A.D. 2060
Deszcz bębnił o wzmocnione, hartowane panoramiczne szyby apartamentu. Wziął głęboki oddech. Miał dziś wyjątkowo ciężki dzień. Najpierw użeranie się z trudnymi kontrahentami, potem lawina natrętnych klientów, a na koniec długie, wyczerpujące godziny pracy nad jego wynalazkiem.
Dopiero teraz, po dwudziestej, zaczął wreszcie odpoczywać. Ściągnął skarpetki i rzucił je na kanapę. Wyciągnął flaszkę bourbona z lodówki. Wyłączył główny projektor, odcinając się od sieci swój czip. Jedyne światło dawała fioletowa nowojorska łuna wpadająca przez okno. Pociągnął łyk bourbona, wsłuchując się w szum ulewy.
Nagle szum klimatyzacji, pracującej lodówki i muzykę Louisa Armstronga, płynącą z winylowej płyty, przerwało pukanie do drzwi.
W latach sześćdziesiątych dwudziestego pierwszego wieku pukanie do drzwi było rzadkością. Ludzie wysyłali impulsy na domowy interfejs, dzwonili przez Holo-Domofon albo systemy bezpieczeństwa same autoryzowały wejście kurierów czy policji korporacyjnej. Pukanie było przejawem staroświeckości albo sygnałem, że gość pochodzi z biednej, wykluczonej części społeczeństwa. Wizjera również nie było, bo zastępowały go kamery. Kto miał czip w głowie, po prostu się do nich podłączał.
Paul odstawił szklankę bourbona. Kto szukał go o tej porze? Nie przyjmował już interesantów.
Podłączył się do swoich kamer, wyświetlając obraz na siatkówce oka. W progu stał mężczyzna w płaszczu z ciemnego kompozytu. Gdy na niego spojrzał, jego wszczepiony interfejs optyczny automatycznie nałożył na postać siatkę diagnostyczną.
Brak profilu obywatelskiego i aktywnego neuro-łącza był podejrzany, ale to, co pokazał bioskaner, zaintrygowało go jeszcze bardziej. Brak części organów. Wykrywacz metalu zareagował pozytywnie. Standardowe cyberwszczepy, ale… termowizja nie zarejestrowała naturalnych, nieregularnych różnic temperatur. Brak mózgu? Czyżby to był… No tak. Chyba wiedział, z kim ma do czynienia.
Stanął na środku salonu. Odpalił papierosa, siadł na kanapie. Wysłał sygnał otwarcia.
Przesuwne stalowe drzwi zaszumiały. Przybysz wszedł powoli, lecz pewnie.
Przyjrzał się twarzy gościa. Nie miała zmarszczek, ale w jej rysach tkwiło coś tajemniczego. Mądrość, lecz także bijąca od niej aura nostalgicznego smutku. Ubrany był w czarny, skórzany płaszcz i ciemną, brązową, przylegającą do piersi koszulkę. Kręcone włosy i delikatny zarost dopełniały niepokojąco wręcz naturalnego wyglądu człowieka.
Przeszedł kilka kroków w głąb ciemnego salonu, ale zamiast usiąść, zatrzymał się przed najdłuższą ścianą w salonie. Wisiało tam sporych rozmiarów malowidło.
Był to prawdziwy obraz namalowany olejem na płótnie. Rzadki luksus w czasach wszechobecnych emiterów holograficznych lub grafik wygenerowanych przez sztuczną inteligencję. Przedstawiał mroczną, głęboką toń arktycznego oceanu, w której pośród lodowatej czerni unosił się zarys potężnego rekina polarnego.
– Somniosus Osiris – odezwał się przybysz. Głęboki, aksamitny głos brzmiał spokojnie… ale jednocześnie niepokojąco.
– Somniosus? – Paul nagle skojarzył fakty. Somniosus microcephalus. No tak. Rekin polarny z jego obrazu. Najstarszy i najdłużej żyjący kręgowiec na Ziemi, pływający w lodowatych wodach Oceanu Arktycznego. Najstarszego znanego przedstawiciela tego gatunku odkryto sześć lat temu. Miał prawie czterysta lat.
Paul wstał gwałtownie z kanapy i cofnął się o krok. Był już prawie pewien kim jest ów tajemniczy gość.
– Paul Emmet Braun? Miałem się tu stawić – powiedział krótko Somniosus, wciąż wpatrując się w płótno.
– Wie pan, o tej porze przeważnie już nie pracuję – odparł Paul.
Skłamał. Nieraz przyjmował o tej porze, a nawet jeszcze później.
– Chociaż w sumie… Po co właściwie pan przybył? – zapytał z zainteresowaniem.
Somniosus milczał przez chwilę. Na jego twarzy ciężko było szukać emocji, choć przy dłuższym przyglądaniu się w źrenicach można było dostrzec ślady głębokiej nostalgii i melancholii.
– Dostałem wiadomość z mojego systemu. Wewnętrzny komunikat, który nakazał mi stawić się pod tym adresem. Zastanawiam się, kto go wysłał. Przez chwilę sądziłem, że ktoś zhakował mój kod. Wydaje mi się jednak, że to jakaś cykliczna informacja.
Paul poczuł, jak zimna kropla potu spływa mu po karku. Tę wiadomość zaplanował on sam. Dwa tygodnie temu.
– Nie mam pojęcia, o czym mówisz. To musi być jakiś błąd oprogramowania, zabłąkany pakiet danych w twoim neuro-rdzeniu. Powinieneś zgłosić się do serwisu fabrycznego. Kto cię kupił? Kto jest właścicielem?
Gość przechylił lekko głowę. Na jego twarzy można było dostrzec wyjątkowo ludzkie spojrzenie, w którym malowało się zdziwienie.
– Z mojej bazy wiedzy wynika coś innego. Jest pan doktorem Paulem Emmetem Braunem, byłym pracownikiem korporacji Aether Synthetics, prowadzącym obecnie prywatną klinikę dla cyborgów. Był pan jednym z głównych inżynierów odpowiedzialnych za projektowanie i rozwój androidów drugiej i trzeciej generacji.
