Pan Jezus trzy dni czekał w kolejce do nieba, mimo, że znał tam kogo trzeba.
Pan Jezus trzy dni czekał w kolejce do nieba, mimo, że znał tam kogo trzeba.
– Wchodźcie, proszę. Butów nie zdejmujcie.
Maurycy, jak na gospodarza przystało, witał gości przed drzwiami i zamaszystymi gestami zapraszał do środka.
– A dajże spokój, toż to mus, żeby buty w chałupie wyzuć – wyjąkała babcia Zuza, ściągając walonki z wełniano-poliestrową wyściółką. Tak naprawdę nazywała się Ewa, ale dawno już o tym zapomniała.
– Nie rozchodzone jeszcze, piją jak jasna cholera, mówię ci – jął z kolei narzekać wujek Arkadiusz, zwany przez dzieciaki po prostu Arczim.
– W gówno wlazłem, a trawa u ciebie taka, że ciężko dobrze wytrzeć – zdradził brat Maurycego, Stefan Anna-Maria, nie wiadomo czy w żarcie, czy na poważnie.
Dzieciaki wbiegły do mieszkania, nie dając posłuchu niczyim prośbom. Jedna tylko Amelka, sierotka po siostrze Maurycego, zdjęła czarne baletki i ułożyła je równo, tuż obok nieco śmierdzących i wysłużonych trampek. Pogłaskała je, popatrzyła chwilkę szklanymi oczyma, po czym pomachała na pożegnanie i weszła do niemal idealnie kwadratowego salonu. Usiadła w kącie, naprzeciwko suchej i kładącej się już nieco juki. Przytuliła roślinkę, szeleszcząc liśćmi i kwiląc z cicha. Maurycy popatrzył na nią z politowaniem i pogładził po płowych włosach.
– Mamie i tacie dobrze tu. Lidka nigdy nie podlewała tej juki, to i ja jej nie podlewam. Uschnie to uschnie, nie martw się, mała.
Amelka się nie martwiła. Podobała jej się sama doniczka. Przypominała nawet rodzicielkę. W abstrakcyjnym wzorze widziała matczyny uśmiech.
Reszta familii usadowiła się przy stole. Jedno z krzeseł pozostawiono puste i to bynajmniej nie z powodu stojącego na nim słoika z truskawkowym dżemem.
– Wziąłbyś i wymienił matce ten dżem – skarcił brata Stefan Anna-Maria, zdejmując łyżeczką pleśniowy puch, wypełniający słoik niemal w równym stopniu, co brunatniejąca już maź, niegdyś z pewnością będąca dżemem.
– Bo ja wiem. – Skrzywił się Maurycy. – Wieczorem, jak go przed śmiercią jadła, mówiła, że lepszy to tylko za komuny robili, jak truskawki polskie, a nie portugalskie były.
– Teraz to bliżej tym truskawkom do kartofli, niż owoców, mówię ci – wtrącił Arczi, przez nikogo niepytany. Kiedyś, po pijaku, zdarzyło mu się zjeść kilogram surowych ziemniaków, jakoby na truskawki właśnie chęć mając. Nie struł się nawet bardzo. Od tego czasu wcale często ziemniaki zdarzało mu się mylić z innymi produktami spożywczymi. A to mizerię z nich zrobił, innym razem szarlotkę ziemniaczaną. Nawet gdy pić przestał, to nie raz, nie dwa ciotka Kundzia przyłapała go z surową bulwą. Nikt nie miał wątpliwości, że po śmierci wujek nawiedzi worek ziemniaków i razem z nimi gnił będzie w piwnicy pod numerem sto dwadzieścia, obok starego składaka, znaczy się stryjka Jurka.
– A ojciec gdzie? Na balkonie? – spytał Stefan Anna-Maria i nie czekając na odpowiedź, wyjrzał za otwarte na oścież okno. Łyżki na parapecie nie zauważył.
