Brak akapitów, długie zdania, powtórzenia – wszystko z premedytacją. Taki trochę strumień świadomości, trochę monolog. Zapraszam! ;-)
Brak akapitów, długie zdania, powtórzenia – wszystko z premedytacją. Taki trochę strumień świadomości, trochę monolog. Zapraszam! ;-)
Jako chorowite i niezauważane przez rodziców dziecko, wszystko dostawałem zawsze jako ostatni, a teraz stałem w paryskim pasażu handlowym już od pół godziny i miałem serdecznie dość tej długiej na sto metrów kolejki. Wąż ludzi ciągnął się od kasy TuKupisz, wychodził na dwór, gdzie czekało się najlepiej ze względu na piękną pogodę i świeże powietrze przesycone zapachem pulchniutkich croissantów, kończył zaś w innym sklepie, w którym nikt nie chciał nic kupić, każdy chciał tylko stać w nim w kolejce do TuKupisz, a właściciel tego drugiego, cały niepokojąco czerwony na twarzy, po nieskutecznych próbach wyproszenia niechcianych gości, zdjął i zmiął fartuch z napisem „Serdecznie Zapraszam!”, ostentacyjnie rzucił go za ladę i zaszył się na zapleczu, skąd co jakiś czas wychylał głowę w nadziei, że kolejna osoba przekraczająca jego progi przyszła z zamiarem kupna lub choćby rozejrzenia się po pękających w szwach półkach. Niestety kolejne osoby ustawiające się z tyłu przyszły tu ewidentnie wiedzione kolejką, jak po nitce do kłębka, choć, naturalnie, żadnego kłębka w „Serdecznie Zapraszam!” nie było, z wyjątkiem kłębka nerwów sprzedawcy, ale już o nim zapominałem, bo stanowił on najmniejszą atrakcję, najsłabszy dystraktor w osobliwej przestrzeni, w której mimo że znalazłem się z własnej woli, zaczynałem żałować podjętej decyzji, jednocześnie, co wynikało z mojego charakteru, nie potrafiłbym przyznać sam przed sobą, że podjąłem błędną decyzję, ani zwyczajnie stąd uciec. Dlatego tkwiłem w kolejce, przesuwałem się co minutę-dwie o pół metra, uważając, aby w rosnącym napięciu nie przyspieszyć i nie wpaść na proste plecy stojącego przede mną eleganckiego dziadka w kapeluszu, stanowiącego uosobienie cnoty cierpliwości, a także obawiając się, by modnie ubrana, stojąca za mną młoda, śliczna dziewczyna, pachnąca łąką kwiatów, na której to łące chciałbym się znaleźć, by nie musieć tkwić w tym parszywym miejscu, zatem by ta rudowłosa dziewczyna nie wpadła na mnie, w związku z czym postanowiłem po rycersku wziąć odpowiedzialność za jej komfort i przestrzeń, co przejawiało się w ten sposób, że krok przed siebie robiłem maksymalnie długi, aby rudowłosej ulżyć w tym ścisku. To podejście miało jednakże wyraźne wady. Pierwszą był fakt, że starszy elegant stojący przede mną co jakiś czas pocierał kark, zapewne podejrzewając, że usiadł mu na nim komar, a w istocie czuł na szyi mój oddech. Raz nawet odwrócił głowę profilem i skrzywił się, a ja nie wiedziałem, czy gardzi kolejką, czy moją osobą. Druga wada polegała na tym, że zmniejszałem szanse na to, że rudowłosa dziewczyna na mnie wpadnie lub przynajmniej muśnie mnie po krzyżu bladą dłonią, bo w głębi duszy tego pragnąłem. Życie nauczyło mnie, że wszystko można jakoś skompensować, brak w jednym miejscu uzupełnić zabraniem materii z drugiego, zatem oddychałem możliwie płytko, aby nie łaskotać karku starszego eleganta, ale też wygiąłem się lekko do tyłu, tak by moje ciało, wygięte w łuk, mimo troski o Rudowłosą, zarazem w zgodzie z romantycznym pragnieniem, znajdowało się mimo wszystko kilka centymetrów bliżej niej. Starałem się przy tym robić kilka innych rzeczy – pamiętać listę zakupów, rozmyślać nad pisaną od roku powieścią, sprawdzając media społecznościowe, zwłaszcza Migawkę, jednocześnie trzymając fason osoby doskonale nad sobą panującej, również wtedy, gdy mijając ladę „Serdecznie Zapraszam!”, czując zew pomocy bliźniemu, postanowiłem kupić butelkę wody. Sprzedawca miał łzy w oczach, kiedy podziękowałem i się z nim żegnałem, choć pożegnanie to zbyt wielkie słowo, biorąc pod uwagę, że oddaliłem się zaledwie o pół kroku, co ciekawe i niezrozumiałe, zdeprymowany emocjonalną reakcją sprzedawcy, odkręciłem butelkę wody i duszkiem wypiłem połowę, czyli pół litra, i zatopiłem się w rozważaniach na temat drogi powrotnej do mieszkania, która zajmie mi pół godziny, zatem trzydzieści minut stracę na bezużyteczny spacer, zamiast pisać dalej powieść. Do tej pory napisałem trzy strony. Myśląc na tym wszystkim, prawie bym nie zauważył, że znalazłem się w drzwiach „Serdecznie Zapraszam!”, w których gorąco w duchu podziękowałem za skąpstwo sprzedawcy; oszczędził na drzwiach automatycznych i zainstalował manualne, staroświeckie, z klamką, na widok której dopadła mnie przemożna ochota sięgnięcia po chusteczkę, lecz lęk przed zarazkami ulotnił się natychmiast, gdyż zdałem sobie sprawę, że znalazłem się w wyjątkowo komfortowej sytuacji, otóż powolutku opuszczając strefę drzwi, mogłem wciąż je trzymać, wyciągniętym do tyłu na całą długość ramieniem, co stanowiło kolejny przejaw rycerskości; trzymałem drzwi dla rudowłosej niczym Don Kichot z La Manchy, choć przyznam, że w przeciwieństwie do niego brakowało mi odwagi, nie śmiałem choćby zerknąć na ratowaną kobietę, ale w jej głębszym oddechu oraz napięciu ciała, które starło się z mym napięciem, wyczuwałem głęboką wdzięczność za to, że ona, efemeryczna piękność, nie musi przerywać procesu wachlowania się; w niewyraźnym odbiciu szyby widziałem głęboki dekolt, unoszące się i opadające piersi, a w nich wisiorek z ametystem, i widząc ten obraz, dopełniany zapachem jakichś perfum i kremów wpijających się w owe subtelne ciało, zakręciło mi się w głowie, ponadto tak zaschło w ustach i gardle, że duszkiem wypiłem drugie pół litra wody. Nagle z trwogą uświadomiłem sobie, że skupiony na kolejce, jej ścieżce, starcu przede mną i damą za mną, na śmierć zapomniałem o celu mej wędrówki, czyli sklepie „TuKupię” czy „TamKupisz”, już nie wiedziałem, jak się on dokładnie nazywał, co miałem w nim kupić, ani gdzie dokładnie się znajduje. Znajdowaliśmy się już na zewnątrz i próbowałem go dojrzeć, wychylając się to na prawo, to na lewo z kolejki, ale ta niknęła za zakrętem, więc nie mogłem nic dostrzec. Związany z tym stres i wypita w pośpiechu – a może nawet popłochu – woda, więc obie te rzeczy sprawiły, że poczułem w kroczu ciśnienie innego rodzaju, mianowicie w cholernym pęcherzu. Nie mogąc dłużej wytrzymać, opuściłem kolejkę i skorzystałem z pobliskiej ubikacji, czego nie chcę szczegółowo opisywać, gdyż, po pierwsze, prawdziwy dżentelmen takie rzeczy zachowuje dla siebie, a po drugie ważniejsza jest konsekwencja mojej nieobecności, bolesna i niezrozumiała, bo kto zrozumiałby, że po powrocie kolejka w miejscu, w którym ją opuściłem, zbiła się, zwarła, przez co nie mogłem zająć należnego mi, opuszczonego w wiadomym celu miejsca. Co więcej, nie mogłem zająć żadnego innego, ponieważ każdy zdawał się pilnować swojego niczym pies myśliwski chaty pana. Nie pozostało mi nic innego, jak zająć miejsce na szarym końcu, skąd, o czym przekonałem się z radością, miałem doskonały i bezpieczny widok na rudowłosą kobietę, raz widziałem plecy, raz profil, bezustannie zachwycała figurą, pozą, ruchem, w tej obcisłej sukni w kwiaty, kibić subtelnie falowała, gdy rudowłosa przeczesywała fryzurę albo schylała się, by poprawić szpilki, co miałem szczęście obserwować, gdyż kolejka nie biegła prosto, lecz skręcała, wiła się, falowała podobnie do sinego dymu, który zatańczył w powietrzu, gdy uraczyłem się papierosem, z zazdrością patrząc na człowieka pijącego z piersiówki; chętnie bym się nawalił, bo nie wiem, ile