Ognisko trzaskało cicho pośrodku namiotu. Dym leniwie unosił się ku otworowi wentylacyjnemu w szczycie płótna, a blask płomieni tańczył na ścianach z grubego materiału.
Na skrzypiącym krześle siedział starszy mężczyzna, wyciągając dłonie ku ciepłu. Zamknął oczy.
Płomienie przywołały wspomnienie ostatnich wakacji spędzonych z żoną. „Kiedy to było? Dwa lata temu ? A może dziesięć ?”
Zmarszczył czoło. Złościł się na siebie, że obrazy, które kiedyś były tak wyraźne, zaczynały powoli blaknąć. Wstążki kołysały się w jej długich włosach. Niemal czuł zapach morskiej bryzy i słyszał jej śmiech – lekki, szczery, zaraźliwy.
W tamtych chwilach świat wydawał się prosty.
– Generale Reis… jesteście tam? Zgłoście się.
Nie odpowiedział.
Przed oczami stanęła mu drewniana chatka stojąca na klifie. Każdego ranka budziły ich promienie słońca wpadające przez okno sypialni. W kuchni wystarczyło spojrzeć za szybę, by zobaczyć bezkresne morze.
– Reis! Zgłoście się!
Stare radio stojące na rozchwianym stoliku ponownie zatrzeszczało.
Wspomnienie nie chciało odejść.
Ostatniego dnia spacerowali brzegiem morza, obserwując zachód słońca. Obiecali sobie, że wrócą.
Za rok.
We troje.
– Reis, odezwij się!
Metaliczny trzask wyrwał go z zamyślenia.
Otworzył oczy i powoli podniósł się z krzesła. Każdy ruch wydawał się cięższy od poprzedniego.
Podszedł do radia.
– Reis nie żyje – powiedział spokojnie.
W głośniku zapadła cisza.
– Nie żyje? Z kim więc rozmawiam?
– Bogdan Krejlan. Przejąłem dowodzenie.
Po drugiej stronie ponownie zapanowało milczenie.
– Słuchajcie uważnie, Krejlan. Macie utrzymać pozycję za wszelką cenę. Posiłki są w drodze.
Bogdan przez chwilę wpatrywał się w ogień.
– Straciliśmy dwa tysiące ludzi. Zostało może pięciuset zdolnych do walki. Reszta jest ranna.
– Rozkaz pozostaje bez zmian. Macie utrzymać pozycję. Każda próba odwrotu będzie potraktowana jak dezercja.
Bogdan zacisnął szczękę.
– Kiedy dotrą posiłki?
Tym razem odpowiedź nie padła od razu.
– Za dwa dni.
Radio zapiszczało przeciągle i ucichło.
Dwa dni. Możemy nie wytrzymać nawet dwóch godzin.
Przez chwilę stał bez ruchu, wpatrując się w płomienie. Potem podszedł do stołka i sięgnął po miecz.
Ostrze idealnie leżało w dłoni.
Górale z północy słynęli z kowalskiego kunsztu, lecz przekonanie ich, by wykuli broń dla obcego, graniczyło z cudem.
– Generale! – donośny głos odbił się od ścian namiotu.
Bogdan wsunął miecz do pochwy.
– Aslan… Ile razy mam ci powtarzać? Przestań mówić do mnie „generale”.
Do środka wszedł olbrzym.
Zaschnięta krew na jego pancerzu niemal całkowicie sczerniała.
– Zwiadowcy wrócili.
– Ilu ich?
– Około dziesięciu tysięcy.
Bogdan uniósł wzrok. Ich spojrzenia spotkały się na krótką chwilę.
Kiwnął głową.
Aslan odpowiedział tym samym gestem i ruszył ku wyjściu.
– Zwołaj wszystkich – odezwał się jeszcze Bogdan. – Nawet rannych z lazaretu i gryzipiórków.
Aslan zatrzymał się tylko na moment.
– Dobrze.
Spojrzał na dowódcę.
– Nigdy się nie poddajemy.
Bogdan przez chwilę milczał.
– Nigdy się nie poddajemy – odpowiedział cicho, pochylając się ponownie nad ogniem.
Patrzył w tańczące płomienie, zastanawiając się, czy te słowa naprawdę oznaczały walkę za wszelką cenę.
Czy chodziło o zwycięstwo za wszelką cenę?
Czy może o coś więcej?
Ciężkie kroki Aslana ucichły za płachtą wejścia.
***
Obserwowanie Aslana podczas bitwy zawsze budziło w Bogdanie sprzeczne uczucia. Dwuręczny topór wojownika rozrywał kolejne szeregi niczym taran, a jego potężna sylwetka górowała nad walczącymi.
Gdziekolwiek się pojawiał, pozostawiał po sobie jedynie ciała.
Litość była mu obca. Pokonany przeciwnik nie miał w jego oczach prawa przeżyć.
Bogdan stał na niewielkim wzniesieniu wraz z pięćdziesięcioma żołnierzami odwodu. Stamtąd widział niemal całe pole bitwy.
Wąwóz odbierał przeciwnikowi jego największy atut – liczebność.
Jednocześnie mogło walczyć zaledwie kilkuset ludzi, a każdy poległy natychmiast blokował miejsce następnym. Tłum, który na otwartym polu byłby śmiertelnym zagrożeniem, tutaj stawał się przeszkodą sam dla siebie.
Dowódca wroga stracił cierpliwość – pomyślał Bogdan.
I właśnie za to zapłaci.
Na lewym skrzydle Aslan wraz z rębaczami z północnych rubieży Narlo odpierał kolejne natarcia.
Po prawej stronie najbardziej doświadczeni żołnierze kompanii Wyta utrzymywali szyk mimo nieustannego naporu.
Największe obawy budził środek.
Tam walczyli najmłodsi oraz ranni, którzy mimo odniesionych obrażeń wciąż byli zdolni utrzymać broń.
Mimo przewagi liczebnej przeciwnik zaczął ustępować.
Krok po kroku wojownicy Wyta odzyskiwali teren, spychając wroga ku wyjściu z wąwozu. Kamienie znikały pod warstwą krwi, a walczący coraz częściej ślizgali się po ciałach poległych.
Aslan parł naprzód niczym burza.
Każdy zamach topora łamał tarczę, rozrywał zbroję albo odrzucał przeciwnika na jego własnych ludzi.
Bogdan obserwował wszystko bez emocji.
To był dopiero pierwszy rzut.
Najsłabsi.
Wysłani po to, by sprawdzić siłę obrońców.
Nieprzyjaciel walczył zaciekle, lecz w końcu jego szyk pękł. Ocalałym zabrakło odwagi. Zaczęli wycofywać się w nieładzie, porzucając rannych i broń.
Bogdan odwrócił się do stojącego obok żołnierza i lekko klepnął go w ramię.
Ten natychmiast przyłożył do ust niewielki róg sygnałowy.
Przenikliwy dźwięk odbił się od skalnych ścian.
Oddziały Wyta niemal jednocześnie przerwały pościg i zaczęły odtwarzać szyk.
Bogdan odnalazł wzrokiem Aslana.
Olbrzym spojrzał w jego stronę, otarł ostrze topora o płaszcz jednego z poległych i uniósł broń wysoko.
– Dobra robota! Dobijcie rannych, zabierzcie naszych i wracamy na pozycje!
W odpowiedzi rozległ się potężny okrzyk:
– Wytaaaa! – po chwili chóralnie dodając – Nigdy się nie podddajemy !.
Żołnierze natychmiast przystąpili do wykonywania rozkazu.
Wtedy od strony wejścia do wąwozu zabrzmiał niski dźwięk rogu.
Bogdan zesztywniał.
Za wcześnie.
Ponownie dotknął ramienia sygnalisty. Tym razem żołnierz zmienił ustnik instrumentu. Alarmowy sygnał przeciął powietrze. Przy wejściu do wąwozu pojawiły się nowe szeregi. Bogdan od razu dostrzegł szare proporce.
– Milczący… – wyszeptał.
– To naprawdę oni? – zapytał stojący za nim żołnierz. W jego głosie mieszały się strach i ciekawość.
– Tak.
Bogdan chciał zakończyć rozmowę, lecz po chwili dodał:
– Walczcie z nimi bez litości. Oni wam jej nie okażą.
Aslan również ich dostrzegł.
Jednym płynnym ruchem uniósł topór.
– Szyk obronny! – krzyknął z całych sił.
Jego głos przetoczył się przez cały wąwóz.
Rozkaz błyskawicznie przeszedł przez szeregi.
Wojownicy cofnęli się o kilka kroków i zamknęli luki, tworząc zwartą ścianę tarcz i stali.
Naprzeciw nich stanęły czarne pancerze.
Milczący niemal całkowicie wypełnili przejście.
Podobni do nas…
Ta myśl przemknęła przez głowę Aslana. Wiedział jednak, że tutaj nie zdecyduje lepsza taktyka. Nie wygra ten, kto ma silniejsze ramię. Zwycięży ten, kto dłużej wytrzyma ból.
Przez kilka chwil żadna ze stron się nie poruszyła. Żołnierze stali naprzeciw siebie, mierząc się wzrokiem ponad ostrzami. Słychać było jedynie ciężkie oddechy, szczęk przesuwanych tarcz i ciche jęki rannych.
Aslan zatrzymał wzrok na jednym z gwardzistów.
Analizował.
Ruch barku.
Ułożenie tarczy.
Szczelinę między hełmem a napierśnikiem.
Odsłoniętą szyję.