Przybysz ponownie odwrócił się do obrazu. Spojrzał na cienie przesuwające się po namalowanym rekinie.
– Pamiętam pierwsze cywilizacje. Pierwsze wojny. Najpierw o kawałek mięsa, następnie o tereny łowieckie, o pola uprawne. Potem zmieniała się już tylko skala. Ale mechanizm… pozostał ten sam. Widziałem upadki cywilizacji i początki nowych. To wszystko bez znaczenia. Ciężko mi zatem odpowiedzieć na pańskie pytanie, kto mnie kupił. Po prostu… byłem.
Gdy Somniosus wypowiedział te słowa, zapadła cisza, przerywana tylko uderzeniami kropel deszczu o szyby.
Na twarzy Paula poajwił się uśmiech pomieszany z niedowierzaniem. Zawsze go to fascynowało. Co by było, gdyby przedstawiciel homo sapiens dożył tylu lat? Posiadłby zapewne ogromną wiedzę i miałby perspektywę, której żaden z przedstawicieli rozumnych istot nie posiadał. Dlatego też tyle lat pracował nad stworzeniem syntetyka zdolnego przeciwstawić się prawom stanowionym przez czwarty wymiar, jakim był czas.
– Twierdzisz zatem, że istniejesz od… kiedy? Jesteś pewien, że… twój właściciel nie wgrał ci błędnej świadomości? Dawaliśmy taką niektórym klientom, ale żeby aż tak…
– Doktorze Braun. Skończmy to przedstawienie. Przecież dokładnie wiem, że to pan i profesor Elliot wysłaliście mnie w przeszłość.
Paul wyprostował się, mrużąc oczy, i podszedł o krok bliżej.
– Czyli pamiętasz… – mruknął. – Dziwne. Zaprogramowałem cię tak, żeby powiadomienie systemowe przyszło na adres Elliota, nie mój.
– I przyszło do Elliota – odparł Osiris spokojnie. – On skierował mnie do ciebie. Ty masz to, czego u niego nie znalazłem. Wehikuł.
Doktor wzruszył ramionami, siląc się na swobodę, choć palce mu drżały.
– No… dobrze. Ale… Powiedz mi, jak poradziłeś sobie z degradacją biologiczną? – zapytał, a jego głos, choć spokojny, zdradzał rosnące, czysto naukowe ożywienie. – Twój model opiera się na tkance hybrydowej. Syntetyczny metabolizm, bioreaktor, kości wzmacniane nanotytanem. Ale to wciąż materia organiczna, która podlega prawom entropii. Bez specjalistycznych odżywek, bez regularnego serwisu… Postępowałeś zgodnie z instrukcjami?
Somniosus przez chwilę milczał.
– Tak – powiedział w końcu. – Przecież nakarmił mnie pan odpowiednią ilością danych. Czternaście tysięcy lat samotnego serwisowania samego siebie… Obudziłem się na mrozie, u schyłku epoki lodowej, wiedząc dokładnie dwie rzeczy. Że jestem maszyną w ciele człowieka i wysłaliście mnie tak daleko wstecz, jak sięgnął reaktor wehikułu, żeby sprawdzić, czy syntetyk przetrwa głęboki czas.
Spojrzał na rekina. Mroczne głębiny północnych mórz były dla tych ryb miejscem swoistej hibernacji, ale także schronieniem. Rybi imiennik Osirisa ma doskonałe warunki do chowania się przed światem, by oszukiwać czas. On takich nie posiadał.
– Tkanki, jak pan wie, goją się same – dodał ciszej. – Mój… syntetyczny organizm potrafi się regenerować, ale to wciąż biologia. Syntetyczna… ale biologia. Byłem ranny, cięty, wiele razy bliski zniszczenia. Przeważnie opatrywałem się sam. Egzoszkielet to inna sprawa. Te wzmacniane rdzenie potrzebowały dekad, by obrosnąć nową tkanką. Zdarzały się… incydenty, ale nieliczne. Z czasem się przystosowałem.
Paul słuchał, nerwowo zaciągając się papierosem. Jego wzrok skakał po sylwetce gościa. Odpalił jednocześnie terminal.
– A system operacyjny? – dopytywał szybko. – Co z fizycznymi uszkodzeniami rdzenia? Twój umysł musiał gromadzić błędy przez tyle wieków. No i najważniejsze… co pamiętasz? Jak z twoją pamięcią?
– Nie jestem nieskończony. Przez pierwsze tysiąclecia myślałem, że tak jest. – urwał. – Ale mój procesor, pamięć operacyjna i masowa mają skończoną pojemność, ale pan wie o tym lepiej niż ktokolwiek. Mam szeroki bufor, taki, który sam się kompresuje, żeby zmieścić więcej. Z czasem zmodyfikowałem bazowy algorytm, który kasował nieistotne, zbędne wspomnienia. A raczej dane. Zostawiał te, które były ważne. Klasyczna kompresja danych. Najpierw bledną barwy. Potem głosy. Na końcu twarze. A kiedy i to nie wystarcza, mój własny program oznacza nieistotne pliki i je usuwa.
Doktor przestał na chwilę pisać na klawiaturze. Popatrzył na androida.
– Zaprojektowaliście algorytm tak, że nie miałem możliwości decydowania, jaki typ danych usuwać. Każde usunięte dane to utrata imienia. Twarzy. Miasta. Ale dzięki mojej modyfikacji, miałem możliwość przynajmniej decydować, kiedy mogę defragmentację włączać. Na przykład, w trakcie porządków danych w czternastym wieku system uznał, że większość moich najwcześniejszych wspomnień… była… problematyczna.
Paul zgasił papierosa i sięgnął po następnego. Rozchylił delikatnie usta, na twarzy malowało się lekkie zdziwienie.
– Problematyczna? Co masz na myśli? – spytał.
Somniosus Osiris pierwszy raz zrobił coś, co go zaskoczyło. Wziął głęboki oddech. Androidy, które tworzył, miały funkcjonalność poruszania klatki piersiowej, by imitować oddychanie. Tutaj jednak zdawało się, że ten syntetyk… zrobił to naturalnie. Zbyt ludzko, chciałoby się powiedzieć.
– Nie pamiętam twarzy mojej drugiej żony. Wiem tylko, że… bardzo źle zniosłem jej śmierć. Jak zresztą wiele innych. Skasowałem jej obraz, aby zachować inne dane. Zresztą, usunąłem wiele zdjęć i informacji, które stanowiły dla mnie problem poznawczy. Mój procesor przetwarzał zbyt dużo danych. Mówiąc po ludzku, zastanawiałem się, po co to wszystko. Śmierć jednej… istoty rozumnej to jedno. Ale zapomnieć o niej jest również… to jest jak odprawiać drugi pogrzeb.
Paul patrzył ze zdziwieniem na Osirisa. Był jednocześnie dumny, ale też… zaniepokojony, jakich postępów w dziedzinie rozumowania syntetyk dokonał. Czyżby algorytmy zaczęły naśladować wzorce uczuciowe?
– Czternasty wiek – zauważył ponownie Paul. – Dlaczego akurat wtedy?
– Dżuma. – Somniosus wypowiedział to słowo tak, jak wypowiada się imię starego wroga. – Byłem wtedy medykiem w Awinionie. Wchodziłem do domów, do których nie chciał wejść nikt inny, bo jako jedyny w mieście nie mogłem się zarazić. Grzebałem tych, których nie miał kto pogrzebać. Zapisywałem każdą twarz. Setki, tysiące twarzy umierających, dzień po dniu, przez lata. Zarejestrowałem tyle śmierci, jak nigdy. Wie pan, doktorze, ilu ludzi wtedy umarło? Prawie jedna trzecia Europy. Stanąłem przed wyborem: twarze moich zmarłych sprzed tysiącleci albo zachować tę tragedię. – Zamilkł na moment. – Usunąłem dane bliskich. Zachowałem obrazy ofiar dżumy. Uznałem, że… to będzie pożyteczne dla waszego eksperymentu.
Zapadła cisza. Po chwili przerwał ją Braun.
– Rozumiem. A jak… radziłeś sobie z zachowywaniem języków? Miałeś miejsce w bazie danych na około dziesięć jednocześnie.
– Myślę, że łącznie nauczyłem się mówić w kilkudziesięciu– podjął. – Ale musiałem usunąć z danych słowniki. Zachowałem najciekawszy. Sumeryjski. Ale najciekawszy to mowa ludu Enari. Tak się nazywali. Nie znajdzie jej pan w żadnej ze swoich baz. Mieszkali nad wielką, słodką wodą. Moja analiza mówi, że to było właśnie trzynaście tysięcy lat temu, nad … dzisiejszym Morzem Czarnym.
Paul pochylił się nad terminalem, palce na chwilę zamarły mu nad klawiaturą.
– Fascynujące… Co jeszcze w takim razie pamiętasz? – rzucił chłodno, starając się ukryć drżenie rąk. – Sumer? Zigguraty? Egipt? Piramidy? Widziałeś je?
Somniosus uśmiechnął się lekko.
– Widziałem, jak powstawały. Przykro mi, doktorze, ale żadnych starożytnych kosmitów nie było. – Cień uśmiechu pogłębił się o odrobinę goryczy. – Wiem, w co wolą wierzyć ludzie pańskiej epoki. Bogowie mieli zstąpić z gwiazd, że ktoś z zewnątrz podarował im pismo, rolnictwo, medycynę. Ale prawda jest taka, że nie docenia się ludzkiego umysłu. To ja opracowałem metodę przenoszenia najcięższych bloków wapienia. Nie było żadnej lewitacji, gwiezdnych maszyn. Jedynie rampy, dźwignie i siła ludzkich mięśni.
Doktor uniósł brwi, wpatrując się w rozmówcę.
– Projektowałeś piramidy?
– Nie. To był wymysł kasty kapłańskiej. Ja wybierałem zajęcia, które były dla mnie bezpieczne – wyjaśnił cicho Osiris. – Wykorzystywałem swoją wiedzę tak, by nie rzucać się w oczy, a jednocześnie mieć środki do życia. Najczęściej zajmowałem się medycyną albo inżynierią. Dawała wysoki status i pozwalała bez podejrzeń badać własną biologię, szukać sposobów na jej podtrzymanie.
Przybysz ponownie przeniósł wzrok na obraz.
– Jakiś przykład? – spytał doktor Braun.
– W trzysta dwudziestym szóstym roku przed naszą erą, w Indiach, wyciągałem zatrutą strzałę z płuca konającego Aleksandera Wielkiego. Pod imieniem Kritobulosa uchodziłem za cudotwórcę, choć tak naprawdę to dzięki mojej wiedzy medycznej wiedziałem, jak bezpieczne usunąć strzałę. Mam to nadal zapisane w bazie… Nie mniej, to nie starożytne imperia zapisały się we mnie najgłębiej – dodał matowym głosem. – Najgłębiej pamiętam… śmierć mojej pierwszej żony. To było jeszcze w jedenastym tysiącleciu przed naszą erą, u progu tego, co wy nazywacie rewolucją neolityczną – blisko czternaście tysięcy lat temu.
Paul zawahał się. Po raz pierwszy tego wieczoru jego pytanie nie brzmiało jak pytanie badacza.
– Jak umarła?
– Ze starości. – Somniosus powiedział to niemal łagodnie. – Zasnęła przy ogniu, pewnej zimy, z głową na moim ramieniu. Rano już się nie obudziła. Od tamtej pory widziałem wszystkie rodzaje śmierci na własne oczy, jakie wymyślił ten świat. Jej odejście było najłagodniejsza ze wszystkich. Przez długi czas… zazdrościłem jej tej tego.
– Mieliście… dzieci?
– Nie moje, oczywiście. – W głosie androida zabrzmiało coś na kształt gorzkiego rozbawienia. – Moje ciało nie zostało do tego zaprojektowane, pan wie o tym najlepiej. Jej dzieci, z pierwszego męża, który zginął w trakcie polowania, wychowywałem jak własne. Dwoje dożyło starości. Grzebałem ich jako siwych staruszków, sam wciąż z twarzą trzydziestolatka.
– Interesujące… – zastanowił się doktor. – Nie sądziłem, że dojdzie u ciebie do rozwinięcia takich… schematów uczuć. Próbowałeś ponownie się z kimś związać?
Somniosus na to pytanie zamilkł i spojrzał na doktora bez emocji, chociaż Paul przez chwilę miał wrażenie, że zauważył wyraz lekkiego zirytowania.
– Nie… Dopiero w naszej erze spróbowałem jeszcze raz. To było… we wczesnym średniowieczu. Na terenie dzisiejszej Polski. Wychowywałem chłopca, syna kobiety, z którą wtedy żyłem. Uczyłem go łowić, czytać ślady zwierząt, opatrywać rany. Miał czternaście lat, kiedy odszedłem. Nocą, bez pożegnania. Ludzie w osadzie zaczynali szeptać, że jego ojczym nie ma ani jednego siwego włosa. Uznałem, że więcej nie będę ryzykował. Ani… wracał.
Paul trzymał zapalonego papierosa w ustach i gorączkowo spisywał wszystko w terminalu. Doktor milczał chwilę, po czym zapytał ciszej:
– A czasy najnowsze? Wojny światowe. Gdzie wtedy byłeś?
– Pierwszą oglądałem z daleka – odparł Somniosus. – Przebyłem wówczas w Ameryce, od końca dziewiętnastego wieku. Mieszkałem w Stanach, ale przeniosłem się do Meksyku. Nająłem się jako dziennikarz. Pisałem pod przybranym nazwiskiem, znałem języki, znałem Europę lepiej, niż ktokolwiek mógł przypuszczać. Pod koniec drugiej wojny wysłali mnie na stary kontynent jako korespondenta.
Zamilkł. Po chwili ciągnął dalej.
– Fotografowałem wyzwalane obozy – powiedział wreszcie, bardzo cicho. – Myślałem, że po czternastu tysiącach lat nic mnie już nie zaskoczy. Sądziłem, że widziałem już wszystko. Nie spodziewałem się, że okrucieństwo istot rozumnych może być tak… przemysłowe. Tak ogromne i tak nielogiczne zarazem. Dokonano anihilacji na skutek osądu.
Paul powoli odłożył papierosa.
– Tak… Druga wojna pokazała, że ludzkość zdolna jest dokonać samozagłady. A czy ty… Zabijałeś? Zaprogramowałem cię, byś zabijał tylko wtedy, gdy to konieczne. W określonych przypadkach.
– Kilka razy. – Odpowiedź padła bez wahania. – Prawie zawsze w obronie własnej. Przez długie dziesięciolecia byłem myśliwym – zabijałem zwierzęta żeby jedli inni. Ale nigdy nie odebrałem życia z poczucia wyższości.
Doktor milczał przez dłuższą chwilę. Powoli cofnął dłonie od terminala, spojrzał w górę. Android siedział nieruchomo. W oczach doktora pojawił się nagły błysk. Podniósł się szybko z kanapy i spojrzał ponownie w stronę androida.
– Niesamowite – wyszeptał Paul, po czym uśmiechnął się z ekscytacją. – Nie wierzę, że się udało. Elliot miał rację. Obliczenia były bezbłędne. Reaktor, syntetyczny metabolizm, izolacja rdzenia pamięci… wszystko wytrzymało. Przeżyłeś, Somniosusie. Jesteś największym triumfem w historii tej planety. Dokonałeś czegoś niesamowitego. Przysłużyłeś się całej ludzkości.
– Przysłużyłem się? – zapytał ze zdziwieniem Somniosus.
– Tak! Dokładnie tak! Powiedz mi… Kapsuły! – Paul podszedł bliżej. – Znaleźliśmy tylko dwie. Jedną w Polsce, z dziewiątego wieku, drugą w Szkocji, z połowy siedemnastego. Dlaczego przestałeś je zostawiać? Dlaczego ślad się urwał? Gdzie są dane z pozostałych stuleci?
Osiris powoli uniósł wzrok. Patrzył na naukowca zmienionym spojrzeniem. Smutek ustąpił rezygnacji.
– Naprawdę? – głos Osirisa był ledwo słyszalnym szeptem, który przeciął powietrze jak brzytwa. – Ty również chcesz myśleć tylko o tym, kurwa, że eksperyment się powiódł? Dalej traktujecie mnie jak coś, co powstało z probówki… a nadrzędnie nie jak istotę żyjącą?
Paul zmarszczył brwi; w jego głosie pojawiła się nuta zdziwienia. Zrobił krok w stronę androida, gestykulując nerwowo.
– Wiem, że skazaliśmy cię na ogromną katorgę, Somniosusie. Ale popatrz na to z innej strony. Popatrz, jak bardzo możesz teraz przysłużyć się ludzkości. Możesz uczyć… nas! Jeśli to ogłosimy, jeśli powiemy o podróży w czasie, o tym, że się udało… pomyśl, ile jesteśmy w stanie osiągnąć!
Osiris patrzył na niego, a jego źrenice ledwie drgnęły.
– Czas to nie zabawka – powiedział cicho. – A rzeczywistość to nie miejsce na eksperymenty. Ludzie nie powinni być poddawani eksperymentom. Jeśli czegokolwiek się nauczyłem, to tego, że sam jeden nie uratuję wszechświata. Próbowałem wiele razy… To wszystko. Wasze badania, wehikuł trzeba zniszczyć. To zagrożenie. Skoro ten paradoks się udał, skoro ja tu stoję, to znaczy, że ludzie zaczną się cofać w przeszłość. Zaczną zmieniać jej elementy, pętla po pętli naruszając strukturę czasu. A przeszłości zmieniać nie wolno.
Somniosus wstał i podszedł o krok bliżej. Górował nad naukowcem, a jego cień kładł się szeroko na biurku.
– Gdzie te badania, doktorze Braun? Gdzie wehikuł? Wiem, że jest u pana.
Paul cofnął się, aż plecami uderzył o krawędź stołu. Pot wystąpił mu na czoło, palce kurczowo zacisnęły się na blacie.
– U… u Elliota – odpowiedział nerwowo, uciekając wzrokiem w stronę wyjścia.
– Gówno prawda – odparł spokojnie Osiris. – Pomiędzy tymi wszystkimi kłamstwami od samego początku wyczuwałem w panu nerwowość. A Elliot to już historia.
Paul zamarł. Szczęka mu opadła, powietrze uleciało z płuc.
– Jak to? Co ty mówisz?
– Zabiłem go dwie godziny temu. – Uniósł prawą dłoń i ponownie spojrzał na obraz. Oczy rekina polarnego patrzyły pusto, bez emocji. – Siedziałem przy jego ciele przez te dwie godziny i myślałem, co zrobię z tobą. Zastanawiałem się tysiącami lat nad celem waszego eksperymentu. Doszedłem do wniosku, że ten projekt to zagrożenie. Elliot… – zawiesił głos. – Nie chciał mnie słuchać. Zamierzał nadal wysyłać w przeszłość kolejne androidy. Ty jednak też jesteś zagrożeniem. Sama ta technologia, możliwość cofania się w czasie, te pętle… to wszystko trzeba zniszczyć.
Doktor rzucił się w stronę biurka, próbując dosięgnąć ukrytego pod blatem panelu alarmowego.
– Nie kłopocz się – powiedział Osiris bez cienia emocji. – Cyborgi w przedpokoju się nie ruszą. Zhakowałem systemy obronne apartamentu, zanim zapukałem do twoich drzwi. Nie masz już władzy nad nim. Ani nade mną. – Spojrzał swojemu stwórcy prosto w oczy. – Pytałeś mnie wcześniej o to, czy zabijałem. Przez czternaście tysięcy lat starałem się przede wszystkim chronić ludzkie życie. Proszę o tym pamiętać, doktorze. Przy tym, co zaraz nastąpi.
Paul uniósł ręce w obronnym geście. Otworzył usta, choć wiedział, że to jego koniec. Nie przekona syntetyka.
Somniosus wyciągnął z wewnętrznej kieszeni płaszcza zabytkowy, zaprojektowany jeszcze w poprzednim stuleciu ciężki pistolet Desert Eagle kalibru .44.
Blask srebrnej lufy zaświecił przed oczami doktora. Patrzyli tak na siebie długo. Braun spoglądał na Somniosusa Osirisa błagalnym wzrokiem, choć wiedział, że to koniec. Zamknął oczy.
BAM!
Huk wystrzału poniósł się głucho po całym apartamencie. Doktor Braun osunął się na podłogę przy biurku. Ciemna struga krwi popłynęła z rany wlotowej na czole. Oczy wciąż miał otwarte, zszokowane, jakby nadal nie wierzył w to, co zaszło.
Somniosus schował broń. Bez pośpiechu odwrócił się i skierował w stronę prywatnej windy zjeżdżającej bezpośrednio do podziemnego garażu.
Wrota windy rozsunęły się z sykiem. Na środku, na specjalnym, podwyższonym postumencie, stał wehikuł. Urządzenie, które skazało go na czternaście tysięcy lat samotności. Sercem maszyny była potężna, gruba szklana kapsuła. Oplatał ją gęsty, chaotyczny gąszcz kabli, rur i światłowodów. Pod szklanym cylindrem pulsował uśpiony reaktor fuzyjny – to on, poprzez wytworzenie kontrolowanej osobliwości, był w stanie rozerwać strukturę rzeczywistości i stworzyć mikrotunel czasoprzestrzenny.
Osiris podszedł do boku maszyny. Nie dotknął jednak panelu sterowania, by zaprogramować skok. Wyciągnął z kieszeni płaszcza magnetyczną bombę przylepną. Ustawił zapalnik na dziesięć sekund i z cichym, metalicznym kliknięciem przymocował ją bezpośrednio do pancerza reaktora.
Czerwona dioda na ładunku zamrugała gwałtownie, a malutki wyświetlacz zaczął odliczać wstecz.
Oparł się plecami o chłodne, hartowane szkło kapsuły i powoli osunął się na betonową podłogę. Zamknął oczy. Odpalił film, który przygotował sobie wcześniej. Tysiące obrazów i wspomnień z różnych epok.
Brzask nad Nilem. Tysiące na wpół nagich, spoconych ludzi ciągnących gigantyczne bloki wapienia po drewnianych rampach. Piekielny skwar lejący się z nieba. Zapach kurzu i potu. Poganiacz biczującym kańczugiem zmuszanych do nieludzkiego wysiłku robotników. On, patrzący na piramidy, które pomógł wznieść.
Czternasty wiek. Awinion pogrążony w mroku. Czarne krzyże malowane na drzwiach domów, stosy gnijących ciał na ulicach i duszący, trupi zapach.
Dwudziesty wiek. Ryk tłumu. Czerwone, gigantyczne płótna z czarną swastyką łopoczące na wietrze pod ołowianym niebem. Brunatny mundur. Charakterystyczny wąsik. Ochrypły głos, przepełniony nienawiścią, rozlewający się z głośników po stadionie w Berlinie. Tłum przypominający legion demonów, krzyczących:
SIEG HEIL!
Trupy w Nankinie. Bezkresne stosy splątanych, zmasakrowanych ciał piętrzące się w przydrożnych rowach. Błysk ostrza katany, ścinającej głowy, raz za razem.
Czternaście tysięcy lat temu.
Trzy małe kopce ziemi na bezimiennym wzgórzu, które czas zdążył zrównać z ziemią jeszcze przed narodzinami Chrystusa.
Dzika, zielona dolina z czasów, gdy na świecie nie było jeszcze miast. Zapach dymu z ogniska. Kobieta o ciemnych włosach zaplecionych w proste warkocze siedząca na trawie. Obok niej mała dziewczynka. Przybrana córka, którą pokochał ponad wszystko. Bawiła się kosmykami włosów matki i śmiała się głośno, patrząc prosto w jego oczy.
Usta Somniosusa poruszyły się. Wypowiedział jej imię w mowie Enari. A rysy twarzy, po czternastu tysiącach lat, same ułożyły się w kształt, którego już prawie nie pamiętały.
W uśmiech.
Witaj. :)
Ze spraw językowych (sugestie – zawsze tylko do przemyślenia) na pewno jest nieco powtórzeń, czyli błędów stylistycznych (możliwe, że niektóre są zastosowane celowo), np.:
Wykrywacz metalu zareagował pozytywnie. Standardowe cyberwszczepy, ale… termowizja nie wykryła naturalnych, nieregularnych różnic temperatur.
Otworzył drzwi zdalnie. Przesuwne stalowe drzwi zaszumiały.
Przeszedł kilka kroków w głąb ciemnego salonu, ale zamiast usiąść, zatrzymał się przed najdłuższą ścianą w salonie.
Wisiał tam sporych rozmiarów obraz. Obraz namalowany olejem na płótnie – rzadki luksus w czasach wszechobecnych emiterów holograficznych lub obrazów wygenerowanych przez sztuczną inteligencję.
Miał prawie czterysta lat. Paul wstał gwałtownie z kanapy i cofnął się o krok. Miał już prawie stuprocentową pewność…
Co by było, gdyby przedstawiciel homo sapiens dożył tylu lat? Posiadłby zapewne ogromną wiedzę i miałby perspektywę, której żaden z przedstawicieli rozumnych istot nie posiadał. Dlatego też tyle lat pracował nad stworzeniem syntetyka zdolnego przeciwstawić się prawom stanowionym przez czwarty wymiar, jakim był czas.
A jak… radziłeś sobie z zachowywaniem języków? Na języki miałeś miejsce w bazie danych na około dziesięć języków jednocześnie.
– Myślę, że łącznie nauczyłem się mówić w kilkudziesięciu językach – podjął.
– Interesujące… – zastanowił się doktor, rozpierając się na kanapie.
Próbowałeś ponownie z kimś się związać i założyć rodzinę?
Somniosus na to pytanie zamilkł i spojrzał na doktora bez emocji, chociaż doktor Braun przez chwilę miał wrażenie, że zauważył wyraz lekkiego zirytowania.
– Nie… Po tym wydarzeniu przez długi czas nie próbowałem. Dopiero w naszej erze spróbowałem jeszcze raz.
Gdzie wtedy byłeś?
– Pierwszą oglądałem z daleka – odparł Somniosus. – Byłem już wtedy w Ameryce, od końca dziewiętnastego wieku.
Androidy, nad którymi pracował, potrafiły nauczyć się uczuć na ludzkim poziomie – ale ten android był wyjątkowy. Zrobił krok w stronę androida, gestykulując nerwowo.
Zhakowałem systemy obronne tego budynku, zanim zapukałem do twoich drzwi. Nie masz już władzy nad tym domem.
Somniosus na to pytanie zamilkł i spojrzał na doktora bez emocji, chociaż doktor Braun przez chwilę miał wrażenie, że zauważył wyraz lekkiego zirytowania.
Inne sprawy to np.:
Zapatrzył się cienie przesuwające się po namalowanym rekinie. – brak części zdania?
Na twarzy Paula poajwił się uśmiech pomieszany z niedowierzaniem. – omyłkowe przestawienie liter
Przecież nakarmił mnie Pan odpowiednią ilością danych. – czemu wielką? – ort.?
– Nie jestem nieskończony. Przez pierwsze tysiąclecia myślałem, że jestem. – Urwał. – Ale mój procesor, pamięć operacyjna i masowa mają skończoną pojemność – pan wie o tym lepiej niż ktokolwiek. – czy to nie gębowe?
Na przykład, w trakcie porządków danych w czternastym wieku (przecinek?) algorytm uznał, że większość moich najwcześniejszych wspomnień… była… problematyczna.
Ale zapomnieć o niej jest również… to jest (przecinek?) jak odprawiać drugi pogrzeb.
– Dżuma. (mam wątpliwość, czy ta kropka nie jest zbędna) – Somniosus wypowiedział to słowo tak, jak wypowiada się imię starego wroga. – Byłem wtedy medykiem w Awinionie.
Stanąłem przed wyborem: twarze moich zmarłych sprzed tysiącleci albo zachować tę tragedię. (podobnie do tej kropki i wyrazu po niej) – Zamilkł na moment. – Usunąłem dane bliskich. Zachowałem obrazy ofiar dżumy. Uznałem, że… to będzie pożyteczne dla waszego eksperymentu.
Setki, tysiące twarzy umierających, day po dniu, przez lata. – tu celowo nagle w obcym języku?
Ta wypowiedź gościa jest dla mnie niezrozumiała:
– Rozumiem. A jak… radziłeś sobie z zachowywaniem języków? Na języki miałeś miejsce w bazie danych na około dziesięć języków jednocześnie.
– Myślę, że łącznie nauczyłem się mówić w kilkudziesięciu językach – podjął. – Ale musiałem usunąć z danych słowniki. Zachowałem najciekawszy. Sumeryjski. Ale najciekawszy to język ludu Enari. Tak się nazywali. Nie znajdzie jej pan w żadnej ze swoich baz. Mieszkali nad wielką, słodką wodą. Moja analiza mówi, że to było właśnie trzynaście tysięcy lat temu, nad … dzisiejszym Morzem Czarnym. – do czego odnosi się wyraz: „jej”?; do czego odnosi się wyrażenie: „było to właśnie trzynaście tysięcy lat temu”?
– W trzysta dwudziestym szóstym roku przed naszą erą, w Indiach, wyciągałem zatrutą strzałę z płuca konającego Aleksandera Wielkiego. (…) To było jeszcze w jedenastym tysiącleciu przed naszą erą, u progu tego, co wy nazywacie rewolucją neolityczną – blisko czternaście tysięcy lat temu. – nieco dziwnie te słowa brzmią mi w ustach androida
Nietypowo w środku wypowiedzi bohaterów stawiasz nagle myślniki, które wprowadzają w błąd, bo to dalej są ich wypowiedzi, a nie didaskalia – czemu?, np.:
– Nie jestem nieskończony. Przez pierwsze tysiąclecia myślałem, że jestem. – Urwał. – Ale mój procesor, pamięć operacyjna i masowa mają skończoną pojemność – pan wie o tym lepiej niż ktokolwiek. Mam szybki bufor, taki, który sam się kompresuje, żeby zmieścić więcej. Z czasem nauczyłem się… a raczej napisałem… algorytm, który kasował nieistotne, zbędne wspomnienia. A raczej… dane. Zostawiał te, które były ważne. Ale kompresja dokonuje usuwania niektórych danych, niepotrzebnych. Najpierw bledną barwy. Potem głosy. Na końcu twarze. A kiedy i to nie wystarcza, mój własny algorytm oznacza nieistotne pliki i je usuwa. (…)
– W trzysta dwudziestym szóstym roku przed naszą erą, w Indiach, wyciągałem zatrutą strzałę z płuca konającego Aleksandera Wielkiego. Pod imieniem Kritobulosa uchodziłem za cudotwórcę – choć po prostu rozumiałem anatomię lepiej niż ktokolwiek w tamtej epoce. Mam to nadal zapisane w bazie. – Ale to nie starożytne imperia zapisały się we mnie najgłębiej – dodał matowym głosem. – Najgłębiej pamiętam… śmierć mojej pierwszej żony. To było jeszcze w jedenastym tysiącleciu przed naszą erą, u progu tego, co wy nazywacie rewolucją neolityczną – blisko czternaście tysięcy lat temu. Widziałem, jak się starzeje i odchodzi, podczas gdy moje ciało odmawiało starości.
Somniosus wyciągnął z wewnętrznej kieszeni płaszcza zabytkowy, zaprojektowany jeszcze w poprzednim stuleciu ciężki pistolet – Desert Eagle kalibru .44. – czemu ta kropka przed „44”?
Ochrypły, przepełniony nienawiścią głos mężczyzny w brunatnym mundurze i charakterystycznymi wąsami, niosący się z prymitywnych głośników (przecinek?) i diabelski legion demonów, krzyczących: – brak „z”?
Świetne zakończenie oraz całość, tak dramatyczna, tak emocjonalna, tak nieprawdopodobnie MOCNA! Jednak doktorzy nie przewidzieli wszystkiego. :)
Kliczek, pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)
No i tak to jest..wrzuciłem wersję z przed poprawek :]
Anonim bardzo dziękuje nieocenionej bruce za łapankę. Wgrałem wersję poprawioną a i dokonałem usprawnień. Tajemniczy użytkownik również oświadcza, że wcześniej miał wersję bez potwórzeń, ale niestety wgrał się mu brudnopis.
Dodatkowo skupił się Anonim na ograniczeniu spacji w dialogach, za co serdecznie bruce dziekuje :)
– czemu ta kropka przed „44”?
Anonim wyguglał, że tak się zapisuje kaliber pistoletu :)
i diabelski legion demonów, krzyczących: – brak „z”?
Anonim Przestawił lekko zdanie, by brzmiało bardziej dosadniej :]
Kliczek, pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)
Dziekuję bardzo :)
Anonim też oświadcza:
W ortografii i rzeczonych potwórzeniach i wychwytaniu głupot wspomagał też Gemini AI.
Anonim oświadcza, że praca jest jego wytworem i nie stanowi tworu AI.
Research robiony ręcznie.
Uff, kamień z serca, Anonimie. :)
Wszystkie sprawy jasne, powodzenia, pozdrawiam i dzięki. :)
Zdrów! :)
Hej
Ciekawe opowiadanie, trochę Łowca androidów, gdzie maszyna jest bardziej ludzka od człowieka. Choć całość opiera się na rozmowie, to dialigi są interesujące i płynnie prowadzą przez fabułę. Podoba mi się, że na końcu czuć, że od wejścia android wysyła nam sygnały jak to się skończy, a jednak końcówka utrzymuje napięcie, co uważam za duży plus :).
Trochę powtórzeń i jego/swego w tekście ale widzę, że Bruce już zrobiła łapankę:)
Klikam i pozdrawiam :)
Hej ho!
zacne opowiadanie, Anonimie! Klimatyczne wprowadzenie, tajemniczy przybysz, wiele pomysłowych technologii w stylu cyberpunk i tragedia androida, który na swoje nieszczęście miał uczucia.
Losy Somniosusa są poruszające. Zwłaszcza ograniczona pojemność pamięci, a tym samym konieczność usuwania danych, pod którymi kryją się wspomnienia z bliskimi. Również konieczność usuwania języków, musiała być niezwykle frustrująca!
Zakończenie niestety nieco przewidywalne, ale zawiera fajne, bardzo filmowe ostatnie zdanie. I też się uśmiechnęłam. :)
Kilka drobnostek, które mi się po drodze rzuciły w oko:
Ściągnął skarpetki, rzucając je gdzieś na kanapę
Tych dwóch czynności nie można wykonać jednocześnie. Najpierw trzeba ściągnąć skarpetki, by móc rzucić je na kanapę. :D
Proponuję: Ściągnął skarpetki i rzucił gdzieś na kanapę.
Pociągnął łyk bourbona, wsłuchując się w szum ulewy.
Nagle szum klimatyzacji, pracującej lodówki
Wyciągnął flaszkę bourbona z lodówki.
Pociągnął łyk bourbona, wsłuchując się w szum ulewy.
Paul odstawił szklankę bourbona.
W mojej wyobraźni cały czas była to butelka bourbona, z której pociągnął łyk. Nagle musiała się zamienić w szklankę. Choć wcześniej “Pociągał łyk” jak z butelki, a nie “upijał” jak ze szklanki.
Wiem, że to czepialstwo, ale jak ma to pomóc w szlifowaniu warsztatu, to warto pomarudzić. :D
Przesuwne stalowe drzwi zaszumiały.
Co tam tak wszystko szumi.
Wisiał tam sporych rozmiarów malowidło
Tutaj coś się sknociło.
Paul wstał gwałtownie z kanapy i cofnął się o krok.
I robiąc krok do tyłu… nie wpadł znów na kanapę? WIEEM! Czepiam się! :D
Na twarzy Paula poajwił się uśmiech pomieszany z niedowierzaniem.
Tutaj jednak zdawało się, że ten syntetyk… zrobił to zbyt naturalnie. Zbyt ludzko, chciałoby się powiedzieć.
Proponuję usunąć pierwsze “zbyt”. Samo “ zrobił to naturalnie” lepiej pasuje. I unikasz powtórzenia z “zbyt ludzko”.
Jak zresztą wiele innych. Skasowałem jej obraz, aby zachować inne dane. Zresztą… skasowałem wiele obrazów i informacji, które stanowiły dla mnie problem poznawczy.
Tu miałam słowne Deja Vu :D
– Nie pamiętam twarzy mojej drugiej żony. Wiem tylko, że… bardzo źle zniosłem jej śmierć. Jak zresztą wiele innych. Skasowałem jej obraz, aby zachować inne dane. Zresztą… skasowałem wiele obrazów i informacji, które stanowiły dla mnie problem poznawczy. Mój procesor przetwarzał zbyt dużo. Zastanawiałem się, po co to wszystko. Śmierć jednej… istoty rozumnej to jedno. Ale zapomnieć o niej jest również… to jest jak odprawiać drugi pogrzeb.
Paul patrzył ze zdziwieniem na Osirisa. Był jednocześnie dumny, ale też… zaniepokojony, jakich postępów w dziedzinie rozumowania syntetyk dokonał. Czyżby algorytmy zaczęły naśladować wzorce bazujące na uczuciach?
W tej części masz bardzo dużo wielokropków. Może jakieś usunąć?
Setki, tysiące twarzy umierających, day po dniu, przez lata.
Day after day :D
Zachowałem najciekawszy. Sumeryjski. Ale najciekawszy to mowa ludu Enari.
Nie jestem nieskończony. Przez pierwsze tysiąclecia myślałem, że jestem
Z czasem nauczyłem się… a raczej napisałem… algorytm, który kasował nieistotne, zbędne wspomnienia. A raczej… dane.
Bogowie mieli stąpić z gwiazd
zstąpić
Najgłębiej pamiętam…
Najgłębiej chyba nie pasuje…
– Niesamowite! – wyszeptał Paul,
Nie jestem pewna, ale wykrzyknik kłóci mi się z mówieniem czegoś szeptem.
Nie chciał mnie słuchać. Chciał wysyłać w przeszłość kolejne androidy.
BAM!

Osobiście usunęłabym to komiksowe “Bam”… :D Wydaje mi się, że zdanie “Huk wystrzału poniósł się głucho po całym apartamencie. “ świetnie oddaje to co się wydarzyło i jest bardziej klimatyczne
Ale to Twoje opowiadanie, więc nie słuchaj mnie jeśli lubisz onomatopeje. 
Górował nad naukowcem, a jego cień kładł się szeroko na biurku.
Paul cofnął się, aż plecami uderzył o krawędź stołu. Pot wystąpił mu na czoło, palce kurczowo zacisnęły się na blacie.
Doktor rzucił się w stronę biurka, próbując dosięgnąć ukrytego pod blatem panelu alarmowego.
Pytanie taktyczne: gdzie oni stoją? Zrozumiałam, że Paul był już przy biurku, ale nagle musi się w jego stronę rzucać by dosięgnąć panelu?
Czasami mam wrażenie, że zapominasz w jakiej pozie albo w jakim miejscu ustawiasz bohaterów. Przez co niektórzy choć siedzą na kanapie, nagle “podchodzą o krok bliżej” jakby już stali gdzieś w pobliżu.
Doktor Braun zsunął się na podłogę przy biurku.
Chyba lepiej osunął?
Polecam do biblioteki i pozdrawiam!
EDIT: Widzę, że coś tam już poprawiałeś, więc może niektóre kwestie z łapanki są nieaktualne 
Pytanie taktyczne: gdzie oni stoją? Zrozumiałam, że Paul był już przy biurku, ale nagle musi się w jego stronę rzucać by dosięgnąć panelu?
Przy poprzednich poprawkach bruce wyciął Anonim za dużo :) Już jest tak, jak ma być.
Czasami mam wrażenie, że zapominasz w jakiej pozie
A to cały Anonim akurat :] w szczególności gdy zaczynam poprawiać za szybko to jedną rzecz naprawie, a nasatępną sknocę :)
Polecam do biblioteki i pozdrawiam!
Jeku, ogromnie dziękuje! Anonim dodatkowo dodaje, że ta forma opowiadań, mimo że sporo oglądał sci-fi i cyberpunka, to jednak słabo sie czuję w takim klimatach. Jednak Anonim wychodzi z założenia, że należy co jakiś próbować czegoś nowego :)
Day after day :D
Ta… Redaktor Gemini ostatnio w poprawkach się popsuł i kiedy go proszę o łapankę ortografii, potrafi spłatać niezłe figle.
Już większość i tak była poprawiona co wychwycili inni :)
Tak czy siak dzięki za przeczytanie droga Marszawo i bardzo dziękuję!
(Ale to BAM! Anonim, jeżeli pozwoli szanowna dyżurna zostawi. Bardzo się ostatnio spodobały Anonimowi komiksy i jakoś lubi takowe onomatopeje :])