- Opowiadanie: Nikodem_Podstawski - Śmierć licencjata

Śmierć licencjata

Opowiadanie bardziej ku uciesze mojej i znajomych, niż ku literackim zachwytom postronnych. Niemniej jednak wierzę, że również postronny czytelnik znajdzie w nim coś da siebie, jeśli tylko nie potraktuje całości zbytnio profesjonalnie i z powagą, jaka powinna mieć miejsce tylko przy obronie pracy dyplomowej.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Śmierć licencjata

Zdarzyło się to w okresie, w którym w zagajnikach niedaleko pewnej uczelni zakwitały pierwsze przylaszczki. A może to były zawilce albo fiołki albo jeszcze inne kwiaty? Należałoby zapytać jednego z uniwersyteckich botaników, a uzyskanie od nich odpowiedzi poza godzinami konsultacji wydaje się niemożliwością. Niech więc będą przylaszczki. W każdym razie to właśnie wtedy pewien licencjat umarł i z faktem tym należało coś zrobić.

Zaczęło się niewinnie. Ot, zwykła uczelniana środa na instytucie na zapomnianej ulicy zapomnianego przez świat miasta w zachodniej Polsce. Upalny, lipcowy dzień, z gatunku takich, które przeklina się, gdy już się człowiek znajdzie wewnątrz takiego, ale o jakich się marzy podczas jesiennej słoty. Dzień obron licencjatów. Wszystko toczyłoby się własnym, melancholijnym rytmem akademickiego stresu, gdyby tylko pani Krystyna nie otworzyła drzwi laboratorium w pokoju numer dwadzieścia dwa. Kobieta jednak dziarsko pchnęła drzwi klasycznym wózkiem pani sprzątającej i gdy już miała zabrać się za ścieranie kurzu, omal nie potknęła się o coś na podłodze. Ku swojemu zdziwieniu odkryła, że to coś było miękkie w przypadkowym dotyku nogą. A gdy okazało się być licencjatem, w dodatku martwym (nietrudno było to stwierdzić; wiadro z brudną wodą miało więcej koloru niż skóra tego człowieka), wydała okrzyk, który wstrząsnął całym piętrem i opadła nieprzytomna na podłogę.

Nudnawa środa w jednym momencie zmieniła się nie do poznania. Krzyk poniósł się korytarzami i zawiadomił każdego pracownika, studenta czy gościa, który akurat znajdował się w pobliżu. Naturalnie, nie wszyscy popędzili wiedzeni ciekawością czy troską; właściwie tych, co postanowili to sprawdzić było niewielu, ale gdy zobaczyli co się stało, od razu postawili na nogi nie całe piętro, a cały instytut. I choć śmierć licencjata była zjawiskiem nad wyraz uciążliwym, niepożądanym i takim, od którego każdy trzeźwo myślący akademik pragnie się odciąć, to panią Krystynę wszyscy lubili, więc dla niej należało zrobić wyjątek i sprawą jakkolwiek się zająć. Trzeba też było oczywiście powiadomić służby i zrobić masę innych rzeczy, które niezbyt dobrze wpływały na ogólne funkcjonowanie placówki i coś, co w korporacyjnym dialekcie określa się mianem workflow.

Wkrótce w niewielkiej sali laboratoryjnej znaleźli się: promotor, recenzent i przewodnicząca komisji niedawnego egzaminu nieboszczyka licencjata, prodziekan jako przedstawiciel władz uczelni (dziekan był obecnie na którejś z Wysp Kanaryjskich, a telefon komórkowy był utopił tydzień temu w szklance po innym nieprzyjemnym incydencie), koleżanka zmarłego imieniem Asia, Kasia albo Basia, której z jakiegoś powodu nikt nie wyprosił, starszy aspirant Dybała i policjant z drogówki nazwiskiem Jastrzębski, którego przyciągnęła tu niewidzialna ręka komisariatu dla pomocy aspiranta. Przedziwna to była grupa i gdyby ktoś spojrzał na nich z boku to mógłby ulec wrażeniu, że ogląda spektakl w teatrze. Ich niecodzienność przede wszystkim objawiała się taką różnicą temperamentów i podejścia do sprawy, że była niemalże namacalna. Ofiara spotkania ze zmarłym, pani Krystyna, została wyprowadzona do portierni, by w otoczeniu kolegów i serniczka nabrać sił po traumatycznym przeżyciu. Nowoprzybyłe osoby natomiast żwawo dyskutowały przy ciele zmarłego.

– Taka tragedia… Taka tragedia… A miał iść na nasz wydział na magisterkę! – rozpaczała przewodnicząca komisji.

– Proszę nie tragizować, pani profesor! – Promotor machnął ręką lekceważąco. – Przecież nie on jeden miał kontynuować. Mamy ich trochę…

– A dopiero się chłopak obronił… – Pokręcił głową recenzent. – Tyle czasu zmarnował tutaj i ani dnia się tytułem nie nacieszył…

– Drodzy państwo… – zaczął aspirant Dybała, wyraźnie rozdrażniony. Widział już różne reakcje na śmierć, ale tak nieludzkich chyba nigdy. Przeklął w myślach na fakt, że komisariat nie wysłał tu kryminalnych czy chociażby ćwierć technika kryminalistyki, żeby zebrać materiał dowodowy. – Proszę powiedzieć, co państwo wiedzą, a potem najlepiej byłoby, gdyby państwo dali nam pracować.

– A co my możemy wiedzieć?! – żachnęła się przewodnicząca. – Dopierośmy mu gratulowali, ręce podawali, a tu taka tragedia!

– Nazywał się Michał Skowirski – odpowiedziała nagle stojąca za komisją egzaminacyjną prodziekan. – Powszechnie znany na instytucie, niestety nie ze względu na osiągnięcia naukowe. Raczej ze względu na liczne warunki oraz afery z jego udziałem. Cud, że w ogóle licencjat obronił.

– W końcu jakieś konkrety. – Uśmiechnął się Dybała. – Dziękuję, pani…

– Pani? – Kobieta zmierzyła go wzrokiem i przeszyła lodowatym głosem.

– Wygląda pani całkiem kobieco, więc zakładam…

– Ja nie jestem żadną panią! – syknęła. – Nazywam się profesor doktor habilitowana Jadwiga Hubocka i oczekuję od pana aspiranta odpowiedniego szacunku!

Jakakolwiek pozytywność, która chwilowo zagościła w duszy aspiranta Dybały, momentalnie wyparowała. Jego mózg starał się zrozumieć jak ktoś może być aż tak nadęty, ale anioł stróż przypomniał mu, że do policyjnej emerytury już niedługo i w gruncie rzeczy głupio tak spierać się z ludźmi na parę lat przed zasłużonym odpoczynkiem. Policjant przybrał więc minę poczciwego idioty i odpowiedział tak uprzejmie, jak tylko mógł.

– Oczywiście, pani profesor. Dziękuję za pomoc.

– Też coś…! – prychnęła.

