- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Emerytura sierżanta

Emerytura sierżanta

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Emerytura sierżanta

Nie mógł przestać patrzeć na jej usta, gdy tak zajadała się komarami.

Dla byłego sierżanta Brama Petersona nie istniała lepsza emerytura od tej spędzonej u boku jego cudownej żony. Eufrazja Peterson, cokolwiek to dziwaczne imię znaczyło, była kobietą o niebieskawej, naciągniętej ciasno na kości skórze – idealna ozdoba domu, jak zapewne opisałby ją jakiś inny mężczyzna, zanim oczywiście zdążyłby poznać jej charakterek.

Całymi dniami przesiadywali teraz w ich małej, obrośniętej bluszczyskiem chatce u podnóża gór. Wokół, jak okiem sięgnąć, ścieliły się dywany pachnącej lawendy.

– Nic, tylko spać… – mruczała średnio raz na dzień Eufrazja, gdy ciężki, lawendowy aromat zakręcił jej w nozdrzach. Zazwyczaj popijała też w tych momentach swoje ulubione, grzybowe wino, które ku jej zadowoleniu nie mogło się skończyć; za każdym razem, jak tylko pociągała z butelki, poziom płynu wewnątrz zostawał nienaruszony. Potem chrupiący komar na zagryzkę i znów łyk, i tak aż do zmroku. – Nic, tylko spać… – mruczała dalej, choć nie potrzebowała przecież snu. Nocami siadywała przy maszynie do pisania w swoim obwieszonym bukietami z ciem gabineciku, żeby godzinami wystukiwać tam swoje zmyślone historie.

On za to, cóż, przeważnie tylko na nią patrzył, bo nie potrafił wymyślić sobie lepszego zajęcia. Nie było już pobudek o czwartej nad ranem, nie było patroli ani raportów do pisania. Była tylko ona, lawendowe pola i ośnieżone góry na horyzoncie.

– Przytyję zaraz od tych komarów i przestanę ci się podobać – narzekała Eufrazja, chociaż oczy jej się świeciły, kiedy stawiał przed nią kolejną miskę.

– Świeżutkie, dopiero co nałapałem dla ciebie nad rzeką – odpowiadał wtedy, wiedząc, że i tak nie odmówi. Zresztą nie było tutaj niczego, od czego faktycznie mogłaby przytyć. Wręcz przeciwnie, zdawało mu się, że jego żona chudnie z każdym kolejnym kęsem.

 

***

 

Pewnej nocy nie zastał jej przy maszynie do pisania.

– Kochanie? – Zaczął szukać żony po całym ogromnie malutkim domu, aż znalazł ją wreszcie siedzącą na podłodze w kuchni, z zakurzonym lusterkiem w dłoni.

– Nie pamiętam, gdzie posiałam moje malowidła – wyjaśniła, spostrzegłszy go w zamglonym odbiciu. – Nie widziałeś gdzieś mojego pudru albo soku z buraka? Tego w małym słoiczku po fasoli.

– Ale kochanie, po co ci tu malowidła? – spytał, najzupełniej zdumiony.

– Jak to, „po co”? Muszę czymś zakryć te blizny po ospie.

Przyjrzał jej się dokładniej i zamrugał zbyt wiele razy.

– Ale kochanie – powiedział wreszcie – jakie blizny?

Wtedy spojrzała ponownie w lusterko, wodząc zimnymi palcami po swojej błękitnej, nieskazitelnej skórze.

– Ach, faktycznie. – Rzuciła lusterko z powrotem w ciemny kąt kredensu, na pastwę kurzu. – Nie wiem, co mi przyszło do głowy, żeby się malować.

– Może przyśniły ci się te blizny – rzucił mimochodem, choć oboje wiedzieli przecież, że Eufrazja nigdy nie śpi.

 

***

 

Kolejne dni minęły im jak zwykle, na objadaniu się komarami i wąchaniu lawendy. Nocami Eufrazja zajęta była łapaniem ciem na bukiety i pisaniem, on zaś, jeśli akurat jej nie obserwował, siadywał na ganku przed chatą, rozmyślając wciąż o tamtej rozmowie, o bliznach na twarzy jego żony i soku z buraka. Za każdym razem, gdy był już pewien, że coś sobie przypomina, że naprawdę malowała sobie kiedyś usta tym czerwonym paskudztwem… wszystko znikało. Nie, przecież jego piękna, błękitna Eufrazja nie miałaby po co oszpecać się pudrami i innymi mazidłami. Nie ta Eufrazja, która biegała właśnie po łące z latarnią, by zwabiać ćmy do światła.

