokoju, skoro był duchem?

– “Pani Dribbs pachęła się otwartą dłonią w czoło” – pachęła?

– “Tak jest, panie J.” – chyba L.?

– “Liram chciał już dogryźć synowi, ale powstrzymał się, rozważając słowa syna.” – powtórzenie syn,

– “ten… ten nadęty głupiec.” – zdanie od wielkiej litery,

– “Pewnie, może gdyby całymi dniami zajmować się polityką” – zabrakło zdaje się słowa “zamiast”,

– “wykrzyknął Liram w eter, patrząc na łóżko” – nadawał na falach radiowych?

– “Niech pan się nie martwi, panie J.” – znowu J zamiast L.,

– “Ocalił miasto, nieraz, nie dwa…” – nie raz,

– “Pani Dribbs pomyślała, Cassia była ostatnią osobą która” – brakuje “że przed Cassia i przecinka przed “która”.

 

Dzięki za opinię i łapankę, wszystkie wypisane błędy oczywiście poprawiłem. Szkoda, że babole zepsuły przyjemność z lektury. 

 

Wiem, że temat jest wałkowany na wszystkie strony, ale liczyłem na to, że lekki twist na końcu doda nieco świeżości ;)

Nowa Fantastyka