– Zrobiliśmy razem z posterunkowym Jastrzębskim pobieżne oględziny miejsca zgonu oraz ciała i sprawa wydaje się być mało skomplikowana – kontynuował Dybała. –  Nie ma krwi, ran ani żadnych… charakterystycznych elementów otoczenia, więc wykluczamy morderstwo bądź samobójstwo. Może mu serce stanęło? Ale do stwierdzenia tego przydałby nam się choć jeden ratownik… Gdzie oni są, Jastrzębski?

Policjant nie odpowiedział, wyraźnie zamyślony. Wzrok jego utkwił gdzieś pomiędzy statywem z drucianymi ezami i szklanymi głaszczkami, a palnikami Bunsena.

Z pewnością dla takiego krawężnika zobaczenie nawet prymitywnego laboratorium to nie lada uciecha, pomyślał Dybała i zaraz wrzasnął.

– Jastrzębski!

– Na rozkaz! – Policjant otrząsnął się, niedbale salutując. – Podobno utknęli w korku, panie aspirancie.

– Przecież to karetka! Korytarz życia…

– W tym mieście? Żartuje pan. – Jastrzębski uśmiechnął się głupio. – Poza tym, co to nam zmienia? Mamy dużo czasu. A ten tu jeszcze więcej. – Wskazał palcem zwłoki.

Dybała zmierzył go zmęczonym wzrokiem. Bardzo, bardzo zmęczonym wzrokiem kogoś, kto właśnie stracił ostatnią nadzieję na pomoc z zewnątrz. Być może pokusiłby się o jakąś kąśliwą uwagę co do poziomu taktu i profesjonalizmu kadry drogówki, ale nagle Asia podeszła bliżej i powiedziała zdecydowanym tonem:

– A ja myślę, że się zabił! Na pewno! Żebyście państwo słyszeli, co mówił przed egzaminem z komórkowych! Jakoś tak: Koniec! Samobójstwo! Zapierdo… ekhem, się zaraz! Tak mówił!

– Przecież oni wszyscy tak mówią! – zaprotestował promotor. – I to przed każdym jednym egzaminem! A przecież wystarczy się trochę pouczyć.

– Cóż, nie możemy wykluczyć skłonności samobójczych, ale… – zaczął Dybała.

– Jakie samobójstwo?! Na naszej uczelni?! Obetną nam granty! Wytkną w brukowcach! Nasza uczelnia…! – zbulwersowała się przewodnicząca, łapiąc się nagle w okolicy pasa. – Ach, moje biedne biodro! Ale no! Przecież tego tutaj nigdy nie było! Niby kiedy praca akademicka odwiodła kogoś od zdrowych zmysłów?

Nikt jej nie odpowiedział. Po krótkim milczeniu aspirant Dybała odchrząknął i powiedział, że chciałby zobaczyć dokumenty zmarłego. Prodziekan zaproponowała, by udać się do dziekanatu. Poszli więc wszyscy oprócz Jastrzębskiego, któremu przypadł zaszczyt pilnowania nieboszczyka do czasu przyjazdu karetki, która przecież musiała kiedyś dotrzeć, tym bardziej, że szpital był raptem kilometr dalej. Sam policjant zaś wcale nie oponował. Teraz wyjątkowo interesowały go niewielkie urządzenia z gumowymi tulejami pośrodku. Upewniwszy się, że wszyscy już poszli, wcisnął przełącznik. Guma zaczęła zjawiskowo szybko wibrować i kręcić kółeczka. Niewiele myśląc, Jastrzębski położył w zagłębieniu palec, który idealnie się tam mieścił.

– Ale to głupie – stwierdził. – I po co taki wibrownik palca w laboratorium?

Ale odpowiedziała mu jedynie cisza.

 

– Nie widzi co napisane? Przerwa! Do czternastej! – powiedziała zdenerwowana kobieta za biurkiem, gdy tylko stanęli w drzwiach.

– Przepraszam, ale to sytuacja wyjątkowa. Aspirant Dybała, prowadzimy śledztwo w sprawie…

– Możesz sobie pan być nawet Świętym Mikołajem, ale przerwa to przerwa. Wrócisz pan o czternastej to pomogę. Może – odparła z pewnością siebie.

Policjant zmierzył ją wzrokiem. Co prawda nigdy nie był na studiach, ale wielokrotnie słyszał od swoich znajomych studentów, że kto do dziekanatu chodzi, ten się w cyrku nie śmieje czy coś takiego. Wtedy tego nie rozumiał, teraz chyba powoli zaczynał.

– Bożenko, słuchaj przykra sprawa – odezwała się nagle zza jego pleców profesor Hubocka. – Student nam zmarł i musimy formalności zrobić. Załatwisz nam jego dokumentację?

– O, dobrze cię widzieć, Jadziu! Tak, pewnie! Akurat już serniczka zjadłam, nie ma problemu kochanie! Jak się ten… student nazywał? – zapytała zupełnie innym głosem.

Dybała miał wrażenie, że słowo „student” wymówiła z pewną odrazą. Natomiast fakt, że do prodziekan kobieta zwracała się o wiele milej niż do stróża prawa, nie zdziwił go już ani trochę. Miał wrażenie, że za niedługo już nic na tym instytucie nie będzie go dziwić.

– Skowirski chyba. No wiesz, ten Skowirski – odpowiedziała profesor doktor habilitowana Jadwiga Hubocka.

– A, ten ancymon! Już, już…

Kobieta przez chwilę buszowała po cyfrowych dokumentach, by zaraz po tym wstać i otworzyć jedną z kilkunastu otaczających ją szafek z aktami. Przeglądała ją w nieskończoność, by wreszcie wyjąć jedną z miliona teczek. Mina Dybały wskazywała na to, że przynajmniej w kwestii biurokratyzacji uczelnie wyższe i komisariaty mogły podać sobie ręce. Pani Bożena tymczasem otworzyła teczkę i wygrzebała z niej stos kartek, które, jak się okazało, były świadectwami, dyplomami i wszelkiego rodzaju zaświadczeniami świętej pamięci Michała Skowirskiego. Aspirant Dybała przejrzał je pobieżnie, starając się uformować wszystkie dane w spójną całość i szukając w nich jakichś istotnych dla sprawy informacji.

– Przepraszam. – Ciszę przerwał nagły głos recenzenta. – Jeśli to nie problem, z chęcią wróciłbym do pracy…

– Pan żartuje. – Dybała nie mógł uwierzyć w lekkość z jaką była wypowiedziana prośba. – Jest pan jedną z ostatnich osób, jakie widziały zmarłego! Trzeba spisać cały protokół! Pewnie będzie pan musiał pojechać na komisariat jak tylko łaskawie zjawi się tu ktoś z kryminalnych… A pan chce udawać, że nic się nie stało?

