Świt nad Aethelgardem nadchodził powoli. Pałacowe kopuły tonęły jeszcze w szarym świetle, lecz ich krawędzie zaczynały już błyszczeć złotem. Vael Vey'lar stał przy oknie swoich komnat na trzydziestym siódmym poziomie Wieży Wschodu. Patrzył, jak pierwsze promienie odbijają się od pancerzy gwardii honorowej ustawionej wzdłuż Alei Tysiąca Latarni. Żołnierze stali wyprostowani, z włóczniami skierowanymi ku niebu. Protokół nie dopuszczał najmniejszego odstępstwa. Już wkrótce Vael miał stanąć w centrum ceremonii.
Za jego plecami ciągnęła się rozległa, pusta komnata. Służba zakończyła już przygotowania i wyszła. Przy łożu czekał manekin z paradnym mundurem następcy tronu. Czarny materiał przecinały srebrne hafty, przez co stał się ciężki i sztywny. Na piersi lśnił znak Vey'larów: skrzydlaty smok oplatający pękniętą gwiazdę.
Obok leżała szpada koronacyjna, ułożona na poduszce z czarnego aksamitu. Miała czterysta lat. Przed Vaelem dzierżyło ją siedmiu cesarzy. Dziś po raz pierwszy miała spocząć w jego dłoni.
Vael nie spał od czterdziestu godzin.
Nie z powodu bezsenności, która dręczyła go od miesięcy. Nadworny medyk próbował zwalczać ją wywarami cuchnącymi zgniłymi ziołami, lecz bez skutku. Tym razem Vael nawet nie położył się do łóżka. Każda godzina przed koronacją dawała jego wrogom kolejną szansę.
Przez noc raz jeszcze przeczytał raporty wywiadu i ponowił szyfrowane połączenia z dowódcami platform orbitalnych. Później wrócił do list gości. Porównywał nazwiska, szukając człowieka, który mógłby pojawić się w dwóch miejscach jednocześnie albo wejść do pałacu pod cudzym nazwiskiem.
Nic nie znalazł.
Przez chwilę wpatrywał się w pusty wynik wyszukiwania. Potem uruchomił analizę jeszcze raz.
Jego ojciec od tygodnia leżał w skrzydle medycznym. Oficjalny komunikat mówił o przemęczeniu i potrzebie zachowania sił przed ceremonią. Prawda wyglądała inaczej. Organy cesarza przestawały pracować. Medycy dawali mu najwyżej trzy miesiące, ale nie zdołali przekonać go, by przesunął koronację.
– Tron nie może pozostać pusty nawet przez jeden dzień – powiedział wtedy cesarz.
Vael odszedł od okna. Zbliżył się do manekina i przesunął palcami po paradnym mundurze. Materiał drapał skórę. Był jeszcze cięższy, niż się spodziewał.
Drzwi otworzyły się bez pukania. Do komnaty weszła Lyra.
Miała na sobie ceremonialną suknię Mediatorki Dworu. Głęboką purpurę przecinał pas spleciony ze srebrnych ogniw, a przy nadgarstkach tkanina przechodziła w plecionkę z białego złota. Ciemne włosy upięto jej wysoko. Na ustach miała dworski uśmiech, lecz palce raz po raz zaciskały się na fałdzie sukni.
– Służba doniosła, że nie tknąłeś śniadania – powiedziała, zamykając drzwi. – Wino i woda też stoją nietknięte.
– Nie jestem głodny.
– Od trzech dni nie jesteś.
Vael nie odpowiedział. Podniósł szpadę z poduszki i sprawdził jej wyważenie, choć znał je na pamięć. Wykonał krótki ruch nadgarstkiem. Ostrze nie ciążyło mu w dłoni.
– Lyro, za ile zaczyna się ceremonia?
– Za godzinę. Właśnie dostałam raport od kapitana gwardii. Aleję zabezpieczono, a platformy obserwacyjne sprawdzono. Pierwsi goście czekają już w Sali Westybulu.
– Listy?
– Przejrzałam je ponownie o trzeciej nad ranem. Wszystkie nazwiska się zgadzają. Nie ma podmian ani niepotwierdzonych osób w orszakach. Lorien zapewnił, że stawią się wszystkie głowy rodów.
Vael odłożył szpadę.
– Lorien zapewnił.
– Tak. Osobiście.
Vael przez chwilę patrzył na herb wyhaftowany na mundurze. Lyra podeszła bliżej i zatrzymała się o krok od niego.
– Nie możesz dzisiaj podejrzewać wszystkich – powiedziała.
– Nikogo nie oskarżam. Sprawdzam.
– Robisz to od tygodnia i nadal niczego nie znalazłeś. Może dlatego, że nie ma czego szukać.
– Albo ktoś dobrze zatarł ślady.
Lyra przeniosła wzrok na mundur.
– Kael wrócił – powiedziała ciszej. – Widziałam go wczoraj wieczorem w skrzydle służby.
Vael odwrócił się do niej.
– Co tam robił?
– Nie wiem. Jest jednak na liście gości. Ojciec polecił dopisać go dwa dni temu.
– Ojciec z trudem wypowiada jedno zdanie, ale zajmuje się listą ceremonialną?
– Podobno nalegał.
Mięsień na policzku Vaela drgnął. Kael nie mieszkał na dworze od roku. Dwa tygodnie wcześniej sabotował systemy pałacowe podczas próby ceremonii, po czym zniknął, zanim straż zdążyła go zatrzymać. Teraz wrócił na koronację za zgodą umierającego cesarza.
– Gdzie jest?
– Nie wiem. – Lyra wyciągnęła rękę, gdy Vael ruszył ku drzwiom. – Proszę, daj mu szansę. Może po prostu chce tu być.
– Po tym, co zrobił? Odciął zasilanie w całym skrzydle ceremonialnym. Zabezpieczenia nie działały przez czterdzieści minut. Gdyby ktoś wtedy zaatakował, nie wyszlibyśmy stamtąd żywi.
– Nikt nie zaatakował. To był protest. Idiotyczny i dziecinny, ale jednak protest.
– Lyro. – Vael minął ją i wrócił do okna. – Protest nie polega na wyłączaniu pałacowych zabezpieczeń podczas próby koronacji. To sabotaż. Jeśli dochodzi do niego tuż przed objęciem tronu, staje się zdradą.
Lyra spuściła rękę. Nie odezwała się więcej.
Vael patrzył na miasto. Wieże pałacowych skrzydeł lśniły w porannym słońcu. Daleko pod nimi zaczynały się dzielnice niższych kast, gęsto zabudowane betonem i stalą. Na szarych ulicach wciąż paliły się światła instalacji grzewczych. Jeszcze wyżej, na orbicie, czuwały platformy obronne. Każdy niezidentyfikowany statek miał zostać zniszczony przed wejściem w atmosferę. Tarcze ochronne pozostawały w trybie gotowości od czterech dni.
Wszystko działało zgodnie z planem.
A jednak Vael po raz kolejny przejrzał w pamięci nocne raporty.
Lyra stanęła obok niego.
– Od tygodnia prawie nie śpisz – powiedziała. – Obserwujesz własną straż, jakby każdy żołnierz czekał tylko na okazję, żeby wbić ci nóż w plecy. Ojciec umiera, a całe imperium spada na twoje barki. Rozumiem to. Ale jeśli wejdziesz do Sali Tronowej z takim spojrzeniem, przestraszysz również tych, którzy przyszli cię poprzeć.
– Nie potrzebuję przyjaciół. Mam obowiązki.
– Masz siostrę.
Vael patrzył przez szybę tak długo, aż zobaczył w niej jej odbicie.
– Wiem – odparł. – Dlatego Kael nadal jest na wolności.
Lyra wypuściła powietrze i rozprostowała palce zaciśnięte na sukni.
Vael podszedł do manekina i zaczął wkładać mundur.
W Sali Tronowej panował półmrok, choć przez witrażowe kopuły wpadało ostre, przedpołudniowe światło. Architekci sprzed wieków poprowadzili promienie tak, aby skupiały się na Smoczym Tronie. Wznosił się na podeście z wypolerowanego obsydianu, zbudowany z czarnego żelaza i kościanych płyt. Metal pochłaniał światło. Każdy władca, który tam zasiadał, wydawał się przy nim mniejszy.
Vael czekał u wejścia na sygnał.
Lyra stała trzy kroki od niego, dokładnie tam, gdzie wyznaczał protokół. Na suknię narzuciła płaszcz Mediatorki. Był długi i przetykany srebrnymi nićmi, które miały przypominać o zawieranych przez jej urząd rozejmach.
W głębi korytarza ustawiał się orszak. Głowy rodów zajmowały miejsca obok generałów. Za nimi czekali kapłani Zakonu Wiecznego Płomienia oraz delegaci planet wasalnych. Wkrótce wszystkie spojrzenia miały śledzić drogę Vaela do tronu.
– Pamiętasz formułę? – szepnęła Lyra.
– Pamiętam.
– Odpowiedź na pytanie Arcykapłana też?
– Tak.
– I słowa przysięgi?
– Lyro. – Spojrzał na nią. – Powtarzałem je tysiąc razy.
– Wiem. – Wygładziła brzeg płaszcza. – Chcę tylko, żeby wszystko odbyło się jak należy.
– Dlatego tu jestem.
Zza głównych drzwi dobiegł niski głos ceremonialnych rogów. Wypełnił korytarz, a zgromadzeni wyprostowali się. Orszak ruszył.
Vael uniósł głowę i wszedł do sali.
Jego kroki odbijały się echem od marmurowej posadzki. Po obu stronach stały setki arystokratów i oficerów. Część pochylała głowy. Pozostali obserwowali go uważnie, już teraz ważąc przyszłe korzyści. Vael przesuwał wzrokiem po twarzach i dłoniach spoczywających na rękojeściach ceremonialnych sztyletów. Nie pominął nikogo.
W połowie drogi dostrzegł Kaela.
Najmłodszy brat stał w bocznym przejściu, ściśnięty pomiędzy oficerami gwardii. Nie założył munduru ani rodowych insygniów. Miał na sobie prostą, ciemną tunikę. Z ramienia zwisała mu torba z narzędziami, jakby dopiero co opuścił maszynownię.
Patrzył na Vaela bez zwykłej drwiny. Nie próbował też przepraszać.
Vael zwolnił. Ich spojrzenia spotkały się na moment, po czym ruszył dalej.
U podnóża tronu czekał Arcykapłan Zakonu, starzec o twarzy pooranej rytualnymi bliznami. Uniósł dłonie i rozpoczął formułę w starożytnym języku. Powtarzał słowa wypowiadane podczas koronacji przez siedem pokoleń cesarzy.
Vael odpowiadał w wyznaczonych miejscach. Jego głos ani razu nie zadrżał.
Arcykapłan podszedł, aby nałożyć mu na ramiona cesarski płaszcz.
Wtedy zegar na wieży świątynnej wybił jedenastą.
Światła w Sali Tronowej zgasły.
Ktoś krzyknął. Po chwili znad głów zgromadzonych dobiegł trzask pękającego szkła. Witrażowa kopuła nie wytrzymała uderzenia z zewnątrz.
Vael skoczył w stronę tronu. Niczego nie widział, lecz pamiętał odległość. Natrafił dłonią na krawędź podestu i wbiegł po stopniach. Za jego plecami otworzyły się drzwi. Po posadzce zadudniły ciężkie buty, a zaraz potem zabrzęczała stal.
– Do broni! – ryknął. – Gwardia do tronu!
Z lewej strony Lyra krzyknęła jego imię. Zaraz potem rozległ się ostry trzask wyładowania energetycznego. Ktoś jęknął i upadł.
Włączyły się czerwone lampy awaryjne.
Gwardziści walczyli z napastnikami w ciemnych pancerzach. Część wdarła się przez rozbite okna, reszta nadciągała z bocznych wejść. Na posadzce leżeli arystokraci. Niektórzy próbowali się czołgać, inni już się nie poruszali. Pośrodku sali Arcykapłan osunął się na kolana. Przycisnął dłoń do piersi, po której rozchodził się rozjarzony ślad wyładowania.
Vael dobył szpady koronacyjnej. Czterystuletnie ostrze po raz pierwszy miało posłużyć nie podczas ceremonii, lecz w walce.
– Do mnie! Utrzymać tron!
Kilku gwardzistów zaczęło przebijać się w jego stronę. Jeden z napastników zagrodził im drogę. Vael zeskoczył z podestu i pchnął w szczelinę między napierśnikiem a hełmem. Mężczyzna osunął się na posadzkę, zanim zdążył unieść broń.
Vael już szukał następnego celu.
Wtedy zauważył grupę biegnącą przez drugi koniec sali w stronę komnat cesarskich. Prowadził ją człowiek w pełnej zbroi. Na jego piersi widniał nieznany Vaelowi emblemat: skrzyżowane półksiężyce na tle płonącego koła.
Zmierzali do skrzydła medycznego.
– Ojciec – wyszeptał Vael.
Rzucił się za nimi.
Przebiegł między powalonymi ławami, omijając leżące na posadzce ciała. Z boku dostrzegł Lyrę. Klęczała przy rannych arystokratach i osłaniała ich sztyletem zabranym martwemu gwardziście. Spojrzała na brata, ale dym wydobywający się z pękniętych przewodów wentylacyjnych szybko zasłonił jej twarz.
Vael biegł dalej.
Korytarz prowadzący do skrzydła medycznego był wąski i kręty. Zbudowano go tak, by napastnicy nie mogli ruszyć szerokim szykiem. Teraz każdy zakręt odbierał Vaelowi cenne sekundy.
Za ostatnim wpadł prosto na nich.
Pięciu napastników wyważało drzwi do komnaty cesarza. Był wśród nich dowódca z emblematem płonącego koła. Kiedy zobaczyli Vaela, odwrócili się i unieśli energetyczne włócznie oraz krótkie miecze wibracyjne.
– Precz od cesarza! – warknął Vael.
Pierwszy ruszył z włócznią. Vael uchylił się, obrócił na pięcie i ciął go w udo, gdzie pancerz pozostawiał wąską szczelinę. Napastnik runął na kolano. Drugi nie zdążył dokończyć zamachu. Dostał głowicą rękojeści w skroń, a poprawiające cięcie powaliło go na posadzkę.
Mężczyzna z lewej próbował wbić Vaelowi miecz pod żebra. Ostrze szpady ześlizgnęło się po jego broni i weszło pod pachę. Czwarty zaatakował od boku. Vael odbił cios, po czym uderzył jelcem w odsłoniętą twarz. Napastnik zachwiał się i runął pod ścianę.
Dowódca cofnął się, ocenił odległość do Vaela i rzucił się do ucieczki.
Vael skoczył za nim.
Zatrzymał go krzyk.
Dobiegł zza wyważonych drzwi. Głos ojca był słaby, ale Vael rozpoznał go bez trudu. Po chwili komnata ucichła.
Pozwolił dowódcy uciec i wpadł do środka.
Cesarz leżał na łożu z ręką wyciągniętą ku oknu. Z piersi sterczała rękojeść prostego sztyletu. Broń nie miała żadnych zdobień. Wyglądała jak zwykłe narzędzie. Oczy cesarza pozostawały otwarte, ale nie śledziły już ruchu syna.
Czubek szpady Vaela opadł ku podłodze.
Nie podszedł do łoża. Nie potrafił też odwrócić wzroku. Z korytarza dobiegały wystrzały, a nad drzwiami wył alarm. Przez kilka uderzeń serca Vael stał bez ruchu. Wiedział, że powinien wrócić do gwardii. Stopy nie chciały go słuchać.
– Vael!
Głos Lyry przedarł się przez huk. Pojawiła się w drzwiach z rozciętą brwią. Lewy rękaw sukni nasiąkł krwią.
– Pałac płonie. Musimy się wycofać!
– Ojciec nie żyje.
Vael ledwie rozpoznał własny głos.
Lyra zacisnęła usta. Podeszła bliżej, ostrożnie stawiając każdy krok.
– Wiem. Ale jeśli ty też zginiesz, nie zostanie nikt, kto może odzyskać tron.
Vael spojrzał na siostrę. Milczał, a palce coraz mocniej zaciskały się na rękojeści szpady.
– Kto to zrobił?
– Jeszcze nie wiem. Znajdziemy odpowiedź, ale nie tutaj. Teraz musimy uciekać.
Vael po raz ostatni popatrzył na ojca. Potem ruszył za Lyrą.
Wycofali się korytarzami służby, które znali od dzieciństwa. Jedno z przejść doprowadziło ich do zapomnianego szybu windowego. Stamtąd zeszli schodami ku podziemnym hangarom.
Vael szedł pierwszy ze szpadą gotową do ciosu. Lyra osłaniała tył. Towarzyszyła im garstka ocalałych, wśród nich kilku oficerów i dwóch kapłanów. Młoda kobieta z rodu Corbrayów trzymała się blisko Lyry. Jej ojciec zginął w pierwszych minutach ataku.
Po drodze natknęli się na Kaela.
Najmłodszy brat klęczał przy otwartym panelu kontrolnym. Obie ręce miał zanurzone w plątaninie przewodów. Nie odwrócił się, gdy usłyszał kroki.
– Odłączam system bezpieczeństwa – rzucił. – Ktoś przejął sterowanie. Zamki blokują przejścia, a drzwi otwierają się bez żadnego porządku.
– To twoja robota? – zapytał Vael.
– Próbuję to naprawić.
– Dwa tygodnie temu odciąłeś zasilanie.
Kael wyrwał ręce spomiędzy kabli i poderwał się na nogi.
– Chciałem pokazać, że każdy może to zrobić! System jest dziurawy jak sito, ale nikt nie słuchał. Ani ty, ani ojciec…
Urwał.
Spojrzał na zakrwawioną twarz Lyry, potem na ludzi tłoczących się za nią.
– Gdzie jest ojciec? – zapytał.
Vael pokręcił głową.
Kael cofnął się pod ścianę. Oparł o nią plecy, a jego dłonie przez chwilę bezradnie szukały czegoś, czego mógłby się uchwycić.
– Kto go zabił?
– Dowiemy się – odpowiedział Vael. – Najpierw musimy przeżyć. Otworzysz hangar?
Kael przełknął ślinę.
– Tak. Potrzebuję dziesięciu minut.
– Masz pięć.
Kael potrzebował sześciu. Oszukał przejęty system i zdjął ostatnią blokadę, nim napastnicy dotarli do podziemi. Drzwi starego promu dyplomatycznego otworzyły się z przeciągłym sykiem.
Statek nie miał pancerza i był powolny w atmosferze. Posiadał jednak napęd nadświetlny. To wystarczało.
Vael wprowadził ocalałych na pokład. Lyra zajęła się rannymi, a Kael uruchomił silniki.
Prom oderwał się od płyty hangaru. W tej samej chwili pałacem wstrząsnęła kolejna eksplozja. Wybuch nastąpił gdzieś w pobliżu Wieży Wschodniej.
Vael spojrzał przez iluminator. Ogień objął poziom, na którym znajdowały się jego komnaty. Jeszcze rano stał tam przy oknie i próbował przewidzieć każdy możliwy ruch przeciwnika. Teraz w płomieniach znikało miejsce, które przez całe życie nazywał domem.
– Kierunek? – zapytał Kael z kokpitu.
Vael nie odpowiedział. Patrzył, jak ogień wspina się po ścianach pałacu.
– Vael! – zawołała Lyra. – Dokąd lecimy?
– Poza zasięg platform. Potem zdecydujemy.
Prom wzniósł się nad Aethelgardem. Z niższych poziomów miasta unosił się gęsty dym. Co kilka chwil między wieżami wybuchał kolejny pożar. Platformy obronne wisiały nad planetą, lecz żadna nie otworzyła ognia.
Vael obserwował płonącą stolicę i odtwarzał w pamięci przebieg zamachu. Widział bezimienne mundury oraz obcy emblemat. Najważniejsza była jednak droga, którą napastnicy bezbłędnie dotarli do komnaty cesarza.
Ktoś wpuścił ich do pałacu.
Kiedy Vael pozna zdrajców, każdy z nich odpowie za ten dzień.
Jedno nazwisko wracało do niego od tygodnia, chociaż nadal nie miał żadnego dowodu.
Lorien.
Odwrócił się od iluminatora. Lyra klęczała przy rannych. Młoda Corbray płakała w kącie tak cicho, że prawie nie było jej słychać. Pozostali milczeli.
Vael podszedł do konsoli komunikacyjnej. Uruchomił szyfrowany kanał, z którego ostatni raz korzystał podczas kampanii na Pustkowiach Granicznych.
– Do wszystkich lojalnych jednostek – powiedział. – Mówi Vael Vey'lar, prawowity cesarz Imperium Rozdartego Horyzontu. Koronację przerwał zamach stanu. Cesarz nie żyje. Ocaleni zbierają się na częstotliwości kryzysowej. Odpowiedzcie.
Wysłał komunikat.
Czekał przed martwą konsolą, podczas gdy płonący Aethelgard niknął za rufą promu.
Ten fragment niespecjalnie zachęciłby mnie, żeby czytać coś więcej, bo jest trochę napuszonych okrągłych zdań, które niewiele wnoszą do fabuły i brzmią sztucznie:
Imperium wyczuwa próżnię, zanim ty zdążysz ją dostrzec
Plus takie kwiatki, które niepotrzebnie rozwlekają całość:
– Cztery godziny – powiedział, chcąc usłyszeć własny głos.
[…]
– Lyro, za ile zaczyna się ceremonia?
– Za trzy i pół godziny
Albo są po prostu nielogiczne:
Światła w Sali Tronowej zgasły.
Nie przygasły. Sala natychmiast pogrążyła się w ciemności.
Ktoś krzyknął. Po chwili znad głów zgromadzonych dobiegł trzask pękającego szkła. Witrażowa kopuła nie wytrzymała uderzenia z zewnątrz.
Vael skoczył w stronę tronu. Niczego nie widział, lecz pamiętał odległość
jest 11 przed południem, wcześniej dostajemy info, że wpadające przez witraże promienie słoneczne tworzy jakąś tam grę świateł, ale gdy gasną światła w sali, to zapadają całkowite ciemności.
Do tego sporo topornej ekspozycji:
Kael nie pokazywał się na dworze od roku. Dwa tygodnie wcześniej sabotował systemy pałacowe podczas próby ceremonii, po czym zniknął, zanim straż zdążyła go zatrzymać.
Ojciec umiera, a całe imperium spada na twoje barki.
I trochę drogi na skróty lub lenistwa autora:
U podnóża tronu czekał Arcykapłan Zakonu, starzec o twarzy pooranej rytualnymi bliznami. Uniósł dłonie i rozpoczął formułę w starożytnym języku. Powtarzał słowa wypowiadane podczas koronacji przez siedem pokoleń cesarzy.
Vael odpowiadał w wyznaczonych miejscach. Jego głos ani razu nie zadrżał.
Ogólnie największym problemem jest zdecydowana przewaga tell w stosunku do show. Ostatni fragment jest tego najlepszym przykładem – skrótowo opisujesz moment przysięgi, zamiast go pokazać.
Dziękuję za zwrócenie uwagi. Wprowadziłem poprawki. Jeśli chodzi o samą scenę koronacji, potrzebuję więcej czasu, aby ją rozbudować.
No i co, niestety generalnie miałem mocne wrażenie, że spory udział w powstaniu tekstu miał redaktor z wrodzonymi trudnościami w utrzymywaniu kontekstu… i nie wiem, czy tylko redaktor.
Może to jest krzywdząca opinia (i nie wiem, niestety, kogo bym nią skrzywdził :( ), skoro niezawodna OldGuard nie zgłaszała takich pretensji, ale jeśli tak, to tym bardziej polecam na przyszłość zadbać o to, żeby nie gubić wątku i żeby był sens.
Świt nad Aethelgardem nadchodził powoli. Pałacowe kopuły tonęły jeszcze w szarym świetle, lecz ich krawędzie zaczynały już błyszczeć złotem. Vael Vey'lar stał przy oknie swoich komnat na trzydziestym siódmym poziomie Wieży Wschodu. Patrzył, jak pierwsze promienie odbijają się od pancerzy gwardii honorowej ustawionej wzdłuż Alei Tysiąca Latarni. Żołnierze stali wyprostowani, z włóczniami skierowanymi ku niebu. Protokół nie dopuszczał najmniejszego odstępstwa. Za niespełna cztery godziny Vael miał stanąć w centrum ceremonii.
Wstęp nudny, bo opisowo-ekspozycyjny, a do tego niespecjalnie atrakcyjnym językiem pisany (w pierwszym paragrafie cztery razy jest o staniu…) Tak że nie zachęca.
Za jego plecami ciągnęła się rozległa, pusta komnata.
Po co komu w zamku “rozległa” (jak rozumiem, znaczy to, że strasznie wielka) komnata, która stoi pusta? A jeszcze pusta, ale z łożem?
Każda godzina przed koronacją dawała jego wrogom kolejną szansę.
No już się zdawało, że czegoś się dowiemy i się nie dowiedzieliśmy. Po co taki vagueposting?
Przez noc raz jeszcze przeczytał raporty wywiadu i ponowił szyfrowane połączenia z dowódcami platform orbitalnych. Później wrócił do list gości. Porównywał nazwiska, szukając człowieka, który mógłby pojawić się w dwóch miejscach jednocześnie albo wejść do pałacu pod cudzym nazwiskiem.
Halt. Przed chwilą czytalim, że każda godzina do koronacji jest szansą dla wrogów. Teraz, że książę obawia się ataku _podczas_ koronacji? No to jak?
No i jaki sens ma to “albo” w tym zdaniu? On porównuje nazwiska właśnie po to, żeby sprawdzić, czy ktoś nie zgłosił cudzego, nie ma tu żadnej wyłączności…
Przez chwilę wpatrywał się w pusty wynik wyszukiwania.
W pustej komnacie najwyraźniej jest jakiś komputer? Czy jakiś ręczny terminal ma? Wszczepy we łbie?
Tyle tu opisów, ale jak przyjdzie co do czego, to nie wiadomo, jak się co dzieje…
Był jeszcze cięższy, niż się spodziewał.
I wie to z przesuwania palcami po owym materiale??
Jeśli dochodzi do niego tuż przed objęciem tronu, staje się zdradą.
A kiedy niby miałoby dojść do “wyłączenia pałacowych zabezpieczeń podczas próby koronacji”.
– Nie potrzebuję przyjaciół. Mam obowiązki.
?
Vael patrzył przez szybę tak długo, aż zobaczył w niej jej odbicie.
Czemu niby miałoby to zająć jakiś czas? W filmie to tak może wyglądać, że kamera łapie ostrość na odbiciu z opóźnieniem, ale generalnie nie ma to sensu.
– Dlatego tu jestem.
? On jest przecież niezbędny, żeby koronacja w ogóle się odbyła, a nie żeby wszystko poszło jak należy.
Światła w Sali Tronowej zgasły.
Nie przygasły. Sala natychmiast pogrążyła się w ciemności.
No jak, jak światło ostre wpada przez witraże?
Vael skoczył w stronę tronu. Niczego nie widział, lecz pamiętał odległość.
Jak mógł nie widzieć tronu, skoro światło się na nim skupiało? Choćby cała kopuła została zniszczona jednocześnie i już nie skupiała światła, to przez dziurę teraz wpada światło, tak?
Zmierzali do skrzydła medycznego.
Celem ataku na skrzydło medyczne wbili do sali tronowej…? To jest jedyna droga i rannych każdorazowo się nosi przez salę tronową (xd), czy tak o, dla efektu to zrobili?
Teraz każdy zakręt odbierał Vaelowi cenne sekundy.
No, nie, bo napastnicy pokonywali te same zakręty.
Pięciu napastników wyważało drzwi do komnaty cesarza. Był wśród nich dowódca z emblematem płonącego koła. Kiedy zobaczyli Vaela, odwrócili się i unieśli energetyczne włócznie oraz krótkie miecze wibracyjne.
Pięciu wyważało jedne drzwi? To co, mieli jakiś łom pięcioosobowy? Czy jak? Może mieli taran i taranowali, to prędzej. Ale tyle opisów i ten taran się nie zmieścił, to chyba nie…?
A te włócznie energetyczne i miecze wibracyjne to co, nie nadają się do jakiegoś ataku na zamek w drzwiach?
Dobiegł zza wyważonych drzwi.
Jak dopiero co pięciu te drzwi wyważało? A teraz już są wyważone, choć walczyli z Vaelem? Dowódca nagle wrzucił tryb superwojownika i sam wyważył?
Wyglądała jak zwykłe narzędzie.
Skoro nasz PoV widzi, że sztylet, to widzi, że nie jest to narzędzie. Nóż mógłby być narzędziem, sztylet to wyłącznie broń.
W tej samej chwili pałacem wstrząsnęła kolejna eksplozja. Wybuch nastąpił gdzieś w pobliżu Wieży Wschodniej.
Po co się było bawić w sztyletowanie cesarza zamiast wysadzić wszystko?
Zakapiorze,
No i co, niestety generalnie miałem mocne wrażenie, że spory udział w powstaniu tekstu miał redaktor z wrodzonymi trudnościami w utrzymywaniu kontekstu… i nie wiem, czy tylko redaktor.
Może to jest krzywdząca opinia (i nie wiem, niestety, kogo bym nią skrzywdził :( ), skoro niezawodna OldGuard nie zgłaszała takich pretensji, ale jeśli tak, to tym bardziej polecam na przyszłość zadbać o to, żeby nie gubić wątku i żeby był sens.
OldGuard miała o tym pisać, zresztą jej komentarz mówi o tym w dość zawoalowany sposób, bo mam 99% podejrzeń, kto kryje się pod anonimem i ten ktoś mnie ostatnio usilnie mnie przekonywał, że z AI nie korzysta.
Ale cieszę się, że coraz więcej osób zwraca na to uwagę :)
Czarny materiał przecinały srebrne hafty, przez co stał się ciężki i sztywny.
Ileż te hafty musiały ważyć! :)
Vael nie spał od czterdziestu godzin.
Nie z powodu bezsenności, która dręczyła go od miesięcy. Nadworny medyk próbował zwalczać ją wywarami cuchnącymi zgniłymi ziołami, lecz bez skutku. Tym razem Vael nawet nie położył się do łóżka. Każda godzina przed koronacją dawała jego wrogom kolejną szansę.
Przez noc raz jeszcze przeczytał raporty wywiadu i ponowił szyfrowane połączenia z dowódcami platform orbitalnych. Później wrócił do list gości. Porównywał nazwiska, szukając człowieka, który mógłby pojawić się w dwóch miejscach jednocześnie albo wejść do pałacu pod cudzym nazwiskiem.
Nic nie znalazł.
Przez chwilę wpatrywał się w pusty wynik wyszukiwania. Potem uruchomił analizę jeszcze raz.
Zgubiłeś mnie. Całkowicie.
Następca tronu nie ma ludzi, którzy zatroszczyliby się o bezpieczeństwo podczas tych kilku godzin, kiedy utnie sobie drzemkę? Przecież trzydzieści siedem pięter niżej stoi – widziana z tej wysokości – gwardia honorowa.
Nieprzytomny ze zmęczenia władca wydaje się również bardzo dobrym celem dla wrogów.
Jego ojciec od tygodnia leżał w skrzydle medycznym. Oficjalny komunikat mówił o przemęczeniu i potrzebie zachowania sił przed ceremonią.
Jeżeli to u nich rodzinne, to ten komunikat jest wyjątkowo wiarygodny. :D
Im dalej, tym mniejsze było moje skupienie, więc tutaj odniesienia do konkretnych fragmentów się zakończą. Abstrahując od powyższych rozkmin nad redaktorem GePeTto, powiem, że tekst jest bardzo skrótowy, przez co chaotyczny. Zostajemy wrzuceni w sam środek istotnej dla świata sytuacji – umiera cesarz, jego syn czeka na koronację, wróg może czaić się wszędzie… a tak naprawdę nic nie wiemy, więc napięcie ustępuje miejsca próbom odnalezienia się w kontekście. Rozumiem, że to fragment, ale zakładam, że początkowy – jeżeli rzeczywiście przed nim nie będzie nic więcej, warto go znacząco rozbudować.
Jakoś tak niedawno czytałem opowiadanie o koronacji – tyle że nie następcy tronu, a uzurpatora – przerwanej przez tajemniczych wojowników. Reszta nieco inna, ale…