- Opowiadanie: thomasward - Umierając, żyję; żyję, umierając

Umierając, żyję; żyję, umierając

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Umierając, żyję; żyję, umierając

Dwunastego października 2237 roku stanąłem na parapecie, otworzyłem okno i wyskoczyłem z takiej wysokości, że aż roztrzaskałem się o bruk. Tak właściwie nie był to bruk, a syntetyczny materiał odzyskujący energię z ciepła, ale efekt był równie spektakularny. Bolesna śmierć, choć wcale nie najgorsza spośród tych, których doświadczyłem.

Pięć tygodni później Vortex poskładał mnie do kupy. Nowy ja był młody, zwinny i napalony, bo jak zawsze odmówiłem wszczepu regulującego aktywność hormonalną organizmu. Po co ograniczać kaprysy ciała?

„Trzy kopie” – pomyślałem. „Tylko trzy kopie”.

Szybko jednak przestałem się tym martwić, a że miałem ochotę na seks, poszedłem do mojej psychoterapeutki.

Gabinet wyglądał jak elegancki salon domu urządzonego w stylu skandynawskim, modnym przed kilkuset laty – całkowite bezguście. Pod ścianą stała szeroka, jasnobłękitna kanapa, a naprzeciw niej fotel. Niemal wszystko wykonano ze sztucznych materiałów, może z wyjątkiem zasłon, oczywiście zaciągniętych, lecz wpuszczających do środka na tyle światła, by wszystko było doskonale widać.

Psychoterapeutka zaprosiła mnie do środka i usiadła na fotelu. Niestety nie mogłem spojrzeć pod spódniczkę, bo jej nie miała, choć trzeba przyznać, że eleganckie spodnie kusząco opinały jej zgrabne nogi.

– Nie jestem pewna, o czym powinniśmy rozmawiać – powiedziała, a w jej głosie wyczułem nutkę rezygnacji. A nie, to tylko moja wyobraźnia.

Wzruszyłem ramionami, po czym wstałem z kanapy, podszedłem do fotela, złapałem za jej spodnie i zacząłem je ściągać. W try miga uporałem się z guzikiem, ale zamek zajął mi trochę czasu, bo suwak z początku nie chciał ruszyć, taki to szajs robią dzisiaj w automatycznych fabrykach.

– Od dłuższego czasu wydaje mi się, że nie bierze pan naszych sesji na poważnie.

Głos terapeutki pozostał taki sam, nawet gdy zdejmowałem z niej majteczki. Szare, też z tworzywa sztucznego, zupełnie jak ten cały, okropny świat.

– Jeśli dalej tak będzie, to pańska terapia będzie zagrożona.

I znów skucha. Zapukałem kilka razy w miejsce między nogami, ale było całkowicie gładkie, bez nawet jednej wklęsłości czy wypukłości. No nic, przynajmniej znów mam w ręku kobiece majtki.

– Uciekając, pana stan się nie poprawi.

Wypuściłem z rąk majtki, bo nagle jakoś całkowicie odechciało mi się seksu. Może jestem trochę świrnięty, ale jeszcze nigdy nie nauczyłem się ignorować czyichś słów, nawet jeśli było mi z tą osobą nie po drodze.

Wstałem i otrzepałem się, choć pomieszczenie było idealnie sterylne i nie było w nim nawet miligrama kurzu. Spojrzałem raz jeszcze na terapeutkę, która nie poruszyła się nawet o centymetr, zupełnie jakbym właśnie jej nie rozebrał i nie próbował zgwałcić.

– Ucieczka…

Mełłem to słowo w ustach zdecydowanie za długo.

– Choć nie ma już wojen, to niektórzy nazwaliby to taktycznym odwrotem.

Terapeutka coś tam odpowiedziała, ale olałem ją. Chcica mi przeszła, więc zacząłem się zastanawiać, co zrobić tym razem. Już po chwili wpadłem na genialny pomysł. Zdjąłem spodnie, oparłem się o kanapę i zesrałem się na dywan.

Było to całkiem zabawne, dopóki jego powierzchnia nie zaczęła wchłaniać moich odchodów. Po kilkunastu sekundach na frędzlach, oczywiście sztucznych, nie zostało nawet najmniejsze zabrudzenie.

No świetnie, samooczyszczający się dywan – obowiązkowe wyposażenie każdej toalety i gabinetu psychologicznego.

Kolejna skucha. Nie pierwsza, nie ostatnia, ale mimo wszystko uwielbiam wizyty u psychoterapeutki. Ciekawe, kiedy zastąpią ją psychoterapeutą.

 

***

 

Minęły dwa tygodnie, a mnie znudziło się już ciągłe siedzenie w jednym miejscu. Vortex jak zawsze czuwa i zachęca mnie do wychodzenia z domu, a ja jak zawsze knuję, jak rozwiązać problem kopii.

Nie jedna. Nie dwie, a aż trzy. W trzech miejscach. Potrójne zabezpieczenie, a przecież jeszcze jest ta czwarta, przyczepiona prosto do moich neuronów oraz komórek glejowych. Te cholerne kryształki są wytrzymałe jak diabli, a do tego przechowuje się je w zupełnie różnych miejscach.

Może właśnie tego potrzebuję – diablich? Diabła? Diablątka? Byłoby fajnie, ale niestety ani miły pan na górze, ani niemiły pan na dole jakoś nigdy nie objawili się w proteście, gdy panowie i panie pośrodku, na ziemskim łez padole, zbudowali prawdziwe, a nie udawane piekło.

Kręcę się dziś po barach. Piję trzecie piwo i patrzę na ładną blondynkę, która siedzi ze swoimi koleżankami i sączy coś, co przypomina raczej olej silnikowy, a nie whisky. Trzy kopie. Trzy, a właściwie cztery, bo jedno ustrojstwo zawsze siedzi w mojej głowie. Tylko czy wtedy nadal można mówić o kopii?

Filozofowałbym dalej, gdyby nie to, że moje piwo nie ma w sobie ani grama etanolu. Substancja niebezpieczna – można się nią łatwo zatruć. Czy w ogóle jest coś, co jestem w stanie zrobić?

Wstaję i podchodzę do dziewczyn, psując im trochę wypad na miasto. „Ale tak naprawdę nie ma to żadnego znaczenia” – myślę, sięgając po niedopity, gęsty drink. Dziewczyny patrzą na mnie jak na idiotę, bo zawartość szklaneczki nie ma żadnego smaku, a jej konsystencja jest… Cóż, nieprzyjemna.

– Czy chce pan napić się z nami? – pyta blondynka, a jej koleżanki posłusznie kiwają głowami jak animatroniki ze starych bajek.

Być może powinienem się zgodzić, ale już od dawna wiem, że nasza mała, grupowa randeczka nie doprowadzi do szczęśliwego, grupowego zakończenia, bo i jak, skoro na dole jest tylko gładki plastik? Zresztą po tygodniu od ciałowstąpienia gospodarka hormonalna zaczyna się regulować i rzadko kiedy mam napady impulsywnej chcicy.

– Jak zdarta płyta – odpowiadam. – Już znudziła mi się jej zawartość.

Odwracam się na pięcie i wychodzę na ulicę, nie płacąc za niedopite piwo. Nie, żeby pieniądze miały jakiekolwiek znaczenie w tej epoce powszechnego dobrobytu. Dobre sobie. Miejsce na takie hasła byłoby na papierze toaletowym, gdyby nie to, że zastąpiło go upowszechnienie się bidetów.

Dziewczyny wychodzą z baru, zbite w ciasną grupę, i śledzą każdy mój krok. Tak właściwie śledzi mnie coś innego, a one stanowią jedynie przedłużenie jego (jej? tego?) woli – kolejne z tysięcy jednolitych, lecz różnie udekorowanych kończyn. Ile z nich musiałbym odciąć, aby zniszczyć choć jedną kopię? Ale nawet to nic by nie dało; nie da się pokonać Hydry bez ognia, a Prometeusz ze mnie żaden.

Staję pod szyldem, a właściwie przed wejściem do budynku, nad którym unoszą się elementy interaktywnej dekoracji. Kusi mnie, żeby wejść do środka, ale wiem, że odbiję się od zamkniętych drzwi. Dziewczyny przystają obok mnie, ale na tyle daleko, żeby dać mi choć trochę przestrzeni. Szybka kwerenda w pamięci potwierdza moje przypuszczenia.

Dobrze skojarzyłem. Jakieś czterdzieści, może pięćdziesiąt metrów pod ziemią, w jednym z setek sejfów chronionych przez systemy bezpieczeństwa, których działanie mogę sobie jedynie wyobrażać, spoczywa jedna z trzech, czy raczej czterech komórek mojej osobowości. Eksabajty danych zamknięte w formie małego kryształu, którego nie da się zgnieść jak robaczka.

– Czy odczuwa pan potrzebę, żeby wejść do środka?

Jedna z dziewczyn, ta najniższa, postanawia się do mnie odezwać. Nie odpowiadam, bo co miałbym powiedzieć?

Wracam myślami do ważniejszych spraw. Komórki pamięci. Nie trzy, a cztery…

Uśmiecham się do dziewczyny, bo to naprawdę ładny model z bielutkimi zębami i całkiem zgrabnymi piersiami. Odwracam się i idę tam, skąd przyszedłem. Budynek medbanku kusi witryną, ale nawet jakbym wszedł do środka, przedarł się do właściwego skarbca i znalazł sposób na zniszczenie komórki, to i tak nic by to nie dało, bo przecież skarbiec tak naprawdę jest pusty.

Vortex nie jest głupi; nie bez powodu trzyma mnie w tej małej, słodkiej rzeczywistości, z dala od świata i ludzi, których mógłbym skrzywdzić.

Jest ciepło, więc gdy docieram do baru, na czole pojawia się kilka kropelek potu. Dzięki przyspieszonemu oddechowi znów czuję, że żyję. Nie zwracam już nawet uwagi na śledzące mnie dziewczyny; w końcu jeszcze wiele razy spotkam się z nimi w tym barze.

Zamawiam piwo i płacę z góry. Automatyczny system nalewa mi szklankę jakiegoś złotego sikacza i z impetem stawia ją na podstawce. Biorę jeden łyk, drugi. Barwiona woda o smaku chmielu przemywa mi gardło, ale nie ma w niej ciężkości ani tego charakterystycznego posmaku, jaki zostawia etanol. Ech, nie jest to pierwszy raz, gdy brakuje mi rzeczy, których zdaniem Vortexa nie powinno mi brakować.

Rozbijam szklankę o blat baru. Biorę drugi największy odłamek, bo wygląda na najostrzejszy. Sprawnym ruchem rozcinam żyłę na lewym ramieniu – oczywiście wzdłuż, bo tylko tak należy się zabijać. Póki jeszcze mam siłę, rozcinam też prawe ramię. Tam rana jest płytsza, ale mimo to krew wciąż bryzga dookoła i brudzi podłogę.

Kątem oka widzę, jak stoją nade mną dziewczyny, a seksowna blondynka zawadiacko zauważa:

– Potrzeba śmierci jest zaskakująco głęboko osadzona w pańskiej psychice.

Eros i Tanatos. Prawdziwe piekło to nie dziura w ziemi, lecz miejsce, w którym nie można zrealizować żadnego z tych popędów.

Dziewczyny nie klękają i nie próbują mnie ratować. Nikt nie tamuje krwi, bo i po co? Już wkrótce będę jak nowy, znów chętny do rozrabiania.

Pogrążony w błogim stanie umierania, zastanawiam się, czy następnym razem Vortex znów założy terapeutce szare majteczki.

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

Nadmiar powtórzeń (każda sugestia tylko do przemyślenia), np.:

Niestety nie mogłem spojrzeć pod spódniczkę, bo jej nie miała, choć trzeba przyznać, że eleganckie spodnie kusząco opinały jej zgrabne nogi.

– Nie jestem pewna, o czym powinniśmy rozmawiać – powiedziała, a w jej głosie wyczułem nutkę rezygnacji. (…)

– Jeśli dalej tak będzie, to pańska terapia będzie zagrożona.

Wstałem i otrzepałem się, choć pomieszczenie było idealnie sterylne i nie było w nim nawet miligrama kurzu. (…)

Vortex jak zawsze czuwa i zachęca mnie do wychodzenia z domu, a ja jak zawsze knuję, jak rozwiązać problem kopii. (…)

Trzy, a właściwie cztery, bo jedno ustrojstwo zawsze siedzi w mojej głowie. Tylko czy wtedy nadal można mówić o kopii? Filozofowałbym dalej, gdyby nie to, że moje piwo nie ma w sobie ani grama etanolu. (…)

„Ale tak naprawdę nie ma to żadnego znaczenia” – myślę, sięgając po niedopity, gęsty drink. Dziewczyny patrzą na mnie jak na idiotę, bo zawartość szklaneczki nie ma żadnego smaku, a jej konsystencja jest… (…)

Automatyczny system nalewa mi szklankę jakiegoś złotego sikacza i z impetem stawia ją na podstawce. Biorę jeden łyk, drugi. Barwiona woda o smaku chmielu przemywa mi gardło, ale nie ma w niej ciężkości ani tego charakterystycznego posmaku, jaki zostawia etanol. Ech, nie jest to pierwszy raz, gdy brakuje mi rzeczy, których zdaniem Vortexa nie powinno mi brakować.

 

 

Inne sprawy:

– Uciekając, pana stan się nie poprawi. – czy to ten stan ucieka (bo ze zdania tak wynika)?

 

Dziwne opowiadanie… W sumie w głowie bohatera ciągle siedzi tylko jedno dążenie i to w moim odczuciu mocno spłyca całość. :) Jednak stworzony, przerażający świat – na plus. :)

Pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Całkiem udane opowiadanie. Aż przypomnieli mi się twoi “Plastikowi ludzie”, których czytałem jakiś czas temu. To drugi twój tekst, z którym się zapoznałem, i drugi szalenie przygnębiający – czy wszystko u Ciebie w porządku? Może chcesz pogadać? ;-)

 

Inne sprawy:

– Uciekając, pana stan się nie poprawi. – czy to ten stan ucieka (bo ze zdania tak wynika)?

Klasyczne zgubienie podmiotu. Jak w zdaniu: “Idąc do szkoły, potrącił mnie samochód”. :-P

Rozdzióbią nas kruki, wrony i ptaki ciernistych krzewów.

Osobliwa wizja świata i nieposkromione dążenie bohatera do zrobienia tego, co w tym świecie jest niemożliwe.

Mam wrażenie, że nie zaszkodziłoby dodanie tagu BIZARRO.

 

– Ucie­ka­jąc, pana stan się nie po­pra­wi. → Nie wydaje mi się, aby stan mógł uciekać.

Proponuję: – Ucie­ka­jąc, nie poprawi pan swojego stanu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Problem nieśmiertelności, w tym przypadku niejako sztucznej i wymuszonej – ale w jakim celu? Brak odpowiedzi…

Nowa Fantastyka