- Opowiadanie: maciekzolnowski - Lakier ciemnoczerwony

Lakier ciemnoczerwony

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Lakier ciemnoczerwony

– Jeszcze tylko lakier… – wyszeptał lutnik.

Kaszel zmusił go, by oprzeć się o stół. Przez chwilę trwał nieruchomo, czekając, aż dłonie przestaną drżeć. Kiedy odsunął chustkę od ust, zobaczył na niej cienką smugę krwi.

Nie zdziwiło go to.

Na stole leżały skrzypce.

Świerkowa płyta pachniała jeszcze żywicą, a klonowy spód połyskiwał w świetle jednej świecy. Lutnik przesunął palcami po instrumencie z czułością człowieka, który wie, że wykonał swoje ostatnie dzieło.

Nie był pewien, czy żegna się ze skrzypcami, czy z samym sobą.

Zanurzył pędzel w ciemnoczerwonym lakierze. Pierwsza warstwa spłynęła po drewnie cienką, równą linią.

– Tak będzie dobrze.

Córka stanęła w progu pracowni.

– Ojcze…

Nie odpowiedział.

Obrócił instrument ku światłu. Lakier miał głęboki kolor starego wina.

– Patrzę na nie… i mam wrażenie, że zaraz odetchną.

Lutnik uśmiechnął się kącikiem ust.

– Jeśli instrument wygląda na żywy, to znaczy, że niczego nie zepsułem.

– A gdyby naprawdę coś w sobie zachowywał?

Pędzel zawisł nad lakierem. Przez chwilę było słychać jedynie trzask świecy.

– Niech zatrzyma tylko to, co warto usłyszeć.

Wieczorem nie pracował już ani chwili. Siedział przy stole i patrzył na skrzypce jak człowiek, który prowadzi ostatnią rozmowę z kimś bliskim.

Przed snem zawołał córkę.

– Nie sprzedawaj ich temu, kto zapłaci najwięcej.

– A komu?

Położył dłoń na futerale.

– Temu, kto będzie ich potrzebował.

Nazajutrz znalazła go martwego przy stole.

Świeca wypaliła się do końca.

***

Pierwszym właścicielem był siedemnastoletni chłopak z małej wsi.

Nie miał nauczyciela ani pieniędzy na dobre nuty. Miał tylko cierpliwość i instrument zbyt cenny dla miejsca, w którym mieszkał.

Każdej nocy zamykał się w starej stodole i grał do świtu.

Początkowo palce krwawiły. Z czasem stwardniały, a ból stał się częścią muzyki.

Pewnego ranka matka postawiła przed nim miskę zupy i długo mu się przyglądała.

– Synku… kto jeszcze był w stodole?

– Nikt.

– Nie wmówisz mi tego. Słyszałam, jakby odpowiadały sobie dwa instrumenty.

Uśmiechnął się.

– To tylko echo.

Zamilkła.

Od tamtej pory czasem, gdy kończył trudną frazę, miał wrażenie, że cisza po ostatnim dźwięku trwa odrobinę za długo. Jakby ten dźwięk wciąż próbował wybrzmieć.

Nigdy nikomu o tym nie powiedział.

Grał dalej.

Po latach został jednym z największych skrzypków swojej epoki.

Pewien krytyk napisał:

„Jego skrzypce brzmią tak, jakby pamiętały muzykę, której jeszcze nie napisano”.

Mógł kupić każdy instrument świata, lecz nigdy tego nie zrobił.

Kiedy był już stary, młody uczeń zapytał:

– Mistrzu, dlaczego nigdy ich pan nie wymienił?

Starzec spojrzał na ciemny lakier.

– Nie z każdym instrumentem można się rozstać.

Przed śmiercią poprosił jeszcze o futerał.

Przesunął dłonią po pękniętym lakierze.

– Nie zamykajcie ich.

Uczeń skinął głową.

Nazajutrz sprzedał instrument.

***

Nowy właściciel grał w orkiestrze na luksusowym transatlantyku.

Każdego wieczoru sala balowa jaśniała od kryształowych lamp. Ludzie tańczyli, śmiali się i wierzyli, że świat jest miejscem bez końca.

Skrzypek lubił obserwować twarze – nie tych, którzy bawili się najlepiej, lecz tych, którzy na chwilę zapominali, że życie jest kruche.

Pewnego wieczoru starsza kobieta zatrzymała się przy orkiestrze.

– Młody człowieku…

Podniósł wzrok.

– Tak?

Spojrzała na skrzypce.

– Mogę panu coś powiedzieć?

– Oczywiście.

– Mam już swoje lata. Słyszałam wielu skrzypków. Ale pan… jakby nie szukał melodii. Ona już na pana czeka.

Uśmiechnął się.

– Może tak być.

Kobieta pokręciła głową.

– Nie to miałam na myśli.

Po chwili odeszła.

Kilka godzin później obudził go metaliczny huk. Nie był głośny. Był nieodwołalny.

Statek zadrżał.

Potem wszystko wydarzyło się naraz: krzyk, rozkazy, bieg ludzi na korytarzach.

Muzycy spotkali się na pokładzie. Nikt nie musiał pytać, co robić.

Kapelmistrz spojrzał na nich.

– Panowie… do końca.

Tym razem nie był to rozkaz.

Była to decyzja.

Skrzypek otworzył futerał. Drewno było zimne. Przyłożył instrument do ramienia.

Pierwszy dźwięk wyszedł niepewnie. Drugi zabrzmiał już czysto. Potem muzyka popłynęła nad pokładem.

Ludzie zwalniali. Niektórzy przestawali krzyczeć.

Na kilka chwil statek znów stał się miejscem, gdzie ktoś tańczył.

Nie dlatego, że muzyka mogła ich uratować.

Dlatego, że wciąż byli ludźmi.

Woda wciąż się podnosiła.

Skrzypek grał. Nie myślał o końcu. Myślał tylko o następnym dźwięku.

I wtedy poczuł coś dziwnego.

Nie obecność.

Nie czyjąś dłoń.

Raczej pewność, że wszystkie godziny spędzone z tym instrumentem – samotne ćwiczenia chłopaka ze wsi, koncerty, lata pracy – prowadziły właśnie do tej chwili.

Jakby skrzypce nie pamiętały ludzi.

Jakby pamiętały ich wysiłek.

Kiedy statek przechylił się po raz ostatni, muzyka urwała się razem ze światłem.

Morze zabrało resztę.

***

Kilka dni później rybak znalazł futerał unoszący się na spokojnej wodzie.

Skórzane paski były zerwane, metalowe okucia pokrywała rdza. Kiedy otworzył wieko, spodziewał się znaleźć tylko zniszczone drewno.

Skrzypce były mokre.

Ale całe.

Zaniósł je do lutnika z pobliskiego miasteczka.

Starzec długo oglądał instrument.

Nie pytał, skąd pochodzi.

O niektóre rzeczy nie trzeba pytać.

– Da się je uratować? – odezwał się w końcu rybak.

Lutnik przesunął dłonią po lakierze.

– Dobre drewno potrafi przetrwać więcej niż człowiek przypuszcza.

Przez kilka dni pracował w ciszy.

Osuszał drewno.

Naprawiał drobne pęknięcia.

Wymieniał struny.

Wieczorem, kiedy zakładał ostatnią strunę, skrzypce zabrzmiały na krótką chwilę.

Jeden krótki, cichy dźwięk. Czysty.

Tak krótki, że można było uznać go za przypadek.

Pomocnik uniósł głowę.

– Słyszał pan?

Lutnik nie odpowiedział od razu.

Patrzył na skrzypce.

– Słyszałem drewno – powiedział w końcu.

I wrócił do pracy.

***

Kilka miesięcy później skrzypce trafiły do pewnej dziewczyny.

Miała siedemnaście lat.

Przed wojną marzyła o konserwatorium. Ojciec obiecywał, że kiedyś usiądzie w pierwszym rzędzie podczas jej koncertu.

Nie zdążył.

Teraz stała w szeregu orkiestry więźniów.

Grała przy bramie.

Nie dla publiczności.

Nie dla sztuki.

Dla rozkazu.

Widziała twarze ludzi przechodzących obok. Niektóre zapamiętywała. Inne bała się zapamiętać.

Wieczorami nie grała. Wyjmowała skrzypce z futerału i przecierała lakier kawałkiem materiału ukrytym w rękawie, jakby chciała przeprosić instrument za wszystko, co musiał słyszeć.

Pewnej nocy współwięźniarka przyglądała się jej przez dłuższą chwilę.

– Powiedz mi coś. Ty naprawdę do nich mówisz?

– Czasami łatwiej niż do ludzi.

– A odpowiadają?

Dziewczyna pogładziła lakier.

– Nie. I może właśnie dlatego ich słucham.

Uśmiechnęła się smutno.

– To dobrze.

W tym miejscu cisza była czasem łagodniejsza niż słowa.

Następnego ranka wyczytano jej numer.

Nie krzyczała.

Nie prosiła.

Zdjęła skrzypce z ramienia i podała je starszemu muzykowi.

– Schowaj je.

Mężczyzna ścisnął futerał.

– Wrócisz po nie.

Spojrzała na niego.

Przez chwilę wyglądała, jakby chciała coś powiedzieć. Nie powiedziała nic.

Odeszła.

Nigdy więcej jej nie zobaczono.

***

Po wojnie znaleziono futerał na zakurzonym strychu.

Instrument trafił do pracowni starego lutnika.

Długo badał drewno.

– Dziwne.

Jego pomocnik spojrzał pytająco.

– Co?

Lutnik przyłożył skrzypce do twarzy.

– Czujesz?

Pomocnik pochylił się.

– Co mam czuć?

– Sól. Jakby długo leżały nad wodą.

– Mistrzu… drewno tak nie działa.

– Wiem.

– Drewno nie pamięta zapachów przez tyle lat.

Lutnik również się uśmiechnął.

– Pewnie nie.

Jeszcze przez dobrą chwilę trzymał instrument w dłoniach.

***

Minęły dziesięciolecia. Świat zdążył zmienić się wiele razy.

Na aukcji pojawili się kolekcjonerzy z kilku krajów. Cena rosła szybko.

W końcu zapadła cisza.

Anonimowy nabywca kupił skrzypce za fortunę.

Nie oddał ich muzykom.

Nie wystawił ich w sali koncertowej.

Zamknął je w stalowym sejfie.

– Tutaj będą bezpieczne.

I rzeczywiście były.

Przez dwadzieścia siedem lat nikt ich nie dotknął.

Instrument, który przetrwał morze, wojnę i ludzkie cierpienie, zaczął przegrywać z ciszą.

Struny traciły napięcie.

Lakier matowiał.

Coraz trudniej było uwierzyć, że ten instrument kiedyś śpiewał.

Po śmierci kolekcjonera spadkobiercy przekazali część jego zbiorów do konserwacji. Wśród nich były te skrzypce.

***

Stary lutnik otworzył futerał.

Nie spieszył się.

Obejrzał lakier.

Mostek.

Podstrunnicę.

Na końcu sprawdził, czy dusza wciąż stoi na swoim miejscu.

Dopiero potem zajrzał do wnętrza pudła rezonansowego.

Wtedy zauważył coś wsuniętego między żeberko a płytę.

Papier był pożółkły.

Atrament prawie wyblakł.

Ostrożnie rozłożył kartkę.

Przeczytał:

„Skrzypce nie należą do tego, kto je posiada. Należą do tego, kto oddaje przez nie własne serce”.

Starzec długo patrzył na pożółkły papier.

Zapisane na nim słowa nie brzmiały jak instrukcja.

Bardziej przypominały obietnicę.

Tego samego popołudnia, wychodząc ze szkoły muzycznej, zobaczył dziewczynkę siedzącą samotnie na schodach.

Miała mały futerał.

– Czekasz na kogoś?

Pokręciła głową.

– Na babcię. Jeszcze pracuje.

Usiadł obok niej.

– Grasz?

Dziewczynka skinęła głową.

– Ale pani profesor ciągle mówi, że tylko trafiam w nuty. Chyba jeszcze za mało słyszę.

Lutnik spojrzał na nią uważnie.

– To dobrze.

Zmarszczyła brwi.

– Dobrze?

– Tak.

– Dlaczego?

Starzec uśmiechnął się.

– Bo człowiek, który uważa, że słyszy wszystko, przestaje słuchać.

Zaprosił ją do pracowni.

Położył przed nią skrzypce.

Dziewczynka zamarła.

– Mogę?

– Spróbuj.

Ostrożnie podniosła instrument.

Nie jak rzecz kosztowną.

Jak coś kruchego.

Pierwszy dźwięk był niepewny. Drugi zabrzmiał czyściej. Przy trzecim lutnik zamknął oczy.

Nie zobaczył duchów.

Nie zobaczył przeszłości.

Tylko światło odbijające się w ciemnoczerwonym lakierze.

A jednak przez chwilę miał wrażenie, że pracownia jest pełniejsza niż przed momentem.

Jakby wszystkie głosy, które kiedyś przeszły przez te struny, nie wróciły po to, żeby być widziane.

Tylko żeby posłuchać.

Dziewczynka grała dalej.

Po raz pierwszy od wielu lat skrzypce nie brzmiały jak rzecz ocalona.

Brzmiały jak coś, co odzyskało głos.

Za oknem zaczął padać deszcz.

Kiedy dziewczynka zakończyła utwór, ostatnia struna drżała jeszcze przez chwilę.

Spojrzała zdziwiona.

– To ja?

Lutnik zerknął na instrument.

Potem na nią.

– Tym razem ty.

Dziewczynka rozpromieniła się.

Starzec zamknął futerał.

Nie na zawsze.

Tylko do następnego razu.

W ciszy po ostatnim dźwięku przez chwilę miał wrażenie, że słyszy jeszcze jeden ton.

Smyczek spoczywał nieruchomo.

Koniec

Komentarze

Maćku, 9446 to szort. :)

Pecunia non olet

Witaj. :)

Sprawy techniczne i nasuwające się sugestie, a także wątpliwości (wszystkie są tylko do przemyślenia):

Miał tylko cierpliwość i instrument, który wydawał się zbyt cenny dla miejsca, w którym mieszkał. – powtórzenie?

Jakby coś jeszcze chciało odpowiedzieć. Nigdy nikomu o tym nie powiedział.– i tu?

Tylko (przecinek?) żeby posłuchać.

 

Jak zawsze u Ciebie – muzycznie, poetycko, nostalgicznie, dziś nawet – nawiązując choćby do rocznicy Powstania – historycznie. :) Ciekawie pokazałeś drogę skrzypiec, ale i ich znaczenie, wagę, istotę, duszę i serce. :)

Kliczek, pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Przyjemny, poetycki tekst, zasługujący na klik. Szkoda tylko, że nie wyjaśnia, jak skrzypce zostały ocalone z tonącego Titanica, bo jakoś nie chce mi się wierzyć, żeby komuś chciało się ratować instrument, gdy wokół ginęli ludzie. :-/

Rozdzióbią nas kruki, wrony i ptaki ciernistych krzewów.

Maćku, jestem przekonana, że potrzeba opisania kolei losu skrzypiec pomalowanych ciemnoczerwonym lakierem nie była chwilowym kaprysem, ni nagłym przypływem natchnienia, że poczekałeś, aż Pani Wena rozgości się na dobre, ześle Ci same dobre słowa i wtedy uznałeś, że już możesz wszystko napisać.

I napisałeś.

Jestem oczarowana, wręcz urzeczona.

Wiem, że poprawisz usterki, więc teraz pędzę do klikarni, a kiedy zostanie otworzony sierpniowy piórkowy wątek, odwiedzę też nominowalnię.

 

„Jego skrzyp­ce brzmią tak, jakby pa­mię­ta­ły mu­zy­kę, któ­rej jesz­cze nie na­pi­sa­no.” → „Jego skrzyp­ce brzmią tak, jakby pa­mię­ta­ły mu­zy­kę, któ­rej jesz­cze nie na­pi­sa­no.”

Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

– Bo nie wszyst­ko, co można kupić, można za­stą­pić. → Mam wrażenie, że to co można kupić, da się zastąpić czymś nowym.

Proponuję: – Bo nie wszyst­ko zastąpi się tym, co można kupić.

 

Woda pod­no­si­ła się coraz wyżej. → Zbędne dookreślenie – czy mogła podnosić się coraz niżej?

Proponuję: Woda wciąż się podnosiła.

 

Kilka mie­się­cy póź­niej skrzyp­ce tra­fi­ły do mło­dej dziew­czy­ny. → Zbędne dookreślenie, zwłaszcza że w kolejnym zdaniu piszesz, ile dziewczyna ma lat?  

Proponuję: Kilka mie­się­cy póź­niej skrzyp­ce tra­fi­ły do pewnej dziew­czy­ny.

 

In­nych bała się za­pa­mię­tać. → In­ne bała się za­pa­mię­tać.

 

„Skrzyp­ce nie na­le­żą do tego, kto je po­sia­da. Na­le­żą do tego, kto od­da­je im wła­sne serce.” → „Skrzyp­ce nie na­le­żą do tego, kto je po­sia­da. Na­le­żą do tego, kto od­da­je im wła­sne serce”.

 

Pod­nio­sła in­stru­ment ostroż­nie. → Raczej: Ostrożnie podniosła instrument.

 

A jed­nak przez krót­ką chwi­lę miał wra­że­nie… → Zbędne dookreślenie, chwila jest krótka z definicji.

Wystarczy: A jed­nak przez chwi­lę miał wra­że­nie

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zbiorczo dziękuję, zwłaszcza Tobie, Reg, za solidną łapankę. Będę poprawiał. Tobie też dziękuję, miła Bruce. Bardzo. :)

 

Witaj, Bolly. Dzięki za komentarz i ciepłe słowa. Dwa dni wody morskiej i już po skrzypcach. Nie da się potem na nich grać. Są co prawda słynne skrzypce z Titanica, ale tylko jako eksponat. Poza tym: tak, masz rację, najpierw ratuje się ludzi, a dopiero potem ew. instrumenty. Gdzieś jednak czytałem, że ten chordofon z Titanica został dość szybko wydobyty. Ale nic więcej nie wiem. Nie znam szczegółów.  

Dwa dni wody morskiej i już po skrzypcach. Nie da się potem na nich grać. Są co prawda słynne skrzypce z Titanica, ale tylko jako eksponat. Poza tym: tak, masz rację, najpierw ratuje się ludzi, a dopiero potem ew. instrumenty. Gdzieś jednak czytałem, że ten chordofon z Titanica został dość szybko wydobyty. Ale nic więcej nie wiem. Nie znam szczegółów. 

No to masz dziurę fabularną wielkości dziury w burcie Titanica.

 

BTW, dlaczego tekst jest oznaczony jako opowiadanie, a nie szort, i dlaczego wybrałeś kategorię horror? Bardziej pasowałaby “inne”.

Rozdzióbią nas kruki, wrony i ptaki ciernistych krzewów.

Jestem oczarowana, wręcz urzeczona.

Reg, jestem szczęśliwy, kiedy Ty jesteś szczęśliwa. Ale to wiesz. :)

 

Biję się w pierś, bo kilka rzeczy po prostu się nie udało.

Ekonomia słowa. Chyba trochę z nią przesadziłem. Jeszcze chwila, a zamiast opowiadania powstałby scenariusz filmowy.

Jest tu też zbyt duże nagromadzenie ludzkich dramatów. Obóz koncentracyjny. Titanic. To już za wiele. Mnie to nie przekonuje.

Sam pomysł z obozem jest świetny, ale domaga się osobnego opowiadania, a może nawet scenariusza filmowego. Zwłaszcza orkiestry obozowe zasługują na większą uwagę ze strony pisarzy i filmowców. Przynajmniej ja tak uważam.

dlaczego tekst jest oznaczony jako opowiadanie, a nie szort, i dlaczego wybrałeś kategorię horror? Bardziej pasowałaby “inne”.

Dzięki, już poprawiam. Wcześniej było więcej elementów paranormalnych i tak już zostało (w mojej głowie). Stąd “horror”, miast “inne”, a powinno być oczywiście “inne”. 

Biję się w pierś, bo kilka rzeczy po prostu się nie udało. […] Jest tu też zbyt duże nagromadzenie ludzkich dramatów.

Maćku oszczędź pierś, nie bij jej. To jest opowiadanie o skrzypcach, na których, owszem grają ludzie, ale losy tych ludzi są tu tylko tłem dla głównej bohaterki – skrzypiec. Tak to widzę i tego się będę trzymać!

I nic nie stoi na przeszkodzie, abyś napisał stosowny scenariusz albo opowiadanie o orkiestrach obozowych. 

Powodzenia! :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

I ja dziękuję, pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Dzięki, Bruce, za kliczek i łapankę. Poprawki zostały naniesione. Cieszę się, że zauważyłaś (ten mały detal):

dziś nawet – nawiązując choćby do rocznicy Powstania – historycznie.

Przyjemny, poetycki tekst, zasługujący na klik.

Cieszę się, dziękuję.

Reg, melduję, że babole zostały poprawione, opowiadanie zostało oznaczone jako szort, podrasowałem dialogi (te wcześniejsze były sztuczne, nienaturalne i wszyscy mówili tak samo). Opowiadanie wspólnymi siłami zostało ukończone. Raz jeszcze pięknie dziękuję. :)

Maćku, to miłe, co napisałeś, ale to jest Twoje opowiadanie i powstało wyłącznie przy wykorzystaniu Twoich sił i Twojego talentu. Ale cieszę się, że moje uwagi uznałeś za warte uwagi. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka