- Opowiadanie: Hesket - Rajko i Etok (koniec)

Rajko i Etok (koniec)

Ostatnia część przygód Rajko i Etoka. 

Zapraszam do czytania. 

Pozdrawiam 

Oceny

Rajko i Etok (koniec)

Nad ranem zobaczyli mury miasta. Rajko wydawał się być wyjątkowo zmęczony.

– Co cię gryzie? – zapytał Etok.

– Zastanawiam się, czy to, co widzieliśmy w nocy, było tylko majakiem, czy rzeczywiście istnieją ludzie ze skrzydłami?

– Coś w tym jest. – Etok spojrzał na przyjaciela. – Tylko bogowie mają skrzydła. Ale to nie mara. Przecież widzieliśmy go w tym samym czasie. 

– Poza skrzydłami i ognistą kulą wyglądał jak człowiek.

– To prawda.

– Etok, przecież ten przebieraniec nas zastraszył. Jesteśmy żołnierzami!

– Uspokój się. Widziałeś, co zrobił z mieczem?

Rozmowę przyjaciół przerwał hałas. Jakiś niziołek kłócił się z człowiekiem siedzącym na koniu. Machał rękami i co chwilę podskakiwał, jakby chciał sięgnąć słońca.

– Niczego nie ukradłem!

– Jeśli się oddalisz, zasmakujesz włóczni – odgrażał się jeździec.

– Zrobię, co zechcę i nikomu nic do tego!

Podróżni podjechali bliżej.

Karzeł miał na głowie słomkowy kapelusz, spod którego ronda nie widać było oczu. W małej, pulchnej dłoni trzymał fajkę, wykonaną z kolby kukurydzy. Zaśmiał się głośno i spojrzał na przybyszów.

– A wy to kto? – zapytał.

– Jesteśmy żołnierzami.

– Haha. Żołnierze? Tutaj? Starzy jesteście.

– Karzełku, uważaj na słowa. – Piorunujący wzrok Etoka najwyraźniej przekonał obcego, że nie należy podważać jego słów.

– Szanowni – odezwał się człowiek na koniu. – Nie wasza to sprawa wdawać się w spory, lecz gwoli ścisłości, ten oto konus ukradł część plonów z mojej ziemi.

Wzrok Rajko błądził między jeźdźcem a karzełkiem.

– Widzę tu niemały problem – powiedział Etok.

– Jeśli jesteście żołnierzami, pomóżcie biednemu. On chce mnie zabić.

– Złodzieju! Masz czelność prosić o ratunek? Niech bogowie się nad tobą zlitują! – Mężczyzna poprawił się w siodle i złapał za włócznię.

– Spokojnie, panie. My się nim zajmiemy. – Rajko zsiadł z wozu i podszedł do niziołka. – Jeśli ukradł, na pewno kara go nie minie. Zmierzamy do Merkot. Mamy tam do załatwienia pewną sprawę. Oddamy złodzieja w odpowiednie ręce.

Siedzący na koniu wyprostował się, odchrząknął i rzekł:

– W innych okolicznościach ta gnida już by nie żyła, ale ma szczęście. Ufam, że zrobicie, co do was należy.

– O to się nie martw, panie – powiedział Rajko. – Możesz spokojnie wrócić do siebie.

Gdy mężczyzna odjechał, Etok zwrócił się do karła.

– To prawda, co mówił?

– Parszywiec kłamał!

– Nie chcemy mieć u siebie złodzieja. Ale nie myśl, że puścimy cię wolno. Jeśli ukradłeś, zostaniesz wychłostany.

– Przez kogo?

– Przeze mnie.

– Odkąd żołnierze wymierzają samosądy?

– To już nasza sprawa. Obawiam się, że nic na to nie poradzisz. Wskakuj na wóz.

Wjechali do miasta. Karzeł siedział z tyłu. Rajko obrócony bokiem, widział go doskonale; w razie próby ucieczki, wystarczył szybki ruch ręki i gagatek zostałby złapany.

Niziołek rozglądał się dookoła.

– Nie waż się skakać – powiedział Rajko.

Mały odwrócił głowę, jakby był wyjątkowo zaciekawiony praczkami, zmierzającymi nad rzekę. Gdy przechodziły obok, skinęły głowami, a jedna z nich, zobaczywszy Etoka, uśmiechnęła się zalotnie.

