- Opowiadanie: maciekzolnowski - Moja prywatna mitologia. W co wierzyłem jako dziecko

Moja prywatna mitologia. W co wierzyłem jako dziecko

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Moja prywatna mitologia. W co wierzyłem jako dziecko

Pani, która wy­my­śli­ła raj­sto­py

Od dziec­ka wie­rzę, że słowo „raj­sto­py” na­ro­dzi­ło się w kon­kur­sie ogło­szo­nym w pe­ere­lu przez „Prze­krój”, „Szpil­ki” albo nawet „Try­bu­nę Ludu”. Nie wiem, które z tych pism było pierw­sze. W mojej mi­to­lo­gii wszyst­kie były.

Kon­kurs miał jedno za­da­nie: wy­my­ślić pol­ską nazwę dla nowej czę­ści gar­de­ro­by. Do re­dak­cji na­pły­nę­ły ty­sią­ce pro­po­zy­cji. „Roz­cią­gaw­ka”, „ny­lo­nów­ka”, „pod­spód­ni­ca”, „sto­po­tul­ka”… Jedne prak­tycz­ne, inne po­etyc­kie, wszyst­kie śmier­tel­nie po­waż­ne.

– „Raj dla stóp” – prze­czy­tał prze­wod­ni­czą­cy jury.

– Za dłu­gie.

– To skróć­my.

– Raj… stopy…

– Raj­sto­py!

– Oby­wa­te­lu prze­wod­ni­czą­cy, mamy zwy­cięż­czy­nię!

Tak wła­śnie – je­stem o tym prze­ko­na­ny – pani Ania z Wro­cła­wia wy­gra­ła kon­kurs. Otrzy­ma­ła dy­plom, ko­per­tę z na­gro­dą i do­ży­wot­nią sa­tys­fak­cję, że wy­my­śli­ła słowo, które wej­dzie do ję­zy­ka.

Do­pie­ro wiele lat póź­niej do­wie­dzia­łem się, że „raj­sto­py” nie mają nic wspól­ne­go z rajem dla stóp, za to cał­kiem sporo z raj­tu­za­mi. Nie uwie­rzy­łem. Do dziś nie wie­rzę.

Bo znacz­nie bar­dziej po­do­ba mi się świat, w któ­rym gdzieś w szu­fla­dzie pani Ani leży po­żół­kły dy­plom za ura­to­wa­nie pol­sz­czy­zny jed­nym sło­wem. I w któ­rym, obok Le­śmia­na, Schul­za i Tu­wi­ma, ist­nie­je jesz­cze jedna cicha bo­ha­ter­ka ję­zy­ka – ko­bie­ta, dzię­ki któ­rej „raj dla stóp” stał się „raj­sto­pa­mi”.

 

 

Deszcz pada nocą

W dzie­ciń­stwie byłem prze­ko­na­ny, że deszcz pada tylko w nocy. Za dnia świe­ci słoń­ce. A może wcale nie byłem o tym prze­ko­na­ny – może po pro­stu bar­dzo chcia­łem, żeby świat wła­śnie tak dzia­łał.

Pa­mię­tam pe­wien po­ra­nek.

– Dziad­ku, spójrz! Zie­mia jest cała mokra.

Dzia­dek wyj­rzał przez okno.

– W nocy po­rząd­nie lało. Do po­łu­dnia wszyst­ko wy­schnie i bę­dziesz mógł spo­koj­nie iść do Ło­toc­kich.

Pa­trzy­łem na ka­łu­że, pró­bu­jąc zro­zu­mieć, jak to wszyst­ko jest urzą­dzo­ne.

– To deszcz za­wsze pada w nocy?

Dzia­dek uśmiech­nął się pod wąsem.

– Skąd ci to przy­szło do głowy?

– Bo rano za­wsze jest mokro, a potem słoń­ce wszyst­ko wy­su­sza.

– Cza­sem pada w nocy, cza­sem w dzień. Po­go­da nie pa­trzy na ze­ga­rek.

– Ale to bez sensu.

– Dla­cze­go?

– Bo jak pada w dzień, to nie można się nor­mal­nie bawić.

Dzia­dek za­śmiał się cicho.

– Desz­czo­wi chyba nikt tego nie po­wie­dział.

Nie uwie­rzy­łem mu. A przy­naj­mniej nie od razu.

Może nie cho­dzi­ło nawet o deszcz. Może po pro­stu chcia­łem wie­rzyć, że wszyst­kie przy­kre rze­czy dzie­ją się wtedy, gdy śpimy. Że noc bie­rze je na sie­bie, a dzień zo­sta­wia lu­dziom słoń­ce, suche ścież­ki i czas na wszyst­kie ważne spra­wy.

Do dziś nie wiem, skąd dzie­ci biorą takie teo­rie. Wiem tylko, że przez chwi­lę na­praw­dę miesz­ka­ją w świe­cie, który dzia­ła do­kład­nie tak, jak po­wi­nien.

 

 

Księ­ży to nie do­ty­czy

Młody ksiądz spoj­rzał na mnie. Potem na moją ko­meż­kę. Na końcu na krót­kie spoden­ki wy­sta­ją­ce spod niej.

– Dzi­siaj nie bę­dziesz słu­żył. Wy­glą­dasz nie­god­nie.

– Nie­god­nie?

– Spójrz na sie­bie. Nie mo­żesz słu­żyć do mszy w krót­kich spoden­kach.

Nie było o czym dys­ku­to­wać. Nie dla­te­go, że ksiądz był młody i upar­ty, ale dla­te­go, że rze­czy­wi­ście tro­chę od­sta­wa­łem od resz­ty. Wszy­scy wy­glą­da­li po­waż­nie. Od­święt­nie. Ja wy­glą­da­łem jak chło­pak, który wpadł do ko­ścio­ła pro­sto z po­dwór­ka.

To był pierw­szy raz, kiedy na moim wy­obra­że­niu księ­dza po­ja­wi­ła się rysa. Do tej pory każdy du­chow­ny wy­da­wał mi się kimś do­sko­na­łym. Kimś sto­ją­cym odro­bi­nę ponad zwy­kłym świa­tem. A skoro był tro­chę ponad nim, to dzie­cię­ca wy­obraź­nia bez trudu do­po­wia­da­ła resz­tę.

– Dziad­ku?

– Tak?

– Dla­cze­go księ­ża są inni niż my?

– Inni? Co masz na myśli?

– Adaś po­wie­dział, że księ­ża nie robią siku.

– Ach, o to cho­dzi… – Dzia­dek za­my­ślił się na dobrą chwi­lę. – Wiesz, ja też kie­dyś tak my­śla­łem.

– Na­praw­dę?

– Na­praw­dę. My­śla­łem też, że deszcz pada tylko w nocy. Po­waż­nie. Tylko w nocy.

– I co?

– My­li­łem się.

– Co do księ­ży? Czy co do desz­czu?

Dzia­dek się uśmiech­nął.

– Co do jed­ne­go i dru­gie­go.

– A skąd się do­wie­dzia­łeś?

– A skąd ty wiesz, że księ­ża nie cho­dzą do to­a­le­ty? Prze­cież to jedna z naj­bar­dziej ludz­kich rze­czy na świe­cie.

Skąd ja wiem? Nie pa­mię­tam. Nie pa­mię­tam, kiedy i dla­cze­go uwie­rzy­łem, że księ­ża nie ko­rzy­sta­ją z to­a­le­ty. Nikt mnie tego nie uczył. Po pro­stu wie­dzia­łem.

I wtedy pierw­szy raz po­my­śla­łem, że może księ­ża jed­nak też się mylą.

Że może nie stoją aż tak wy­so­ko nad świa­tem, skoro po­tra­fią zo­ba­czyć we mnie tylko krót­kie spoden­ki.

A potem po­my­śla­łem jesz­cze coś.

Może jed­nak też cho­dzą do to­a­le­ty.

 

 

Kiedy mama była mała

Przez bar­dzo długi czas byłem prze­ko­na­ny, że do­ro­śli nie mają dzie­ciń­stwa.

Nie cho­dzi­ło o to, że nigdy nie byli mło­dzi. Wie­dzia­łem, że mama cho­dzi­ła kie­dyś do szko­ły, bo cza­sa­mi opo­wia­da­ła hi­sto­rie z pod­sta­wów­ki. Ale w mojej gło­wie była to ra­czej szko­ła dla do­ro­słych. Taka, do któ­rej cho­dzą lu­dzie, zanim zo­sta­ną ro­dzi­ca­mi.

Nie wy­obra­ża­łem sobie mamy z ple­ca­kiem. Nie wi­dzia­łem taty bie­ga­ją­ce­go po po­dwór­ku.

Ro­dzi­ce po pro­stu pew­ne­go dnia po­ja­wia­li się na świe­cie.

Go­to­wi.

Mama od razu umia­ła go­to­wać, robić pra­nie i znaj­do­wać rze­czy, któ­rych ja nie mo­głem zna­leźć, mimo że le­ża­ły tuż przede mną.

Tata od za­wsze wie­dział, jak dzia­ła sa­mo­chód, gdzie jest bez­piecz­nik i dla­cze­go te­le­wi­zor cza­sa­mi trze­ba ude­rzyć, żeby za­czął dzia­łać.

Do­ro­śli mieli spe­cjal­ną wie­dzę.

Pew­ne­go dnia zo­ba­czy­łem stare zdję­cie mamy.

Miała może sie­dem lat.

Stała w su­kien­ce, z krzy­wo zwią­za­ny­mi wło­sa­mi i miną osoby, która wła­śnie zo­sta­ła nie­słusz­nie oskar­żo­na o coś bar­dzo po­waż­ne­go.

– To ty? – za­py­ta­łem.

– No prze­cież.

– Ale taka mała?

Mama się za­śmia­ła.

– Też kie­dyś byłam dziec­kiem.

Nie spodo­ba­ła mi się ta in­for­ma­cja.

Bo jeśli mama kie­dyś była dziec­kiem, to zna­czy­ło, że kie­dyś nie wie­dzia­ła wszyst­kie­go.

A skoro nie wie­dzia­ła wszyst­kie­go, to kto wtedy wie­dział?

Do dziś nie wiem, kiedy do­kład­nie zro­zu­mia­łem, że do­ro­śli nie przy­cho­dzą na świat go­to­wi.

Może wtedy, kiedy pierw­szy raz zo­ba­czy­łem tatę, który nie wie­dział, jak coś na­pra­wić.

A może wtedy, kiedy mama po­my­li­ła drogę.

To były małe od­kry­cia.

Ale dla dziec­ka małe od­kry­cia po­tra­fią bu­rzyć całe świa­ty.

 

 

Sklep idzie spać

Byłem prze­ko­na­ny, że skle­py za­my­ka­ją się na noc, bo są zmę­czo­ne.

Nie wi­dzia­łem in­ne­go po­wo­du.

Prze­cież jeśli w skle­pie nadal świe­ci­ło świa­tło, to zna­czy­ło, że wszyst­ko dzia­ła­ło. To­wa­ry stały na pół­kach, lo­dów­ki bu­cza­ły, kasa była na miej­scu.

Ale o pew­nej go­dzi­nie ktoś prze­krę­cał klucz w drzwiach i sklep prze­sta­wał ist­nieć.

A przy­naj­mniej prze­sta­wał ist­nieć dla ludzi.

– Dla­cze­go za­my­ka­ją? – za­py­ta­łem kie­dyś dziad­ka.

– Bo sprze­daw­czy­ni koń­czy pracę.

To wy­ja­śnie­nie było dla mnie nie­wy­star­cza­ją­ce.

– Ale sklep też koń­czy?

Dzia­dek spoj­rzał na mnie.

– Sklep?

– No. Też jest otwar­ty cały dzień.

Po­my­ślał chwi­lę.

– Może tro­chę od­po­czy­wa.

I to miało sens.

Prze­cież dom od­po­czy­wał. Sa­mo­chód od­po­czy­wał. Nawet ja od­po­czy­wa­łem.

Dla­cze­go sklep miał­by być wy­jąt­kiem?

Przez kilka lat, prze­cho­dząc obok za­mknię­tych skle­pów, wy­obra­ża­łem sobie, że nocą wszyst­ko tam tro­chę żyje.

Regały pro­stu­ją plecy.

Lo­dów­ki prze­sta­ją bu­czeć.

A eks­pe­dient­ka na­stęp­ne­go ranka nie otwie­ra skle­pu, tylko go budzi.

Dzi­siaj wiem, że skle­py nie śpią.

Ale cza­sa­mi, kiedy mijam za­mknię­ty lokal z opusz­czo­ny­mi ro­le­ta­mi, nadal mam wra­że­nie, że nie jest pusty.

Może po pro­stu jesz­cze nie wstał.

 

 

Ten, który je­dzie z nami

Jako dziec­ko byłem prze­ko­na­ny, że księ­życ nas śle­dzi.

Nie w złym sen­sie.

Po pro­stu je­chał z nami.

Naj­bar­dziej było to widać pod­czas po­dró­ży sa­mo­cho­dem.

Sie­dzia­łem z tyłu, pa­trzy­łem przez szybę i ob­ser­wo­wa­łem, jak księ­życ prze­su­wa się razem z nami.

Mi­nę­li­śmy jedno drze­wo.

On też.

Mi­nę­li­śmy drugi za­kręt.

On rów­nież.

Nie ro­zu­mia­łem tylko jed­nej rze­czy.

Dla­cze­go robił to wszyst­kim?

– Tato?

– Tak?

– Dla­cze­go księ­życ je­dzie za nami?

Tata spoj­rzał w lu­ster­ko.

– Nie je­dzie.

– Je­dzie.

– Nie.

– To dla­cze­go cały czas jest w tym samym miej­scu?

Nie mia­łem wtedy po­ję­cia, że wła­śnie za­da­ję py­ta­nie, na które lu­dzie po­trze­bo­wa­li ty­się­cy lat, żeby od­po­wie­dzieć.

Dla mnie od­po­wiedź była pro­sta.

Księ­życ je­chał.

Może dla­te­go, że nas lubił.

Może dla­te­go, że nocą ktoś mu­siał pil­no­wać drogi.

A może dla­te­go, że księ­życ też cza­sa­mi chciał mieć z kim po­dró­żo­wać.

Dzi­siaj wiem, że to tylko od­le­głość.

Per­spek­ty­wa.

Złu­dze­nie.

Ale nadal tro­chę po­do­ba mi się myśl, że gdzieś wy­so­ko coś przez całe życie pa­trzy i mówi:

"Nie martw się. Jadę z tobą".

 

 

Co wie lu­stro

Przez kilka lat uwa­ża­łem, że lu­stro po­ka­zu­je praw­dzi­we­go czło­wie­ka.

Nie zdję­cia.

Nie ob­ra­zy.

Nie to, co widzą inni.

Lu­stro.

Bo lu­stro było uczci­we.

Stało nie­ru­cho­mo i nie miało po­wo­du, żeby mnie oszu­ki­wać.

Pew­ne­go dnia po­ka­za­łem dziad­ko­wi minę przed lu­strem.

– Wy­glą­dam głu­pio?

Dzia­dek wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Tro­chę.

– Ale lu­stro też tak uważa?

– Lu­stro nic nie uważa.

Nie zga­dza­łem się z tym.

Lu­stro prze­cież wie­dzia­ło.

Wi­dzia­ło wszyst­ko.

Każ­de­go ranka po­ka­zy­wa­ło włosy, które nie chcia­ły się uło­żyć, brud­ną twarz po je­dze­niu i ubra­nie, które nagle wy­glą­da­ło go­rzej niż pięć minut wcze­śniej.

Było bez­li­to­sne.

Ale uczci­we.

Do­pie­ro póź­niej zro­zu­mia­łem, że lu­stro po­ka­zu­je tylko jedną wer­sję czło­wie­ka.

Tę ze­wnętrz­ną.

Nie po­ka­zu­je, że ktoś był dla kogoś miły.

Nie po­ka­zu­je, że ktoś się bał.

Nie po­ka­zu­je, że ktoś pró­bo­wał.

Może dla­te­go dzie­ci tak czę­sto lubią lu­stra.

Bo wie­rzą, że świat jest pro­sty.

Że praw­da mie­ści się w od­bi­ciu.

 

 

Za ko­lej­nym pa­gór­kiem 

Każ­de­go lata wy­star­czy­ło minąć ostat­nie za­bu­do­wa­nia opolskiej wsi, by zna­leźć się poza ho­ry­zon­tem co­dzien­no­ści. To tu w cie­niu drzew i krze­wów kryła się cała po­ziom­ko­wa brać, a nad łą­ka­mi psz­czo­ły zbi­ja­ły się w pul­su­ją­ce ob­ło­ki. W okolicy wiła się droga – kurz, cze­re­śnie, śmiech.

Miesz­ka­łem w Ra­cła­wi­cach na Pła­sko­wy­żu Głub­czyc­kim. Naj­bar­dziej pa­mię­tam z tego okre­su fa­lu­ją­ce pa­gór­ki i stare drogi ob­sa­dzo­ne cze­re­śnia­mi, któ­rych nikt nie pil­no­wał. Latem je­dli­śmy owoce gar­ścia­mi, aż sok ście­kał po dło­niach.

– Spójrz, jaka bomba! – za­wo­łał Boguś, zry­wa­jąc naj­więk­szą.

– I jaka czar­na – od­po­wie­dzia­łem. – Ta­kiej jesz­cze nie wi­dzia­łem.

Ale nie od Bo­gu­sia usły­sza­łem o dro­dze, która na­praw­dę roz­pa­la­ła wy­obraź­nię.

Po­wie­dział mi o niej Adaś, star­szy ode mnie o kilka lat.

– Jest taka jedna droga – oznaj­mił pew­ne­go dnia. – Rosną przy niej cze­re­śnie. Za­wsze.

– Za­wsze? Nawet je­sie­nią?

– Nawet.

– A zimą?

Spoj­rzał na mnie z po­błaż­li­wym uśmie­chem.

– Mówię prze­cież: za­wsze.

Adaś był star­szy, więc wie­dział wię­cej. Ja byłem jesz­cze dziec­kiem i świat nie zdą­żył mnie prze­ko­nać, że nie wszyst­ko jest moż­li­we.

Przez wiele ty­go­dni wy­obra­ża­łem sobie tę drogę. Mu­sia­ła wy­glą­dać ina­czej niż wszyst­kie. Może drze­wa nigdy nie gu­bi­ły liści. Może śnieg omi­jał je z da­le­ka. Wy­da­wa­ło mi się, że pa­nu­je tam wiecz­ne lato – po­wie­trze pach­nie na­grza­ną zie­mią, psz­czo­ły nie prze­sta­ją brzę­czeć, a spod stóp co chwi­lę umy­ka­ją ko­ni­ki polne. A może zwy­czaj­nie rosły tam cze­re­śnie, bo takie było od­wiecz­ne prawo tego miej­sca.

My, dzie­ci Słod­ko­pol­ski, nada­wa­li­śmy świa­tu nowe nazwy. Tę drogę ochrzci­li­śmy Szma­rag­do­wą – na pa­miąt­kę bajki o Szma­rag­do­wym Gro­dzie. Nie wie­dzie­li­śmy, dokąd pro­wa­dzi. Chcie­li­śmy wie­rzyć, że za ko­lej­nym pa­gór­kiem za­czy­na się coś nie z tego świa­ta.

Za jed­nym wznie­sie­niem było dru­gie. Za dru­gim – na­stęp­ne. I jesz­cze jedno. Każde wy­da­wa­ło się ostat­nim przed kra­iną, w któ­rej cze­re­śnie doj­rze­wa­ją nawet zimą. Szli­śmy bez lęku, nie­mal pewni, że je­ste­śmy bli­sko celu. By­li­śmy tuż-tuż.

Wtedy z wiej­skie­go ko­ścio­ła wy­bi­ła dwu­na­sta. Głód oka­zał się sil­niej­szy od mitu. Dom zna­czył obiad. Zna­czył po­wrót.

A jed­nak czu­łem, że bez Ada­sia nigdy tam nie tra­fię. Któ­re­goś razu zdo­by­łem się na od­wa­gę.

– Adaś…

– No?

– To może pój­dzie­my na te cze­re­śnie?

Uśmiech­nął się.

– Mo­że­my.

Serce za­bi­ło mi moc­niej.

– Na­praw­dę?

– Na­praw­dę.

Nigdy nie po­szli­śmy.

Nie wiem, czy za­po­mniał, czy tylko się ze mną dro­czył. Nie za­py­ta­łem drugi raz. Wi­docz­nie nie nad­szedł wła­ści­wy dzień.

Lato się skoń­czy­ło. Cze­re­śnie znik­nę­ły. Prze­mknął wrze­sień, potem paź­dzier­nik. Tęcza roz­pły­nę­ła się w sza­ro­ści. Szma­rag­do­wa stała się zwy­kłym pa­gór­kiem. Znik­nę­ła we mgle wspo­mnień – ta­kich, które już pra­wie nie bolą. Tylko cza­sem, bar­dzo cicho, jesz­cze kłują.

A jed­nak nie po­tra­fię uwie­rzyć, że wszyst­ko było tylko dzie­cię­cą fan­ta­zją.

W mojej gło­wie ta droga ist­nie­je do dziś.

Jest gdzieś w Ra­cła­wi­cach.

Cze­re­śnie doj­rze­wa­ją tam także zimą.

Po pro­stu z wie­kiem za­po­mnie­li­śmy, jak do niej tra­fić.

 

 

Za­wsze pierw­si

Jako dziec­ko wie­rzy­łem, że nie­któ­rzy lu­dzie rodzą się pierw­si.

Nie dla­te­go, że są szyb­si. Nie dla­te­go, że są spryt­niej­si, mą­drzej­si albo mają lep­szy sa­mo­chód. Po pro­stu ich miej­sce było z przo­du. Świat od po­cząt­ku usta­wiał ich na po­cząt­ku ko­lej­ki.

Nie ro­zu­mia­łem tylko, kto usta­lał tę ko­lej­ność.

Raz wy­da­wa­ło mi się, że je­stem bli­sko po­zna­nia od­po­wie­dzi.

Mia­łem może pięć lat. Wra­ca­li­śmy od dziad­ka z Mur­cek do na­sze­go domu w Ra­cła­wi­cach. Trasa była pro­sta: z Ka­to­wic na Opolsz­czy­znę. Mie­li­śmy sa­mo­chód, więc nic nie za­po­wia­da­ło nie­spo­dzian­ki.

Na po­że­gna­nie dzia­dek od­pro­wa­dził mnie, mamę i tatę do auta. Jak za­wsze spo­koj­ny, jakby znał ja­kieś za­sa­dy świa­ta, któ­rych resz­ta z nas jesz­cze nie od­kry­ła.

Dzia­dek nigdy się nie spie­szył.

To było chyba naj­bar­dziej po­dej­rza­ne.

Wró­cił do domu w kap­ciach, bo miał jesz­cze coś do zro­bie­nia.

– Jak skoń­czę, też przy­ja­dę.

Nie za­brzmia­ło to jak obiet­ni­ca. Bar­dziej jak in­for­ma­cja o czymś, co i tak mu­sia­ło się wy­da­rzyć.

Od czego były au­to­bu­sy, po­cią­gi albo au­to­stop? A jed­nak mia­łem wra­że­nie, że nawet gdyby szedł pie­szo, i tak by nas wy­prze­dził.

Przez chwi­lę po­dej­rze­wa­łem nawet, że dzia­dek ma wła­sne drogi, które nie są po­ka­za­ne na żad­nej mapie.

Kiedy do­tar­li­śmy do Ra­cła­wic, stał już na progu na­sze­go domu.

W kap­ciach.

Nie wie­dzia­łem, jak to moż­li­we. Nie biegł. Nie miał taj­ne­go sa­mo­cho­du. Nie znał skró­tów, któ­rych my nie zna­li­śmy.

A przy­naj­mniej tak mi się wy­da­wa­ło.

Po pro­stu wy­ru­szał póź­niej i za­wsze był wcze­śniej.

Tak było za każ­dym razem. Nie­waż­ne, czy je­chał do Ra­cła­wic, do wuja spod Skier­nie­wic, czy wra­cał do Ka­to­wic.

Wy­jeż­dżał ostat­ni.

Do­cie­rał pierw­szy.

Naj­bar­dziej po­dej­rza­ne były jed­nak we­se­la.

Para młoda mogła ru­szać jako druga, piąta albo dzie­sią­ta. Ktoś za­trzy­my­wał się po kwia­ty, ktoś szu­kał drogi, ktoś gubił miej­sce par­kin­go­we.

Cały świat pró­bo­wał ich opóź­nić.

Bez­sku­tecz­nie.

A potem otwie­ra­ły się drzwi ko­ścio­ła i oni już tam byli.

Pierw­si.

W ko­ście­le. W domu we­sel­nym. U fo­to­gra­fa.

Nie wy­trzy­ma­łem.

– Jak to dzia­ła?

– Co ta­kie­go? – za­py­tał jeden z gości.

– No oni. Oni za­wsze są pierw­si.

– Kto?

– No oni! Jadą póź­niej, a przy­jeż­dża­ją wcze­śniej.

Ro­ze­śmiał się.

– Może mają swoje spo­so­by.

To nie była od­po­wiedź, któ­rej szu­ka­łem.

– Jakie spo­so­by? Ktoś ich prze­pusz­cza? Mają ja­kieś spe­cjal­ne auto? Wie­dzą coś, czego inni nie wie­dzą?

Po­krę­cił głową z uśmie­chem.

– Do­wiesz się kie­dyś, mały.

To mnie tylko roz­zło­ści­ło.

– Do­wiem się kie­dyś… Do­wiem się kie­dyś…

A prze­cież chcia­łem wie­dzieć teraz.

Po­pa­trzył na mnie i się uśmiech­nął.

Jakby znał od­po­wiedź, ale wie­dział też, że nie mogę jej jesz­cze usły­szeć.

Nigdy się nie oże­ni­łem.

Nie zo­sta­łem też dziad­kiem miesz­ka­ją­cym w Murc­kach.

I do dziś nie wiem, jak zo­sta­je się jed­nym z tych, któ­rzy za­wsze są pierw­si.

 

 

Po na­pi­sach

To było dawno, zanim za­czę­li­śmy mówić o… glit­chach i za­sta­na­wiać się, czy świat nie jest sy­mu­la­cją.

Dla mnie świat był grą. Nie kom­pu­te­ro­wą. Ta­kich jesz­cze pra­wie nie zna­łem. Ale grą mimo wszyst­ko. Pa­trzy­łem na ludzi jak na bo­ha­te­rów opo­wie­ści.

Pa­mię­tam roz­mo­wę z Bo­gu­siem. Sie­dzie­li­śmy na trze­pa­ku i pa­trzy­li­śmy, jak są­sie­dzi wra­ca­ją z za­ku­pów.

– Wiesz, jaki byłby naj­gor­szy świat? – za­py­ta­łem.

– Jaki?

– Taki, w któ­rym nic się nie dzie­je. Nie ma wojen, zło­dziei ani mor­der­ców. Wszy­scy są dla sie­bie mili.

– To chyba naj­lep­szy.

– Nie. Byłby nudny.

– Dla cie­bie.

– Dla wszyst­kich. O czym pi­sa­no by książ­ki? Jakie filmy by krę­co­no? O kim uczy­li­by­śmy się na hi­sto­rii? Neron, Hi­tler, Sta­lin… Nikt nie pa­mię­ta spo­koj­nych cza­sów.

Boguś chwi­lę mil­czał.

– Chciał­byś żyć za Hi­tle­ra?

– Nie o to cho­dzi.

– To o co?

– O to, że świat po­trze­bu­je złych cha­rak­te­rów. Ina­czej wszyst­ko by­ło­by jak film, w któ­rym przez dwie go­dzi­ny nic się nie wy­da­rza.

Po­krę­cił głową.

– To nie film.

– Skąd wiesz?

– Bo jak ktoś umrze, to nie wsta­je po na­pi­sach.

Za­śmia­łem się.

– Ale przy­naj­mniej jest o czym opo­wia­dać.

– Ja wolę świat, w któ­rym nie ma o czym opo­wia­dać.

– Na­praw­dę?

– Tak. Bo wtedy lu­dzie po pro­stu żyją.

Nie od­po­wie­dzia­łem. Ja wciąż wi­dzia­łem sce­na­riusz. On wi­dział ludzi.

Przez dłu­gie lata świat wy­da­wał mi się lo­gicz­ny. Aka­de­mia Pana Klek­sa była ko­lo­ro­wa, pe­erel szary, Jerzy Urban kła­mał, a Wam­pir z By­to­mia był po­two­rem. Każdy miał swoją rolę. Wszyst­ko do sie­bie pa­so­wa­ło.

Mi­nę­ło wiele lat.

Do­pie­ro wtedy zro­zu­mia­łem, że przez całe dzie­ciń­stwo za­da­wa­łem nie­wła­ści­we py­ta­nie. Za­sta­na­wia­łem się, jaka hi­sto­ria by­ła­by cie­kaw­sza. Nigdy nie py­ta­łem, na jakim świe­cie chciał­bym na­praw­dę żyć.

Po raz pierw­szy w życiu po­my­śla­łem, że nie chciał­bym miesz­kać w naj­lep­szej opo­wie­ści.

Chciał­bym miesz­kać na świe­cie, w któ­rym nie by­ło­by o czym opo­wia­dać.

Koniec

Komentarze

Oj, chyba każdy z nas w dzieciństwie wierzył w różne dziwne rzeczy. Np. w to, że wszyscy nauczyciele mieszkają w jednym domu i podczas kolacji rozmawiają o ocenach i zachowaniu uczniów. ;-)

Ciekawa kolekcja krótkich tekstów. Dość nieprawdopodobny wydaje mi się tylko ten o deszczu padającym nocą – przecież dziecko, które potrafi mówić, musiało już widzieć w swoim życiu niejeden deszczowy dzień.

Rozdzióbią nas kruki, wrony i ptaki ciernistych krzewów.

Witaj dziś ponownie. :)

Czyżby Portal odblokowało? :)

Sugestie oraz wątpliwości odnośnie spraw technicznych to (do przeanalizowania):

– Co do księży (przecinek?) czy co do deszczu?

Przez chwilę podejrzewałem nawet, że dziadek ma własne drogi, których nie ma na żadnej mapie. – powtórzenie?

Nieważne, czy jechał do Racławic, do wuja spod Skierniewic (przecinek?) czy wracał do Katowic.

 

 

Dziwiło mnie, czemu dziecko postrzega deszcz jako zjawisko smutne, zatem – nocne. :) Ja zawsze uwielbiałam deszcz. :) Pachniało podczas niego zawsze świeżo i przecudnie, oczyszczał wszystko wokół i potem często była tęcza. :)

 

Fajna “wspomnieniówka mitologiczna”. :) Tak, zdecydowanie lepiej żyć w nudnym świecie – bez wojen, agresji i okrucieństwa. :)

Pozdrawiam serdecznie. :) 

Pecunia non olet

Jako dziecko byłem przekonany, że księżyc nas śledzi.

Tak! Też mnie to długo zastanawiało. XD

Fajna ,,antologia” (nie rozumiem tylko, o co chodzi w ,,Zawsze pierwsi”), chociaż poszczególne teksty chwilami sprawiają wrażenie oderwanych od siebie. Jak dla mnie brakuje wyraźnej myśli przewodniej – ta wyłuszczona na samym końcu (,,Chciałbym mieszkać na świecie, w którym nie byłoby o czym opowiadać”) pasuje tylko do jednej historyjki, a w pozostałych (nie wszystkich) widzę raczej motyw ,,Dla dzieci wszystko jest czarno-białe”, ewentualnie ,,Dojrzewanie ssie”.

Big Room Never Dies

Dzięki zbiorczo za komentarze. Zaraz będę wszystkim odpisywał. 

 

Bruce, za łapankę serdeczne dzięki, będę poprawiał, trzymaj się cieplutko, pozdrawiam! :)

Pozdrowionka, dzięki. heart

Pecunia non olet

Witaj Bolly. Dzięki za wizytę tutaj.

 

Co do deszczu, wydaje mi się, że starałem się naginać fakty. Myślałem, że pada głównie w nocy. A może tylko chciałem, by tak było.

w to, że wszyscy nauczyciele mieszkają w jednym domu i podczas kolacji rozmawiają o ocenach i zachowaniu uczniów.

No i jest pomysł na kolejne mikroopowiadanie. ;)

 

Pozdrawiam – MZ

Dzięki raz jeszcze, Bruce. Poprawki naniesione. Melduję. 

 

Dziwiło mnie, czemu dziecko postrzega deszcz jako zjawisko smutne, zatem – nocne. :) Ja zawsze uwielbiałam deszcz.

Sam się zastanawiam, jak to było. Kiedyś byłem inny. Lubię deszcz. Lubię noc. Słowem: inny Maciek. :)

 

 

SNDWLKR, dzięki za przeczytanie i pozostawienie komentarza. 

 

Jak dla mnie brakuje wyraźnej myśli przewodniej – ta wyłuszczona na samym końcu.

Może jeszcze nie powiedziałem ostatniego słowa, może jeszcze nie napisałem tej ostatniej miniatury? Myśl przewodnia dotyka tego, w co wierzy dziecko, a w co z czasem przestaje wierzyć. Mikroopowieści różnią się jednak, bo też i dziecko – mój mały bohater – jest w różnym wieku. Raz jest starszy, a raz młodszy. Pewne też są miniatury, które bardziej lub mniej pasują do tego zbioru. Jedne są lekkie (”Rajstopy”), drugie ciężki (”Po napisach”).  

Maćku, wielce zajmująco opisałeś dziecięce doświadczenia i wyobrażenia o świecie i zjawiskach. Pewnie spotkasz się z zarzutem, że brakło tu fantastyki, ale jak dla mnie powrót do dziecięcych wspomnień zawsze będzie czymś fantastycznym i to mi wystarczy, zwłaszcza że mam wiele dobrych, wręcz fantastycznych wspomnień z wczesnych lat pacholęcych, ale z pewnością nie umiałabym z nich złożyć własnej mitologii. :)

 

mimo że le­ża­ły do­kład­nie przede mną. → Nie bardzo wiem, jak coś może leżeć dokładnie

Proponuję: …mimo że le­ża­ły tuż przede mną.

 

Półki pro­stu­ją plecy. → A może: Regały prostują plecy.

 

"Nie martw się. Jadę z tobą." → "Nie martw się. Jadę z tobą”.

Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

ubra­nia, które nagle wy­glą­da­ły go­rzej niż pięć minut wcze­śniej. → …ubra­nie, które nagle wy­glą­da­ło go­rzej niż pięć minut wcze­śniej.

Ubrania wiszą w szafie, leżą na półkach i w szufladach. Odzież, którą ktoś ma na sobie to ubranie.

 

Nad opol­ską wsią wiła się droga… → Czy tu aby nie miało być: Za opol­ską wsią wiła się droga

Jakoś nie umiem zobaczyć drogi wijącej się nad wsią.

 

Aka­de­mia Pana Klek­sa” była ko­lo­ro­wa… → Tekstu napisanego kursywą nie ujmuje się w cudzysłów. Albo kursywa: Aka­de­mia Pana Klek­sa była ko­lo­ro­wa… Albo cudzysłów: „Aka­de­mia Pana Klek­sa” była ko­lo­ro­wa.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

I to jest właśnie ten moment, Droga Reg, kiedy robimy kawę i zabieramy się za poprawki. Lubię to. Uwielbiam. Dzięki Tobie moja mała mitologia stanie się lepsza. :)

Jakże się cieszę, Maćku, że uznałeś uwagi za przydatne. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Witaj Maćku.

Przeczytałam “wspomnieniówki” i nie jestem zachwycona, miało być tak pięknie i tkliwie, a wyszło banalnie. Zauważyłam, że każdy mini tekst, kończy się puentą niestety niezbyt błyskotliwą i odkrywczą. Szczerze liczyłam na coś więcej.

No i te rajtuzy, dziwnie przewijają się w każdym twoim tekście. Konkludując, moja babcia zawsze powtarzała, że: w życiu mężczyzny są zawsze mroczne momenty, które skrzętnie ukrywa, potem wciskała braci w rajty w pajacyki. Na szczęście czasy PRL minęły i każdy może kupić co chce, nawet męskie rajtuzy ze stópkami. Osobiście uważam, że rajtki są przeżytkiem, niewygodne i niezbyt praktyczne. Dużo lepsze są pończoszki, nie trzeba ściągać przy sikaniu.

Więcej grzechów nie pamiętam i osobiście wolałabym żyć w świecie gdzie coś się dzieje, ale kto co lubi.

 

Witaj Czarna! :)

No widzisz, tak wyszło. Może następnym razem: 1) będzie mniej banalnie, 2) coś się będzie działo (akcja, akcja, akcja…), 3) pojawi się więcje puent bardziej błyskotliwych. 

Co do rajtek, to tak, ja osobiście lubię, ale tylko u kobiet. Pończochy też są oczywiście super, tylko że trochę kojarzą mi się ze starymi filmami. OK. Więcej grzechów nie pamiętam. ;)

Pozdrawiam, dziękuję za przeczytanie i pozostawienie komentarza – MZ

Oj, widzę że ktoś tu oglądał Fortepian, była tam taka scena z rajtkami, którą zapamiętałam na długo. Mam nadzieję Maćku, że nie jesteś z tych, dla których kobieta zaczyna się po pierwszym okresie, bo to dość obrzydliwe. Niestety z żalem zauważam, że gdyby nie nie normy społeczne i ostracyzm dużo mężczyzn uważało by to za normę, z czym się absolutnie nie zgadzam przeciw czemu zawszę będę występować. Co do starych filmów, niektóre są bardzo dobre i życiowe.

Mam nadzieję Maćku, że nie jesteś z tych, dla których kobieta zaczyna się po pierwszym okresie, bo to dość obrzydliwe.

Nie jestem z tych. 

 

Co do starych filmów, niektóre są bardzo dobre i życiowe.

To prawda. Uwielbiam stare filmy, zwłaszcza czechosłowackie i polskie (polską szkołę filmową). 

Nowa Fantastyka