jeszcze zniosę tej niewygody i dezorientacji – gdzie jestem, która jest godzina, jaki dzień? – nic nie wiedziałem, zapomniałem i zapominanie kontynuowałem, skala niepamięci rosła, począwszy od nazwy sklepu – GdzieKupisz? – oraz gdzie ten sklep jest i co mam w nim kupić, poprzez inne fakty, na przykład jaki mamy dzień czy która jest godzina, skończywszy na lekkich dysocjacjach; kim właściwie jestem? W istocie o czym piszę powieść i czy przypadkiem nie jestem jej bohaterem? Prędko zapominając o owych zaćmieniach umysłu, doznałem poczucia, że ma tożsamość ściśle związana jest z przedmiotem, który zamierzam kupić, toteż spróbowałem skupić na nim całą swoją uwagę, najwidoczniej roztrzaskaną jak szyba młotem, nie mogłem jej utrzymać na niczym szczególnym, gdyż nagle wydarzyło się coś niespodziewanego – ludzie zaczęli się niecierpliwić i opuszczać kolejkę, narzekając, klnąc pod nosem, śmiejąc się histerycznie; rozsypali się niby liście na wietrze, a ja zamarłem, aż w końcu zdołałem zogniskować percepcję na starszym elegancie i rudej dziewczynie. Zostali, na szczęście, inaczej zupełnie bym się rozpadł, podbiegłem do nich, agresywnie spychając z mej drogi zdezorientowane osoby, i, uff, zająłem miejsce za rudowłosą dziewczyną, wkraczając w szpaler jej cudnego zapachu. Kolejka szła szybciej, zawiesiłem spojrzenie na rudych włosach, długich, falistych, doznałem wrażenia, że dziewczyna emanuje boską witalnością, napełnia wdziękiem, połyskiem i spełnieniem wszystko dookoła – brukową kostkę, oszklone wystawy sklepów, witraże najszykowniejszych butików – a teraz usiadła na zewnątrz kafejki, z galanterią i gracją założyła nogę na nogę, a ja, niemogący utrzymać skupienia na jednym wątku własnych myśli ani nawet na pięciosekundowej reklamie wyświetlanej co rusz gdzieś w przestrzeni publicznej, przylgnąłem spojrzeniem do kobiety niby do magnesu. Kiedy się przedstawiłem, powiedziała: „Uwaga”, czego nie zrozumiałem, choć najbliżej było mi do interpretacji, że w jakiś niezwykle wyrafinowany sposób szydzi z mego imienia. Chwilę później rzuciła „Chciałbyś mnie mieć”, na co odparłem, że mimo iż się nie znamy, doceniam jej towarzystwo, i patrząc dziewczynie głęboko w oczy, pragnąc jakoś dodać wiarygodności mym słowom, uzupełniłem, że czułem się wyśmienicie, przez trzy godziny stojąc z nią w kolejce, na co zareagowała śmiechem, zatem zaśmiała się melancholijnie, czym zbiła mnie z tropu – ha, ha, zdezorientowany, zmieszany, non stop zbity z pantałyku to przecież cały nieposkładany ja! – po czym wyjęła papierosa, wsunęła go do ust i ujrzałem w jej szarych oczach niespodziewany żar; jakby ktoś dmuchnął w dogasające ognisko. Owionął mnie dym, nie tylko fizycznie, bo spowił także umysł, ale po chwili się rozwiał i znów stałem za ladą ekskluzywnego sklepu „CośTamKupisz”, podekscytowany, sprawdzając asortyment – tabletki na rozszerzoną uwagę, streszczenia filmów, przypominajki (w trzy sekundy przypomnimy ci, kim jesteś) – a właściwie tylko nań zerkając, bo, nie mogąc doczekać się pierwszego klienta, już patrzyłem na plac, gdzie ludzka masa, chaotyczna niby pacjenci szpitala psychiatrycznego na oddziale zaburzeń psychotycznych, niepewna niczym percepcja wymykająca się podmiotowi, nieudolnie próbowała się w coś, być może w senną kolejkę, układać.
Witaj. :)
W sumie wszystko napisałeś w Przedmowie i to można tylko potwierdzić: ciągnący się, jednolity monolog, mnóstwo powtórzeń oraz baaaardzo dłuuugich zdań. ;) Jest i pomysł, jest także humor i niewątpliwie oba zasługują na brawa, podobnie jak opisywane, absurdalne sytuacje. :)
Pozdrawiam serdecznie. ;)
Pecunia non olet
Część, Bruce. :-) Cieszę się, że ta zbita kolejka Cię nie zmogła. Dzięki za odwiedziny. ☺️ Pozdrawiam serdecznie.