– A bo to nasza wina, że się chłopak przekręcił? – poparł kolegę promotor licencjata. – Jak dla mnie to mogą tutaj panowie ślęczeć cały dzień, ale my mamy swoje obowiązki! Bakterie do pasażu, żele do zrobienia, mikroskop do naprawy…

– Panie policjancie – odezwała się nagle przewodnicząca komisji, której zmartwiony wzrok przeszywał Dybałę do granic możliwości. Z niewiadomego powodu zaczęła szeptać, choć dalej wszyscy mogli ją usłyszeć. – Niech mi pan obieca, że nie powie nic żadnej dziennikarzynie, bo inaczej jesteśmy zgubieni! Śmierć na wydziale do reszty nas pogrąży, a przecież my i tak ledwo funkcjonujemy!

Aspirant Dybała odrzucił od siebie dokumenty nieboszczyka i spojrzał na trójkę wykładowców z takim niesmakiem, na jaki tylko mógł sobie pozwolić. Miał już serdecznie dosyć ich, profesor Hubockiej, tej baby z dziekanatu, tej dziwnej studentki, która włóczyła się za nimi chyba wyłącznie dla taniej sensacji i całego tego przeklętego instytutu. I gdy już miał z satysfakcją powiedzieć, że zatrzymuje ich wszystkich i razem poczekają na przyjazd kryminalnych, nagle usłyszał tupanie ciężkich butów gdzieś z korytarza. Bardzo szybkie tupanie. Nie minęły trzy sekundy, a do dziekanatu wbiegł przerażony do granic i blady jak ściana Jastrzębski.

– Panie aspirancie! Melduję…! – dyszał niespokojnie.

– Co znowu?

– Przyjechali… karetka przyjechała!

– No to chyba dobrze? Coś taki zmachany?

– No bo oni przyjechali… ale ciała nie ma! – wykrzyknął Jastrzębski.

Uwaga wszystkich zebranych zebrała się na nim, ale nikt nic nie powiedział. W ciszy jaka zapadła, słychać było tylko szum starego komputera pani Bożenki. W końcu Dybała, do którego jako pierwszego dotarł sens słów policjanta, wrzasnął przeraźliwie.

– Jak to zniknęło?! Jak ciało mogło zniknąć, do cholery?! Przecież żeś tam był! – Zerwał się z krzesła, postępując ku Jastrzębskiemu.

– N-no bo tego… ja… – Mężczyzna cofnął się o krok, wracając na korytarz przez otwarte drzwi. – Zagapiłem się trochę…

– Zagapiłeś? Zagapiłeś?! – Dybała wypadł z pokoju i chwycił policjanta za mundur.

– No bo tyle tam tych aparatów! Coś bulgocze, coś pika, człowiek co i rusz się zapatrzy na coś dziwnego…

– Idziemy! – Aspirant pchnął Jastrzębskiego i czym prędzej pobiegł w stronę laboratorium, w którym jeszcze przed kilkoma chwilami był trup.

Na pozostałą część swojej grupy nie miał najmniejszego zamiaru patrzeć. Ale stukot obcasów i klapek dał mu do zrozumienia, że bynajmniej nie będzie miał spokoju. Na miejscu zastał dwóch ratowników medycznych, którzy bezradnie rozglądali się po pomieszczeniu. Na widok Dybały przybrali jeszcze bardziej zdezorientowane miny.

– No i gdzie macie to ciało? Tamten chłopak wybiegł, jakby go coś goniło, jak tylko tu weszliśmy. To nie ta sala? – zapytał jeden z nich.

– Panowie… Sytuacja jest wyjątkowa. – Dybała potarł rękawem spocone czoło. Czuł, że sprawa powoli zaczyna go przerastać. – Możecie tu poczekać jeszcze chwilę? Chcielibyśmy…

– Czekać? Ale na co? Mówiliście, że znaleźliście ciało. No to gdzie ono jest? – wtrącił się drugi ratownik.

– Widzi pan… jedna osoba… zamknęła się z ciałem piętro wyżej – stwierdził aspirant, nie dając nic po sobie poznać. – Sytuacja jest niebezpieczna, facet ma nóż. Być może to on zabił tego człowieka albo chce popełnić samobójstwo, wariat jeden. Robimy co możemy, żeby załagodzić sytuację, ale dla własnego bezpieczeństwa radziłbym panom poczekać tutaj. Wezwiemy was, jak opanujemy tego szaleńca.

Nim ratownicy zdążyli cokolwiek odpowiedzieć, Dybała pognał z powrotem korytarzem w kierunku dziekanatu. Prawie zderzył się z Jastrzębskim; cudem wyhamowali przed sobą. Aspirant, widząc zbliżającą się już grupę z profesor Hubocką na czele, chwycił współpracownika i wciągnął go do pobliskiej męskiej toalety. Tam przyparł go do ściany i nie słuchając jego przepraszającego bełkotu, zaczął mówić takim samym szeptem, jakim poprzednio zwróciła się do niego przewodnicząca komisji z tą różnicą, że był wściekły do granic.

– Słuchaj, Jastrzębski. Sytuacja jest naprawdę gówniana i to przez ciebie. Niech cię cholera, że powiedziałeś im wszystkim o zniknięciu ciała!

– Prze-przepraszam, ja…

– Cicho bądź! – Dybała przez chwilę nasłuchiwał i po upewnieniu się, że nikt się nie zbliża, kontynuował. – Gdybym chciał, mógłbym sprawić, że do końca swojej usranej kariery nie zobaczysz niczego innego niż mandat za złe parkowanie. Ale nie chcę, rozumiesz?

– T-tak…

– Dlatego od teraz robisz to, co mówię i nic mniej ani więcej, tak?

– Tak, przepra…

– Nie przepraszaj. Jak to ciało się nie znajdzie to żadne przeprosiny nie pomogą ani tobie, ani mnie. – Znów rozejrzał się nerwowo po pustej toalecie. – Idziemy szukać ciała!

– T-tak jest!

Wyszli z łazienki, a oczy wszystkich zwróciły się ku nim.

– Drodzy państwo… – zaczął Dybała.

– Michał naprawdę zniknął! – zawołała nagle Kasia. – Ktoś już ukradł ciało, pewnie żeby zatuszować ślady!

– Sytuacja jest pod kontrolą! – zawołał aspirant.

– Pod kontrolą? Przecież ten pan mówił, że ciało zniknęło! – zdziwił się promotor.

– Mamy sytuację pod pełną kontrolą, drodzy państwo. Możecie wrócić do swoich obowiązków. – Dybała nie dał się wytrącić z równowagi. Przynajmniej na oczach akademików.

– Cóż… jeśli pan milicjant tak mówi… – zastanowiła się przewodnicząca komisji. – Dziennikarzy nie będzie?

– W żadnym razie. – Uśmiechnął się porozumiewawczo aspirant.

– W takim razie nic tu po nas, panowie. – Zerknęła na promotora i recenzenta nieboszczyka. – Wracamy do pracy.

– Skoro pani profesor każe… – mruknął żartobliwie promotor, wzruszając ramionami w stronę policjantów.

Powoli wszyscy się rozeszli wśród mamrotanych wątpliwości. Ostatnia przy policjantach pozostała Basia, która zmierzyła ich niechętnym spojrzeniem, ale w końcu dała za wygraną, a przynajmniej Dybała miał taką nadzieję. Zostali sami z Jastrzębskim. Młody policjant przestępował z nogi na nogę, niepewnie wodząc wzrokiem po górujących nad nimi kasetonach. Aspirant jednym ruchem chwycił go i powlókł za sobą.

– A teraz zastanów się dobrze, młody – powiedział konspiracyjnym szeptem, gdy przemierzali korytarz. – Zastanów się jak na maturze ustnej i lepiej żebyś odpowiedział dobrze. Gdzie, do cholery jasnej, może być ten trup?

– Pojęcia nie mam, daję słowo, panie aspirancie! Odwróciłem się tylko na moment i… jakby go nigdy nie było!

– Jaki cudem trup mógł…! – urwał, gdy jakiś stary wykładowca przeszedł obok nich. Skłonili się niezręcznie i skręcili za korytarzem. Dybała mocniej przywarł do Jastrzębskiego, prowadząc go jak pijanego albo jakby to on sam był pijany. – Jak mógł zniknąć, co?!

– A bo ja wiem! – wybuchnął Jastrzębski, zatrzymując się. – Skąd niby miałem wiedzieć, że zniknie?! Kiedy ostatnio widział pan, żeby zimny trup wstał i sobie poszedł jakby nigdy nic?!

– Cicho kretynie! – Dybała zakrył mu usta i rozejrzał się niepewnie. – Przecież nikt tu nie mówi o zombie! To oczywiste, że ktoś go ukradł, żeby ukryć dowody zbrodni!

Spojrzał mu w oczy, w których powoli zachodziła zmiana. Zdjął dłoń z twarzy kolegi.

– Aha… – szepnął konspiracyjnie Jastrzębski. – To znaczy, że… Ktoś się z nami bawi w kotka i myszkę…

– Dokładnie – westchnął aspirant, ignorując tę idiotyczną pozę. – Morderca zawsze wraca na miejsce zbrodni. Cwaniak z niego. Prawie uwierzyłem, że to było samobójstwo. Ale z drugiej strony mało tu dziwnych odczynników i innego cholerstwa, na którym się nie znamy? Właśnie dlatego chciałem techników! A ich dalej nie ma! No nic, musimy jakoś znaleźć tego, kto za tym stoi… – Zamyślił się i nagle wykrzyknął. – Jastrzębski!

– To nie ja, słowo panie aspirancie! Przysięgam, że…

– Nie, idioto! Właśnie zdałem sobie sprawę, że wypuściłem jedynych ludzi, którzy mogli nam coś powiedzieć! Tamta trójka profesorków może już być na Haiti, kiedy my tu sobie spacerujemy! Musimy ich jak najszybciej złapać i wypytać każdego z osobna! Sami ciała nie zabrali, byli wtedy ze mną, ale kto wie czyja ręka czyją rękę myje na tym pieprzonym instytucie.

– N-nie rozumiem, panie asp…

– Nie musisz. Idziemy! – zawołał i pociągnął go za sobą w stronę klatki schodowej.

Gdy wybiegli z powrotem pod wejście do korytarza dziekanatu i skręcili w prawo, by pomknąć po schodach, na których zniknęli chwilę temu wykładowcy, w ostatniej chwili uniknęli spadającego z nich nieforemnego kształtu, który zwalił się u ich stóp. Gdy zaskoczeni przyjrzeli mu się bliżej, doszło to nich, że jest to nikt inny jak przewodnicząca komisji nieboszczyka licencjata.

– Rany boskie! Wszystko w porządku, pani… profesor? – zapytał Dybała, wciąż mając w pamięci lekcję uniwersyteckiej kurtuazji.

– Ach, jak boli! Moje biedne biodro! I kolano! Te schody mnie wykończą! – jęknęła kobieta.

– Pomożemy pani wstać! – zaoferował się Jastrzębski.

Z trudem podnieśli niegramotną wykładowczynię zanim Dybale zaświtało, że być może to nie do końca mądry pomysł. Kobieta stanęła jednak całkiem pewnie jak na nieco starszą osobę, która właśnie spadła ze schodów. Właściwie wyglądała lepiej niż kiedy wcześniej jej się przyglądał. Ale może to adrenalina? Wydawała się być… szczęśliwa?

Wśród ich trójki zaczął formować się mały tłumek, zaalarmowany upadkiem lokalnie znanej postaci. Studenci otoczyli ich jak wzorowi gapie, a z nich wyłoniła się dwójka ratowników medycznych, których przyciągnął zaistniały rumor.

– Co tu się… O! Panowie policjanci! Co wy tu robicie? Czy ktoś może nam w końcu wytłumaczyć, gdzie znajduje się tru… – zająknął się, patrząc na studentów. – Trudny przypadek, którym mamy się zająć?

Dybała spojrzał z przestrachem najpierw na nich, potem na przewodniczącą i w jego głowie odbyła się szybka kalkulacja. Ta niemrawa profesorka im nie ucieknie. On zaś wolałby uciec przed tymi natrętnymi medykami. Po raz kolejny przeklął fakt, że nie było tu żadnych techników czy choćby jeszcze jednego policjanta. Nie dał jednak nic po sobie poznać. Puścił oko do Jastrzębskiego, modląc się, by mu przynajmniej nie przeszkadzał i zaczął przedstawienie.

– Panowie, jak dobrze! Szybko, mamy ciężki wypadek! Pani profesor złamała nogę spadając ze schodów!

– Jest pan pewien? – Skrzywił się ratownik, patrząc na zwyczajnie, a nawet dobrze wyglądającą kobietę.

– Oczywiście! Szybko, proszę nam pomóc, zanim ktoś zrobi nam zdjęcie i doniesie o wypadku w miejscu pracy. Prawda, pani profesor?

– Donosiciele? – zapytała przerażona kobieta. – Panowie, pomóżcie nam! Przecież to się nie może roznieść. Ja chciałam tylko tak lokalnie… To znaczy spadłam przypadkowo, to że studenci widzieli to jedno, ale żeby dziennikarze? Na naszej uczelni?! Ja chyba zaraz…

Niemal teatralnie osunęła się przez ręce policjantów, a ratownicy w mgnieniu oka rzucili się jej na ratunek. Po minucie przewodnicząca leżała już na gumolicie, jeden ratownik mierzył jej ciśnienie, drugi usztywniał w teorii złamaną nogę. Pochłonięci sytuacją, nawet nie zauważyli jak dwójka policjantów cichaczem pomknęła z powrotem tym samym korytarzem, w kierunku drugiej klatki schodowej.

Wypytując tego i owego udało im się zlokalizować gabinet, raczej określany mianem kanciapy, w którym mieli rezydować promotor i recenzent pracy nieboszczyka licencjata. Dybała cieszył się, że pozbył się jednego problemu w postaci ratowników medycznych. Pytanie czy ich główny problem i powód przebywania w tym dziwacznym miejscu zniknie lub chociaż nabierze nieco koloru po rozmowie z tą dwójką ekscentryków.

 Miano kanciapy pokój ten uzyskał nie bez powodu, o czym policjanci przekonali się, gdy tylko po kurtuazyjnym zapukaniu przekroczyli jego próg. Pomieszczenie było spore i przeszklone, okna wychodziły na inny pokój gdzieś w dole, górując nad nim. Tu natomiast znajdowało się wszystko i nic zarazem, pełna pustka nikomu niepotrzebnych i niezbędnych gratów, które razem stwarzały jednak pewną iluzję biura czy gabinetu anonimowych, wnosząc po braku tabliczki na drzwiach, rezydentów. Była tam więc mała lodówka, wypchane i puste kartony, kable, jakieś części, dokumenty, fotel typowo salonowy, drukarka 3D oraz dwa zagracone wszystkim co możliwe stanowiska biurowe, przy których urzędowali dzielący ze sobą to miejsce mężczyźni. Choć Dybała poznał już ich personalia, dalej z jakiegoś powodu w jego głowie figurowali jako promotor i recenzent, tak jak przewodnicząca była przewodniczącą, trup trupem, a profesor doktor habilitowana – sobą właśnie. Gdy uwaga naukowców zwróciła się na nich, aspirant pomyślał jeszcze, że coraz lepiej odnajduje się w tym dziwacznym miejscu i wcale mu z tym dobrze.

– Panowie. Zdaję sobie sprawę, że zajmuję cenny czas akademicki i to po wcześniejszym panów puszczeniu, jednak okoliczności uległy zmianie i… chcielibyśmy dowiedzieć się czegoś o tym studencie.

– Tym, którego ciało zniknęło? – zapytał promotor, patrząc spode łba.

– Co? Ach, to! Nie, nie, nie, to wszystko jedna wielka pomyłka, panowie! – zaśmiał się Dybała, prawie tak szczerze, jakby naprawdę go to bawiło. – Aspekty techniczne mamy już za sobą, ratownicy zabrali ciało i teraz możemy wrócić do bardziej nudnych, ale koniecznych procedur. Panowie rozumieją…

– To znaczy, że… nic się nie stało? Ten pan mówił… – zaczął recenzent.

– Co? Ach, tak! Posterunkowy Jastrzębski nieco dał się ponieść fantazji! Pogotowie tak szybko się zawinęło, że ani spojrzał, a ciała nie było! Ot i cały ambaras! Takich narwańców w policji to ze świecą szukać, tak tak… Ale! – wykrzyknął, widząc kształtujące się w ustach promotora pytanie. – My tu gadu gadu, a obowiązek służbowy spełnić trzeba! Nie tak, Jastrzębski?

– J-jak najbardziej!

– No! To niech panowie powiedzą, kiedy ostatnio widzieli nieboszczyka?

Naukowcy spojrzeli po sobie w niemym pytaniu. Najwidoczniej mieli tak samo dość policjantów jak policjanci ich. Trudno było zauważyć, by los studenta, wokół którego kręciła się cała ta afera, jakkolwiek ich obchodził. Mimo to coś powiedzieć należało, chociaż po to by pozbyć się niechcianych gości i móc wrócić do gapienia się w ekran.

– No na obronie, a gdzie? Na pytania odpowiedział, co że błędnie, ale błysk w oku jakiś miał, inteligencję śladową, tośmy go puścili, rękę uścisnęli, a potem wyszedł i zniknął. My jeszcze jedną obronę mieliśmy, to go przecież nie śledziliśmy! – prychnął promotor.

– A w rozmowie nie zdradzał żadnych… nieprawidłowości? Podejrzanych planów albo…

– Planów? Jedyny plan jaki miał, to w końcu odpocząć po tym całym szaleństwie. Jego słowa – odparł recenzent.

– Ktoś z nim był?

– Następna w kolejce do obrony była Basia, więc kiedy on skończył, ona weszła i tyle go widzieliśmy. Naprawdę nic nie wiemy panie władzo i nie rozumiem, co próbują panowie insynuować – westchnął promotor.

– A to, że jesteście ostatnimi, którzy go widzieli! I to! To jest bardzo podejrzane! – odezwał się nagle Jastrzębski, lustrując ich wzrokiem prawdziwego jastrzębia, polującego na zdobycz.

– Myśli pan, że to my go zabiliśmy?!

– To są jakieś brednie… – mruknął recenzent.

– Jastrzębski, spokojnie. – Dybała był w nie mniejszym szoku niż naukowcy. – Nie mamy…

– Dowodów? O, może ich teraz nie mamy! Ale będziemy mieć! Oj, będziemy! Panowie wiedzą, że za składanie fałszywych zeznań jest paragraf? Za to się idzie do ciupy na trzy i pół roku in blanco, artykuł siedemdziesiąty czwarty kodeksu karnego! – oznajmił złowieszczo.

Dybała nie wiedział czy najpierw powinien poprawić jego łacinę czy naprostować, że wymieniony artykuł dotyczy w rzeczywistości czasu i sposobu wykonania obowiązków skazanego podczas warunkowego zawieszenia kary. Zauważył jednak, że sądowa paplanina podziałała na dwójkę akademików: unikali ich spojrzeń i wykonywali nerwowe, ledwo widoczne ruchy. Zupełnie jakby mieli coś do ukrycia. I gdy już miał pociągnąć tę błazenadę z nadzieją na nowe informacje, drzwi za ich plecami się otworzyły i wparowała przez nie Kasia, dysząc z wysiłku.

– On wrócił! Michał wrócił! On… O Boże ja… Słabo mi…

Jastrzębski podtrzymał studentkę w ostatniej chwili, pomagając jej odzyskać równowagę. Mężczyźni spojrzeli na nią, zaskoczeni.

– Co też pani mówi? Zmarły został przecież zabrany przez medyków…– odparł pozornie żartobliwie Dybała, jednak wcale nie było mu do śmiechu.

– Znaleziono ciało?! – wypalił Jastrzębski, co jego przełożony skwitował nieukrywanym westchnięciem.

– Ciało?! On żyje! Żyje i leży na ławce przed instytutem! Od razu tu pobiegłam, bo wiedziałam, że panowie tu będą! W końcu to naturalne, że panowie doktorowie chcieli wrócić do pracy, a panowie policjanci ich przesłuchać jako jedynych świadków tego tragicznego wypadku, ale teraz to nie ma znaczenia, bo on żyje! – Dziewczyna wyrzucała z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego.

– Musi się pani uspokoić. To niemożliwe, żeby ten cały Michał…– zaczął promotor.

– Wszyscy widzieliśmy ciało – dodał recenzent.

– To chodźcie ze mną! Chodźcie, chodźcie, ja pokażę! Już inni też tam są!

