Tekst napisany pod wpływem filmu o istotach nadnaturalnych żyjących w niebie. Mam nadzieję, że ta luźna historyjka komuś się spodoba. Enjoy.
Tekst napisany pod wpływem filmu o istotach nadnaturalnych żyjących w niebie. Mam nadzieję, że ta luźna historyjka komuś się spodoba. Enjoy.
Wieko beczki pękło pod naporem topora. Górny pokład stał się mokry od spływającego rumu. Z ochotą chwyciłem za podany mi kufel i rum spłynął do żołądka z przyjemnym żarem.
Wiatr wzmógł się gwałtownie. Podniebna łajba przechyliła się ku bakburcie. Zareagowałem w porę i chwyciłem się balustrady. Dzięki czemu nie padłem na pokład. Tak, jak co mniej ostrożni. Głośno ich wyśmialiśmy z resztą chłopaków. Nie pozostali dłużni i barwnie opisali bliskie spotkania z naszymi matkami. Sternik wprawnym ruchem zamachnął kołem sterowym i wyrównał kurs. Lot ustabilizował się.
Ruszyłem do stanowiska. Musiałem uważać, gdyż nietrudno było poślizgnąć się na tych zalanych rumem deskach. Po drodze wpadłem jeszcze na kilku załogantów, ale bez większych problemów dotarłem do miotacza. Obejrzałem broń z największą dokładnością. Długa, wykonana z hartowanego, ciemnego żelaza lufa budziła respekt. Promienie słoneczne odbijały się od gładkiej, wypolerowanej powierzchni.
Zasiadłem, jeszcze raz rozejrzawszy się wokół. Chłopaki uwijali się jak mrówki. Biegali z miejsca na miejsce, dopilnowując sprawunków. Bez każdego z nich ta łajba dawno runęłaby z nieba.
Ta robiła wrażenie większe od miotacza. Podłużny, opływowy kształt pozwalał pokonywać nawet najsilniejsze wichry. Pancerne wzmocnienia znajdowały się jedynie na newralgicznych punktach. W ten sposób uniknięto nadmiernego obciążenia. Posiadała aż trzy, zamiast standardowych, dwóch par skrzydeł przyczepionych do burty. Dzięki temu trójmasztowa fregata pruła przez nieboskłon z niewiarygodną prędkością napędzana przez ciągle rozpalone piece, gdzie spalano Mag-Rudę z Ziem Poniżej.
Nie do końca pamiętam, jak kapitan Kenway wszedł w posiadanie Lewiatana. Nigdy też o to nie zapytałem. Za to z całą pewnością mogę stwierdzić, że łajba to była zacna i niezawodna. Gotów jestem stwierdzić, że na całym Morzu Wiatrów nie znalazłoby się równie szybkiej.
– Do roboty! – zakrzyknął kapitan.
Zaciągnąłem na głowę chustę i kilkukrotnie sprawdziłem jej wiązanie.. W tym czasie Nawigator wyrysował okrąg. Starannie wytyczył linię, nie myląc się nawet o milimetr. Zasiadł ze skrzyżowanymi nogami pośrodku kręgu. Wziął głęboki oddech. Zamknął powieki i wypił zawartość niewielkiej buteleczki. Pokryte bielmem oczy otworzyły się gwałtownym ruchem.
Wiatr wydał się na moment jeszcze zimniejszy. Okrąg pokrył się bladym, ledwie widocznym światłem – trans Nawigatora rozpoczął się. Z ust mężczyzny wydobyły się szanty. Dla niezaznajomionych z powietrzną żeglugą były zupełnym bełkotem. Jednakże nikt poza nawigatorami nie był w stanie przewidzieć, czy przypadkiem nie uderzy w nas samotna, lecąca pośród chmur skała. Wersy szant skrywały wskazówki. To dzięki nim sternik mógł obrać właściwy kurs.
Obserwator świsnął przeciągle. Z bocianiego gniazda wskazywał na obiekt w oddali. Bez ustanku kręcił soczewką wszczepionego w miejsce lewego oka Powiększacza. Padł kolejny komunikat. Potwierdził obecność obcej jednostki.
Wyciągnąłem ku górze pośliniony palec. Wiatr wiał stabilnie w zachodnim kierunku. Po burzowych chmurach ani śladu. Uśmiechnąłem się. Warunki były przednie.
Zwolniłem mechanizm komory. Wyjąłem odpowiednią runę z pojemnika u boku miotacza. Zaciągnąłem zasuwę, zamykając komorę z runą w środku. Spojrzałem ku pozostałej czwórce operatorów. Gestem daliśmy sobie znać, że dobraliśmy identyczne runy. Nawet najdrobniejsza różnica mogła doprowadzić do przeciążenia energetycznego miotaczy i wybuchu.
Na rozkaz kapitana Kenwaya wycelowaliśmy we wskazanym kierunku. Zapadła cisza. Rozbrzmiewały jedynie delikatne wietrzne szumy oraz szaleńcze szanty Nawigatora. Dotąd niewyraźny kształt wyostrzał się, aż dostrzegliśmy jego kontury.
– Ognia! – komenda padła, gdy znaleźliśmy się w zasięgu.
Kanonada kulistych piorunów zawędrowała w kierunku wrogiego statku. Obserwator wyskoczył z bocianiego gniazda. Zręcznie, niczym małpa przeskoczył do bandery. Sztandar Białego Kruka ustąpił naszemu własnemu – białej czaszce ze skrzyżowanymi piszczelami. Na jej czubku widniał czerwony kapelusz. Identyczny do tego, którym kapitan Kenway zasłaniał łysinę.
Pierwsze pioruny dotarły do celu. Uderzyły w sterburtę. Już to wystarczyło, aby uszkodzić ich mechanizm unoszący. Staraliśmy się nie trafiać w rozpostarte u burt skrzydła. Nie zależało nam na strąceniu statku. Naszym celem było przechwycenie drogocennego ładunku.
Wrogi kapitan zadął w róg, ogłaszając alarm. Okrążaliśmy ich wokół w rytmie szant. Szaleńcze śpiewy podziałały na mnie niczym mantra. Całą uwagę przekierowałem na celownik. Strzał za strzałem. Rzeczywistość przestała istnieć. Byłem tylko ja i mój miotacz.
Nie musieliśmy długo czekać na odpowiedź. Wystrzelone z ich własnych miotaczy głazy powędrowały ku górze. Rozpadły się na dziesiątki, jeśli nie setki mniejszych odłamków. Zalał nas skalny deszcz. Lewiatan zatrząsnął się pod ich naporem. Do szant dołączyły przekleństwa rannych. Ponowiliśmy ostrzał ze zdwojoną siłą. Przymknąłem lewą powiekę. Wycelowałem w maszt. Głęboki wdech. Wystrzał. Trafienie. Maszt obalił się, tworząc dziurę w pokładzie. Wrogi statek zatrzymał się.
Zataczane przez nas kółka zmniejszały się stopniowo. Bosmani wydzierali się na lewo i prawo. Majtkowie wraz z resztą zostali pogonieni na górny pokład. Deski poszły w ruch, tworząc prowizoryczny pomost. Dwustronny ostrzał ustał zupełnie.
Kapitan Kenway podwinął mankiety. Odłożył swój charakterystyczny, czerwony płaszcz. Zaciągnął sznurek, upewniając się, że nie zgubi ukochanego kapelusza. Zakrzywione ostrze kordelasa błysnęło wydobyte z pochwy. Wszyscy, łącznie z operatorami, ustawili się tuż za nim. Trzymaliśmy pałki, szable i topory. Dosłownie wszystko to, co było pod ręką.
Żagle załopotały pod wpływem wiatru. Słońce wznosiło się ku górze, rzucając światło na nasze brudne i styrane wielotygodniową żeglugą twarze. I w jednym momencie, na jedno skinienie dłonią, ruszyliśmy do abordażu.
Przerzucone deski ugięły się pod naszym ciężarem. Obrońcy byli zwykłymi kupcami, jakich pełno. Dlatego też zaskoczyli nas zaciekłością, z jaką odparli pierwsze natarcie. Znałem tych nieszczęśników, którzy spadli z desek. Wytrąceni spadali w dół jeden za drugim. Ich krzyk milknął stopniowo, w miarę jak ich bezwładne w powietrzu ciała zbliżały się ku ziemi.
Naparliśmy jeszcze mocniej, przepełnieni furią. Zmuszeni musieli cofnąć się, umożliwiając nam przeskoczenie przez burty i balustrady. Otoczyła nas chmara uzbrojonych przeciwników. Ciąłem na lewo i prawo. Nawet nie przyglądałem się specjalnie, czy bije swoich, czy tamtych. W ferworze walki trudno było odróżnić jednego od drugiego.
Zupełny już chaos zapanował, gdy w ruch poszła broń palna. Pistolety nie milkły nawet na moment. Starałem się lawirować pośród wszechobecnych oparów kurzu i dymu. Ale moje szczęście musiało się kiedyś skończyć.
Jak podniebne Morze Wiatrów długie i szerokie, tak niezmienne jest umiłowanie żeglarzy do rumu. Kupcy, piraci, członkowie marynarki – wszyscy bez wyjątku pili ten uszlachetniający trunek. Niestety tym razem, okazał się moją zgubą. Poślizgnąłem się na mokrej plamie, która wylewała się ciurkiem z podziurawionej przez wystrzały beczki. Upadłem przodem i uderzyłem brodą o schodek prowadzący na mostek. Momentalnie zgasłem.
Gdy się ocknąłem, było już po walce. Otarłem pokrwawioną i obślinioną twarz. Syknąłem z bólu. Z rozmazanym wzrokiem rozejrzałem się. Pozostali przy życiu kupcy oraz ich strażnicy siedzieli skrępowani na środku pokładu. W gruncie rzeczy martwych nie było zbyt wielu. Kapitan Kenway nie należał do miłośników rozlewu krwi. Jak sam twierdził: była to niehigieniczna konieczność uprawianego zawodu. Nie znaczyło to, że jakoś specjalnie obchodził go los poległych.
Wstałem z trudem, opierając się rękoma o pozostałości balustrady. Wiszące u boku skrzydła wciąż łopotały to w górę, to w dół. Statek kołysał się z lekka. Zakręciło mi się od tego w głowie. Nieuważnie wdepnąłem w tę samą plamę. I ponownie poślizgnąłem się i upadłem. Tym razem na plecy. Nie uszło to uwadze moich kamratów. Wybuchli śmiechem, łapiąc się pod boki. Nawet po twarzach jeńców dało się zauważyć cień zażenowania.
Leżałbym dłużej, zawstydzony, gdyby nie kapitan Kenway. Ponownie przyodział swój czerwony płaszcz. Koszula, dotąd biała, pokryła się czerwienią – dowodem aktywnego udziału w abordażu. Wyciągnął do mnie dłoń. Przyjąłem pomoc i stanąłem na nogi. Poklepał mnie po plecach i dołączył w swym śmiechu do pozostałych.
– Dobrześ się tam, bratku, spisał z tym masztem – wyszczerzył się, odsłaniając wybrakowane uzębienie. – Ale w zwarciu to ty się musisz podszkolić psubracie.
Ponownie klepnął mnie. Na moment wytrąciłem się z równowagi, ale tym razem zapanowałem nad własnym ciałem i uniknąłem upadku. Z głośnym westchnieniem podszedłem do pozostałych. Radość, która wtedy wybuchła, była jedyna w swoim rodzaju. Takie uczucie może towarzyszyć tylko udanym napadom. Nawet, mimo upływu lat, wciąż uważam je za jedno z najwspanialszych, jakie człowiek może doświadczyć.
Z dolnego pokładu wynurzyła się czwórka osiłków. Z trudem wyciągnęli za sobą dwie, ciężkie skrzynie. Kapitan Kenway podszedł do nich zaciekawiony. Zerknął i drwiąco prychnął na kupców. Potężnym kopnięciem przewrócił kufer.
Spod otwartego wieka wylał się potok srebrnych, okraszonych symbolem Białego Kruka monet. Nie mogłem oderwać oczu od blasku tych równo ociosanych kwadratów. Cały statek zatrząsnął się w posadach, Rozpoczęliśmy tańce oraz wesołe podskoki w przypływie nagłej euforii.
Serce waliło mi jak oszalałe, a głowa pękała od nadmiaru emocji. Potrzebowałem ochłonąć. Odszedłem na chwilę na bok i oparłem się o balustradę. Przymknąłem oczy. Perspektywa możliwego udziału wywołała u mnie ból szczęki. Za nic w świecie nie mogłem przestać się uśmiechać. Zacząłem snuć wizje skromnego, położonego nad jednym z tych mórz, co to są poniżej, domu. Już słyszałem szum fal. Bosą stopą dotykałem chłodnej wody, a moja zmyślona żona szeptała mi do uszu:
– Głaz…
Zerwałem się gwałtownie. Zabawa dopiero się rozkręcała. Jednak mnie w jednej opuścił dotychczasowy entuzjazm. Poczułem na plecach dreszcze, spowodowane cichym szeptem. Gorączkowo rozglądałem się, ale nigdzie nie dostrzegałem jego źródła.
– Głaz… – ponownie usłyszałem cichy, ledwie wyraźny głos.
Przeczucie pokierowało mnie z powrotem na pokład Lewiatana. I wtedy go zauważyłem. Twarz nawigatora przybrała ten sam kolor, co bielmo, którym zaszły jego oczy. Przed abordażem klęczał i wyprostowany wyśpiewywał głośno szanty. W tamtym momencie uginał się pod własnym ciężarem. Pochylał się coraz bardziej i powtarzał: „Głaz…”, „Głaz…”.
Podbiegłem do niego. Energicznie nim potrząsnąłem. W chaosie abordażu zapomnieliśmy o nim. Raz wpuszczony w trans nawigator będzie w nim trwał dopóty nie zostanie wybudzony. Na szczęście jego wzrok powrócił do normalności. Łapczywie łapał powietrze. Nagle chwycił mnie za kołnierz i przyciągnął ku sobie. Patrzyliśmy sobie prosto w oczy, gdy ze śmiertelną powagą wyrzekł:
– Nadlatują…
W tej samej chwili padł nieprzytomny, bezwładny jak szmaciana lalka. Nie od razu dotarło do mnie znaczenie jego słów. Gdy jednak tak się stało, zerwałem się na równe nogi. Podbiegłem do burty i z całych sił wykrzyczałem:
– Kapitanie!
Nie usłyszał. Ani on, ani nikt inny. Załoga dorwała się do ocalałej z abordażu beczki. Zabawa trwałaby zapewne dalej, aż do białego świtu.
Zamiast tego, niebo pokryły odłamki drewna. Ciemny metal runicznych dział błysnął, lądując w sobie tylko znanym miejscu. Wybity z oczodołu Powiększacz mignął mi na sekundę przed twarzą wraz z tym, co pozostało z jego właściciela. Wystarczyło kilka sekund, aby lecące z przeciwnych kierunków skały przebiły się przez statki. W jednej chwili solidne deski pokładu zamieniły się w niczym nieograniczoną przestrzeń nieba. Grawitacja pociągnęła wszystkich w dół. Dzieliły nas zaledwie minuty od upadku.
Nie było ratunku. Nie było nadziei. Nasz los był przesądzony. Recytowałem wszystkie znane mi modlitwy. Nie pominąłem żadnego ze znanych bogów. Ze strachu gotów byłem oddać duszę każdemu, który zechce słuchać zanim zderzę się z twardym gruntem Ziem Poniżej.
Nagle zawisnąłem w powietrzu. Coś oślizgłego i miękkiego owinęło mi się wokół pasa. Reszta, na czele z kapitanem Kenwayem oraz spętanymi kupcami, wciąż leciała w dół. W końcu szum przybierającego na sile wiatru zagłuszył ich opętańcze wrzaski, a mnie trzymała elastyczna i galaretowata macka. Nie potrafię poprawnie opisać kształtu… tego czegoś. To coś, za każdym razem wyglądało inaczej. A przy tym było niemalże przezroczyste.
W pierwszym odruchu chciałem krzyczeć, ale nim zdążyłem wydobyć z siebie jakikolwiek dźwięk, poczułem się senny. Ciemność wstąpiła na niebo i pochłonęła wszystko. Nie uszedł jej nawet najmniejszy z promyków słońca. Wiatr ustał zupełnie, ale mimo to chłód przeszył mnie na wskroś. Po galaretowatej istocie nie było już śladu. Macka również zniknęła. Wisiałem pośród otchłani. Nie mogłem poruszyć ani rękoma, ani nogami. Żaden mój mięsień nie był w stanie nawet drgnąć.
Obudziłem się na chłodnej ziemi, a nocne niebo rozświetlały gwiazdy. Wszechobecne odłamki niegdyś były dumną i zwinną fregatą, Lewiatanem. Ciała naszej załogi leżały wokół, połamane na wszelkie możliwe sposoby. Chwytałem za garść rozrzuconych po upadku kwadratowych monet i uciekałem. Jak najdalej. Byle oddalić się od tej katastrofy i zapomnieć. Rozpocząłem nowe życie, stopniowo zapominając o dawnym. Uczciwie prowadziłem gospodarstwo nad brzegiem morza. Żyłem z połowu ryb i skorupiaków. W końcu abordaż stał się mglistym i odległym wspomnieniem. I za żadne skarby nie chcę wiedzieć, czym była ta tajemnicza, miękka istota.
No i czego się tak na mnie gapisz? Nie wierzysz mi? Ha! Może i słusznie. Mogę przecież zmyślać. Postaw mi lepiej kolejny kufel. Mam jeszcze jedną, czy dwie historie w zanadrzu. Może jeszcze cię przekonam, że mówię prawdę?
Oczywiście, gdy już wrócisz z napitkiem.
Hej! Kupiłeś mnie tym zakończeniem w karczmie – sam chętnie postawiłbym bohaterowi kolejny kufel rumu za taką historię.
Świat, który tu zbudowałeś, jest mega intrygujący. Latające statki na Mag-Rudę to jedno, ale pomysł z Nawigatorem, który wpada w trans i śpiewa szanty, żeby omijać podniebne skały, to absolutny strzał w dziesiątkę! Bardzo podobał mi się też upadek na rozlanym rumie podczas abordażu – taki mały, życiowy detal, a świetnie przełamuje patos bitwy. No i ta przedziwna, przezroczysta macka na koniec… Niezły odlot.
Sam dopiero uczę się pisać, więc nie wchodzę w rolę redaktora i nie szukam u innych potknięć warsztatowych. Szukam za to dobrej wyobraźni i przygody, a tego u Ciebie zdecydowanie nie brakuje.