Rajko skrzywił się.

– Co? Szkoda ci? – zapytał karzeł.

– Zamknij się.

Etok nie zwracał uwagi na kłótnie. Powoził pewnie, trzymając lejce. Przekroczyli bramę miasta. Tym razem nie powitał ich żebrak. Na straganach sprzedawano owoce, warzywa oraz ryby. Ludzie krzątali się i pędzili w sobie tylko wiadomym kierunku – kupcy i sprzedawcy przekrzykiwali się, a pośród tego wszystkiego biegały dzieci – umorusane i wyglądające na szczęśliwe. Zewsząd niósł się gwar i śmiech, przeplatany gdakaniem, muczeniem oraz rżeniem. 

 

***

W karczmie o tej porze było prawie pusto, nie licząc dwóch mężczyzn siedzących przy drzwiach i kobiety o godnej posturze.

– Czego się napijesz, mały? – zapytał Rajko.

– Znaj moje dobre serce, tak? – Karzeł był oburzony. – Mam na imię Piko.

– Dobrze, Piko. W takim razie, czego chciałbyś się napić?

– Piwa.

Gdy kufel z trunkiem znalazł się na stole i Piko upił pierwszy łyk, pod nosem został mu ślad z piany. Zaśmiał się, obcierając brudnym rękawem usta.

– Będziemy cię potrzebować – powiedział Etok.

– Mnie? Niby do czego?

– Musimy uwolnić z lochów człowieka, który czeka na egzekucję.  

Piko napił się, spojrzał na nich i parsknął niczym knur.

– To żart, tak?

Cisza, która nastała, powiedziała wszystko.

– To jaki jest ten plan? – zapytał Piko.

 

***

Zapowiadał się piękny, słoneczny dzień. Przed ratusz, gdzie znajdowały się lochy, zajechał wóz, na którym siedziały dwie kobiety.

– Prrr! – krzyknęła prowadząca zaprzęg. Zsiadła z wozu i podeszła do pachołka miejskiego. – Rzepa, dobrodzieju.

Zdziwiony strażnik rozejrzał się, jakby szukał u kogoś pomocy.

– Nikt nie zamawiał rzepy – powiedział.

– Dostałyśmy nakaz od burmistrza, aby dostarczyć zapas. Szanowny pan powiedział, że nas wpuścicie.

Strażnik otarł pot z czoła. Kobieta, siedząca na koźle wozu, zarzuciła na twarz chustę. Przyglądał jej się zbyt długo. W końcu rzekła:

– Czy jestem aż taka brzydka, że wzbudzam odrazę?

Wartownik odwrócił wzrok.

– Wnieście, co macie wnieść i wynoście się stąd.

Powożąca sięgnęła po konopny worek i weszła z nim do ratusza. Zrzuciła go z pleców i westchnęła. Wartownik obejrzał się i pokręcił głową widząc, jak dziwnie się kołysze.

 

Kobiety odjechały.

– Obyś się nie pomylił co do karła – powiedział Rajko, zrzucając chustę z głowy.

– Teraz nie ma wyjścia.

 

***

Gdy pachołek zamknął drzwi, worek się poruszył. Po chwili wyszedł z niego Piko i błyskawicznie schował się we wnęce. Nasłuchiwał, po czym zrobiwszy kilka skłonów i przysiadów ruszył pędem.

Konko siedzący na sienniku wzbudził w niziołku współczucie. Wynędzniały, chudy staruszek, przedstawiał obraz rozpaczy – o tym, że żyje, świadczyła powoli unosząca się klatka piersiowa.

– Ej, ty – szepnął Piko. 

Konko nie reagował.

– Starcze. Żyjesz?

Więzień wydawał się zapaść w śpiączkę.

Piko myślał przez chwilę, w końcu ściągnął but i rzucił nim w skazanego.

Konko poderwał się i już chciał krzyknąć, lecz karzeł przyłożył palec wskazujący do ust.

– Ciii. Tylko bez takich – powiedział. – Kto ma klucz do tego przybytku?

Zrezygnowany Konko pokręcił głową.

– A kto ma mieć, jeśli nie strażnik?

Piko poskrobał się po brodzie.

I co teraz? – pomyślał.

– Oddaj mi but.

Konko podał but niziołkowi.

– Kim jesteś? – zapytał.

– Nie teraz. Później ci wyjaśnię. Gamonie czekają.

