Zapraszam do czytania. W tekście występują wulgaryzmy.
Pozdrawiam
Zapraszam do czytania. W tekście występują wulgaryzmy.
Pozdrawiam
Przed wyjściem z domu Tolo sprawdził czy wziął ze sobą nowy zestaw strun prosto ze Stanów Zjednoczonych. Uznał, że oprócz jakości, będą świetne do nagrywania w studio, gdzie już niedługo mieli się pojawić z zespołem. Najlepiej było to obgrać. Wujek od lat mówił mu, że tylko firma Arni Bell może zapewnić dobre brzmienie. Oploty płaskie były pierwszej jakości – ten sprzęt nie zawodzi. Wiedział, że to kwestia tygodnia i dźwięk będzie epicki.
Szedł wolnym krokiem przez miasto, niosąc na plecach w niedopiętym pokrowcu kołyszącą się gitarę. Do przystanku pozostało jeszcze kilka kilometrów. Gdyby nie próby zapewne siedziałby w domu i ćwiczył solówki, a tak mógł spotkać się z chłopakami, pogadać, w skrócie, spędzić dobrze czas. Koncerty były tematem odległym, bo tak naprawdę nikt nie spodziewał się, że uda im się wyjść z garażu. Jedynym, który wierzył w całą moc przedsięwzięcia o nazwie Kosmiczne komety był Firanka – basista. Dwa razy w tygodniu spotykali się, grali, wypili piwo albo coś mocniejszego. Ostatnio opracowywali nowe numery. Jeden pod tytułem Jolka wracaj, drugi jeszcze nie miał tekstu – muzycznie wszystkim się podobał. Najważniejsze, że przypadł do gustu Reni. Jej zdanie było dla Tolo bardzo ważne. Wpadli na pomysł, że przejście z wysokiego Ce do eF i później obniżenie o kwartę to świetne rozwiązanie. Chłopaki nie wiedzieli o co chodzi, bo tylko Tolo miał jako takie pojęcie o teorii muzyki.
Wszedł do autobusu i usiadł przy oknie tuż za kierowcą. Obserwował monotonny obraz – przesuwające się domy krakowskich osiedli i drzewa podobne do siebie. Jakaś dziewczyna goniła psa, który najwyraźniej zerwał się ze smyczy. Japonki na stopach nie przeszkadzały jej w gonitwie.
Tolo wyciągnął z kieszeni telefon i sprawdził godzinę. Wszystko wskazywało na to, że się spóźni. Dosiadł się do niego bardzo dziwnie wyglądający człowiek – był wysoki, z nienaturalnie dużymi oczami, wąskimi ustami i zakrzywionym niczym u orła nosem. Na głowie miał czerwoną czapkę z daszkiem, przekrzywioną zabawnie w prawo. Oblizywał raz po raz usta. Tolo spojrzał na jego nogi – nogawki spodni sięgały łydek, a skarpetki zdecydowanie za wysoko powyżej kostek.
– Pan jest muzykiem? – zapytał nieznajomy.
– Można tak powiedzieć. Tłuczemy z kumplami w garażu nieopodal.
– Też kiedyś grałem na lirze korbowej.
Tolo nie miał pojęcia, co to, ale wolał nie pytać, nie chciał wyjść na amatora. Coś obiło mu się o uszy. To chyba jakiś instrument średniowieczny – pomyślał.
– I już pan nie gra?
– Od bardzo dawna. Teraz mam inne sprawy na głowie. Lubię podróżować i… słuchać. Wie pan, żeby muzykować, trzeba mieć dużo czasu, a mój że tak powiem… jest ograniczony. To znaczy – cmoknął. – Powiem inaczej… Nie spodziewałem się, że przypadnie mi to w udziale.
– To czym się pan zajmuje, jeśli można wiedzieć?
– Jestem degustatorem.
– Degustatorem? Cóż pan takiego degustuje? Trunki?
– Och, nie! Wykluczone. Nie piję od dwustu lat. – Nieznajomy zrobił nieporadną minę i natychmiast się poprawił: – Przepraszam, od dwunastu. Obecnie smakuję dźwięki. Dlatego jestem niesamowicie zainteresowany, cóż pan dobrego gra?
– Muzykujemy z kumplami niedaleko stąd. W garażach na Słowiańskiej. Chce pan posłuchać?
– O! Bardzo chętnie.
– Mówmy sobie po imieniu – powiedział nieznajomy i wyciągnął kościstą dłoń. – Jestem Thead.
– To jakaś ksywka?
– Można tak powiedzieć.
Dalszą drogę jechali w ciszy. Gdy wysiedli z autobusu ich oczom ukazało się osiedle na Słowiańskiej i rząd garaży z takimi samymi drzwiami.
– Słyszysz, Thead? To właśnie chłopaki robią próbę głośności.
– No, no, całkiem nieźle. Nie mogę się doczekać, kiedy będziemy na miejscu.
Thead szedł niczym bocian, stawiając kroki ostrożnie.
W końcu znaleźli się przed drzwiami do garażu. Tolo uderzył w nie kilkakrotnie.
Ze środka wyszedł Gonzo, opalony i pryszczaty, wyglądał, jakby uciekł dopiero co ze szkoły podstawowej.
– Czemu się tłuczesz? Przecież jest otwarte.
– Głośno rżniecie – powiedział Tolo.
– A to kto? – Gonzo skinął na nowego kolegę.
– To Thead, spotkałem go w autobusie. Chciał posłuchać jak gramy.
Perkusista zmierzył Theada wzrokiem, puścił drzwi i zniknął w środku.
– Włazić! – krzyknął.
Może i nie było to miłe powitanie, ale lepsze takie niż żadne – pomyślał Tolo. Zresztą nie mógł się spodziewać od Gonza niczego lepszego, on już tak miał.
Thead przywitał się z basistą, Firanką i usiadł na starej kanapie znajdującej się w rogu.
– Możemy zaczynać – powiedział Gonzo. – Aaa, zapomniałbym. Weź tam polej Toluś na dobry początek.
Za szafą stała napoczęta flaszka bimbru. Każdy z obecnych wypił po kieliszku, oprócz Theada.
– Od czego zaczynamy? – zapytał Firanka. – Dawajcie ten numer w tempie sto pięćdziesiąt.
– Czekaj, przecież widzisz, że nie rozłożyłem się jeszcze.
– Chyba mu ten bimberek wczorajszy nie służy – zaśmiał się Gonzo.
Firanka najwyraźniej był zniesmaczony żartem kolegów, bo zajął się strojeniem basu.
Gdy wszyscy byli ustawieni i przygotowani, muzyka rozległa się w garażu. Thead siedział nieruchomo na kanapie, i gdy Tolo na niego spojrzał, okazało się, że jest cały biały.
– Stop! – krzyknął. – Ej, stary. Dobrze się czujesz?
– Tak, nic mi nie jest. Tylko trochę duszno się tutaj zrobiło. Może wyjdę na zewnątrz. Świeże powietrze dobrze mi zrobi.
Thead wyszedł.
– No to lecimy – zakomenderował Gonzo.
– Który tym razem? – zapytał Firanka.
– Dla odmiany Another one bites the dust – powiedział Tolo.
Grali głośno i bawili się przy tym tak dobrze, że w ogóle zapomnieli o Theadzie.
Dopiero, gdy wyszli na zewnątrz, zobaczyli go siedzącego na ławce pod drzewem. Wyglądał jak pozostawiony i nikomu niepotrzebny manekin.
– Coś z tym gościem jest nie tak? – zapytał Gonzo. – Lepiej pójdę z nim pogadać.
– Ten numer Queen moglibyśmy wciągnąć na listę. Dobrze brzmi. – Firanka podrapał się po brodzie. Oznaczało to tylko jedno: intensywne myślenie.
– Brzmi spoko, ale są lepsze numery do zagrania. Ten jest zbyt prosty – podsumował Tolo.
– Kurwa, chłopaki! Chodźcie tu!
– Co jest?! – Tolo machnął ręką. Nie skończył jeszcze palić.
– Kurwa! On nie żyje! – krzyknął Gonzo.
W jednej chwili rzucili niedopałki i przybiegli na miejsce. Twarz Theada była kredowo biała a oczy nieruchome.
– Dzwoń po karetkę! – wrzasnął Firanka.
– Czekaj, może to jakiś atak padaczki. – Gonzo sprawdził puls Theada. – Wydaje mi się, że żyje. Tyle o ile.
– Pojebało cię? Co to znaczy tyle o ile? – zapytał Tolo, po czym uderzył z liścia w twarz Theada. Ten zamrugał trzy razy.
– Nigdzie nie dzwoń. Chłop żyje – podsumował. – Bez paniki.
– Czujecie to? – Tolo spojrzał wymownie na kumpli. – Coś tu śmierdzi.
– To nie ja – zaprzeczył Firanka.
– Ani ja. – Gonzo spojrzał na Theada. – To chyba on. Wali jak gnijący pies i wygląda jak trup.
Twarz Theada z białej zaczęła się robić zielona, skóra pomarszczyła się i cała jego głowa wyglądała jak wyschnięta śliwka. Oczy po chwili zapadły się do środka czaszki. W końcu został z niego tylko szkielet.
– Ja pierdolę, co to jest? – zapytał Firanka.
– Kościotrup jak się patrzy – skwitował Tolo.
– Widzę, ale co z nim zrobimy?
– Nie mam pojęcia, może trzeba go zakopać? – Gonzo spojrzał na przyjaciół.
– Zakopać? Przecież przed chwilą chłop żył, a ty chcesz go zakopać? Co powiemy policji? – Firanka złapał się za głowę.
– Uważasz, że to dobry pomysł mówić cokolwiek? I co powiesz? Dzień dobry, odwiedził nas kolega spotkany w autobusie i zamienił się w kościotrupa? Przecież od razu nas odwiozą do szpitala psychiatrycznego, a na niego znajdą sobie jakieś wytłumaczenie, oczywiście obciążające nas z każdej strony. Nie chcę siedzieć w pierdlu.
– No, to nie pozostało nam nic innego, jak wziąć go i zakopać.
Nikomu nie przychodziło do głowy nic lepszego, dlatego postanowili, że to zrobią.
– Nie może tak siedzieć – powiedział Firanka.
– Musimy go gdzieś schować, przecież tutaj ludzie chodzą.
– Kamień, papier, nożyce. Innej opcji nie widzę – zaproponował Tolo.
Padło na Firankę.
W pierwszej chwili Firanka miał opory, ale gdy wyobraził sobie, że resztę życia może spędzić w więzieniu, złapał kościstego jednym szybkim ruchem – był wyjątkowo lekki. Zarzucił pod pachę i wszedł z nim do garażu. Gonzo i Tolo spojrzeli po sobie.
Firanka posadził Theada na kanapie.
– I tyle? – zapytał Tolo.
– A co? Chcesz go umiejscowić za perkusją?
– Dobra, nieważne.
– Kto ma rydel w domu?
– Ja mam – powiedział Gonzo.
***
– Gdzie tyle byłeś? – Firanka wskazał na Theada, który zdążył się przewrócić i leżał na podłodze. – Woleliśmy go zostawić.
– Chyba nie chcecie kopać teraz? – Tolo zmierzył wzrokiem przyjaciół. – Lepiej będzie, jak poczekamy aż się ściemni. A poza tym, wybraliście już miejsce?
– Myślę, że najlepiej będzie na cmentarzu – zaproponował Gonzo.
Zamknęli garaż i postanowili, że wrócą w nocy.
***
Upewniwszy się, że na cmentarzu nikogo nie ma, zaczęli kopać. Uporali się ze wszystkim przed północą.
– Chłopaki, nie przemyśleliśmy tego – skwitował Firanka. – Zajebiście nie przemyśleliśmy.
– Co chcesz przez to powiedzieć? – zapytał Gonzo.
– Przecież ktoś zauważy naruszoną ziemię. To jest cmentarz.
– I masz z tym jakiś problem? Nas już dawno tutaj nie będzie. Myślę, że to dobre miejsce – podsumował Tolo.
Na tym się skończyło. Każdy wrócił do siebie i przez kolejne dwa tygodnie nikt nie poruszał tematu Theada.
***
W mglisty wtorek Thead powrócił. Siedział na kanapie i rozglądał się, jak gdyby nigdy nic.
– Słuchajcie, wokalistę znaleźć, to nie… – Gonzo zamilkł w chwili, gdy go zobaczył.
Wszędzie dokoła Theada walała się ziemia, ze stoickim spokojem odwrócił głowę w stronę chłopaków.
– Kurwa, wrócił. – Firanka wybiegł na zewnątrz i zwymiotował.
– Nieładnie tak zakopywać fanów zespołu – powiedział Thead. – Jestem zachwycony waszą muzyką. Chętnie posłucham, jak gracie dalej.
Wstał powoli z kanapy i poczłapał w stronę chłopaków. Stali przestraszeni jeden przy drugim. Minął ich i zamknął powoli drzwi.
Koścista dłoń spoczęła na ramieniu Tolo, następnie dotknęła twarzy każdego z osobna.
– Ze śmiercią im do twarzy – wyszeptał. – Stąd nie ma wyjścia.
Witam :]
Zaczynasz ekspozycją i opisem najzwyklejszego dnia. Niestety, jest to jeden z najsłabszych sposobów na otwarcie tekstu. Prawie nigdy się nie sprawdza i tu też się nie sprawdził. Jeśli już koniecznie tak chciałeś, Anonimie, to polecam się przyjrzeć, jak robili to ci, którym się ta sztuka udała – przykładowo u Tolkiena, przykuwający uwagę jako coś nieznanego hobbit pojawia się już w pierwszym zdaniu.
A co potem – hm, no muszę przyznać, nie trafił do mnie ten tekst specjalnie. Gdy już przebrnąłem przez wstęp, przypadkowo poznany jegomość przez moment nawet mnie intrygował, zastanawiałem się, co to będzie, czy to jakaś personifikacja śmierci, coś z muzyką… ale okazał się jakimś zwykłym strachem horrorowym. Nie wiemy o nim nic, spotkany został przypadkowo, a gdy zaczyna już wreszcie straszyć, tekst się kończy, więc no całość nie ma specjalnej mocy.
Nie wykluczam, że tu jakieś nawiązania kulturowe muzyczne mi umykają i komuś, kto je zrozumie, tekst bardziej się spodoba.
Pozdrawiam!
Obserwował monotonny obraz
Otóż właśnie. Monotonia w tym wstępie.
Przed wyjściem z domu Tolo sprawdził czy wszystko wziął ze sobą, przede wszystkim zestaw nowych strun prosto ze Stanów Zjednoczonych.
Wujek od lat mówił mu, że tylko firma Arni Bell[,] może zapewnić dobre brzmienie.
Przecinek między podmiotem a orzeczeniem, jeden z najbardziej nielegalnych.
jest okupowany przez zajęcie
Czas jest okupowany…?
Another one bites to dust
…? The? Jeśli to jakiś żart językowy, to ja nie zrozumiałem.
Przecież ktoś zauważy naruszoną ziemię. To jest cmentarz.
To chyba wypowiedź.
Cześć, GalicyjskiZakapior
Dziękuję za cenne uwagi. Wprowadziłem poprawki. Faktycznie, może jest trochę nudnawo :-) Ale co poradzić.
Pozdrawiam
Przykro mi, ale tekst mi się nie spodobał.
Po pierwsze, chociaż gitarę miałem w ręku ostatnio z dziesięć lat temu, a ponad poziom totalnego amatora nie wzbiłem się nigdy, wystarczy to, by mieć wrażenie, że research okołomuzyczny nie został wykonany żaden.
Wpadli na pomysł, że przejście z wysokiego Ce do eF i później obniżenie o kwartę to świetne rozwiązanie.
Co to znaczy? Że zagrali ce, potem ef, a potem znowu ce?
Jedynym, który wierzył w całą moc przedsięwzięcia o nazwie Kosmiczne komety był Firanka – basista.
