Pani, która wymyśliła rajstopy
Od dziecka wierzę, że słowo „rajstopy” narodziło się w konkursie ogłoszonym w peerelu przez „Przekrój”, „Szpilki” albo nawet „Trybunę Ludu”. Nie wiem, które z tych pism było pierwsze. W mojej mitologii wszystkie były.
Konkurs miał jedno zadanie: wymyślić polską nazwę dla nowej części garderoby. Do redakcji napłynęły tysiące propozycji. „Rozciągawka”, „nylonówka”, „podspódnica”, „stopotulka”… Jedne praktyczne, inne poetyckie, wszystkie śmiertelnie poważne.
– „Raj dla stóp” – przeczytał przewodniczący jury.
– Za długie.
– To skróćmy.
– Raj… stopy…
– Rajstopy!
– Obywatelu przewodniczący, mamy zwyciężczynię!
Tak właśnie – jestem o tym przekonany – pani Ania z Wrocławia wygrała konkurs. Otrzymała dyplom, kopertę z nagrodą i dożywotnią satysfakcję, że wymyśliła słowo, które wejdzie do języka.
Dopiero wiele lat później dowiedziałem się, że „rajstopy” nie mają nic wspólnego z rajem dla stóp, za to całkiem sporo z rajtuzami. Nie uwierzyłem. Do dziś nie wierzę.
Bo znacznie bardziej podoba mi się świat, w którym gdzieś w szufladzie pani Ani leży pożółkły dyplom za uratowanie polszczyzny jednym słowem. I w którym, obok Leśmiana, Schulza i Tuwima, istnieje jeszcze jedna cicha bohaterka języka – kobieta, dzięki której „raj dla stóp” stał się „rajstopami”.
Deszcz pada nocą
W dzieciństwie byłem przekonany, że deszcz pada tylko w nocy. Za dnia świeci słońce. A może wcale nie byłem o tym przekonany – może po prostu bardzo chciałem, żeby świat właśnie tak działał.
Pamiętam pewien poranek.
– Dziadku, spójrz! Ziemia jest cała mokra.
Dziadek wyjrzał przez okno.
– W nocy porządnie lało. Do południa wszystko wyschnie i będziesz mógł spokojnie iść do Łotockich.
Patrzyłem na kałuże, próbując zrozumieć, jak to wszystko jest urządzone.
– To deszcz zawsze pada w nocy?
Dziadek uśmiechnął się pod wąsem.
– Skąd ci to przyszło do głowy?
– Bo rano zawsze jest mokro, a potem słońce wszystko wysusza.
– Czasem pada w nocy, czasem w dzień. Pogoda nie patrzy na zegarek.
– Ale to bez sensu.
– Dlaczego?
– Bo jak pada w dzień, to nie można się normalnie bawić.
Dziadek zaśmiał się cicho.
– Deszczowi chyba nikt tego nie powiedział.
Nie uwierzyłem mu. A przynajmniej nie od razu.
Może nie chodziło nawet o deszcz. Może po prostu chciałem wierzyć, że wszystkie przykre rzeczy dzieją się wtedy, gdy śpimy. Że noc bierze je na siebie, a dzień zostawia ludziom słońce, suche ścieżki i czas na wszystkie ważne sprawy.
Do dziś nie wiem, skąd dzieci biorą takie teorie. Wiem tylko, że przez chwilę naprawdę mieszkają w świecie, który działa dokładnie tak, jak powinien.
Księży to nie dotyczy
Młody ksiądz spojrzał na mnie. Potem na moją komeżkę. Na końcu na krótkie spodenki wystające spod niej.
– Dzisiaj nie będziesz służył. Wyglądasz niegodnie.
– Niegodnie?
– Spójrz na siebie. Nie możesz służyć do mszy w krótkich spodenkach.
Nie było o czym dyskutować. Nie dlatego, że ksiądz był młody i uparty, ale dlatego, że rzeczywiście trochę odstawałem od reszty. Wszyscy wyglądali poważnie. Odświętnie. Ja wyglądałem jak chłopak, który wpadł do kościoła prosto z podwórka.
To był pierwszy raz, kiedy na moim wyobrażeniu księdza pojawiła się rysa. Do tej pory każdy duchowny wydawał mi się kimś doskonałym. Kimś stojącym odrobinę ponad zwykłym światem. A skoro był trochę ponad nim, to dziecięca wyobraźnia bez trudu dopowiadała resztę.
– Dziadku?
– Tak?
– Dlaczego księża są inni niż my?
– Inni? Co masz na myśli?
– Adaś powiedział, że księża nie robią siku.
– Ach, o to chodzi… – Dziadek zamyślił się na dobrą chwilę. – Wiesz, ja też kiedyś tak myślałem.
– Naprawdę?
– Naprawdę. Myślałem też, że deszcz pada tylko w nocy. Poważnie. Tylko w nocy.
– I co?
– Myliłem się.
– Co do księży? Czy co do deszczu?
Dziadek się uśmiechnął.
– Co do jednego i drugiego.
– A skąd się dowiedziałeś?
– A skąd ty wiesz, że księża nie chodzą do toalety? Przecież to jedna z najbardziej ludzkich rzeczy na świecie.
Skąd ja wiem? Nie pamiętam. Nie pamiętam, kiedy i dlaczego uwierzyłem, że księża nie korzystają z toalety. Nikt mnie tego nie uczył. Po prostu wiedziałem.
I wtedy pierwszy raz pomyślałem, że może księża jednak też się mylą.
Że może nie stoją aż tak wysoko nad światem, skoro potrafią zobaczyć we mnie tylko krótkie spodenki.
A potem pomyślałem jeszcze coś.
Może jednak też chodzą do toalety.
Kiedy mama była mała
Przez bardzo długi czas byłem przekonany, że dorośli nie mają dzieciństwa.
Nie chodziło o to, że nigdy nie byli młodzi. Wiedziałem, że mama chodziła kiedyś do szkoły, bo czasami opowiadała historie z podstawówki. Ale w mojej głowie była to raczej szkoła dla dorosłych. Taka, do której chodzą ludzie, zanim zostaną rodzicami.
Nie wyobrażałem sobie mamy z plecakiem. Nie widziałem taty biegającego po podwórku.
Rodzice po prostu pewnego dnia pojawiali się na świecie.
Gotowi.
Mama od razu umiała gotować, robić pranie i znajdować rzeczy, których ja nie mogłem znaleźć, mimo że leżały tuż przede mną.
Tata od zawsze wiedział, jak działa samochód, gdzie jest bezpiecznik i dlaczego telewizor czasami trzeba uderzyć, żeby zaczął działać.
Dorośli mieli specjalną wiedzę.
Pewnego dnia zobaczyłem stare zdjęcie mamy.
Miała może siedem lat.
Stała w sukience, z krzywo związanymi włosami i miną osoby, która właśnie została niesłusznie oskarżona o coś bardzo poważnego.
– To ty? – zapytałem.
– No przecież.
– Ale taka mała?
Mama się zaśmiała.
– Też kiedyś byłam dzieckiem.
Nie spodobała mi się ta informacja.
Bo jeśli mama kiedyś była dzieckiem, to znaczyło, że kiedyś nie wiedziała wszystkiego.
A skoro nie wiedziała wszystkiego, to kto wtedy wiedział?
Do dziś nie wiem, kiedy dokładnie zrozumiałem, że dorośli nie przychodzą na świat gotowi.
Może wtedy, kiedy pierwszy raz zobaczyłem tatę, który nie wiedział, jak coś naprawić.
A może wtedy, kiedy mama pomyliła drogę.
To były małe odkrycia.
Ale dla dziecka małe odkrycia potrafią burzyć całe światy.
Sklep idzie spać
Byłem przekonany, że sklepy zamykają się na noc, bo są zmęczone.
Nie widziałem innego powodu.
Przecież jeśli w sklepie nadal świeciło światło, to znaczyło, że wszystko działało. Towary stały na półkach, lodówki buczały, kasa była na miejscu.
Ale o pewnej godzinie ktoś przekręcał klucz w drzwiach i sklep przestawał istnieć.
A przynajmniej przestawał istnieć dla ludzi.
– Dlaczego zamykają? – zapytałem kiedyś dziadka.
– Bo sprzedawczyni kończy pracę.
To wyjaśnienie było dla mnie niewystarczające.
– Ale sklep też kończy?
Dziadek spojrzał na mnie.
– Sklep?
– No. Też jest otwarty cały dzień.
Pomyślał chwilę.
– Może trochę odpoczywa.
I to miało sens.
Przecież dom odpoczywał. Samochód odpoczywał. Nawet ja odpoczywałem.
Dlaczego sklep miałby być wyjątkiem?
Przez kilka lat, przechodząc obok zamkniętych sklepów, wyobrażałem sobie, że nocą wszystko tam trochę żyje.
Regały prostują plecy.
Lodówki przestają buczeć.
A ekspedientka następnego ranka nie otwiera sklepu, tylko go budzi.
Dzisiaj wiem, że sklepy nie śpią.
Ale czasami, kiedy mijam zamknięty lokal z opuszczonymi roletami, nadal mam wrażenie, że nie jest pusty.
Może po prostu jeszcze nie wstał.
Ten, który jedzie z nami
Jako dziecko byłem przekonany, że księżyc nas śledzi.
Nie w złym sensie.
Po prostu jechał z nami.
Najbardziej było to widać podczas podróży samochodem.
Siedziałem z tyłu, patrzyłem przez szybę i obserwowałem, jak księżyc przesuwa się razem z nami.
Minęliśmy jedno drzewo.
On też.
Minęliśmy drugi zakręt.
On również.
Nie rozumiałem tylko jednej rzeczy.
Dlaczego robił to wszystkim?
– Tato?
– Tak?
– Dlaczego księżyc jedzie za nami?
Tata spojrzał w lusterko.
– Nie jedzie.
– Jedzie.
– Nie.
– To dlaczego cały czas jest w tym samym miejscu?
Nie miałem wtedy pojęcia, że właśnie zadaję pytanie, na które ludzie potrzebowali tysięcy lat, żeby odpowiedzieć.
Dla mnie odpowiedź była prosta.
Księżyc jechał.
Może dlatego, że nas lubił.
Może dlatego, że nocą ktoś musiał pilnować drogi.
A może dlatego, że księżyc też czasami chciał mieć z kim podróżować.
Dzisiaj wiem, że to tylko odległość.
Perspektywa.
Złudzenie.
Ale nadal trochę podoba mi się myśl, że gdzieś wysoko coś przez całe życie patrzy i mówi:
"Nie martw się. Jadę z tobą".
Co wie lustro
Przez kilka lat uważałem, że lustro pokazuje prawdziwego człowieka.
Nie zdjęcia.
Nie obrazy.
Nie to, co widzą inni.
Lustro.
Bo lustro było uczciwe.
Stało nieruchomo i nie miało powodu, żeby mnie oszukiwać.
Pewnego dnia pokazałem dziadkowi minę przed lustrem.
– Wyglądam głupio?
Dziadek wzruszył ramionami.
– Trochę.
– Ale lustro też tak uważa?
– Lustro nic nie uważa.
Nie zgadzałem się z tym.
Lustro przecież wiedziało.
Widziało wszystko.
Każdego ranka pokazywało włosy, które nie chciały się ułożyć, brudną twarz po jedzeniu i ubranie, które nagle wyglądało gorzej niż pięć minut wcześniej.
Było bezlitosne.
Ale uczciwe.
Dopiero później zrozumiałem, że lustro pokazuje tylko jedną wersję człowieka.
Tę zewnętrzną.
Nie pokazuje, że ktoś był dla kogoś miły.
Nie pokazuje, że ktoś się bał.
Nie pokazuje, że ktoś próbował.
Może dlatego dzieci tak często lubią lustra.
Bo wierzą, że świat jest prosty.
Że prawda mieści się w odbiciu.
Za kolejnym pagórkiem
Każdego lata wystarczyło minąć ostatnie zabudowania opolskiej wsi, by znaleźć się poza horyzontem codzienności. To tu w cieniu drzew i krzewów kryła się cała poziomkowa brać, a nad łąkami pszczoły zbijały się w pulsujące obłoki. W okolicy wiła się droga – kurz, czereśnie, śmiech.
Mieszkałem w Racławicach na Płaskowyżu Głubczyckim. Najbardziej pamiętam z tego okresu falujące pagórki i stare drogi obsadzone czereśniami, których nikt nie pilnował. Latem jedliśmy owoce garściami, aż sok ściekał po dłoniach.
– Spójrz, jaka bomba! – zawołał Boguś, zrywając największą.
– I jaka czarna – odpowiedziałem. – Takiej jeszcze nie widziałem.
Ale nie od Bogusia usłyszałem o drodze, która naprawdę rozpalała wyobraźnię.
Powiedział mi o niej Adaś, starszy ode mnie o kilka lat.
– Jest taka jedna droga – oznajmił pewnego dnia. – Rosną przy niej czereśnie. Zawsze.
– Zawsze? Nawet jesienią?
– Nawet.
– A zimą?
Spojrzał na mnie z pobłażliwym uśmiechem.
– Mówię przecież: zawsze.
Adaś był starszy, więc wiedział więcej. Ja byłem jeszcze dzieckiem i świat nie zdążył mnie przekonać, że nie wszystko jest możliwe.
Przez wiele tygodni wyobrażałem sobie tę drogę. Musiała wyglądać inaczej niż wszystkie. Może drzewa nigdy nie gubiły liści. Może śnieg omijał je z daleka. Wydawało mi się, że panuje tam wieczne lato – powietrze pachnie nagrzaną ziemią, pszczoły nie przestają brzęczeć, a spod stóp co chwilę umykają koniki polne. A może zwyczajnie rosły tam czereśnie, bo takie było odwieczne prawo tego miejsca.
My, dzieci Słodkopolski, nadawaliśmy światu nowe nazwy. Tę drogę ochrzciliśmy Szmaragdową – na pamiątkę bajki o Szmaragdowym Grodzie. Nie wiedzieliśmy, dokąd prowadzi. Chcieliśmy wierzyć, że za kolejnym pagórkiem zaczyna się coś nie z tego świata.
Za jednym wzniesieniem było drugie. Za drugim – następne. I jeszcze jedno. Każde wydawało się ostatnim przed krainą, w której czereśnie dojrzewają nawet zimą. Szliśmy bez lęku, niemal pewni, że jesteśmy blisko celu. Byliśmy tuż-tuż.
Wtedy z wiejskiego kościoła wybiła dwunasta. Głód okazał się silniejszy od mitu. Dom znaczył obiad. Znaczył powrót.
A jednak czułem, że bez Adasia nigdy tam nie trafię. Któregoś razu zdobyłem się na odwagę.
– Adaś…
– No?
– To może pójdziemy na te czereśnie?
Uśmiechnął się.
– Możemy.
Serce zabiło mi mocniej.
– Naprawdę?
– Naprawdę.
Nigdy nie poszliśmy.
Nie wiem, czy zapomniał, czy tylko się ze mną droczył. Nie zapytałem drugi raz. Widocznie nie nadszedł właściwy dzień.
Lato się skończyło. Czereśnie zniknęły. Przemknął wrzesień, potem październik. Tęcza rozpłynęła się w szarości. Szmaragdowa stała się zwykłym pagórkiem. Zniknęła we mgle wspomnień – takich, które już prawie nie bolą. Tylko czasem, bardzo cicho, jeszcze kłują.
A jednak nie potrafię uwierzyć, że wszystko było tylko dziecięcą fantazją.
W mojej głowie ta droga istnieje do dziś.
Jest gdzieś w Racławicach.
Czereśnie dojrzewają tam także zimą.
Po prostu z wiekiem zapomnieliśmy, jak do niej trafić.
Zawsze pierwsi
Jako dziecko wierzyłem, że niektórzy ludzie rodzą się pierwsi.
Nie dlatego, że są szybsi. Nie dlatego, że są sprytniejsi, mądrzejsi albo mają lepszy samochód. Po prostu ich miejsce było z przodu. Świat od początku ustawiał ich na początku kolejki.
Nie rozumiałem tylko, kto ustalał tę kolejność.
Raz wydawało mi się, że jestem blisko poznania odpowiedzi.
Miałem może pięć lat. Wracaliśmy od dziadka z Murcek do naszego domu w Racławicach. Trasa była prosta: z Katowic na Opolszczyznę. Mieliśmy samochód, więc nic nie zapowiadało niespodzianki.
Na pożegnanie dziadek odprowadził mnie, mamę i tatę do auta. Jak zawsze spokojny, jakby znał jakieś zasady świata, których reszta z nas jeszcze nie odkryła.
Dziadek nigdy się nie spieszył.
To było chyba najbardziej podejrzane.
Wrócił do domu w kapciach, bo miał jeszcze coś do zrobienia.
– Jak skończę, też przyjadę.
Nie zabrzmiało to jak obietnica. Bardziej jak informacja o czymś, co i tak musiało się wydarzyć.
Od czego były autobusy, pociągi albo autostop? A jednak miałem wrażenie, że nawet gdyby szedł pieszo, i tak by nas wyprzedził.
Przez chwilę podejrzewałem nawet, że dziadek ma własne drogi, które nie są pokazane na żadnej mapie.
Kiedy dotarliśmy do Racławic, stał już na progu naszego domu.
W kapciach.
Nie wiedziałem, jak to możliwe. Nie biegł. Nie miał tajnego samochodu. Nie znał skrótów, których my nie znaliśmy.
A przynajmniej tak mi się wydawało.
Po prostu wyruszał później i zawsze był wcześniej.
Tak było za każdym razem. Nieważne, czy jechał do Racławic, do wuja spod Skierniewic, czy wracał do Katowic.
Wyjeżdżał ostatni.
Docierał pierwszy.
Najbardziej podejrzane były jednak wesela.
Para młoda mogła ruszać jako druga, piąta albo dziesiąta. Ktoś zatrzymywał się po kwiaty, ktoś szukał drogi, ktoś gubił miejsce parkingowe.
Cały świat próbował ich opóźnić.
Bezskutecznie.
A potem otwierały się drzwi kościoła i oni już tam byli.
Pierwsi.
W kościele. W domu weselnym. U fotografa.
Nie wytrzymałem.
– Jak to działa?
– Co takiego? – zapytał jeden z gości.
– No oni. Oni zawsze są pierwsi.
– Kto?
– No oni! Jadą później, a przyjeżdżają wcześniej.
Roześmiał się.
– Może mają swoje sposoby.
To nie była odpowiedź, której szukałem.
– Jakie sposoby? Ktoś ich przepuszcza? Mają jakieś specjalne auto? Wiedzą coś, czego inni nie wiedzą?
Pokręcił głową z uśmiechem.
– Dowiesz się kiedyś, mały.
To mnie tylko rozzłościło.
– Dowiem się kiedyś… Dowiem się kiedyś…
A przecież chciałem wiedzieć teraz.
Popatrzył na mnie i się uśmiechnął.
Jakby znał odpowiedź, ale wiedział też, że nie mogę jej jeszcze usłyszeć.
Nigdy się nie ożeniłem.
Nie zostałem też dziadkiem mieszkającym w Murckach.
I do dziś nie wiem, jak zostaje się jednym z tych, którzy zawsze są pierwsi.
Po napisach
To było dawno, zanim zaczęliśmy mówić o… glitchach i zastanawiać się, czy świat nie jest symulacją.
Dla mnie świat był grą. Nie komputerową. Takich jeszcze prawie nie znałem. Ale grą mimo wszystko. Patrzyłem na ludzi jak na bohaterów opowieści.
Pamiętam rozmowę z Bogusiem. Siedzieliśmy na trzepaku i patrzyliśmy, jak sąsiedzi wracają z zakupów.
– Wiesz, jaki byłby najgorszy świat? – zapytałem.
– Jaki?
– Taki, w którym nic się nie dzieje. Nie ma wojen, złodziei ani morderców. Wszyscy są dla siebie mili.
– To chyba najlepszy.
– Nie. Byłby nudny.
– Dla ciebie.
– Dla wszystkich. O czym pisano by książki? Jakie filmy by kręcono? O kim uczylibyśmy się na historii? Neron, Hitler, Stalin… Nikt nie pamięta spokojnych czasów.
Boguś chwilę milczał.
– Chciałbyś żyć za Hitlera?
– Nie o to chodzi.
– To o co?
– O to, że świat potrzebuje złych charakterów. Inaczej wszystko byłoby jak film, w którym przez dwie godziny nic się nie wydarza.
Pokręcił głową.
– To nie film.
– Skąd wiesz?
– Bo jak ktoś umrze, to nie wstaje po napisach.
Zaśmiałem się.
– Ale przynajmniej jest o czym opowiadać.
– Ja wolę świat, w którym nie ma o czym opowiadać.
– Naprawdę?
– Tak. Bo wtedy ludzie po prostu żyją.
Nie odpowiedziałem. Ja wciąż widziałem scenariusz. On widział ludzi.
Przez długie lata świat wydawał mi się logiczny. Akademia Pana Kleksa była kolorowa, peerel szary, Jerzy Urban kłamał, a Wampir z Bytomia był potworem. Każdy miał swoją rolę. Wszystko do siebie pasowało.
Minęło wiele lat.
Dopiero wtedy zrozumiałem, że przez całe dzieciństwo zadawałem niewłaściwe pytanie. Zastanawiałem się, jaka historia byłaby ciekawsza. Nigdy nie pytałem, na jakim świecie chciałbym naprawdę żyć.
Po raz pierwszy w życiu pomyślałem, że nie chciałbym mieszkać w najlepszej opowieści.
Chciałbym mieszkać na świecie, w którym nie byłoby o czym opowiadać.
Oj, chyba każdy z nas w dzieciństwie wierzył w różne dziwne rzeczy. Np. w to, że wszyscy nauczyciele mieszkają w jednym domu i podczas kolacji rozmawiają o ocenach i zachowaniu uczniów. ;-)
Ciekawa kolekcja krótkich tekstów. Dość nieprawdopodobny wydaje mi się tylko ten o deszczu padającym nocą – przecież dziecko, które potrafi mówić, musiało już widzieć w swoim życiu niejeden deszczowy dzień.
Rozdzióbią nas kruki, wrony i ptaki ciernistych krzewów.
Witaj dziś ponownie. :)
Czyżby Portal odblokowało? :)
Sugestie oraz wątpliwości odnośnie spraw technicznych to (do przeanalizowania):
– Co do księży (przecinek?) czy co do deszczu?
Przez chwilę podejrzewałem nawet, że dziadek ma własne drogi, których nie ma na żadnej mapie. – powtórzenie?
Nieważne, czy jechał do Racławic, do wuja spod Skierniewic (przecinek?) czy wracał do Katowic.
Dziwiło mnie, czemu dziecko postrzega deszcz jako zjawisko smutne, zatem – nocne. :) Ja zawsze uwielbiałam deszcz. :) Pachniało podczas niego zawsze świeżo i przecudnie, oczyszczał wszystko wokół i potem często była tęcza. :)
Fajna “wspomnieniówka mitologiczna”. :) Tak, zdecydowanie lepiej żyć w nudnym świecie – bez wojen, agresji i okrucieństwa. :)
Pozdrawiam serdecznie. :)
Pecunia non olet
Jako dziecko byłem przekonany, że księżyc nas śledzi.
Tak! Też mnie to długo zastanawiało. XD
Fajna ,,antologia” (nie rozumiem tylko, o co chodzi w ,,Zawsze pierwsi”), chociaż poszczególne teksty chwilami sprawiają wrażenie oderwanych od siebie. Jak dla mnie brakuje wyraźnej myśli przewodniej – ta wyłuszczona na samym końcu (,,Chciałbym mieszkać na świecie, w którym nie byłoby o czym opowiadać”) pasuje tylko do jednej historyjki, a w pozostałych (nie wszystkich) widzę raczej motyw ,,Dla dzieci wszystko jest czarno-białe”, ewentualnie ,,Dojrzewanie ssie”.
Big Room Never Dies
Dzięki zbiorczo za komentarze. Zaraz będę wszystkim odpisywał.
Bruce, za łapankę serdeczne dzięki, będę poprawiał, trzymaj się cieplutko, pozdrawiam! :)
Pozdrowionka, dzięki. 
Pecunia non olet
Witaj Bolly. Dzięki za wizytę tutaj.
Co do deszczu, wydaje mi się, że starałem się naginać fakty. Myślałem, że pada głównie w nocy. A może tylko chciałem, by tak było.
w to, że wszyscy nauczyciele mieszkają w jednym domu i podczas kolacji rozmawiają o ocenach i zachowaniu uczniów.
No i jest pomysł na kolejne mikroopowiadanie. ;)
Pozdrawiam – MZ
Dzięki raz jeszcze, Bruce. Poprawki naniesione. Melduję.
Dziwiło mnie, czemu dziecko postrzega deszcz jako zjawisko smutne, zatem – nocne. :) Ja zawsze uwielbiałam deszcz.
Sam się zastanawiam, jak to było. Kiedyś byłem inny. Lubię deszcz. Lubię noc. Słowem: inny Maciek. :)
SNDWLKR, dzięki za przeczytanie i pozostawienie komentarza.
Jak dla mnie brakuje wyraźnej myśli przewodniej – ta wyłuszczona na samym końcu.
Może jeszcze nie powiedziałem ostatniego słowa, może jeszcze nie napisałem tej ostatniej miniatury? Myśl przewodnia dotyka tego, w co wierzy dziecko, a w co z czasem przestaje wierzyć. Mikroopowieści różnią się jednak, bo też i dziecko – mój mały bohater – jest w różnym wieku. Raz jest starszy, a raz młodszy. Pewne też są miniatury, które bardziej lub mniej pasują do tego zbioru. Jedne są lekkie (”Rajstopy”), drugie ciężki (”Po napisach”).
Maćku, wielce zajmująco opisałeś dziecięce doświadczenia i wyobrażenia o świecie i zjawiskach. Pewnie spotkasz się z zarzutem, że brakło tu fantastyki, ale jak dla mnie powrót do dziecięcych wspomnień zawsze będzie czymś fantastycznym i to mi wystarczy, zwłaszcza że mam wiele dobrych, wręcz fantastycznych wspomnień z wczesnych lat pacholęcych, ale z pewnością nie umiałabym z nich złożyć własnej mitologii. :)
…mimo że leżały dokładnie przede mną. → Nie bardzo wiem, jak coś może leżeć dokładnie…
Proponuję: …mimo że leżały tuż przede mną.
Półki prostują plecy. → A może: Regały prostują plecy.
"Nie martw się. Jadę z tobą." → "Nie martw się. Jadę z tobą”.
Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.
…i ubrania, które nagle wyglądały gorzej niż pięć minut wcześniej. → …i ubranie, które nagle wyglądało gorzej niż pięć minut wcześniej.
Ubrania wiszą w szafie, leżą na półkach i w szufladach. Odzież, którą ktoś ma na sobie to ubranie.
Nad opolską wsią wiła się droga… → Czy tu aby nie miało być: Za opolską wsią wiła się droga…
Jakoś nie umiem zobaczyć drogi wijącej się nad wsią.
„Akademia Pana Kleksa” była kolorowa… → Tekstu napisanego kursywą nie ujmuje się w cudzysłów. Albo kursywa: Akademia Pana Kleksa była kolorowa… Albo cudzysłów: „Akademia Pana Kleksa” była kolorowa.
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
I to jest właśnie ten moment, Droga Reg, kiedy robimy kawę i zabieramy się za poprawki. Lubię to. Uwielbiam. Dzięki Tobie moja mała mitologia stanie się lepsza. :)
Jakże się cieszę, Maćku, że uznałeś uwagi za przydatne. :)
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Witaj Maćku.
Przeczytałam “wspomnieniówki” i nie jestem zachwycona, miało być tak pięknie i tkliwie, a wyszło banalnie. Zauważyłam, że każdy mini tekst, kończy się puentą niestety niezbyt błyskotliwą i odkrywczą. Szczerze liczyłam na coś więcej.
No i te rajtuzy, dziwnie przewijają się w każdym twoim tekście. Konkludując, moja babcia zawsze powtarzała, że: w życiu mężczyzny są zawsze mroczne momenty, które skrzętnie ukrywa, potem wciskała braci w rajty w pajacyki. Na szczęście czasy PRL minęły i każdy może kupić co chce, nawet męskie rajtuzy ze stópkami. Osobiście uważam, że rajtki są przeżytkiem, niewygodne i niezbyt praktyczne. Dużo lepsze są pończoszki, nie trzeba ściągać przy sikaniu.
Więcej grzechów nie pamiętam i osobiście wolałabym żyć w świecie gdzie coś się dzieje, ale kto co lubi.
Witaj Czarna! :)
No widzisz, tak wyszło. Może następnym razem: 1) będzie mniej banalnie, 2) coś się będzie działo (akcja, akcja, akcja…), 3) pojawi się więcje puent bardziej błyskotliwych.
Co do rajtek, to tak, ja osobiście lubię, ale tylko u kobiet. Pończochy też są oczywiście super, tylko że trochę kojarzą mi się ze starymi filmami. OK. Więcej grzechów nie pamiętam. ;)
Pozdrawiam, dziękuję za przeczytanie i pozostawienie komentarza – MZ
Oj, widzę że ktoś tu oglądał Fortepian, była tam taka scena z rajtkami, którą zapamiętałam na długo. Mam nadzieję Maćku, że nie jesteś z tych, dla których kobieta zaczyna się po pierwszym okresie, bo to dość obrzydliwe. Niestety z żalem zauważam, że gdyby nie nie normy społeczne i ostracyzm dużo mężczyzn uważało by to za normę, z czym się absolutnie nie zgadzam przeciw czemu zawszę będę występować. Co do starych filmów, niektóre są bardzo dobre i życiowe.
Mam nadzieję Maćku, że nie jesteś z tych, dla których kobieta zaczyna się po pierwszym okresie, bo to dość obrzydliwe.
Nie jestem z tych.
Co do starych filmów, niektóre są bardzo dobre i życiowe.
To prawda. Uwielbiam stare filmy, zwłaszcza czechosłowackie i polskie (polską szkołę filmową).