– Zabrałem go do stołu, nigdy stary gości nie lubił, to pomyślałem, że się z nami pomęczy i tym razem.
Ojciec umarł był dwa lata temu. W zwyczaju miał wystawać na zewnątrz ze swoją łyżką. Całymi godzinami palił papierosy marki Mocne, trzymając w dłoniach swój sztuciec i wgapiał się w balkon naprzeciwko ich mieszkania. Nie było w tym balkonie nic szczególnego, oprócz Beznogiego Łysola, rzecz jasna. Czy Łysol faktycznie nie miał nóg, nikt nie wiedział. Podobnie jak ojciec, całymi godzinami wystawał na swoim pięciometrowym patio. A że balustrada sięgała mu ponad pas, jego dolna połowa pozostawała zagadką. Drogą burzliwych obrad ustalono, że Beznogi Łysol istnieje tylko w tej widocznej części. Po śmierci ojca, Łysol zniknął. Została łyżka.
– No dobra, ale który to ojciec? – spytał z przejęciem Stefan Anna-Maria.
Siedzący przy stole spojrzeli na nakrycia, potem po sobie, nareszcie wlepili wzrok w małego Kacperka zapamiętale wyjadającego zupę prosto z wazy. Maurycy wyrwał mu łyżkę niemal natychmiast. Spojrzał na nią z jednej strony, z drugiej, uderzył w stół, przyłożył do ucha, po czym oddał sztuciec maluchowi. To nie był ojciec, ale Kacperkowi i tak się oberwało.
– A modlitwa?! – skarciła go babcia. Czuła oddech śmierci na karku, toteż po przemianie z Ewy w Zuzę, jakiś czas temu przyszła pora na przepoczwarzenie się w Zuzę Dewotkę (wcześniej Gołębiewską). Nie podobała się ta nowa babcia nikomu, szczególnie, że znowu trzeba było wymieniać dowód i wszystkie dokumenty, ale cóż począć. Staruszka, z właściwym dewotkom zapałem, przestrzegała wszystkich kościelnych reguł i nakazów, a słowa miejscowego antykwariusza traktowała jak wypowiadane ustami samego Boga.
Okres przejściowy między ziemskim padołem a niebem, chciała przeczekać jako kłębek włóczki. Najlepiej czerwonej, choć miała obawę, czy Bóg nie pokara ją tranzycją w tę czarną, schowaną głęboko w odmętach sypialnianej komody, to jest jej brata, Eustachego. Nie chodziło nawet o to, że pod koniec jego życia pożarli się o jakąś błahostkę, w konflikcie trwając aż do przedwczesnego zakończenia żywota Eustachego. Rzecz w tym, że jej kotka wręcz uwielbiała czerwony kłębek, a babcia Zuza za nic w świecie z pupilką nie chciała się rozstawać. Nawet po śmierci.
Maurycy szybko pozbierał sztućce, łącznie z tym umazanym pleśniejącą, dżemową mazią. Nie chcąc tracić czasu na dochodzenie, który z nich faktycznie był ojcem, wszystkie ułożył na parapecie, a gościom rozdał nowe.
*
Po zupie przyszła pora na schabowego. W całym zamieszaniu Arczi zdążył wyżreć wszystkie ziemniaki, nim te zdążyły się ugotować. Mizerię zostawił, marudząc, że ogórkowa była, niedobra. Na szczęście nikt prócz niego nie był szczególnie głodny, bo też obiad o godzinie dziesiątej był czymś raczej osobliwym. Maurycy od dłuższego czasu cierpiał na przypadłość, określaną przez jego lekarza jako zespół zaburzeń rytmu dobowego. Jako że jego życie dość już było rozregulowane, kategorycznie zabraniano mu zmieniać ustalony porządek dnia, choćby ten tymczasowy. Gdy zabierał od gości talerze z nadgryzionymi ledwie schabowymi, w przedpokoju rozległo się głośne pukanie.