– Inni? – zapytali jednocześnie policjanci.

– Tak! Pani profesor Hubocka, panie z dziekanatu, bo to przecież od razu, o rzut beretem na tej ławce leży, pani profesor nawet się zjawiła po tym wypadku nieszczęśliwym co to na schodach miała chociaż ją ratownicy odciągali, ale jak jego zobaczyli to…

Dybała wypadł z kanciapy jak oparzony. Za nim wyskoczył Jastrzębski, nie mniej zaaferowany. Za ich dwójką popędzili pozostali, nie chcąc zostawać z tyłu najgorętszej afery tego upalnego lata na uczelni. Podczas biegu korytarzem Dybała poczuł, że się dusi. Otoczenie mu już nie służyło, nie teraz, kiedy cała jego kariera zawisła na włosku. Miał wrażenie, że gumolit pod stopami i kasetony nad głową zaraz połączą się w całość, zgniatając go w morderczym uścisku. Czuł się jak student spóźniony na egzamin, na który się nie nauczył, biegnący na spotkanie z nieuchronną katastrofą. Z ulgą wypadł na hol, a potem przez drzwi wejściowe na prowadzące do budynku schody. Letnie słońce chwilowo go oślepiło, ale jakoś z nich zbiegł i… stanął jak zamurowany. Obok, nie mniej zdziwieni, stanęli po chwili Jastrzębski, promotor i recenzent. Nie widział miny Basi, ale pewnie wyglądała jak „a nie mówiłam?”. Przewodnicząca stała po drugiej stronie obserwowanej ławki, wspierana w tym wysiłku przez dwóch skonfundowanych medyków. Profesor Hubocka wydawała się całym zajściem zwyczajnie zirytowana. Nie sposób było także pominąć zwykłych gapiów z uczelni, którzy stanowili żywą gwarancję tego, że jakkolwiek ta sprawa się zakończy, Dybała nie da rady zamieść jej pod dywan.

Na otoczonej przez nich ławce spał natomiast w najlepsze niedawny nieboszczyk Michał Skowirski. W przeciwieństwie do trupa, którym wedle jak najlepszej wiedzy wszystkich zebranych jeszcze niedawno był, miał o wiele więcej kolorów na skórze, a jego tors unosił się w górę i w dół, który to ruch wszyscy śledzili z jakimś śmiesznym wręcz namaszczeniem. Najwidoczniej jakaś część jego mózgu podpowiedziała mu, że jest obserwowany, bo otworzył niepewnie oczy, mrużąc je od pełnego, lipcowego słońca, przeciągnął się, poprawił garnitur i usiadł zgarbiony, patrząc na tłumek bez zrozumienia.

– Co tu się dzieje? – zapytał.

– Odezwał się! – wrzasnęła Asia. – Trup się odezwał!

– Trup?

– Panie Skowirski… Czy wszystko… w porządku? – Dybała zdobył się na odwagę zabrać głos. Był jeszcze bądź co bądź przedstawicielem prawa, choć obawiał się, że po zakończeniu tej sprawy jego status może ulec zmianie.

– Tak, chyba tak. Jestem trochę głodny, ale dziś wieczorem jestem umówiony na piwo i kebaba z przyjaciółmi na Placu Grunwaldzkim, więc myślę, że wytrzymam. Albo kupię bułkę…

– Ale jak to możliwe?! Przecież pan nie… żył – wyrwało się Jastrzębskiemu.

Aspirant Dybała nawet nie chciał go już rugać. W końcu powiedział prawdę. Wszyscy widzieli to samo. Ten chłopak jeszcze godzinę temu był martwy!

– Nie… żyłem?

– Zimny pan byłeś jak lód – oznajmił promotor.

– Bardziej niż ten w naszej zamrażarce do szczepów – dodał recenzent.

– Jakie to szczęście! Jakie szczęście! I bez dziennikarzy, bez skandalu, student żyje, uczelnia uratowana! – Ucieszyła się przewodnicząca.

– Znowu papierkowa robota. Też mi coś, najpierw umiera, a potem wstaje z martwych – mruknęła profesor Hubocka.

Ratownicy medyczni natomiast wyglądali na obrażonych, jakby to wszystko było jednym wielkim żartem, który miał ich tu przywlec Bóg raczy wiedzieć po co. Nawet ta nieszczęsna kobiecina, która spadła ze schodów wydawała się nie chcieć ich pomocy. Dybała uznał, że w zasadzie mają do tego prawo. Trup, do którego przyjechali, okazał się żyć. Każdy by się zdenerwował takim komplikowaniem roboty. Zastanowił się czy nie za dobrze zaczął przyjmować instytutowy sposób myślenia.

– Panie Skowirski… – zaczął, skupiając na sobie uwagę wszystkich. – Jak to możliwe, że jeszcze przed chwilą był pan martwy, a teraz jest pan tu z nami? Leżał pan bez ducha w laboratorium, wszyscy to widzieliśmy. Proszę odpowiedzieć, na miłość boską!

Uwaga tłumu skierowała się teraz na eks-nieboszczyka.

– W laboratorium? – zamyślił się Michał, po czym jakby doznał olśnienia. – A tak! Poszedłem sobie powspominać, wie pan, stare dobre czasy, jak się chodziło na laboratoria, takie podsumowanie w głowie zrobić, sentymentalny jestem trochę… No i mi się przysnęło. Pamiętam, że byłem tak strasznie zmęczony i nagle obudziłem się na podłodze i myślę jasna cholera, zaspałem na piwo! Ale nie, patrzę na zegarek, godzina jeszcze młoda. Zerkam przed siebie, a ten pan policjant stoi i bawi się vortexem, ale myślę, co mi do tego, to poszedłem leżeć tutaj, bo taka piękna pogoda na odpoczynek w plenerze. No i nagle się budzę, a tu cały instytut nade mną!

– Byłeś pan martwy, cholera! Zimny! Nieżywy! – zaprotestował Dybała.

– Co? Nie, po prostu wyczerpany. Wie pan, jakie męczące jest pisanie licencjatu? A obrona? A wizja tego, że jeszcze dwa lata do magisterki trzeba się tak męczyć? Daj pan spokój! Chyba coś mi się należy w te wakacje! – obruszył się Michał.

– Więc to był… sen? – zapytał niepewnie Jastrzębski.

– No, może trans albo coś. Stan podobny do tego po trzech piwach po dziewięć procent albo po egzaminie z bakteriologii… No, to jeśli już wszystko wyjaśniłem, to idę spać dalej. Mam sporo nocy do odespania, a do piwa jeszcze kilka godzin… – powiedział i jakby nigdy nic położył się i usnął.

Wszyscy patrzyli w osłupieniu, jak regularnie oddycha, trochę chrapie i lekko się rusza, szukając dogodnej pozycji. Gapie powoli zaczęli odchodzić, uznawszy przedstawienie za skończone. Nie ma trupa, więc o co to całe zamieszanie?

