W poprzednim rozdziale: http://www.nowafantastyka.pl/opowiadania/pokaz/35157
W poprzednim rozdziale: http://www.nowafantastyka.pl/opowiadania/pokaz/35157
Jedynie miarowy stukot łyżek o dno misy i przeciągłe mlaskanie Dobromira zakłócało ciszę w chacie Sulisława. Domownicy pochylali się nad naczyniem, wpatrując się w kaszę.
Mściwój odłożył łyżkę. Wstał i ruszył do worka w kącie izby. – Odchodzę.
Sulisław uniósł głowę, jego dolna warga drgnęła. Zdzisława zasłoniła usta dłonią; z kącików oczu spłynęły jej łzy.
Dobromir prychnął. Odrzucił głowę do tyłu, pryskając śliną do misy.
– Odchodzis? A dokąd to się wybieras?
– Do Mysłodara. – Wbił wzrok w ojca, ignorując szwagra. – Koniec z byciem porabem na własnej ziemi. Dźwignął worek, zarzucił go na ramię i wyprostował się. – Za lata harówki zabieram wór ziarna. Biorę też topór i kożuch. Należy mi się.
– Co?! – ryknął Dobromir. Zerwał się na równe nogi. Domownicy skulili się w sobie.
– Ziarno będzies chąsiebił?! Ojcowisnę wynosis?!
– To nie chąśba. To moja zapłata.
Dobromir ruszył na niego. Niższy, lecz szerszy w barach, pchał się naprzód całym ciałem. Oddech świszczał mu przez zaciśnięte zęby.
– Do Mysłodala, powiadas? – Napierał. Niemal wbił się w pierś Mściwoja. Do tego obsego, co w glinie się nola? Toś sobie umyślił! Będzies polabem u polabów! Będzies im gówno z butów cyścił!
– Wolę to, niż robić u ciebie na mojej ziemi.
Młodsza siostra pociągnęła nosem, a zaraz za nią cichy szloch wydobył się z gardła brata.
– Braciszku, nie odchodź! – załkała, podbiegając i chwytając go za nogę. – Kto nas obroni?
Położył dłoń na głowie dziewczynki. Matka szlochała, ojciec uparcie wpatrywał się w klepisko.
Jasna przewróciła oczami, przerywając skubanie chleba. – O, jaka żałość. Chłop tylko na poniewierkę idzie, nie do Nawii. – Zerknęła na męża. – To nawet lepiej. Jedna gęba do karmienia mniej, to i dla nas więcej strawy ostanie.
Dobromir odwrócił się do niej gwałtownie. Krew napłynęła mu do policzków, aż żyły na skroniach nabrzmiały pulsującymi węzłami.
– Zawzyj pysk, głupia kozo! Ty za niego w pole pójdzies? Ty za niego dlwa nalombies? – Aż podskoczyła, chleb wypadł jej z otwartych ust. Po raz pierwszy zwrócił swoją furię przeciw niej. Rozejrzała się za pomocą, ale rodzina milczała. Kolana się pod nią ugięły. Skuliła się. Sulisław drgnął i odruchowo zasłonił głowę ramieniem.
– Nic stąd nie wezmies! – rzucił się na Mściwoja. – Jak chces iść, to idź! W jednej kosuli, tak jak stois! Won!
– Nie możesz mi niczego zabraniać. Stoisz w chacie mojego ojca. A stąd każdemu synowi, co na swoje odchodzi, należy się odprawa. Takie prawo.
– Plawo?! Ja ci tu zaraz dam plawo! – uniósł wielką pięść.
Mierzyli się wzrokiem. Dobromir górował masą, otłuszczonym ciałem blokował wyjście. Mściwój ani drgnął – zwarty, napięty. Dobromir na chwilę przeniósł wzrok na szerokie bary Mściwoja, rozluźnił palce, uniesiona pięść opadła.
Widząc to, Mściwój uderzył. Ale nie pięścią.
– Spróbuj. Pójdę do starszych. Opowiem, co robisz Ludmile. Opowiem, co czynisz na cudzej ziemi, odbierasz pierworodnemu źreb. Narobię wam takiej sromoty na całe opole, że do końca życia będziecie chodzić z opuszczoną głową.
