
Dochodziło południe, gdy na główny plac Miodowej Woli zajechał zaprzężony w dwa siwki kryty wóz, na którym wymalowano kolorowy napis: „Egzotyczne towary Markusa”. Uwagę siedzącego na koźle korpulentnego jegomościa o poczciwej, czerwonej twarzy natychmiast przykuło odbywające się tam osobliwe zgromadzenie. Mieszkańcy wioski, mężczyźni, kobiety i dzieci, tłoczyli się wokół zawieszonej na łańcuchu klatki, lżąc i obrzucając zgniłymi owocami zamkniętą w niej niedużą postać.
– Hej, gospodarzu! – zawołał kupiec do najbliżej stojącego wieśniaka. – Powiedzcie mi, z łaski swojej, co tu się właściwie dzieje? Kto siedzi w tej klatce?
– Potwór, panie: półczłowiek, półsmok! – odkrzyknął mężczyzna. – Karę odbywa, bo owcę rozszarpał. Chcecie go obejrzeć, to chodźcie!
Markusowi nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Zeskoczył na ziemię i manewrując zręcznie w rozemocjonowanym tłumie, zbliżył się do klatki. Na widok tego, co w niej zobaczył, jego usta otworzyły się ze zdumienia.
Za kratami siedział z kolanami podciągniętymi pod brodę bosonogi, odziany w łachman, mniej więcej dziesięcioletni chłopiec. Jasne włosy, posklejane w strąki, ocieniały brudną, wymizerowaną twarzyczkę, na której malował się wyraz lęku i zagubienia. Gdyby nie upstrzone, niczym piegami, drobnymi, miedzianymi łuseczkami policzki, wyrastające z czoła esowato wygięte różki, małe, błoniaste skrzydełka na plecach i zamiatający dno klatki jaszczurczy ogon, łatwo można byłoby wziąć to stworzenie za zwykłe, ludzkie dziecko, nie wiedzieć czemu potraktowane tak okrutnie.
Kupiec słyszał historie o smokach przybierających ludzką postać, by wiązać się z ludźmi, czego owocem były takie właśnie hybrydy, nigdy jednak nie przypuszczał, że kiedykolwiek ujrzy jedną z nich na własne oczy.
Spostrzegłszy przyglądającego mu się handlarza, chłopiec posłał mu błagalne, załzawione spojrzenie, pod wpływem którego Markus poczuł w sercu nieprzyjemne ukłucie. Odwróciwszy się w stronę tłuszczy, lekko schrypniętym głosem zażądał:
– Powiedzcie mi coś więcej o tej… istocie.
– Będzie z siedem lat, panie, jak to diablę pojawiło się nie wiadomo skąd w naszej wiosce – odezwał się barczysty, łysy mężczyzna w poplamionym fartuchu. – Gołe było całkiem i ledwie mówiło. Byli tacy, co od razu chcieli nadziać je na widły albo utopić w rzece, mówiąc, że to szatański pomiot i zły omen, ale moja ślubna uparła się, żebyśmy je przygarnęli.
„Weźmy go do nas, Walek – powiedziała. – Spać może w komórce, a podrośnie, będzie w karczmie pomagał”.
No tośmy potworka wzięli i faktycznie okazał się pomocny, aż miło. Izbę zamiatał, wodę ze studni czerpał, piwo podawał, stoły po gościach wycierał. Aż tu nagle przy niedzieli wpada do karczmy Garbaty Janko i krzyczy, że mu owca zginęła, i że to na pewno nasz półsmok winien. Szukamy diabła, ale jakby się pod ziemię zapadł, a jak go w końcu znaleźliśmy śpiącego w krzakach pod lasem, mordę umazaną miał krwią…
– To był sok z poziomek! – zaprotestował piskliwie chłopiec. – Naprawdę jadłem tylko poziomki!
Obok głowy Markusa śmignęło zgniłe jabłko, trafiając w pręty klatki, która zakołysała się lekko od uderzenia. Uwięzione stworzenie zaszlochało rozdzierająco.
– Czy wiadomo ponad wszelką wątpliwość, że owca została zabita? – spytał kupiec. – A jeśli tak, to czy nie mogły tego równie dobrze dokonać wilki?
– Po prawdzie to wiemy tylko tyle, że zniknęła bez śladu – odpowiedział niepewnie ktoś z tłumu, drapiąc się po brodzie.
– Na pewno została zabita, bo co by się innego mogło z nią stać?! – huknął wieśniak o krzywych plecach, w którym handlarz domyślił się Garbatego Janka. – I to on, ten szatański pomiot, zrobił! Smokiem jest, a smoka zawsze do owiec ciągnie! – dodał, oskarżycielskim gestem celując w stronę chłopca.
Zawtórowało mu kilkanaście gniewnych głosów. Niektórzy ze zgromadzonych zaczęli głośno domagać się zgładzenia mieszańca.
– Tylko patrzeć, jak zacznie ziać ogniem i wieś nam puści z dymem! – zawołała jedna z kobiet.
– I złoto kraść, żeby zrobić sobie z niego legowisko! – dorzuciła inna.
– Ja nie zieję ogniem i nie kradnę pieniędzy! – zawył rozpaczliwie mały półsmok, chwytając oburącz za kraty. – Proszę, wypuśćcie mnie!
– A co wy tacy zainteresowani naszym potworkiem, przybyszu? Chcecie go od nas odkupić? – spytał chytrze wyglądający, dostatniej niż inni ubrany mężczyzna o imponujących siwych wąsach. – Sołtys Dobek, do usług…
– Może. – Markus przełknął z wysiłkiem ślinę. – Ile za niego żądacie, panie sołtysie?
– Dajcie symboliczne dziesięć srebrników i jest wasz – odparł Dobek.
Kupiec sięgnął do sakiewki, odliczył dziesięć srebrnych monet i bez słowa wręczył je naczelnikowi wioski. Ten skwapliwie schował zapłatę do kieszeni, z której po chwili wyciągnął niewielki kluczyk. Chłopiec instynktownie cofnął się w głąb klatki, gdy Dobek podszedł do niej i przekręcił klucz w zamku.
– No już, wyłaź i idź do swojego nowego pana! – rozkazał sołtys półsmokowi, otwierając szeroko drzwiczki jego więzienia.
Chłopiec natychmiast zeskoczył na ziemię, jakby bał się, że jego ciemiężyciele nagle zmienią zdanie, po czym, ku zdziwieniu Markusa, z całej siły złapał go za rękę. Dłoń stworzenia była wątła, szorstka od ciężkiej pracy i tak gorąca, że wydawała się wręcz parzyć.
– Chodźmy – rzekł cicho kupiec. Tłum rozstępował się przed nimi, gdy w milczeniu, nie patrząc na siebie, szli w kierunku wozu.
– Spróbujcie go sprzedać do obwoźnego cyrku, a dobrze na nim zarobicie! – zawołał sołtys Dobek, patrząc, jak Markus pomaga małemu półsmokowi wejść na kozioł.
– Wynosimy się stąd. Wodę możemy uzupełnić gdzie indziej – mruknął handlarz ni to do siebie, ni to do chłopca, zanim pociągnął za lejce. Konie ruszyły i wóz potoczył się żwawo po piaszczystym gruncie, wzniecając tumany kurzu.
Zjeżdżając z placu, omal nie stratowali młodego wieśniaka, który pędząc w stronę odprowadzającej ich wzrokiem ciżby, wołał radośnie na całe gardło:
– Hej, Janko! Nie uwierzycie: wasza owca się znalazła! Wpadła do rowu i wyleźć nie mogła…
Wkrótce Miodowa Wola pozostała daleko w tyle.
– Co zamierzacie ze mną zrobić, panie? Czy naprawdę sprzedacie mnie do cyrku? – spytał nieśmiało półsmok, gdy ostatnie zabudowania wioski zniknęły za pasmem lesistych pagórków.
– Oczywiście, że nie – odparł łagodnie kupiec i wyciągnął rękę, by pogłaskać chłopca po włosach, na co ten drgnął i skulił się w sobie, jakby spodziewał się, że dotyk dorosłego przyniesie mu ból. – Powiedz, jak ci na imię?
– Ja… nie mam imienia, panie. Karczmarz i ludzie w wiosce zawsze nazywali mnie diabłem albo szatańskim pomiotem.
– Nie może być! – wykrzyknął handlarz. – Każda myśląca istota zasługuje na to, by mieć jakieś imię. Ja, na przykład, nazywam się Markus.
– Miło mi was poznać, panie Markusie – odpowiedział grzecznie półsmok.
– Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu, żebym wymyślił ci imię. Hm, niech się zastanowię… – Kupiec oparł podbródek na dłoni. – Jesteś w połowie smokiem, więc od dziś będę cię nazywał Smoczusiem. Co ty na to?
– Och, brzmi ślicznie! – Smoczuś klasnął w rączki z zachwytu.
– Teraz, kiedy kwestię imienia mamy już za sobą, chciałbym ci złożyć propozycję nie do odrzucenia: zostań moim małym pomocnikiem. Będziemy razem jeździć po świecie, odwiedzać różne dziwne kraje i obracać egzotycznymi towarami. Czy umiesz czytać, pisać i rachować?
– Czytać ani pisać nie umiem, panie Markusie, a rachuję tylko na palcach. – Chłopiec posmutniał i spuścił wzrok.
– Nie szkodzi, wszystkiego cię nauczę. Ale najpierw… – Handlarz pociągnął nosem i skrzywił się. – Najpierw musisz się wykąpać, bo w tym stanie sprawdzisz się co najwyżej jako magnes na muchy.
Mały półsmok uśmiechnął się przepraszająco.
– Spójrz, ale mamy szczęście… Prr! – Na widok niedużego jeziorka o przejrzystej wodzie Markus wstrzymał konie.
Zeskoczyli z wozu. Uradowany Smoczuś ochoczo ściągnął z siebie cuchnącą, połataną tunikę bliżej nieokreślonej barwy i z głośnym pluskiem rzucił się do wody. Pływał doskonale, wykorzystując gadzi ogon w charakterze steru.
Spostrzegłszy liczne blizny i siniaki znaczące chude ciało chłopca, handlarz pokręcił z niedowierzaniem głową.
„Dobrzy bogowie, ile to dziecko musiało wycierpieć!” – pomyślał.
Podczas gdy jego podopieczny raz po raz zanurzał się w toni jeziora, zmywając z siebie pot i brud, Markus wszedł do wnętrza wozu i zajął się przeglądaniem zawartości skrzyń z towarami. Z jednej z nich wydobył białą koszulę z delikatnego wschodniego jedwabiu, płócienne spodenki oraz parę trzewiczków w sam raz na kogoś w wieku Smoczusia. W koszuli i spodenkach wyciął nożycami otwory na smocze skrzydła i ogon, po czym wszystko to wręczył oniemiałemu ze wzruszenia chłopcu, gdy ten już wytarł się porządnie ręcznikiem.
Założywszy nowe ubranie, Smoczuś przejrzał się w jeziorze i aż zatrzepotał z radości skrzydełkami na widok rezultatów swojej transformacji. Szczególnie ucieszyły go trzewiki, jak się bowiem okazało, nie znał dotąd komfortu chodzenia w obuwiu.
– Dziękuję wam, panie Markusie, tak bardzo wam dziękuję! – szczebiotał, całując swego dobroczyńcę po rękach i wprawiając go tym w niemałe zakłopotanie.
Kiedy stanęli na nocny odpoczynek na otoczonej sosnowym borem polance i kupiec wziął się do przygotowywania wieczerzy, półsmok starał się odciążyć go, jak mógł, zbierając chrust na ognisko i nosząc wodę z pobliskiego strumienia.
– Czy karczmarz często cię bił? – odważył się spytać Markus, mieszając w kociołku ciepłą strawę, której odtąd miał przyrządzać więcej niż zwykle.
– O, tak! Wszyscy w Miodowej Woli mnie bili. Kijem, paskiem, pięściami. Zawsze wtedy, gdy coś przeskrobałem, ale zazwyczaj bez żadnego powodu – odpowiedział Smoczuś. – Czy wy też będziecie mnie bić, panie Markusie? – zaniepokoił się chłopiec.
– Bogowie brońcie! – Handlarz wzdrygnął się z oburzenia.
– Uf, to dobrze. Pan Walek za karę przyprowadzał mnie też do cieśli, żeby spiłował mi różki. To nie bolało, ale byłem potem bardzo smutny. Dał sobie spokój, gdy przekonał się, że za każdym razem odrastają. Od czasu do czasu, zwłaszcza kiedy wychylił kufel, odgrażał się, że wyrwie mi skrzydełka i utnie ogon i zrobi ze mnie normalnego człowieka…
– Łajdak! – mruknął kupiec. – Wiesz, co myślę? Że jesteś doskonały i piękny taki, jaki jesteś – dodał.
– Naprawdę tak uważacie, panie Markusie? – Półsmok uśmiechnął się promiennie, sprawiając, że drobne łuski na jego policzkach zalśniły w blasku ognia.
Handlarz skinął z przekonaniem.
– Dobrze by ci tylko zrobiło, gdybyś nabrał nieco ciałka. Proszę, posil się. Musisz umierać z głodu – rzekł, wręczając dziecku miskę potrawki i kawałek podpłomyka.
Smoczuś z zapałem zabrał się do jedzenia.
– Mmm, to jest pyszne! – wymamrotał z pełnymi ustami. – I jaka duża porcja! W karczmie dostawałem wyłącznie resztki po gościach, a tego nigdy nie było dużo.
– To dlatego wykradłeś się do lasu na poziomki. – Markus pokiwał ze zrozumieniem głową.
Po wieczerzy kupiec przygotował dla obydwu wygodne posłania ze skór. Ległszy na swoim, Smoczuś ułożył się na boku, zwinął w kłębek i nakrył pledem. Dłuższą chwilę leżał z otwartymi oczyma, wpatrzony w swego wybawiciela, nim spytał niepewnie:
– Panie Markusie, czy znacie jakieś bajki?
– Pewnie, że znam! – odparł handlarz, który także jeszcze nie spał. – Dużo podróżowałem i poznałem bajki i baśnie z całego świata. A co, chciałbyś jakąś usłyszeć na dobranoc?
– O tak, bardzo! – potwierdził chłopiec. – Żona karczmarza opowiadała swoim dzieciom piękne bajki. Często zakradałem się na górę i słuchałem ich przez szparę w drzwiach sypialni. Aż pewnego razu pan Walek przyłapał mnie na tym i zbił tak mocno, że przez tydzień bolały mnie wszystkie kości…
Markus zgrzytnął w gniewie zębami. A potem zaczął snuć zasłyszaną niegdyś daleko na Wschodzie opowieść pełną przygód, miłości i magii. Smoczuś słuchał jej z wypiekami na twarzy, a kiedy dobiegła końca, prędko zmorzył go sen.
Upłynęło kilka tygodni, podczas których Markus i jego podopieczny bardzo się zaprzyjaźnili. Kupiec przekonał się, że ma do czynienia z niezwykle bystrym i pojętnym dzieckiem, które zadziwiająco szybko przyswajało sobie wiedzę o wymianie handlowej, egzotycznych krajach i pochodzących z nich towarach. Chłopiec coraz sprawniej posługiwał się też liczydłem i wszystko wskazywało na to, że w niedługim czasie będzie umiał swobodnie wykonywać rachunki w pamięci.
Smoczuś z zainteresowaniem obserwował, jak Markus sprzedaje po zamkach i miasteczkach swoje artykuły – luksusowe tkaniny, pachnidła, barwniki, zamorskie przyprawy, perły, bogato zdobione lusterka, szkatułki z hebanu i kości słoniowej – przyjmując niekiedy w zamian futra, bursztynową biżuterię i wysokiej klasy wyroby rzemieślnicze. Mały półsmok nie ograniczył się zresztą do podpatrywania. Wielce przejęty swoją rolą pomocnika, wyszukiwał w skrzyniach i podawał to, o co go handlarz poprosił, pakował zakupy klientów i dźwięcznym głosikiem zachwalał markusowe towary. Sama jego obecność znakomicie pobudzała ruch w interesach, wielu bowiem podchodziło do wozu tylko po to, by go zobaczyć, a ostatecznie kupowało jakiś drobiazg.
Pewnego wieczoru jechali właśnie przez las, rozprawiając o różnicach pomiędzy brokatem i adamaszkiem, gdy na drogę przed nimi z hukiem upadło drzewo. Markus wiedział, co to oznacza.
„Dwóch, trzech, pięciu, siedmiu…” – liczył po cichu wyłaniające się stopniowo z półmroku, uzbrojone w pałki, topory i kusze postacie.
– Przydrożni zbójcy – wyjaśnił półszeptem Smoczusiowi. – Z większością z nich można się dogadać, więc nie bój się i siedź spokojnie.
Zbóje, których było w sumie dziewięciu, stanęli przed wozem zwartym półkolem.
– Szlachetni panowie! – zaczął handlarz donośnie, zwracając się do barczystego rzezimieszka, który zdawał się być przywódcą bandy. – Proszę, podajcie sumę, jakiej żądacie za umożliwienie nam swobodnego przejazdu. Może interesują was egzotyczne przyprawy? Mam czarny pieprz, szafran, imbir, goździki…
– Zamilcz – przerwał mu schrypniętym głosem herszt. – Świeca, Kikut, bierzcie ich! Grubasowi poderżnijcie gardło, ale tego cudaka macie wziąć żywcem!
Zanim kupiec zdążył zaprotestować, młody osobnik o płomieniście rudych włosach, dzierżący w dłoni wielki nóż, pochwycił go za rękaw, próbując ściągnąć go z wozu. Równocześnie starszy zbój, z drewnianym kołkiem zamiast nogi, złapał za przegub półsmoka.
– Zostawcie nas! Zostawcie! – zapiszczał Smoczuś, bezskutecznie usiłując wyrwać się Kikutowi.
Wtem całą scenę rozświetlił jaskrawy blask ognia – to z ust chłopca buchnął płomień, podpalając ubranie na rozbójniku, który wrzasnął w panice i rzucił się na ziemię. Chwilę potem Świeca stał się prawdziwą świecą, gdyż kolejny ognisty oddech półsmoka podpalił jego ryże kudły.
W szeregach zbójców zapanował popłoch i niebawem wszyscy uciekali jak niepyszni w głąb lasu, potykając się w ciemnościach o korzenie i własne nogi.
Markus popatrzył na Smoczusia rozszerzonymi z wrażenia oczyma.
– A mówiłeś, że nie umiesz ziać ogniem – wydusił w końcu.
– Bo… Bo ja wcale nie wiedziałem, że to potrafię – odparł chłopiec, drapiąc się z zakłopotaniem po głowie. – Kiedy ci zbóje nas złapali, a zwłaszcza gdy powiedzieli, że zrobią wam krzywdę, ogarnął mnie straszny gniew, zagotowało się we mnie i… i…
– …i twoje smocze dziedzictwo przemówiło – skwitował kupiec, wciąż nie mogąc ochłonąć po tym, co się stało.
– Czy to źle, panie Markusie? – zmartwił się półsmok. – Proszę, zrobię wszystko, tylko nie pozbywajcie się mnie!
– Pozbyć się? Ciebie? – Handlarz zamrugał zdziwiony. – Miałbym dobrowolnie zrezygnować z tak świetnie zapowiadającego się pomocnika, który w dodatku w pojedynkę mógłby zastąpić mi zbrojną eskortę? Musiałbym być niespełna rozumu! Poza tym… – głos Markusa zniżył się niemal do szeptu – …pokochałem cię, Smoczusiu. Pokochałem cię jak własnego syna i na samą myśl o rozstaniu z tobą czuję wielki ból.
– Ja też was kocham, panie Markusie! – załkał wzruszony chłopiec, przywierając gwałtownie do swego opiekuna i dobroczyńcy. Ten pogłaskał go czule po jasnej czuprynie.
– Ale obiecaj – powiedział kupiec – że nie będziesz podkradał mi złota, żeby zrobić sobie z niego legowisko.
Smoczuś roześmiał się przez łzy.