– To on, antykwariusz, mówię ci – ocenił, jak się po chwili okazało, wcale celnie, wujek Arczi.
– Szczęść Boże temu domowi, jego mieszkańcom oraz duszom tu rezydującym i czekającym zbawienia… – deklamował ksiądz, bełkocząc pod nosem i rozwiązując buty, o co, rzecz jasna, nikt go nie prosił. Kończąc oficjalne powitanie domowników i dusz, poderwał się z pozycji półklęczącej, chwilę pozostając w półzgięciu, dynamicznie przechodząc przez lekkie zgarbienie, aż do niemal pełnego wyprostu, zwieńczonego głośnym stęknięciem.
Czas ten zgromadzeni w salonie wykorzystali do szybkiej zmiany aranżacji wnętrza. Krzesła znalazły się pod oknem w długim rzędzie. Po przeciwnej stronie stołu zostało jedno siedzisko, przeznaczone dla antykwariusza. Pośrodku niezmiennie stała mama Marcela ze słoikiem pleśniejącego dżemu. Domownicy czekali. Marcel spoglądał na zegarek z wyraźnym zniecierpliwieniem. “Niedługo popołudniowa drzemka” myślał. Babcia zaś szklanymi oczyma spoglądała na gramolącego się z podłogi księdza. Gdy ten w końcu wszedł do pomieszczenia, od razu zwrócił na nią wzrok.
– Oto i nasza oczekująca.
Babcia pochyliła głowę i wykonała sakralny gest. Byłaby uklękła i pocałowała dłoń antykwariusza, jednak jej kolana nie pracowały na tyle dobrze, by ich zginanie na zawołanie było możliwe. Z całowaniem, o czym zaświadczyć mogła garstka wnucząt, problemów nie miała.
Ksiądz zasiadł na wyznaczonym miejscu, a w ślad za nim wszyscy domownicy, na czele z zahipnotyzowaną babcią. Z czarnej torby, antykwariusz wyciągnął czarny kajecik, otworzył na stronie oznaczonej literą “D” i jął czytać, stękaniem i głośnym dyszeniem wypełniając pomieszczenie.
– Zuzanna, tak? – Spojrzał spod krzaczastych brwi i ledwie uchwyciwszy skaczącą w górę i w dół głowę staruszki, znowu zatopił nos w notatkach
– No więc tak… – zaczął przeciągle. – Ogłoszenie było, chęć, że tak powiem, została wyrażona. W kościele też widuję cię dość regularnie.
Babcia niemal unosiła się na krześle, przepełniona jakimś innym, świątobliwym powietrzem, z dużym prawdopodobieństwem lżejszym od tego, którym oddychała na co dzień. – Oczekiwanie wydaje się zasadne, bez dwóch zdań. Wybrałaś, jak się zdaje… kłębek włóczki, zgadza się? – Staruszka złożyła dłonie jak do modlitwy i pochyliła głowę. – Rozumiem. Czy to tu dusza oczekiwać będzie zbawienia, łaski i wyniesienia?
– Tak. U mnie. – Maurycy podniósł rękę niczym uczeń w szkole.
– Yhm. – Antykwariusz spojrzał na niego krytycznie. Omiótł wzrokiem kwadratowy salon.
– Konsekrowany? – Maurycy kiwnął głową. – Hmmm… – Ksiądz ponownie zabrał się do kartkowania zeszyciku, czyniąc to z iście teatralną manierą człowieka, któremu nigdzie się nie spieszy. Po kilku minutach nieznośnej ciszy ponownie zabrał głos.
– Hieronim Kwiatkowski? – Maurycy wskazał palcem na trampki przy drzwiach.
– Lidia Kwiatkowska, z domu Bela?
– Tutaj – wyjąkała Amelka, gładząc brązowe, sztywne liście juki.
– Leokadia Bela, z domu Podrucka?
– O tu, tu. – Do krzesła podbiegł Kacperek i wskazał je placem.
– Piotr Bela? – Stefan Anna-Maria wziął z parapetu pierwszą lepszą łyżkę, która wpadła mu w ręce, po czym uniósł ją w górę.
– Izabela Bela, z domu Gołębiewska?
Maurycy wstał ciężko, zdając sobie sprawę ze swojej powinności i przeklinając ją w duchu. Podszedł do szafki i wyciągnął kilka szpargałów, na pierwszy rzut oka przypadkowych.
– Proszę założyć – powiedział, wręczając je księdzu. Ten, wiele nie dopytując, jął nakładać kolejno: foliowe osłonki na obuwie, maskę przeciwpyłową FFP2, szlifierskie okulary ochronne, niebieskie gumowe rękawiczki i coś wyglądającego jak spinacz do bielizny, jednak z pewnością spinaczem nie będące. Duchowny bez pytania wykorzystał ów przedmiot do zatkania sobie nosa, po czym, w akompaniamencie organicznych i nieorganicznych dźwięków dobywających się z jego wnętrza, skorzystał z pozostałych środków ochrony osobistej, udzielonych mu przez Maurycego. W tym czasie gospodarz wyciągnął klucz z sejfu stylizowanego na tabernakulum i oczekiwał antykwariusza przy drzwiach jednego z pokoi. Kiedy przysposobiony do zadania ksiądz zbliżył się do niego, mężczyzna przekręcił klucz w zamku. Otworzył jedną parę drzwi, rozsunął foliową kotarę ujawniając kolejne wrota i zaprosił księdza do środka. Gdy ten zagłębił się w czeluści ciemnego pomieszczenia, drzwi ponownie się zamknęły, a głuchy świst suwaka foliowej kotary dobiegł do uszu pozostałych domowników.
*
Wkrótce po zniknięciu Maurycego i księdza, ktoś ponownie zapukał do drzwi. Stefan Anna-Maria wyjrzał przez judasza.
– To Beznogi Łysol! – zakrzyknął dziwnie podniecony i bez wahania otworzył.
Tajemnicza postać niemal wskoczyła do środka i przemknęła przez przedpokój, nie zdejmując butów. Goście osłupieli, zadziwieni nie tyle brakiem ogłady intruza, lecz samym faktem posiadania obuwia, a właściwie kończyn, na których to mogło się znajdować. Tak, Beznogi Łysol miał nogi. Nieco dziwne, budzące niepokój i wątpliwości, być może nawet strach i jakiś rodzaj odrazy, ale miał. Nie zważając na pytające spojrzenia zgromadzonej przy oknie rodziny, Łysol w jednej chwili znalazł się na balkonie, mijając głupiejące z nudów dzieciaki, Arcziego o dziwnie zieleniejącym obliczu oraz babcię, zbyt zaaferowaną wizytą duszpasterza, by zwracać uwagę na nieproszonego gościa. Nim Stefan Anna-Maria zdołał wyartykułować pytanie bądź dojrzeć do podjęcia jakiejkolwiek interwencji, z wnętrza pokoju Izabeli Beli dobiegł go dźwięk pospiesznie zamykanych drzwi. Chwilę trwało, nim nieokreślony rumor i znajome stękania ustały, a z pieczary wyłonił się ksiądz w asyście Maurycego. W rękach dzierżyli dwa czarne worki, które pośpieszne i z wiele mówiącymi grymasami na twarzach wrzucili do stojącego w rogu pojemnika, zdobionego gustownym czerepem i krzyżującymi się piszczelami.
– Dobranoc. – Z ulgą i uczuciem spełnionej powinności jęknął Maurycy, po czym udał się do sypialni na drzemkę, stanowiącą remedium na jego osobliwe dolegliwości.
Ksiądz ponownie rozsiadł się na krześle, notując coś w swoim kajecie.