Twarz Dobromira nabiegła krwią, by zaraz trupio zblednąć. Zgrzytnął zębami, aż chrupnęło.
– Bies te swoje łachy – syknął przez zaciśnięte zęby. – I wynos się stont.
Mściwój bez słowa zdjął z kołka ciężki kożuch i stary topór.
– Mściwoju… synu… – wychlipiała matka.
– Ojcze?
Sulisław nie podniósł wzroku.
Mściwój zatrzymał się na progu.
– Żegnajcie.
Nie czekając na odpowiedź, wyszedł.
Drzwi zamknęły się za nim z cichym skrzypnięciem. Ciszę w chacie przerywał płacz rodzeństwa i chrapliwy oddech Dobromira. Na podwórzu skręcił do gumna. Zarzucił na plecy ciężki worek ziarna, pchnął wrota i ruszył bez oglądania się za siebie.
* * *
Robert, Agnieszka i Gniewko wracali znad rzeki w chłodzie poranka. Szli szybko, śmiejąc się i rozcierając zziębnięte ramiona. Gdy wyszli spomiędzy drzew, ich radosny gwar urwał się gwałtownie. Przed chatą czekał Mściwój. W dłoni mocno ściskał rękojeść topora.
Zatrzymali się.
– Widzę, że spaliłeś za sobą mosty – rzucił Robert, patrząc na worek i topór. – Wejdź. Zjemy śniadanie.
Mściwój drgnął.
– Przyniosłem ziarno. – Wskazał na worek. – Nie chcę darmozjadem zostać.
– Dobrze, zajmiemy się nim później – odparł. – Teraz siadaj z nami.
Zesztywniał. Przejechał dłonią po karku. Spojrzał na nich, utkwił wzrok w parującej polewce. Agnieszka uśmiechnęła się i delikatnie pociągnęła go za rękaw. Ustąpił. Ruszył za nią w milczeniu i opadł na brzeg ławy.
Kiedy skończyli jeść, Robert wstał i ruszył za chatę. Mściwój poszedł za nim.
– Popatrz. – Wskazał na równo ułożone rudawe bryły. – To cegła. Zwykła glina i piasek. Po wyschnięciu wypalimy je w ogniu, by stwardniała na kamień. Przetrwa deszcz i ogień. Zrobimy z nich palenisko, z którego dym nie idzie do izby.
Wbił wzrok w chłopaka. – To ciężka praca, ale dzięki niej może kiedyś odzyskasz to, co twoje.
Szczęka Mściwoja drgnęła, gdy otwierał usta, wpatrzony w stos cegieł.
– Nigdy takich rzeczy nie robiłem. Nigdy. – Głos mu się łamał. – Ale zrobię wszystko, co trzeba. – Kąciki jego ust drgnęły w ostrożnym uśmiechu.
– Musimy znaleźć ci miejsce do spania – powiedziała Agnieszka. – Chata nasza ciasna, ale damy radę.
– Dziękuję. Ale nie trzeba. Dni i noce coraz cieplejsze. Mogę spać w sypańcu.
Robert zmarszczył brwi.
– Chłopie, to miejsce na ziarno, nie dla człowieka. Chociaż… – Przeniósł wzrok na niewielki budynek. – Na czas naprawy chaty, też będziemy potrzebowali miejsca do spania. W sumie jest tam trochę siana, zyskasz przynajmniej miękkie i ciepłe posłanie.
– To i tak więcej, niż miałem w rodzinnej chacie. – Spuścił wzrok, a jego głos stał się cichszy.
Długo patrzyli na niego bez słowa. Robert podszedł i położył Mściwojowi dłoń na ramieniu.
– W sypańcu zimą spać nie będziesz. Posłuchaj. Teraz najważniejsza jest naprawa naszej chałupy, a zaraz potem żniwa. Gdy tylko zwieziemy plony, zabierzemy się za budowę twojej izby. Będziesz ją miał zanim spadną pierwsze śniegi.
Kącik jego ust drgnął, lecz zaraz znów zacisnął szczęki.
– Mysłodarze… nowa chata wymaga zgody starszych. Dobromir natychmiast pobiegnie do ojca. Przepchną swoją wolę. Prawić będą, że wolnych łanów brak, żebym do ojca wrócił, zmuszą mnie do powrotu pod bat swaka.
– Dobrogostem pomartwimy się we właściwym czasie. – Z opresji zawsze prowadzi jakaś ścieżka. Teraz goni nas praca. Musimy ruszyć z budową pieca.
– Przed nami tygodnie ciężkiej roboty. Ale najpierw… zanieśmy to ziarno. Od dziś pracujemy na jedno.
* * *
Słońce grzało mocno, susząc skoszoną trzcinę. Ciepły wiatr niósł zapach lasu i dymu z osady. Rzędy glinianych brył schły w cieniu. Siedzieli na kłodzie. Robert przeczesał włosy i długo patrzył przed siebie. Kiedy się odezwał, mówił ciszej niż zwykle. Agnieszka od razu odwróciła głowę.
– To, na co się porywamy, przytłacza mnie, Aga – mruknął. – Tyle jeszcze przed nami. Glina. Cegły. Trzcina. Piec… Jeden błąd i, gdy nadejdą pierwsze śnieżyce, zostaniemy z dziurą w ziemi bez strzechy. Nie dostaniemy drugiej szansy.
Przysunęła się bliżej i położyła mu dłoń na ramieniu. Poczuła napięte mięśnie męża. Jej dłoń również zesztywniała.
– Zaplanujemy każdy krok, najdokładniej jak potrafimy – oznajmiła, po czym odwróciła głowę. – Mściwoju! Liczymy na ciebie. Znasz te lasy lepiej od nas. – Uśmiechnęła się do niego.
Podniósł głowę, wbijając w nią oczy.
– Pomogę, tylko powiedzcie jak.
Robert wstał, podszedł do najbliższego rzędu i uniósł jeden blok.
– Cegły schną. Trzcina też. Na razie wszystko idzie zgodnie z planem. Cegła straciła ciężar. Patrz, przybrała barwę wypłowiałej czerwieni.
Mściwój potakiwał bez słowa.
– Te są już suche. Posłużą za wzór. Kiedy reszta będzie wyglądała tak samo, zaczniemy wypał.
– Kiedy będą gotowe zaczniemy sortować trzcinę i wiązać z niej snopki na strzechę – dodała.
– Wszystko zależy od konstrukcji pieca. Jeśli piec nie utrzyma żaru, cała robota pójdzie na marne. – Odłożył cegłę z przesadną delikatnością.
– To prawda, ale musimy zminimalizować ryzyko – mruknęła, krzyżując ramiona na piersiach.
–Zacznijmy od połowy – wszedł jej w słowo. – Jeśli wypał się nie powiedzie, stracimy tylko część, ale zrozumiemy, co poprawić.
– Nie zgadzam się. Nie pozwolę, byś tyrał przez kolejne tygodnie. Przypłacisz to zdrowiem. Poza tym… – przeniosła wzrok na chłopaka – przed zimą musimy postawić chatę dla Mściwoja.
Mężczyzna zamrugał gwałtownie. Przełknął ślinę, a jego potężne ramiona nagle opadły. Wpatrywał się w nich, niezdolny do wyduszenia słowa.
– Nie zaczynajmy od pełnej skali. Najpierw wykonajmy próbę na ceramice – zaproponowała. – Ulepmy naczynia: misy, dzbany, talerze. Wypalimy je. Jeżeli wyjdą całe i twarde, poznamy, że piec działa.
– Jakiej kubatury potrzebujemy? – Robert omiótł wzrokiem rzędy wysychających cegieł. – Zakładając podział na dwie partie… wystarczy nam komora o objętości około trzech metrów sześciennych?
Mściwój drgnął i mocno zmarszczył brwi.
– Czyli jaka? – wyrzucił z siebie.
– Mniej więcej tyle, co mała izba – wyjaśniła.
– Budowa takiego pieca to osobne wyzwanie… trudniejsze niż budowa chaty… musimy postawić konstrukcję z drewna, oblepić ją gliną, później obsypać to grubą warstwą… – Robert kręcił głową. – Nie wiem, ile czasu nam to zajmie.
Mściwój wbił wzrok w ziemię pod stopami. Skubnął palcami suchą trawę, po czym rzucił:
– A po co stawiać wszystko na wierzchu? Dla bydła tak się robi. My możemy wejść w ziemię. Wykopany urobek rzucimy na wierzch.
Agnieszka aż klasnęła dłonią w kolano.
– Robert, on ma rację.
Mściwój spuścił głowę, ale nie ukrył uśmiechu.
– Idźmy dalej tą ścieżką. Wykorzystajmy naturalne ukształtowanie terenu. – Robert zrobił kilka szybkich kroków, rozglądając się po okolicy.
Spojrzeli na niego pytająco.
– Po co marnować siły na kopanie dołu, skoro możemy wbić się w zbocze? Szukajmy skarpy. Zaoszczędzimy mnóstwo kopania.
– Brawo inżynierze! – poklepała go po ramieniu.
– Znam takie miejsce nad rzeką – włączył się Mściwój. – Wysoki brzeg, a przed nim szeroka łąka.
– Tak! – zawołała. – Widziałam to miejsce, kiedy szłam po witki!
– Sprawdźmy je. – Robert zatarł dłonie, lecz zaraz spoważniał. – Zostaje jeszcze drewno. Paliwo zadecyduje o żarze.
– Na buczynie i dębinie warzy się strawę. – Włączył się Mściwój. – Sosna dobra na rozpałkę.
– Właśnie. Chodzi o to, żeby temperatura nie skakała zbyt gwałtownie. Wtedy proces przebiega równomiernie i…
Urwała.
Mściwój ściągnął brwi. Wodził wzrokiem między nimi.
– Znowu się rozpędziłam – powiedziała zagryzając wargę.
– Oboje się rozpędziliśmy.
– Mściwoju, zapomnij o tej całej temperaturze i procesach. Szukamy drewna, które długo trzyma mocny, równy żar.
Rozluźnił ramiona. Wyprostował się.
– To dębina albo buczyna. Ojciec zawsze powtarzał: „Zaczynasz od miękkiego ognia, ale kończysz na twardym”.
– „Twardy ogień”… – Robert z uznaniem pokiwał głową. – To lepsze niż połowa podręczników do termodynamiki.
– Plan gotowy – podsumowała promieniejąc. – Gromadzimy twardy opał liściasty. Już ostrzę sobie zęby na popiół – mrugnęła do męża.
Ruszyli w stronę rzeki. Gniewko co chwilę odbiegał od ścieżki, goniąc motyle.
Mściwój przez dłuższą chwilę obserwował idącą przodem Agnieszkę.
– Mysłodarze… – zaczął ostrożnie. – Wybacz śmiałość, to wasze rodowe sprawy są, ale… czy u waszego ludu baby radzą chłopom przy robocie?
– Ona nie radzi. – Zatrzymał się. – Planujemy razem. To nasz wspólny dom i nasz los.
– Ale… to męska rzecz. Kobiety dbają o ognisko, o dzieci, o jadło. A wy rozmawiacie ze sobą niczym dwaj gospodarze.
– Dlaczego rezygnować z opinii kogoś mądrzejszego? – powiedział głośno.
Mściwój zamrugał kilka razy.
Agnieszka parsknęła i zmarszczyła nos.
– Każdego dnia dziękuję bogom za to, że ją mam – zaśmiał się. – Ona widzi rzeczy, których często nie dostrzegam.
– Nie kokietuj mnie – zaśmiała się.
Mściwój znów znieruchomiał. Wodził oczami od jednego do drugiego, szukając na twarzy choćby cienia kpiny. Nie znalazł. Robert patrzył na żonę jak ze śmiechem podbiegła do Gniewka.
– Musicie wiedzieć… – powiedział, wpatrując się w ziemię.– Ludzie… oni o was gadają.
Wymienili szybkie, czujne spojrzenia.
– Co mówią? – zapytała spokojnie.
– Że ze Złym paktujecie. Że siła biesów wam pomaga.
Zapadła cisza. Zatrzymała się i odwróciła do niego.
– A ty? Ty też tak myślisz?
Uniósł głowę. Otworzył usta, ale nie odpowiedział od razu.
– Na początku… się lękałem. Patrzyłem na rzeczy, których nie rozumiałem, ale widziałem wasz pot, wasze zmęczenie.
Podszedł bliżej nich.
– Myślę, że pakt ze Złym to łatwa droga. Każdy głupiec może oddać duszę za moc, której nie pojmie, ale wymyślić coś… tak z niczego, z własnej głowy… tego biesy nie potrafią. One umieją tylko niszczyć i mamić. To, co wy robicie, jest znacznie trudniejsze niż czary.
Robert zacisnął ciężką dłoń na jego ramieniu i uścisnął mocno.
– Dziękujemy, Mściwoju. To dla nas bardzo dużo znaczy.
Dotarli na miejsce. Nad rzeczną łąką wznosiła się skarpa zwieńczona kilkoma dębami. Ściana opadała niemal pionowo. Nurt rzeki podmywał brzeg, odsłaniając pasiaste warstwy ziemi. Gniewko natychmiast pobiegł nad wodę. Kamienie ślizgały się po powierzchni, a jego okrzyki odbijały się echem od zbocza.
Robert podszedł do skarpy i przesunął dłonią po glinie. Roztarł grudkę między palcami.
– Mało kamieni. To dobrze. Łatwo będzie wejść w zbocze.
Mściwój wyciągnął zza pasa nóż i z rozmachem wbił ostrze w ścianę. Weszło głęboko. Poruszył rękojeścią.
– Twarda. Kopać ciężko, ale nie powinna się walić.
Agnieszka przykucnęła. Nabrała wilgotną glinę w garść, zwilżyła ją śliną i zrolowała w cienki wałeczek. Zgięła go ostro. Nie pękł.
– Bardzo plastyczna. Dobrze zwiąże ściany.
Uniosła głowę ku koronom dębów.
– A drzewa?
Robert podążył za jej spojrzeniem.
– Korzenie trzymają całe zbocze. To gra na naszą korzyść.
Patykiem nakreślił na ścianie skarpy owal.
– Komora tutaj. Taka, żeby można było wejść do środka i swobodnie pracować.
– Sama glina nie wystarczy – powiedziała Agnieszka. – Trzeba ją czymś podeprzeć.
Mściwój skinął głową.
– Plecionka z gałęzi. Tak robi się ściany chlewu.
Robert odwrócił się do niego.
– A potem oblepimy wszystko grubą warstwą gliny.
– Gdy rozpalimy w środku ogień, drewno się wypali, a glina stwardnieje – podjęła Agnieszka. – Zostanie sama skorupa.
Robert dorysował jeszcze otwór przy podstawie.
– Tędy będziemy ładować cegły. Kiedy piec będzie gotowy, zasypiemy go ziemią i obłożymy darnią. To zatrzyma ciepło.
Cofnęli się o kilka kroków. Przez chwilę w milczeniu przyglądali się rysunkowi na gliniastej ścianie.
– To dobre miejsce – powiedział w końcu Robert. – Zbocze samo wykona za nas połowę pracy.
Mściwój uniósł konar i z rozmachem wbił go w skarpę. Poruszył nim na boki. Nagłym szarpnięciem wyrwał go ze skarpy. Za nim obsunął się wilgotny piach, a z niego wypadł podłużny, lśniący kształt.
Schylił się i ujął znalezisko. Zimny jantarowy stożek zwężał się ku ostremu końcowi. Obrócił go w palcach. Przez chwilę tylko patrzył.
– Grom… – szepnął, niemal bezgłośnie. – Tutaj uderzył Perun.
Postąpili krok w jego stronę.
– To nie piorun, Mściwoju – odezwała się, wyciągając do niego rękę. – Mogę obejrzeć?
Z wahaniem podał jej znalezisko.
Uniosła kamień pod słońce, przesunęła kciukiem po krawędzi.
– To nie piorun. To skamieniałość. Część dawnego stworzenia morskiego.
– Belemnit? – zapytał Robert
– Tak, kiedyś pływały tutaj w morzu.
– Co prawisz? Przecież dokoła szumią puszcze, brak tu wielkiej wody! Kupcy prawią o słonych wodach na dalekiej północy, tygodnie marszu stąd.
– Nasze pole też było pod wodą! – zawołał Gniewko. – W kamieniach chowają się ślimaki! Sam widziałem!
Patrzyli rozbawieni na zdziwienie Mściwoja.
– Spójrzcie. – Zbliżyła się do skarpy.
– Ziemia ma warstwy. Jak drzewo ma słoje. Im wyżej, tym młodsze. – Kiedyś, w czasach tak dawnych, że nikt nie pamięta, cała ta ziemia, na której stoimy, leżała na dnie morza. To, co teraz sięga nieba, kryło się głęboko pod wodą. To stworzenie umarło i opadło na dno. Przez wieki przykrywał je piasek i muł, aż w końcu zamieniło się w kamień.
Mściwój wodził szeroko otwartymi oczami od Agnieszki przez pasiaste zbocze do dłoni z kamykiem.
– Wyrosłem w tej osadzie… – powiedział cicho. – Mijałem to zbocze każdego dnia… i nigdy tego nie dostrzegłem.
– Prawdę rzekli ojcowie. Weles usypał świat z ziemi wyciągniętej z dna wielkiej wody… Starcy nie kłamali. Nasza ziemia wyrosła z odmętów! – Chwycił piach w garść. Ziarna przesypywały się przez palce uniesionej dłoni.
Robert zerknął na Agnieszkę. Lekko trącił ją ramieniem.
– Chciałaś obalić mit – szepnął z rozbawieniem. – A dostarczyłaś mu dowodów na jego prawdziwość.
Zacisnęła usta, powstrzymując uśmiech.
– Tylko dlatego, że źle zinterpretował wyniki.
Gdy zbliżali się do osady, zza zakrętu wyszła Dziwa.
– Dziewanno! – zawołała z uśmiechem i podeszła do niej. – Radam cię widzieć!
– I ja ciebie – odpowiedziała, przytulając ją.
Wzrok dziewczyny natychmiast uciekł za plecy Agnieszki i zatrzymał się na Mściwoju. Chłopak uniósł głowę. Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Dziwa odwróciła wzrok, poprawiła chwyt na koszu. Mściwój opuścił bezwiednie ramię.
Agnieszka uniosła brew, łapiąc wzrok męża. Robert ledwo zauważalnie skinął głową. W kąciku jego ust pojawił się uśmiech.
Dziwa gwałtownie odwróciła wzrok. – Wracam do chaty. Muszę przygotować więcej naparu dla Domarada. Pójdziesz ze mną?
– Nie chcę wam wadzić w izbie… – cofnęła się o krok.
– Próżne słowa! – prychnęła i capnęła ją za przegub dłoni. – Chodź ze mną.
Pokręciła głową, ale po chwili roześmiała się i ruszyła za nią. – Chłopaki, dacie sobie radę bez nadzoru?
– Poradzimy sobie. Idź.
Rozdzielili się. Kobiety ruszyły w stronę osady, Gniewko z sierpem skierował się ku łące. Robert odprowadził wzrokiem żonę, po czym poklepał Mściwoja po ramieniu.
– Wykorzystaj resztę dnia na odpoczynek. Od jutra zapomnisz, co to bezczynność.
Cześć :)
Od wczoraj próbowałam przeczytać ten rozdział, ale ciągle mnie wywalało ze strony 
Wreszcie się udało :)
Wraz z kolejnymi rozdziałami coraz bardziej wciągają losy pozostałych mieszkańców osady. Podziwiam cierpliwość i konsekwencję przy budowaniu tego świata.
PS. Tęsknię za Jagną 
tak. coś się działo. mnie też wywalało i nie mogłem się zalogować.
Dziękuję za dobre słowo. Piszę to z dużą niepewnością. ciągle z wątpliwościami czy kierunek jest dobry, czy się nie rozdrabniam. W kolejce do przedstawienia czeka jeszcze sporo mieszkańców.
Widzę też, że z każdym kolejnym rozdziałem zmienia się mój styl. Chyba będę musiał przeredagować wcześniejsze bo zaczyna to wyglądać jak praca zbiorowa
Jakie jest Twoje zdanie?
Nie redaguj, zostaw, jak jest. Dopiero, jak skończysz całą opowieść, zastanowisz się nad stylem. To właśnie dobrze, że on się zmienia, bo rośnie wraz z historią :)
Rzadko tu ostatnio zaglądam, bo praca, ale staram się pod koniec każdego tygodnia sprawdzić, czy jest nowy rozdział.
Czy ja wiem, czy się rozdrabniasz. Budujesz cały świat, a to wymaga detali, by był wiarygodny :)
Cześć! Ciekawy odcinek.
Mam wątpliwości w tym dialogu:
– Jakiej kubatury potrzebujemy? – Robert omiótł wzrokiem rzędy wysychających cegieł. – Zakładając podział na dwie partie… wystarczy nam komora o objętości około trzech metrów sześciennych?
Mściwój drgnął i mocno zmarszczył brwi.
– Czyli jaka? – wyrzucił z siebie.
– Mniej więcej tyle, co mała izba – wyjaśniła.
Mściwój rozumie bez problemu bardziej zaawansowane technicznie słowa jak: kubatura, objętość, a pyta dopiero o metry. A potem dostaje wytłumaczenie “o mniej więcej izbach”, może jakaś konkretna? Np. jak ta mała izba u [imię] . A może przeliczyć to na jednostki miar Słowian (jakieś łokcie?).
Może po prostu Robert powinien zacząć prostszymi słowami “Jak dużego pieca potrzebujemy?”
Pozdrawiam!
Ciekawe, czy będzie “w samo południe”, bo napięcie wisi w powietrzu.
Pisownię i logikę sprawdzę przy drugim czytaniu – dużo lepiej mi to idzie, kiedy już znam cały tekst. Rzeczywiście ta rozmowa z Mściwojem ma kilka braków, można było ją poprowadzić zabawniej, np. chłopak mógłby szukać w pamięci słów brzmiących podobnie, a znaczących coś zupełnie innego.
Mam wrażenie, że, ponieważ jest młody i był zmuszany do pracy fizycznej, jego słownictwo może być jeszcze uboższe niż przeciętne – efekt izolacji, również społecznej. Wiadomo ze wcześniejszych rozdziałów, że był nieśmiały. Ale zawsze mógł podsłuchiwać opowieści starszych.
W szczególności “kubatura” jest słowem pochodzenia obcego. Nie jest jednak wykluczone, że Słowianie ogólnie mieli do czynienia z innymi językami. Ostatnio badania genetyczne wskazują na to, że na terenie Polski nie było “pustek” osadniczych. Nigdy nie odchodziły całe plemiona, a pewne wioski pozostawały pod wpływem określonej kultury, ale istniały cały czas.
W miejscu, w którym przez długi czas mieszkałem w Warszawie, ciągłość osadnicza istniała od czasów prasłowiańskich. Cmentarzyska różnych kultur mieszają się ze sobą na jednym terenie, począwszy od łowców reniferów. Znaleziska celtyckie wcale nie były rzadkością. Czy zaglądali tam kupcy ze szlaku bursztynowego, którzy rozumieli “kubaturę” – możliwe :)
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Mściwój rozumie bez problemu bardziej zaawansowane technicznie słowa jak: kubatura
no właśnie nie rozumie. to jest wypowiedź Roberta
A może przeliczyć to na jednostki miar Słowian (jakieś łokcie?).
odpowiedź Agnieszki miała być taka na szybko dająca orientację. Ludowe nazwy miar są ciekawe: werszok, piędź, sążeń
Może po prostu Robert powinien zacząć prostszymi słowami
chciałem by doszło do nieporozumienia
Ostatnio badania genetyczne wskazują na to, że na terenie Polski nie było “pustek” osadniczych. Nigdy nie odchodziły całe plemiona, a pewne wioski pozostawały pod wpływem określonej kultury, ale istniały cały czas.
Tak, w szczególności w Wielkopolsce i na Kujawach jest duża domieszka krwi ludów wcześniej tutaj żyjących.
SPOILER: też o tym wspomnę i to nie raz.
Słowianie mieli dużą zdolność do asymilacji. Na Bałkanach byli mniejszością a pomimo tego słowiańska kultura i język zwyciężyły tylko później z Germanami nam nie poszło. SPOILER
Rzeczywiście ta rozmowa z Mściwojem ma kilka braków, można było ją poprowadzić zabawniej
Miałem trochę inną wersję ale uznałem, że nie idę w kabaret
Dzięki za wasze uwagi.