- Opowiadanie: fanthomas - Sushi (+18)

Sushi (+18)

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

HollyHell91

Oceny

Sushi (+18)

Ta­ku­shi nigdy nie był do­brym uczniem. Do­sta­wał prze­cięt­ne oceny, a z ma­te­ma­ty­ki prze­waż­nie le­d­wie zda­wał, dla­te­go na­uczy­ciel­ka oka­za­ła nie­zwy­kłe zdzi­wie­nie wy­ni­ka­mi ostat­nie­go spraw­dzia­nu.

– Piąt­ka z plu­sem – po­wie­dzia­ła do mnie. – Nigdy wcze­śniej to ci się nie udało.

Nie do­da­ła, że po­dej­rze­wa oszu­stwo, ale wy­czy­ta­łem to w jej wzro­ku. Potem się od­da­li­ła, zo­sta­wia­jąc mnie z po­czu­ciem za­sko­cze­nia. To nie ja pi­sa­łem ten spraw­dzian, ale Ta­ku­shi. Jakim cudem udało mu się w końcu prze­ła­mać swoją nie­chęć do ma­te­ma­ty­ki? A może fak­tycz­nie ktoś mu po­ma­gał?

Spoj­rza­łem w stro­nę kla­so­we­go ku­jo­na i do­strze­głem na jego twa­rzy uśmie­szek. Co było ta­kie­go za­baw­ne­go w dzi­siej­szej lek­cji? Do­sta­wał same szóst­ki, więc dzi­siej­sza piąt­ka mogła sta­no­wić dla niego coś w ro­dza­ju upo­ko­rze­nia. A może jed­nak pod­po­wia­dał Ta­ku­shie­mu i nie sku­pił się wy­star­cza­ją­co na swoim ar­ku­szu. Nie, ma­te­ma­ty­ka to zbyt skom­pli­ko­wa­na rzecz, żeby udało się ścią­gnąć cały spraw­dzian. Ta­ku­shi za­czął się zmie­niać i le­piej uczyć, ale z ja­kie­goś po­wo­du nagle prze­stał przy­cho­dzić na za­ję­cia. Pró­bo­wa­łem się cze­goś do­wie­dzieć od dy­rek­cji, lecz upar­cie mil­cze­li.

Po po­wro­cie do domu od­kry­łem, że ktoś przy­cze­pił mi do ple­ców kar­tecz­kę z na­pi­sem „Ta­ku­shi lubi sushi”. Naj­więk­szy pro­blem w za­stę­po­wa­niu go sta­no­wił fakt, iż od teraz mu­sia­łem zno­sić to samo, co on, a więc do­cin­ki ze stro­ny ko­le­gów.

Ta­ku­shi był wy­rzut­kiem. Nikt go nie lubił. Czę­sto sta­wał się kla­so­wym po­śmie­wi­skiem, głów­nie przez swoje pro­ble­my z utrzy­my­wa­niem moczu. Nie­raz  zsi­kał się pod­czas lek­cji. Na szczę­ście nie mu­sia­łem po­wta­rzać sche­ma­tów jego za­cho­wań, gdyż by­ło­by to nie­ludz­kie i bez­sen­sow­ne. Wy­star­czy­ło tylko przy­cho­dzić na za­ję­cia, pisać spraw­dzia­ny i od­po­wia­dać na za­czep­ki na­uczy­cie­li. Tylko tyle, ale za darmo bym tego nie robił.

Nie spodo­ba­ła mi się in­for­ma­cja, którą do­sta­łem na­stęp­ne­go dnia od dy­rek­cji. Po­le­co­no mi od­wie­dzić Ta­ku­shie­go w jego domu na przed­mie­ściach. Oczy­wi­ście po lek­cjach. Pod­je­cha­łem tam roz­kle­ko­ta­nym au­to­bu­sem.

Ta­ku­shi leżał w łóżku i nie chciał ze mną roz­ma­wiać. Wpa­try­wał się w sufit. Nie wy­glą­dał za do­brze. Oba­wia­łem się, że nie­pręd­ko po­wró­ci do zdro­wia. Wo­lał­bym za­stę­po­wać kogoś in­ne­go. Do­pie­ro jego matka po­wie­dzia­ła mi praw­dę, która mnie zszo­ko­wa­ła.

– Kilka dni temu obu­dził się bez ręki. Od­pa­dła mu w trak­cie snu. Nie może uczęsz­czać na lek­cje w takim sta­nie. Wy­glą­da na to, że bę­dziesz go mu­siał za­stę­po­wać przez bar­dzo długi czas.

– Dla­cze­go tak się stało?

– Tak się stało – od­par­ła tylko.

Nie za­mie­rza­ła nic wię­cej tłu­ma­czyć. Usia­dła na łóżku obok syna i za­czę­ła gła­dzić go po po­licz­ku. Nie wi­dzia­łem jego rąk, skry­tych pod koł­drą, więc nie po­tra­fi­łem oce­nić, czy nie kła­ma­ła.

Nie uśmie­cha­ło mi się spę­dza­nie ca­łe­go dnia w szko­le. Mia­łem dużo in­nych rze­czy do ro­bo­ty, ale nie mo­głem od­mó­wić. Trze­ba było za­ci­snąć zęby i li­czyć na to, że Ta­ku­shie­mu się po­pra­wi. Ko­lej­ny te­le­fon od dy­rek­cji roz­wiał jed­nak moje na­dzie­je. Oka­za­ło się, że chło­pa­ko­wi od­pa­dła druga ręka i sy­tu­acja pre­zen­to­wa­ła się coraz bar­dziej bez­na­dziej­nie. Plot­ki oczy­wi­ście szyb­ko ro­ze­szły się wśród uczniów. Wszy­scy byli zgod­ni, co do tego, że to wina na­ło­go­wej ma­stur­ba­cji, któ­rej do­pusz­czał się ich ko­le­ga. Teraz już zde­cy­do­wa­nie nie mógł pisać spraw­dzia­nów.

Na pewno wy­do­brze­je, po­wta­rza­łem sobie w my­ślach.

Nic z tego. Ko­lej­ny te­le­fon od dy­rek­cji przy­pie­czę­to­wał mój los. Ta­ku­shi umarł w nocy. Po­peł­nił ha­ra­ki­ri, prze­bi­ja­jąc się mie­czem sa­mu­raj­skim. Użył do tego celu stóp. Z uwagi na to, że nie ukoń­czył jesz­cze osiem­na­ste­go roku życia, mu­sia­łem za­stę­po­wać go także po lek­cjach. Nie wró­ci­łem do sie­bie, tylko pod­je­cha­łem roz­kle­ko­ta­nym au­to­bu­sem pod jego dom. Przed wej­ściem cze­ka­ła na mnie jego matka.

– Ta­ku­shi! – wy­krzyk­nę­ła i padła mi w ob­ję­cia. – Na­resz­cie je­steś. Tak się stę­sk­ni­łam.

Mu­sia­łem uda­wać, że je­stem jej synem. Uśmiech­ną­łem się i uca­ło­wa­łem ją w po­li­czek. Potem zja­dłem sushi, które już na mnie cze­ka­ło na ta­le­rzu i po­sze­dłem do swo­je­go po­ko­ju. To zna­czy do po­ko­ju, w któ­rym umarł Ta­ku­shi.  Po­cząt­ko­wo czu­łem głę­bo­ką od­ra­zę do tego miej­sca, ale z cza­sem oczy­wi­ście trze­ba było się przy­zwy­cza­ić. Za­żą­da­łem pod­wyż­ki. Do­sta­łem ją bez żad­ne­go sprze­ci­wu. Wi­docz­nie nikt inny nie chciał się tym zaj­mo­wać. Pod ma­te­ra­cem od­kry­łem ko­lek­cję pi­se­mek por­no­gra­ficz­nych z po­sta­cia­mi z anime, co mogło po­twier­dzać tezę o nie­kon­tro­lo­wa­nym ona­ni­zmie, choć ra­czej u na­sto­lat­ków sta­no­wi­ło normę. Za każym razem po po­wro­cie do­sta­wa­łem sushi.

Naj­gor­sze jed­nak były wie­czo­ry. Po­cząt­ko­wo matka Ta­ku­shie­go przy­cho­dzi­ła do mnie i pła­ka­ła.

– Gdzie jest mój synek? – py­ta­ła.

– Tutaj – od­po­wia­da­łem.

Potem za­czę­ła wkła­dać mi rękę do spodni. Za pierw­szym razem chcia­łem jej się wy­rwać, ale zro­zu­mia­łem, że to wi­docz­nie ich nor­mal­ne za­ba­wy i nie po­wi­nie­nem prze­szka­dzać w tym co­dzien­nym ry­tu­ale. Na ko­niec kła­dła się obok mnie na łóżku i za­sy­pia­ła. Nie była brzyd­ka, ani stara, ale w ogóle mnie nie po­cią­ga­ła. Trak­to­wa­łem te zbli­że­nia wy­łącz­nie jak pracę.

Z cza­sem do­wie­dzia­łem się, że sushi to slan­go­we okre­śle­nie na ka­zi­rodz­two. Wszy­scy do­brze wie­dzie­li o dzi­wacz­nych zwy­cza­jach matki Ta­ku­shie­go. Po­dob­no ktoś przy­ła­pał ich kie­dyś w parku, gdy sie­dzie­li na ławce obok sie­bie, a ona trzy­ma­ła mu rękę w spodniach. Stąd za­czę­ły się do­czep­ki ko­le­gów i trak­to­wa­nie chło­pa­ka jak wy­rzut­ka. Wy­glą­da­ło na to, że mu­siał­bym to zno­sić, aż do mo­men­tu, gdy skoń­czę szko­łę, ale wy­da­rzył się in­cy­dent, który zmie­nił wszyst­ko.

– Lu­bisz sushi? – za­py­tał mnie pew­ne­go dnia jeden z prze­śla­dow­ców.

– Tak sobie – od­par­łem.

Przez chwi­lę pa­trzył na mnie tępym wzro­kiem, po czym stwier­dził:

– I tak do­sta­niesz wpier­dol.

Potem spu­ścił mi łomot. Za­bro­nio­no mi uży­wa­nia prze­mo­cy na te­re­nie pla­ców­ki, nawet w przy­pad­ku za­gro­że­nia życia i zdro­wia, więc po­tul­nie przyj­mo­wa­łem na klatę wszyst­kie ciosy pa­da­ją­ce ze stro­ny osił­ka. Od razu zgło­si­łem ten in­cy­dent dy­rek­cji. Z uwagi na moje ko­nek­sje oraz urzę­do­we sta­no­wi­sko, które peł­ni­łem, drań zo­stał na­tych­mia­sto­wo wy­da­lo­ny ze szko­ły. Od tam­tej pory ucznio­wie za­czę­li trak­to­wać mnie z sza­cun­kiem. Ta­ku­shi na pewno by o tym ni­ko­go nie po­in­for­mo­wał, na­ra­ża­jąc się na ko­lej­ne drwi­ny. A nawet jeśli, to i tak pew­nie by to nic nie zmie­ni­ło.

Jakoś do­trwa­łem do końca szko­ły. Kilka dni póź­niej nad­szedł dzień, w któ­rym chło­pak miał skoń­czyć osiem­na­sty rok życia. Po raz ostat­ni po­zwo­li­łem jego matce po­ba­wić się moim przy­ro­dze­niem, po czym opu­ści­łem ich dom na za­wsze. Pła­ka­ła, ale prawo nie po­zwa­la­ło utrzy­my­wać mi dłu­żej z nią kon­tak­tu. Teraz mu­sia­ła ra­dzić sobie sama. Nigdy nie wspo­mi­na­ła, co stało się z jej mężem. Po­dej­rze­wa­łem, że od­szedł, a ona prze­rzu­ci­ła swoją nie­speł­nio­ną mi­łość na syna. Teraz nie miało to już dla mnie żad­ne­go zna­cze­nia. Wy­ko­na­łem pracę, do­sta­łem za­pła­tę, mo­głem zająć się czymś innym.

Oka­za­ło się, że nowe zle­ce­nie do­pa­dło mnie szyb­ciej niż się spo­dzie­wa­łem. Mia­łem spore do­świad­cze­nie, więc przy­dzie­li­li mi ko­lej­ną trud­ną spra­wę. Czte­ro­let­ni syn oraz mąż pew­nej mi­lio­ner­ki zgi­nę­li kilka mie­się­cy wcze­śniej w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym. Za­ofe­ro­wa­ła duże wy­na­gro­dze­nie. Nie mo­głem od­mó­wić. Uda­łem się na ko­lej­ne za­stęp­stwo.

 

Koniec

Komentarze

Fan! No nareszcie się doczekałem. Długo czekałem. Długo. Zrobiłeś mi dzień. Zabieram się za czytanie Twego dzieła. :))

Witaj. :)

 

Z technikaliów zatrzymały mnie (wszystko – tylko do przemyślenia):

Wszyscy byli zgodni, co do tego, że to wina nałogowej masturbacji, której dopuszczał się ich kolega. – zbędny pierwszy przecinek?

Wyglądało na to, że musiałbym to znosić, aż do momentu, gdy skończę szkołę, ale wydarzył się incydent, który zmienił wszystko. – a tu drugi?

 

Chyba rzeczywiście zrezygnuję z dyżurów…

Treści moim zdaniem szokujące i niestosowne, a tagów o tym nie dałeś, sorry…angry

Pozdro.

Pecunia non olet

Historia przechodzi przez kolejne etapy:

– zastępstwo w szkole,

– przejęcie życia domowego,

– zastępowanie zmarłego syna,

– kazirodcza relacja z matką,

– finał sugerujący istnienie całej branży.

Każdy kolejny krok jest dziwniejszy od poprzedniego, ale narrator przyjmuje go z całkowitym spokojem. To tworzy ciekawy efekt.

Fan, w stopniowaniu absurdu jesteś mistrzem. Każdy, kto Ciebie pozna powinien postawić Ci sushi. 

Klimat masz (9/10), pomysł (na zastępowanie ludzi) masz (10/10). No i cieszę się, że jesteś w formie. I że znów piszesz. ;)

No, ale tag trzeba dać. Bruce ma rację. 

Dzięki, otagowałem, mam nadzieję, że teraz będzie w porządku ;)

Dawno nic nie pisałem, różnie to bywa ostatnio u mnie z weną, ale mam nadzieję, że w końcu coś ruszy.

To chyba nostalgia, jedna wielka tęsknota za tamtymi czasami, tamtą modą, muzyką, stylem, życiem...

Nic z tego nie rozumiem. Nauczyciele nie wiedzą, że jakiś sobowtór (?) na urzędowym stanowisku (?) zastępuje jednego z uczniów, ale dyrekcja szkoły już tak? Matka niby wie, że jej syn się zabił, ale jednocześnie zachowuje się wobec sobowtóra tak, jakby to on był jej – wciąż żywym – synem? O co chodzi z tym kazirodztwem i odpadaniem rąk? Jaki jest tego wszystkiego sens i przesłanie?

 

EDIT: Dopiero po dodaniu tagów zorientowałem się, że to jest bizarro, którego normalnie nawet kijem nie tykam. :-/

Rozdzióbią nas kruki, wrony i ptaki ciernistych krzewów.

Ok, dzięki, Fanthomasie, pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Ponieważ nie jestem entuzjastką podobnej twórczości, podsumuję lekturę „Sushi” jednym słowem: Osobliwe.

 

Nie­raz  zsi­kał… → jedna spacja wystarczy.

 

Za każym razem po po­wro­cie… → Literówka.

 

Kilka dni póź­niej nad­szedł dzień, w któ­rym… → Nie brzmi to najlepiej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hmmm. Mam wrażenie, że tekst stanął w połowie drogi między fantastyką a mainstreamem. Instytucja zastępowania nieobecnych kolegów w robocie żyje i ma się nieźle. Więc czemu by nie rozszerzyć tego na szkołę i dom? Sam pomysł ciekawy, zastępowanie interesujące. 

Tylko. Zabrakło mi socjootoczki, żeby całość trzymała się kupy. Czy bohater przybiera wygląd zastępowanych ludzi? Bo tutaj zastępuje dziecko, które może jeszcze urosnąć. Czy bohater rośnie razem z chłopakiem? Skąd bierze się potrzeba zastępowania w szkole i w domu? W pracy wiadomo – czasami ktoś tę robotę musi wykonać i koniec, wielka budowa nie będzie czekać, aż chory Franek wyzdrowieje. Ale jaki sens ma zastępowanie ucznia? Wszak wiedzę zdobywał narrator, a nie Takushi. Z matką jeszcze gorzej. A co z życiem narratora, kiedy on zastępuje kogoś innego?

Wydaje mi się, że gdybyś zadbał o takie rzeczy, mielibyśmy ciekawą fantastykę. A tak mamy coś dziwnego. OK, być może o to chodziło, ale IMO zatrzymałeś się za wcześnie.

Babska logika rządzi!

czemu by nie rozszerzyć tego na szkołę i dom? Sam pomysł ciekawy, zastępowanie interesujące. 

Tekst stanął w połowie drogi między fantastyką a mainstreamem.

Finkla ma rację. Sam pomysł – rewelacja. Wykonanie – trochę gorsze. Dodam od siebie, że nie takie rzeczy w Twoim wydaniu widziałem, czytałem. Co jak co, ale weny nigdy Ci nie brakowało, umiałeś (umiesz nadal) kreować takie światy, że… – powiem tak ze słowacka – że hej. 

 

Dziń dybry, fanthomasie!

 

Użył do tego celu stóp.

Zmieniłabym szyk:

→ Do tego celu użył stóp.

 

A mnie się bardzo podobało.

Uwielbiam to uczucie tajemnicy, które rodzi się w głowie, gdy czytam Twoje teksty. Gdy próbuję rozkminić, o co chodzi, rozłożyć na czynniki pierwsze, a jednocześnie nie chcę rozkładać tego do końca, bo ta intryga i absurd są wręcz hipnotyzujące.

 

Mam wrażenie, że zawarłeś tu mnóstwo problemów społecznych, moralnych i etycznych, aż trudno to sobie uporządkować w głowie. Tak mało słów, a tak dużo treści. Jestem pod wrażeniem.

 

Klik do Biblioteki bez wątpienia się należy, nad nominacją się zastanowię.

Pozdrawiam serdecznie!

Upadłeś i od razu się poddajesz? To jakim cudem nauczyłeś się chodzić?

Lubię taki absurd. Było momentami niesmacznie, nawet obrzydliwie, ale w moim guście. Dziwnie i ciekawie :)

Una Bombo, śmiało mogę Ci polecić również “wczesnego Fanthomasa”. Od zawsze pisał trochę… dziwnie, i to była zaleta, nie wada. 

Nowa Fantastyka