- Opowiadanie: dawidiq150 - Bestie jak z koszmaru

Bestie jak z koszmaru

Fajnie, że portal działa. Była długa awaria. Dzięki temu opko jest nad wyraz dopieszczone. To akurat wyszło na dobre. Pewnie wszyscy tak mieli :))))

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Użytkownicy V

Oceny

Bestie jak z koszmaru

Wysoka dziewczyna, o posturze kulturystki wydyszała:

– Ależ wymagający jest ten szlak. Nawet dla mnie, a kondycję mam jak maratończyk.

I rzeczywiście, z uwagi na długość – dwadzieścia trzy kilometry, a także przez obecność wielu stromych odcinków, był to jeden z najtrudniejszych szlaków na terenie Polski, prowadzący na najwyższy szczyt w Tatrach Wysokich: Rysy. Temperatura bardzo wysoka, później na większej wysokości drastycznie spadała, by na samym szczycie wynieść niewiele ponad zero. Tak niskiej temperaturze miał także towarzyszyć silny, przenikliwy wiatr.

Jednak ci, którzy teraz podążali zdobyć Rysy, wiedzieli na co się piszą i w kilkunastoosobowej grupie nie znalazł się ani jeden nowicjusz eksplorowania gór.

Ścieżka, dość stroma, od jakichś czterystu metrów pięła się między drzewami, które zapewniały tego upalnego dnia zbawienny cień.

Po pewnym czasie utworzyły się podgrupy. Na samym przodzie szły dwie damsko-męskie pary, kilkanaście metrów za nimi podążało małżeństwo z trojgiem nastoletnich dzieci, i na końcu powstała najliczniejsza, ośmioosobowa grupa.

Nagle zaczęło się bardziej strome wzniesienie, ów odcinek trasy był jednak krótki. Pierwsi, którzy go pokonali zniknęli innym na dłuższą chwilę z oczu. Jedna z dziewczyn z przodu tak się zmęczyła, że zatrzymawszy się oparła ręce o kolana i wysapała z trudem:

– Odpocznijmy trochę. Muszę się napić wody.

– Dobrze zatrzymajmy się – poparła ją przyjaciółka.

Jeden z chłopaków miał właśnie się odezwać, lecz coś uderzyło go w klatkę piersiową i jego podkoszulek nagle poczerwieniał, on sam zamarł niczym posąg i zrobił się blady jak trup. Następnie wskazał coś drżącym palcem.

Ani on, ani trójka pozostałych w tej chwili nie zdawali sobie sprawy, że już długo nie pożyją.

– Boże co to?! – wyjęczał, choć będąc w szoku zrobił to tak cicho, że nikt go nie zrozumiał.

Kilka metrów przed nimi stał potwór niczym z horroru. Jego szara skóra lśniła od potu, który obciekał w wielkich ilościach i kapał na ścieżkę. Rozmiarem dorównywał słoniowi, nie przypominał jednak ssaka, tylko gigantycznego owada. Składał się z dwóch segmentów; dolny zawierał odwłok i trzy pary nóg, każda zginająca się w dwóch miejscach. Co parę sekund nogi te na zmianę wsuwały się do wnętrza ciała, przypominało to muchę, która ociera o siebie swoje przednie kończyny. Natomiast górny segment połączony był z odwłokiem mięśniem, który pozwalał poczwarze na kręcenie nim w obie strony niemal dookoła. Mięsień był nagi, nie pokryty skórą i miał ciemnoczerwony kolor, pulsowały na nim grube fioletowe żyły. Górny segment był znacznie mniejszy niż dolny, zawierał korpus, głowę i parę rąk, wyglądających jak wyjątkowo dobrze rozwinięte przez ewolucję.

Głowa potwora początkowo wyglądała jak jaszczurza, jednak po krótkiej chwili wpatrywania się z jakąś osobliwą ciekawością w chłopaka, zaczęła się błyskawicznie zmieniać. Wyłupiaste, gadzie ślepia, już dwie sekundy później przypominały ludzkie. Potwór sprawiał wrażenie zadowolonego, bowiem głośno zamruczał niczym kot. Potem rozwarł szeroko wielką paszczę, z której buchnęła żółtawa chmura pachnąca kwasem żołądkowym tak, że czworo ludzi zaczęło gwałtownie kaszleć. Następnie oblizał pysk czarnym, wilgotnym, spiczastym bardzo długim językiem. Gdy go schował, pojawiły się wargi i twarz zaczęła chłopakowi kogoś przypominać. Niemal stanęło mu serce, bowiem po chwili zobaczył twarz swojej zmarłej matki.

Bestia uśmiechnęła się, a uśmiech ten wyrażał wielką pogardę, taką jaką może żywić tylko istota niepomiernie bardziej inteligentna.

Nagle chłopak eksplodował z hukiem. Krew i wnętrzności rozprysły się we wszystkie strony, ochlapując pozostałą trójkę. Oderwana głowa spadła kawałek dalej i potoczyła się po ścieżce.

Dziewczyny były w tak wielkim szoku, że nie mogły się nawet ruszyć. Drugi chłopak zaklną głośno i zaczął się powoli cofać.

Potwór wycelował w kolejną osobę i wystrzelił, następnie mimo swojej wielkości zwinnie wdrapał się na jedno z drzew.