– Mieszkanie jest w porządku – skwitował pod nosem, wyciągając z teczki formularz. Następnie wstał i wykonał sakralny gest. W ślad za nim cała rodzina niemal podskoczyła, powtarzając mechaniczne ruchy dłoni. Ksiądz rozpoczął modlitwę. Prawdopodobnie po łacinie. Dzieci nie rozumiały nic, dorośli – niewiele. Za to babcia Zuza rozumiała wszystko, choć po swojemu. Po skończonej modlitwie antykwariusz usiadł ponownie i przeszedł do meritum.
– Potwierdzam aktualność danych o miejscu konsekracji. Pozwolenie kurii jest. Liczba dusz się zgadza – zaczął nad wyraz urzędowo. – Zaświadczenia o spowiedzi w każdy piątek miesiąca przez ostatnie dziesięć lat jest. Co my tu jeszcze… Dyplom za największą palmę wielkanocną, karta wzorowego strażnika grobu pańskiego…
Gdy skończył wyliczać, wyciągnął kolorową broszurę z krzyżem świętego Benedykta, która musiała służyć mu od dłuższego czasu. Być może od zawsze.
– Co ja mogę… No więc: czterdzieści lat, tyle jestem ci w stanie zaoferować, Zuzanno. Przy właściwej i zgodnej z nauką kościoła konserwacji reliktu, być może uda się skrócić czas oczekiwania do trzydziestu pięciu. Dodatkowo, przy wzroście ofiary o dwadzieścia pięć procent, możemy zaoferować rodzinie pakiet konsekracji premium i zwiększenie pojemności mieszkania dla kolejnych czterech dusz. Z wyłączeniem tamtego pokoju. – Ksiądz wskazał na zakluczone pomieszczenie i wzdrygnął się nieznacznie, co w przypadku jego fizjonomii skutkowało powstaniem fali biegnącej przez całe ciało, wzmacnianej drganiami galaretowatego brzucha. Kulminacją owego zjawiska było rozwarcie i ukazanie żabich oczu księdza w pełnej krasie.
– Módlmy się – zaintonował w końcu. Wszyscy wstali. – Boże, nasz Ojcze. Ty sprawiłeś, że nawet Twój Syn, który przyjął ludzką formę, przeszedł drogę śmierci i przemiany. Przez trzy dni spoczywał pośród zmarłych, dzieląc los każdego człowieka, który oczekuje godziny wyznaczonej przez Ciebie.
Naucz i nas cierpliwości wobec tajemnicy przemijania. Niech pamięć o Chrystusie, który nie ominął czasu oczekiwania, umacnia nas w nadziei, że żadna noc nie trwa wiecznie.
Daj naszym zmarłym pokój w Twojej obecności, a nam łaskę wytrwania w wierze, aż nadejdzie dzień, w którym i my usłyszymy wezwanie do życia wiecznego.
Przez Chrystusa, Pana naszego…
– Amen. – Nieznany zebranym głos dobiegał od strony drzwi balkonowych. Łysol, zwany Beznogim, ale nogi posiadający, wszedł ponownie do pokoju. Podszedł do stołu i bezceremonialnie usiadł na świętej pamięci Leokadii Bela, zwalając na podłogę słoik z mazistą substancją przypominającą dżem. Zgromadzeni w salonie aż zaniemówili z oburzenia. Nim ktokolwiek zdołał wydusić z siebie choćby słowo, intruz schylił się, oparł brodę o stół i wydobył spod niego dwa niemal identyczne przedmioty. Dziwne, budzące niepokój i wątpliwości, być może nawet strach i jakiś rodzaj odrazy.
– A to są moi rodzice. Od zawsze byli dla mnie oparciem – oświadczył uroczyście, po czym wybuchnął głośnym, nieprzyjemnych rechotem. – A to – kontynuował, wskazując kciukiem oparcie krzesła i śmiejąc się nieprzerwanie – jest, kurwa, krzesło. Ta łyżka zaś, wbrew wszelkim bredniom, którymi raczy was tu obecny duchowny, nie zawiera choćby śladowych ilości ludzkiej duszy. To wierutne bzdury!
Dzieci schowały się za milczącymi i bezradnymi wobec bluźnierstw rodzicami. Ci z kolei, zawiesili błagalny wzrok na księdzu, którego oblicze widocznie poczerwieniało. Nim święty gniew, wiszący nad łysym czerepem siedzącego przy stole mężczyzny, wydostał się z gardzieli antykwariusza, Beznogi ponownie przemówił.
– Znałem Piotra i Leosię. Być może lepiej niż wy. Przyjaźniliśmy się. – Po wcześniejszym rozbawieniu nie pozostał nawet ślad. – Sądzicie, że tego właśnie by chcieli? Spędzić kolejne dekady w tych samych czterech ścianach, w których zamknięci byli u kresu swojego życia? Leosia zaklęta w tym krześle, do którego niemal przyspawała ją osteoporoza czy inne lumbago? Słaby żart. A ta łyżka… Wiecie przynajmniej, czym była dla Piotra? – Łysolowi odpowiedziało milczenie. – To krzyk pomocy udręczonej duszy.
– Kłamiesz – przerwał mu nareszcie Stefan Anna-Maria, występując przed szereg milczącej familii. – Zajmowaliśmy się nim, jak mogliśmy najlepiej, przez cały ten czas. Cały okres choroby. Mogliśmy oddać go do domu opieki, ale chcieliśmy zapewnić mu to, co najlepsze. Jemu i matce. Miejsce, które kochali.
– Alzheimer to koszmar, mówię ci – potwierdził Arczi.
– Kochał? – żachnął się Łysol. – Codziennie, od siedmiu lat, przy pomocy tej oto łyżki próbował łapać słoneczne promienie. Gdy mu się udawało, zawsze wysyłał w świat alarm SOS alfabetem Morse’a.
– I jak to tak? Nie próbował mu pan pomóc? – zainteresował się ksiądz, zapominając o początkowym oburzeniu.
– Oczywiście, że próbowałem. Nieraz dzwoniłem na policję.
– Głupiś – wtrąciła się babcia. – Piotruś, podobnie jak jego brak Arkadiusz, kulinarnie miał, jak to mówią, bzika. Tylko ten sos i sos, do wszystkiego sos. Aż mu w końcu lekarz zabronił.
– Sam cholesterol te sosy, mówię ci – potwierdził Arczi.
– Tak czy inaczej, guzik to dało. Wziął był i umarł chłop. Z tobą to samo będzie, zobaczysz! – Staruszka pomachała złowrogo palcem w stronę Arcziego.
Łysol zmieszał się, postukał palcami o blat stołu.
– A pana nogi? Co z nimi? Przez lata myśleliśmy, że nie istnieją – wypalił w końcu Stefan Anna-Maria, widząc słabnącą pozycję intruza.
– To, że czegoś nie widać, nie znaczy, że nie istnieje! – oburzył się Łysol. Ksiądz, w duchu, oburzył się również.
– Przecież to nie są nawet nogi, tylko jakiś sztuczny twór.
– Dla mnie są prawdziwe.
Łysol założył protezy i bez słowa wstał. Wychodząc, spojrzał jeszcze na babcię. Zatrzymał się. Jego twarz zastygła w wyrazie głębokiej zadumy. Uwierająca z tyłu głowy obawa oraz niespokojna intuicja podpowiadały mu, że za tym wszystkim kryje się coś więcej. Coś niewłaściwego. Złego. “Kim jest ta kobieta? Czy to…”. Nim zdołał dokończyć myśl, doskoczył do niego zniecierpliwiony Stefan Anna-Maria, chcąc pomóc nieproszonemu gościowi w opuszczeniu rodzinnego zgromadzenia. W tym samym momencie z sypialni wyłonił się zaspany Maurycy. Gdy tylko zobaczył Beznogiego Łysola, jego twarz poczerwieniała, a oczy zapłonęły gniewem.
– Co on tu robi?! – wybuchnął.
Intruz, nie zważając na nic i nie spuszczając wzroku z babci, spytał cicho, niemal szeptem:
– Ewa?
– Nie, musiałeś mnie z kimś pomylić. – Babcia odpowiedziała z wyraźnym trudem.
W tym momencie Marcel, jak rażony piorunem, ruszył w stronę Łysola, a w ślad za nim ksiądz, niemal wywracając krzesło, na którym jeszcze przed chwilą się mościł.
Sprawy potoczyły się błyskawicznie. Łysol skoczył w stronę staruszki, chwycił ją za głowę i, nie pytając o zgodę, pocałował.
– A to pamiętasz?
Pamiętała. Nie zdążyła jednak nic odpowiedzieć. Pochwycony za ramiona intruz szamotał się w próbie uwolnienia. Maurycy i nieco zdezorientowany Stefan Anna-Maria nie dawali jednak za wygraną. Ksiądz z krzyżem w ręku rzucał klątwy, Arczi starał się przypomnieć sobie numer alarmowy na policję, a dzieci biegały w kółko, drąc się, śmiejąc i podrygując niby dzikusy w rytualnym tańcu.
– Jak się nazywała twoja matka? – Łysol nie miał zamiaru się poddawać. Mówił głośno i wyraźnie, jak gdyby recytował magiczną formułę.
– A twoja córka, Izabela? Co się z nią stało?
Słowa docierające do Zuzanny uderzyły w nią z siłą, której umysł staruszki nie mógł wytrzymać. Kobieta zachwiała się i zatańczyła w miejscu drobnymi, szybkimi krokami. Na ten widok, w Łysolu odezwała się wewnętrzna, ukryta siła. Potężnym ruchem ramion zrzucił z siebie napastników i ruszył w stronę babci, potykając się przy tym i gubiąc nogi, które z głuchym stukotem uderzyły o podłogę. Obecnie beznogi, Łysol złapał Zuzannę w ostatnim momencie. W kolejnym chwycił jedną z protez i wykonał kilka szybkich ruchów. Plastiki sztucznej kończyny rozwarły się, a ze środka wyskoczył niewielki czarny przedmiot. W kolejnej chwili intruz celował nim w stronę zaskoczonych oponentów. Dzieci przestały dokazywać. Dorośli zamarli. Całe pomieszczenie trwało w bezruchu.
– Alzheimer, hę? Tak to teraz nazywacie? Może macie na to papiery jakiegoś kościelnego konowała? – wycedził, ciężko dysząc. – Na szczęście Ewa była sprytniejsza. Zmieniła imię, nim zdołaliście wymazać jej grzechy. Nim zmieniliście ją w to. Skorupę oczekującą czegoś, co się nigdy nie wydarzy. Sakrament oczyszczenia, dobrze mówię? Dobrze? Odpowiadaj! – wrzasnął na dygoczącego duchownego, celując weń czarnym przedmiotem. Ksiądz kiwnął głową, choć równie dobrze mógł to być spazm albo kolejna fala, rozchodząca się po jego ciele.
– Tradycyjna skrucha, pokuta i postanowienie poprawy wam nie wystarczały? Sądzicie, że jej dusza jest teraz czysta? Zdezynfekowana? Grzechy, których nie pamięta po prostu wyparowały? – Nie doczekawszy się odpowiedzi, Łysol począł szeptać do ucha przelewającej się przez jego ramiona babci. Jej wejrzenie, zaczepione w nieokreślonym punkcie przestrzeni, zmieniło się. Mgliste oszołomienie ustąpiło miejsca łzom, gwałtownie spływającym po pomarszczonych policzkach.
*
– Nadal nic? – spytał beznamiętnie Stefan Anna-Maria, gdy jego brat pojawił się w salonie.