Wcześniej piszesz o sprowadzaniu ze Stanów (po co…?) strun, których oploty płaskie są pierwszej jakości. Czy to aby nie sugeruje, że basistą jest Tolo? W ogóle zwracanie uwagi na oplot strun to już jest wyższa szkoła jazdy, dla muzyka z kapeli garażowej jest to chyba odpowiednikiem złotego jacka w słuchawkach wtykanych do odtwarzacza mp3.
Części muzycznej nie kupuję.
Fabuły też nie – kompletnie nie kumam motywacji bohaterów i powodów ich decyzji.
Na uwagę zasługuje interpunkcja, ale niestety głównie na Twoją, Anonimie, uwagę, bo używasz jej bardzo niefrasobliwie.
Spodobała mi się ksywa Firanka.
Dzięki za odwiedziny barniusz i za czytanie.
Pozdrawiam
No niestety słabiutko pod każdym kątem – historia może i zapowiadała się w miarę interesująco, ale ostatecznie właściwie nie wiadomo, kim był Thead, dlaczego się rozpadł, a potem zmartwychwstał, jaki to ma związek z muzyką itd. Napisane kiepsko, często niegramatycznie, ze sporą ilością powtórzeń.
Subiektywne uwagi:
– “(…) oprócz jakości, będą świetne do nagrywania w studio” – jedno wynika z drugiego,
– “(…) w skrócie, spędzić dobrze czas” – tu lepiej sprawdziłby się myślnik zamiast przecinka,
– “Do przystanku pozostało jeszcze kilka kilometrów” – co to za miasto, gdzie trzeba kilka kilometrów iść do przystanku?
Twarz Theada z białej zaczęła się robić zielona, skóra pomarszczyła się i cała jego głowa wyglądała jak wyschnięta śliwka. Oczy po chwili zapadły się do środka czaszki. W końcu został z niego tylko szkielet.
Zaskakująco beznamiętny opis, jak na jedną z najbardziej upiornych rzeczy, jakie mogą się wydarzyć (widział_ś ,,Indianę Jonesa i ostatnią krucjatę”?). Reakcje chłopaków też jakieś zachowawcze.
… złapał kościstego jednym szybkim ruchem – był wyjątkowo lekki. Zarzucił pod pachę i wszedł z nim do garażu.
Nie powinien się od razu rozlecieć?
No cóż, mam wrażenie, że wpadł ci do głowy jeden świetny motyw, ale zabrakło pomysłu, co z nim zrobić. Za chwilę muszę wyjść, więc powiem tylko tyle, że zgadzam się z przedmówcami co do całokształtu.
Miałeś pomysł, Anonimie, ale, jak na mój gust, rzecz została przedstawiona zbyt pośpiesznie i szalenie skrótowo. No, nie porwało, niestety.
…wąskimi ustami i zakrzywionym niczym u orła nosem. → Orzeł ma zakrzywiony nos???
A może miało być: …wąskimi ustami i nosem zakrzywionym niczym dziób orła.
Gdy wysiedli z autobusu ich oczom ukazało się osiedle na Słowiańskiej i rząd garaży z takimi samymi drzwiami. → Czy dobrze rozumiem, że garaże miały takie same drzwi jak osiedle na Słowiańskiej?
A może miało być: Gdy wysiedli z autobusu ich oczom ukazało się osiedle na Słowiańskiej i rząd garaży z jednakowymi drzwiami.
Może i nie było to miłe powitanie, ale lepsze takie niż żadne – pomyślał Tolo. → Proponuję: Może i nie było to miłe powitanie, ale lepsze takie niż żadne – pomyślał Tolo.
Tu znajdziesz wskazówki, jak można zapisywać myśli bohaterów.
Twarz Theada była kredowo biała a oczy nieruchome. ->Twarz Theada była kredowobiała a oczy nieruchome.
Cześć
Macie w pełni rację. Nie przyłożyłem się do tego tekstu. Mam nadzieję, że następny będzie już lepszy. Regulatorzy, wprowadzę poprawki później.
Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za czas, który poświęcilście na czytanie.
Bardzo proszę, Anonimie. Życzę powodzenia w dalszej pracy twórczej. :)

Najszczęśliwszy dzień życia to ten, w którym się z nim rozstajemy.
/Fryderyk II Wielki/