- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Cis

Cis

W tekście wykorzystano ilustrację wygenerowaną przez SI.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Cis

Uroczystość

Wszedłem między zgromadzonych ludzi i stanąłem naprzeciw tablicy ogłoszeń. Oprócz informacji o znalezionych kluczach wisiało tam parę nekrologów. Jeden z nich od razu przykuł moją uwagę. Piotrek Korzycki, lat 22, zginął tragicznie. Parę razy przeczytałem imię i nazwisko. Przecież ja, ja się tak nazywam. Wiek też się zgadza. Co za zbieg okoliczności. Nie żyje jakiś drugi Piotrek Korzycki. Już nie zdąży zaciągnąć na mnie kredytu, zażartowałem w myślach.

Ludzi przed wejściem do kaplicy przybywało. Rozmawiali półgłosem, przestępowali z nogi na nogę. Nudzili się w oczywisty sposób. A ja wciąż patrzyłem na nekrolog i z każdą chwilą jego treść mrożącym soplem wbijała mi się w mózg. „Pozostaniesz na zawsze w naszych sercach” − widniało na dole. Jaki banał! Róg klepsydry furkotał na słabym wietrze. Nawet porządnie przykleić nie potrafili. I co za sąsiedztwo. Alojzy jakiś tam, hydraulik z Podgórza. Sześćdziesiąt trzy lata. Wydąłem usta z niesmakiem i przycisnąłem róg nekrologu do zniszczonej tablicy. Osoby stojące tuż obok popatrzyły na siebie z przestrachem. 

 

W kaplicy panował półmrok. Organista coś improwizował, dbał, żeby było smętnie i dostojnie. A ja leżałem w odkrytej trumnie, z zamkniętymi oczami, usta chyba skleili mi kropelką, w przeciwnym razie roześmiałbym się im w głos.

Dziwne uczucie tak patrzeć na samego siebie. Biała koszula, granatowy krawat. Zawsze wolałem dżinsy i T-shirt. I obok fotografia. Maturalna. Tak przesłodzona, że aż rzygać się chciało.

Niektórzy rozmawiali półgłosem, inni przesuwali paciorki różańca. Wszyscy ubrani na ciemno. Nie ulegało wątpliwości, że już nie żyłem. Zacisnąłem zęby. Podszedłem do ściany i paznokciem zacząłem żłobić napis: „jestem tu”. Na gładkim tynku nie pozostał nawet najmniejszy ślad. Dopiero wtedy zrobiło mi się żal samego siebie. Już nic nie mogłem. A tak bardzo chciałbym żyć, upijać się, uprawiać seks, zwiedzać świat… W szufladzie biurka leżała książka: „Pięćdziesiąt rzeczy, które musisz zrobić przed trzydziestką”. Kurwa, mam dwadzieścia dwa lata i już niczego nie zrobię.

Leżałem nieruchomy i nudny. Słońce przebijało przez witraże i wyświetlało na mojej twarzy kolorowe plamy jakby przedwczesnego rozkładu.

Dlaczego ja, dlaczego teraz…

Przyjrzałem się żałobnikom. Przede wszystkim interesowała mnie jedna osoba.

Kinga stała oparta o parapet witrażowego okna. Nie była sama.

− Masz. − Jurek podał jej papierową chusteczkę, muskając koniuszkami palców nagie przedramię dziewczyny. Uśmiechnęła się. Zazdrość jest uczuciem uniwersalnym, nie ma znaczenia, po której stronie świata jesteś. A Kinga była moją dziewczyną. „Była” czy „jest”, wciąż nie mogłem się zdecydować, jakiego czasu użyć.

Jurek delikatnie wytarł tusz pod oczami Kingi.

− Dasz radę – szepnął. 

Ty zdrajco, pomyślałem. Najchętniej rzuciłbym się na niego z pięściami. Nie dość, że on żyje, to jeszcze podrywa moją kobietę. A ta też mogłaby jakoś bardziej widowiskowo płakać. Wyobrażałem sobie, że odrywają Kingę od trumny, a ona, krzycząc, ostatkiem sił chwyta za sukno pokrywające katafalk. Niestety Kinga stała spokojnie i rozmawiała z Jurkiem.

 

− Ale ładnie go zrobili − zauważyła półgłosem ciotka Elżbieta i szybko się zmitygowała, zerkając w stronę pierwszej ławki. Siedzieli tam moi rodzice. Dłońmi zasłaniali twarze, a ich ramionami co jakiś czas wstrząsały spazmy.

− Podobno nie dało się go poznać. − Ciotka Elżbieta mówiła już znacznie ciszej. − Był tak porozbijany… − jej ręce wykonały w powietrzu nieokreślony gest.

− Jak to się stało? − ktoś dopytywał.

Przekazywane z ust to ust opowieści o mojej śmierci były cokolwiek przesadzone. A to po prostu nieszczęśliwy wypadek. Podczas wspinaczki w ojcowskich skałkach stanąłem lewą nogą na półce i gdy dostawiałem prawą, runąłem w przepaść. Jurek miał mnie asekurować. Puścił linę, żeby samemu nie odpaść od ścianki.

Popatrzyłem w stronę kumpla z niechęcią. We dwóch byłoby nam teraz łatwiej. Tymczasem on nachylał się nad Kingą. Kurwa, nie wytrzymam.

Stałem wśród tych wszystkich ludzi i czułem się zbyteczny. Byłem jak zniszczone ciuchy w worku na tekstylia.

Skierowałem się do zakrystii.

Niewiele starszy ode mnie ksiądz personalizował kazanie.

− Paweł, grotołaz…

Miałem ochotę wykrzyczeć, że Piotr i że wspinałem się po skałkach. Uchyliłem lekko okno. Powiał wiatr. Karteczki księdza uniosły się i pofrunęły poza szafy z naczyniami liturgicznymi. Ksiądz rozejrzał się bezradnie i zaklął pod nosem. 

− Kurczę, wezmę to kazanie ze ślubu z zeszłej soboty. I tam, i tu to przecież początek jakiejś nowej drogi − powiedział trochę bez sensu, a trochę prawdziwie. Znudzony ministrant pokiwał głową.

 

Tylko że w tym wszystkim mnie już nie było. Poczułem, jak nieznośne jest istnienie bez celu, trwanie bez perspektyw, egzystencja bez wyzwań. A miały być chóry, biały tunel i anielskie orszaki z gałązkami palmowymi. Czułem się oszukany. Fake newsy w zaświatach irytują bardziej niż te w sieci.

 

Mentor

Wyszedłem.

Nie byłem głodny, nie byłem spragniony, nie byłem zestresowany. Jaki byłem? Byłem bez sensu.

Usiadłem na ławce. Słońce już tak nie grzało. Gołąb rozcapierzywszy ogon wykrzykiwał swoje gru, gru przed drobiącą kroczki dumną gołębiczką. Najchętniej przerwałbym mu ten podryw.

− Ciężko ci? − Nieoczekiwane pytanie wyrwało mnie z zamyślenia. 

− Trochę − odpowiedziałem.

− Potrzebujesz rozmowy.

Mężczyzna, który wtargnął w mój podły nastrój, miał przyprószone siwizną włosy. Bez wieku, ale raczej koło pięćdziesiątki niż trzydziestki. Niebieskie oczy i wygląd hollywoodzkiego aktora, który na gościnne występy przyjechał do prowincjonalnego miasta.

− Wal się − odpowiedziałem niezbyt grzecznie, ale za to zgodnie z samopoczuciem.

− Lubię tę ławkę. Chyba z powodu rosnącego tu cisa. − Zamilkł na chwilę, jakby szukał sposobu na podtrzymanie rozmowy. − Cis jest symbolem zmartwychwstania − mówił spokojnie, trochę jak nauczyciel na spotkaniu kółka botanicznego.

Kompletnie mnie to nie ruszało.

− I nie dlatego, że jest wiecznie zielony, ale że ścięty przy samej ziemi ma zdolność wypuszczanie zielonych gałązek.

− I co? − odezwałem się zdawkowo.

− Ciekawe, no nie?

Wzruszyłem ramionami. Niepodtrzymywane rozmowy umierają jak niepodlewane kwiaty. Miałem nadzieję, że gościu sobie pójdzie.

Najchętniej bym stąd uciekł. Lecz gdzie? Wewnątrz czułem przykrą gorycz. A może tak objawia się palący bezsens? Dochodziło do mnie, że byłem bezdomnym duchem bez planu i perspektyw. Co mnie czekało? Zamieszkanie na strychu starej kamienicy? Mógłbym tłuc się po nocach, przesuwać meble i poruszać obrazami.

− No, odezwij się wreszcie. − Towarzysz z ławki był natarczywy. − Masz w głowie masę pytań, zadaj jakieś. Sam sobie nie poradzisz.

− Kim w ogóle jesteś? − spytałem w najbardziej oczywisty sposób.

− Przewodnikiem, mentorem, twoim pilotem po nowej rzeczywistości… Kimś, kto ci powie, jak masz dalej istnieć w swoim nieistnieniu.

Mimo lekkiego wiatru nie poruszył się żaden z jego posiwiałych włosów. Tak mogłaby przemawiać sztuczna inteligencja. Facet nie przypominał bywalca parkowych ławeczek. Ktoś taki wozi się furą za pół bańki i bukuje najlepszy apartament w mieście. Albo jest iluzją.

− Powiesz mi, gdzie będę spał? Może jest jakaś noclegownia dla takich jak ja? – Naprawdę nie dawało mi spokoju, że nie mam gdzie się podziać.

− Noclegownia dla wylogowanych z życia nazywa się cmentarzem. − Roześmiał się beztrosko. − Miał śnieżnobiałe zęby, może buchnął je komuś z paczki z Aliexpressu. – Noclegi to już nie twoje zmartwienie. W zaświatach nie ma czasu. Jest ciągła teraźniejszość − mówił spokojnie. − Nie nudzisz się, nie dzielisz doby na godziny. Tkwisz w teraźniejszości jak owad w bursztynie.

− Dziwne − odrzekłem.

− Ale idzie się przyzwyczaić.

− Ja umarłem, prawda? Nie ma mnie?

− A jak myślisz?

Facet wydął wargi i wystawił twarz do słońca.

− Może mi więc powiesz? – zachęciłem.

− Zależy.

− Od?

− Definicji.

Znowu milczenie. Wreszcie niechciany towarzysz z ławki uzupełnił swoją wypowiedź.

− Jeśli śmierć to dla ciebie anihilacja, niebyt i pustka, to nie umarłeś. A jeśli śmierć to ucieczka w inny wymiar, to tak, nie ma cię w codziennej realności.

− I co teraz się ze mną stanie?

− Jest takie miejsce, które powinieneś odwiedzić.

− Po co?

− Przyda ci się.

− Bo?

− Bo życie miałeś za krótkie.

− Nie z mojej winy.

Facet skrzywił się.

− Kto ci kazał iść w skałki?

− Ktoś mógł mi przeszkodzić. Albo ocalić. Mogłem złamać rękę… no dobra, nogę. Ale żeby od razu stracić życie?

− Polazłeś, byłeś nieuważny, więc po co miałby ci ktoś pomagać?

Nie byłem przygotowany na tak głupie wyjaśnienie. Znowu cisza wypełniła przestrzeń. Facet odezwał się po minucie.

− Gdybyś tam trafił za życia, niczego byś nie zrozumiał.

− Dlaczego tak myślisz?

− Bo znam cię lepiej niż ty sam.

Ja pierdolę. Gość był nadęty jak sprzedawca ubezpieczeń. W końcu nie wytrzymałem i zadałem pytanie.

− Czyli gdzie mam iść?

− Powiedziałem. Tam, gdzie nie zdążyłeś.

W głowie miałem jedną odpowiedź. Że to hospicjum dziecięce. I ta myśl była wystarczająco przerażająca, żeby się nie zgodzić. Miesiąc temu skierowano mnie do hospicjum na praktyki studenckie. Postanowiłem, że stanę na głowie, a ominę ten tragiczny przybytek.

− Jutro zaczynasz.

− A jak nie?

− Będzie jak teraz.

− To znaczy?

− Nie wiesz?

Nie odezwałem się, ale gdzieś w środku czułem absurdalną pustkę i nieznośny brak sensu. Musiałem coś z tym zrobić.

 

Hospicjum

Budynek był stary, ponad stuletni, ale architekci postarali się o jego funkcjonalność i schludny wygląd. W niszach okiennych na szerokich parapetach ułożono poduszki. Na nich siedziały dzieci, niektóre z nosami przyklejonymi do szyb, inne coś tam sobie gadały. Może do siebie, może między sobą. Ktoś poślinił palec i na szybie rysował domek.

Malownicze miejsce. Rzeźbiony portal. Okute żelazem drzwi, które same otwierały się przed wchodzącymi. Za willą, w byłej stajni, a może stodole, wycięto kawał ściany i wstawiono gigantyczne bezramowe okno. Było się wewnątrz budynku, a jakby na zewnątrz. Wyobraziłem sobie, że na strychu pod gęstą siecią drewnianych krokwi znajduje się siłownia dla personelu. Bo chyba nie biblioteka. Też by pasowała, ale po co komu teraz biblioteka, szkoda powierzchni.

Ładnie tu. Lecz gdy tylko drzwi się otworzyły i wyjechał wózek z doczepioną kroplówką, i zobaczyłem ściągniętą bólem twarz dziewczynki, wiedziałem, dlaczego nie chciałem tu być. Obok wózka drobiła kroki kobieta z lekarską torbą. Podjechało auto, opuściła się rampa i wózek zniknął wewnątrz bagażówki. Miałem rację, że to nie dla mnie. Zrobiłem w tył zwrot. Nawet po drugiej stronie życia nie zgodzę się na przebywaniu w miejscu, które jest aż do przesady nadźgane bólem.

− Jesteś tu nowy?

Chłopak patrzył z ciekawością w moją stronę i nie czekając na odpowiedź wyciągnął dłoń na przywitanie.

− A ty jesteś żywy? − Spytałem idiotycznie, w pamięci miałem, że tylko istoty z innego wymiaru potrafią mnie dostrzec.

− Jeszcze tak, ale co będzie za tydzień, nie obiecuję.

Ile mógł mieć lat. Dziewięć? Może więcej, chore dzieci zwykle wyglądają na młodsze. Jakby czas w ich przypadku wyhamowywał. Z zabandażowaną głową przypominał bajkowego Sandokana.

Uścisnąłem wyciągniętą rękę.

− Marek jestem. – przedstawił się.

− Piotrek.

− Chodź pokażę ci szpital. Z daleka cię przysłali?

Szliśmy zadbanym chodnikiem. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Że raczej z daleka, bo z zaświatów?

− Mam tu praktykę z psychologii − wyjaśniłem trochę nie na temat.

Chłopak wykrzywił usta. Albo nie lubił psychologów, albo czekał na kogoś innego.

Drzwi otworzyły się cicho. Stara mozaika na posadzce przypominała, że jestem w przedwojennej willi.

Marek podsunął mi pod nos ołowianego rycerza.

− Fajny, no nie?

Pokiwałem głową.

− Myślałem, że w twoim wieku chłopcy bawią się elektronicznymi gadżetami.

− Też. Ale ten rycerz jest super. Nie trzeba go ładować. I cały czas jest przy mnie.

Ścisnął figurkę jak jakiś skarb.

− A tu było akwarium − objaśniał Marek, pokazując puste miejsce w wykuszu. − Mój kumpel, Borys, wyłowił wszystkie rybki i wypuścił do stawu. Bo tu obok jest staw. − opowiadał tak, jakby zdradzał największe sekrety.

− Wyłowił, bo? − udałem zaciekawienie.

− Bo uważa, że wolność jest najważniejsza.

Szliśmy wzdłuż jasnego korytarza. Inaczej wyobrażałem sobie dziecięce hospicjum. W moim pojęciu w każdym kącie ktoś powinien szlochać. Tymczasem zamiast erupcji smutku odnajdywałem tu zdystansowaną radość.

− Modliłem się, wiesz? − stwierdził chłopak.

− Po co?

− Możliwe, że o ciebie?

− Raczej nie. – Tego akurat byłem pewien.

Nie było tu surowego szpitalnego klimatu. Nawet pachniało jakoś inaczej, ładniej.

− Mam problem z mamą. − Podparł ręką głowę i popatrzył oczami niebieskimi jak niebo w sierpniu.

Usiedliśmy na fotelach w części korytarza przerobionego na klub.

− Ten problem to jaki?

− Boi się, że umrę.

− A ty się nie boisz?

− Dlaczego miałbym się bać. Bo już nie będzie mnie nic bolało, nie będą mnie kłóć ani wiercić dziury w głowie?

To była najrozsądniejsza odpowiedź na najgłupsze pytanie.

− Chodzi o to, żebyś jej wytłumaczył, że będzie okej. I powiedz jej jeszcze, żeby nie oddawała nikomu moich klocków. Młodemu się przydadzą. Tak samo jak mój rower.

− A chce je oddać?

− Tak, bo jak patrzy na moje rzeczy, to płacze.

− Czemu sam jej nie powiesz?

− Próbowałem.

− I?

− Od razu ryczy.

To możliwe. Kobiety z natury są płaczliwe.

− No dobra, wymyślę coś i załatwię, żeby klocki zostały. − W końcu byłem studentem psychologii. Co tam dla mnie trudne rozmowy.

− No i git − odpowiedział.

A ja miałem w myślach burzę, no bo jak mam rozmawiać z kobietą, która mnie nie zobaczy ani nie usłyszy, a może nawet nie wierzy w duchy. Hola, hola, a czy ja jestem duchem, kim ja właściwie jestem?

− Jest jeszcze jeden problem.

Najwyraźniej chłopak uważał, że przysłali mnie tu w charakterze świętego Mikołaja do spełniania dziwnych życzeń. Szkoda tylko, że na moje własne egzystencjalne pytania jakoś nikt nie zwraca uwagi.

− Jaki ten problem? − spytałem.

− Chodź, przedstawię cię koledze.

Marek chwycił mnie za rękę. Szliśmy niespiesznie. Na ścianach kolorowe postaci z bajek uśmiechały się bezosobowo i obco, a jednak życzliwie. Mogłyby pracować na poczcie.

Kolega Marka był pewnie o rok starszy. Wpatrywał się w ekran smartfona. Gdy podniósł głowę, błysk w ciemnych oczach nie pozostawał wątpliwości, że w dorosłym życiu miał szansę stać się największym łobuzem w mieście.

− Chcesz o czymś pogadać? Studiowałem psychologię… − zacząłem w najbardziej neutralny sposób. Tak jak uczyli mnie na studiach.

Marek słuchał tej profesjonalnej gadki i uśmiechał się współczująco.

− Nie pierdol − odezwał się chłopak. − Podaj mi coś do picia. Tam stoi. – Brodą wskazał butelkę ustronianki.

− To właśnie jest Borys. Uparł się, żebym na jego urodzinach zagrał na hospicyjnym fortepianie.

Milczałem, bo właśnie przed sekundą dostałem od Borysa po nosie i wciąż mnie to bolało. 

− Tylko że ja nie potrafię grać. Na niczym − rozbrajająco szczerze objaśnił Marek.

− Kiedy te urodziny?

− Za trzy dni − odpowiedział Marek.

− Może dożyję − dziarsko odezwał się Borys, pociągnął łyk wody mineralnej i beknął.

− Trzy dni, spoko. Zagrasz. − Tym razem ja byłem górą. Wiedziałem, jak to zrobić. Nie dawała mi tylko spokoju sprawa matki Marka. Ale przecież obiecałem.

 

Nie myliłem się. Mentor siedział na ławce pod cisem. Na mój widok przesunął się. Takie zaproszenie, że niby mam usiąść. Wyglądał na zmęczonego. Może powinien iść na emeryturę, a jakaś laska by go zastąpiła.

− Czy wiesz, że cisy…

− Tak, wiem, mówiłeś.

− …rosły w głębi Hadesu. Wieńce uplecione z ich gałązek ulubili sobie zmarli. 

Wystawił nieopaloną twarz do słońca.

− Przejdźmy się. Powinienem mieć więcej ruchu − powiedział po krótkiej przerwie. 

Szliśmy w milczeniu. Miałem parę spraw, o których chciałem z nim porozmawiać. I jedną prośbę. Tylko że jak dotąd facet był całkowicie nieużyteczny.

− Nie chcesz zapytać, co tam u Kingi?

Pokiwałem głową trochę na tak, trochę na nie. Moja dziewczyna wydawała się niezrozumiale odległa.

− Po tej stronie chuć wietrzeje jak perfumy babuni − wygłosił swoją mądrość.

„Chuć”, „chuć” − przeżułem w ustach to słowo, które pochodziło chyba początków cywilizacji. Teraz nikt tak nie mówi. I te jego debilne porównania. Postanowiłem nadal milczeć i cały ciężar rozmowy przerzucić na niego. Taka moja zemsta, chociaż nie wiedziałem za co.

− Powinieneś zauważyć korzyści.

− Czego?

− Bycia po tej stronie?

− W sensie, że…

− Czas tu nie istnieje, nie spieszysz się, żaden autobus ci nie ucieknie. Żadnych stresów. Nie siedzisz na durnych wykładach, nie słuchasz przemądrzałych wykładowców…

Pokiwałem głową. Były to zalety. Chociaż z Kingą akurat bym się spotkał. Najlepiej u niej w mieszkaniu pod nieobecność siostry.

− Jeżeli myślisz o flircie w zaświatach − przerwał moje myśli w najbardziej irytujący sposób − to im szybciej o tym zapomnisz, tym lepiej. To są wspomnienia fantomowe. − Uśmiechnął się w swoim stylu, czyli zagadkowo.

Przystanął.

− No i doszliśmy. − Wyciągnął rękę w stronę parterowego szarego domku wciśniętego pomiędzy stare jabłonie. − Właśnie tutaj mieszka mama Marka. Podobno masz z nią coś do obgadania. − Udał, że naciska przycisk dzwonka i odszedł.

Po paru metrach odwrócił się.

− A co do prośby, którą zmilczałeś… Tak, da się zrobić. Fajnie to nawet wymyśliłeś. − Machnął ręką i poszedł w swoją stronę.

 

Sprawa do załatwienia

Stałem przed pomalowaną na zielono furtką z tabliczką informującą, że to ulica Polna 27. Nasłuchiwałem. Śpiewały ptaki, ktoś nieudolnie grał na gitarze. Dom otoczony był drzewami, które dopominały się o ogrodnika. To tutaj bawił się Marek z mamą i bratem. Pchnąłem bramkę i przeszedłem wysypaną żwirem dróżką aż pod drzwi frontowe. Nacisnąłem klamkę. Byłem tu gościem? Intruzem? Może posłańcem? A może jedynie fantasmagorią, wymysłem, czyli nikim.

Pachniało świeżo upieczonym ciastem. W kuchni krzątała się kobieta. Zgrabna, w letniej sukience. Nawet do twarzy jej było z niesfornym kosmykiem włosów, który wciąż spadał jej na oczy. Kroiła placek z jagodami i każdy kawałek ostrożnie przekładała do plastykowego pudełka, co jakiś czas oblizując palce z nadmiaru klejącej słodkości. Wiedziałem dla kogo te wypieki i skąd ta skrywana czułość, oraz dla kogo te świeżo wyprasowane koszulki równo ułożone na taborecie. Kobieta całe serce oddawała najprostszym czynnościom. Miała wciąż nadzieję, że chłopak wróci do domu i kiedyś usiądzie przy obiedzie, powie co tam w szkole i pochwali się nową koleżanką. W przeciwieństwie do Marka nie miała w sobie tej zdroworozsądkowej iskry rozświetlającej umysł trudną do udźwignięcia prawdą. Ten typ kobiety nigdy nie pogodzi się z wyrokami losu i do końca będzie żyła w poczuciu dręczącej niesprawiedliwości.

Zastanawiałem się, jak zagadać. Odchrząknąłem. Nic. Jeszcze raz: − Chrr, grr.

− Dzień dobry − powiedziałem głośniej niż powinienem i zastukałem we framugę drzwi.

Kobieta mnie nie słyszała i nie widziała. Nie wyczuwała nawet mojej obecności. Gdybym odsunął krzesło, przestraszyłbym ją tylko.

Cóż, mam solidną wymówkę. Wyjdę, ucieknę. Po prostu nie dało się. Tylko że wtedy nie wywiążę się z obietnicy. Stanę się pustą odpowiedzią na modlitwę Marka. Okropny stan. Tysiąc razy bardziej wolałbym trafić do pijackiej meliny niż do dziecięcego hospicjum. Trudno. Przegrałem. Odwróciłem się do wyjścia. Nic tu po mnie.

I właśnie wtedy pojawiło się skojarzenie. Spojrzałem na zakurzoną lalkę, która jakimś trafem spadła z półki pomiędzy pomyte szklanki. Mama Marka odwróciła się szybko. Ujęła delikatnie starą Barbie i pogłaskała po włosach.

− To lalka od twojej… − w drzwiach stał kilkuletni berbeć.

− Od mojej najlepszej przyjaciółki. Dała mi ją jej mama.

Malec pokiwał głową.

− Fajnie − powiedział.

− Część jej przyjaźni jest zawsze ze mną − powiedziała kobieta i przytuliła lalkę.

− Mogę pobawić się klockami Marka − sprytnie zapytał dzieciak.

Zapanowała cisza.

− Dokończ kolorowankę i… jasne, że możesz wziąć klocki. − Otarła dłonią oczy.

Malec wrócił do pokoju i sięgnął po pudełko lego. Na dywanie leżała niedokończona kolorowanka. Obrazek przedstawiał obdartego chłopca, który samotnie szedł w stronę słońca.

Nie byłem pewien, czy cokolwiek załatwiłem, ale chyba tak.

Urodziny

Teraz wszystko zależało od mojego mentora. Albo rzeczywiście był tak przenikliwy, jak chciał, żebym o nim myślał, albo okaże się pozerem, do tego próżnym i aroganckim.

Borys był już bardzo słaby. Pielęgniarki wyłożyły wózek szalikami drużyn sportowych, szprychy poprzeplatały wstążkami, a na najbardziej wysuniętej części wózka Marek umieścił znaczek ferrari.

Plan był taki, że najpierw Marek zagra na fortepianie, a potem zapłoną świeczki na torcie i zacznie się najsmutniejsza część ceremonii, czyli składanie życzeń, z których żadne nie miało szans się spełnić. Nie byłem pewien, czy się uda, ale gdy Marek ubrany w marynarkę, w białej koszuli i pod muszką w kolorowe pajace zasiadł na taborecie, podniósł nakrywę klawiatury i położył swoje palce na palcach moich dłoni, wiedziałem, że mój pomysł był dobry. Dzięki mentorowi byłem teraz niewidzialnym duchem i chyba po raz pierwszy w życiu cieszyłem się, że nudna średnia szkoła muzyczna w klasie fortepianu profesor Iriny Wołkowej na coś mi się przyda. 

Ćwiczyliśmy z Markiem wcześniej. Wyczuwał mnie, wiedział, gdzie się znajdują moje ręce. I o to właśnie chodziło. Miało być płynnie i elegancko jak na konkursie szopenowskim.

Wszyscy wpatrywali się w Marka, a jednocześnie zerkali na Borysa. Oczywiście, że przeczuwali żart. Wyobrażali sobie, że zaraz rozpocznie się kakofonia chaotycznych dźwięków lub zacznie grać odtwarzane z komputera disco polo. Grubo się pomylili.

Filcowe młoteczki uderzyły o struny fortepianu i przestrzeń hospicjum wypełniły nutki Gymnopédie Erika Satiego. Bez patosu, bez przytłaczającego smutku, za to z czułym zaproszeniem do spokojnego i bezpiecznego snu.

Ależ było cicho, gdy skończyliśmy. Wszyscy trwali w bezruchu, jakby zahipnotyzowani kołyszącym ostinatem w lewej ręce. Marek ukłonił się i skromnie uśmiechnął. Dopiero wtedy zaczęła się wrzawa.

− Myślałem, że będzie chujowe. A to było… bardzo fajne, wiesz? – Borys wyszczerzył zęby w słabym uśmiechu. W jego podkrążonych oczach brakowało dawnego blasku.

Marek uściskał kumpla i podarował mu swojego rycerza.

− Weź, proszę, niech cię broni. − Potarmosił kumpla za piżamę i wcisnął figurkę pomiędzy szaliki.

Obsługa hospicjum kroiła tort i rozdzielała między dzieci. Marek nie czekał na swój kawałek, z miną zwycięzcy podbiegł do mnie.

− Wyszło okej, no nie? Było super! A tak się bałem, że się nie uda. – Emanowała z niego radość.

− Więcej wiary w siebie, młody − stwierdziłem wyniośle.

Marek poklepał mnie po ramieniu.

− No to mam jeszcze jedną sprawę…

Zamurowało mnie. Mój pobyt tutaj wyglądał jak dwanaście prac Herkulesa.

− Bo wiesz. No… − Marek się jąkał. − Jak… no jak, jak będę… no odchodził… To będziesz przy mnie, dobra…

Cóż mogłem odpowiedzieć. Ścisnąłem jego dłoń. Była wilgotna.

− Jasne, że będę. Nie zostawia się kumpla w potrzebie.

Marek spojrzał mi prosto w oczy i przybiliśmy sobie „piątkę”.

Wiedziałem już, że hospicjum, od którego tak bardzo chciałem uciec, okaże się miejscem, gdzie zabawię dłużej.

 

Zakończenie

Z hospicjum wychodziłem nocą. Cykady wykrzykiwały swoje zalotne pieśni, a ja myślami wciąż byłem wśród chorych.

Ktoś szarpnął mnie za ramię.

No nie, mój mentor. Tutaj?

− Nie spodziewałem się ciebie − powiedziałem zdziwiony.

− Przyszedłem posłuchać, jak gracie.

− Pochwalisz?

− Ładnie wyszło.

Znowu milczenie.

− Ale pewnie nie wiesz − zaczął po swojemu − że w mitologii celtyckiej cis rósł na granicy światów, był tam symbolem wewnętrznej przemiany człowieka? Niesamowite, prawda?

Uśmiechnąłem się. Tym razem życzliwie. Nie interesowała mnie botanika, bardziej byłem ciekaw, czy kiedyś stanę się tak samo upierdliwy jak on.

 

Koniec

Komentarze

Opowiadanko niezłe, z morałem, miejscami zbyt infantylne, a nieco wymuszony humor nie pasuje do całości.

Mogę nie być do końca obiektywny, bo mam uczulenie na ckliwe historie z happy endem wink

 

Subiektywne uwagi:

– “(…) jego treść mrożącym soplem wbijała mi się w mózg.” – jak dla mnie trochę tutaj autora poniosło z metaforą, a tak w ogóle, to jak sopel może być mrożący? Jeśli już, to zamrożony.

– “(…) roześmiałbym się im w głos” – albo roześmiałbym się w głos, albo im w oczy,

– jak to jest, że bohater najpierw poprawia nekrolog, a potem nie może nic wydrapać na ścianie? A potem dla odmiany uchyla okno…

Nowa Fantastyka