Dzielę się fragmentem jednego z ostatnich rozdziałów nowej powieści. Na razie na etapie 2 draftu. Ale tekst powstał wcześniej i moim zdaniem nadaje się, by go pokazać. Jestem ciekaw Waszego zdania.
Dzielę się fragmentem jednego z ostatnich rozdziałów nowej powieści. Na razie na etapie 2 draftu. Ale tekst powstał wcześniej i moim zdaniem nadaje się, by go pokazać. Jestem ciekaw Waszego zdania.
Na dziadkową gospodarkę Tomaszek zajeżdżał w połowie lata, zaraz przed żniwami, kiedy słońce wdzierało się nieproszone do wnętrz wagonów po brzegi wyładowanych ludźmi i bagażami. Toreb zdawało się tam aż nazbyt, jakby podróżowały same, jakby chciały uciec od właścicieli i szukały dla siebie nowego miejsca. Chłopiec w towarzystwie rodziców tłukł się we wnętrzu przeładowanego pociągu pod Poznań, wprost do niewielkiej miejscowości tkwiącej pośród niczego, od wieków istniejącej pomiędzy polami i potokami spływającymi leniwie najpierw do Warty, i dalej, do Odry. Jeździli tam rok w rok, być może dlatego, że tylko na tyle było ich stać, były to jedyne wakacje, na które mogli sobie pozwolić. A może dlatego, że stamtąd pochodziła mama Tomaszka i chciała spędzić tam choć krótką chwilę, raz jeszcze porozmawiać z tatą, zobaczyć brata, być może odwiedzić siostrę.
Tomaszek zerkał w brudne okno, walcząc z papierosowym dymem dostającym się do przedziału z korytarza. Ojciec znów wyszedł na zewnątrz zapalić. Uchylił duże okno, przez które Tomaszkowi nigdy nie wolno było się wychylać, i stał tam potem kwadrans, albo i dłużej, wydmuchując dym, kopcąc w twarze osób stojących w oknach kolejnych wagonów. Tomaszek zagadywał wtedy mamę, pytając raz po raz, „kiedy dojadą”, a ona zbywała go równie irytującym „niedługo”, zerkając przy tym na męża z pretensją, bo sama miałaby ochotę „zakurzyć”, uciec z tamtej sytuacji, pobyć chwilę gdzieś poza ściskiem i spojrzeniami tych wszystkich obcych ludzi.
Tomaszek nie znalazłszy zajęcia, zagadywał współpasażerów, próbujących czytać, spać lub rozwiązywać krzyżówki, zmęczonych i kryjących się ze złością na rozbrykanego dzieciaka, bo przecież nie wypada mu nic powiedzieć.
Dawał tak o sobie znać właściwie całą drogę, by potem, już na zapuszczonym, niemal pustym autobusowym dworcu pamiętającym lepsze czasy, te dawno minione, przesiąść się na PKS'a, w którym kolejną godzinę, jakby mniej ochoczo walczył z zepsutą klimatyzacją wyrzucającą z siebie gorące powietrze. Cała podróż jawiła mu się jako męka, choć u jej kresu, stanąwszy w końcu na przeciw sklepu na rogu, pod którym od zawsze siadali pijaczkowie z winem, uśmiechał się pod nosem, zdawszy sobie sprawę, że dotarli, że to już, że jeszcze tylko kilkaset metrów, najpierw asfaltową dziurawą drogą, a później szutrową ścieżką pomiędzy łanami zbóż i postawią nogi na podwórku porośniętym tasznikiem. Zdarzało się, że skubał jego listki w kształcie serca, zjadał je, jeden po drugim, choć matka mu zabraniała, bo kury łaziły po podwórzu i srały gdzie popadnie. Wychowała się tam, więc wiedziała. Od zawsze drób pałętał się pomiędzy nogami, dziobał ostatnie zielone źdźbła; nikomu nigdy nie było po drodze, by posprzątać obejście. Mieli zbyt dużo pracy w polu. Matka przypominała o tym Tomaszkowi właściwie przy każdej okazji, jakby szukając współczucia, albo choć zrozumienia.
Przechodząc przez wielką bramę zbitą z desek pomalowanych czarną farbą zawsze witało ich szczekanie psów. Chłopiec tęsknił do chwili, kiedy na ich widok zaczynały ujadać, informując gospodarzy, że oto ktoś zbliża się, że jest tuż i zaraz przejdzie przez furtkę. Pilnowały podwórza w trójkę: Kulka, suczka o żółtawej sierści, którą Tomaszek lubił najbardziej, a i ona zdawała się chyba odwzajemniać tę sympatię, bo łaziła za nim dzień w dzień, jak najlepsza przyjaciółka; był tam też czarno-biały, zaniedbany kundel, w pewnym stopniu odrażający, zawsze ze zlepioną sierścią, kulejący – Tomaszkowi wydawało się, że wujek z ciotką o niego nie dbają, że go ignorują, a on łaził po podwórzu trochę jak Kłapouchy w Kubusiu Puchatku, nieporadny, ale pocieszny, gotów odwzajemnić uczucie, którym do niego nie pałano. Trzeciego psa Tomaszek się bał. Wilczur, tak o nim mawiał, choć była to raczej mieszanka Owczarka Niemieckiego z przybłędą, bo niezbyt wyrósł, choć wtedy, kiedy chłopiec miał osiem lat pies zdawał mu się ogromny, a przez to straszny. Wilczur unikał jednak Tomaszka i złościł się na Kulkę, kiedy ta podążała za człowiekiem. Strofował ją. Wtedy Tomaszek zbierał się w sobie i kazał mu, Wilczurowi, zostawić Kulkę w spokoju. Pies wzdychał w takich momentach niczym człowiek, zupełnie jak ten starszy pan-dziadek jadący z nimi w jednym wagonie, i odchodził na bok, układał się w cieniu obory, z wnętrza której dobiegało muczenie.
Widok krów stojących w rzędzie, czekających na wydojenie, kręcących mordami równo, niemal rytmicznie uspokajał Tomaszka. Lubił chadzać tam zwłaszcza wieczorem, kiedy wuja Zdzisiek, tak wszyscy mówili tam na wujka, podpinał pod wymiona elektryczną dojarkę.
Podwórko tonęło w dźwiękach, a on, Tomaszek, siadał na pieńku i słuchał świerszczy, rozpoczynających swój koncert. Wtórowały im krowy, choć z biegiem minut zagłuszało je monotonne wycie mechanizmu dojarki, niekończące się buczenie, ciche, lecz rozlewające się po okolicy. Ów niski ton zdawał się mimo wszystko przyjemny, swojski, oznajmiający, że oto nadchodzi noc i wszyscy powinni szykować się do snu. Że tego dnia nic ważnego się już nie wydarzy. Zaraz potem mama wołała Tomaszka do domu, bojąc się, że pożrą go komary. Biegł wtedy przez podwórze, żegnając się z Kulką, patrząc na kury i gęsi, które podobno ganiał, kiedy miał trzy lata. Łapał je rzekomo za ich szyje, a one w rewanżu biegały za nim, i ze złością starały się go dziobnąć. Rodzice stale mu to wypominali, choć on rzecz jasna tego nie pamiętał. Zresztą nie lubił tej opowieści, stawiała go w złym świetle. Ale nie mówił nic rodzicom, bo oni mimo wszystko z jakiegoś powodu uśmiechali się, mówiąc o tym, wspominając tamte czasy. Nie chciał im tego zabierać, cieszył się, że oni się cieszą, że się uśmiechają.
Ojciec Tomaszka, być może w podzięce za gościnę, każdego ranka wskakiwał na wóz ciągnięty starym Ursusem, terkoczącym i kopcącym, i w towarzystwie wujka, dziadka i ciotki zmierzał na pole, gdzie wspólnie od świtu do wieczora kosili zboże i zbierali je, by wreszcie zwieźć do stodoły. Tomaszkowi czasem zdawało się, że jego tata nie ma na to ochoty, że wolałby odpocząć, siąść z książką i butelką zimnego piwa przed domem, a przecież jemu, ośmioletniemu chłopcu cała ta praca wydawała się zabawą, sam chętnie wybrałby się z nimi, pomógłby im nawet; chętnie złapałby za widły i wzorem ojca albo dziadka wrzucał pszenicę na wóz i potem jechał na tej złotej górze, albo i w niej, schowany we wnętrzu, głęboko, niczym zwierzątko, którym czasem chciał być. Bawił się tak w łóżku gdy nad ranem właził pod kołdrę, nakrywał się nią i zerkał na świat przez niewielki otwór, służący mu za ratunek, gdy zaczynało brakować powietrza. Ale nikt nie chciał go zabrać, kazali mu zostać na podwórzu, bo tylko by przeszkadzał. Złościł się wtedy na nich, ale gdy wracali, cali szczęśliwi, że już po wszystkim, zapominał, patrząc tylko jak przerzucają wszystkie te kłosy do stodoły, na jedną wielką stertę. Lubił siadać na pieńku obok wejścia do piwnicy, w której dziadek trzymał ziemniaki i jabłka, i napawał się zapachem lata.
Lubił też chwilę, w której dziadek i wuja włączali młockarnię. Rozwierali wtedy wielkie wrota, bo wewnątrz stodoły przez wirujący pył nie dało się oddychać. Zbożowe drobinki wirowały w tamtym momencie po całym podwórzu, wszędzie pachniało latem. Zdawało mu się w tamtych chwilach, że temperatura ma swoją woń. Powietrze aż skrzyło się od drobinek unoszących się ponad głową Tomaszka, wirujących i odbijających słoneczne promienie. Przypatrywał się taśmie napędzającej mechanizm wewnątrz bębna, wsłuchiwał się w rytmiczny stukot, wyczekiwał, aż pozwolą mu wskoczyć na górę siana. Musiał tylko zaczekać aż oddzielą kłosy i łuski od strąków, bo wcześniej nie mógł tam wchodzić. Wujostwu szkoda było zbiorów, przecież dla nich to był zarobek, tak żyli – ze sprzedaży tego, co posadzili. Zostawiali sobie ledwie kilka worków żyta lub pszenicy, jeździli potem z tym do młyna, by z tej własnej mąki robić chleb. Dawniej, podobno, piekła go babka Stefka, ale kiedy zaniemogła i siadła na łóżku w kuchni, a Tomaszek jak przez mgłę pamiętał ją czekającą tam bezradnie na śmierć, za pieczenie chleba i wyrabianie masła wzięła się ciotka Zosia. Tomaszek nie przepadał za nią, bo ponoć chciała, by płacili za te odwiedziny, by dorzucali się do zakupów. Może dlatego ojciec jeździł z nimi na pole?
Wtedy jednak, patrząc na rozwarte wrota stodoły cieszył się, chłonął tamte chwile, wzorem buddystów, o których jeszcze nie słyszał, doceniał teraźniejszość. Po wszystkim natomiast zachodził do sadu za domem, zaraz obok stawu i klucząc między drzewami, szukał opadłych już papierówek. Część z nich wpadała w krowie placki, bo dziadek wypuszczał krasule pomiędzy drzewa każdego ranka. Tych jabłek Tomaszek nie ruszał. Ale jeśli znalazł jakieś leżące w trawie, nie nadgryzione przez robaki i nie gnijące, zaraz pochłaniał je na dwa-trzy razy i ciskał ogryzki przed siebie, gdzieś tam, daleko, za płot, za którym rozciągało się pole. Nigdy tam nie chadzał bo nie wolno było mu wychodzić poza gospodarkę, poza płot zbity. z długich obłych z jednej strony desek. By dostać się tam musiałby przejść za bramę. Zresztą po drugiej stronie stawu rozciągało się inne pole, ciekawsze. Z kukurydzą, za którą Tomaszek przepadał. Wchodził w nie czasem i niby próbował się zgubić, ale po prawdzie nigdy mu się to nie udawało, za bardzo się bał i starał się mimo wszystko widzieć dom. Zrywał tylko kolbę za kolbą i zjadał, do cna, rzucając potem resztki na ziemię. Wiedział, że dziadek nie miałby nic przeciw, gorzej z ciotką. Bał się, że każe rodzicom zapłacić za wszystko, co pożarł.
Najbardziej jednak Tomaszek lubił siadać na brzegu stawu z wędką, to jest z kawałkiem bambusowego kija, do którego jego dziadek, Kazik mu było, przymocował kołowrotek własnej roboty.
Dziadek był chudy i odkąd chłopiec pamiętał, pałętał się po podwórzu w kaszkiecie, flanelowej koszuli, znoszonych butach i wełnianych nazbyt dużych spodniach trzymających się na tyłku dzięki skórzanemu paskowi oplatającemu jego talię bodaj dwa razy lub dzięki szelkom, w których dziadek robił kolejne dziurki. Mężczyzna nawlókł na kawałek kręcącego się aluminium żyłkę – zupełnie taką, jaką chłopiec miał przy swoim latawcu – a potem u jej końca przewiązał pordzewiały wygięty gwóźdź, pełniący rolę haczyka.
Tomaszek nabijał na ten ostry koniec chlebowe kulki. Zakradał się na zaplecze latowej kuchni, w której przez otwarte drzwi i bliskość obory zawsze pełno było much. Przemykał niezauważony do spiżarki i podbierał kromkę lub dwie, czasem sam nieporadnie kroił bochenek, a czasem, zwłaszcza, gdy po kuchni krzątała się jego mama, a nie ciotka-służbistka, prosił, by dać mu pajdę lub dwie. Zjadał wtedy skórki, chrupiące, dobrze wypieczone i jeszcze ciepłe. Natomiast środek zgniatał, ślinił, by uformować kule, które później, siedząc nad wodą nabijał na zagiętego gwoździa. Ryby nigdy nie dały się nabierać, podgryzały przynętę, aż spadła w toń, a one, te przeklęte sprytne karpie już wtedy swobodnie mogły się nimi karmić. Tomaszek unosił wędkę w takich razach zawiedziony, ale przecież nie o złowienie czegoś mu chodziło, choć chciał chyba pokazać wszystkim, że coś potrafi, że do czegoś się nadaje. Wyobrażał sobie, że wieczorem zachodzi do domu z wiadrem pełnym ryb, chwali się nimi i każe je oporządzić. Zjedliby je wszystkie na kolację. Chciał wszystkich nakarmić. Tylko nie było mu dane, bo ryby były od niego sprytniejsze. Po jakimś czasie zabrał się a kopanie robaków. Musiał spróbować czegoś nowego. Liczył chyba, że z robakami pójdzie mu lepiej. Ale prawdą też było, że ciotka odkryła to jego podkradanie świeżego pieczywa i zabroniła mu marnować je na ryby, bo szkoda, bo co będą jeść wujkowie i ojciec Tomaszka, kiedy wrócą z pola.
Chłopiec przysiadł więc na brzegu stawu w swoich krótkich, nieco już zabrudzonych spodenkach z królem lwem na prawej nogawce i dźgał patykiem ziemię w poszukiwaniu dżdżownic. Wyjmował z ziemi i wrzucał jedna po drugiej do plastikowego niebieskiego pudełka po lodach. Z początku się ich brzydził, tych robaków, nakładał je na haczyk patykiem, a one oplatały go, ów kawałek starego gwoździa i trzymały się go by nie spaść. Ale kiedy tylko chłopiec zarzucał wędkę, robak zataczał w powietrzu łuk i lądował w wodzie. Dlatego w końcu Tomaszek się przemógł i zaczął nabijać te biedne niczego nie świadome istoty na zardzewiały ostry koniec. I delikatnie opuszczał, patrząc niejako z obawą, jak prowizoryczny haczyk znika w mulistej zielonkawej wodzie. Słuchał skrzeku żab, czających się w szuwarach, przypatrywał się im, czekając, aż coś zacznie brać. I kiedy dostrzegł, że spławik dotychczas unoszący się na powierzchni drga i kręci się, że wreszcie zatacza kółka, urosła w nim nadzieja, że może to już, że wreszcie coś złowi. Być może to karp, o którym opowiadał mu dziadek z wujkiem. Największy w stawie. Olbrzym, na którego wszyscy ostrzyli sobie zęby, wszyscy w wiosce. Ale jeszcze nikomu nie udało się go złapać.
Ale po kwadransie wszystko jakby się uspokoiło. Tomaszek uniósł więc wędkę i westchnął z dezaprobatą jak już miał w zwyczaju; nauczył się tego być może od starszych mężczyzn, od ojca i dziadka, od pana w pociągu. Na gwoździu nie było robaka. Wziął więc kolejnego i z sadystycznym wręcz zacięciem przebił go. Już mniej się brzydził, bardziej zależało mu na złowieniu ryby. Zaczynał robić to machinalnie, jak automat, raz za razem, dopóki robaki mu się skończyły. Wtedy grzebał palcami w ziemi, wyciągał kolejne jak żelki, wrzucał do pudełka i łowił dalej. Bo co innego miał tam robić? Mógł tylko buszować w kukurydzy, wałęsać się między jabłoniami w sadzie albo siedzieć nad brzegiem stawu. Nie mógł nawet wejść do wody, bo matka mu zabroniła. Ponoć ktoś kiedyś się w nim utopił i tak ją to przeraziło, że od maleńkości miała lęk przed wodą.
Tomaszek zdjął sandały i zanurzył stopy w błocie. Dno zdawało się zdradliwe, niestabilne, zapadłby się nieco, jeśli stanąłby tam. Być może nawet zaczęłoby go wciągać, przynajmniej tak to sobie wyobrażał.
Właściwie każdego wieczora Tomaszek wpatrywał się w zarośla, leniwie kołyszące się na wietrze, słuchał śpiewu ptaków i koncertu świerszczy, dzierżąc dzielnie kij, z którego zwisała żyłka. Patrzył na spławik, choć robił to rzadko. Bał się, bo dziadek powiedział mu, że to przynosi pecha, że ryby wiedzą, czują ten ludzki wzrok, owo wyczekiwanie, które jakby się materializowało, zagęszczało powietrze. Starał się więc nie patrzeć, milczał, błądząc wzrokiem wokół, wyczekując, aż zrobi się na tyle zimno, że zechce wrócić do domu, po drodze zahaczając jeszcze o oborę, w której wuja znów siadał przy każdej z krów i podpinał pod ich nabrzmiałe wymiona elektryczną dojarkę. Wtedy nikt nie mówił, że to niehumanitarne, jeśli w ogóle można mówić o byciu humanitarnym w kontekście zwierząt; że zabiera się mleko cielakom. Tomaszek unikał tylko chlewu. Odór dobywający się stamtąd, rozchodzący się po podwórzu, kiedy ktoś tam wchodził, albo stamtąd wychodził, przyprawiał Tomaszka o torsje. Chłopak próbował się przemóc, raz nawet zaciekawiony wszedł za dziadkiem, bo ten szykował jedzenie dla świń. Gotował ziemniaki w wielkim parowarze, a potem wylewał papkę do koryta, przy którym ustawiały się maciora i warchlaki. Wytrzymał kilkanaście sekund, to jest tyle, na ile potrafił wstrzymać oddech. Wybiegł potem daleko, na drugą stronę łysego podwórka i łapał powietrze jak ryba wyjęta z wody, łykał je i krztusił się.
Ale tym razem nad wodą siedział dłużej. Czuł, że ich pobyt tam, pośród pól, z dala od życia, które wiódł w mieście, tego smętnego i nudnego, szarego, pozbawionego wolności doświadczanej na wsi, kończy się. Chciał celebrować każdą chwilę. I złowić choć jedną rybę, jakąkolwiek. Mogła być płotka, karaś. Coś, czym mógłby się pochwalić przed rodziną – tą bliższą i dalszą, przed ciotką egoistką, wiecznie zabieganym wujkiem i dziadkiem. No i przed rodzicami. Chciał zrobić wrażenie na ojcu, pokazać mu, że coś potrafi, bo Tomaszkowi zdawało się, że tata ma go za nic, że w oczach ojca jest tylko maminsynkiem, trzymającym się spódnicy, bojącym się własnego cienia. Posmutniał na samą myśl, zaparł się w sobie, gotów wskoczyć nawet do tej wody, byleby chwycić coś, cokolwiek. Zacisnął pięści mocniej na wędce, powtarzając w myślach swoistą modlitwę, by wreszcie coś chwyciło, bo zaczynało się ćmić; słońce niknęło za polami nadal jeszcze miejscami porastającymi zbożem. I wtedy jedna z ryb chyba posłyszała tę jego prośbę, uznała, że się poświęci, że pomoże Tomaszkowi, bo jak raz zainteresowała się kawałkiem chleba nadzianego na gwoździa. Obgryzała go, ten malutki kawałek przemoczonego chleba, bawiła się nim, wreszcie chyba rozwarła pysk i nadziała się na ostry szpic. Musiało to ją przerazić, zaczęła uciekać, najpierw kręcąc kółka, a potem starając się czmychnąć gdzieś tam, głęboko, ku dnu stawu, mulistemu. Być może chciała się w nim zanurzyć, zniknąć, udać, że nic się nie stało. Zaklinała rzeczywistość jak ludzie. Ale Tomaszek jej nie pozwolił. Przytrzymał wędkę, kazał jej wrócić, starał się kontrować ruchy, z wolna złapał za kołowrotek i zwijał żyłkę. Patrzył z obawą na koniec wędki, wyginający się nienaturalnie. Ryba była silna. Musiała być mimo wszystko duża, bo nie potrafił dać sobie z nią rady. Zagryzł zęby, nawet wstał i robił krok za krokiem w tył. Zdawało mu się, że jeśli nie uda mu się jej wyciągnąć zwijając żyłkę, wyciągnie ją inaczej, oddalając się od stawu. A ryba chyba wyczuła ten jego pomysł, bo odpływała na drugi kraniec stawu, chciała znaleźć się jak najdalej, być może wiedziała nawet, gdzie stoi Tomaszek.
Całą tą walką zainteresował się wuja, ten wiecznie zmęczony niedogolony mężczyzna w gumiakach i z zakolami na głowie, uśmiechający się bez skrupułów, choć brakowało mu jednego zęba. Patrzył na Tomaszka z rozbawieniem, bo chłopak siłował się z rybą i zdawał się przegrywać to starcie.
– Może to ten potwór co tam mieszka? – rzucił niby to w żarcie, ale Tomaszek się wystraszył.
– Jaki potwór? – zapytał, bojąc się oderwać wzrok od spławika, teraz niemal już w całości zanurzonego pod taflą wody.
– No ta wielka ryba, o której wszyscy gadają – wujek wyjaśnił, zdawszy sobie sprawę, że mógł wystraszyć małego, że przez niego chłopiec mógłby mieć koszmary.
Patrzył jeszcze kilka chwil na te zmagania Tomaszka, aż wreszcie kazał mu nie siedzieć zbyt długo na dworze, bo komary zaczynały ciąć; naprzykrzały się. Choć tym akurat w tamtej chwili chłopiec się nie przejmował, zagryzł zęby i cofał się, czując, że tym razem zrobi na wszystkich wrażenie. Że wreszcie pokaże, im wszystkim, tym zmanierowanym dorosłym, wyśmiewającym jego starania, nie wierzącym w niego, do czego jest zdolny, on, ośmiolatek z wędką zrobioną z bambusowego patyka. Dotarł wreszcie do płotu. I nie mając lepszego pomysłu, szarpnął mocniej. Wtedy wędka pękła. Jej górna część razem z linką i kołowrotkiem pomknęły za rybą, zniknęły w stawie. Chłopiec przewrócił się na plecy, trzymając w dłoni drugą końcówkę ułamanego, pustego w środku kija, lichego, będącego już tylko wspomnieniem. Tomaszek wiedział, że wędka była stara, ale zaraz dotarło do niego, że musi powiedzieć o tym dziadkowi. Bał się, bo przecież tylko ją pożyczył. Nie wiedział tylko, że oprócz niego nikt się tym nie przejmie, bo kuzyn Tomaszka dostał nowy, profesjonalny sprzęt; składaną wędkę z automatycznym kołowrotkiem. Stojąc na ten przykład na jednym brzegu można było zarzucić haczyk na drugi. Tomaszek widywał ją, tę wędkę, codziennie, chadzając nad staw. Stała oparta o wychodek, drewnianą budę z sercem wyciętym w drzwiach na wysokości oczu. Z tej toalety korzystał już tylko dziadek Tomaszka, nikt inny, reszta biegała do toalety w domu, wykafelkowanej, choć równie chłodnej. Chłopiec przypatrywał się tej nowoczesnej wędce z zazdrością, wiedział, że gdyby tylko kuzyn pozwolił mu z niej skorzystać, on zaraz przyniósłby do kuchni wiadro pełne ryb. Ale nie chciał o nią prosić, nie tyle nawet ze strachu co z przekory. Obraził się wtedy na nich wszystkich, na te wakacje i na przeklęty stawik porośnięty trzciną od strony płotu, tam gdzie było głębiej i gdzie ponoć kiedyś ktoś stracił życie.
Wracał do domu przygnębiony. Nawet suczka, z którą tak lubił się bawić nie potrafiła poprawić mu humoru. Zignorował ją, rzucił jej tylko resztę kija, wciąż trzymanego w dłoni, a kiedy pobiegła za nim, za tym kawałkiem starego patyka, przekonana, że Tomaszek mimo wszystko poświęci jej choć kilka minut tamtego wieczoru, on zniknął w domu, zostawiając ją na podwórzu zagubioną, poszukującą go później, kręcącą się po placy w zagubieniu i zastanawiającą się, gdzie też podział się mały człowiek. Wreszcie ułożyła się na betonowych schodach prowadzących do wiatrołapu i zasnęła, czekając na kolejny dzień, na ranek, kiedy Tomaszek raz jeszcze wyjdzie na podwórze, przywita się z nią, pogłaszcze. Bo potem na powrót stanie się niewidzialna, będzie jednym z trzech kundli pilnujących gospodarki, tym najmniej groźnym, raczej przymilnym, trzymanym właściwie z niewiadomego powodu, bo ani ciotka Tomaszka, ani wuja, ani nawet sam dziadek, nie byli pewni, po co była im ta suka. Ale trzymali ją, być może z przyzwyczajenia. A może na swój sposób kochali ją, tak jak pokochał ją Tomaszek? Tylko tego nie okazywali, bo nikt im nie powiedział, że powinni. A może wyłącznie nie mieli na to czasu, może gdyby mniej pracowali, zauważyli by ją, i inne zwierzęta? Krowy, świnie, kury i konia. Traktowali je czasem jak przedmioty, przynajmniej tak zdawało się Tomaszkowi, że dla nich to wyłącznie narzędzia.
Całkiem rano, właściwie przed świtem, kiedy niemal wszyscy jeszcze spali – no może poza dziadkiem kręcącym się po swoim pokoiku i szykującym się na poranny obchód – Tomaszek wstał z niewygodnej polówki ustawionej pośrodku sypialni ciotki Jadzi, siostry wujka Zdziśka, która wyprowadziła się z rodzinnego domu dwa lata wcześniej, i podreptał w kierunku toalety.
Na ogół, razem z rodzicami, zajmował ten konkretny pokój, z oknem wychodzącym na podwórze, obrotowym fotelem obitym niebieskim chropowatym materiałem i dziwaczną lampką, wewnątrz której w przezroczystej, raczej gęstej substancji pływały opiłki metalu albo czegoś, co przypominało skrawki aluminiowej folii. Włączywszy tę lampkę światło odbijało się od powierzchni srebrnych drobinek, rzucając wielokolorowe smugi na ściany. W pokoju robiło się wtedy kosmicznie, albo dyskotekowo.
Rodzice Tomaszka sypiali na rogówce, dawnym łóżku cioci Jadwigi. Tomaszek lubił ją, bo jak mało kto okazywała mu zainteresowanie. Dlatego tak złościł się na żonę wuja Zdzisia, ciocię Zosię, która kazała Jadzi się wyprowadzić. Nie chciała, by po domu kręcili się obcy, a właśnie tak mawiała o rodzinie męża; przeszkadzali jej wszyscy, łącznie z dziadkiem. Przynajmniej tak sądziła mama Tomaszka, a Tomaszek jej wierzył, bo przecież ciocia Zosia bywała opryskliwa, patrzyła nawet na niego, na tego małego grubiutkiego chłopczyka z pretensją i odrazą, jakby bała się, że jego apetyt ich zrujnuje. Wydawało mu się, że miała ochotę skarcić go za włóczenie się po sadzie i wybieranie co lepszych opadłych jabłek. Nie chciała dzielić się czymkolwiek. Zarzekała się, że Tomaszek i jego rodzice jej nie przeszkadzają, choć każdym gestem i spojrzeniem utwierdzała mamę Tomaszka w przekonaniu, że lepiej by było, gdyby sypiali w hotelu, a odwiedzali ich wyłącznie popołudniami, by wyłącznie wpadali na kawę i znikali przed zmierzchem. Więc on, mały chłopiec przejęty tym, co mówi jego mama, zaczął żywo nienawidzić żony wujka. Patrzył na ciocię Zosię wyzywająco, chciał chyba stanąć z nią do pojedynku, może nawet zmusić wujka, by się rozwiódł? Zostawił ją, tę przeklętą egoistkę. Bo przecież to ona była z zewnątrz.
Ale wtedy, wczesnym rankiem o tym nie myślał. Przeszedł tylko przez starą kuchnię, w której kiedyś gotowali obiady, a którą potem dziadek przerobił na salon i sypialnię jego zmarłej już żony.
Tomaszek nie poznał babci Stefki. Zanim zajechali tam, na gospodarkę, po raz pierwszy, a przynajmniej pierwszy raz, kiedy on rozumiał, co się wokół niego dzieje, babcia jeszcze żyła, choć już nie mówiła.
Minął więc to puste już łóżko ustawione pod oknem i zniknął w toalecie. Nie lubił tam chadzać, nie z rana, bo przez wiecznie otwarte okno wewnątrz było zimno, a siadanie na chłodnej desce zaraz po przebudzeniu, kiedy ciało wciąż jest rozgrzane, nie jest przyjemne. Wsunął dłonie pod uda i machał nogami. W końcu spuścił wodę, naciskając przedziwny mechanizm, w niczym nie przypominający zwykłej spłuczki i raz jeszcze stanął pośrodku dawnej kuchnio-sypialni, patrząc tępo na stół ustawiony pod ścianą. Na blacie leżała wędka, a właściwie część jego wędki, tej, którą poprzedniego wieczora do stawu porwała ryba. Tomaszek stał przed tym stołem i patrzył w spławik i część kija, nie rozumiejąc, skąd się tam wziął.
– Wuja go wczoraj wyciągnął – wyjaśnił mu dziadek, który usłyszawszy Tomaszka, wyszedł ze swojego pokoju, już ubrany, we flanelowej koszuli, wełnianych spodniach na szelkach i kaszkiecie. Jak zwykle niedogolony, ale nie dbał o to, odkąd został wdowcem. Nikogo już nie musiał całować, więc nikt nie suszył mu o to głowy.
Mówił niewyraźnie, dlatego Tomaszek miał problem, by go zrozumieć, ale akurat te słowa do niego dotarły, przeszyły jego młode ciało. Wzburzyły go.
– W nocy poszedł z wędką nad staw i wyłowił tę twoją rybę – wyjaśnił.
– I gdzie ona jest? – Tomaszek zaatakował dziadka. Mówił prędko i z pretensją, jakby ktoś zrobił mu krzywdę, albo zabrał jakąś jego własność.
– Wrzucił ja do stawu. Za duża była, za tłusta, żeby ją zjeść.
Tomaszek zdawał się zły na wujka. I na dziadka. Właściwie był zły na nich wszystkich. Na całą tę wieś, na wszystko, czego tam doświadczał. Nawet widok Kulki nie poprawił mu humoru. Chciał wyjechać, zapomnieć. Miał nadzieję nigdy tam nie wracać, bo nie miał już do czego. Nic już nie sprawiało mu radości, nic, co tam na niego czekało nie wydawało się atrakcyjne. I nie chodziło nawet o to, że coś się zmieniło, coś poza nim. To on sam się zmienił. Postanowił, że tak będzie, więc tak się stało. Uznał, że to koniec wakacji, przynajmniej tam, na wsi. Nie pozwalał sobie na zabawę, zamiast tego chadzał nad staw i siedział nad nim, patrząc godzinami w wodę, albo błąkał się po podwórzu bez celu, czekając na wieczór i kolejny dzień, na chwilę, w której wyjadą, kiedy wsiądą do malucha wujka Zdzisia i zajadą na dworzec. Bo zwyczajowo wuja kazał im załadować się do czerwonego samochodu, ojciec z przodu, a on, Tomaszek i jego mama, z tyłu, z torbami na kolanach. Cisnęli się tak w nagrzanym od słońca aucie i przy rozwartych na oścież oknach jechali krętymi dróżkami między polami sąsiadów. Tomaszek obserwował krowy pasące się na pastwiskach i w twarze ludzi błąkających się gdzieś przy nich z widłami, przerzucającymi gnój z taczki na kompost.
Pierwszego dnia smród gnoju mu przeszkadzał, ale kiedy wyjeżdżali przywyknął, nawet polubił ten zapach i patrząc w dal, w oddalającą się gospodarkę czuł mimo wszystko żal. Może nawet tęsknotę. Wciąż słyszał ujadanie kulki, która żegnała się z nim, mając nadzieję, że kiedyś jeszcze go zobaczy, że znów się spotkają, być może za rok, i będą włóczyć się wspólnie po podwórzu. Dla niej była to miła odmiana od tego, czego doświadczała na co dzień. Zdawała się w tym podobna do Tomaszka, nieco porzucona, żyjąca na uboczu, obserwująca wszystkich tych ludzi zapatrzonych w swoje sprawy, nie zauważających jej. Oboje byli wyrzutkami, być może dlatego Tomaszek tak ją lubił. Poczuł wtedy, w tym nagrzanym maluchu złość na siebie, że w ostatnich dniach ją ignorował, zupełnie jak ciotka, wujek i dziadek. Że ją odtrącił, a jej przecież nadal zależało. Chciał wrócić i pożegnać się z nią jak należy. Było już jednak za późno. Odjechali na tyle daleko, że nikt nawet nie wziąłby na poważnie tej jego prośby. Mieli pociąg, na który musieli zdążyć. I on to rozumiał. Dlatego nic nie powiedział, tylko ze smutkiem spoglądał na zewnątrz, czując na twarzy wiatr wpadający do środka przez otwarte przednie okna, te w drzwiach, przy których siedzieli ojciec i wujek, mężczyźni, którzy decydowali o wszystkim, a on i mama mogli jedynie siedzieć i czekać, akceptować decyzje, które podjęli oni: tata Tomaszka i wujek Zdzisiek.
Po latach raz jeszcze zajechali na wieś całą rodziną. Ponownie tłukli się pociągiem, choć podróż wydała mu się jakby krótsza. Ale to nie kolej jeździła szybciej, tylko Tomaszek przestał już być Tomaszkiem, a stał się Tomaszem, niemal mężczyzną. Miał piętnaście lat, trącił potem i niechęcią do ojca. Zdarzało się, że otwarcie go krytykował, patrzył na niego z odrazą, traktował może jak rywala?
Gdy stanął pośrodku podwórza, dawniej ogromnego, natomiast po tych siedmiu latach jakby mniejszego, nie mógł ukryć rozczarowania i zaskoczenia. Latowa kuchnia właściwie się nie zmieniła. Może za wyjątkiem pajęczyn, porastających drzwi i okna. Kiedyś to tam przygotowywali posiłki, zwłaszcza, gdy robiło się ciepło. Ale ciotka Zosia przerobiła sypialnię szwagierki, cioci Jadzi, na kuchnię i od tamtej pory to w domu gotowali. Było to zapewne lepsze rozwiązanie, choć Tomasz, patrząc na nowe meble, na okno, pod którym dawniej sypiali jego rodzice, nie mógł ukryć złości. Irytował go także fakt, że nie było już Kulki, ani dwóch pozostałych psów, których imion nie pamiętał. Nie było też sprzętu wędkarskiego, stojącego dawniej na powietrzu, opartego o wychodek.
– Daniel je połamał, te wędki – ciocia Zosia stwierdziła, szykując im kawę.
Wybrała „americano” na wyświetlaczu wielkiego ekspresu i podstawiła na raz dwa kubki pod dyszę, by oszczędzić na kawie. Tomasz pomyślał wtedy, że się nie zmieniła, że wciąż oszczędzała na czym tylko się da. Może poza sprzętem, bo ten, jak widać był z najwyższej półki. Prychnął tylko pod nosem, ale nic nie powiedział.
– Nie chciał już łowić – ciągnęła dalej.
A potem zapytała, na jak długo przyjechali. Zaskoczyła tym mamę Tomasza, bo przecież umawiały się na kilka noclegów.
– Do soboty, jeśli to nie problem? – mama Tomasza odezwała się ostrożnie. Chciała zobaczyć tatę, spędzić z nim nieco czasu. Czuła, że to ostatni raz, kiedy go widzi, że kolejnej okazji może już nie mieć. Dlatego brzmiała na zdeterminowaną, może nawet próbowała sprowokować szwagierkę, dać jej prztyczka w nos?
Wieczorem ojciec Tomasza siadł z wujkiem Zdziśkiem przy turystycznym stoliczku, ustawili go, jak dawniej, zaraz pod drzwiami domu, pod oknem wiatrołapu, i pili wódkę. Celebrowali to spotkanie w dwójkę, jak za dawnych czasów. Siedzieli nad butelką, aż obaj nie mieli dość. Wtedy matka z ciotką zaciągnęli mężów do domu i położyli do łóżek. Same natomiast patrzyły na nich z założonymi rękoma, kręcąc głowami. Spodziewały, że tak się to skończy, ale i były gotowe, dlatego nie ciskały gromami, przynajmniej nie drugiego dnia. Dopiero potem, czwartego, gdy to się powtarzało wieczór w wieczór, zaczęły im suszyć głowy, choć oni, mężczyźni, nic sobie z tego nie robili.
Tomasz błąkał się po gospodarce struty, zaglądał do chlewu, w którym nie było już świń, dlatego nie czuć było odoru. Nie czuł też ziemniaków gotowanych w parowniku. W oborze nie było krów, tylko byki, w stajni zabrakło koni. Ostały się jedynie kury, ogrodzone siatką pod oknem kuchni latowej. Na polu natomiast rosła wyłącznie kukurydza. Wujek i ciotka robili z niej paszę. A obornika używali do nawożenia pola. Zrobili z gospodarki dobrze naoliwioną maszynę, skupioną na skupowaniu cielaków, hodowaniu ich i odsprzedawaniu. Nie byli już rolnikami. Tomaszowi wuja przypominał teraz biznesmena, tylko w kaloszach i z widłami, bo akurat przerzucał krowie kupy z betonowej podłogi na taczkę.
Tęskno było mu do tamtego lata, tego, kiedy obserwował dziadka sterczącego przy młockarni. Zajrzał do stodoły, w której niegdyś trzymali siano. Pamiętał, że chował się w nim. Raz nawet dziadek zabrał go tam na noc. Spali pod kocem. To była dla niego przygoda, skulić się w sianie i wsłuchiwać w odgłosy dobiegające z zewnątrz. I z wewnątrz, bo po belkach ponad jego głową biegały myszy, skrobały ziemię w kątach, szukały dla siebie kawałka świata, bezpiecznego, idealnego, by przeżyć kolejne lato.
Tomaszek spojrzał na latową kuchnię. Pamiętał, jak raz byk zerwał się z łańcucha. Wtedy mieli jednego, rozpłodowego. Zwierzę w szale wybiegło na podwórze, zaskakując tym wszystkich. Wuja z dziadkiem zagonili Tomaszka, jego mamę i ciotkę do kuchni, i kazali im zamknąć drzwi. A potem w trójkę starali się uspokoić byka, zagonić go z powrotem do obory. Tomasz uciekając przed zagrożeniem połknął muchę, wielką i tłustą, karmioną masłem i okruchami chleba, pozostawionymi na blacie. Tomasz pamiętał jak pod stropem zwisały plastry na owady, całe oblepione muchami, z obu stron. Wszystkie zlatywały się tam z pobliskiej obory. Ale nikomu to nie przeszkadzało, bo tak było przecież od zawsze. I do pewnego czasu nikt się tego nie czepiał. Tomaszek patrzył wtedy przez dziurkę od klucza w kuchennych drzwiach, czy jest już spokojnie, wciąż dławiąc się i kaszląc, próbując wypluć owada. Ale w końcu ją połknął. I był z tego powodu dumny.
Stojąc tak między drzwiami dawnej kuchni a oborą, już nowoczesną, przygotowaną pod dostawę nowych młodych byczków, Tomasz zdał sobie sprawę, że tamtej wsi już nie ma. Że nie ma Kulki, z którą lubił się bawić, sadu z jabłkami, wędki, z którą chadzał nad wodę. Nie było też już tamtego Tomaszka, wciąż naiwnego, wierzącego, że tak może być zawsze. Że tamte wakacje mogłyby trwać ciągle. Był natomiast Tomasz. Nastoletni chłopak, z problemami, uzależniony od komputera i internetu. Już mu się tam nie podobało, na gospodarce ciotki. Nie było jak kiedyś. Nie wiedział, po co właściwie przyjechali. Co tam robili. Nawet dziadek nie był już dziadkiem, stał się raczej starszym denerwującym panem, który w trakcie filmów mówił tak głośno, że nic nie dało się słyszeć. Tomasz chciał wrócić do tego, co zna, co nie przypominałoby mu o życiu, które było kiedyś. Do czasu, w którym jeszcze bywał szczęśliwy, kiedy największe problemy rozpływały się z nastaniem wieczoru i gdy widok suczki, czekającej na niego pod drzwiami domu witał go każdego ranka. Ale skoro wszystko to minęło, on, Tomasz, nie chciał już być tam, między odremontowaną stodołą, w której wuja trzymał nowy kombajn i którym za trzy tysiące złotych za godzinę pomagał w żniwach sąsiadom, a opuszczoną kuchnią. Był gotów wracać, do siebie, do miasta, w którym żył. Gdzie mógł spodziewać się wszystkiego, co najgorsze. Ale było to pewne, nie zaskakiwało go, nie wzbudzało wspomnień, nie przypominało mu o emocjach, które od siebie odsuwał. Usiadł w końcu przy stoliku z ojcem i wujkiem, i ku swojemu zdziwieniu podali mu butelkę piwa.
– Masz synek – ojciec bąknął niby to z uśmiechem, a kiedy zobaczył, jak Tomasz przechyla to piwo niemal na raz, poklepał go po plecach i stwierdził, żeby się tak nie spieszył, bo drugiego nie dostanie.
Tomasz jednak nie miał zamiaru prosić o drugie. Nie chciał pić z nimi. Suszyło go, chciał też, być może, zagłuszyć wspomnienia. Ale z całą pewnością nie miał zamiaru opowiadać o tym ani wujkowi, ani tym bardziej tacie, którego zresztą zignorował, obdarzył ledwie chłodnym spojrzeniem, by zaraz potem zniknąć w domu, schować się w pokoju, w którym ciotka naszykowała im posłanie. Włączył telewizor, skakał z kanału na kanał, czekając, aż wreszcie wyjadą. Nie chciał więcej wracać do tego, co było. Bo to, co było, zdawało się lepsze i on nie mógł tego przeboleć.