Słabe połączenie przy ramieniu.
Kącik jego ust lekko drgnął.
W następnej chwili obie linie ruszyły.
Zderzenie przypominało uderzenie dwóch fal.
Stal z hukiem uderzyła o stal. Tarcze pękały, ostrza ślizgały się po pancerzach, a krzyki rannych zlały się w jeden potężny ryk, odbijający się od ścian wąwozu.
Kurz uniósł się w powietrze, zasłaniając pole bitwy.
Bogdan próbował obserwować przebieg walki, lecz widział jedynie jej fragmenty. Sylwetki pojawiały się i znikały w gęstej chmurze pyłu.
Środek linii Wyta zaczął się uginać.
– Jeszcze wytrzymajcie… – mruknął.
Po chwili dostrzegł Aslana.
Wojownik nie mógł już wykonywać pełnych zamachów. W ciasnym przejściu jego topór był zbyt dużą bronią.
Nie przeszkadzało mu to.
Obrócił ją w dłoniach i uderzył końcem styliska w twarz przeciwnika. Milczący zachwiał się, a wtedy ostrze topora weszło pod jego pachę, między elementy pancerza.
Mężczyzna runął na ziemię bez krzyku.
Kolejny zajął jego miejsce.
Potem następny.
Aslan parł naprzód, zostawiając za sobą ciała.
Ale przeciwnik nie przestawał nacierać.
Za każdego poległego pojawiał się kolejny.
Bogdan widział, jak środek powoli cofa się pod naporem wroga.
Nie teraz.
Jeszcze chwila.
Musieli wytrzymać.
Aslan również to zauważył.
Rozejrzał się po polu bitwy.
– Bren!
Jeden z wojowników odwrócił głowę.
– Weź swoich ludzi i wesprzyj środek!
Bren skinął głową i natychmiast zniknął w tłumie walczących.
Aslan został sam.
Tylko na kilka sekund.
Kilka sekund, które wystarczyły.
Odwrócił się w stronę kolejnych przeciwników.
Wtedy poczuł gwałtowne szarpnięcie.
Nie zobaczył ostrza.
Najpierw poczuł uderzenie.
Potem ból.
Spojrzał w dół.
Pęknięta zbroja.
Głębokie rozcięcie.
Krew spływała po biodrze i kapała na kamienie.
Przyłożył dłoń do rany.
Ciepła.
Za ciepła.
Palce zrobiły się czerwone.
Nie…
Spróbował zrobić krok.
Noga nie odpowiedziała.
Przez chwilę świat zwolnił.
Dźwięki bitwy oddaliły się. Krzyki, szczęk stali i rozkazy stały się odległe, jakby dochodziły zza grubej ściany.
– Nie teraz… – wyszeptał.
Jeden z wojowników Wyta zauważył, że ich dowódca zachwiał się.
– Aslan!
Kilku ludzi natychmiast oderwało się od walki.
Otoczyli go.
Za późno.
Olbrzym osunął się na jedno kolano.
Spróbował jeszcze wstać.
Nie udało się.
Drugie kolano uderzyło o ziemię.
Jeden z wojowników złapał go pod ramiona i ostrożnie położył na plecach.
Aslan wciąż trzymał topór.
Jakby sama broń była ostatnią rzeczą, której nie chciał oddać.
Przeciwnik dostrzegł upadek.
Ich napór natychmiast wzrósł.
Jak lawina schodząca ze zbocza.
Milczący ruszyli naprzód, przyciskając tarczami z trudem utrzymywaną linię przez wojowników Wyta.
Bogdan zobaczył wszystko.
Przez lata widział Aslana w setkach bitew.
Widział go krwawiącego.
Widział zmęczonego.
Widział wściekłego.
Ale nigdy pokonanego.
A teraz leżał.
I po raz pierwszy Bogdan poczuł coś, czego nienawidził.
Strach.
Sytuacja, która jeszcze chwilę wcześniej wydawała się opanowana, zaczęła rozpadać się na jego oczach.
Uniósł wzrok ku wejściu do wąwozu.
Wrogie oddziały tłoczyły się w ciasnym przesmyku.
Dokładnie tak, jak przewidywał.
– Teraz – powiedział spokojnie do sygnalisty. – Każ im uderzyć.
Krótki, przenikliwy dźwięk rogu przebił się przez szczęk stali.
Po kilku uderzeniach serca na tyłach przeciwnika pojawiła się setka wojowników Wyta.
Ukrywali się tam od początku bitwy.
Bogdan poczuł, jak strach ustępuje miejsca chłodnej pewności.
Zadziałało.
Milczący natychmiast dostrzegli zagrożenie.
Część ich oddziałów zaczęła się obracać, próbując odeprzeć nowe uderzenie, lecz było już za późno.
Wojownicy Wyta wpadli na ich tyły z impetem.
Pierwszy szereg pękł niemal natychmiast.
Tarcze roztrzaskały się pod ciężarem uderzenia, pancerze zaczęły ustępować, a kości pękały pod naporem stali.
Krew bryznęła na czarne pancerze napastników.
Chaos ogarnął szeregi Milczących.
Bogdan odwrócił się do żołnierzy odwodu.
Każdy z nich śledził bitwę z zaciśniętymi szczękami, kurczowo trzymając broń.
– Wszystkie karty są już na stole… – powiedział cicho.
Spojrzał jeszcze raz na swoich ludzi.
Wyglądali jak sfora wygłodniałych psów, czekająca na jedno hasło, by rzucić się na ofiarę.
– Za mną!
Dobył miecza, który jak zawsze przed walką wydawał się lżejszy niż zwykle.
Pięćdziesięciu ludzi ruszyło za nim.
Sytuacja na każdym odcinku była ciężka.
Mimo uderzenia od tyłu Milczący zwarli szeregi i dawali twardy odpór wojownikom Wyta.
Ich szyk nie pękał.
Nie cofali się.
Nie okazywali strachu.
Po drugiej stronie wyglądało to równie źle.
Linia środka wygięła się jak pręt poddający się kolejnym uderzeniom ciężkiego młota. Bogdan dotarł tam chwilę przed tym, zanim miała pęknąć.
Wpadł między wrogów i wbił ostrze w pierwszego przeciwnika.
Pancerz ustąpił.
Ale kolejny Milczący był już przy nim.
Zbyt szybko, by zareagować inaczej niż ciałem.
Cios z boku uderzył w naramiennik i przeszedł w bark.
Bogdan zacisnął zęby.
Pchnął napastnika łokciem, zyskując ułamek sekundy.
Wystarczyło.
Ostrze znalazło szczelinę pod pachą.
Mężczyzna osunął się bez słowa.
Kolejny krok.
Kolejny zamach.
Kolejny unik.
Ale każdy ruch kosztował więcej niż poprzedni.
Bark pulsował bólem, a każdy oddech stawał się cięższy.
Bogdan przestał liczyć poległych.
Liczyło się tylko jedno.
Nie zatrzymać się.
Tutaj chwila zawahania oznaczałaśmierć.
Wsparty środek zdołał utrzymać linię, lecz cena była ogromna.
Milczący walczyli z bezwzględną determinacją.
Nawet gdy wokół nich ginęli kolejni ludzie, nie tracili szyku.
Mimo uderzenia od tyłu szybko dostosowali się do sytuacji. Część ich oddziałów odwróciła się przeciwko wojownikom ukrytym w zasadzce i zaczęła metodycznie ich wycinać.
Bogdan widział chaos na tyłach przeciwnika.
Widział, jak jego plan powoli się rozpada.
Ale nie mógł nic zrobić.
Był związany walką.
Napór przeciwnika na jego odcinku nie słabł.
Wojownicy Wyta, wyczerpani ponad godziną nieustannego starcia, zaczęli ustępować.
Najpierw środek.
Potem lewe skrzydło.
Chwilę później również prawe.
Bogdan wyrąbał sobie drogę na niewielką półkę skalną, z której mógł objąć wzrokiem większą część wąwozu.
Gdy podciągnął się na kamień, przeszywający ból przeszedł przez ranny bark.
Zgrzytnął zębami i na moment oparł dłoń o skałę.
Spojrzał przed siebie.
Walka na tyłach dobiegała końca.
Jego ludzie ginęli jeden po drugim.
– Dzielni chłopcy… – powiedział cicho.
Wiedział, że nikt nie opowie o ich ostatnim boju.
Zginą w cieniu tej bitwy.
Ich nazwiska przepadną razem z nimi.
Tyle śmierci…
Po co?
Czekał na odpowiedź.
Nie nadeszła.
W głowie zaległa cisza.
Gdzieś głęboko znał już rozwiązanie.
Odrzucał je od początku bitwy.
Nie chciał go przyjąć.
Ale teraz wracało uparcie.
Nie pozostawiało wyboru.
Nigdy się nie poddajemy.
Powtórzył te słowa niemal bezgłośnie.
Powoli wsunął dłoń pod napierśnik.
Przez chwilę palce szukały ukrytego przedmiotu.
W końcu wyciągnął starannie złożony kawałek białego płótna.
Trzymał go w dłoni.
Nie podnosił.
Jeszcze nie.
Przez chwilę tylko patrzył.
Na prosty kawałek materiału.
Na symbol, którego nigdy nie chciał użyć.
Wokół niego nadal trwała walka.
Krzyki.
Stal.
Śmierć.
A jednak przez moment wszystko ucichło.
Nigdy się nie poddajemy…
Tym razem te słowa nie brzmiały jak przysięga.
Brzmiały jak pożegnanie.