Coś mi wpadło do głowy, a że nie umiem malować obrazów, napisałem o tym szort.
Coś mi wpadło do głowy, a że nie umiem malować obrazów, napisałem o tym szort.
– Mamo, ja nie chcę tego jeść! – oznajmił chłopiec, odsuwając od siebie talerz.
– Co się stało, kochanie? – zapytała matka.
– Nie lubię rosołu.
– Nie lubisz? Dlaczego? Przecież to taka dobra zupa.
– Rosół jest dobry, ale te oczy mnie brzydzą.
– Skarbie, przecież w rosole muszą być oczy. Jadłeś już tyle razy…
– Ale one na mnie patrzą! – powiedział, przyglądając się zawartości talerza.
– Nie wydurniaj się – zamruczał ojciec. – Matka cały dzień gotowała nie po to, żebyś teraz wybrzydzał.
– Nie wybrzydzam! Naprawdę się ich boję!
– Dość! Jesteś naszym synem i będziesz jadł to, co my! – huknął, przerywając jedzenie.
– Kochanie, proszę! Przecież wiesz, że on… nie jest jak inne dzieci – powiedziała matka, unikając wzroku męża.
– Nasz syn jest w zupełności normalny!
– Od zawsze miał swoje… dziwactwa. Pamiętasz, jak na niego podziałał jego pierwszy zjazd rodzinny na zamku u dziadka? Na widok głównej atrakcji niemal zemdlał! Nie wspominając o tym, że powinien już dawno przejść mutacje…
– Jeszcze przyjdzie na niego czas. Ja też prawdę mówiąc miałem pewne problemy z dojrzewaniem, ale zobacz, wyrosłem z tego… No dobrze synu, nie martw się. Nie musisz jeść całego rosołu, ale powinieneś zmierzyć się ze swoim lękiem. Jak zjesz jedno oczko to odstąpię ci twoje ulubione udko – powiedział, wskazując na leżący na stole półmisek mięsa.
– D-dobrze… – zawahał się chłopiec.
Nabrał na łyżkę niewielkie oko, które dalej na niego złowrogo łypało. Zamknął własne oczy i pozwolił by galaretowata breja pękniętej gałki ocznej rozlała się po podniebieniu. Przełknął z obrzydzeniem, choć w zasadzie nie miała smaku. Spojrzał na zadowolonego ojca.
– Zuch chłopak! Nałożę ci porcję. Dostaniesz jeszcze paluszki, ale nie za dużo, bo na deser mamy sorbet z limfy. Wyjątkowo udane okazy się trafiły na ostatnim polowaniu.
Chłopiec przyjął talerz z mięsem, które było zdecydowanie bardziej apetyczne. Patrzył na rodziców, którzy w spokoju wrócili do własnego posiłku, na pływające w rosole oczy, na upieczone kawałki człowieka na półmisku i myślał o słodkim sorbecie na deser. Wgryzając się w udko, które pewnie pochodziło z jego rówieśnika, zastanowił się czy ludzkie dzieci też podczas obiadu muszą zdzierżyć takie ohydztwa jak oczy w rosole.
– Nie wydurniaj się – zamruczał ojciec. – Matka cały dzień gotowała nie po to, żebyś teraz wybrzydzał
ojciec jest kotem? Znaczy jakimś stworem jest, ale jakim, trudno określić po tym fragmencie.
Ot, scenka. W miarę dobrze napisana, ale stoi dialogiem i trochę ekspozycją, zwłaszcza tutaj:
Od zawsze miał swoje… dziwactwa. Pamiętasz, jak na niego podziałał jego pierwszy zjazd rodzinny na zamku u dziadka? Na widok głównej atrakcji niemal zemdlał
Those who don't believe in magic will never find it
– Ale one na mnie patrzą!
Przecież jak je zjesz, to przestaną. Co za marudne dziecko XD
Solidnie wykonany szort, chociaż bardziej niż z horrorem kojarzy mi się z czarną komedią. Trochę mi brakowało wskazania wprost, czym dokładnie są członkowie rodziny.
Pozdrawiam.
Przybyłam Was nawiedzać
Witaj. :)
Przy czytaniu zatrzymały mnie (wszelkie sugestie oraz wątpliwości tylko do przemyslenia):
Nie wspominając o tym, że powinien już dawno przejść mutacje… – literówka?
No dobrze synu, nie martw się. – przecinek przy Wołaczu?
Jak zjesz jedno oczko (przecinek?) to odstąpię ci twoje ulubione udko – powiedział, wskazując na leżący na stole półmisek mięsa.
Zamknął własne oczy i pozwolił (i tu?) by galaretowata breja pękniętej gałki ocznej rozlała się po podniebieniu.
Wgryzając się w udko, które pewnie pochodziło z jego rówieśnika, zastanowił się (i tu?) czy ludzkie dzieci też podczas obiadu muszą zdzierżyć takie ohydztwa (i tutaj?) jak oczy w rosole.
(…) czy ludzkie dzieci też podczas obiadu muszą zdzierżyć takie ohydztwa jak oczy w rosole.– potwierdzam, bo właśnie gotuję – również pożeramy oczka. 

Zaskoczenie udane, brawa. Indiana Jones, jak nic! :)
Klik, pozdrawiam serdecznie. :)
Pecunia non olet
Kurczę, szkoda, że człowiek ma oczy, a w rosole są oka, bo zabija to szansę, żeby dać się zaskoczyć. A bez zaskoczenia tekst tego typu nie ma jak zabłysnąć.
W sumie udana scenka, choć podpisuję się pod słowami barniusza.
Trochę mi brakowało wskazania wprost, czym dokładnie są członkowie rodziny.
Mnie też. To jakieś wampiry, wilkołaki?
Rozdzióbią nas kruki, wrony i ptaki ciernistych krzewów.
Szkoda, że oczy od razu podpowiadają, że na obiad nie podano typowego rosołu, a jednocześnie pozostaje niewiadoma – kim/ czym są konsumenci tego specjału. ;)
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Aj, spaliłeś tego szorta niepoprawną odmianą ok. Łatwe do naprawy, do której serdecznie zachęcam, bo szort ma swój makabryczno-familijny urok.