– O jasny gwint, on na magisterce? Dwa lata jeszcze z nim wytrzymać? – jęknęła Kasia, odchodząc w stronę bramy. – Idę do domu, mam dość tego wszystkiego.

– Głupota studencka naprawdę nie zna granic – prychnęła profesor Hubocka, wchodząc do instytutu.

– Całe szczęście, całe szczęście! Ach, jak to dobrze! I magistrant będzie nowy! – Zachwycała się przewodnicząca komisji. Nagle jednak złapała się za biodro i osunęła tak, że tylko silne ramiona medyków powstrzymały ją przed upadkiem. – Moje biedne biodro! Jedźmy, jedźmy już, panowie! Na dzisiaj wystarczy!

Jeden z ratowników, zostawiając na moment profesorkę w ramionach kolegi, podszedł do Dybały i syknął:

– Złożymy zażalenie w sprawie tej farsy, panie władzo, może pan być pewien! Niech pan się cieszy, że nie odjeżdżamy stąd bez żadnej interwencji! – Powiedział i skierował się do karetki, gdzie czekała na niego pozostała dwójka.

– Ale on był martwy! Przysięgam! – zawołał rozpaczliwie Dybała, a jego głos utonął w skowycie syreny ambulansu.

– No, wracamy do pracy, nic tu po nas! – oznajmił promotor, kierując się do drzwi. – Muszę jeszcze wydrukować parę statywów na falkony.

– Dziwna sprawa, dziwna…. A oglądałeś już nowy odcinek od Grubasa? – zapytał idący przy nim recenzent.

– Nie jeszcze nie. Wczoraj cały wieczór wbijałem G1…

I odeszli, zostawiając policjantów samych ze śpiącym żywym trupem. Jastrzębski wpatrywał się w niego jak dziecko w balonik albo sroka w gnat.

– To… co teraz? On naprawdę żyje…

– Upiekło ci się, Jastrzębski – mruknął Dybała, patrząc w błękitne niebo. – Wracamy.

– A-ale co z tym wszystkim?! Przecież my… Ta sprawa! Ci ludzie! Protokół! Co to za sknocony kryminał ma być?! To tak ma wyglądać mój początek w kryminalnych? – rozpaczał posterunkowy.

Dybała zamyślił się przez chwilę. Spojrzał na instytut. Ten wiekowy budynek był chyba czymś więcej niż miejscem nauki. To była jakaś zbiorowa świadomość. Świat, do którego on i inni postronni nie mieli wstępu, ale którego mieszkańcy doskonale się rozumieli i potrafili przejść do porządku dziennego nawet nad czymś tak niezwykłym jak powrót do życia. Czy cokolwiek tutaj było prawdziwe? Czy działała tu magia albo iluzja? Jakiś zbiorowy trans albo inne absurdalne prawa fizyki? Czy cokolwiek tutaj miało znaczenie? Poczuł żal, że nie może w pełni zrozumieć dzisiejszego dnia i tego co to znaczy być studentem po obronie. A zaraz potem wybuchnął śmiechem.

– Co jest niby takie śmieszne? – prychnął Jastrzębski.

– Wiesz, dzisiejszy dzień chyba nauczył mnie czegoś ważnego – odparł rozbawiony.

– Niby czego?

– A tego, że student dla piwa to nawet zmartwychwstanie.

Koniec

Komentarze

Siemanko,

licencjat już jakiś czas za mną, ale zobaczmy, czy uda mi się dołączyć do grona czerpiących uciechę z lektury. :)

 

Zdarzyło się to w okresie, w którym w zagajnikach niedaleko pewnej uczelni zakwitały pierwsze przylaszczki. A może to były zawilce albo fiołki albo jeszcze inne kwiaty? Należałoby zapytać jednego z uniwersyteckich botaników, a uzyskanie od nich odpowiedzi poza godzinami konsultacji wydaje się niemożliwością. Niech więc będą przylaszczki. W każdym razie to właśnie wtedy pewien licencjat umarł i z faktem tym należało coś zrobić.

Myśl: mam nadzieję, że dalej będzie coś o tych roślinach, bo w przeciwnym razie cały pierwszy akapit mógł się sprowadzać do tego, co obecnie jest jego ostatnim zdaniem. Dopiero w tym momencie zyskałeś moją uwagę. 

 

melancholijnym rytmem akademickiego stresu

Cóż to takiego?

 

gdyby tylko pani Krystyna nie otworzyła drzwi laboratorium w pokoju numer dwadzieścia dwa. Kobieta jednak dziarsko pchnęła drzwi klasycznym wózkiem pani sprzątającej

Raz, że powtórzenia, a dwa – drzwi laboratoriów nie mają zamków i klamek, daje się je otworzyć pchnięciem?

 

to coś było miękkie w przypadkowym dotyku nogą

Czy przy celowym dotyku twardniało?

 

W tym momencie lektury podejmuję decyzję o odpuszczeniu łapanki – kumam już, z jakiego rodzaju tekstem mam do czynienia i obawiam się, że mógłbym wskazywać jako potencjalne błędy także te fragmenty, które brzmią w określony sposób celowo, zgodnie z Twoim zamysłem. Ja niestety niespecjalnie odnajduję się w lekturze takich lekkich historii, meandrujących gdzieś na pograniczu groteski. Między innymi z tego powodu nie jestem, przykładowo, fanem Pilipiuka i jego tekstów o Grzędowyczu Wędrowyczu. 

Osobiste preferencje to jedno, a ocena tekstu to drugie. I w kwestii oceny muszę oddać, że udało Ci się z takim właśnie klimatem wystartować i taki utrzymać do samego końca. A przy 35k znaków jest to już jakieś wyzwanie, więc gratuluję. :)

Opowieść momentami nieco zbyt przegadana, ale jeżeli powstawała z myślą o konkretnej grupie odbiorczej, może w tym, co ja mam za przegadanie, są ukryte smaczki, które zamierzony odbiorca odczyta i doceni. 

Puenta zabawna, uśmiechnąłem się.

Witaj przy drugim sierpniowym tekście. ;)

 

Przy czytaniu zatrzymało mnie dużo powtórzeń, szczególnie zaimków i czasowników (np. „być” z różnych formach). Sporo jest także błędów interpunkcyjnych.

 

Inne sprawy (zawsze – tylko do przemyślenia):

Wzrok jego utkwił gdzieś pomiędzy statywem z drucianymi ezami i szklanymi głaszczkami, a palnikami Bunsena. – składniowy?

Uwaga wszystkich zebranych zebrała się na nim, ale nikt nic nie powiedział. – stylistyczny?

– Cóż… jeśli pan milicjant tak mówi… – zastanowiła się przewodnicząca komisji. – czy to tak celowo? – nikt jej nie poprawia, a ciągle mowa o policjantach (?)

Gdy zaskoczeni przyjrzeli mu się bliżej, doszło to nich, że jest to nikt inny jak przewodnicząca komisji nieboszczyka licencjata. – ortograf?

