- Opowiadanie: exedunder - Postmoderna i dupa: złomiarze kosmosu

Postmoderna i dupa: złomiarze kosmosu

Opowiadanie nie dostało się do naboru, a nie chcę trzymać w szufladzie. Błędy są. Zdarza się.

 

#tragedia; #podtekst seksualny; #skatologia; #wulgaryzmy; #absurd   

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Postmoderna i dupa: złomiarze kosmosu

Wszechśmiot, Wszechzłom i Wszechzjeb.

 

Przypominał transportowiec z czasów, gdy sądzono, iż wielkość faktycznie ma znaczenie.

Wielkogabarytowy kadłub o wyporności próżniowej z pogranicza opłacalności wyniesienia tak masywnej konstrukcji w przestrzeń. Obły, falliczny, powleczony połyskującym kompozytem o szkarłatnym odcieniu karminu – materiałem, który choć nie gwarantował optymalnego współczynnika wymiany cieplnej, wypełniał co do joty znamiona predysponowane obiektowi paradnemu.

No, piękny był. Stanowił modelowy przykład ograniczeń przemysłu kosmicznego bazującego na rozwiązaniach inżynieryjnych wyrastających z niedorozwiniętej teorii wszystkiego. A jednak przemysł, który go stworzył, pełnymi garściami czerpał z dobrodziejstw postępu, jaki przyniosła pierwsza rewolucja ery futurystycznej, będąca następstwem dopuszczenia tak zwanego kuriozalnego podejścia do istoty czasoprzestrzeni. Nie znano wówczas założeń prawa konstruktywnej rozciągliwości i ściśliwości materii oraz zjawisk bublo-fizycznych, co nie zmienia ogólnego faktu, że ludzkość wyjrzała wreszcie poza próg własnego dzieciństwa. Staliśmy się bowiem gatunkiem inwazyjnym o ambicjach właściwych drugiemu typowi dawnej skali Kałasznikowa – a raczej tak zwanym gatunkiem solarnym, który w sposób wielce partykularny zdołał wynieść komercjalizację na pułap kosmicznego absurdu. Niczym…

– Kur… wa!

Co… dzieje…

 … odczytujemy… bez zakłóceń.

– To… odcięło… do głuchego. Jeb… mnie?!

E… …?!

 – Jeb… ty… Słyszysz mnie?!

 Niczym szczególnym wydźwiękiem słowa, niczym elektryzującym potencjałem…

– Nie! – rzuciłem mimowolnie w interkom.

By po chwili spojrzeć w centralny punkt korpusu wizjera optycznego. Skupić się w sobie, przywołując interfejs myślowy. A nóż faktycznie coś się spieprzyło.

Ale nie. Nic na to nie wskazywało. A przynajmniej pierwszy pionowy ciąg piktograficznych symboli sunący tempem analizowania terabajtów danych na to nie wskazywał. Kolejne symbole zdawały się wlec już nieco ruchawiej, weryfikacja przebiegała w toku, monochromatyczna poświata seledynowej zieleni przyjemnie biła po oczach i tak dalej. Dla mnie jednak efekt końcowy mógł w zasadzie pozostać w domenie nieskończoności. Najważniejsze parametry przeszły bowiem pomyślną identyfikację statusu to-be-git. Odczyt biosygnatur następuje na samym przedzie.

Zatem fizjologia mieściła się w normie, jedynie pomarańczowy wskaźnik pęcherza moczowego nieubłagalnie sugerował malejącą rezerwę wolnego miejsca.

Nic szczególnego, czego sam nie potrafiłbym zaobserwować ani odczuć. Generalnie, szkopuł ten nie implikował w żaden problem krytyczny. To znaczy – już nie implikował, bo kapitan sknera i żeby doposażyć skafandry wyjściowe w aktywny moduł ściekowy dla nieczystości stałych i płynnych potrzebował okrągłych, zasranych dziesięciu lat. Sukinkot, a nie wilk próżniowy! Taka kulawa świnia i zgred. Technofob, któremu jedynie analogowe wspomagacze doznań zapewnią poczucie ekstazy. Czysty odlot!

Niby taki arcymistrz taktyki abordoszachowej, a nie przewidział jednego. Że i na niego przyjdzie kryska lub pora. Pora na kloca. Że prawdopodobieństwo – ani nie rychliwe, ani sprawiedliwe – z pewnością ma poczucie humoru. Wielce przewrotne, toteż biedaczek prawie padł trupem. Do dzisiaj zresztą doskwiera kapitanowi PTSD i dziwna doza awersji do wszystkiego co gulaszowe, staropolskie, a zwłaszcza do niesyntetyzowanych kopytek ze smalcem jakie wylały się wartkim strumieniem lepkiej brei z gardła. Z drugiego końca też nie pachniało bynajmniej strogonowem, lecz to mniejsza sprawa. Nos potrafi przywyknąć, gorzej z elektroniką longo-bongo-kognitywną, która po przekroczeniu pierwszego wentyla samokontroli doznaje szoku poznawczego.

Nie byłoby to niczym nadzwyczajnym, wszak inteligentna powłoka sprzężona z ciałem właśnie od tego jest, aby quasi odczuwać, semi odczuwać i w ogóle quasemi bytować. Niestety, zawsze coś następuje kosztem czegoś, a nadwrażliwość sensoryczna – względnie mechaniczna – bywa gwoździem do blaszanej trumny. Kombinezon poszedł zatem na złom, nawet nie na części, bo któż normalny chciałby nosić na sobie autonomiczny byt zdolny do kontestacji, mogący bez krzty zawahania wetknąć szprychę w koło tętnicze Willisa lub, co gorsza, przedłużonym wyładowaniem elektrycznym ugotować danie à la mózgokisiel. Oczywiście w ramach zaprogramowanej zasady: Primum misericordia, każącej dbać przede wszystkim o dobrostan starych degeneratów.

Na szczęście dziś… tak, każdy teraz bez pardonu wali pod siebie.

– Gotowe! – wypowiedziałem na głos.

Mając w rzeczy samej nieodparte wrażenie, jakoby Igo w ten czas przewrócił oczyma. A w rzeczy samej mógłby nawet raptownie wypuścić powietrze nozdrzyma, albowiem rzadko zdarza się taki malkontent, któremu nigdy nic się nie zjeżyło, nic nigdy nie stanęło, że przenigdy powieka nie drgnęła że i trzyma taki paszczękę w posępnym wyrazie naburmuszenia, gdy wysoki tembr o częstotliwości akustycznej mieszczącej się w spektrum zażenowania trafia do jego uszu. W istocie zaś trudno pozostać biernym i bezrefleksyjnym słuchaczem przesterowanych dźwięków przypominających odgłos ryczącego słonia po wciągnięciu helu-3.

W zasadzie zaś zganiłem się chwilę potem. Przecież mogłem zabrzmieć niebiańskim, ale wciąż przepitym głosem jego świętej pamięci matki.

No nic. Z nieukrywanym grymasem niechęci skierowanym wobec własnej tępoty, przypiąłem przecinarkę plazmową z powrotem do pasa, a pochłaniacz odpryskowy zostawiłem po prostu tak jak był – lewitującego w górnym narożniku rozprutego fragmentu Nu-metalu.

Sferyczną powłokę wstrząsał od czasu do czasu dreszcz wibracji. Niewielkie, półkoliste wypustki okularów  sensorycznych, rozmieszczone wzdłuż osi głównych, przedzierzgnęły się z typowej, szafirowej barwy w odcień bliższy rozszczepionego światła.

Myślosprzęt w napięciu oczekiwał dalszych instrukcji, choć z mojej perspektywy drań z podniecenia prawie że dostawał kręćka pierdolca – chybotał się na wszystkie strony, skamlał, mrugał, wymachiwał wyimaginowanym ogonem z entuzjazmem godnym urządzenia, które wykształciło w sobie tożsamość zdolną nagiąć ograniczenia wpisane w kod źródłowy czy też dokonać samoczynnej regulacji standardu subosobowości.

Jeśli mój Artak faktycznie zyskiwał nowe kompetencje – z tym szczególnym uwzględnieniem adaptacji wzorców dla architektury emocjonalności dobermana (zresztą tego samego dobermana, którego skądinąd nigdy nie miałem) – to nie wiem, dlaczego tak było i jakie, w mordę zmutowanego jeża, bodźce warunkowały ową behawioralną przemianę.

– Dobry piesek, taaak!

W końcu i tym razem uśmiechnąłem się od ucha do ucha, zapomniawszy o całym ogarniającym mroku rozpaczy kosmicznej połaci nieprzychylnego życiu Wszechzjeba, tako grzęznącego w petatonach śmieci i złomu.

– Spisałaś się. Naplawdę!

Wiedziałem, że dopóki jej imperatyw istnienia podlegał kategorycznej potrzebie neutralizacji odpadów, mogę śmiało przymykać oko na pewne techniczne odchylenie od normy. W gruncie rzeczy powinienem zareagować, lecz tylko wtedy, gdy jako urządzenie mechaniczne zaczęłaby odwalać rutynową popelinę, zachowując przy tym nieautonomiczne odruchy odstępowania od pożerania wszystkiego, co metalicznie maciupinkowe, takie ostrokanciaste i w ogóle takie rozgrzane do temperatury, która z reguły wypala mikrodziury w kevlarze egzotycznym. Bla, bla, bla.

 W gruncie rzeczy.

Luna nigdy nie rzuciła na siebie cienia powodu do wątpliwości. Zawsze – z uporem maniaka, nieswoistego odkurzacza i elektromagnesu – robi swoje. Działa bez zarzutu. Nie zawiesza się i nie skarży.

Co prawda nie potrafi mówić, ale się nie skarży. Na przykład na pożużlową zgagę.

Czasami tylko zbyt ostentacyjnie trzeszczy albo elektrostatycznie buczy. I wtedy sobie folgujemy.

– Lubisz to, prawda?

Przesunąłem palcem wzdłuż głowy, grzbietu i brzucha albo czegoś, co nie wyglądało jak ucho, ale z przyczyn obiektywno-umownych mogło nim być, po czym poczynowałem (bo takie słowo, nie wiedzieć dlaczemu, przyszło mi do głowy) inną czynnością. A tak się złożyło, że wtenczas po prostu odpiąłem linkę paraboliczną, wetkniętą w kadłub którą kompensowałem odrzut z palnika. Następnie sru – sprężony gaz buchnął z lewej komory przedramienia – wykonałem manewr zwrotu. I kolejny raz sru, bo w moim przypadku równe sto osiemdziesiąt stopni w zupełności wystarczyło. Tym razem wyhamowałem z prawego przedramienia.

Ja, sztukmistrz migający rękami jak zegarmistrz czasoprzestrzeni, w skafandrze alabastrowy, zatrzymałem się w pionie i w zasadzie to tyle. Prawie tyle, wszak w zupełności będąc gotów wypowiedzieć słynne: panie brygadierze w spoczynku, melduję wykonanie zadania. Jednakże.

Zamiast tego wyszczerzyłem się głupio.

Nic na to nie poradzę. Gdy coś przypomina antypoślizgowy uchwyt trzymający się twardo zamiast uszu, czarny gwizdek z otwieraną klapką tam, gdzie u lwiej części istot człekopodobnych znajduje się otwór gębowy, a nos zalega grzybkiem jak zwykła drewniana gałka, toż wówczas tak się zdarza, że po prostu nie wytrzymuję. A zdarza się niezwykle rzadko, by filtr fotochromatyczny z przyciemnionego szyberhełmu był w stanie oszukać rozum przed raptownym daniem sobie zielonego światła na zaryczenie ze śmiechu. (Nawet jeśli ów ryk miałby zdarzyć się tuż przed samym czajnikowym licem pary królewskiej w sali tronowej).

– Zobacz, co tutaj mam – jak zwykle zignorował mnie i powiedział.

Igo większość życia spędził na macierzystej planecie Czajnik. I dobrze. Życie z paskudną gębą bywa dość jednoznacznie przewidywalne. Dość powiedzieć – niekomfortowe. Choć lepiej nazywać rzeczy po imieniu: dość takie przejebane, zwłaszcza jeśli słaba głowa nie pozwala przełamywać dyskomfortu psychicznego, a inne socjalizacje, jak chociażby przełamywanie lodów w aktach zbliżeniowych odbywają się przy udziale fantomu mimicznego. To wciąż droga technologia nie każdego na nią stać.

– Co?!

– O tutaj.

Wyciągnął przed siebie dłoń z rozczapierzonymi członami. A palcy miał dwa, a właściwie trzy, licząc z robotycznym przeciwstawnym paluchem. Nadmierna wrzecionowatość paliczków pozostawała skryta pod ochronną powłoką rękawicy. Lecz i tak się wzdrygnąłem.

Nie jestem paskudnym ksenofobem, daleko też mi do typowego rasisty. Po prostu, wzdrygnąłem się, bo to zwykły atawizm biologiczny, który wylewa się z trzewi poprzez instynkt samozachowawczy. Po prostu najzwyklejszy odruch bezwarunkowy, który każe zachować elementarną sceptyczność wobec czegoś niezupełnie ludzkiego. Prosty mechanizm utrwalony w natłoku tysięcy lat ewolucji, gdzie każdy lęk i niepokój obrasta w podświadomości w specjalną neuronalną szufladę i zwieracz.

– Ta, i myślisz że drugi raz dam się nabrać?

Dlatego każdy homo sapiens odczuwa nieodpartą potrzebę chwycenia za but jako jedyną właściwą alternatywę dla reakcji, która symetrycznie traktuje pozdrowienie przedstawiciela rasy Karakana, rasy Arachnoid czy w ogóle wszystkich paskud robali.

– Uhm, nie, skąd – wytrajkotał z klapki, marszcząc monobrew. – To zupełnie inny ewenement. No zobacz.

Zbliżył się na odległość mniejszą niż łokieć astronomiczny. Teraz sterczał mu sam groźny palec.

– My, Czajniczanie – kontynuował z wielką powagą w głosie. – Nigdy nie wylewamy wrzątku za kołnierz. Nigdy. Racz sobie to zapamiętać, ziemski przyjacielu, albowiem to cokolwiek oznacza. Tak. – Pokiwał tym czymś zamiast głowy. – Uświadom to sobie-sobie, wszak możemy zaparzyć burzę w szklance wody, a wody zimnej nigdy nie czerpiemy z jednego wszechźródła. Tu mnie na gwizdek patrz jak do ciebie klapię!

– Co!?

– Lerma marlę, to znaczy…

– Ano – odparłem.

To będzie, że lakonicznie. A co to znaczy, nie miałem absolutnie czajnikowego pojęcia. Co prawda wbudowany tłumacz uniwersalny odkodował następującą frazę: „Stowarzyszenie niższych urzędników do spraw budowy głównego traktu operacyjnego antygrawitacyjnej żeglugi kosmicznej wokół zdekarbonizowanego pasa asteroid Czaj”, ale jakoś nie potrafiłem przyjąć tego do widomości. Tym bardziej, że oczy Igo – skądinąd jako jedyne z całej puli groteskowych cech fizjonomicznych prezentowały się względnie normalnie – wskazywały na zupełnie inny kontekst semantyczny.

Z tego, co wiem, język czajański bywa poważnym utrapieniem nawet dla myślogeneracji sprzętu przeznaczonego do użytku wojskowego. Dzieje się tak z egzystencjalnego powodu, jak sam twierdzi Igo, który zauważa jednocześnie, że aby w ogóle zasadniczo opanować ich mowę, należy pierwej nauczyć się dogadywać z samym sobą. Nie przeczę, iż tak jest w istocie, jednak dla mnie i dla pozostałych gatunków we Wszechzjebie brak wzorców w organizacji języka czyni komunikację oderwaną pierwotnej struktury rzeczywistości. Co ciekawe, język czajański posiada trzy miliardy dialektów, tysiąc trzy przypadki deklinacyjne, niepoliczoną do tej pory liczbę czasów oraz wymierną liczbę π. Co bardziej ciekawe, liczba mieszkańców planety Czajnik wynosi niezmiennie trzy miliardy. Zdarza się.

– A zatem przynajmniej w tym względzie osiągnęliśmy konsensus.

– Aye – przytaknąłem.

– Zasadniczo mógłbyś jeszcze pożyć.

– Aye aye – potwierdziłem, myśląc już o zupełnie czymś innym.

– A jednak… no cóż, w każdym razie, było miło. Nie rzuca się przecież słów na wiatr. Tak mawiają Ziemianie, prawda? No, szkoda.

– Zaraz, co?

Łuk zjonizowanej materii rozświetlił wąskim strumieniem plazmy newralgiczny kwadrant próżni naprzeciw mnie. Nie upłynęła standardowa chwila, gdy na domiar złego niespodziewane coś, działając wspólnie i w porozumieniu z nieokreślonym czymś, stanęło mi czopem w gardle.

Właśnie tak przestałem oddychać, choć równie dobrze właśnie tak przestałem odczuwać jakąkolwiek potrzebę – czy to bezwarunkową konieczność wtłaczania powietrza do płuc, instynktowną konieczność niezwłocznego oddalenia się gdziekolwiek, czy w końcu zwykłą, prostacką konieczność czegokolwiek. Jedynie, co mogłem robić i tak działo się samoczynnie. Zatem patrzyłem, nie mrugając powiekami.

W owych kuriozalnych momentach kontinuum czasoprzestrzeni czyni rofl. To nie jest termin techniczny, ściśle przedstawiający istotę rzeczy, ale jest to najbardziej trafna konstatacja, która przybiera ostatecznie formę refleksji nad stanem rozplątania przyczynowości.

Każda istota rozumna nabywa wówczas umiejętność transcendentalnego wglądu we wszystkie wydarzenia jakie kiedykolwiek zarejestrował mózg. Dalekokosmiczne traktaty filozofii spekulatywnej radzą zachować szczególną ostrożność, gdy zamiast poklatkowej transmisji holo-filmowej ujrzymy zawczasu pionowy słup światła. Nie można podążać za światłem – tak przestrzegają.

W końcu jednak rofl się kończy, nawet jeśli w naszym mniemaniu trwa nieskończoność. Ktoś nawet zauważył, że zatrzaśnięcie w kiblu ssąco-próżniowym wywołuje podobny efekt, to znaczy doświadczenie nieskończoności. Nie wiem. Nie mogę tego potwierdzić ani temu zaprzeczyć. To znaczy – cholera wie. Tylko patologiczny ekstremista kategorycznie odmówi istnienia zjawisk imponderabilnych.

W każdym razie, jeśli coś ma się spieprzyć, to spieprzy się po całości. To jedyne prawo, jakie działa bez zarzutu.

Dlatego nie mam pretensji do zbiegu okoliczności o to, że nie widziałem niczego. A nie widziałem oślepiającego blasku, nie było tunelu ani innych artefaktów z pogranicza postrzegania pozazmysłowego. Żadna pornograficzna scena nie nawiedziła mnie powtórnie – a szkoda. W ogóle, w tej perspektywie czasu, dostąpiłem jedynie jego linearnego rozciągnięcia.

Było to zatem nie tyle obiektywne rozciągnięcie struktury przestrzeni, co właściwie subiektywne rozwolnienie czwartej składowej czasoprzestrzeni, sięgające granicy dobrego smaku, absurdu i gnuśności. Wobec tego doszło do sytuacji przewrotnie aberracyjnej, w której jedyną opcją zachowania trzeźwości umysłu obarczonego koszmarem nudy-pudy, okazało się przeproszenie z niewspomaganym metrycznie światem fantazji-afazji. Przewrotnie, ponieważ słowa przybrały przy tym odwrócone znaczenie. Długo rozmyślałem, dlaczego nie, a tak inaczej, co by było naleśnik i pogdybydło. Nie doszedłem jednak do żadnych kategorycznych konkluzji, oprócz tego, że im więcej napieram na odpowiedź, tym bardziej boli mnie głowa. Dlatego w następnym kroku zająłem się zupełnie czymś innym.

Mogłem bez problemu zaobserwować każdą niedoskonałość mimiki Igo, policzyć na patynowej powierzchni skóry wszystkie piegi, zobaczyć wnętrze nosa wyłożone gęstą szczeciną, a także przeliczyć wszystkie kozy brykające glutopas. Koziołka nazwałem Joe.

W pewnym momencie poszedłem za ciosem, zacząłem bowiem rachować wszechrzecz. Jeden, dwa, trzy…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Tak doszedłem jakoś do połowy i mi zbrzydło. Skupiłem więc uwagę tylko na nieoznaczoności, która wyzierała spomiędzy wybałuszonych gałek ocznych Czajniczanina. Dopiero wówczas chaos przybrał twardą rzeczywistość wariantu wariacji wariata.

I wtedy to się stało Się. To Się, ten Niedasizm i ta Myśl – taka prosta, trywialna, ale rzutka jednocześnie – uderzyły tak niespodziewanie. Nagle zrozumiałem. Poczułem sens, jego fakturę, proporcje, fluktuacje. Wszystko Się zmieniło. Ale…

Się przyparło mocniej. We mnie Się wzbierało i czułem już tylko niemożną chęć wzruszenia ramionami, a potem…

Faktyczna ręka Igo dopadła mojego gardła dopiero teraz.

– Desinite! Dość.

Flegmatyczny tembr kapitana Periego rezonował w strumieniu radioteleapatycznym na dziwacznej, wielopasmowej częstotliwości. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego i nie w tym rzecz. Po prostu Rzecz rozmieniła się na dwoje, tworząc dwutrzpień konkluzji.

Zorientowałem się, po pierwsze, że głos kapitana brzmi masakrycznie niemiło dla mnie i dla Igo. Nigdy więc  nie myślałem o tym w ten sposób. Igo, Igonauta, niby czajnik, a kamrat, przedstawiciel nieludzkiej inteligencji, rasy stanowiącej, co do zasady, kluczowy argument w sporze między obozem neokreacjonistów a ich neoprzeciwnikami. Oczywiście najlepiej pokłócić się o poczucie humoru omnipotencji. Na szczęście jedni i drudzy zgadzają się co do jednego: oto znaleźliśmy brakujące ogniwo zastawy Darwina.

Po drugie zaś zorientowałem Się i okazało się, że w gruncie rzeczy głos kapitana przypominał pogłos zwierzęcia wrzuconego przez przypadek do szybu wentylacyjnego do końca którego wstawiono wiatrak z szybkoobrotowym mechanizmem szatkowania powietrza (pewnie firmy Miel). Ten indyk (pewnie znów czerwony na ryju) gulał zmożonym życiem człowieka, jeszcze niezamkniętym wersem historii pseudomelancholika. W zasadzie zawsze tak gulał, lecz teraz po raz pierwszy nosowy akcent tak autentycznie mnie uradował.

– Na krążowniku Ohmdiwo obowiązują zasady – kontynuował kapitan. – Yyyhy. – I przytaknął sam sobie.

Końcowe „yhy” wybrzmiało jak paralaksa groźby, jak fraza egzekwująca prawo, niczym skutkiem natychmiastowej zapadalności wyroku. Rozwleczone jak sprawiedliwość, lecz twarde jak pięść, niosąca preludium werbalnego aktu przemocy przyrzeczone wobec świadomości. Och! Dobrze znaliśmy te figury retoryczne kapitana Periego Wellsa: bez niedomówień, bez pola do nadinterpretacji i z ładunkiem pozbawionym emocjonalnej kurwy mać. „Yhy” ślubowało pocałunkiem… śmierci, nie metaforycznym – biada nam.

I w tej oto, można by powiedzieć, nadarzającej się chwili teraźniejszości Igo obnażył przede mną swe najskrytsze uczucia. W jego spojrzeniu tliła się żałość, gdzieś tam na horyzoncie majaczyła skrucha. Smutek wypływał z półgwizdka. Z pewnością niemy krzyk rozpaczy tak analogicznie wygląda. A może… a może rofl się jemu właśnie objawiał?

Wszechobejmujący kanał komunikacji wtenczas znów ożywa.

Słyszymy rechot głupich. Wiwat głupszych. Ich Schadenfreude następnie zamiera. Wtedy też unoszę rękę. Z serca błogosławię mojemu bratu w niedoli.

– Odpuszczam – mówię. – I proszę o odpuszczenie.

Widzę: Igo gorzko przełyka ślinę. Czuję: poluźnia uścisk na mej szyi. Stwierdzam: Igo cały truchleje, nie może wygwizdać słowa.

 Jeszcze zachowujemy godność. Czekamy na…

– Perpetuum siedemnastozgłoskowe dla ujarzmienia ody do krnąbrności. Paragraf jeden:

Kiedy przyjdą spalić kosmos

yhy

 walczyć z ostrym cieniem mgły…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 Wszechmórz i Wszechniebios.

 

Trzynaście dni lejemy wodę za burtę i najpewniej kolejne trzynaście lać będziemy zanim osiądziemy na mieliźnie. Jeszcze w pełni nie doszedłem do siebie. Na szczęście jest lepiej. Chyba, że znów jest gorzej. Na szczęście wiatr sprzyja.

Dalej miewam zawroty głowy. Wystawiam wówczas język, próbując dotknąć czubka nosa. Henryk Czubek pomaga mi w orientacji lepiej niż morze. Rzecz jasna nie zawsze może. Na szczęście wiatr sprzyja. Więc płyniemy. Gdyby zabrakło wiatru, byśmy nie płynęli – to proste.

Niemniej, odczuwam ulgę. Całą uwagę skupiam wokół bolejącej żuchwy, toteż wirujący widnokrąg przestaje jakkolwiek odgrywać znaczenie w ujęciu ogólnej perspektywy. Ta, co rusz się zmienia.

Chociażby wtedy, gdy przysłaniam lewe ucho, słyszę podszepty nieodgadnione. Chyba, że dla przeciwwagi przysłonię ucho prawe, wtedy przynajmniej odnoszę wrażenie melodycznego szelestu ballady o lekkim zabarwieniu erotycznym. Sądzę, że te impresje dochodzą z głębin rozumu. Niestety czasem miewam zwidy.

Na szczęście wiatr sprzyja. Tak więc płyniemy. Nie narzekamy. Utrzymujemy dyscyplinę i rytm. Zachowujemy wstrzemięźliwość i spokój. Trzymamy gęby na kłódkę wedle woli kapitana. Kapitan zarządził kategoryczno-okrętową wszechciszę.

W zasadzie nie narzekamy. Joe narzekał i już z nami nie płynie. Roberth płynie, bo choć ma jedną sprawną rękę, leje wodę za troje. Dla niego wiatr podwójnie sprzyja.

A w zasadzie tylko dureń nie pojmie bolączki kapitana. On dba o dobro nas wszystkich, on za nas wszystkich myśli co, jak, gdzie i kiedy i przewiduje też z nierzadka i dmucha też na zimne, tak aby żaden z nas nie dął w śnieżnobiały żagiel Rozpustnej Mary Jane. Piękna łajba.

Kapitan mądra głowa czasem nawet mówi: „Tiszej budiesz, dalsze pływiosz”. Nie sposób się z tym nie zgodzić, zważywszy wszelako, że słowa tną krwawiej niż kordelas – tak też mówi. Nie sądzę by kapitan papugował Polly, po prostu w jego mniemaniu wypowiadane zamiary afirmują nieszczęścia. Po co dzielić skórę na Krakenie, jeśli ten dalej dycha. Do zatoczki Berbelucha stopy wody pod kilem!

– Ziemia na dziobie!

Zadarłszy podbródek, wszy zaskomlały. Niektórym nawet rozgorzały lica, gdy w błękit nieba wpatrzon go ujrzałem. Sterczał jak zwykle, lecz tam w górze jawił się zgoła maluczki i bynajmniej nie szargał gęby bez potrzeby. Wysoko świeciło szkarłatne słońce.

Roberth nie przypadkiem pełnił bocianią wachtę w szkwale gorąca. Jemu staremu nie wadzi bielmo w oku. Jemu jedynemu oku.

Żaden szkopuł. Takim go optycznym cudem Wszechbóg obdarzył. Kędy go busola losu poniesie, tak wiatr nie opuszcza – tak sprzyja. Bo nawet pod Chędobolcem pływał, a już wtedy – rzekomo ślepy i głuchy – lunety nie aprobował. Cóż można by więcej dodać? Może: jego bosmana mać, Roberth psubrat Beznogi, więc do cholery jak na top wlazł?

– Ahoj, Roberthcie! – wołam, co tchu.

Wnet marszczę czoło i słyszę:

– Aye, idi na chuj!!!

Tak sobie krotochwilimy w konfidencji. Ja swoje dwa, on dodatkowe pięć. Trzy po trzy bez beczułki rumu.

– Job twoju kutasie mać! – wołam, by zdążyć przed wyłomem perspektywy.

– Haraszo! Już schodzę!

Aliści urwanie chmury. A jeszcze niedawno wiatr sprzyjał. Raptem sztil. Raptem zimno. Górny pokład życiem zamiera, grobowe postury rozlewa, a przecież jeszcze niedawno żywi. Chwytam więc reling mahoniowej poręczy, a w ustach rym morski skwierczy:

Heya hey Joe, ciągnie na nas gargulcowy gon

Heya hey, o w piździec, czeka nas rychły zgon

 

Ale… Trolololo la-la-la, la-la-la, oh-ho-ho-ho-yaah! I basta! Woalem strachu pomyślunek przytłumiony, nic więcej nie przychodzi do głowy. Refren będzie dwuwersowy.

Niemniej mrużę oczy szeroko, choć pomroczno. Gębę bym wolał przymknąć, co otwarta szeroko. Z kiermany kaczą stopę wygrzebać – tak na ślepo: raz, dwa, trzy strzelać. Ale nie. No przecież suka blać! Po prostu prochu brak. Och!

Czego kapitan nie poświęci dla Mary. Co się dziwić? Tego tyczy prosta zasada: wszystkie ręce na pokład, a w morze balast. Dlatego płyniemy, nie narzekamy, lejemy wodę. Czasem jedynie dylemat zastanawia. Ot choćby względność.

A na co to komu rozważać. Tym bardziej, że mglistość pęcznieje w nadmiarze. Coraz więcej jej, jest z przodu, jest z boku. Chyba jest już po zmroku. Do końca brak pewności, gdyż gwiazda Polaris gra z marynarzem w trefne kości. Raptem wypada dech zachłysnąć w toni…

– Też to widzisz, Joe?

To pioniera los. To życia klops. I bezdenność, i enność, i…

– Gdzie?

– Wszędzie. O tam. I, tam.

– A tu?

Lekko przekręcam głowę, bakburcie oczy powierzam. Tu otchłań. Uśmiecha się, acz krzywi na nas.

Przeto czuję złość, bo choć skraj świata dosięgam powieka wszechwidzącego oka drga w mdłym krajobrazie. Morska choroba dołoży dwanaście kopiejek a wtedy… wtedy już po ptokach.

– Och, Joe! Czy słyszysz je?

– Nie.

– Z głowy wyleciały. Z pewnością nie słyszysz? Trzepot ich małżowin skrzydeł zapiera dech.

– Raczej nie.

– Och, Joe! Och, Joe! Och.

– Co znowu?

– Joe, co poczniem? Zwieszony na kwintę usechł motyl nos.

– Dobrze. Ścierwem żywych nakarmi.

–  A więc nie czujesz.

– Oczywiście. I oczu nie widzę też.

– Aye. Oczy wydłubaliśmy sami, Joe. Dokonało się.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Gdzieś tam niezdarnie stawiam krok pośród urojonych znaczeń. I błądzę wokół niezbadanych wyroków boskich w przeświadczeniu, że nie ma mnie i nie było. Ciepły dotyk nicości intymnie gładzi policzek.

Ciemność mą panią. Pociesza, gdy upaść chcę, gdy zatracam się w sobie. Gdy gasnę, nie widząc ni złudzeń, ni nadziei, ona jedyna drogowskazem. Niczym lament bolejącego serca matki i łza drążąca skałę. Jej nieme słowa wciąż ponaglają: „idź dalej”.

Stąd krążę po omacku, nie wiedząc, czy to bez celu wlecze się trwoga, czy może dla wzniosłej kreacji chaosu. Lecz brnę i brnę, choćby w ślepy zaułek, daleko, ponad wszystko, o cokolwiek do rozważenia. Tam, gdzie najgłośniej słyszę jej słowa: „w prawo”, „na lewo teraz”, „zważaj, tu  przepaść”. Tak niesie mnie fala. I na nic już nie zaważam. Na stopy gołe poranione cierniem ziemskiego prochu, na zmysły otępione, które zawiodły, na puste oczodoły, które wypłukuję z kurzu.

Nie zabłądziłem w drodze donikąd. Gdziekolwiek tu jest, znikąd oddycham powietrzem, znikąd odczuwam nie złudzeniem, lecz najprawdziwszym pragnieniem. Dlatego znikąd nie wszystek umarłem, dlatego nic nie powstrzymuje mnie – odradzam się w buncie posępnego serca, tu, gdzie koniec i początek przecinają rozstaje, by wydać nowy świat.

Więc dom z marzeń wznoszę na jednym tylko tchu. Drzwi w nim, niczym w twierdzy, ku odkupieniu wiodące; okno na świat rozwarte na poddaszu, mimo strzech wokół. Pełno tu niczego, gdziekolwiek to jest.

Kamienie tu i drzewa. A rzeczywistość ich nibyjaka przysłania horyzont.

W kącie postawiłem piec. Zwykły, wcale niepodobny do bramy triumfalnej. Ukształtowany raczej na tradycyjną modłę, z kilku żeber chuci. Zaprawy z wątroby nie żałowałem. Obok, przy ścianie, stół z powyimaginowanymi nogami, i to mi wystarcza. Wszak nie potrzeba mi posłania, a raczej pokładam się w nastroju na sen. Czasem tylko rozmyślam o hamaku do bujania i czy lepiej go do krzyża przybić, a może w rozterkach pozostawić. Nie wiem. W tak wszechstronnym lokum miejsca bez przyczyny.

Jak długo tu, też nie wiem. W tym też sęk cały – wieczność nie ma najmniejszego znaczenia. Zresztą zapracowani czasu nie liczą.

Z niedawnych kamieni milowych ukończyłem płot. Powstał ze strachu i lęków, a wyjątkowo dobrze wyszedł. By go obejść potrzeba równe tysiąc trzydzieści kroków. Podobnie w środku: góry z obejścia zrównałem z powierzchnią ziemi. Nie ma tu bowiem miejsca na niedbalstwo i fałsz. By ze skrawka ugoru oazę spokoju uczynić i ogród, wystarczy jedynie odrobinę rozrzutności rozplenić.

Altanę zamierzam obrobić jednak z prawdziwego zdarzenia, przecież będzie stać długie lata bądź wieki. Musi cieszyć mą próżność.

 

 

 

 

 

 

Samemu tu nudno. Gdybym mógł przynajmniej niecierpliwość rozmienić na dwoje byłoby lżej. Samemu i smutno. Gdyby przynajmniej dało się gębę otworzyć do kogoś byłoby błogo. Z chęcią spocząłbym na laurach, bo w zasadzie wszystko mam przygotowane, nawet pole, to które wielkim znojem zasiałem i dół bezdenny z linią brzegową fiordu. Piesze wędrówki nie pokrzepiają jak kiedyś.

Od niepamiętnej zorzy na nieboskłonie zadzieram głowę wysoko, czekając aż spadnie deszcz. Liczę, że gdy w końcu to się stanie, lunie na całego, a ja wyruszę w rejs.

Tak czekam. Trudno orzec jak długo. Skojarzenia zachodzą na siebie, wzgardzając ludzką metaforą percepcji czasu. Zasiadam wówczas na skraju przystani, za każdym razem na tej samej starej ławeczce z ostatniej krzty uporu. Dal celebruję, wciąż nie potrafiąc pojąć, co by było gdyby.

 

 

 

Morza. Tego jednak brakuje najbardziej. Dobrze, że tu oszaleć nie sposób, choć w ustach sól morska. Dobrze, że tu oszaleć nie można, choć tęsknota niemal przelewa trzewia. Falowanie odtwarzam w myślach i sam już nie wiem, czy bujam w obłokach, czy śnię na jawie. Dlaczego ciągle słowa powtarzam lub sam siebie kołyszę? Przypływ i odpływ, a okręt mój płynie dalej.

Zachodzę w głowę i wiem doskonale, że wszystko płynie. I więcej: w głowie masa powietrza. To ciepło, to zimno, wysoko i nisko. Przy tym wzmaga się fart, a wieje na zmianę. Co to będzie? – jeszcze mną wątpliwości, w tę i we w tę, miotają. A rechocę jak głupi.

Iście upiorny znak oznajmia echo pioruna. Żeby jednego! Kolejny trzask i kolejny. Błyska i grzmi. I pytać już nie muszę, bo wiem. Jaśnieję radością, lecz zgoła bardziej napawam się szczęściem, czując wyraźnie, że rozsadza tak mocno skroń, potem czoło.

– A miech mnie!

Skupiska sfer obficie broczą me lico. Kap, kap – spadają w otwarte dłonie, na tułowie, gdzie w piersi serce popękane kołacze. Uderzają z mokrą mocą, wybiórczo pomijając prawe kolano.

Już ciurkiem ściekają, że tylko siur, siur dookoła słyszę. Wespół w zespół zęby zasikam i ani myślę chwili marnować. Co sił prę i prę, nadymając się w sobie.

Ostatnia prosta. Rozdziera mnie. Jest blisko. Nadchodzi. A jak boli!

W końcu z nosa wychodzi.

Piękna ona. Cała w pierzastej koronie ku górze gna. Kłębowisko jej najciemniejsze pośrodku, po bokach zaś rozpuszcza rzeczywistość w rzadką istotę niebytu. Trach! Walnęło aż miło.

– Chmura burzowa!

Jeszcze mną wstrząsa, gdy wstać próbuję z czworaków. Lecz to dziecinna igraszka – gorsze miewałem zawroty głowy. Tako gonię nieboskłon z jęzorem wyłożonym na brodzie. Potykam się o własne nogi. Upadam. Co z tego? W błocie tarzam się orlimi skrzydłami trzepocząc. Leje tu jak z cebra.

 – Woda wszędzie! – okrzyk radości wydzieram.

Chyba złamałem kark, ale nie boli. Mokry jestem jak szczur – nie szkodzi. Dopadam szalupy – od raju krok – chwytam burtę i pcham. Do jeziora ją pcham przez trud skamieniałej ziemi. Kotwicy mi nie potrzeba, jedynie wiosło.

Odbijam z brzegu. Jakkolwiek płynę, wody wezbrało tu. Poczekałbym – myśli meandrywirują. Chwilę, nie więcej, poczekałbym. Cokolwiek płynę, a palce mnie swędzą… płynę, wytrzymać nie mogę. Chlup. Spieniona fala unosi mnie. Chlup. Szarpię się i opadam. Chlup. Ciągnę lewa i prawa – cała naprzód, na przekór.

Przelewa się, a nie odpuszczam. Mętna woda ze mnie wypływa. Mordewind wciąż pruje w dziób.

To dopiero szkwał. Siła jego szalona napiera ze wszystkich stron. Jestem i będę – wciąż walczę, choć zbaczam z kursu. Przede mną ściana potworna piętrzy się. Tak to to pędzi, że hej, tak to to osacza – ojej, I wzrasta, i bliżej, coraz bliżej, że…

Nabieram wody w usta. Padam. Chlupczysko wielkie wyciera mną pokład, rachuje maszt i rei. Mimo to łódź cała, gorzej ze mną. Na szczęście wiatr sprzyja. Po wszystkim już. Przetrwałem.

 

 

 

 

 

Jasno wokół, choć oko wykol. Dryfuję. Wyczerpany dryfuję w skorupie umarłego ciała.

– Jaka tu cisza. Jaki tu spokój.

Na wznak leżę, kwiczę i płaczę. Nie rozumiem jak to jest, że znów mogę płakać.

Jak długo tak leżę? – zastanawiam się. Jak daleko od domu, to równie nieważne. Pytania zadawałem różne, a bardziej różniste. Nic z tego nie wynikło. Coś jednak o nadburcie skrobie, to bardziej realne, choć niemożliwe. Niby tylko szum morza słyszę, melodię kojącej piosenki. Niczym anielskie swawole i pluski kapiącej się dzierlatki. Ale z pewnością i to zaraz przeminie z wiatrem.

Na drugi bok ciało odrętwiałe przetaczam.

–… nigdy jeden na miłość.

– C-co? – rzucam w pokład, a pytam siebie.

– Taka wyliczanka. Mówiłam: zawsze jeden na smutek, nigdy jeden na miłość.

Gdy na nowo oczy otwieram, nasłuchuję skołowany. Miło mi słyszeć, że mogę coś naprawdę słyszeć – znów zatapiam się w myślach, łapiąc nagle sedno konkluzji.

– Aha – oznajmiam.

Nie poprzestaję na tym. Zrywam się tyle co nic. Pokład bity na krzyż piętnastu łokci nie pozwala na więcej. Patrzę dookoła. Co widzę, to widzę. Nawet figi z makiem. Nos wyściubiam za rant burty. Co widzę, to widzę.

– Ktoś ty?

– A, jak myślisz? Czy lico me zwodniczym uśmiechem osnute na próżno? Czy aksamit mej skóry, perełki w diademie i szafir jego blasku przywdziane bez potrzeby?

– Tak, piękna jesteś. A mówię, co widzę: usta masz malinowe, ślepka pomarańczowe i włosy nawet…

– Tak, włosy mam. To jednakże ci powiem, że iście złote. O, tyle garści pobrzasku w kołtunie. Za frywolnie się gziłam, mój miły.

– O, nie! – zakrzyknąłem. – Teraz dopiero widzę. Jesteś syrena.

– Prawie.

– To znaczy? Gadaj prędko: zjesz mnie czy nie?

– Bardziej wcale. Owszem, jestem syrena, lecz taka zgoła osobliwa, co spełnia życzenia.

 – Goła? – jęknąłem. Przełknąłem ślinę, a powinienem mocniej skupić wzrok. – Wybacz, pewnie źle dosłyszałem.

Nie odpowiedziała. Co myślała, to pewnie myślała. Dłonie jej mąciły powierzchnię nieprzeniknionej wody. Balansowała w stabilnej postawie ni to rybiego, ni to człowieczego ciała, lekko tylko odsłaniając linię poniżej barków. Wesoło jej było, toteż faktycznie mogła być golusieńka jak bezmiar natury.

– Chciałbyś?

– O rany! – znów zakrzyknąłem. Dopiero teraz to wyłapałem. – Ty nogi masz?!

– A mam – westchnęła. – Za dużo bajań się nasłuchałeś. Darujmy sobie jednak czcze paplaniny. Lepiej zobacz tu.

Piersi jak melony do twarzy uniosła.

– Co powiesz na to, hę? Skarb mej cnoty przed tobą w gratisie roztworzę tylko wpuść mnie na pokład albo wskakuj do wody.

Nawet się nie zastanawiam.

Co robię, to robię, a mimowolnie wyciągam ku niej r… ręk… rrr

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wszechlimbo.

 

Z niedowierzaniem zdejmuję z głowy symulator 13d. Tak samo spokojnie, a nawet znacznie bardziej leniwie siadam na brzegu zaścielonego kojo. Przez chwilę nie mrugam powiekami. Niby myślę, wędrując oczyma wyobraźni tam gdzieś niedawno nie wiadomo gdzie, a jednak drapię się po głowie. Może czynię tak mimowolnie lub wręcz przeciwnie. Kto to wie? Przesuwam wzrok w lewo.

Nigdy nie miałem okazji znaleźć sens w nonsensownym pytaniu o tym, dlaczego śluza okienna tylko mojej kajuty wypoczynkowej kształtem przypomina but z wysoką cholewką. Jednakowoż nigdy nie zastanawiałem się nad wieloma absurdalnymi kaloszami i chyba tak już zostanie.

Spokojnie wstaję i stoję. Tak się składa w zasadzie, że stoję nieco dłużej niż siedziałem. Nie wiem dokładnie, skąd to wiem. Ale wiem. A właściwie czuję, próbując nawet świadomie powstrzymać napływ ślinotoku. Rozczapierzam swe ego, niczym bestia rozpościera szpony przed uciekającym obiadem, a zaciskam każdy cal parującego ciała.

Telepie się w sobie, z ust wypływa gęsta piana, która zaściela też brodę. Już dłużej nie mogę, a próbuję nawet przez nogę:

– DUPA! – drę japę na całe gardło.

Wpadam w kuriozalny szał. Ślepą furię – białą gorączkę, wściekłość do sześcianu kwadratu. W amok, co zaciemnia rozsądek, dobre wychowanie, maniery i w ogóle. A w ogóle gniew zatruwa mózg do tego stopnia, że biegam jak opętany rudy kot z pęcherzem. Krzykliwie naparzam pięściami po klatce piersiowej jak goryl. Wywracam do góry nogami pryczę, odgryzam półkę w regale naściennym, później na podłogę ją zwalam. Podbiegam do szklanopodobnej gabloty i ciach – pięść w ruch i szyba odpada. Kibel nie idzie wyrwać, więc tylko pcham co wlezie, lecz przede wszystkim zapycham go bezużytecznym sprzętem, służącym rzekomo do relaksu. Tam jego gówniane miejsce.

– I DUPA! – huknąłem, doprawiając strumieniem gazu ze spłuczki.

W końcu z pomieszczenia wypadam. Biegnę przez wąski korytarz, nie oglądam za siebie. Może to źle, może to wyjątkowo głupie, że burdel za sobą zostawiam. Ale dupa tam.

Cały w nerwach na dół zjeżdżam, w międzyczasie przestępując z jednej stopy na drugą, a ręce to tak mi latają, że muszę je czymś zająć. Rozpinam zatem rozporek i leję. Wszędzie leję – na ściany, na podłogę i sufit.

Choć z głośniczka panelu sterowniczego przestaje wybrzmiewać melodyczne „Windą do nieba”, wkrótce następuje oczekiwane „cyk”. Wobec czego (a nie wobec imperatora galaktycznego, którego popiersie zdobi każdą przestrzeń użytku publicznego) czynię to, co zwykle czynię kończąc oddawanie moczu, czyli wykręcam szmatę. W gruncie rzeczy ma – co tu ukrywać – newralgiczna obsceniczność nie powinna nieść jednakże egzystencjalnego zagrożenia dla całej linii fabularnej opowiadania, w szczególności zaś nie powinna stanowić kwestię natury spornej dla malkontentów, dostrzegających wszędzie ekstremum tabu. Zresztą tak samo jak fakt niekończącej się dygresji, zaburzającej płynność akapitu, i tak dalej. Ohmdiwo, jako jednostka operacyjno-czyszcząca, podlega – tak jak wszystkie złomościeracze z floty gildii z ograniczoną mobilnością – prawu federacyjnemu, toteż wizerunek Jun de Iksa z dynastii Igreka pozostaje nie bez przyczyny nierozerwalnym elementem wystroju wnętrz nawet teoretycznie prywatnych przestrzeni. Prawo jest jasne: jeśli areał użytkują więcej niż jedna osoba, obszar zyskuje wówczas status res publica oraz emblemat jaśnie nam wieczyście panującego dobrodzieja.  

Windowa śluza stoi przede mną otworem, znów więc biegnę przez wąski korytarz, a w głowie tylko okrętowa sala wyciskowa i „dupa dupa”.

– Neoruski szmelc, kurwa wasza mać!

Raz jeden zakląłem siarczyście, mając oczywiste na myśli „dupa dupa”. Niemniej niespodziewanie, a tym bardziej jak na złość, cała ochota rozerwania na strzępy siebie, a także worka treningowego przeminęła akurat w momencie, gdy stanąłem w progu docelowego miejsca mojej karczemnej eskapady. Co tu jest grane – pomyślałem natomiast, gdy stanąłem ponownie w przedsionku prostopadłego rozwidlenia. Jeden koniec prowadził z powrotem do windy i góry, a drugi ciągnął się hen, ostatecznie prowadząc na mostek.

To wcale nie znaczy, że te dziwne, metaliczne pomruki zdołały przykuć jakkolwiek skutecznie moją uwagę – wzbudzić zaciekawienie i tym podobne, i takie tam. Nie. Po prostu chciałem odwlec do maksimum czasowego porządkowanie tego masakrycznie rozdupconego pierdolnika. Poszedłem za rozsądkiem.

– Chłopaki, co tu się dzieje? – rzuciłem w rezultacie do załogi.

– Ekhem.

– O, nie zauważyłem cię w tłumie spoconej tłuszczy – odparłem. Jednocześnie odwzajemniłem gest Zylwi, układając dłoń w kształcie litery „V”. – Raptem wypada nieco tylko przeformatować pytanie – kontynuowałem gadkę. – Zatem, chłopcy i dziewczęta, co tu, do jasnej cholery, się wyprawia? I ostrożnie z tym rozgrzanym palnikiem.

– Im mniej wiesz, tym lepiej śpisz. To twoje słowa Jeb.

– To prawda, ale…

– Co ale? Uwiniemy się z tym raz dwa.

– Ale…

– Słuchaj, nasz plan wypali tak czy siak.

– Nie wątpię, ale…

– Poza tym Igo powiedział, że z ciebie wyjątkowo sflaczała gwizdkowa faja… No co? Nie patrz tak. Tak powiedział.

– Przymknij się Pinky.

– Chwila, tak powiedział?

– Chodzi o to po prostu, że za wrażliwy jesteś do mokrej roboty, Jeb.

– Ale…

W tej oto nie przedłużającej się chwilki mego zawahania, Igo wyrósł przede mną jak gdyby znikąd. A konkretnie rzecz ujmując wysunął się z końca wspólnego organizmu masowego na jego czoło niczym, przemieszczony na samych tylko rękach, główny kierownik zamieszania.

– Chyba nie zamierzasz stawać przed nami okoniem – odezwał się ten, co z mordy czajnik pospolity.

– Chyba nie – odpowiedziałem.

W gruncie rzeczy życie we Wszechzjebie oferuje jedną pryncypialną zasadę, mianowicie: artykułowanie zdania odrębnego w sytuacji, gdy to zdanie może być odebrane jako de facto deklaracja oświadczenia woli, wydaje się co najmniej nieroztropnym przedsięwzięciem. Tym bardziej że grono typów wyposażonych w sztucznie podrewniany acz zaostrzony pal, wygląda na co najmniej bandę oprychów skrywających za pazuchą dodatkowo równie przekonywujące argumenty laserowej maczety, halabardy, kosy czy pilniczka.

– Przyglądać się temu nie musisz.

– Iguś – podjąłem z autentycznie sympatycznym zdrobnieniem. – Ja to wszystko rozumiem, wiem jak jest. Wiem aż za dobrze. To my przecież stoimy na pierwszej linii frontu rekultywacji próżni. Przecież to my zapewniamy stałą kosmologiczną równowagę inflacji śmieciozłomu. Do cholery przecież to my jak żuczek harujemy coby popieprzony świat nie runął pod naporem własnego ciężaru gówna. Mylę się? Nie musisz przytakiwać. – Pokiwałem głową. – A co dostajemy w zamian? Ano godne pożałowania kredytowe pensium oraz liryczną tyranię. Wszyscy jak tu wciśnięci stoimy, będąc rzuconym w kierat błędnego zapierdolu z pewnością, co do zasady się z tym zgodzimy.

– Skończyłeś już?

– Jeszcze jedno, potem róbta, co chceta. Możemy tak się umówić, prawda? No ej! Nikt z was nie musi ostentacyjnie przewracać oczyma.

Po tych słowach zrozumiałem dogłębnie jak to niewiele potrzeba, aby sam palec Igo zaordynował absolutnie kompletną ciszę. Załoga nawet nie drgnęła, przestała się bowiem poruszać we wspólnej masie agresora. Nawet oddychać przestała ta nabrzmiała ludzka stonoga, albowiem nikt nie ważył się pierdnąć.

Wprost nie omieszkałem tego nie wykorzystać. Po prostu poszedłem za ciosem, a właściwie za słowami babci, która prawiła o istocie asumptu, że gdy pojawia się okazja, gdy los się do ciebie wypina, a przecież mocium panie krew nie woda i tak dalej, że masz czerwone robaki, więc to grzech nie zamoczyć kija i tak dalej, bo że nawet pies na wykończeniu kota wyłomota, i tak dalej. I dlatego ostentacyjnie odetchnąłem z ulgą, przechodząc do sedna:

– Aż taki głupi nie jestem. – Wzruszyłem ramionami. – Doskonale wiem, że wtedy… no wiesz? No wtedy no, to coś w nas pękło, a używając twojej nomenklatury, Igo: przelało imbryczek goryczy. Rozumiemy się?

– ę lapus zippo? Znaczy że…

– A być może. Aż tak mądry nie jestem. – Skrzywiłem się. – Tylko tak mnie jakoś potęguje na samą myśl. Niby to od środka rwie, lecz bardziej od zewnątrz dociska jakoś tak no… skręca, piłuje i klepie. Trzeszczy, buczy i cholera wie.

– Też mnie baniak rypie.

– Czuję już nawet… no wiesz?

– Nie.

– Słuchaj – mówię mu wtedy stanowczo i biorę głęboki wdech, a przechylam się nieznacznie, wszak wszystko wskazuje na to, że łeb zaczyna mi ciążyć od tego wszystkiego. Niemniej w woli nieugięty, zmierzam do brzegu: – Czai deco, Igo – mówię mu wtedy z racji tytułu przynależnego arystokraty. – Wejrzyj w głąb tego, co nazywacie dekalogiem z porcelany, a wtedy powiedz mi z ręką na tym czymś, co nazywacie sercem, że na pewno wybrałeś mniejsze zło. Czy, odnalazłeś dostateczny powód, ten, który jest, aby wybebeszyć kapitana?

– Ależ to twój pomysł, Jebanuelu.

– Tak? Tak, ale to przenośnia była. A zresztą…

A zresztą niepewnie zerkam po czterech kątach, by uniknąć kontaktu z bezosobowym zażenowaniem. A zresztą wystarczy, że doskonale widzę ich wszystkich i każdego z osobna, gdy perskie oczko puszczają.

No i dupa – myślę tak sobie całkiem nienachalnie. I myślę znów, próbując odwlec nieuniknione, przesuwając myślami jaźń w kierunku mózgu. Ciężko idzie, to fakt bezsporny, bo prawda naprawdę kole w oczy. Ale próbuję, i jeszcze mocniej nadymam policzki, nie pogodzony ze świadomością, że dupa.

Na całe szczęście to skundlony kapitański głosik pierwszy przerywa ciszę. Raczej jak to on, po swojemu bełkoce, niby coś ważnego, niby praca czyni wolnym i w ogóle, tyle że szmery, bajery i trzaski w śluzofonie słychać. Nie trzeba było przy odbiorniku grzebać. Co się dzieje w pełni nie rozumiem, lecz się domyślam z grubsza.

Sprawa nabiera jasnego obrotu, gdy w końcu holograficzny awatar wyolbrzymionej postury staje przed  nami cały w ziarnistej zieleni i z transparentem białym głoszącym wszem wobec „Parley!” 

 Łapię za koniuszek igowego rękawa i odciągam deko. Trącam go porozumiewawczo łokciem i szeptam:

– Co zamierzacie robić, gdy będzie po wszystkim?

– Igo obiecał nam przewrót kopernikański – odezwał się Nikolaj.

– Będziemy na własny rachunek mordować, grabić, truć i gwałcić jak przystało na prawdziwych korsarzy – wtórował następny gagatek.

– A ja… a ja chcę gwałcić mężczyzn. W końcu jak się bawić, to bez hamulców.

Oboje z Igo skwitowaliśmy wyznanie Zylwi wymownym machnięciem ręki. Następnie stało się to, co stać się musiało w popierdolonym opowiadaniu, mianowicie poczułem na swym ramieniu jego empatyczny ścisk dłoni. Nawiązaliśmy kontakt pozaziemski, wtedy powiedział:

– Idź, porozmawiaj z nim. Może nie trzeba rozlewu krwi.

Kiwnąłem na potwierdzenie, chwilę potem kapitańska kajuta zamknęła za mną otwór śluzdrzwi.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Minę to musiałem mieć chyba kota srającego na wszechpustyni lub turysty kosmicznego, któremu po raz pierwszy koleje niebotycznej prędkości zwracają opłatę za zwrócony obiad.

Oni patrzyli wciąż na mnie, a ja przyglądałem się najprawdopodobniej wciąż jemu.

– Pytałem, co powiedział.

– Ach, tak pytałeś – odparłem.

Objąłem spojrzeniem przestrzeń dokoła, najprawdopodobniej obracając wokół własnej osi. Nic jednak nie znalazłem.

– On chyba oszalał.

– Nie – zaoponowałem.

Przyparty do ściany nie oparłem się jednak pokusie sam dociec prawdy:

– Taka sytuacja: czy wy też to doświadczyliście?

– Co? I mów jaśniej.

– Pustki! I sam już nie wiem. Chyba jednak oszalałem. O, słyszycie? Zbliża się. Zaraz się zacznie. Tym razem po was idzie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

– Debil! Po co żeś pirata instalował?

Koniec
Nowa Fantastyka