Pozdrawiam, dziękuję. 
Pecunia non olet
Cześć prosiaczek !!!
Niestety muszę przyznać, że nie zakapowałem o co tu na prawdę chodziło. Ale nie czytało się źle.
Pozdrawiam!!!
PS.
Bardzo jestem ciekawy innych komentarzy.
Jestem niepełnosprawny...
Dziń dybry, prosiaczku!
zanim przejdę do lektury przyznam się szczerze, że jeszcze nie miałam styczności z obraną przez Ciebie formą (strumień świadomości). “Ulisses” leży u mnie w biblioteczce od kilku lat i zbiera kurz, jakoś boję się zabierać za tego grubaska.
Myśląc na tym wszystkim
Chyba o tym?
Eeem.
Czyli to podmiot liryczny był sprzedawcą tego sklepu? To po co stał w kolejce?
Nic nie rozumiem.
Taka forma totalnie mi nie odpowiada, już wiem, że strumień świadomości nie jest dla mnie – okropnie mnie ta lektura zmęczyła.
Ale można też wyciągnąć korzyści z takiej lektury: uświadomiłeś mi, jak bardzo ważna jest również forma i jej dobór. To tak jak z filmem i wyborem kamery: którą wybrać, kamerę numer jeden, kamerę numer dwa? Który kadr będzie lepszy?
Bo jestem pewna, że gdybyś obrał bardziej tradycyjną czy uniwersalną formę, na pewno o wiele bardziej by mi się szorcik spodobał. Przemyślenia i obserwacje są wiarygodne i ciekawe, można się utożsamić z bohaterem, jego myśli są szczere i odarte z jakichkolwiek konwenansów, bo tylko we własnej głowie możemy być tak naprawdę wolni i nie musimy się nimi (konwenansami) przejmować.
Mimo że nie jestem zadowolona z lektury, dziękuję Ci za przemyślenia, do których tym tekstem mnie skłoniłeś. Pozdrawiam Cię serdecznie!
Upadłeś i od razu się poddajesz? To jakim cudem nauczyłeś się chodzić?
Jak jestem wielkim fanem eksperymentów, ten mnie dotkliwie i boleśnie pokonał. Z jednej strony, zabrakło mi konsekwencji formalnej: obok monstrualnych zdań złożonych trafiają się zdania proste. Z drugiej, nie dopatrzyłem się większego związku między formą, a treścią ( co może świadczyć wyłącznie o tym jak bardzo zostałem pokonany formą i upałem).
Co ten eksperyment miał na celu, bom ciekaw bardzo?
Absurdorealizm. Albo odwrotnie, realoabsurd, co na jedno wychodzi.
Długie, wielokrotnie złożone zdania nie przeszkadzają, bo po pierwsze są charakterystyczne dla swobodnego, nieco chaotycznego biegu myśli, a po drugie potwierdzają kompetencje językowe Autora.
Rozbawiło mnie, że kolejkowicz pisze powieść i już całe trzy strony napisał… Samo życie. 
Te słowa można powtórzyć w roli oceny i interpretacji szorta. Robimy coś, nie bardzo wiedząc, co i dlaczego, na pół świadomie odgrywamy jakąś rolę, narzuconą przez okoliczności albo wybraną przez nas i niekoniecznie pasującą nam i otoczeniu… i budzimy się w nieoczekiwanym miejscu i momencie.
Tak to widzę. Pozdrawiam!
Hmmm. Ale o so chozi?
Formę jeszcze bym jakoś przeżyła, bo tekst ładnie napisany. Ale doskwierał mi brak fabuły. A stania w kolejkach niegdyś miałam dosyć w realu, czytanie o tym mnie nie pociąga.
Babska logika rządzi!
Cześć!
Przyznam szczerze, że nie jestem pewien, czy w stu procentach go zrozumiałem, ale powiedz, czy mam rację: czy tu chodziło o jakiś senny koszmar człowieka z zaburzeniami tożsamości, który gubi się we współczesnym świecie? Jeśli tak, to pomysł na pokazanie tego przez taką absurdalną, niekończącą się kolejkę i sklep z "przypominajkami, kim jesteś", jest genialny. Choć przez sam tekst jest ciężko przebrnąć z powodu ściany tekstowej, wiem, że to celowy zabieg, więc zrobiłem wszystko, by go doczytać i zrozumieć.