 

Tu jest pewna niekonsekwencja w naukowych tytułach bohaterów opowiadania:

Tamta trójka profesorków może już być na Haiti, kiedy my tu sobie spacerujemy!

W końcu to naturalne, że panowie doktorowie chcieli wrócić do pracy, a panowie policjanci ich przesłuchać jako jedynych świadków tego tragicznego wypadku, ale teraz to nie ma znaczenia, bo on żyje!

 

 

Niekonsekwencja jest także ze wskazanie czasu akcji – najpierw mowa o kwiatach typowo wiosennych, potem – o upalnym lecie:

Zdarzyło się to w okresie, w którym w zagajnikach niedaleko pewnej uczelni zakwitały pierwsze przylaszczki. A może to były zawilce albo fiołki albo jeszcze inne kwiaty? Należałoby zapytać jednego z uniwersyteckich botaników, a uzyskanie od nich odpowiedzi poza godzinami konsultacji wydaje się niemożliwością. Niech więc będą przylaszczki. W każdym razie to właśnie wtedy pewien licencjat umarł i z faktem tym należało coś zrobić. (…)

Upalny, lipcowy dzień, z gatunku takich, które przeklina się, gdy już się człowiek znajdzie wewnątrz takiego, ale o jakich się marzy podczas jesiennej słoty. (…)

Za ich dwójką popędzili pozostali, nie chcąc zostawać z tyłu najgorętszej afery tego upalnego lata na uczelni.

 

Żartowanie ze śmierci jest trudnym i niebezpiecznym tematem, bo nadzwyczaj łatwo przekroczyć pewną granicę, dla każdego Czytelnika umiejscowioną w innym wymiarze. :) Dobrze, że zakończyłeś to zabawnie. :) Jednak – brak fantastyki. :) Czuję spore rozczarowanie, bo po zniknięciu zapowiadało się tak fajnie. :)

Pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Między innymi z tego powodu nie jestem, przykładowo, fanem Pilipiuka i jego tekstów o Grzędowyczu.

Barniuszu, Pilipiuk to pisze o Wędrowyczu, Jarosław Grzędowicz to inny pisarz. ;-)

Rozdzióbią nas kruki, wrony i ptaki ciernistych krzewów.

O matko. XD Ależ musiało mi mózg wczoraj zlagować. Dzięki, Bolly!

Dobrze przewidziałeś, Nikodemie. Jako osoba postronna czytałam bez entuzjazmu, a nawet z pewnym znużeniem. Opowiadanie nie zdołało mnie rozbawić, w dodatku nie dostrzegłam ni odrobiny fantastyki.

Wykonanie, niestety, nie jest najlepsze. :(

 

Ot, zwy­kła uczel­nia­na środa na in­sty­tu­cie na za­po­mnia­nej ulicy… → Czy rzecz dzieje się na dachu instytutu? Jeśli nie, winno być: Ot, zwy­kła uczel­nia­na środa w in­sty­tu­cie na za­po­mnia­nej ulicy

 

Upal­ny, lip­co­wy dzień, z ga­tun­ku ta­kich, które prze­kli­na się… → Wcześniej napisałeś: Zda­rzy­ło się to w okre­sie, w któ­rym w za­gaj­ni­kach nie­da­le­ko pew­nej uczel­ni za­kwi­ta­ły pierw­sze przy­laszcz­ki. A może to były za­wil­ce albo fioł­ki albo jesz­cze inne kwia­ty? → Skoro mamy lipiec, nie mogły tam kwitnąć ani przylaszczki, ani zawilce, ani fiołki – pora ich kwitnienia to wczesna wiosna.

 

Dzień obron li­cen­cja­tów. → A może: Dzień obrony prac licencjatów.

 

gdy już miała za­brać się za ście­ra­nie kurzu… → …gdy już miała za­brać się do ścierania kurzu

http://filologpolski.blogspot.com/2016/11/brac-siewziac-sie-za-cos-brac-siewziac.html

 

– Po­wszech­nie znany na in­sty­tu­cie… → – Po­wszech­nie znany w in­sty­tu­cie

 

– Na­zy­wam się pro­fe­sor dok­tor ha­bi­li­to­wa­na Ja­dwi­ga Hu­boc­ka→ – Jestem pro­fe­sor dok­tor ha­bi­li­to­wa­na i nazywam się Ja­dwi­ga Hu­boc­ka

Nikt nie nazywa się tytułami naukowymi.

 

Miał wra­że­nie, że za nie­dłu­go już nic na tym in­sty­tu­cie nie bę­dzie go dzi­wić. → Miał wra­że­nie, że nie­dłu­go/ niebawem już nic w tym in­sty­tu­cie nie bę­dzie go dzi­wić.

 

Mina Dy­ba­ły wska­zy­wa­ła na to, że przy­naj­mniej w kwe­stii… → Mina Dy­ba­ły wska­zy­wa­ła, że przy­naj­mniej w kwe­stii

 

– Prze­pra­szam.Ciszę prze­rwał nagły głos re­cen­zen­ta. → – Prze­pra­szam – prze­rwał ciszę nagły głos re­cen­zen­ta.

 

– Jest pan jedną z ostat­nich osób, jakie wi­dzia­ły zmar­łe­go! → – Jest pan jedną z ostat­nich osób, które wi­dzia­ły zmar­łe­go!

 

Miał już ser­decz­nie dosyć ich, pro­fe­sor Hu­boc­kiej… → Miał ich już ser­decz­nie dosyć: pro­fe­sor Hu­boc­kiej

 

Uwaga wszyst­kich ze­bra­nych ze­bra­ła się na nim… → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Uwaga wszyst­kich ze­bra­nych skupiła się na nim

 

czyja ręka czyją rękę myje na tym pie­przo­nym in­sty­tu­cie. → …czyja ręka czyją rękę myje w tym pie­przo­nym in­sty­tu­cie.

 

Z tru­dem pod­nie­śli nie­gra­mot­ną wy­kła­dow­czy­nię… → Dlaczego niegramotną?

Sprawdź znaczenie przymiotnika niegramotny.

 

Wśród ich trój­ki za­czął for­mo­wać się mały tłu­mek… → Zbędne dookreślenie, tłumek jest mały z definicji.

Proponuję: Wokół ich trój­ki za­czął for­mo­wać się tłu­mek

 

Zmar­ły zo­stał prze­cież za­bra­ny przez me­dy­ków…– od­parł… → Brak spacji przed półpauzą.

 

To nie­moż­li­we, żeby ten cały Mi­chał…– za­czął pro­mo­tor. → Jak wyżej.

 

Z ulgą wy­padł na hol… → Z ulgą wy­padł do holu

 

– Dy­ba­ła zdo­był się na od­wa­gę za­brać głos. → – Dy­ba­ła zdo­był się na od­wa­gę i za­brał głos.

 

– Dziw­na spra­wa, dziw­na…. → Zbędna kropka po wielokropku. Po wielokropku nie stawia się kropki.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka