Historia bardzo osobista. Uwaga, są wulgaryzmy!
Historia bardzo osobista. Uwaga, są wulgaryzmy!
Odkąd pamiętam, miałem sny, które można byłoby nazwać proroczymi. Nie mam tu na myśli, że widuję w marzeniach sennych przyszłe wydarzenia tak, jakbym oglądał przedpremierowy pokaz filmu – objawiają mi się one w sposób zawoalowany i metaforyczny, często stanowiąc jedynie mgliste wskazówki, które odczytuję właściwie dopiero po fakcie.
Tej nocy przyśnił mi się szkarłatny zachód słońca, na jego tle krzyż, a na nim Chrystus, zakrwawiony, cierpiący. Krzyż stał w miejscu drzewa na skraju parkingu pod moim blokiem, drzewa, pod którym na rozklekotanej ławeczce lubiły przesiadywać, plotkując, starsze panie z klatki od ulicy. Nie mam pojęcia, jakiego gatunku było to piękne drzewo, którego liście przez cały sezon pozostawały żółtozielone jak skrzydła motyla cytrynka, wiem natomiast, że w Warcabkach rosły tylko cztery takie, wszystkie widoczne z mojego balkonu na czwartym piętrze. Teraz zostały trzy.
Gdy przebudziłem się ze snu o ukrzyżowanym Nazarejczyku, drzewo jeszcze stało. Zupełnie jak wtedy, gdy byłem małym chłopcem, z grupką rówieśników urządzającym piknik na trawniku w jego cieniu. Zupełnie jak wtedy, gdy próbowałem wspinać się na gałęzie, nic sobie nie robiąc z gróźb i wyzwisk rzucanych pod moim adresem z parterowych okien przez starsze panie z klatki od ulicy. Zaniepokoiłem się jednak, kiedy w drodze powrotnej z pracy dobiegły mnie strzępy rozmowy dwóch sąsiadek, z której wynikało, że drzewo ma zostać wycięte w związku z planowaną rozbudową parkingu.
– Rybicki mówi, że ono ma korniki czy coś i tak czy siak uschnie – powiedziała jedna z pań, kiedy włączyłem się do dyskusji, dopytując o szczegóły.
Zacisnąłem zęby. Pamiętałem, jak nowy mieszkaniec bloku nr 14, wspomniany Rybicki, biegał po sąsiadach, zbierając podpisy pod wnioskiem do Spółdzielni Mieszkaniowej o usunięcie drzewa i powiększenie parkingu. Sam nie mam auta i nie znoszę samochodziarzy, zatrzasnąłem mu więc drzwi przed nosem, naiwnie licząc, że skoro ja nie podpisałem się na wniosku, do rozbudowy parkingu nie dojdzie.
– Srorniki nie korniki – burknąłem, nim zniknąłem w drzwiach do klatki. Wspiąwszy się po schodach na czwarte piętro, wzburzony zasiadłem przed komputerem i zalogowałem się do poczty. W polu „Odbiorca” wstukałem znaleziony w sieci adres Warcabkowskiej Spółdzielni Mieszkaniowej i zacząłem nadawać emocjom formę e-maila.
Chciałbym wyrazić stanowczy sprzeciw wobec projektu wycięcia drzewa pod rozbudowę parkingu pod blokiem nr 14 na ulicy Leśnej. Dopóki nie zrodził się pomysł powiększenia parkingu, drzewo i jego rzekomy zły stan nikomu nie przeszkadzały. Latem zapewnia zacienione, chłodne miejsce na odpoczynek, które jest mieszkańcom potrzebne o wiele bardziej niż podjeżdżające pod blok kolejne cuchnące spalinami auta. Dość już stopniowego rugowania zieleni miejskiej z przestrzeni publicznej w dobie niekorzystnych zmian klimatu! – napisałem, po czym, zadowolony z siebie, wcisnąłem przycisk „Wyślij”.
Mój e-mail musiał trochę namieszać, albo po prostu w Spółdzielni poszli po rozum do głowy, bo w jakiś czas potem rozeszła się wieść, że parking jednak nie będzie rozbudowywany. Wydawało się, że drzewo jest bezpieczne.
Pewnego wieczora Gośka, moja dziewczyna, wyszła na balkon na papierosa, a kiedy wróciła, powiedziała mi, że była świadkiem dziwnego zdarzenia.
– Kojarzysz tego Rybickiego, nie? Tego, co domagał się powiększenia parkingu, bo mu się ta jego landara nie mieści? – zapytała, a gdy potwierdziłem ruchem głowy, podjęła: – Wyszedł przed blok i rozejrzał się, jakby się upewniał, że go nikt nie widzi, a potem wylał coś ze słoika pod tym drzewem, co to chciał, żeby je wycięli, i uciekł z powrotem do klatki.
– Pewnie roundup albo inne świństwo. – Nerwowo podrapałem się po głowie. – Jebany kutasiarz! Musimy to gdzieś zgłosić…
– Gdzie? Komu? – Gośka zaplotła ręce na piersi. – Poza tym nie mamy na niego żadnych dowodów.
– Trzeba go było nagrać – warknąłem.
– No wybacz, że o tym nie pomyślałam! Zresztą ciemno jak w dupie u Murzyna, chuja byłoby widać na takim nagraniu.
„Stało się” – pomyślałem, przypominając sobie ociekającego krwią Chrystusa z mojego snu.
Mijały tygodnie, a drzewo marniało i schło. Co dzień, wychodząc do pracy i wracając z niej, przyglądałem mu się w milczeniu, ze smutkiem. Pewnego ranka spostrzegłem, że na pniu zawisła karteczka, na której nabazgrano odręcznie kilka słów: „CHUJU! OBYŚ ZDECHŁ JAK TO DRZEWO”. Gdy wracałem do domu, kartki już nie było.
Kiedy z drzewa pozostał żałosny kikut, zostało ono wycięte. Parking poszerzono, jednak Rybicki nie nacieszył się nim zbyt długo, bo wkrótce potem wyprowadził się nie wiadomo gdzie.
Ciekawy tekst. Dobrze ukazana zawiść ludzi i ich często egoistyczna postawa na przykładzie postaci Rybickiego. Powiązanie tego ze znikającą naturą, która bezpośrednio łączy się z dzieciństwem głównego bohatera, dodaje emocjonalnego wyrazu.
Smutny obraz rzeczywistości, ale prawdziwy. Już oprócz samej tej podłości wobec natury, uderza właśnie skłócenie ludzi i to, że niektórym się wydaje, iż wszystko im wolno.
Pozdrawiam.
Sen jest dobry, ale książki są lepsze
Samo życie.
Gdzie to miało miejsce? Pan Rybicki serio przeniósł się na łono Abrahama?
Przyjemnie się czyta. Najbardziej mi się jednak podoba to, co tekst pozostawia po sobie -przemyślenia nad tym, że dla jednej osoby coś może być niemal Chrystusem, a dla innego zwyczajną przeszkodą.
Hej @Bolly,
Zupełnie jak wtedy, gdy próbowałem wspinać się z kolegami na gałęzie, nic sobie nie robiąc z gróźb i wyzwisk rzucanych pod moim adresem z parterowych okien przez starsze panie z klatki od ulicy.
Bardzo długie zdanie Ci wyszło. Spróbowałbym skrócić.
Pewnego dnia, późnym wieczorem, moja dziewczyna, Gośka,
Imo: Pewnego wieczora Gośka, moja dziewczyna,
Chyba największy zarzut, to brak fantastyki. Z tego co pamiętam, dość restrykcyjnie podchodzili tu do tej kwestii.
Całkiem sprawnie napisane. Dobre, otwarte i nie tłumaczące niczego zakończenie, pozwalające na różne interpretacje. Mimo prostej historii, jest to nieoczywiste, budzące emocje i otwierające miejsce na przemyślenia.
Dialogi naturalne, chyba aż za bardzo. Sporo bluzgów, jak na tak krótki tekst.
Udany szort.
Dziękuję bardzo za komentarze!
Gdzie to miało miejsce?
W Warcabkach. ;-)
Pan Rybicki serio przeniósł się na łono Abrahama?
Wyprowadził się. Nigdzie nie sugerowałem, że umarł. Ale kartka życząca mu śmierci faktycznie przez chwilę wisiała.
Chyba największy zarzut, to brak fantastyki. Z tego co pamiętam, dość restrykcyjnie podchodzili tu do tej kwestii.
Proroczy sen to nie fantastyka?
Rozdzióbią nas kruki, wrony i ptaki ciernistych krzewów.
Proroczy sen to nie fantastyka?
Zaowalowane, metaforyczne i mgliste wskazówki, które można odczytać po fakcie oraz takie, które
można byłoby nazwać proroczymi
to cóż. Wydaje mi się nieco naciągane. Ale mogę być w tej ocenie osamotniony.
Czy fakt, że jest to sen proroczy lub nie miałoby jakikolwiek wpływ na opowiadanie? Fabuła przebiegłaby dokładnie tak samo. Zmienia się jedynie interpretacja.