– Chodź do łóżka, późno już! – wołała, kiedy znudziło ją pisanie w towarzystwie martwych owadów.

A on posłusznie szedł wtedy do łóżka, bynajmniej nie po to, by spać.

 

***

 

Następnego dnia snuła się po domu wyraźnie markotna. Co gorsza, nie miała ochoty nawet na wino. Zapytana o powód tego strapienia, westchnęła głośno.

– Nie wiem już, o czym pisać… – pożaliła się podczas czesania swoich długich, czarnych włosów, które nigdy się zresztą nie plątały. – Ostatnio wszystkie moje teksty wyglądają tak samo: stare małżeństwo mieszka razem w chatce w górach, robią tam przeróżne rzeczy, nie mają żadnych problemów, mój Boże, jakie to nudne!

– Ja się nie nudzę, kiedy mi czytasz – odparł, licząc, że starczy to za pocieszenie.

– Coś jest nie tak… – ciągnęła. – Chyba się wypalam i nie wiem już, w czym problem. Może w tym, że nigdy nie widziałam niczego więcej poza tymi górami? Wszystko tu jest tak piękne, tak słoneczne, tak idealne, że… ach, że aż nudne!

– Jak to? Nie musisz przecież ciągle pisać o górach. Nie pamiętasz, że dawno temu mieszkaliśmy w mieście na bagnach?

Spojrzała na niego tak, jak patrzy się na kogoś niespełna rozumu.

– Jakich bagnach? – Zmarszczyła brwi. – O czym ty mówisz?

Sam potrzebował teraz chwili, żeby namyślić się nad swoimi słowami.

– Coś… Coś musiało mi się pomylić – wyrzucił wreszcie, machnąwszy ręką. – Może ktoś kiedyś opowiadał mi o bagnach…

– Kto? Przecież nie ma tu nikogo poza nami. I nigdy nie było.

– Masz rację, nieważne. Zapomnij o tym.

Wróciła do czesania swoich czarnych loków, choć z całą pewnością bardziej zamyślona, niż na początku.

– To dziwne… – mruknęła po chwili. – Nigdy nie widziałam przecież bagien, ale kiedy zacząłeś o nich mówić… mogę je sobie wyobrazić. Słyszę cykanie świerszczy, bulgotanie w wodzie, czuję w nosie zgniłe drewno, widzę las cypryśników… Skąd ja w ogóle znam tę nazwę? Może gdzieś czytałam o cypryśnikach, tak, musiałam gdzieś o nich czytać…

– Ach, Frunia… – Zbliżył się, żeby ucałować ją w czoło. – A czy to ważne? Grunt, że masz teraz o czym pisać!

– Boże, Bram, czuję się, jakbym naprawdę tam była! – Rozanielona wstawała z krzesła i zaczęła poruszać dziwnie palcami bosych stóp. – Pamiętam, jakie to uczucie chodzić po błocie! Ale jak mogę to pamiętać?

– Masz bujną wyobraźnię, ot co. – Uśmiechnął się, widząc szczerą ekscytację małżonki. Zamknąwszy oczy, zaczęła podrygiwać na skrzypiących deskach, a jej cienka skóra zdawała się promieniować przy tym nowym blaskiem.

– Chciałabym wyjechać na bagna… – szepnęła, gdy na moment zaprzestała swoich tańców.

– Ha, kiedyś ciągle mi ględziłaś, że chciałabyś wyjechać w góry!

– Czyli naprawdę mieszkaliśmy kiedyś na bagnach? Chyba bym pamiętała! A może właśnie pamiętam…

– Za dużo myślenia albo wina, Frunia. Mnie chyba też wystarczy na dziś jednego i drugiego…

 

***

 

Wieczorem Peterson, siedząc znów bez celu na ganku, słyszał, jak jego żona podczas polowania na ćmy śpiewa nieznaną mu dotąd piosenkę:

 

Gdy umrę, nie chcę do nieba

topielica w szlamie

Chcę nawiedzać drzewa

jeść wiatr na śniadanie

 

I niewiele się zmieni

kto był zjawą za życia

kogo ludzie nie widzieli

nie wychodzi z ukrycia

 

Gdy umrę, będę bezkarnie

snuć się po bagnisku

Nigdy nie byłam na bagnach

a są dla mnie wszystkim

 

I niewiele się zmieni

kto był zjawą za życia

kogo ludzie nie widzieli

nie wychodzi z ukrycia

 

Od razu przyszło mu na myśl, że to najpewniej ich wcześniejsza rozmowa podsunęła jej tekst. Eufrazja, mimo że zwykle pisywała opowiadania, lubowała się też w poezji.

 

Gdy umrę wydrążę wronę

co zmarła jak ja cichcem

Ktoś przejmie się jej zgonem

gdy wejdę w nią i krzyknę

 

I niewiele się zmieni

kto był zjawą za życia

kogo ludzie nie widzieli

nie wychodzi z ukrycia

 

Śpiewała dalej, a on nie śmiał jej przerywać. Lubił słuchać tego rozedrganego starością głosu, wcale nie startego przez czas, raczej dojrzałego jak jej ukochane wino.

 

Gdy umrę nie będę płakać

przeglądnę się w bagnie

Taka nieco bledsza

wyglądam nawet ładnie

 

I niewiele się zmieni

zjawa jeszcze dycha

Kogo ludzie nie widzieli

w samotności zdycha

 

Zakończenie wybiło go nieco z melancholii wieczoru. Przez moment miał nawet ochotę skarcić ją, tak jak karci się małe dziecko, za popsucie tej jakże urokliwej ballady. Kto inny może i tak właśnie by zrobił. On wiedział jednak, że z Eufrazją lepiej nie zadzierać, zwłaszcza gdy idzie o jej teksty.

 

***

 

Od tamtej pory nic nie mogło być jak dawniej. Eufrazja zaczynała być coraz bardziej niespokojna i drażliwa. Ostatni raz Peterson widział ją taką przeszło dekadę temu, kiedy jeszcze krwawiła. Dekadę… Teraz wydało mu się, jak gdyby od tamtego czasu minęło co najmniej kilka dekad.

Przestały jej smakować komary i wino. Twierdziła, że nie rozumie, jak w ogóle mogła brać to paskudne robactwo do ust, od wina za to zaczynało ją ponoć mdlić.

– Przecież zawsze marzyłaś, żeby wino się nie kończyło – stwierdził z wyrzutem.

– Tak, ale teraz mam już go dość! – tłumaczyła, wyraźnie rozbita.

– Czemu szukasz dziury w całym? Mamy wszystkiego pod dostatkiem, możesz pisać, kiedy zechcesz… czego ci wiecznie brakuje?

– Nie wiem… – odparła, spoglądając na niego spod mokrych powiek. – Wszystko jest dobrze, ale też wszystko jest nie tak… Rano wypuściłam ćmy. 

– Jak to? Dlaczego? – Ożywił się natychmiast na to wyznanie. 

– Myślałam, że są martwe, ale one zaczęły się ruszać. Więc je wypuściłam. Przecież to chore, pleść bukiety z żywych stworzeń! Żywych… – powtórzyła z jakiegoś znanego tylko sobie samej powodu. – Och, Bram, teraz wydaje mi się, że ruszają się we mnie nawet te komary, które zjadłam… Czuję, jak łaskoczą mi żołądek od środka… Obrzydliwe, och, mówiłam ci, żebyś mi ich nie przynosił! Może mam nadal ten przepis na nalewkę na odrobaczanie, niech go tylko znajdę… A właściwie… gdzie są moje okulary? 

– Okulary? 

– Nie rób ze mnie głupiej! – obruszyła się, pewna, że mąż tylko udaje niewiedzę, i bez zwłoki zaczęła gorączkowo przegrzebywać kuchenne szuflady. Wnet zaczęły wysypywać się z nich setki martwych, choć zaskakująco ruchliwych owadów, i gałązki suszonej, choć żywej lawendy. 

Nagle mąż zagrodził jej drogę do opróżnienia kolejnej szafki. 

– Dość tego – warknął zaskakująco oschle. – Dość tej szopki. Naprawdę myślałaś, że się nie domyślę? 

Spojrzała na niego w zdumieniu. 

– Teraz już pamiętam – kontynuował tym samym, zimnym tonem. – Nie wiem, co ze mną zrobiłaś, i dlaczego wszystko zapomniałem, ale jedno wiem na pewno: nie jesteś moją żoną. Nie jesteś moją Eufrazją. 

Poderwała się na równe nogi. 

– O czym ty mówisz?! – wydusiła. 

– Mojej żonie dali na imię Eufrazja od rośliny, którą próbowali w dzieciństwie leczyć jej oczy. Moja żona była prawie ślepa, a ty widzisz doskonale! 

– Przecież… Przecież sama nie wiem, co się stało z moimi okularami! I jakim cudem w ogóle bez nich widzę… 

– Lepiej powiedz mi, co się stało z moją żoną! 

Nie dał kobiecie czasu na odpowiedź, bo bez uprzedzenia porwał się w jej kierunku. Ta wybiegła z krzykiem na pola lawendowe. Biegła w stronę lasu, ale dopadł ją tuż przed ścianą drzew, powalił na trawy i zaczął dusić, choć walczyła zaciekle o oddech. Nie przestawał zaciskać dłoni na jej szyi, póki nie zastał ich zmierzch. Dopiero kiedy złote światło zachodu musnęło jej lśniące włosy, zorientował się, ile czasu minęło. I że jego żona, czy też nie-żona, wciąż żyje, jedynie jej szyja jest nieco bardziej niebieska od reszty.

Odzyskawszy wolność, wyczołgała się spod niego w popłochu. 

– Co ci odbiło! – wykrzyknęła, ledwie wzięła pierwszy, głębszy wdech. 

Nagle zrozumiał swój błąd. I całą resztę. 

– Frunia… – szepnął, blady nie mniej niż ona. – Ja naprawdę pamiętam. Pamiętam, jak cię postrzelili. Pochowałem cię na bagnach, w mule. I pamiętam… jak dźgnął mnie później jakiś obłąkaniec. To było… w lesie podobnym do tego. Kiedy jechałem po lawendę dla ciebie, żeby położyć ci bukiet na grobie. 

Wtedy i ona zrozumiała. Zrozumiała, że oboje zostaną tu na wieki. W tym idealnym, pięknie pustym więzieniu. W raju, gdzie nie brakuje niczego… poza życiem. 

 

***

 

Odtąd wieczność mijała Eufrazji na pisaniu o żywych. O twarzach ze śladami po ospie, o oszpecających okularach, parzących pokrzywach zamiast wonnej lawendy i sierżantach, którzy po powrocie do domu nie mają nawet sił na rozmowy z własnymi żonami. O tym wszystkim, co nadaje życiu sens. A gdy kończyła, mruczała niezmiennie, popijając swoje mdłe wino:

– Nic, tylko spać…

Koniec

Komentarze

Historyjka zgrabnie poprowadzona, napięcie umiejętnie zbudowane. Może bez ekstremalnych zaskoczeń, ale interesująca opowieść.

Nieźle napisana, kilka drobnych uwag stylistycznych poniżej.

 

Subiektywne uwagi:

– ogromnie mały to swoisty oksymoron – jeśli niezamierzony, do zmiany,

– nie spotkałem się nigdy z określeniem “malowidła” w odniesieniu do kosmetyków. Może “smarowidła”?

– “Jak to? Nie musisz przecież ciągle pisać o górach. Nie pamiętasz, że dawno temu mieszkaliśmy przecież w mieście na bagnach?” – powtórzenie przecież no i na bagnach czy w mieście?

– “przeglądnę się w bagnie” – raczej przejrzę.

Dziękuję za komentarz i wszystkie uwagi! "Ogromnie mały" był tu jak najbardziej celowy ;) Co do reszty – w moich stronach całkiem często używa się określenia "malowidła", a "przeglądnę" pasowało mi bardziej rytmicznie. Powtórzenie już poprawiam, musiało mi umknąć :) A, no i miasto na bagnach – w mojej głowie miało to być coś w stylu Nowego Orleanu, miasto na terenach bagiennych.

Cieszę się niezmiernie, że moje spostrzeżenia okazały się przynajmniej po części cenne!

 

Tych bagien się jeszcze będę czepiał, bo skoro miasto powstało na bagnach, to skąd np. bagienny muł, w którym została pochowana żona?

Bardziej chodziło mi tutaj o to, że pochował ją ZA miastem na bagnach. Wiem, duży skrót myślowy, ale w mojej opinii nie było konieczne opisywanie tego z takimi szczegółami ;)

Nowa Fantastyka