Umierał.
Obraz pod powiekami zaszedł szkarłatem, usta wypełnił żelazisty posmak. Czuł, jak życie ucieka z niego wraz z krwią; rozorane grotem włóczni udo drgnęło w proteście przed nieuniknionym. Gasnący ból utwierdził go w przekonaniu, że po raz ostatni zaczerpnął tchu.
„Przysięgnij”. Słowa zadźwięczały w uszach, przyćmiły szczęk stali i pojękiwania rannych. Wspomnienie ciepłych dłoni pośród wilgoci torfowiska opętało umysł w niewypowiedzianej tęsknocie. Czyjeś nogi albo kopyta zmiażdżyły mu twarz, a świat przeobraził się w niwecz.
Agonia ustąpiła miejsca strumieniowi zimna, który pochłonął uczucie palących żył. Wraz z bólem zniknął smród posoki, błoto pod paznokciami i huk oszołomionego serca. Otworzył oczy, by zaraz je zamknąć, oślepiony ostrym blaskiem.
Świst zimowego wiatru, a może kobiecy głos, spłynął do uszu Eavena – o ile nadal je posiadał:
– Stworzenie z mięsa i krwi.
Ilekroć próbował spojrzeć w oblicze nieznajomej, światło gorzało z podwójną zawziętością. Obmacał ciało w poszukiwaniu ran, ale natrafił tylko na prężną, młodzieńczą skórę, nieskalaną ani jednym draśnięciem. Uzmysłowił sobie, że jest nagi, niemniej jego rozmówczyni nie sprawiała wrażenia przejętej tym faktem.
– Eaven, syn Daraya, trzeci z elfiego miotu. – Wiatr zadrżał pod wpływem ruchu jej ust. – Niech widzi.
Ja… jestem martwy? Ta myśl była zbyt abstrakcyjna, by mogła stanowić prawdę.
Powietrze wypełnił perlisty śmiech. Przestrzeń wokół zafalowała, a blask osłabł na tyle, by sídhe mógł przejrzeć. Stał naprzeciw kruka o śnieżnobiałych piórach i przeszywającym spojrzeniu. Zwierzę przewyższało go kilkukrotnie.
– Nie, chociaż nie jest też żywy.
Czyli słyszała jego myśli.
– Ostatnia śmierć upomni się o niego niebawem, lecz nie dziś. Za tysiąc, może dziesięć tysięcy lat, lecz nie dziś – sprecyzowała tak niedbałym tonem, jak gdyby nie dostrzegała w podanych liczbach żadnej różnicy.
Milczał. Kolejne wątpliwości, które przed momentem cisnęły mu się na usta, straciły znaczenie na rzecz jednej.
Nairne. Musiał wrócić do Nairne, za wszelką cenę. Do swojej Nairne.
– Pani – zwrócił się do kruka z największym uniżeniem, na jakie zdołał się zdobyć – nie pozwól mi złamać przysięgi.
Ogarnęło go wrażenie, że lodowaty podmuch przybrał na sile.
– Nasza rola nie dotyczy ingerencji w doczesność.
Pod Eavenem ugięły się nogi. Dlaczego tak powiedziała? Czy kiedykolwiek uczynił coś wbrew bogom? Pokręcił głową i zmarszczył brwi. Nie. Nie miała prawa tak go traktować. Nie był szczególnie pobożny, ale nigdy nie uczynił nic, co dawałoby jej powód, by nim pomiatać.
– Mamy prawo uczynić z nim wszystko, na co zasłużył – odpowiedziała na niezadane pytanie, a jej słowa rozbrzmiały echem w trzewiach Eavena.
– Zginąłem w walce – syknął, położył uszy poziomo i wbił spojrzenie prosto w oblicze kruka.
Zasłużyłem na odrodzenie jako sídhe, dodał w myślach. Wrócę do niej, prędzej czy później, gdy tylko ponownie dorosnę. Przy pierwszej okazji, choćby wbrew twojej woli.
Oddychał coraz szybciej; chłód wżerał się w płuca, jęki wiatru mąciły myśli. Jakaś nienamacalna siła uderzyła w niego i zacisnęła palce na gardle.
– Myśli, że może nam rozkazywać? – Ton bóstwa ociekał znużeniem.
Eaven poczuł się jak niesforny szczeniak podniesiony za kark przez gospodarza. Wezbrana w ustach ślina zabulgotała cicho.
– Nie – wycedził, charcząc pod naciskiem mocy. – To ty nie możesz mi rozkazywać.
Kruk przechylił łeb tak, by Eaven zobaczył ziejące czernią ślepia. Mógłby przysiąc, że przeniknęły go na wylot.
– Chce być traktowany jak król – bogini zniżyła głos – osądzimy go jak króla.
Odpędził latające przed oczami mroczki. Ptak wytarł dziób o skrzydło, znacząc je śladem świeżej juchy. Do nozdrzy Eavena dotarł przenikliwy odór śmierci.
Odwaga, piękno i hojność, przeszło mu przez myśl, gdy złapał oddech. Cnoty władców. Ze wszystkich możliwości ta wydawała się wręcz zwodniczo prosta do spełnienia przez kogoś, kto całe życie kierował się honorem. Gdzie tkwił haczyk? Może niepotrzebnie go szukał. Kiedy ponownie przyjdzie na świat, przy pierwszej sposobności da znać Nairne, że wrócił. A ona na niego poczeka.
Z pewnością poczeka. Przysięgała.
– Rozumiem.
– Nie, niczego nie rozumie. – Nastroszone pióra załopotały na wietrze. – To jednak nie stoi na przeszkodzie. Ostatecznie jest tylko ścierwem zadeptanym przez konie.
Zęby Eavena zgrzytnęły, mięśnie stwardniały w niemym proteście.
– Jestem wojownikiem – syknął. – Oddałem życie za królestwo i przypieczętowałem swój los. Nie możesz mi tego odebrać.
Tym właśnie jesteś? Tak traktujesz tego, który oddał życie za ziemie, gdzie oddajemy cześć takim, jak ty?! Ostatnie zdanie rozbrzmiało w głowie Eavena tak donośnie, że dla bogini musiało zabrzmieć jak krzyk.
Kruk znów wyczyścił dziób, tym razem o pierś, całkowicie nieprzejęty jawną dezaprobatą. Posoka spłynęła po piórach i przepadła w nicości pod stopami.
– Tylko śmiertelnik. Zbyt wysoko mierzy.
Nie wyczuł w jej głosie pogardy, jedynie znużenie, co stanowiło jeszcze dotkliwszą obelgę. Zacisnął dłonie w pięści i uświadomił sobie, że nie może uczynić nic więcej. A jeśli chciała pokazać mu coś, czego nie dostrzegał? Może dlatego tak go nazwała? Nie, to bez znaczenia, przecież i tak nie miała uczuć. A może…?
– Odwaga – ciągnęła bogini – przyniosła mu zgubę. Spójrz, elfie ścierwo. – Kiedy zwróciła się bezpośrednio do niego, Eavena przeszły ciarki. – Zobacz, co z ciebie zostało.
Spojrzał na rozciągnięte pod stopami wspomnienie czegoś, co niegdyś było jego ciałem. Trupioblada warga zastygła w grymasie zaskoczenia. Z drugiej nie pozostało nic, kopyto zrównało większość twarzy i czaszkę z ziemią. Wykrzywione kręgi usiłowały wyślizgnąć się z szyi, a zmasakrowana włócznią noga pozostawiała za sobą rozległy, krzepnący ślad.
– Oto Eaven, syn Daraya, pomiot grzesznicy i dezertera. – Słowa przyprawiły trzewia sídhe o lodowate mrowienie. – Oto konsekwencje jego odwagi.
Nie, to nie tak. Serce łomotało zaciekle, odgłosy ginęły w odległej kakofonii, korpusem zarzucały fale wstrętu. Dlaczego próbowała zburzyć wszystko, w co wierzył? Teraz był mały, wręcz mikroskopijny, był insektem zmiażdżonym przez grubą podeszwę buta.
Uspokoił oddech i potrząsnął głową, by zdusić w zarodku rozbiegane myśli. Zdał próbę, nic innego nie miało znaczenia. Nadal mógł do niej wrócić. Dotrzymać przysięgi. Nie, poprawił się w myślach. Nie mógł. Musiał. Nie brał pod uwagę żadnej innej możliwości.
Pióra bogini zalśniły od szronu, tu i ówdzie zmieszanego z grudami szkarłatu. Zamrugał szybko. Gdy ponownie otaksował ją wzrokiem, ujrzał sieć żył, które zewsząd oplatały ptasią sylwetkę, pulsując w jednostajnym rytmie. Choć widywał już znacznie gorsze rzeczy, gardło zapiekło go od wymiotów. Przełknął ślinę i wykrzywił usta w grymasie obrzydzenia.
Kolejna wizja starła obraz na proch. Oczom Eavena ukazała się wysoka kobieta o smukłych nogach i włosach w kolorze burzowego nieba. Szlochała, a on rozpoznałby jej szloch wszędzie.
– Nairne – wyszeptał i wyciągnął rękę ku ukochanej. – Dlaczego…?
Urwał. Teraz widział już wszystko: nagrobny głaz oraz setki pozostałych, spośród których połowa ginęła pod zasłoną mchów i porostów.
– Oto piękno Eavena, ślubnego w ziemi.
To tylko chędożona gra, zabawa bóstwa. To tylko fidchell, w którym on sam był pionkiem i musiał znosić kaprysy gracza. Nie dbał o to, że kruk słyszał jego myśli. Nie dbał już o nic, nie, kiedy miał przed sobą kobietę swego życia, do której nie mógł przemówić, wziąć jej w ramiona, szepnąć, że niebawem znów się spotkają.
To bez znaczenia, powtarzał sobie. Ponownie zdał próbę, wbrew, a może wedle niezrozumiałej logiki bogini. Pozostała mu tylko jedna cnota do udowodnienia, aby odrodzić się jako elf. A później wróci do Nairne, choćby miał szukać pół życia. Do swojej słodkiej Nairne…
Ostatnia wizja zaskoczyła go znajomym widokiem torfowiska, nad którym mieściła się jego rodzima osada. Ponad wysokimi trawami górował przegniły tu i ówdzie drewniany pomost, którego kraniec niknął wśród gęstwiny brzóz, wierzb i olch. Spomiędzy roślin nieśmiało wyglądały brudnobiałe główki wełnianek, a całe grzęzawisko rozbrzmiewało wrzaskiem żurawi. Z zachmurzonego nieba siąpił ciepły deszcz.
Na granicy desek i twardego gruntu stały dwie postacie, w których natychmiast rozpoznał siebie i dziewczynę. Nairne zamarła, spięta jak drewniana figura; w jej oczach szkliły się łzy.
– Przysięgnij.
Rozpacz w jej głosie dźwięczała w czaszce Eavena jeszcze długo po wypowiedzeniu. Trawił każdy szczegół tak rzeczywiście, jak gdyby znów czuł dotyk ciepłych dłoni i osiadłą na włosach wilgoć.
– Przysięgam – wyszeptała sylwetka młodzieńca, a może on sam. – Wrócę do ciebie, w tym albo innym życiu. Wrócę. – Odetchnął ciężko. – Za wszelką cenę.
Odszukali swoje usta w namiętnym pocałunku. Jesteś moja, westchnął w myślach, a jego serce zabiło w piersi ze zdwojoną siłą. Moja na wieki, po ostatni oddech ostatniego wcielenia. Nie wiedział, czy to jego własne myśli, czy wspomnienie z przeszłości, ale w tej chwili nie baczył na szczegóły. Kochałem ją, kołatało mu w głowie, kochałem i wciąż kocham.
– Fałsz. – Słowa bogini zadziałały jak uderzenie bicza. – Eaven, pomiot bezmyślności, głupiec. Oto on i jego skąpstwo.
– Przysięgnij – ton młodzieńca nabrał ostrej barwy – że gdybym nie wrócił… poczekasz.
Nairne przełknęła łzy i pokiwała głową. Obraz zafalował, pociemniał, wreszcie rozprysł na tysiąc odłamków.
Dostrzegł starą kobietę, pochyloną nad jego grobem. Zwiotczałe, pomarszczone ręce na zamszonym kamieniu. Zsiniałe, szczerbate usta wykrzywione w niewypowiedzianej boleści. Zgarbione plecy, przykryte jasnoszarymi strąkami włosów, spod których na światło Haula przenikały wystające kręgi. Już nie płakała. Nie miała sił.
– Nie! – krzyknął, lecz zaraz po tym głos uwiązł mu w gardle.
Moja Nairne. Moja słodka Nairne… Myśli huczały dalej, ciało traciło równowagę, dech zamierał w płucach. Spadał w bezdenną otchłań, a może tylko upadł na kolana. Znów umierał, ból wrócił, ostrzejszy niż przedtem.
– Moja, moja, moja – przedrzeźniał go kruk, który nie brzmiał już jak kobieta. – Moja, moja-a!
Dopiero wówczas pojął, o czym mówiła.
Nairne. Otarł wezbraną w kącikach powiek wilgoć i głośno przełknął ślinę. Nairne. „Moja, moja, moja”, dudniło mu w głowie. Przycisnął dłonie do uszu, lecz nie zdołał zatrzymać oskarżenia.
W panice spróbował namierzyć kruka, ale został sam; otaczała go wyłącznie bezkresna, śnieżna połać. Wicher wzbijał tumany białego puchu, ziąb przenikał kości na wylot. Eaven zaszczękał zębami i ruszył przed siebie, by nie zamarznąć. Nie myślał o tym, gdzie jest ani dokąd zmierza.
„Przysięgnij”.
W pewnej chwili odniósł wrażenie, że idzie wolniej. Spojrzał w dół i zamarł, dostrzegłszy, jak jego nogi skurczyły się i zwątlały. Obejrzał dłonie, które w tej chwili były drobniejsze niż u Nairne. Ostrożnie dotknął twarzy. Nie natrafiwszy nawet na cień zarostu, krzyknął. Początkowo nie poznał własnego głosu, piskliwego niczym zawodzenie podlotki.
Odwrócił się i puścił pędem w przeciwnym kierunku. Znów zwolnił, a kolejny okrzyk wybrzmiał jeszcze wyżej, jeszcze beznadziejniej. Okoliczne zaspy spowiła zasłona zmierzchu, o ile gdziekolwiek ponad śnieżycą jaśniał Haul.
Walcząc z narastającą paniką, Eaven skręcił w lewo, ale i tym razem stracił na prędkości, a jego wrzaski nabrały płaczliwego tonu. Kiedy ponownie przyjrzał się swemu ciału, zrozumiał, że spogląda na dziecko, może dziesięcio-, może siedmioletnie, takie, które ledwie składa zdania.
– Nai… – Urwał, gdy usłyszał, jak żałośnie brzmi. Przypominał przerażone pacholę, które nawołuje matkę, na moment przed spazmem.
W ostatnim porywie nadziei zawrócił. Nie mógł już biec, szedł, później człapał, wreszcie zarył w śnieg, by dalej pełznąć na czterech kończynach. Półmrok wokół przeniknął w mrok, krzyki przerodziły się w rwany bełkot. Nadszedł moment, kiedy kończyny odmówiły mu posłuszeństwa i upadł ponownie. Zaniósł się pierwotnym, niemowlęcym płaczem.
Wśród szalejącej śnieżycy rozbrzmiał skrzekliwy śmiech. „Przysięgam”, powtarzał w duchu, niezdolny do opanowania własnego zawodzenia.
Dotychczasowy mróz zniknął, zastąpiony ciepłem, a huk wiatru przeszedł w łagodny szum i miarowe dudnienie czegoś, czego nazwy zapomniał. Nie było już nawałnicy, kruka ani bezbrzeżnej bieli. Został sam, otoczony na wpół płynną substancją. Otworzył powieki.
Otaczała go nieprzenikniona ciemność. Próbował ruszyć dalej, ale nie mógł zrobić nic prócz wyciągnięcia kończyn – małych i nieporęcznych. Eaven, syn Daraya, wojownik króla Goewyn. Czy nadal był wojownikiem? Nie miał oręża, zresztą nie zdołałby go użyć. Bezużyteczny kawał mięsa, nic ponad to.
Potrząsnął głową. Z czyjego łona wyszedł? Z czyjego nasienia powstał? Komu służył? Na bogów, jak ciepło.
Eaven, tak go nazywano. Ślubny Nairne. Pamiętał jej głos, radosny i cienki niby ptasi świergot. Pamiętał zapach ciemnoszarych włosów i sposób, w jaki lśniły w promieniach Haula. Pamiętał piękno jej uśmiechu. Jego Nairne. Tak potwornie za nią tęsknił… Jak spokojnie.
Długo przywoływał ją w snach, jeszcze dłużej na jawie. A może wszystko dookoła było snem? Błagał, by się obudzić, ale nikt nie słuchał.
Nairne, moja słodka Nairne…
Mijały chwile, tygodnie albo całe lata. Eaven tkwił w bezruchu. Nie liczył czasu, choć z każdym kolejnym przebudzeniem ogarniało go przeczucie, że coś ucieka. Coś, czego nie umiał nazwać, a tym bardziej zatrzymać. Pewnego dnia lub nocy zniknęło zupełnie.
Pamiętał sylwetkę kobiety, która nuciła starą pieśń, oparta o jego ramię. Pamiętał ciepło oddechu i jedwabistość skóry, kiedy musnęła go palcem po szyi. Kochał ją nad życie, nad wszystkie życia… Jak miał na imię? Dlaczego ją znał? Jego więzienie się skurczyło, a może to on przestał z nim walczyć.
„Przysięgnij”. Rzeczywistość przenikała w marę. Pewnego razu śnił o pięknej elfce. Wiatr trącał szare kosmyki, jasne oczy pobłyskiwały wśród cieni. Patrzyła na niego. Płakała.
Jak miała na imię? Powieki niemiłosiernie ciążyły.
Pamiętał, że kochał… Dudnienie łagodnie objęło ciało, kołysząc do snu.
Pamiętał… że… kogoś…
Dziecko zamknęło oczy, gotowe, by się narodzić.
*********
Przymknęła powieki i powiodła płatkiem nosa po zarośniętym policzku. Mężczyzna uśmiechnął się delikatnie, wplótł palce jej w ciemnoszare, poprzetykane siwymi pasmami kosmyki. Chociaż był od niej starszy o ładnych parę lat, nie brakowało mu witalności. Złączyli usta w pocałunku, który na chwilę odebrał im dech.
Zza uchylonej okiennicy dobiegł trzepot skrzydeł.
Trochę ciężko mi się czytało, bo jednak za dużo tu ozdobników, choć z drugiej strony nadaje to malowanemu obrazowi pewnej plastyczności.
Nie znam elfickiej mitologii, ale rozumiem, że główny bohater liczył na to, że wróci do żywych od razu jako dorosły? Trochę to dziwne, nigdzie nie spotkałem się z taką “możliwością”. Wydaje się, że opisana tutaj reinkarnacja to najlepsza opcja i faktycznie – jeśli obiecywał swojej ukochanej, że do niej wróci, to trochę egoistyczne podejście.
Nie rozumiem też epilogu – jeśli mowa byłaby o młodszym o parę lat mężczyźnie, sprawa byłaby jasna.
Subiektywne uwagi:
– wyczuwam lekki przerost formy, objawiający się m. in. we wrzącym udzie
,
– “Wraz z bólem zniknął smród posoki, błoto pod paznokciami i huk oszołomionego serca.” – z tym błotem pod paznokciami, który został magicznie wymazany przez ból to chyba lekka przesada,
– zastanawiam się, jak warga mogła zastygnąć w grymasie na twarzy zrównanej z ziemią?
– siedmioletnie dziecko już bardzo dobrze składa zdania, tym bardziej dziesięcioletnie
Szafirowy Smok, pięknie dziękuję za przeczytanie i wszelkie uwagi. Pozwolę sobie odnieść się po kolei:
– dla niektórych będzie to kwestia warsztatu, dla innych stylu, dla pozostałych – preferencji, ale nie będę udawać – mam słabość do stylizowania tekstów, szczególnie tych mistycznych; jest możliwość, że tej “celtycko-średniowiecznej przyprawy” wkradło się zbyt dużo :)
– trafne spostrzeżenie z tą niezrozumiałą reinkarnacją, udało mi się wpleść subtelne doprecyzowanie, zobaczymy na ile zrozumiałe dla osób trzecich – pospiesznie tłumaczę, że sprawa jest znacznie prostsza i chodzi o zwykłą reinkarnację – nikt tutaj nie planował się odradzać jako dorosły, ale zapewne z autorskiej winy to nie wybrzmiało,
– w kwestii epilogu – ciężko byłoby mi znaleźć w nim słowa, które nie miały wyraźnej przyczyny pojawienia się i wzmianka o wieku mężczyzny również do takowych należy, natomiast kwestię interpretacji i “zrozumienia” lub “niezrozumienia” z radością pozostawiam otwartą – w końcu każdy czytelnik ma prawo do własnych wniosków!
– wrzące udo poleciało już do kosza, zastąpione (żywię nadzieję) adekwatniejszym słowem,
– warga również poprawiona, kolejny trafny punkt ;)
– ludzkie dziecko – owszem, tutaj mówimy o sidhe/elfach :)
Bardzo się cieszę, że moje przemyślenia okazały się dla Ciebie cenne!
Przy okazji, w myśl maksymy “człowiek ucz się całe życie”, dowiedziałem się czegoś nowego o elfach 
Hej ho!
Na początek małe czepialstwo:
– Zginąłem w walce – syknął, położył uszy poziomo
Taka podniosła scena, a tu nagle te uszy… :D
Wezbrana w ustach ślina zabulgotała głucho.
Zabulgotała i głucho brzmią sprzecznie.
Serce łomotało z zawziętością dzikiego zwierzęcia
To dzikie zwierzę wyskakuje tutaj trochę znikąd… Zresztą ludzie są chyba bardziej zawzięci niż zwięrzęta.
Bardzo ładny tytuł. Od razu wrzuca nas w elifickie klimaty. Bardzo spodobał mi się początek i pomyślałam, że będziemy świadkiem epickiej wędrówki wojownika, który próbuje wrócić do świata żywych i ukochanej. A tutaj reinkarnacja! :D
Szkoda mi głównego bohatera. Był wojownikiem, a nagle po śmierci stał się słaby i bezbronny, zdany na łaskę i niełaskę jakiegoś ptaszyska.
Też zwróciłam uwagę, że językowo było bardzo “ozdobnie”, ale jeszcze nie purpurowo. Przeczytałam z zainteresowaniem, choć przyznam, że zakończenie pozostawiło mnie z wieloma pytaniami. Rozumiem, że Nairne jednak na niego nie poczekała? Co to za trzepot skrzydeł? Kruka? W jakiej postaci powrócił Eaven?
Klikam i pozdrawiam!
Hmmm. Zgadzam się z Szafirowym Smokiem – mnie też ciężko się czytało. Nie mogłam dogrzebać się do orzeszka znaczenia. Tytuł kojarzył mi się celtycko, pojawiły się elfy, zwane niekiedy sidhe, boskie kruki nasuwały na myśl mitologię nordycką… Niby to wszystko jakoś się germańsko łączy, ale to raczej rozmyte chmury niż konkretne punkty styku.
Zdarzało się, że elfy były nieśmiertelne, ale żeby wierzyły w reinkarnację? Pierwsze słyszę.
Szafirowy Smok, co elf, to inny zwyczaj – u mnie lubią nie tylko z ociąganiem się starzeć, ale i dorastać :)
Marszawa, rzeczywiście, ręce uszy opadają w niefortunnym miejscu – ale może to i dobrze, nie można być ciągle poważnym! :D
Ślinę i serce spieszę poprawić, dziękuję za zwrócenie uwagi.
Bardzo się cieszę, że bohater wywołuje mieszane opinie, dyskusję, a tym bardziej, że epilog również. Właśnie z tą myślą zostały napisane – zobaczymy, jakie przemyślenia będą mieć kolejni czytelnicy.
Dziękuję za klik :)
Finkla, postać kruka była raczej moją własną interpretacją w tym konkretnym, autorskim świecie – fakt, konkretnej bogini, choć jej nazwę pozostawiam (nie)wyjawioną ;)
Podobnie kwestia elfów – to bardziej luźne zaczerpnięcie z wierzeń ludzkich. Pozdrawiam!