Maurycy pokręcił głową.
Matka w zasadzie nie różniła się zbytnio od kobiety, którą znał. Siedziała przy stole, jadła dżem. Wyglądała jak zawsze, nie licząc kilku oparzeń na dłoniach i przedramionach. Może chaotyczny pukiel włosów, który oparł się płomieniom i opadał bezwładnie na czoło kobiety, sprawiał, że wyglądała nieco inaczej. Ale już czerwone pręgi na plecach, brzuchu i nogach były niemal niewidoczne. A brwi, rzęsy? Przecież większość kobiet w jej wieku takowych w ogóle nie posiada. Tylko te oczy… Nie było w nich nic. Światła, życia, iskry, głębi. Nic. Stefan Anna-Maria ukrył głowę w dłoniach.
– To wszystko bez sensu. Żadne terapie, żadne rozmowy. Ona zniknęła – szeptał Maurycy, nie wiadomo, do siebie czy do brata.
Znowu zrobiło się cicho. Przywykł do ciszy, która w ostatnim czasie wypełniała ich jałowe rozmowy. Nienawidził jej. Gdy przychodziła, zdawało mu się, że znowu słyszy trzaskające płomienie, przeraźliwy krzyk Izabeli, zawodzenie matki, jej niekończący się lament nad własną głupotą. Choć to niemożliwe, raz po raz wracało do niego nawoływanie ojca, drącego się z balkonu: “Pomocy! Pomocy”. Maurycy wołał razem z nim. Nadal woła.
– A sąsiad?
– Sąsiad usłyszał – odpowiedział Maurycy, bardziej własnym myślom, niż bratu.
– Będzie chodził?
Maurycy wzruszył tylko ramionami.
– Podobno podkochiwał się w mamie. – Uśmiechnął się, nie wiedzieć czemu.
Równie szybko jak się pojawił, grymas zniknął z jego twarzy. Przegnała go cisza. W końcu, przygnieciony jej ciężarem, Maurycy sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki, z której wydobył kolorową broszurę z krzyżem świętego Benedykta.
*
Łysol gładził jej włosy, muskał czoło delikatnymi pocałunkami, szeptał. Obserwującą to rodzinę uspokajał wyciągniętym w ich stronę rewolwerem.
– A teraz otwórzcie pokój.
Wypełniająca pomieszczenie groza stężała, nasycając je do granic. Arczi nie wytrzymał, zwymiotował. Ksiądz usiadł gwałtownie, niemal druzgocąc krzesło. Maurycy jęknął i spojrzał na stojące na komodzie tabernakulum.
Nagle pojawił się również rozdygotany, dziecięcy głosik.
– Zobaczcie, to mama!
Wszystkie oczy zwróciły się w stronę siedzącej w kącie Amelki. Istotnie, we wzorzystej doniczce, tuż obok zasuszonej juki, dało się zauważyć coś, czego przed chwilą zdawało się tam nie być. Z popękanej ziemi, na świat wydobył się zielony pęd zwieńczony maleńkim listkiem. Dziewczynka płakała, a jej łzy spadały na kiełkujący zalążek nowego życia. W tym samym momencie rozległ się strzał.
Lekko napisane, z niewymuszonym humorem, dobrze się czyta.
Historia ciekawa, zaskakujące zakończenie. Kilka wątków można by jak dla mnie nieco rozwinąć, bo były tego warte.
Subiektywne uwagi:
– “zamaszystymi gestami” – raczej zamaszystym gestem,
– “Przytuliła roślinkę, szeleszcząc liśćmi” – w takiej konstrukcji wygląda na to, że dziewczynka miała liście
,
– “ogórkowa była, niedobra” – bez przecinka,
– “Z czarnej torby, antykwariusz wyciągnął czarny kajecik” – powtórzenie “czarny”,
– “dzień. – Oczekiwanie” – dialog od nowego akapitu.