- Opowiadanie: Powalinczyk - Wyrwane stronice Avalorii – Aequis (zakończenie)

Wyrwane stronice Avalorii – Aequis (zakończenie)

Zapraszam na ostatnią część przygód Aequisa. 

Linki do poprzednich części:

https://fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34858 cz.1

https://fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34919 cz.2

https://fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34993 cz.3

https://fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/35069 cz.4

https://fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/35154 cz.5

 

Pomimo zakończenia historii Aequisa, czas w Avalorii nie zatrzymuje się. Po dłuższej przerwie, Wyrwane stronice Avalorii otworzą się na nowo z nowymi bohaterami oraz możliwościami. Mam zamiar pokazać, że ten świat nie opiera się tylko na mocach – wypaleniu i luminacji – i ma jeszcze wiele argumentów do walki o równowagę. 

W kolejnych przygodach zaprezentuję potęgę płynącą z magii oraz piętn bóstw, które na równi można stawiać z mocami. 

Oceny

Wyrwane stronice Avalorii – Aequis (zakończenie)

Obrócił w dłoniach wyszczerbiony puginał. Patrzył na ostrze przez długą chwilę, po czym z cichym zgrzytem wsunął oręż za pas. Stal utraciła status wyłącznie cmentarnego reliktu i symbolu straty, stanowiąc od teraz żelazną obietnicę.

Zrobił krok naprzód. Tkanka rzeczywistości ustąpiła bez najmniejszego oporu, gładko wpuszczając wojownika za zasłonę nicości.

Doskonale pamiętał poprzednią przeprawę. Wtedy otaczające cienie rwały się niczym górski strumień, a wypalenie w żyłach wyło ze strachu, żądając odwrócenia wzroku i ucieczki przed Pradawnym. Dzisiaj domena reagowała zupełnie inaczej. Czarno-purpurowa mgła ustępowała w pośpiechu nabożnym przerażeniem. Dar Noxiarisa, dotąd chłodny i wyrachowany, teraz gotował krew. Przestał dygotać ze strachu, ulegając patologicznemu głodowi i żądzy zemsty. Zaszczuty ogar przepoczwarzył się w krwiożerczego drapieżnika, desperacko szukającego gardła do rozszarpania. Dawna zwierzyna wyruszyła na łowy, a cały wymiar cieni doskonale zdawał sobie z tego sprawę.

A jednak z każdym kolejnym krokiem narastał dławiący, fizyczny niesmak. Przetrawiał pochłoniętą na polu bitwy esencję sług Malakara. Obca potęga krążyła w układzie nerwowym, pompując mięśnie nienaturalną siłą, ale w ustach zostawiała posmak zgnilizny. Zacisnął zęby. Przez całe życie gardził skrajnościami, a najgłębszą nienawiścią darzył Architektów.

A teraz? Postąpił identycznie. Użył mroku dla zyskania przewagi w ostatecznym starciu. Chcąc przetrwać, ocalić Simulię i przywrócić szalę, z premedytacją przeistoczył się w znienawidzonego potwora. Splugawił duszę.

Splunął gęstą, niemal czarną śliną w fioletową mgłę, trawiąc bezbrzeżne obrzydzenie do obecnej fizyczności. Droga powrotna przepadła. Szansa na odkupienie ostatecznie wyparowała. Ucieleśniał chodzący paradoks – upadłego Architekta niosącego Równowagę.

Zatrzymał się. Przez rozedrganą, purpurową zasłonę wyłonił się cel podróży. Poszarpane mury Fortu Ur'Atill wyrosły niczym ząb wbity w krwawiące dziąsło. Czarna twierdza wciąż pulsowała mrokiem, lecz budowla utraciła dawną, paraliżującą grozę. Zacisnął dłoń na rękojeści urumi i opuścił strefę cienia. Pradawny musiał zapłacić.

Ciężkie, kute z czarnego żelaza wrota leżały strzaskane w drobny mak. Wkroczył do dusznej komnaty. Zanim Przedwieczny zdążył w ogóle zareagować, uwolnił pełnię gniewu. Przestrzeń wokół zapadła się z ogłuszającym trzaskiem. Czerń wyrwała się z trzewi, w ułamku sekundy formując niszczycielskiego awatara poprzecinanego grubymi, fioletowymi żyłami. Wszelkie bariery runęły. Pierwotna moc Malakara, okiełznana ludzką wolą i podsycona pochłoniętą esencją wypaleńców, gotowała się pod skórą.

W samym centrum sali, nad zrujnowanym podestem, unosił się stwórca tej potęgi. Przybrał falującą, dymną formę o czterech potężnych ramionach.

– Łudzisz się, że skradzione słońce obróci starożytną naturę przeciwko pierwotnemu panu? – zadudnił, wypełniając słowa chłodną arogancją, choć bacznie obserwował pulsującego mrokiem wojownika.

Prowokacja zawisła w próżni. Ciało wystrzeliło w przód z drapieżną prędkością. Zderzyli się z dewastującą siłą. Urumi natychmiast zamieniło się w wirującą sferę tnącej stali i purpurowego mroku. Starcie przybrało kształt tytanicznego pojedynku dwóch równorzędnych potęg, całkowicie odrzucając pozory jednostronnej rzezi czy egzekucji. Fale uderzeniowe kruszyły czarne filary i wgniatały posadzkę za każdym razem, gdy stalowe wstęgi krzyżowały się z formowanymi z dymu ostrzami.

Sytuacja zmusiła Pradawnego do najwyższego wysiłku. Każde zablokowane uderzenie pożerało cząstkę rdzennej mocy, rwąc brzegi dymnej formy. Nacierający bez wytchnienia Aequis dostrzegał stopniowe słabnięcie wroga.

Jednakże jego przewaga opierała się na brutalnej, wybuchowej sile, podczas gdy przeciwnik dysponował orężem o wiele cenniejszym – tysiącleciami bitewnego doświadczenia.

Wyprowadzone z potężnym impetem obrotowe cięcie nie napotkało bloku. Malakar zrezygnował z obrony, detonując w zamian jedną z mrocznych broni tuż przed twarzą przeciwnika. Eksplozja uwolniła jedynie gęstą, smolistą chmurę. Czarna zasłona na ułamek sekundy całkowicie oślepiła zmysły. Chwila dezorientacji w zupełności wystarczyła. Przed powrotem do bezpiecznej postawy, demon brutalnie skrócił dystans. Utkane z nicości, niewidzialne w ciemnościach ostrze przemknęło tuż nad posadzką i z głośnym chrzęstem wbiło się w bok Strażnika.

Gardłowy krzyk utonął w huku walki. Lewe ramię, odcięte idealnie tuż pod barkiem, potoczyło się w gruz, obficie bluzgając krwią.

Zatoczył się do tyłu, lecz potworny ból nie stępił niezłomnej woli. Z krwawiącego kikuta natychmiast buchnęła gęsta, purpurowa mgła. Wypalenie zadziałało bezbłędnie, błyskawicznie formując fantomową kończynę, powierzchownie tamując krwawienie. Biczomiecz ponownie zatańczył, a utkana z mroku dłoń uderzała z równą siłą względem utraconego oryginału.

Źródło problemu nie leżało jednak w zawadzającej mocy, lecz w śmiertelnej biologii. Iluzja opanowania ran szybko prysła – masywny krwotok z rozerwanego barku ostatecznie nie ustawał. Z każdym uderzeniem serca ludzkie ciało – mimo osłony awatara – traciło krew, tlen i energię. Mięśnie zaczęły drżeć, a płuca paliły żywym ogniem. Wojownika ponownie zdradziła fizyczna powłoka.

Mordercze ciosy traciły na prędkości. Malakar, choć falował z wysiłku, dysząc i tracąc spójność mrocznej sylwetki, bezlitośnie wykorzystał każde ułamkowe opóźnienie. Pojedynek przybrał formę brutalnego dobijania ofiary. Zmiażdżenie gardy uderzeniem oburącz wymusiło upadek Strażnika na zrujnowany kamień. Żebra trzasnęły, a aura awatara zamigotała i zgasła, całkowicie rozbita brakiem sił witalnych. Urumi z brzękiem opuściło omdlewającą dłoń.

Pradawny pochylił się nad pokonanym. Skrajne wyczerpanie nie zdołało ugasić triumfalnej nienawiści, tryskającej z jarzących się ślepi. Zacisnął dłoń na twarzy, brutalnie podrywając ofiarę w górę i wymuszając spojrzenie prosto w bezdenne oczy.

– Patrz, jak wyśniony, idealny świat obraca się w pył – wycharczał. Powietrze wokół palców zapaliło się fioletowym żarem.

Mrok wżerał się w tkankę. Skóra na twarzy skwierczała, trawiona z mściwą satysfakcją. Agonia natychmiast pchnęła umysł na skraj całkowitego obłędu, paląc połowę oblicza i zostawiając potworne, nieodwracalne piętno.

Lecz demon, upojony okrutnym zwycięstwem, popełnił błąd arogancji. Zignorował ludzką naturę.

W ostatniej, pękającej od bólu sekundzie, ocalała prawa dłoń ześlizgnęła się wzdłuż uda. Ślepo kierowana wyłącznie instynktem, zacisnęła drżące palce na zimnej rękojeści ukrytej za pasem. Zwykły, wyszczerbiony puginał. Pozbawiony mocy.

Uwalniając ryk bezgranicznej desperacji z resztką tchu, pchnął broń w górę. Pordzewiała stal zanurzyła się głęboko w korpus demona, trafiając prosto w sploty falującej wewnątrz ciemności.

Uścisk natychmiast zelżał. Zwalił się wprost na gruzy, uderzając zmasakrowanym barkiem o chłodny kamień i dławiąc się krwią.

Przedwieczny zatoczył się do tyłu z ryczącym skowytem. W jarzących się ślepiach po raz pierwszy zagościł obezwładniający szok. Moc nie wyrządziła mrocznej powłoce szkód; dokonało tego śmiertelne żelazo. Mrok odmawiał zasklepienia wyrwy, a starożytna potęga gwałtownie uchodziła z cielska wroga. Za plecami przestrzeń rozdarła się z ogłuszającym trzaskiem. Szczelina Otchłani stanęła otworem, wzywając rannego stwórcę. Unikając ostatecznej zguby, wpadł do portalu. Wyrwa natychmiast zatrzasnęła się z głośnym mlaśnięciem.

Aequis spoczywał w pyle, półprzytomny, ze zwęglonym obliczem i fantomową dłonią zaciskającą się na piachu. Oddychał. Przetrwał.

Ciężkie kroki odbijały się echem w ciszy zrujnowanej twierdzy. Wyłonił się z Ur'Atill, przekraczając linię zniszczonych wrót. Przypominał upiora wyplutego z obrzydzeniem przez samą śmierć. Połowa twarzy stanowiła dymiącą maskę popalonej skóry i żywego mięsa, a z rozerwanego lewego barku sączyła się gęsta posoka. Fantomowe ramię z wypalenia migotało słabo, ostatecznie rozwiewając się w chłodnym wietrze.

Przed płaskowyżem czekało morze zbrojnych. Zakon Zjednoczenia przetrwał rzeź, przeorganizował szyki i dotarł pod samą bramę wroga. Tysiące wojowników – luminatów i wypaleńców stojących ramię w ramię pod wspólnymi sztandarami – zamarło na widok samotnej, zmasakrowanej sylwetki.

Z pierwszego szeregu natychmiast wyrwała się Simulia. Biegła, potykając się o gruz, a po umazanych sadzą policzkach płynęły łzy. Dopadła Strażnika w chwili zachwiania. Rzuciła się na szyję, wywołując syk bólu, choć resztką sił ocalałe prawe ramię zdołało objąć kobietę.

– Potrzebuję wypaleńca z umiejętnością zasklepiania tkanek! – krzyknęła łamiącym się głosem, odwracając wzrok w stronę oddziałów. 

Jeden z odzianych w czerń zakonników natychmiast wystąpił z szeregu, z dłońmi otulonymi formującą się, leczącą purpurową mgłą.

Aequis uniósł ciężko dłoń, zatrzymując go stanowczym gestem. Wokół palców zasyczała niebezpieczna nicość.

– Nie podchodź – wycharczał. Głos przypominał dźwięk kruszonego kamienia. – Sam… sam sobie poradzę. Moja moc nie jest już bezpieczna.

Wypaleniec zatrzymał się w pół kroku, zerkając niepewnie na dowódczynię. Simulia odprawiła zakonnika szybkim ruchem głowy. Spojrzała w ocalałe, stalowoszare oko. Uśmiechała się przez łzy, a spojrzenie zdradzało bezgraniczną ulgę i wizję upragnionego pokoju.

– Zwyciężyliśmy, Aequisie. To koniec – wyszeptała, gładząc kciukiem zdrową połowę twarzy. – Wolność nadeszła. Zakon Zjednoczenia czeka w gotowości. Poprowadzimy go razem. Zbudujemy nowy świat, pozbawiony miejsca na skrajności wywołujące wojny. Nic już nie sprowadzi rozłąki.

Oparł czoło o ramię kobiety, zamykając na moment oko. Pragnienie wiary w te słowa paliło od środka. Przez ułamek sekundy pozwolił sobie poczuć ciepło drobnego ciała, zapach ziół i obietnicę azylu, poszukiwanego przez całe życie.

Następnie delikatnie, acz nieustępliwie, przerwał uścisk.

– Nie ma „nas”, Simulio – powiedział cicho, opłacając każde słowo resztkami sił. – Spójrz uważnie.

Odsunął się, pozwalając światłu dnia w pełni obnażyć przerażający stan. Problem wykraczał poza makabryczne oparzenia. Czarno-purpurowe żyły pulsowały pod naskórkiem, układając się w demoniczne wzory. 

– Odrzuciłem kontrolę Malakara, lecz wtłoczona potęga… oraz esencja pochłonięta niczym przez najgorszego z Architektów, zapuściła korzenie wewnątrz – ciągnął, a głos tracił ludzkie ciepło, ustępując miejsca lodowatej determinacji. – Uległem spaczeniu. Krew w żyłach ustąpiła miejsca płynnej Otchłani. Stanowię uosobienie potwora niegodnego przekroczenia bram obozu.

– To kłamstwo, uratowałeś… – zaczęła, lecz natychmiastowy gest dłoni nakazał milczenie.

– Zawsze działałem w pojedynkę – przerwał brutalnie. – Zmiana nie wchodzi w grę. Równowaga wymaga ofiar. Pobyt tutaj wcześniej czy później obudzi mroczną naturę. Przywiązanie… przywiązanie rodzi strach przed stratą. Ten strach sprowokował wchłonięcie pogardzanego dotąd mroku. Lęk przed utratą bliskich musi ostatecznie odejść w niepamięć.

Zrobił krok w tył z trudem utrzymując pion. Moc falowała w miejscu odciętej ręki, tamując powoli krwawienie. 

– Zbuduj ten nowy świat, Simulio. Sprawdzisz się w roli wspaniałej przywódczyni. Lecz pamięć o dzisiejszych wydarzeniach i dawnym Strażniku musi wygasnąć.

Kobieta stała w milczeniu. W jasnych oczach toczyła się gwałtowna walka. Odrzuciła histeryczne błagania czy krzyki o niesprawiedliwości losu. Przełknęła ciężko ślinę, prostując ramiona i przybierając dumną postawę godną głowy Zakonu Zjednoczenia. Pojęła ciężar tej decyzji. Zrozumiała śmierć ukochanego człowieka w dniu pierwszego wchłonięcia esencji Malakara. Oblicze naprzeciwko stanowiło zaledwie echo dawnego kochanka. Skinęła wolno głową, oddając ostatni, niemy hołd.

Ruszył w dalszą drogę. Szedł powoli, utykając. Zastępy rozstąpiły się, tworząc szeroki szpaler. Część wojowników opuszczała wzrok ze strachu przed pulsującą aurą, inni uderzali pięścią w napierśniki w geście najwyższego wojskowego szacunku. Minął tłum z całkowitą obojętnością. Kroczył w stronę spowitych szarością pustkowi. Samotny, zniszczony i potężniejszy niż kiedykolwiek. Z każdą chwilą sylwetka malała na horyzoncie, ostatecznie rozmywając się w opadającej mgle i pozostając jedynie szeptem na kartach nowej historii.

 

***

 

Przestrzeń Otchłani rozdarła się z ogłuszającym wizgiem, przypominającym pisk setek ciał obdzieranych ze skóry. Z portalu wypadł Malakar, z łoskotem uderzając o bazaltową skałę. Wyrwa natychmiast zatrzasnęła się z mlaśnięciem, zostawiając Pradawnego w dusznych ciemnościach własnego królestwa.

Z trudem dźwignął się na cztery ramiona. Dymna forma niebezpiecznie falowała, tracąc spójność. Z rozerwanej klatki piersiowej obficie sączyła się gęsta posoka. Z każdym uderzeniem nienaturalnego serca na skały kapała czysta, mroczna esencja.

Wrzask, wyrywający się po chwili z gardła, wstrząsnął fundamentami zaświatów. Ryk niepohamowanej wściekłości obwieścił porażkę. Po eonach podbojów, doznał upokorzenia, zmuszony do ucieczki przez zwykłego śmiertelnika.

– Śmieć… – wydusił, zaciskając potężne pięści, aż bazalt chrupnął pod miażdżącym naciskiem. – Żałosny, ludzki złodziej! Zapłacisz za dzisiejszą zuchwałość, Aequisie. Rozerwę twój umysł milimetr po milimetrze, a urojony, idealny świat utopię we krwi!

Z gęstniejących oparów bezszelestnie wyłoniła się smukła, odziana w czerń sylwetka. Twarz ukryta w głębokim cieniu kaptura, pozostawała całkowicie nieodgadniona. Gideon, najwierniejszy z infiltratorów Pradawnego, zatrzymał się w pełnym szacunku dystansie. Szpieg i sabotażysta o umyśle taktycznym, przerastającym wszelkie wyobrażenia, rzadko okazywał emocje. Widok krwawiącego stwórcy zrodził umyśle niebezpieczną, wręcz bluźnierczą iskrę fascynacji. Absolut dał się zranić. Nieśmiertelność i wszechmoc stanowiły zaledwie iluzję. Kosmiczną potęgę dało się pokonać. Natychmiast zdusił ten tok myślenia, ukrywając rosnącą intrygę głęboko za maską chłodnego, bezwzględnego posłuszeństwa.

– Panie… – odezwał się opanowanym głosem, wypranym z jakichkolwiek oznak zdrady. – Czy moi ludzie mają przeniknąć do tego świata?

Malakar uniósł głowę. Z jarzących się ślepi trysnęła purpurowa błyskawica nienawiści, uderzając w skałę zaledwie cal od butów sługi.

– Obserwatorzy pozostaną w Otchłani – warknął, powoli podnosząc się. Każdy ruch sprawiał widoczny ból, lecz niezłomna duma wykluczała dalsze klęczenie. – Buntownik odrzucił boski dar. Ukradł potęgę i śmiał użyć żelaza przeciwko mnie.

Zasyczał, przyciskając dłoń do dymiącej rany na piersi.

– Doprowadzę ten konflikt do końca osobiście. Zmiażdżę fałszywą równowagę i wymuszę na złodzieju obserwację, jak doczesny padół obraca się w nicość. Odzyskanie pełni sił wymaga jednak czasu.

Podwładny schylił głowę, czekając cierpliwie na kolejne słowa. Zastanawiał się, którą osobę z Cienistego Kręgu oddeleguje, aby położyła kres wszelkim znakom luminacji. 

– Gideonie – zadudnił. – Sprowadź Ravoka i jego legiony. Kolejny powrót do Avalorii wyklucza wysłanie zwykłych oddziałów. Wyślę apokalipsę.

 

Koniec
Nowa Fantastyka