Jakby tego było mało pojawiła się druga, w ogóle nie przypominająca pierwszej bestia i różniąca się od niej rozmiarem. Jej gabaryty można by porównać do dorosłego niedźwiedzia. Fioletowe ciało pokryte miała kilkunastocentymetrowymi, białymi kolcami i poruszała się na dwóch nogach jak ludzie. Nie miała wyodrębnionej głowy, a troje ślepi znajdowało się w korpusie wśród kolców tak, że bardzo trudno było je zauważyć.

Posiadała dwie pary rąk. Niżej chude, zakończone dłońmi o trzech palcach każda i nad nimi grubsze, bardziej umięśnione, każda wyposażona w siedem palców. W jednej z górnych rąk, bestia dzierżyła dziwną broń. Jej ostrze wyposażono w niewielkie ząbki, bardzo szybko poruszające się z góry na dół i wydające przy tym cichy furkot.

Zaraz po tym, jak eksplodowała druga osoba, ten potwór zamachnął się i przeciął poziomo, niemal na dwie równe części kolejnego turystę. Czwarty amator górskich wypraw został zdekapitowany, jego głowa potoczyła się w te samą stronę co pierwsza.

Ci co nie mogli zobaczyć jatki, gdyż byli przed wzniesieniem, zainteresowali się dziwnymi odgłosami wybuchów.

– Co tam się stało?

– Zabrzmiało jak jakaś eksplozja.

– Hej wszystko u was z przodu w porządku?! – krzyknął ojciec trojga nastolatków, następnie zwrócił się do dzieci i żony:

– Zaczekajcie tu, dziwne, że nie odpowiadają.

Z mężczyzną poszły też trzy inne zaciekawione osoby. Wdrapanie się na stromy kawałek ścieżki zajęło im dłuższą chwilę.

Dziewczyna, która pierwsza dotarła na miejsce zaczęła wrzeszczeć jak oszalała.

Następnie po niej zjawili się inni.

Po chwili wszyscy biegli z powrotem na dół krzycząc wniebogłosy:

– Uciekajcie!!! Uciekajcie!!!

Jedna z dziewczyn źle stanęła, przewróciła się i potoczyła w dół. Turlając się uderzyła o duży kamień i jej kręgosłup pękł powodując przerwanie rdzenia kręgowego i natychmiastowy zgon.

Przestraszeni ludzie biegli z powrotem. Gdy niektórzy obejrzeli się za siebie, ujrzeli dwie goniące ich niesamowite, przedziwne istoty.

„To jest nienormalne – myśleli – a jednak dzieje się naprawdę”.

Jeden z uciekających, chłopak który zachował trzeźwy umysł, złapał mocno rękę swojej dziewczyny i krzyknął stanowczo:

– Tędy!

Następnie zbiegli ze ścieżki i zaczęli uciekać stromym zboczem przez gąszcz, nie myśląc w ogóle o kaleczących ich skórę krzewach i gałęziach. Dzięki tej mądrej decyzji zachowali życie.

Resztę dopadły potwory.

 

&&&

 

Gdy nadszedł wieczór, pierwsi martwiący się o swoich bliskich, zaczęli wydzwaniać na numer alarmowy. Po kilku takich telefonach oczywiste stało się, że sprawa jest bardzo poważna.

W dużym kilkupiętrowym budynku, na początku szlaku, gdzie znajdowała się siedziba ratowników, a także bar, atmosfera zrobiła się bardzo nerwowa. Jeszcze nigdy za jednym razem nie zaginęło tyle osób. Nikt nie miał pomysłu, co mogło się stać.

– Potrzeba nam więcej ludzi – ogłosił szef grupy ratunkowej – trzeba zaangażować ratowników z innych ośrodków i z samego rana musimy rozpocząć poszukiwania.

– Czy to mógł być niedźwiedź? – zapytał jeden z jego podwładnych.

– Chyba żartujesz – odparł szef – Zaginęło zbyt wiele osób, by to był jeden niedźwiedź. Myślę, że to jakiś dziwny żart. Albo chcą sprawdzić naszą reakcję, zobaczyć jak się zachowamy.

– Tak, racja.

– Dobrze, teraz zaplanujmy akcję tak, żeby skoro świt wyruszyć.

Nagle pracownik będący najbliżej drzwi usłyszał zgrzyt klamki.

– Ktoś idzie! – krzyknął podniecony.

Wszyscy od razu porzucili swoje zajęcia i rzucili się zobaczyć kto to.

W progu stał chłopak i dziewczyna. Ich wygląd wskazywał na ekstremalne wykończenie. Skóra na ich rękach i nogach była poraniona. Podkoszulki i krótkie spodnie, w które byli ubrani, mieli brudne i sfatygowane.

To jednak mógł zauważyć każdy, natomiast prawdziwe świadectwo tego, co ich spotkało mieściło się w oczach, w spojrzeniu. Przeżyli szok, z którego nie będą mogli się otrząsnąć do końca życia. Obrazy, które ujrzeli miały ich już zawsze prześladować.

Para weszła i oboje opadli na krzesła znajdujące się przy długim stole.

– Koniecznie dajcie coś do jedzenia! – poprosił chłopak bardzo słabym głosem.

– I do picia – dodała dziewczyna.

Dano im więc po coli prosto z lodówki, które wypili w oka mgnieniu.

– Na ciepły posiłek musicie niestety chwilę poczekać – oświadczył niezbyt bystry mężczyzna obsługujący o tej porze zamknięty już bar.

– Błagam, dajcie cokolwiek! – zirytował się chłopak – jakieś ciastka, czekoladę. Cokolwiek.

Zgodnie z prośbą dostali ciastka z orzechami i czekoladę, które podobnie jak cola momentalnie zniknęły w ich ustach.

– Co się tam stało? – kierownik z tym pytaniem nie potrafił już dłużej czekać.

– Nie uwierzycie. Nikt w to nie uwierzy. – zaczął biadolić chłopak.

– Zaatakowały nas jakieś potwory. Nie miałam pojęcia, że takie istoty żyją – zaczęła opowiadać dziewczyna.

– Bo nie żyją – ożywił się chłopak – przynajmniej nie na Ziemi.

– Spokojnie opowiedzcie co się stało – poprosił szef ratowników zaciekawiony jak jeszcze nigdy w życiu.

Wszyscy w pomieszczeniu otoczyli dwoje ocalałych, łaknąc opowieści.

Chłopak wziął głęboki oddech i powiedział do swojej dziewczyny:

– Może najpierw ty.

 

&&&

 

Trudno było uwierzyć w to co mówiła ocalona para, ale wszystko prócz absurdu wskazywało, że jest to prawda. Wiadomość błyskawicznie trafiła do mediów i świat oszalał.

Zrezygnowano ze zwykłych poszukiwań. Zamiast tego, by przeczesać górskie szlaki wystartowały drony i helikoptery z kamerami termowizyjnymi. Ludzie zamożni, którzy posiadali swoje własne helikoptery, a także dziennikarze, również zaczęli poszukiwania na własną rękę, ale dla własnych korzyści, zdawali sobie bowiem sprawę, że zdjęcia i filmy obcych mogą być później warte miliony.

Choć w tej sytuacji, z uwagi na to, że mogą przeszkadzać, było to zabronione.

Wszyscy mieli pewność co do jednego; jeśli coś tam się kryje, na pewno wcześniej czy później to znajdą.

 

&&&

 

Czternaście kilometrów od miejsca, gdzie pojawiły się potwory, w miasteczku „Przydzice”, dzień rozpoczął się zwyczajnie. Ludzie, jak co dzień robili zakupy na targu, szli, bądź jechali do pracy, a dzieci maszerowały do szkoły.

„Przydzice” od jednej strony na długości około trzech kilometrów sąsiadowały z lasem. Stworzono w nim ścieżki rowerowe i inne atrakcje umożliwiające rekreację. Ci co mieszkali blisko byli z tego powodu bardzo zadowoleni.

Rano, skoro świt, pewna starsza pani mieszkająca tylko z psem, wstała i ubrawszy się wyszła jak co dzień ze swoim pupilem na spacer. Gdy ona ostrożnie schodziła stopień po stopniu z pierwszego piętra, piesek, rasowy Buldog Francuski wydawał radosne piski i biegał jak szalony po klatce schodowej.

Gdy zeszła na dół i otwarła drzwi, piesek wyleciał jak strzała do najbliższego drzewa, by sobie ulżyć. Las znajdował się dosłownie kilkanaście metrów od bloku.

Kobieta spacerowała cichą okolicą, jedną z wielu ścieżek prowadzących do niewielkiego jeziorka. Oddychała pełną piersią, miała co prawda kilka dolegliwości, które nękają starszych ludzi, ale poza tym czuła się wyśmienicie.

Nagle, w odległości kilkunastu metrów zza drzew wyłonił się, dziwny zielony obiekt. Przypominał kształtem kulę i miał wysokość czterech metrów, poruszał się powoli i dokładnie w jej kierunku.

Staruszka pomyślała: „Cóż to jest? Jakaś nowa atrakcja?”

Jej pies zaczął natarczywie, głośno ujadać i pobiegł w stronę dziwnego obiektu. Gdy był bardzo blisko, to „coś” utworzyło nieduży lej, podobny do ust ułożonych w dzióbek, który powiększył się do wielkości psa. Następnie lej rozdzielił się na boki, powoli otaczających zwierze z obu stron. Potem nagle, niespodziewanie zwarł się i zwierzę zostało wchłonięte. Szczekanie natychmiast umilkło. Zamiast niego dało się słyszeć głośne skomlenie trwające tylko moment.

Przerażona staruszka nie pojmowała co się dzieje, ale instynktownie zaczęła się cofać, a potem niezdarnie uciekać.

Zielona masa ruszyła w pościg, nagle poruszając się dużo szybciej. Na chodniku za nią zostały zwłoki Buldoga, wyglądające jak przemielone przez maszynkę do mięsa.

Osobliwy potwór dogonił kobietę i wchłonął tak jak psa. Potem ponownie zwolnił, a po kilkudziesięciu sekundach wypuścił staruszkę żywą ze swojego ciała. Razem ruszyli w stronę centrum miasta.

Gdy tam dotarli rozdzielili się, kobieta skręciła w ulicę prowadzącą do przedszkola. Po znalezieniu się blisko budynku, zaatakowała pierwsze dziecko, które spotkała.

– Czego pani ode mnie chce?! – krzyknął przerażony sześcioletni chłopiec, gdy wbiła mu palce w oczy.

Mały odepchnął ją i zaczął uciekać. Widząca wszystko jakaś młoda mama rzuciła się chłopcu na pomoc, zaczęła się szarpanina. Staruszka drapała paznokciami po twarzy i kopała jak szalona, nie miała jednak szans z silną, młodą dziewczyną i ta szybko ją obezwładniła.

Szczęśliwie przedszkolak zachował wzrok, ale oczy doznały niewielkiego urazu, bolały go i przez jakiś czas łzawiły.

W tym samym czasie osobliwy, zielony potwór, dopadł już trzech ludzi nie zabijając ich, tylko dziwnie przemieniając.

 

&&&

 

W końcu ktoś zadzwonił na policję i w kilka minut zjawili się mundurowi. Nie wiedzieli jak zachować się w tej na wskroś dziwnej sytuacji, dlatego najpierw przed interwencją spytali szefa:

– Mamy od razu otworzyć ogień czy co?

– Tak. Nie ma przecież możliwości prowadzić negocjacji. Co powiecie? „Stój bo strzelam”? Zabijcie to cholerstwo!

Tak więc postąpili. Karabiny zrobiły z potwora sito. Z miejsc gdzie trafiły kule sączyła się a gdzieniegdzie tryskała czarna krew.

W końcu stwór przestał się poruszać i oklapnął niczym olbrzymia porcja galarety.

 

&&&

 

Ci, których „połknęła” a potem „wydaliła” dziwna istota, zostali po kilkunastu minutach zatrzymani. Łatwo było ich znaleźć, gdyż zachowywali się bardzo agresywnie i byli cali pokryci żółtym śluzem.

Wszyscy zostali zamknięci tymczasowo w areszcie pobliskiej komendy. Gdy drzwi celi zamknęły się, dwóch policjantów przez chwilę obserwowało więźniów.

– Popatrz, nawzajem nie robią sobie krzywdy – powiedział jeden.

– Kruk krukowi oka nie wykole – odparł jego kolega i miał rację.

 

 

&&&

 

Na całym świecie błyskawicznie utworzono placówki przeznaczone do badania obcych form życia, które przybyły na Ziemię. Wyznaczono najlepszych specjalistów z każdej profesji, która tylko mogła się przydać. W Polsce na laboratorium przeznaczono jedną ze szkół. Tam zaczęto zwozić potrzebny sprzęt i wszystko przygotowywać.

 

&&&

 

kilka godzin później po incydencie w Przydzicach

 

W szkolnej klasie znajdowało się ośmiu lekarzy. Czterech psychiatrów i czterech psychologów. Kobieta, którą pierwszą wchłonął potwór, siedziała teraz na krześle przed nimi, uwięziona w kaftanie bezpieczeństwa, którego ubranie okazało się konieczne.

Staruszka była bardzo pobudzona i rzucała nienawistne spojrzenie to na tego, to na innego specjalistę.

– Co się pani stało? – zapytał najwyższy stażem mężczyzna, mający poprowadzić przesłuchanie.

Kobieta nie odpowiedziała, zamiast tego zaciągnęła się i splunęła celując w twarz tego, który się do niej odezwał.

– Jak się pani czuje?

Podobnie nie uzyskano żadnego pożądanego efektu. Wtedy mężczyzna wyciągnął telefon komórkowy i wybrał jakiś numer. Szybko uzyskał połączenie i powiedział:

– Opcja numer dwa wydaje się konieczna! Tak… Dla dobra nauki… OK.

Następnie rozłączył się i schował telefon. Wstając powiedział do kolegów:

– Niestety musimy użyć tortur! Dla dobra nauki!

Ci pokiwali głowami. Mimo, że niektórzy mieli obiekcje, ciekawość wygrała.

Mężczyzna wyszedł, by po chwili wrócić. Towarzyszyło mu dwóch ludzi niosących „sprzęt”. Był to akumulator z kablami zakończonymi metalowymi szczypcami na końcu.

Moment później wszystko było gotowe. Kable ze szczypcami łączyły teraz uszy kobiety z akumulatorem.

– Włączcie na pięć sekund – nakazał naukowiec.

Polecenie zostało wykonane. Kobieta wrzasnęła z bólu, mięśnie na jej szyi mocno naprężyły się i zaczęły drgać. Zacisnęła też silnie powieki.

– Ponawiam pytanie, co się pani stało? – odezwał się naukowiec, gdy wyłączono prąd.

– Dobrze, dobrze już powiem – staruszka przestała się opierać i zaczęła opowiadać wszystko co wydarzyło się, od momentu wyjścia z psem na spacer. – Uciekałam ale mnie dopadł, poczułam jakbym zanurzała się w galarecie. W środku było mało powietrza i prawie się udusiłam… Miałam wrażenie jakby ktoś mi wszedł do głowy i po chwili zaczęłam myśleć inaczej. Empatia, którą zawsze miałam nagle zniknęła. Zamiast tego przejęła mnie ogromna chęć zadawania bólu innym. Gdy wydostałam się z tego dziwnego organizmu, ruszyłam w stronę przedszkola celem wyrządzenia krzywdy jakiemuś dziecku…

Przesłuchanie trwało jeszcze jakiś czas. Następnie przyszła pora na pozostałych, którzy zostali wchłonięci. Opowieści były bardzo podobne, a w niektórych kwestiach niemal identyczne.

 

&&&

 

później w górach

 

Przez niemal cały dzień nie znaleziono obcych, ani nawet najmniejszego śladu ich bytności. Poszukiwania okazały się owocne dopiero około godziny osiemnastej.

W jednym z wysłanych helikopterów, oprócz pilota znajdowało się trzech ratowników, mieli oni gogle termowizyjne i dzięki nim chcieli odnaleźć sprawców mordu.

Jeden z mężczyzn nagle krzyknął podniecony:

– Mam coś! – i wskazał palcem zalesione łagodne zbocze górskie – obiekt się nie porusza.

Pilot momentalnie skierował się w pobliże wskazanego miejsca.

– Może bestia śpi? – zasugerował inny ratownik.

Trzeci zwrócił się do pilota:

– Zleć najniżej jak się da, może coś zobaczymy między drzewami i zrobię zdjęcia.

Znajdowali się już blisko, kiedy na sekundę kawałek lasu zniknął i ponownie się pojawił.

– Co się dzieje? – zapytał jeden z ratowników. – Zauważyliście to samo co ja?

Ci przytaknęli i zaczęli rozważać jak wytłumaczyć dziwne zjawisko. Minęło kilkanaście sekund i sytuacja się powtórzyła, z tym wyjątkiem, że las zniknął i się pojawił dwa razy w ciągu sekundy.

– Leć jeszcze niżej!

Gdy już dalej się nie dało z uwagi na drzewa, zagadka została rozwiązana. Wszyscy poczuli dreszcz podniecenia na skórze, bo na skalistym zboczu ujrzeli biały, niczym śnieg obiekt, niewątpliwie będący statkiem, którym przyleciały potwory. Miał on dziwaczny kształt; przypominał bąka, zabawkę którą bawią się dzieci, z tym, że nie miał on ostrego szpica na dole, tylko mechaniczne „nogi”. Nie był też wcale duży, w pionie liczył sobie jakieś dziesięć metrów, a w najszerszym miejscu dwadzieścia.

– Niesamowite – jeden z ratowników, złapał się za głowę.

Drugi natomiast bystro zauważył:

– Popatrzcie na te urządzenia! One z pewnością są odpowiedzialne za iluzję.

Faktycznie w okolicy statku znajdowało się kilkanaście dziwnych ogniw wielkości kubła na śmieci unoszących się na niedużej wysokości.

– To statek wytwarza ciepło – powiedział inny ratownik.

– Wracamy – powiedział pilot.

– Zaczekaj, zrobię kilka zdjęć.

 

&&&

 

W nocy, na górskim szlaku ludzie pracowali jak mrówki, należało bowiem przygotować bazę dla naukowców, która znajdowałaby się jak najbliżej statku.

Udało się to zrobić w odległości jakichś dwustu metrów.

Rano, jak tylko zrobiło się widno, specjalnie wybrana grupa pod przewodnictwem genialnego biologa Marka Nowaka zaczęła badać statek.

Marek obszedł statek dookoła, długo się przy tym namyślając. Potem powiedział:

– Niesamowite! Znajdźmy wejście! Jak się prędko nie dowiem co jest w środku, chyba oszaleję.

Inżynierowie podstawili drabiny i centymetr po centymetrze zaczęli szukać czegoś przypominającego właz. Wysiłki jednak nic nie dały. Wszędzie powierzchnia była idealnie gładka, jakby wejście nie istniało.

– Trudno, trzeba użyć palników – zadecydował Marek.

Po ustaleniu miejsca, nad jedną z mechanicznych „nóg”, czterech ludzi z potrzebnym sprzętem zaczęło ciąć. Nie było z tym problemu i po pół godzinie otwór wysoki na trzy metry i szeroki na cztery był gotowy.

– Wejdzie oprócz mnie trzech ludzi. Ty! Ty i ty! – powiedział wskazując palcem Marek.

Potem wspiął się po drabinie i delikatnie zrobił krok do środka.

„Cholera, to niemożliwe” – pomyślał już na początku, ujrzał bowiem dużą przestrzeń, która nie mogła się tu znajdować. Do tego pomieszczenie nie było owalne, tylko zbudowane z pionowych ścian.

Zaraz poczuł kolejną falę fascynacji, gdyż na ścianach niczym na ekranach telewizorów zobaczył egzotyczne rośliny i dziwne zwierzęta. Na podłodze natomiast leżał mechaty, kolorowy dywan.

Marek wszedł dalej, by zrobić miejsce pozostałym badaczom. Im też rzuciło się w oczy to, że z zewnątrz statek nie mógł mieć takiej pojemności.

– To musi być jakaś niezwykła technologia – żachnął się jeden z naukowców. Potem rozdzielili się, każdy zainteresowany czymś innym.

Jeden z badaczy stanął na owalnej, czarnej platformie w rogu i krzyknął podniecony do towarzyszy:

– To chyba jest winda – i gdy platforma ruszyła do góry, dodał ciesząc się jak dziecko – A niech mnie! Działa!

Umieszczony w suficie właz, bardzo szybko rozsunął się i platforma zawiozła człowieka na wyższy poziom.

Marek natomiast rozochocony ruszył zwiedzać statek. Kilka kroków dalej zderzył się z przeźroczystą ścianą, która rozsuwała się przy dotknięciu. Takich ścian w statku było jeszcze cztery. Powietrze w oddzielonych nimi strefach musiało mieć inny skład, oddychało się bowiem gorzej. Idąc dalej szerokim korytarzem, zobaczył pierwsze rozgałęzienie. Chcąc metodycznie odkrywać, skierował się właśnie tam. Po chwili znalazł się w rozległym pomieszczeniu. Przepełniła go ogromna fascynacja, gdyż zobaczył tu mnóstwo dziwacznych przedmiotów, których przeznaczenia mógł się tylko domyślać. Potarł dłonie, nie wiedział czym się najpierw zainteresować.

Na środku, na podłodze znajdowała się duża, zielona mata w kształcie koła, mająca grubość kilkudziesięciu centymetrów. W rzędach symetrycznie wystawały z niej bardzo cienkie metrowe kolce.

Od zielonej maty, po podłodze ciągnęły się dość grube czarne kable, połączone z dziwnymi przyrządami przy ścianach. Jeden z nich bardziej niż inne zainteresował Marka więc podszedł bliżej. Znajdowało się tam coś przypominające olbrzymie akwarium. W jego środku, w jasnoniebieskiej cieczy, pływały dziwaczne ryby. Wydawało mu się, że są tam jedynie dwa gatunki, do tego wszystkie były opasłe. Wyglądały jakby sztucznie utuczone. Rura wychodziła z akwarium i prowadziła do innego urządzenia, tam znajdował się elektroniczny wyświetlacz, a na nim z kolei kilka jakichś znaków co chwilę migających. Ostatecznie urządzenie połączone było z kablem prowadzącym do zielonej maty.

Zanim zaczął dalej zwiedzać, Marek zdecydował się wpuścić więcej ludzi do statku, gdyż spokojnie mogło tu pracować nie kilka, a kilkanaście osób, nie przeszkadzając sobie nawzajem.

Naukowiec, który wjechał windą na wyższy poziom, odkrył już nie tak rozległe jak pierwsze pomieszczenie, którego jedną trzecią powierzchni zajmował komputer. Była tam klawiatura z ogromną liczbą dziwnych znaków i trzy duże monitory. Pierwszy z lewej wyświetlał jakiś dość skomplikowany, kolorowy diagram, jeden segment na nim migał cały czas na żółto. Z głośnika umieszczonego pod monitorem słychać było przerywany, buczący dźwięk.

„Jak nic, ten komputer daje znać o awarii” – pomyślał naukowiec.

Na drugim znajdował się długi rząd granatowych znaków, takich które można było znaleźć na klawiaturze. Trzeci monitor wyświetlał kolorowe ikony, identycznie jak w komputerowym systemie windows. Jedna z nich, podświetlona, pulsowała.

Pod monitorem znajdowało się kilka symetrycznie ułożonych przycisków. Mężczyzna szybko pojął, że służą do wybierania ikon.

Zainteresowały go te ikony, a było ich mnóstwo. Naciskając przycisk w dół, ekran przewijał się ukazując jeszcze więcej. Podniecony wybrał losową i zatwierdził naciskając odpowiedni przycisk. Na ekranie teraz pojawiło się kilkanaście większych ikon. Kolejny raz wybrał jedną z nich. Ku jego uciesze wyświetliły się zdjęcia przedstawiające jakiś dziwny budynek czy obiekt. Pod zdjęciami był obszerny ciąg znaków, następnie inne zdjęcia i znowu znaki.

„Czy to nie jest jakaś baza danych?” – pomyślał – „Ależ to będzie gratka, gdy odczytamy ich alfabet. Jeśli to się w ogóle uda.”

Następnie ruszył do drzwi, które znajdowały się w ścianie, naprzeciwko wielkiego komputera. Nie posiadały klamki, tylko duży granatowy przycisk. Wcisnął go i momentalnie drzwi się otwarły wsuwając w jedną ze ścian. Niespodziewanie uderzyła go fala gorącego powietrza. Jednak nie tak gorącego, by zrezygnować ze zwiedzenia pomieszczenia. Wszedł i znalazł się na chodniku z kraty, który ciągnął się i w lewo i w prawo otaczając jakieś reaktory, ogniwa i temu podobną maszynerię. Patrząc na dół przez kratę, ujrzał, że ta maszyneria ciągnie się jeszcze kilkanaście metrów w dół. Ruszył chodnikiem w prawo. Za zakrętem były schody, po których zaczął się wspinać. Zaprowadziły go na dużą platformę i to co tam ujrzał wprawiło go w tak wielką ekscytację, że zakręciło mu się w głowie i to tak mocno, że musiał chwycić się poręczy.

W rusztowaniu z prętów o różnej grubości znajdował się rozżarzony do czerwoności rdzeń w kształcie kryształu. Nie był bardzo duży, miał może półtora metra wysokości i pół szerokości. Kapała z niego jakaś żółta substancja, a w utworzonej z tej substancji kałuży na platformie, leżała zielonoskóra, kształtem przypominająca człowieka istota.

– Franek jesteś tam? – usłyszał za sobą głos kolegi przerywając kotłowaninę myśli w swojej głowie.

 

&&&

 

W trzy dni cały teren gór i duży obszar wokoło niego został przeszukany. Nie znaleziono bestii, natomiast znaleziono ich odchody. Miały osobliwy pomarańczowy kolor i po badaniu w laboratorium odkryto w nich związki chemiczne pierwiastków nie występujących na Ziemi.

Jajogłowi byli też w stanie podać pewne informacje, które pomogły trochę naświetlić całą tę niesamowitą sprawę.

Jeden powiedział na konferencji:

– Było prawdopodobnie pięciu pasażerów. Z tym, że jeden – pilot, to na pewno organizm znacznie różniący się od pozostałych. Cały czas go badamy i mamy pewność, że musiał być całkiem innego gatunku. Dlaczego sądzimy, że pozostałych pasażerów było czterech a nie mniej albo więcej? Otóż w statku znajdują się cztery pomieszczenia o identycznej wielkości wyposażone w podobną aparaturę. Te istoty raczej na pewno były w stanie jakiejś hibernacji, uśpienia. Co ciekawe, znaleźliśmy tam w dużych szklanych pojemnikach, żywe zwierzęta, bardzo przypominające ryby, które musiały służyć za pożywienie…

Opis tego, czego dowiedzieli się naukowcy w czasie badań, trwał jeszcze bardzo długo. A na zakończenie mężczyzna powiedział:

– Na pokładzie statku, w komputerze jest ogromna baza danych, jednak na razie nie potrafimy nic z niej odczytać. W bazie oprócz liter są zdjęcia. Miliony zdjęć. Niedługo na internecie zostaną one udostępnione, by wszyscy mogli zobaczyć niesamowity obcy świat.

 

&&&

 

Tydzień później. Szwecja.

 

– Zwolnij trochę – kobieta, trochę prosząc, trochę nakazując zwróciła się do swojego męża, który kierował samochodem. – Boję się takiej szybkiej jazdy.

– Jesteśmy przecież na autostradzie – odparł jej małżonek uspokajająco.

Dwójka dzieci z tyłu, siedmioletnia dziewczynka i dwa lata starszy chłopak smacznie spali, więc nie mogli się wypowiedzieć. Choć kiedyś chłopak mówił, że lubi jak tata szybko jedzie.

Tego dnia, o tej porze na autostradzie nie było wielu samochodów. Mężczyzna właśnie miał zmienić stację radiową, dlatego na moment przestał patrzyć na drogę. Jego żona natomiast zamknęła oczy próbując zasnąć. Gdy z powrotem podniósł wzrok, zamrugał powiekami nie wierząc w to co widzi, następnie przerażony wrzasnął naciskając hamulec.

– Co to cholera jest?!!!

Samochód gwałtownie zahamował i pasażerowie polecieli do przodu. Przed urazem uratowały ich pasy bezpieczeństwa.

Z przeciwka, w odległości jakichś dwudziestu metrów biegła na nich przedziwna istota. Była wielkości niedźwiedzia, a jej fioletowe ciało pokrywały kolce. W jednej z czterech rąk trzymała jakąś broń, coś jakby miecz, który zamiast ostrza miał ząbki, cały czas poruszające się niczym w pile łańcuchowej.

– To ten potwór z innej planety! – krzyknęła kobieta.

Jej mąż wrzucił szybko wsteczny bieg. Lecz bestia wskoczyła już na maskę samochodu i zamachnąwszy się rozbiła mieczem przednią szybę. Następnie wbiła go w klatkę piersiową kierowcy.

Kobieta i dzieci zaczęły krzyczeć w panice. Ona próbowała pospiesznie odpiąć pas bezpieczeństwa, ale trwało to zbyt długo i bestia ostrze miecza wbiła także w nią.

Samochody zaczęły się zatrzymywać, niektórzy nieporadnie próbowali zawrócić i utworzył się korek.

Tuż przed śmiercią, kobieta z zaatakowanego samochodu ujrzała niezwykły widok. Inny, większy potwór przypominający owada posiadający olbrzymie skrzydła wylądował na drodze, następnie jego skrzydła momentalnie złożyły się w taki sposób, że wyglądało jakby ich w ogóle nie miał.

Potwór ten po wylądowaniu zaczął mierzyć ze swojej broni do samochodów i strzelać. Tak, że po chwili samochód za samochodem wybuchał jak w dominie. Ku niebu zaczął unosić się czarny, widoczny z daleka dym.

Rzeź trwała nie dłużej niż dwie minuty, potem potwory rozłożyły skrzydła i odleciały na północ. Zostało po nich mnóstwo palących się wraków samochodów i martwych ludzi.

 

&&&

 

W czasie, gdy przygotowywano pościg i mobilizowano siły, zanim specjalne wojskowe helikoptery wystartowały, jedna mądra osoba powiedziała coś, co okazało się stuprocentową prawdą.

„One zmierzają na biegun, tu jest dla nich za ciepło.”

Nie dogoniono morderczych istot, miały one bowiem przewagę kilkunastu godzin. Dopiero po prawie miesiącu, wiele państw zaczęło przeszukiwać biegun północny. Gdy znaleziono zabójców, dziesiątki żołnierzy desantowano na skuty lodem ocean. Z taką przewagą liczebną, obce bestie nie miały żadnych szans. Uśmiercono je, a martwe ciała przewieziono do laboratoriów i zaczęto powoli, skrupulatnie badać.

 

EPILOG

 

Dwa długie lata trwały próby zrozumienia alfabetu obcych. Wielu już się poddało, kiedy technika komputerowej sztucznej inteligencji zrobiła kolejny duży krok do przodu. Wtedy udało się wreszcie go odczytać.

Baza danych na komputerze w statku obcych, okazała się źródłem przeogromnej wiedzy.

Setki tysięcy naukowców różnych dziedzin przeglądały ją przyswajając niezwykłe informacje. Wielu poszukiwało odpowiedzi kim były istoty, które przyleciały statkiem i bezwzględnie mordowały ludzi.

Po czterech dniach ktoś znalazł te dane. Okazało się to nad wyraz osobliwe i interesujące. Bestie transportowano na organizowaną co jakiś czas międzygalaktyczną galę. Jedną z wydarzeń tej gali był konkurs na wyhodowanie „najbardziej dziwnego wojownika – zabójcę”.

 

&&&

 

Niedługo potem na Ziemi nastała nowa technologiczna era. Zaczęto korzystając z informacji czerpanych z obcej bazy danych i dokonywać coraz to bardziej niezwykłych odkryć.

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

Cieszę się bardzo, Dawidzie, że nie brakuje Ci ani pomysłów, ani wyobraźni na kolejne przerażające opowieści fantastyczne. :) Dużo się dzieje, zwroty akcji następują błyskawicznie, aż trudno nadążyć; ofiar sporo, zjawisk paranormalnych także; film, oparty na Twoim tekście, z pewnością byłby hipnotyzującym (czyli – bardzo dobrym) horrorem. :) 

Usterek językowych jest dużo, ale widać włożoną pracę, by je niwelować. ;) 

Klik za pomysł. :)

Pozdrawiam serdecznie. :) 

Pecunia non olet

Droga bruce

 

Bardzo, bardzo Ci dziękuję!!!! Bardzo wiele dla mnie znaczy, że mogło się spodobać. Kurcze to jakaś taka siła nad nami czuwa. Gdyby nie było tej awarii to opowiadanie wcześniej bym opublikował a pracowałem na nim od tamtego czasu, wiele, wiele godzin.

 

Jakże bardzo cieszę się za klik!!!

 

Serdeczne pozdrowienia dla Ciebie! :DDDDDD

Jestem niepełnosprawny...

Dziękuję, Dawidzie, i wzajemnie. :)

Wszystkiego dobrego. :) 

Pecunia non olet

Cześć!

Dzięki za mega wciągający tekst.

Od razu powiem, że świat przedstawiony i Twoja wyobraźnia to jest po prostu odjazd. Te zmutowane bestie (jak owad z ludzką twarzą czy niedźwiedź z wbudowaną piłą) robią niesamowite wrażenie. A sam pomysł, żeby to wszystko spiąć twistem o międzygalaktycznym konkursie na najdziwniejszego zabójcę? Absolutna petarda! Świetnie to tłumaczy cały ten brutalny chaos.

Nie będę Ci tu absolutnie pisał o jakichkolwiek błędach czy potknięciach warsztatowych. Sam robię ich jeszcze mnóstwo, więc czytając teksty innych, w ogóle tego nie sprawdzam. Szukam za to czystej frajdy, a u Ciebie akcja pędzi tak szybko i tak mocno trzyma w napięciu, że po prostu przeleciałem przez to opowiadanie jednym tchem i na żadne błędy nawet nie zwróciłem uwagi. Skupiłem się w stu procentach na kozackiej akcji i Twoim rewelacyjnym pomyśle!

Cześć DreadyVibe

 

Ależ jestem ci wdzięczny!!! Taka ocena ogromnie wiele dla mnie znaczy. Ja tym żyje. Mam co prawa 43 lata ale jestem cholernie dziecinny i czytam rodzicom moje teksty potem piszę, tzn. mówię im jakie dostałem komentarze. Bardzo bardzo ci dziękuje. Na pewno to pomoże mi uwierzyć w siebie i będę sobie dalej pisał.

Była awaria na portalu i nie można było publikować opowiadań, dzięki temu mój tekst sprawdzałem dziesiątki razy, zajęło mi to mnóstwo czasu. Ale to jest moja pasja, więc to normalne.

Pozdrawiam Cię serdecznie.

 

PS.

Powodzenia w tworzeniu!!! Na pewno też coś twojego przeczytam. Trzymaj się, zrobiłeś mi wielką przyjemność (i moim rodzicom).

Jestem niepełnosprawny...

Bardzo mnie cieszy, że mój komentarz wywołał u Ciebie taką radość. Szczerze Ci powiem, że mam tak samo jak Ty – napiszę coś i od razu lecę pokazać żonie. Albo po pracy siadam i piszę do wieczora, analizując na drugi dzień to, co stworzyłem, po czym wywalam masę tekstu, bo coś mi się nie klei. Nie mówiąc już o redagowaniu, a w praniu i tak różnie to wychodzi… Ale podjarany jestem jak dziecko, kiedy to wszystko nabiera sensu. Zapraszam do siebie i czekam na Twoje kolejne teksty!

Powodzenia!wink

Nowa Fantastyka