Takushi nigdy nie był dobrym uczniem. Dostawał przeciętne oceny, a z matematyki przeważnie ledwie zdawał, dlatego nauczycielka okazała niezwykłe zdziwienie wynikami ostatniego sprawdzianu.
– Piątka z plusem – powiedziała do mnie. – Nigdy wcześniej to ci się nie udało.
Nie dodała, że podejrzewa oszustwo, ale wyczytałem to w jej wzroku. Potem się oddaliła, zostawiając mnie z poczuciem zaskoczenia. To nie ja pisałem ten sprawdzian, ale Takushi. Jakim cudem udało mu się w końcu przełamać swoją niechęć do matematyki? A może faktycznie ktoś mu pomagał?
Spojrzałem w stronę klasowego kujona i dostrzegłem na jego twarzy uśmieszek. Co było takiego zabawnego w dzisiejszej lekcji? Dostawał same szóstki, więc dzisiejsza piątka mogła stanowić dla niego coś w rodzaju upokorzenia. A może jednak podpowiadał Takushiemu i nie skupił się wystarczająco na swoim arkuszu. Nie, matematyka to zbyt skomplikowana rzecz, żeby udało się ściągnąć cały sprawdzian. Takushi zaczął się zmieniać i lepiej uczyć, ale z jakiegoś powodu nagle przestał przychodzić na zajęcia. Próbowałem się czegoś dowiedzieć od dyrekcji, lecz uparcie milczeli.
Po powrocie do domu odkryłem, że ktoś przyczepił mi do pleców karteczkę z napisem „Takushi lubi sushi”. Największy problem w zastępowaniu go stanowił fakt, iż od teraz musiałem znosić to samo, co on, a więc docinki ze strony kolegów.
Takushi był wyrzutkiem. Nikt go nie lubił. Często stawał się klasowym pośmiewiskiem, głównie przez swoje problemy z utrzymywaniem moczu. Nieraz zsikał się podczas lekcji. Na szczęście nie musiałem powtarzać schematów jego zachowań, gdyż byłoby to nieludzkie i bezsensowne. Wystarczyło tylko przychodzić na zajęcia, pisać sprawdziany i odpowiadać na zaczepki nauczycieli. Tylko tyle, ale za darmo bym tego nie robił.
Nie spodobała mi się informacja, którą dostałem następnego dnia od dyrekcji. Polecono mi odwiedzić Takushiego w jego domu na przedmieściach. Oczywiście po lekcjach. Podjechałem tam rozklekotanym autobusem.
Takushi leżał w łóżku i nie chciał ze mną rozmawiać. Wpatrywał się w sufit. Nie wyglądał za dobrze. Obawiałem się, że nieprędko powróci do zdrowia. Wolałbym zastępować kogoś innego. Dopiero jego matka powiedziała mi prawdę, która mnie zszokowała.
– Kilka dni temu obudził się bez ręki. Odpadła mu w trakcie snu. Nie może uczęszczać na lekcje w takim stanie. Wygląda na to, że będziesz go musiał zastępować przez bardzo długi czas.
– Dlaczego tak się stało?
– Tak się stało – odparła tylko.
Nie zamierzała nic więcej tłumaczyć. Usiadła na łóżku obok syna i zaczęła gładzić go po policzku. Nie widziałem jego rąk, skrytych pod kołdrą, więc nie potrafiłem ocenić, czy nie kłamała.
Nie uśmiechało mi się spędzanie całego dnia w szkole. Miałem dużo innych rzeczy do roboty, ale nie mogłem odmówić. Trzeba było zacisnąć zęby i liczyć na to, że Takushiemu się poprawi. Kolejny telefon od dyrekcji rozwiał jednak moje nadzieje. Okazało się, że chłopakowi odpadła druga ręka i sytuacja prezentowała się coraz bardziej beznadziejnie. Plotki oczywiście szybko rozeszły się wśród uczniów. Wszyscy byli zgodni, co do tego, że to wina nałogowej masturbacji, której dopuszczał się ich kolega. Teraz już zdecydowanie nie mógł pisać sprawdzianów.
Na pewno wydobrzeje, powtarzałem sobie w myślach.
Nic z tego. Kolejny telefon od dyrekcji przypieczętował mój los. Takushi umarł w nocy. Popełnił harakiri, przebijając się mieczem samurajskim. Użył do tego celu stóp. Z uwagi na to, że nie ukończył jeszcze osiemnastego roku życia, musiałem zastępować go także po lekcjach. Nie wróciłem do siebie, tylko podjechałem rozklekotanym autobusem pod jego dom. Przed wejściem czekała na mnie jego matka.
– Takushi! – wykrzyknęła i padła mi w objęcia. – Nareszcie jesteś. Tak się stęskniłam.
Musiałem udawać, że jestem jej synem. Uśmiechnąłem się i ucałowałem ją w policzek. Potem zjadłem sushi, które już na mnie czekało na talerzu i poszedłem do swojego pokoju. To znaczy do pokoju, w którym umarł Takushi. Początkowo czułem głęboką odrazę do tego miejsca, ale z czasem oczywiście trzeba było się przyzwyczaić. Zażądałem podwyżki. Dostałem ją bez żadnego sprzeciwu. Widocznie nikt inny nie chciał się tym zajmować. Pod materacem odkryłem kolekcję pisemek pornograficznych z postaciami z anime, co mogło potwierdzać tezę o niekontrolowanym onanizmie, choć raczej u nastolatków stanowiło normę. Za każym razem po powrocie dostawałem sushi.
Najgorsze jednak były wieczory. Początkowo matka Takushiego przychodziła do mnie i płakała.
– Gdzie jest mój synek? – pytała.
– Tutaj – odpowiadałem.
Potem zaczęła wkładać mi rękę do spodni. Za pierwszym razem chciałem jej się wyrwać, ale zrozumiałem, że to widocznie ich normalne zabawy i nie powinienem przeszkadzać w tym codziennym rytuale. Na koniec kładła się obok mnie na łóżku i zasypiała. Nie była brzydka, ani stara, ale w ogóle mnie nie pociągała. Traktowałem te zbliżenia wyłącznie jak pracę.
Z czasem dowiedziałem się, że sushi to slangowe określenie na kazirodztwo. Wszyscy dobrze wiedzieli o dziwacznych zwyczajach matki Takushiego. Podobno ktoś przyłapał ich kiedyś w parku, gdy siedzieli na ławce obok siebie, a ona trzymała mu rękę w spodniach. Stąd zaczęły się doczepki kolegów i traktowanie chłopaka jak wyrzutka. Wyglądało na to, że musiałbym to znosić, aż do momentu, gdy skończę szkołę, ale wydarzył się incydent, który zmienił wszystko.
– Lubisz sushi? – zapytał mnie pewnego dnia jeden z prześladowców.
– Tak sobie – odparłem.
Przez chwilę patrzył na mnie tępym wzrokiem, po czym stwierdził:
– I tak dostaniesz wpierdol.
Potem spuścił mi łomot. Zabroniono mi używania przemocy na terenie placówki, nawet w przypadku zagrożenia życia i zdrowia, więc potulnie przyjmowałem na klatę wszystkie ciosy padające ze strony osiłka. Od razu zgłosiłem ten incydent dyrekcji. Z uwagi na moje koneksje oraz urzędowe stanowisko, które pełniłem, drań został natychmiastowo wydalony ze szkoły. Od tamtej pory uczniowie zaczęli traktować mnie z szacunkiem. Takushi na pewno by o tym nikogo nie poinformował, narażając się na kolejne drwiny. A nawet jeśli, to i tak pewnie by to nic nie zmieniło.
Jakoś dotrwałem do końca szkoły. Kilka dni później nadszedł dzień, w którym chłopak miał skończyć osiemnasty rok życia. Po raz ostatni pozwoliłem jego matce pobawić się moim przyrodzeniem, po czym opuściłem ich dom na zawsze. Płakała, ale prawo nie pozwalało utrzymywać mi dłużej z nią kontaktu. Teraz musiała radzić sobie sama. Nigdy nie wspominała, co stało się z jej mężem. Podejrzewałem, że odszedł, a ona przerzuciła swoją niespełnioną miłość na syna. Teraz nie miało to już dla mnie żadnego znaczenia. Wykonałem pracę, dostałem zapłatę, mogłem zająć się czymś innym.
Okazało się, że nowe zlecenie dopadło mnie szybciej niż się spodziewałem. Miałem spore doświadczenie, więc przydzielili mi kolejną trudną sprawę. Czteroletni syn oraz mąż pewnej milionerki zginęli kilka miesięcy wcześniej w wypadku samochodowym. Zaoferowała duże wynagrodzenie. Nie mogłem odmówić. Udałem się na kolejne zastępstwo.
Fan! No nareszcie się doczekałem. Długo czekałem. Długo. Zrobiłeś mi dzień. Zabieram się za czytanie Twego dzieła. :))
Witaj. :)
Z technikaliów zatrzymały mnie (wszystko – tylko do przemyślenia):
Wszyscy byli zgodni, co do tego, że to wina nałogowej masturbacji, której dopuszczał się ich kolega. – zbędny pierwszy przecinek?
Wyglądało na to, że musiałbym to znosić, aż do momentu, gdy skończę szkołę, ale wydarzył się incydent, który zmienił wszystko. – a tu drugi?
Chyba rzeczywiście zrezygnuję z dyżurów…
Treści moim zdaniem szokujące i niestosowne, a tagów o tym nie dałeś, sorry…
Pozdro.
Pecunia non olet
Historia przechodzi przez kolejne etapy:
– zastępstwo w szkole,
– przejęcie życia domowego,
– zastępowanie zmarłego syna,
– kazirodcza relacja z matką,
– finał sugerujący istnienie całej branży.
Każdy kolejny krok jest dziwniejszy od poprzedniego, ale narrator przyjmuje go z całkowitym spokojem. To tworzy ciekawy efekt.
Fan, w stopniowaniu absurdu jesteś mistrzem. Każdy, kto Ciebie pozna powinien postawić Ci sushi.
Klimat masz (9/10), pomysł (na zastępowanie ludzi) masz (10/10). No i cieszę się, że jesteś w formie. I że znów piszesz. ;)
No, ale tag trzeba dać. Bruce ma rację.
Dzięki, otagowałem, mam nadzieję, że teraz będzie w porządku ;)
Dawno nic nie pisałem, różnie to bywa ostatnio u mnie z weną, ale mam nadzieję, że w końcu coś ruszy.
To chyba nostalgia, jedna wielka tęsknota za tamtymi czasami, tamtą modą, muzyką, stylem, życiem...
Nic z tego nie rozumiem. Nauczyciele nie wiedzą, że jakiś sobowtór (?) na urzędowym stanowisku (?) zastępuje jednego z uczniów, ale dyrekcja szkoły już tak? Matka niby wie, że jej syn się zabił, ale jednocześnie zachowuje się wobec sobowtóra tak, jakby to on był jej – wciąż żywym – synem? O co chodzi z tym kazirodztwem i odpadaniem rąk? Jaki jest tego wszystkiego sens i przesłanie?
EDIT: Dopiero po dodaniu tagów zorientowałem się, że to jest bizarro, którego normalnie nawet kijem nie tykam. :-/
Rozdzióbią nas kruki, wrony i ptaki ciernistych krzewów.
Ok, dzięki, Fanthomasie, pozdrawiam. :)
Pecunia non olet
Ponieważ nie jestem entuzjastką podobnej twórczości, podsumuję lekturę „Sushi” jednym słowem: Osobliwe.
Nieraz zsikał… → jedna spacja wystarczy.
Za każym razem po powrocie… → Literówka.
Kilka dni później nadszedł dzień, w którym… → Nie brzmi to najlepiej.
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Hmmm. Mam wrażenie, że tekst stanął w połowie drogi między fantastyką a mainstreamem. Instytucja zastępowania nieobecnych kolegów w robocie żyje i ma się nieźle. Więc czemu by nie rozszerzyć tego na szkołę i dom? Sam pomysł ciekawy, zastępowanie interesujące.
Tylko. Zabrakło mi socjootoczki, żeby całość trzymała się kupy. Czy bohater przybiera wygląd zastępowanych ludzi? Bo tutaj zastępuje dziecko, które może jeszcze urosnąć. Czy bohater rośnie razem z chłopakiem? Skąd bierze się potrzeba zastępowania w szkole i w domu? W pracy wiadomo – czasami ktoś tę robotę musi wykonać i koniec, wielka budowa nie będzie czekać, aż chory Franek wyzdrowieje. Ale jaki sens ma zastępowanie ucznia? Wszak wiedzę zdobywał narrator, a nie Takushi. Z matką jeszcze gorzej. A co z życiem narratora, kiedy on zastępuje kogoś innego?
Wydaje mi się, że gdybyś zadbał o takie rzeczy, mielibyśmy ciekawą fantastykę. A tak mamy coś dziwnego. OK, być może o to chodziło, ale IMO zatrzymałeś się za wcześnie.
Babska logika rządzi!
czemu by nie rozszerzyć tego na szkołę i dom? Sam pomysł ciekawy, zastępowanie interesujące.
Tekst stanął w połowie drogi między fantastyką a mainstreamem.
Finkla ma rację. Sam pomysł – rewelacja. Wykonanie – trochę gorsze. Dodam od siebie, że nie takie rzeczy w Twoim wydaniu widziałem, czytałem. Co jak co, ale weny nigdy Ci nie brakowało, umiałeś (umiesz nadal) kreować takie światy, że… – powiem tak ze słowacka – że hej.
Dziń dybry, fanthomasie!
Użył do tego celu stóp.
Zmieniłabym szyk:
→ Do tego celu użył stóp.
A mnie się bardzo podobało.
Uwielbiam to uczucie tajemnicy, które rodzi się w głowie, gdy czytam Twoje teksty. Gdy próbuję rozkminić, o co chodzi, rozłożyć na czynniki pierwsze, a jednocześnie nie chcę rozkładać tego do końca, bo ta intryga i absurd są wręcz hipnotyzujące.
Mam wrażenie, że zawarłeś tu mnóstwo problemów społecznych, moralnych i etycznych, aż trudno to sobie uporządkować w głowie. Tak mało słów, a tak dużo treści. Jestem pod wrażeniem.
Klik do Biblioteki bez wątpienia się należy, nad nominacją się zastanowię.
Pozdrawiam serdecznie!
Upadłeś i od razu się poddajesz? To jakim cudem nauczyłeś się chodzić?
Lubię taki absurd. Było momentami niesmacznie, nawet obrzydliwie, ale w moim guście. Dziwnie i ciekawie :)
Una Bombo, śmiało mogę Ci polecić również “wczesnego Fanthomasa”. Od zawsze pisał trochę… dziwnie, i to była zaleta, nie wada.