– Gamonie?

– Żołnierze.

Konko usiadł z powrotem na sienniku, a Piko czmychnął pod drzwi wejściowe. Widział pod nimi cień – niedobrze. Wrócił pośpiesznie do więźnia i zapytał:

– Przynoszą ci jedzenie?

– Tak. Wczoraj dostałem suchy chleb i wodę.

– Cierpliwość to podobno cnota. Poczekamy – orzekł Piko i schował się we wnęce.

 

***

Drzwi ratusza szczęknęły. Piko poderwał się, jak oparzony. Strażnik wszedł na korytarz. Pęk kluczy dzwonił u jego boku. Krótka ręka karła niczym lisia łapka, sięgnęła po jeden z nich. Pachołek niczego nie poczuł.

– Jedz. – Strażnik postawił ostatni posiłek na ziemi i wyszedł zamykając celę.

Niziołek odczekał chwilę, po czym znalazł się ponownie przed Konko.

– To jesteśmy w domu – powiedział z dumą.

– W domu? Dobrze się czujesz? – zapytał Konko.

– Oj, no tak się mówi.

Piko wsunął klucz do zamka. Spodziewał się usłyszeć znajomy dźwięk mechanizmu, ale ten nie chciał ustąpić. Poczuł na plecach dreszcz. Spróbował w drugą stronę – drzwi stały przed nim otworem.

Konko podniósł się i chwiejnym krokiem wyszedł z celi. Karzeł przez moment zastanawiał się, czy staruszek poradzi sobie, gdy trzeba będzie rzucić się biegiem. Ale nie to było najgorsze. Nie przemyślał najważniejszej kwestii – w jaki sposób opuszczą ratusz?

– Musimy poszukać innej drogi. – Złapał starca za dłoń.

Przeszli korytarz. Większość pomieszczeń była zamknięta.

– Został tylko dach – powiedział Piko.

– Chcesz skoczyć? – zapytał Konko.  

Szybko odnaleźli właz. Gdy byli już na szczycie ratusza, Piko schował twarz w dłoniach.

– To koniec – wyszeptał.

Konko spojrzał na karła i poklepał go po ramieniu.

– Może nie będzie tak źle.

– Gdy tylko strażnik dowie się, że cela jest pusta, prędko nas znajdą.

Siedzieli chwilę w milczeniu, gdy nagle, z zachodniej strony usłyszeli dziwne dźwięki. Piko wyjrzał poza krawędź dachu.

– Cebula! Cebula na porost włosów! Kupujcie! – krzyczała kobieta.

Nagle znieruchomiała i uniosła głowę. Piko wiedział, że patrzy właśnie na nich. Pomachał. Przekupka odwzajemniła się kilkoma ruchami lewej ręki, w prawej trzymając cebulę, następnie rzuciła nią w stronę ratusza. Warzywo o mały włos, a uderzyłoby Konko w głowę.

Zostańcie tam – koślawe litery na cebuli był małe, ale czytelne.

– Jednak nauki pobierane od wuja nie poszły w las – powiedział Piko.  

 

***

Przekupka zniknęła za rogiem, by po chwili pojawić się na wozie wypełnionym sianem. Konko i Piko skoczyli w jednym momencie, lądując na środku. Za murami dosiadł się do nich Etok.

– Rajko, wyglądasz jak siedem nieszczęść w tym przebraniu – podsumował.

– Ty wyglądałeś lepiej? Przynajmniej cycuszki ładnie sobie zrobiłem. – Rajko złapał się za pierś.

Konko długo milczał, w końcu przemówił.

– Dlaczego mnie uratowaliście?

– Że tak powiem, nakazał nam człowiek ze skrzydłami i nie mieliśmy wyboru.

– Człowiek ze skrzydłami? – zapytał Piko zdziwiony.

– Tak i lepiej, żebyśmy go nie spotkali – powiedział Etok. – W dłoniach dzierżył ognistą kulę, a z mojego miecza nic nie pozostało.

– Zatrzymajcie się – poprosił Konko. Dźwignął się z siana i z pomocą Piko zszedł z wozu. – Jeśli sprawiliście, że jestem wolnym człowiekiem, chcę odejść w spokoju.

Rajko przetarł oczy wierzchem dłoni.

– Płaczesz? – Etok spojrzał na przyjaciela.

– Tak, źle zrobiliśmy – Rajko wyciągnął dłoń w stronę Konko. – Wybacz – powiedział. – Mam nadzieję, że sobie poradzisz, ale byłoby lepiej, gdybyś został z nami. Straże cię dopadną.

Konko przyjął przeprosiny.

– Myślicie, że ruszą w pościg za starcem? – zapytał. – Nie znajdą mnie, to wam mogę obiecać.

– W takim razie, szerokiej drogi. – Etok zasalutował prawą ręką.

Gdy przyjaciele zniknęli za wzniesieniem, Konko wszedł do pobliskiej jaskini. Nie spotkał tam żadnej z bogiń.

Usiadł na skale i oddychał powoli – czuł spokój.

 

***

W oddali zagrzmiało.

Diomo zmaterializował się w podmuchach wiatru. Gestem uniósł potężny głaz, którym zamknął wejście do podziemi.

– Dziękuję – wyszeptał Konko.  

 

Koniec

Komentarze

Witaj, Heskecie. :)

Jak widzę, kończysz serię przygód swoich bohaterów. :)

 

Sprawy językowe (do przemyślenia):

– Poza skrzydłami i ognistą kulą wyglądał, jak człowiek. – mam wątpliwość, czy przecinek nie jest zbędny (?)

Jakiś niziołek kłócił się człowiekiem siedzącym na koniu. – brak „z”?

– Zrobię, co zechcę i nic nikomu do tego! – może lepiej zmienić kolejność? – – Zrobię, co zechcę i nikomu nic do tego!

Nie wasza to sprawa wdawać się w spory, lecz gwoli ścisłości, ten oto konus, ukradł część plonów z mojej ziemi. – zbędny ostatni przecinek?

Wzrok Rajko błądził między jeźdźcem, a karzełkiem. – i ten?

– W innych okolicznościach, ta gnida już by nie żyła, ale ma szczęście. – tu pierwszy?

– Parszywiec, kłamał! – i ten?

Na straganach sprzedawano owoce, warzywa, oraz ryby. – tu ostatni?

Ludzie krzątali się i pędzili w sobie tylko wiadomym kierunku – kupcy i sprzedawcy, (i ten też?) przekrzykiwali się, a pośród tego wszystkiego biegały dzieci – umorusane i wyglądające na szczęśliwe.

Zewsząd niósł się gwar i śmiech, przeplatany gdakaniem, muczeniem, oraz rżeniem. – tu ostatni?

Zwierzęta były wszędzie. W karczmie o tej porze było prawie pusto, nie licząc dwóch (…) – powtórzenie?

Cisza, która nastała (przecinek?) powiedziała wszystko.

– Prrr – krzyknęła prowadząca zaprzęg. – wykrzyknik przy krzyku?

Kobieta (albo tu też przecinek, albo kolejny usunąć?) siedząca na koźle wozu, zarzuciła na twarz chustę.

– Obyś się nie pomylił, co do karła – powiedział Rajko, zrzucając chustę z głowy. – zbędny pierwszy przecinek?

– Obyś się nie pomylił, co do karła – powiedział Rajko, zrzucając chustę z głowy.

– Teraz nie ma wyjścia. Musi zrobić, co do niego należy. – powtórzenie?

Dźwignął się z siana i z pomocą Piko, zszedł z wozu. – zbędny przecinek?

– Tak. Źle zrobiliśmy (kropka w dialogu?) – Rajko wyciągnął dłoń w stronę Konko.

 

Ładne, pogodne zakończenie. :)

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)

 

Pecunia non olet

Cześć, bruce 

Dzięki za czytanie i wyłapanie błędów. Poprawiłem. 

Co miałaś na myśli z kropką w dialogach? Rozumiem, że we wskazanym miejscu, jest tylko potwierdzenie, ale przy dłuższych wypowiedziach kropki się stosuje. 

Pozdrawiam

I ja dziękuję. :)

 

Co miałaś na myśli z kropką w dialogach? Rozumiem, że we wskazanym miejscu, jest tylko potwierdzenie, ale przy dłuższych wypowiedziach kropki się stosuje. 

Jeśli pytasz o cytowane zdanie, to wydaje mi się, że tam powinna być kropka, jak to napisałam:

– Tak. Źle zrobiliśmy (kropka w dialogu?) – Rajko wyciągnął dłoń w stronę Konko.

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka