- Opowiadanie: Tamer0908 - Dzwon

Dzwon

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Dzwon

Był ogromny i metalowy. Jego potężne krzyki odbijały się echem od gór i wzgórz. Od rzek i jezior. W ludzkich sercach i wewnątrz ich myśli. Przez tysiące lat pozostawał największym obiektem niestworzonym przez naturę.

#

Nie myślał nigdy nad tym, kim jest. Łowca to jedyne, czym mógł, kiedykolwiek zostać.

Zimny wiatr wiał mu prosto w oczy i ciągnął jego siwymi, zbyt długimi, włosami. Jego plemię nie miało w zwyczaju trzymać długich włosów. Nie byli jak inni ludzie, których rzadko spotykali. Lubili czystość. Lubili porządek. On od dawna już taki nie był. W pewnym momencie przestał pasować. Oczywiście trzymał tradycję, gdy był młodszy. Kiedy był taki jak inni i żył pod innym imieniem. Teraz stał się inny. Polował dłużej niż każdy inny mężczyzna, którego poznał. Był jednym z dwóch znanych mu ludzi, który miał okazję spotkać dzieci swych, dzieci. Jego plemię nazywało go teraz szarowłosym. Nie zawsze miał takie imię. Miał ich wiele przez swoje życie, lecz to podobało mu się najbardziej. Nosił je pięć zim. Krócej niż swoje poprzednie, to trzymało się go przez długi czas. Lecz właśnie szarowłosy wydawało mu się bardziej prawdziwe. Było bardziej pospolite, nie oznaczało się wielkim czynem, czy specjalną cechą, lecz ten fakt właśnie nadawał mu urok. Zbyt wiele było pogromców i niszczycieli. Zbyt wiele szalonych i szybkich. Zbyt niewielu szarowłosych.

Żył długo. Tak długo, że nie był pewny, ile dokładnie. Nie wiedział również, czy ktokolwiek, kogo poznał miał okazję żyć dłużej. Pamiętał zielonookiego, ze swojego dzieciństwa. Mężczyzna wydawał się stary, bardzo, bardzo stary. Jego skóra była wysłużona i zeschła. Pełna nacięć i zgnieceń. Jego oczy zmęczone i zamglone. Gdy był młody, zielonookiemu nie zostało już wiele zieleni. Bywały dni, gdy nie odzywał się do nikogo. Jeśli ktoś chciał z nim rozmawiać, to zwykle otrzymywał w odpowiedzi jedynie gniewne słowa. Mężczyzna nie potrafił już wtedy dobrze chodzić czy polować. Pod koniec pomagali mu nawet jeść. Umarł, zanim szarowłosy zobaczył dziesiątą zimę. To jedyny mężczyzna, o którym wiedział, że dożył podobnego wieku. Kiedyś wydawał mu się dziwny, inny od reszty grupy, prawie obcy. Teraz szarowłosy go rozumiał. Teraz on był inny od reszty. Nie był może tak stary jak on, lecz rozumiał jego złość. Ciężko jest chodzić i biegać, pamiętając siłę dawnych mięśni. Wiedząc, że nigdy się nie wróci do tego poziomu. Bogom, jednak dzięki, że szarowłosy był w lepszym stanie niż zielonooki. Tamten mężczyzna oddychał z ciężarem. Szarowłosy cały czas polował w pojedynkę, tak jak niegdyś. Może zajmowało mu to więcej czasu. I nie zawsze wracał z mięsem, lecz cały czas polował. Właśnie dlatego siedział teraz na skarpie położonej u góry kamiennego wzniesienia. Szukał następnej zwierzyny. Powoli przesuwał wzrokiem po terenie, szukając, chociażby najmniejszego ruchu w drzewach, krzakach czy trawie. Szukając wibracji na powierzchni wody. Nawoływań z daleka, czy odgłosów kopania blisko. Wstał przed świtem i od razu tutaj przyszedł. Teraz było już blisko górowania słońca. Nic jeszcze nie znalazł.

Mimo wieku jego zmysły się nie stępiły. Jego oczy widziały tak dobrze jak zawsze, bez problemu rozróżniał odcienie kolorów pośród źdźbeł trawy. Nauczył się tego, gdy był jeszcze młody, gdy wolał polować z innymi zamiast samemu. Patrzył w odległą trawę i widział odcienie żółci, zieleni oraz brązu. Zwierzęta były mądre, nie tak mądre jak on, lecz nie tak głupie jak gorsi łowcy sądzą. Zwierzęta nauczyły się przybierać kolory trawy i drzew, jak on nauczył się odróżniać ich odcienie. Nie potrafiły jednak aż tyle co on. Potrafił zauważyć zająca schowanego pośród traw nawet z bardzo dużej odległości. W taki sposób wolał polować. Lubił siedzieć i wyczekiwać, zanim zaczął gonić. Dawno znudziło mu się polowanie innych myśliwych. Chodzenie w dużych grupach i szukanie większej zwierzyny. Udawało im się tak coś zabić może raz na trzy dni. Mięsa wtedy starczało na tyleż samo. Głupi, głupi sposób na polowanie. On potrafił wrócić z szóstką dobrych zająców na sznurku, dzień w dzień. Nawet w swoim wieku.

Oczywiście nie zawsze polował sam. Gdy był młody polował z resztą mężczyzn, bywało to nawet czasami zabawne. Szybko straciło jednak swój urok. Niektórzy woleli rozmawiać i żartować, niż skupiać się na polowaniu. Dlatego, gdy stał się dorosły zaczął wychodzić samemu. Po raz pierwszy zauważył jak piękna jest natura, gdy nie miał innych ludzi wokół siebie. To też, jednak znudziło mu się szybko. Po jakimś czasie znalazł partnera w polowaniu. Słońcooki. Dobry mężczyzna. Cichy, skuteczny. Świetny strzelec. Chudy i długi, lecz bardzo szybki. Jego oczy świeciły w przedziwnym kolorze przypominającym blask promieni słońca na tafli spokojnej wody. Przez bardzo długi czas polowali razem. Szybko nauczyli się komunikować bez słów, samymi gestami. Pod koniec nie potrzebowali również gestów. Wystarczyło proste spojrzenie, żeby padły setki słów. To był najlepszy okres życia szarowłosego. Nikt nie uszczęśliwiał go, nie rozumiał go w ten sam sposób co słońcooki. 

Wilki go dopadły. To było piętnaście, dwadzieścia wiosen wcześniej. Gdy horda zaczęła ich gonić, po prostu biegli. Uciekali przez cały dzień, wilki jednak nie przestawały. Po prostu nie traciły sił. Nie wiedział, co ludzie im wcześniej zrobili, widocznie było to zbyt wiele. On i Słońcooki popełnili błąd. Wyszli za daleko w teren, którego nie znali. Podczas ucieczki nie zaplanowali odpowiednio trasy. Zaczęli błądzić, biegać w kółko. Byli tylko coraz bardziej zmęczeni. Pod koniec dnia, obaj wiedzieli. W pewnym momencie dopadną jednego z nich i drugi będzie musiał po prostu biec. Tego dnia, po raz pierwszy, był szybszym z dwójki. Nie oglądał się za siebie, po prostu biegł. Było mu przykro, że nie dopadli jego. Słońcooki byłby lepszym starcem. Dobrze nauczał. Dobrze prowadził. Znał lepiej tradycję starców i potrzeby młodych. Zasłużył, żeby być starym. Od tego czasu szarowłosy polował sam.

Podniósł wzrok z traw. Niebo było niezmiennie jasnoniebieskie. Jego plemię nie było w tej okolicy długo. Zwykle podróżowali od miejsca do miejsca. Gdy zaczynało się kończyć jedzenie w jednej okolicy, szli cztery, może pięć dni, aż znaleźli kolejne. Tak żyli od niepamiętnych czasów. Tak żyli ludzie przed nimi i tak będą żyć po nich. Nie było innej alternatywy. Jedzenie się kończyło, a musieli jeść. Nie zmieniało to faktu, że z wiekiem coraz gorzej znosił te podróże. Jego mięśnie męczyły się szybciej. Potrzebował zatrzymywać się i brać głębsze wdechy. Widział wtedy jak młodzi mężczyźni na niego patrzyli. W ich spojrzeniu było tyle samo współczucia co wyniosłości. Czuli się źle, patrząc na niego, ale odczuwali dumę, wiedząc, że są bardziej wytrzymali. Myślał wielokrotnie o odłączeniu się od grupy. Im starszy był, tym łatwiej przywiązywał się do miejsc. Każda kolejna góra wydawała mu się bardziej specjalna. W każdej następnej rzece woda smakowała lepiej. Planował nawet parę razy jak by to zrobił. Pewnego dnia wyruszyłby na polowanie, tylko żeby z niego nie wrócić. Pomyśleliby, że po prostu zmarł. Wiek, czas go dogoniły i nie dał rady. Paru pewnie poczułoby nawet smutek. Nikt nie próbowałby go jednak szukać. Nie byłoby sensu. Nikt by nie tęsknił. 

Powoli wstał. Jeśli nic nie zauważył przez tak długi czas, to już nic tutaj nie znajdzie. Jego krzyż i poślady krzyknęły w bólu od siedzenia na szorstkiej szarej skale. Podniósł stary łuk owinięty w skórzany kołczan. W środku znajdowało się około siedmiu strzał, znacznie więcej niż potrzebował. Każdą z nich zrobił odręcznie. Jedna, czy dwie z nich służyły mu już od paru dobrych lat. Wykonane były z lekkiego drewna. Każdy patyk dostatecznie długi i równy w grubości. Na jednym końcu pióra, żeby strzały, leciały bardziej prosto, na drugim drobne, trójkątne, niewyobrażalnie ostre, krzemienne końcówki. Zwykle były mniejsze niż pół jego kciuka. Je musiał wymieniać dość często. Podczas uderzeń o twardsze rzeczy, kamień roztrzaskiwał się strzelając okruchami we wszystkie kierunki świata. 

Zbiegł prędko znad pagórka i ruszył w stronę zachodu słońca, w przeciwnym kierunku co obóz jego grupy. Polował tutaj cały ostatni cykl księżyca i w tym czasie jego zbiory pozostawały stabilnie obfite. Nigdy nie wrócił z pustymi rękami. Jednak dzisiaj natura okazała się skąpa. Może przesadził? Teren nie był aż tak bogaty, jak mu się wydawało? Nie sądził, że był w stanie popełnić tak amatorski błąd. Ale to by wszystko wyjaśniało. Ostatnich parę dni zauważał coraz mniej i mniej zwierzyny. To mogła być również, zwykła kwestia szczęścia. Akcje bogów, ich uśmiechy, czy gniew, nie były śmiertelnikom do rozumienia. Nie ważne na powód, jeśli szybko to się nie zmieni, będzie zmuszony polować tam, gdzie reszta. Jeśli tam nie będzie lepiej, to będą musieli znowu ruszyć, chociaż nie byli tutaj długo.

W kącie oka coś się poruszyło. Odrzucił chwilowo cięższe myśli. Zatrzymał się, daleko przed nim, lecz nie tak daleko, żeby minęła go strzała, stał duży zając. Po wyglądzie to dorosły samiec. Był lekko chudawy. Ubrany w brązowo-szarą sierść i duże uszy skierowane ku niebu. Szukał czegoś. Jego mały nos ewidentnie coś wyczuwał i okazjonalnie zatrzymywał się, żeby pokopać łapami w ziemi. Coś było nie tak. Szarowłosy zauważył to bardzo szybko. Wydawał się zdesperowany. Zające zwykle wolały szukać jedzenia po zmroku. Chroniło to ich przed łowcami. Lecz, tutejsze zające preferowały polowanie w trakcie dnia. Unikały nocy kompletnie. 

Szarowłosy obserwował zwierze z daleka. Mógł już dawno chwycić za łuk i przestrzelić mu strzałę przez bok, celując w serce i płuca. Wtedy przynajmniej nie wróciłby z pustymi rękami. Lecz wolał zaryzykować. Bycie dobrym łowcą równało się z braniem ryzyka. Nawet jeśli oznaczało to okazjonalny powrót z niczym. Gdy zając odszedł, stary łowca podążył zaraz za nim. W tej porze roku była wysoka szansa, że zając spotka innych członków swojego gatunku. Lub może poprowadzić go prosto do kotlinki, w której żyją jego młode i samica. Jeśli pozostała jeszcze jakaś samica w tej okolicy. 

Najpewniej wziąłby wszystkie zające naraz. Może poszukałby innych kotlin w okolicy, sprawdził je innego dnia. Na pewno nie zastawiłby pułapek. Były przydatne i efektywne, z tym musiał się zgodzić. Lecz w jego rozumowaniu, pułapki kojarzyły się z desperacją. Narzędziem podczas kryzysu. Znał dobrze kryzysy. Nie był tam jeszcze. 

Podążył wolnym krokiem. Jego stopy ciche, kolana zgięte, plecy przekrzywione. Zając, nieświadom, przeskakiwał po trawie, rzadko tylko zatrzymując się i kopiąc za jedzeniem. Widać, że znał tę okolicę. Był starszym samcem. Pewnie żerował tutaj od długiego czasu. Wie, gdzie rosną te najsmaczniejsze rośliny. Wiedział też dobrze, gdzie chowa się cała reszta. To właśnie tej reszty teraz szukał. On również potrzebował jeść. Szarowłosy podążał za nim, obserwując go uważnie. Jego chłodne zielone oczy prawie nie mrugały. Był skupiony. Gdy był skupiony nie musiał mrugać. Nie musiał jeść i pić. Oddychanie wydawało się drugorzędne, ledwo wymagane. Ciało, poruszało się w samoistny, dobrze wyuczony sposób.

Wiatr zawył. Zając wyskoczył nagle do przodu. Biegł długimi susami, nie przejmował się już zatrzymywaniem za jedzeniem. Po prostu skakał szybko w kierunku tylko przez siebie znanym. Mężczyzna nie wiedział, dlaczego zając się tak zachował. Nigdy wcześniej nie widział takiej reakcji w jego gatunku. Łowca podążył szybko za zwierzęciem. Czy zając go zobaczył? Nie wydawało mu się. Po prostu zwierzę zaczęło biec przed siebie prowadzone innym impulsem. 

Gonił go przez chwilę. Zwierzę cały czas go nie zauważyło. Przez moment prawię go zgubił, tylko żeby odszukać go wzrokiem zza drzewa. Zając wszedł pod górkę i zbiegł w dół po drugiej stronie. Szarowłosy stracił go z oczu. Wyjął swój łuk i wpół naciągnął na niego strzałę, zanim wbiegł pod tę samą górę. Praktycznie wyskoczył znad drugiej strony wzgórza. Tam, na dole zbocza, stały dwa zające naprzeciw siebie. Łowca nie był pewny, który z nich jest tym odpowiednim. Nie miał to już z resztą znaczenia. Spojrzały w jego stronę i otworzyły szeroko oczy. Nie ruszyły się z miejsca. Po prostu patrzyły na niego. Czekały na gwałtowny ruch. Na sygnał do ucieczki. Łowca o tym wiedział. Wiedział też, że zabije przynajmniej jedno z nich. Przesunął się powoli w dół. Ugiął prawe kolano i usiadł na swej prawej pięcie. Wziął głęboki wdech, jednocześnie przesuwając łuk wyżej. 

Wiatr znikł. Strzała nie miała okazji opuścić jego łuku. Zające usłyszały go pierwsze. Głęboki, przeciągły dźwięk uderzył w każde z nich. Wstrząsnął ziemią. Zagrzechotał ich kośćmi. Odbił się echem po każdym organie. Mężczyzna upadł na jedno kolano. W trakcie sekundy utracił całą energię i siłę, jaką miał w ciele. W jego uszach piszczało. Nigdy nie był bliski usłyszenia czegokolwiek tak potężnego. Przez chwilę utracił panowanie nad swoją świadomością. Potężne, rezonujące uderzenie dźwięku wybiło z niego kompletnie wszystkie zmysły. Gdy wróciły nie wierzył, co się stało. Otarł ślinę cieknącą mu po szczęce i próbował wstać. Jego wzrok był rozmyty. Błędnik szalał, przekonany o ciągłym, kręcącym się ruchu. Gdy tylko wyprostował kolano zachwiał się i upadł wprost na ziemię. Jego serce szalało. Przez parę sekund przestało kompletnie bić, tylko żeby wrócić z trzy, czy nawet czterokrotną prędkością. Oparł otwarte dłonie o ziemię i przybrał pozycję na czworaka. Próbował przywrócić się do odpowiedniego stanu. Nie mógł nasycić się powietrzem. Jego wyprostowane ręce potrafiły się tylko trząść. Chwilę później wokół jego dłoni leżała, mała kałuża wymiocin. Żołądek nie wytrzymał i w końcu puścił. Słyszał ptaki. Setki ptaków. Tysiące ptaków ćwierkających głośniej niż, kiedykolwiek w swoim życiu latających w kółko niepewne co ze sobą zrobić. Każdy z ich naturalnych zmysłów kompletnie zdezorientowany i zepsuty.

Mężczyzna zaczął pełzać w stronę najbliższego drzewa. Gdy dotarł, powoli podniósł się z ziemi, opierając całą swoją wagę na ciemnej korze. Wokół jego stóp leżały setki świeżych liści. Jeden z zajęcy leżał na ziemi, jego klatka piersiowa pozostała nieruchoma. Drugi szedł nierównym, wolnym krokiem. Brał jeden krok w lewo, tylko żeby stracić równowagę i wziąć dwa na prawo. Wydawał się pusty. Jakby nie operował tak jak zawsze. Zamiast tego czysty instynkt próbował prowadzić go naprzód. 

Mężczyzna puścił drzewo. Jego kolana były sztywne, pozbawione resoru, czy miękkości. Każdy krok był twardy i bolesny. Każdemu ruchowi brakowało gracji i siły. Czuł się, jakby po raz pierwszy uczył się chodzić. I ból. Ten ból, te igły, które wypełniały całe jego ciało, od trzęsących się stóp do najgłębszych zakamarków umysłu. Po chwili jego krok się poprawił. Wróciło do niego trochę energii. Powoli przypominał sobie swój dawniejszy chód.

Wtedy go zobaczył. Wystający ponad koronę drzew, gładki świecący się czubek, czegoś ogromnego. Było niedaleko. Może pół dnia drogi przy jego obecnym kroku. Nie wiedział, co to jest. Nie widział niczego wcześniej w tamtym kierunku. Zwłaszcza czegoś tych rozmiarów. Był jednak pewny jednego. To coś, ten obiekt, odpowiadał za to, co się właśnie stało.

Z wielkim trudem wspiął się po najbliższym drzewie. Robił to wolno i niezgrabnie, w dłonie wbijały mu się kawałki drewna. Gdy stał jego w łysej koronie, z dłoni ciekły mu krople krwi. Z tego miejsca widział go więcej. Znad linii drzew wystawała odrobina powyżej jego połowy. Obiekt był nawet większy niż myślał. Z tak daleka nie potrafił określić, z czego zrobiona była ta konstrukcja. Powierzchnia wydawała się szorstka, lecz nie był to kamień. Kamień nie odbijał tak światła. Nie był to również krzemień. Znał krzemień. Jego kolory również były dziwne. Nie miał jednego ujednoliconego koloru. Przechodził z jednego w inny, jak koc uszyty ze starych kawałków ubrania. 

Zszedł z drzewa. Jego nogi z powrotem działały. Jego ciało, przypomniało sobie jak biegać. Podniósł łuk i ruszył w stronę obiektu. Szukał wzrokiem wyższego punktu widzenia. Nie wiedział, ile czasu minęło. Słońce poruszyło się na niebie, lecz nie zaczęło jeszcze zauważalnie zachodzić. Z daleka zauważył ogromne, stare drzewo. Stało samo, nieotoczone żadnym ze swojego gatunku. Szarowłosy wbiegł pełną prędkością na drewno. Otarł sobie mocno kolano, ale nie powstrzymało go to przed wspinaniem się po korze. W koronie widział wyraźnie cały obiekt. 

Był masywny. Wisiał nad ziemią podtrzymywany przez dwa długie, sześciościenne kamienie. Były białe jak kość i wyglądały idealnie równo z każdej strony. Podtrzymywały obiekt nad ziemią. Teraz jego kolory wyglądały nawet bardziej niecodziennie. U podstawy był jasnoczerwony, przypominał rudy kolor włosów. Wyżej przechodził w zielonożółty, tylko żeby zaraz obok zmienić się w szarobiały z niebieskawym odcieniem. Wyżej przechodziło prawie kompletnie w ciemnoszary, zanim u góry stawał się kompletnie czarny. Jego kształt również był dziwny. Przypominał kubek odwrócony do góry nogami, który za połową zauważalnie zaczął się rozszerzać.

W swoim długim życiu nigdy wcześniej nie widział podobnej rzeczy. Obiekt tak obcy, że nie miał pewności, na co patrzy, wywołujący w nim jednocześnie upiornie znajome uczucie. Niemocno znajome. Wystarczająco, żeby stary łowca, nie odczuwał lęku. W jego głowie, pojawiła się przedziwna myśl. „To, na co patrzę jest ludzkie. To stworzył człowiek.” Był o tym przekonany, lecz, jak mogła to być prawda? Ludzie nie mogli czegoś takiego stworzyć. Na pewno nie jego ludzie. I chociaż nie spotkał w swoim długim życiu wielu obcych ludzi, wiedział, że oni też nie mogli. Wiatr wrócił. Ciągnął jego siwymi włosami w przeciwnym kierunku. Po jakimś czasie słońce zaczęło zachodzić. Ognista kula wisiała odrobinę nad konstrukcją. Jej pomarańczowy blask odbijał się w jego gładkiej powierzchni. Zaczynało być zimniej. Zaczął schodzić z drzewa powoli, dopiero teraz, przypominając sobie o bólu w dłoniach i nogach. Dodatkowo ciało wytknęło mu zbyt szybki bieg. Jego mięśnie były wymęczone. W dolnej części pleców odczuwał ból mogący być kojarzony tylko z dźganiem prosto w kręgosłup.

Usiadł w dolnej połowie drogi do ziemi, obrócony w stronę obiektu. Żałował w takich momentach, że był najstarszy. Najstarsi mają odpowiedzi. Najstarsi mają doświadczenie. On wiedział tylko jak polować. Gdy reszta odkryje tą konstrukcję, jeśli cały czas tego nie zrobili, to skierują uwagę właśnie ku niemu. Otworzą szerzej oczy i uszy, oczekując od niego odpowiedzi. Będą oczekiwać wyjaśnienia. Szarowłosy nie wiedział, co im powiedzieć. Pragnął tego, tak jak oni, bardziej niż oni. Nie przejmował się nigdy bogami ziemi, nieba czy podziemi. Bogami lata, czy zimy. Bogami wód i rzek. Jasne, brał udział w obrzędach i ceremoniach, ale bardziej z przymusu i obowiązku niż wiary. W bogach widniała jakaś odpowiedź. To było ich królestwo, ich dziedzina. Nie widział, gdzie indziej mogła być.

Zszedł na ziemię. Przeciągnął mocno plecy i chciał iść dalej, gdy usłyszał szeleszczenie liści niedaleko. Nie był to wiatr. Wiedział, bo jego doświadczenie mu tak mówiło. To było coś żywego, coś starającego się wydawać ciche kroki. Szarowłosy odwrócił powoli głowę. Przed sobą widział gęstą, sięgającą dorosłemu mężczyźnie do brzucha, trawę. Pomiędzy stało kilkadziesiąt szerokich, starych drzew. Nie widział jednak życia. Nie widział zwierząt, czy ludzi. Wiedział, jednak, że się nie przesłyszał. Dźwięk doszedł od strony jego pleców. Coś również podążyło w stronę błyszczącego się obiektu, w rezultacie przypadkowo go znajdując. Teraz gdy okazja sama się nadarzyła, prawdziwy drapieżnik by jej nie przepuścił. Czuł jego skupienie. Dziki wzrok wpatrujący się, ze smakiem na stare mięso, kości i skórę znajdujące się przed nim. Szarowłosy nie wiedział, gdzie dokładnie znajduje się jego łowca. Nie był również pewny, czym dokładnie jest. Nie znał drapieżników tych ziem, nie był pewny jak do końca operują. Nie poznał też żadnych okolicznych ludzi. Słyszał wiele o grupach, u których żywienie się ludzkim mięsem jest uważane za normalność. 

Odwrócił się i ruszył przed siebie. Przeszedł przed drzewem, przerywając linię wzroku między drapieżnikiem a sobą na krótki moment. Podczas tej chwili wyjął nóż i schował go w lewej dłoni, ukrytej przez rękaw. Nie minęło długo, zanim znowu usłyszał kroki za sobą. Ktokolwiek za nim podążał był doświadczony. Dźwięk był ledwo słyszalny, zagłuszany zwykle przez wiatr lub szum liści. Jego przeciwnik był jak w wielu aspektach dokładnie jak on. Nie był tylko pewny, na co łowca czekał. Podążał za nim cierpliwie, uważnie, obserwując swoją ofiarę. Tylko dlaczego? Przez jego głowę przeszła myśl, dlaczego on by poczekał na jego miejscu. Jedyne, co miałoby co miałoby sens, to chęć zdobycia większej ilości jedzenia. Ale jego przeciwnik wiedział, kim jest. Czym jest. Widział stojącego na dwóch nogach człowieka i nie bał się?

W dziwny sposób szarowłosy poczuł większy szacunek dla swojego łowcy. Nie planował jednak łatwo się poddawać. Jeśli chciał zobaczyć więcej ludzi, to weźmie go do ludzi. Wiedział, gdzie dzisiaj polowała reszta jego grupy. Znał też dość dobrze ten teren. Spędził parę pierwszych dni w tej okolicy, zapamiętując przeróżne trasy i punkty orientacyjne. Mężczyźni jego grupy polowali pomiędzy dwiema bliźniaczymi górami, niedaleko ich obozu. Przeszukiwał horyzont, poruszając się do przodu, nie potrafił ich, jednak teraz znaleźć. Niezależnie, w którą stronę spojrzał, nie widział dwóch identycznych szczytów położonych sąsiednio obok siebie. Co mogło oznaczać tylko jedną rzecz. Ten obiekt, ten przedziwny, ogromny twór, zasłaniał swoim rozmiarem, jego punkt orientacyjny. Co oznaczało, że musiał się zbliżyć. Sama myśl o podejściu zaraz obok tego tworu, wywoływała w nim mdłości. Nie zwolnił, jednak kroku. Nie obrócił się, chociaż chciał, ani nie zwątpił. Musiał przejść obok. Tam znajdowała się jego ścieżka do bezpieczeństwa. 

W połowie drogi, coś się jednak zmieniło. Widocznie głodny drapieżnik, również nie lubił zbliżać się do tego obiektu. Jego kroki chwilowo zniknęły. Tylko żeby po chwili stać się częstsze. Były głośniejsze i mniej uważne. Wydawały się również być bliżej. 

Szarowłosy niezauważalnie przyspieszył swój krok. Nie wierzył, że jego przeciwnik mógł być tak niecierpliwy. To był doświadczony łowca. Cierpliwości powinien nauczyć się dawno temu. Mimo to kroki były coraz głośniejsze. Lęk wdarł mu się do umysłu. Próbował się powstrzymać, ale w końcu nie dał rady. Szarowłosy odwrócił głowę. Jego serce zabiło szybciej. Zobaczył szeroko otwartą parę zielono złotych oczu przeszywających go wzrokiem. Były zwierzęce. Ledwo widoczne przez jasne źdźbła trawy. I gdyby pora dnia była wcześniejsza, nie zobaczyłby ich w ogóle.

Bliźniacze góry były zbyt daleko. Zwierzę się niecierpliwiło. Może był to głód. Może strach przed ludźmi. Może po prostu źle ocenił doświadczenie swojego przeciwnika. Lub błyszczący obiekt, twór ogromnych proporcji wywoływał nawet mocniejsze emocje w zwierzętach. Szarowłosy nie planował czekać na jego atak. Musiał przejąć inicjatywę.

Bez większego przygotowania, czy zmiany pozycji, zaczął biec. Biegł w stronę ogromnej konstrukcji. Od razu usłyszał za sobą przyspieszone kroki. Jego przeciwnik był szybszy. Biegł na czterech łapach, gotów zaatakować, gdy będzie mieć pierwszą sposobność. Mężczyzna o tym wiedział. Nie mógł biec tak długo jak on. Każdy krok dźgał w jego nogi bólem. Szukał, gdzie mógł pozycji, jakiegoś miejsca do poznania swojego wroga. Tym miejscem okazał się mały rów, do którego wskoczył podczas ucieczki. Znajdował się zaraz za gęstą warstwą krzewów, niezauważalny z drugiej strony. Wiedział, bo sam go nie zauważył. Wpadł do niego i momentalnie uformował swój plan. Zaraz za rowem znajdował się spadek w dół, wiedział więc, że jego myśliwy pomyśli, że pobiegł w dół.

Położył się na ziemi w rowie i czekał. Uderzenia łap o ziemię z każdą chwilą były coraz głośniejsze. Wybijały w tym samym rytmie co jego serce. Gdy zwierzę było blisko, nie potrafił ich już rozróżnić.

Wziął głęboki wdech, starając się uspokoić. Wilk przeskoczył nagle przez krzew, tylko żeby silniejszy człowiek złapał go za przednią prawą łapę i pociągnął w dół. Wydał z siebie głośny niechciany pisk. Jednocześnie jak pociągał zwierzę wewnątrz dołu, obrócił się i oparł ciężar kolana na brzuchu dużego drapieżnika. Ledwo utrzymał spore zwierze w objęciach. Szarpał się z nim przez chwilę. W końcu złapał bestię za gardło i przycisnął do gleby. Wilk kąsał pyskiem przy jego dłoni, ślina strzelała w jego rękę i twarz. Podniósł wysoko krótki nóż i wbił go w brzuch zwierzęcia. Celował w serce. Usłyszał skomlenie i poczuł na twarzy ciepłe powietrze wydostające się z jego płuc. Jego nóż pokrył się głęboką czerwienią. Zwierzę po chwili zaczęło trząść się i walczyć, mocniej niż wcześniej. Uderzył zbyt płytko. Szarowłosy poczuł się z tym źle. Wbił nóż przynajmniej tuzin następnych razów, aż zwierzę przestało się ruszać. 

Poluzował uścisk na zwierzęciu i usiadł obok. Gdy krople potu spływały mu po twarzy, poczuł swój wiek. Poczuł ciężar wszystkich dekad, które przeżył. 

Spojrzał na martwe zwierzę. Teraz, gdy życie z niego odeszło, wydawał się mniejszy. Mały nawet. Jego sierść była jasnobrązowa. Łapy, oczy i kły młode. Mięśnie twarde i silne. Szarowłosy pomylił się. Zwierzę było młode, niedoświadczone. Oddaliło się za daleko od swojego stada, uważając się za lepsze, popełniając przy tym najgorszy błąd swego życia. Nie. Nie był to błąd. Był lepszy. Był dobry. Gdyby czas zdążył nauczyć go cierpliwości byłby nawet świetny. Ludzki łowca odczuł smutek. Pogłaskał zwierzę delikatnie po grzbiecie. Jego ciało cały czas ciepłe. Sierść mimo swojej szorstkości, cały czas przyjemna w dotyku.

Wstał z ziemi. Znalazł się zaraz pod obiektem, nie zorientował się, nawet gdy to się stało. Konstrukcja z tak bliska robiła jeszcze większe wrażenie. Nie była tak wysoka jak najniższe chmury, ale wydawała się być blisko. Jego cień pokrywał dużą połać lasu. Szarowłosy był na granicy tego cienia. Jego plecy pokrywały ciarki. Nie był pewny, czy chciał podejść do obiektu. Mimo to cały czas musiał wrócić do swojej grupy. Postanowił więc podejść bliżej. Zszedł na jedno kolano i podniósł powoli zwierzę. Oparł je na swoim karku i złapał obiema rękoma za łapy. Był dobrym przeciwnikiem. Dobrym łowcą. Nie pozwoli mu się zmarnować.

Ruszył, z martwym wilkiem na plecach, w stronę obiektu. 

Ponownie przeklął swój wiek. Potrzebował kogoś starszego, kogoś mądrzejszego. Jego doświadczenie i wiedza były zbyt ograniczone przy skali tego metalowego konstruktu. Zatrzymał się zaraz pod nim. Jego powierzchnia wyglądała naraz szorstko i gładko. Z tak bliska widział wyraźnie z, jak różnych części był stworzony. Sam obiekt był zbyt wysoko, żeby położyć na nim dłoń. To było jedyne, czego teraz pragnął stary łowca. Stary człowiek. Chciał położyć na nim dłoń i przejechać, powoli po każdym z jego różnych elementów. Po raz pierwszy w swoim życiu szarowłosy rozumiał piękno niepochodzące z umiejętności, siły lub natury. Czuł, że musi znaleźć resztę swojej grupy. Musiał im to pokazać. Chciał wstawać każdego dnia i patrzeć w jego odbijającą słońce powierzchnie. Nie mógł już podróżować z miejsca do miejsca. Nieważne, gdzie pójdą, nigdy nie zobaczą niczego podobnego. Jak im pokaże to zrozumieją. Mężczyźni, kobiety i dzieci, zwłaszcza dzieci, zobaczą o co mu chodzi. O czym mówi. Jeśli się nie zgodzą, to niech idą. Nie potrzebuje ich. Nigdy nie potrzebował. Banda idiotów. Nie, oni będą wiedzieć lepiej. Mają spryt, mają wiedzę, przynajmniej tyle samo, co on. Muszą się zgodzić. Muszą. Zamieszkają z nim tutaj i będą mogli wspólnie patrzeć codziennie na…

Poczuł to nagle i niespodziewanie, chociaż wiedział, że był tam od jakiegoś czasu. Szarowłosy powoli odwrócił wzrok od obiektu. Zobaczył go. Nazwanie go dzikim zwierzęciem czy zwykłym wilkiem byłoby kłamstwem. Byłoby obrazą. Zobaczył przed sobą starego, doświadczonego łowcę, prawie tak wysokiego jak największe jelenie, jakie widział. Otoczony był przez przynajmniej czwórkę małych wilków. Czy raczej normalnych wilków. Gdy one powoli tworzyły krąg wokół człowieka on po po prostu patrzył. I ten jego wzrok. Krystalicznie jasnoniebieskie ślepia przeszywające go na wyrost. Słabszy mężczyzna poddałby się pod tym wzrokiem. 

Szarowłosy położył delikatnie młodego wilka na ziemi, zaraz pod swoimi stopami. Zdjął z pleców łuk, zanim naciągnął go delikatnie. Wyprostował plecy i spojrzał jeszcze raz na pokrewnego sobie łowce. Nie mógł powstrzymać się przed lekkim uśmiechem. Wiedział teraz, że to nie młody zwierz za nim wcześniej podążał. Nie jego były wyczulone ledwo słyszalne kroki. To był on. Stary, biały wilk. Pokrewna mu dusza. Tak dobry łowca, co on.

Nie. Lepszy niż on. Wycofał się i pozwolił, żeby młodszy łowca nabrał doświadczenia. Szarowłosy nigdy by tego nie zrobił. Ta świadomość go przeraziła. Poluzował lekko nóż w pochwie. Spojrzał na okrążające go mniejsze wilki. W sytuacji jeden na jednego nie obawiałby się zbyt dużo. Lecz było ich czterech. Czterech, nie licząc białego wilka. Spojrzał do tyłu. Jeden z nich zawsze stał z tyłu. Byli dobrzy. Nie był pierwszym człowiekiem, na którego polowali. Z każdą chwilą byli coraz bliżej. Biały wilk nie ruszył się jednak. Po prostu obserwował. Jak dobry nauczyciel, pozwolił uczniom działać, gotów był jednak w każdym momencie ich wesprzeć. Szarowłosy wiedział, że jeśli ma stąd wyjść żywy, musi to zrobić szybko. Zanim zdąży im pomóc.

Również zaczął się poruszać. Ruszył głębiej w cień obiektu, na swoje prawo. Poruszał się wolniej niż zwykle. Nie ruszał się jednak wolno. Wiedzieliby, jakby był zbyt wolny. W taki sposób mógł udawać starość. Przy pierwszym ruchu zgarbił się lekko. Chciał wydać się mniejszy. W jego szorstkich, starych dłoniach, pojawił się nagle wstrząs. Czubek strzały na łuku był niestabilny. Nie mógł przestać się trząść. Był tylko starym mężczyzną. Tylko starym mężczyzną.

Młody wilk, najbliższy jego prawej, skoczył jako pierwszy. Szarowłosy ruszył się szybciej. Bark mężczyzny przewrócił zwierzę na ziemię. Wilk zdążył wbić czubki swoich zębów w jego ramię, była to jednak powierzchowna rana. Człowiek szybko dobił zwierzę, wbijając mu dwukrotnie nóż w gardło. Drugi wilk już na niego biegł. Puścił strzałę w jego stronę, trafiając zwierzę w bok. Zwolniło i zatoczyło się do tyłu, ale nie upadło. Nałożył kolejną strzałę na łuk i strzelił w trzeciego wilka. Pocisk tylko cudem uniknął głowy zwierzęcia. Nie poczuł, jednak złości. Nie przeklął i nie zaczął panikować. Miał szansę. Poczuł, że może mu się udać. Złapał za kolejną strzałę i nałożył ją na cięciwę. Skoczył dwukrotnie do tyłu i patrzył na swoich przeciwników. Jego serce zamarło, gdy się zorientował. Biały wilk zniknął. 

Nie minęło wiele czasu, zanim go zobaczył. Lepszy łowca wyskoczył nagle z martwego pola i staranował go swym ciałem. Gdy szarowłosy odlatywał ogromny wilk zacisnął swoje zęby na dłoni, opartej o łuk. Drewniane narzędzie wydało pusty dźwięk, gdy zostało złamane. Człowiek wydał tylko okrzyk, który odbił się echem od ścian budowli. Ogromny, stary wilk wyszarpał jednocześnie część złamanego łuku oraz większość jego lewej dłoni. Ten człowiek, nigdy wcześniej nie czuł podobnego bólu. Jego gardło, zwykle ciche, zaczęło wypluwać z siebie niekontrolowany głośny okrzyk. Upadł na kolano i złapał się za dłoń. Zostały na niej tylko dwa sąsiednie palce. Jednym z nich nie mógł ruszyć. Działał tylko mały palec, który przy każdym zgięciu ponownie dźgał go bólem. Jego dłonie trzęsły się. Oddech mocno przyspieszył. Krople potu pojawiły się na twarzy. Tym razem oznaki słabości były autentyczne. Tym razem przegrał. 

Ogromny wilk stanął zaraz przed nim, gdy w międzyczasie jego towarzysze zbliżali się, żeby dobić człowieka. Jego pysk ubrudzony był jego krwią, świetnie widoczną na białym futrze. Niesamowity wzrok wydawał się oceniać człowieka. Szarowłosy nie był pewny. Był zbyt zmęczony. Odwrócił wzrok w dół. Starał się zachować opanowanie, lecz nie miał już siły. Położył dłoń na ziemi, uszkodzoną przycisnął bliżej do piersi. Wilki był coraz bliżej. Zaraz wspólnie go zaatakują i zjedzą. Zamknął oczy.

Odpowiadało mu to. Młodszych ludzi spotykały gorsze śmierci. Nie chciał już walczyć. Nie miał jak.

Poddaje się.

Wiatr, który jeszcze przed chwilą wiał mu w kark, znikł. Otworzył oczy, podświadomie, wiedząc co nadchodzi. Wilki, ich słuch bardziej czuły od ludzkiego, usłyszały go chwilę wcześniej. Dźwięk uderzył ich nagle. Mocniej niż wcześniej. Sam dźwięk był odrobinę inny tym razem. Wyższy. Gorzej brzmiący, chociaż mocniejszy. Nie zmieniło to faktu, że jego ciało, zareagowało podobnie co wcześniej. Opadł na ziemię, w tym samym momencie co biały wilk. Uderzył mocno o kamień i rozciął sobie czoło, nie poczuł tego jednak. Nie słyszał żadnego normalnego dźwięku. W jego uszach śpiewał tylko pisk. Jego organy się trzęsły. Wzrok był rozmazany. Ból w jego dłoni pogorszył się. Czuł, że znowu krzyczy, ale tego nie słyszał. 

Ale żył. Cały czas żył.

Walcząc ze swoją słabością, spróbował podnieść się z ziemi. Podniósł się niecałe półstopy, zanim jego ramiona poddały się pod nim. Nie miał jak zwolnić upadku. Zimny grunt uderzył go prosto w szczękę. Jego zęby zatrzęsły się. Zaczął ciężko i wolno oddychać. Jakby to miały być ostatnie momenty, gdy wdycha powietrze.

Piszczenie w uszach powoli cichło. Spróbował podnieść się jeszcze raz. Dopiero w tym momencie, gdy powoli prostował ramiona, zorientował się jak ciężkie jest jego ciało. Znowu ramiona poddały się pod nim. Uderzył się ponownie w szczękę, tym razem, krusząc przynajmniej trzy boczne zęby. Pożałował nagle każdej swojej decyzji w życiu. Dlaczego musiał tyle jeść? Dlaczego pragnął być tak silny? Czemu nie mógł po prostu polować z resztą? Być normalnym, pasować do grupy?

Bo byłbyś martwy idioto, powiedział mu głos gdzieś wewnątrz. Byłbyś martwy. W środku i na zewnątrz. Świat zrobiłby z ciebie pustą w środku powłokę, targaną na wszystkie strony przez wiatr. Byłbyś tylko kolejnym z wielu ludzi, rozszarpywanym przez życie. 

Wyprostował ramiona, zanim pozwolił, żeby nogi podniosły go wyżej. Stanął, prawie wyprostowany. Jego ciało płonęło żywym bólem. Wyraźnie odczuwał każde uderzenie, każdą ranę i zadrapanie. Krew płynęła mu po czole. Koloryzowała świat na odcień ciemnej czerwieni. Przylepiała włosy do czoła i farbowała, gdzie mogła do nich dotrzeć. Uniósł głowę wysoko starając się pozbyć krwi z oczu. 

Pisk znikł, ale cały czas nic nie słyszał. 

Pierwszy krok wywołał wstrząs bólu przez całe jego ciało. Wstrząs przeszedł powoli od jego stóp do głowy. Biały wilk również próbował się podnieść. Jego wcześniej imponujący i pełny władczej siły wzrok, teraz pusty, rozkojarzony. Jego silne łapy również się trzęsły. Ostre pazury drapały o zimny biały kamień. Wyglądał na zagubionego. Wyglądał jakby się poddał. Reszta wilków nawet nie próbowała się podnieść. Ten wcześniej ranny, wykrwawiał się na ziemi, leżąc w basenie swojej krwi. 

Człowiek podszedł do białego wilka. Zwierzę podniosło na niego swój smutny wzrok. Błagało. Prosiło o litość. Szarowłosy w odpowiedzi, powoli, wysunął nóż z pochwy. Zszedł na jedno kolano zaraz przed pyskiem zwierzęcia. Położył uszkodzoną dłoń na jego pysku, jednocześnie drugą wbił swój nóż w jego tętnicę szyjną. Wilk chyba wydał z siebie dźwięk bólu. Szarowłosy nie był pewny. Krew białego zwierzęcia strzeliła mu w twarz i pokryła jego rękę od dłoni do łokcia. Gdy cały blask odszedł z oczu wilka, człowiek położył go delikatnie na ziemi. Obiecał sobie, że wróci po niego. Był zbyt specjalny. Dobił pozostałe wilki szybciej. Nie zasługiwały na więcej czasu niż biały.

Dopiero teraz zauważył, że pada deszcz. Nie słyszał kropli. Niebo stało się ciemne, pokryte czarną warstwą chmur. Wiatr wrócił. Musiał wracać do swojej grupy. Potrzebował ich teraz. Musiał wrócić teraz, mimo deszczu. Chociaż czuł, że nie przeżyje powrotu.

Wrócił do białego wilka. Cicho go przeprosił, zanim wbił nóż pod jego białe futro.

#

Krople deszczu już dawno przebiły się przez białą sierść. Całe ciało trzęsło się od zimna i wilgoci. Ręce dawno odrętwiały, zgięte w pięść. Nie czuł przez to przynajmniej krwawiącej dłoni. Jego buty pełne były od deszczowej wody. Każdy krok bolesny. Nie jadł od wczoraj. Był głodny, zmęczony od wysiłku i utraty krwi. Jedyne, co dawało mu jeszcze nadzieję, to wątły zarys światła z ogniska, który widział na horyzoncie. Przynajmniej miał nadzieję, że to ognisko. 

Niebo błysło jasnym światłem. Gdzieś w oddali zapewne piorun uderzył w wysokie drzewo. Nie był pewny. Nie miał siły, żeby o tym myśleć. Nie mógł o tym myśleć. Ciągnął się do przodu tylko tym, że już nie myślał. Musiał przeżyć. Musiał dożyć kolejnego dnia, chociażby tylko po to, żeby do niego wrócić. Chciał znowu zobaczyć swojego zbawiciela. Okazać dobroć i wdzięczność ogromnemu obiektowi, który uratował mu życie. Chciał mu oddać wszystko, co mógł. Chociaż wiedział, że obiekt zabrał już od niego sporo. 

Było tak ciemno, że nie wiedział, gdzie dokładnie się znajduje. Co chwilę w głowę uderzały go gałęzie lub jego spodnie wchłaniały wilgoć, gdy przechodził przez mokry od deszczu krzak. 

Światło było coraz wyżej. Jego serce przyspieszyło. Wbiegł pod górkę, z której wydostawało się światło. Kawałek plecionej z drewna osłony, przysłaniał wejście do środka jaskini. Prawię ją zerwał jak wchodził do środka. Gdy stanął w progu kolejny raz piorun rozświetlił niebo. Zobaczył znajome twarze. Kobiety przytuliły bliżej swoje dzieci. Mężczyźni, których znał od niemowlęcia złapali za broń. Przeszedł przez próg, lecz nie upadł. Oparł się o ścianę i zrzucił futro białego wilka. Zobaczył na twarzach jego ludzi dziwne uczucie. Nie spotkał się z nim wcześniej. Każda osoba z jego grupy. Mężczyzna, kobieta czy dziecko, wszyscy byli szczęśliwi, że wrócił. Szarowłosy nie mógł powstrzymać się przed lekkim uśmiechem. Był w końcu jedyną stabilną częścią ich życia. Dwóch młodszych mężczyzn zbliżyło się do niego. Ich usta się ruszały. Mówili do niego. Pewnie pytali, co się stało, lecz on nie słyszał zupełnie nic. Jego obawy potwierdziły się. Zaczął szybko oddychać. Próbował mówić na głos, lecz nie był pewny, jakie dźwięki wydaje. Jego plecy oparły się o kamienną ścianę. Grupa osób, które wstawały i zbliżały się do niego zmartwione była coraz większa. Chciał im powiedzieć, lecz nie mógł. Nie potrafił.

Zorientował się nagle jak. Zdrową dłonią przejechał po swoim czole. Mieszanką deszczu, krwi i potu powoli, namalował kształt na ścianie. Przypominał odwrócony kubek, który u dołu coraz bardziej się rozszerzał. Gdy skończył odwrócił wzrok w stronę swoich ludzi. Nie rozumieli. Patrzyli na niego, jakby oszalał. Tą samą dłonią uderzył dwukrotnie w sam środek malunku, zostawiając duże czerwone kółko. Wszyscy odwrócili wzrok. Wszyscy patrzyli na niego.

 

 

Koniec

Komentarze

Dzięki za mega wciągający tekst.

Powiem Ci, że motyw starego, zmęczonego życiem łowcy, który mimo bólu i własnych słabości dąży do celu, to tutaj absolutna miazga. Bardzo realistycznie oddałeś jego zmagania z własnym ciałem, to czuć w każdym zdaniu. Ale to, co zrobiło na mnie największe wrażenie, to sam tytułowy Dzwon i ten ukryty twist. Zderzenie prymitywnego świata z czymś, co wygląda i zachowuje się jak zaawansowana ludzka technologia (wielka dysza silnika rakietowego/statku?), to po prostu kosmos! Finałowa scena, w której głuchy łowca maluje ten kształt własną krwią na ścianie jaskini, jest niesamowicie filmowa i zostaje w głowie.

Witaj. :)

Gratuluję publikacji i to tak szybko po rejestracji. :)

Zapraszam do działu Publicystyka, w którym znajdziesz – pomocne każdemu z nas – znakomite Poradniki: językowe, dialogowe i myślowe, a także – Poradnik autorstwa Drakainy dla Nowicjuszy. :)

 

Sprawy techniczne i związane z nimi sugestie oraz wątpliwości (zawsze – tylko do przemyślenia):

W tekście trzeba poprawić interpunkcję, np.:

Łowca to jedyne, czym mógł, kiedykolwiek zostać.

Zimny wiatr wiał mu prosto w oczy i ciągnął jego siwymi, zbyt długimi, włosami.

Był jednym z dwóch znanych mu ludzi, który miał okazję spotkać dzieci swych, dzieci.

Nie wiedział również, czy ktokolwiek, kogo poznał miał okazję żyć dłużej. Pamiętał zielonookiego, ze swojego dzieciństwa.

Powoli przesuwał wzrokiem po terenie, szukając, chociażby najmniejszego ruchu w drzewach, krzakach czy trawie.

Dlatego, gdy stał się dorosły zaczął wychodzić samemu. Po raz pierwszy zauważył jak piękna jest natura, gdy nie miał innych ludzi wokół siebie. To też, jednak znudziło mu się szybko.

Pod koniec dnia, obaj wiedzieli. W pewnym momencie dopadną jednego z nich i drugi będzie musiał po prostu biec. Tego dnia, po raz pierwszy, był szybszym z dwójki.

Tysiące ptaków ćwierkających głośniej niż, kiedykolwiek w swoim życiu latających w kółko niepewne co ze sobą zrobić.

 

 

Zdarzają się powtórzenia, czyli błędy stylistyczne, np.:

Zimny wiatr wiał mu prosto w oczy i ciągnął jego siwymi, zbyt długimi, włosami. Jego plemię nie miało w zwyczaju trzymać długich włosów.

Polował dłużej niż każdy inny mężczyzna, którego poznał. Był jednym z dwóch znanych mu ludzi, który miał okazję spotkać dzieci swych, dzieci.

Mimo wieku jego zmysły się nie stępiły. Jego oczy widziały tak dobrze jak zawsze, bez problemu rozróżniał odcienie kolorów pośród źdźbeł trawy.

Nie potrafiły jednak aż tyle co on. Potrafił zauważyć zająca schowanego pośród traw nawet z bardzo dużej odległości.

W pewnym momencie dopadną jednego z nich i drugi będzie musiał po prostu biec. Tego dnia, po raz pierwszy, był szybszym z dwójki. Nie oglądał się za siebie, po prostu biegł.

Jedyne, co dawało mu jeszcze nadzieję, to wątły zarys światła z ogniska, który widział na horyzoncie. Przynajmniej miał nadzieję, że to ognisko. Niebo błysło jasnym światłem.

Gonił go przez chwilę. Zwierzę cały czas go nie zauważyło. Przez moment prawię go zgubił, tylko żeby odszukać go wzrokiem zza drzewa.

 

 

Pojawiają się też usterki logiczne, np.:

Nie myślał nigdy nad tym, kim jest. Łowca to jedyne, czym mógł, kiedykolwiek zostać. – czemu najpierw: „kim”, a potem: „czym”?

Pod koniec dnia, obaj wiedzieli. W pewnym momencie dopadną jednego z nich i drugi będzie musiał po prostu biec. Tego dnia, po raz pierwszy, był szybszym z dwójki. Nie oglądał się za siebie, po prostu biegł. Było mu przykro, że nie dopadli jego. – CO nie dopadło?

Podniósł wzrok z traw.

Zbiegł prędko znad pagórka i ruszył w stronę zachodu słońca, w przeciwnym kierunku co obóz jego grupy.

Podążył wolnym krokiem. Jego stopy ciche, kolana zgięte, plecy przekrzywione.

 

 

Są i usterki składniowe, np.:

Jego plemię nie miało w zwyczaju trzymać długich włosów.

Zbyt wiele było pogromców i niszczycieli. Zbyt wiele szalonych i szybkich. Zbyt niewielu szarowłosych.

Pamiętał zielonookiego, ze swojego dzieciństwa.

Nie ważne na powód, jeśli szybko to się nie zmieni, będzie zmuszony polować tam, gdzie reszta.

Zatrzymał się, daleko przed nim, lecz nie tak daleko, żeby minęła go strzała, stał duży zając. Po wyglądzie to dorosły samiec. Był lekko chudawy. Ubrany w brązowo-szarą sierść i duże uszy skierowane ku niebu.

Biały wilk również próbował się podnieść. Jego wcześniej imponujący i pełny władczej siły wzrok, teraz pusty, rozkojarzony. Jego silne łapy również się trzęsły. – brak orzeczenia w środkowym zdaniu?

Strzała nie miała okazji opuścić jego łuku. Zające usłyszały go pierwsze. Głęboki, przeciągły dźwięk uderzył w każde z nich. – do czego odnosi się wyraz: „każde”?

Coś również podążyło w stronę błyszczącego się obiektu, w rezultacie przypadkowo go znajdując.

Wilki, ich słuch bardziej czuły od ludzkiego, usłyszały go chwilę wcześniej. Dźwięk uderzył ich nagle. – do czego odnosi się wyraz: „ich”?

 

 

Występują również literówki, zmieniające czasem sens zdań, np.:

Było bardziej pospolite, nie oznaczało się wielkim czynem, czy specjalną cechą, lecz ten fakt właśnie nadawał mu urok.

Szarowłosy obserwował zwierze z daleka.

Przez moment prawię go zgubił, tylko żeby odszukać go wzrokiem zza drzewa.

Prawię ją zerwał jak wchodził do środka.

 

 

Wprowadzasz do opowiadania nowe nazwy własne, jak imiona bohaterów, lecz niejednolicie je piszesz, co powoduje niepotrzebne błędy ortograficzne i rzeczowe, np.:

Nikt nie uszczęśliwiał go, nie rozumiał go w ten sam sposób co słońcooki

On i Słońcooki popełnili błąd. – te są cztery, bo tyle razy występuje ta nazwa własna

Dziwi też, czemu imię głównego bohatera piszesz małą litera, np.:

Umarł, zanim szarowłosy zobaczył dziesiątą zimę.

Teraz szarowłosy go rozumiał.

 

 

Pojawiają się i inne ortograficzne, np.:

Nie ważne na powód, jeśli szybko to się nie zmieni, będzie zmuszony polować tam, gdzie reszta.

 

Dodatkowo w całym tekście występuje nadmiar rozmaitych form czasownika „być”, stojących obok siebie w zdaniach, co niepotrzebnie powiela błędy stylistyczne.

 

Pełen emocji i dramatyzmu tekst. Ciekawe nawiązanie do tytułu. :)

 

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia w dalszej twórczości. :)

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka