Ciemne chmury pędziły po niebie, gnane wichrem. Deszcz padał od wielu dni, potoki zamieniły się w rwące rzeki. Wszędzie było błoto: gęste, sięgające w niektórych miejscach do kolan, dlatego nikt nie wytykał nosa z domu.
Dni wlokły się, jakby czas zamieniony w zgrzybiałego starca człapał, powłócząc nogami, w stronę barłogu, aby tam w końcu skonać samotnie.
Ayri patrzyła przez okno jadalni Domu na Wzgórzu. Szum deszczu niemal zagłuszył odgłosy jedzących dzieci. Stukanie sztućcami o talerze. Szuranie krzesłami. Szmery rozmów.
Inne dzieci zachowywałyby się głośniej, śmiałyby się, krzyczały, sprzeczały. Ale nie te dzieci. Ich bezwłose głowy lśniły w świetle jarzeniówek, oczy patrzyły smutno i poważnie na papkę z glonów, mizerne warzywa oraz syntetyczne mięso.
W oddali majaczyło ogrodzenie. Furtki nie zamykano na klucz. A jednak mur oddzielał wzgórze od osady jak nieprzekraczalna granica.
Ayri nie czuła głodu, choć nie jadła od śniadania. Gmerała widelcem w posiłku. Patrzyła na mokre szyby.
Nuda.
Ogarnęło ją nieznośne znużenie, poczucie daremności, lepkie jak powietrze na Pellin w upalny letni dzień.
A może powinna wrócić do domu?
Nikt jej tu nie chciał.
Wszyscy byli uprzedzająco grzeczni, witali ją z uśmiechem, kiedy schodziła do osady, pytali o zdrowie, o to, jak jej minął dzień.
A jednak wiedziała, że tak naprawdę wcale ich nie obchodzi. Pokazywali tylko fasadę złożoną z zasad uprzejmości, jednocześnie ukrywając prawdziwe myśli i uczucia.
Była widzem w teatrze, nie mile widzianym gościem.
Niedługo przybędą androidy, poleciałaby z nimi na Slon, tam złapałaby statek na Pellin.
Jaka pora roku jest teraz na Pellin? Zmarszczyła czoło.
Chyba wiosna?
Wiosna! Kwitnące gaje owocowe, ciepły wietrzyk, promienie słońca łagodnie muskające skórę!
Przyjaciele.
Adam.
Mama.
To wszystko czekało na nią daleko stąd.
Dzwonek do drzwi sprawił, że aż podskoczyła. Kogoż to przyniosło w taką pogodę?
Korytarz spowijał półmrok, ale nie zapaliła światła. Znała drogę na pamięć.
– Tak? – zapytała lekko zaspanym głosem.
– Nie poznajesz mnie? – Kupka szmat, stojąca na progu wydawała się urażona. Ręka zsunęła z głowy zakrywający twarz kaptur, ukazując oblicze pokryte kilkutygodniowym zarostem, opalone i serdecznie uśmiechnięte.
– Alvin! Nie stój tak, wejdź!
Ayri odsunęła się, żeby wpuścić przybysza, po czym szybko zamknęła drzwi.
– Nachlapałem ci na podłogę.
– To nic, robot umyje.
– Dostałaś robota?
– W zeszłym miesiącu. Jest całkiem przydatny. Dzięki niemu mam więcej wolnego czasu.
Weszli razem do jadalni. Dzieci właśnie skończyły posiłek, ustawiły się w kolejce do wielkiej zmywarki.
– Hej, dzieciaki! – zawołał mężczyzna – co tam u was słychać? Grzeczne byłyście?
– Dzień dobry, panie Alvinie. Byliśmy grzeczni – dzieciaki odpowiedziały chórem.
– To świetnie! No to… dobranoc.
– Dobranoc, panie Alvinie.
Dzieci ukłoniły się i parami opuściły kuchnię.
Alvin usiadł przy stole, a Ayri postawiła przed nim talerz z parującym jedzeniem.
– Ech, zjadłbym coś normalnego. – Przeżuwał szybko, krzywiąc się jednocześnie.
– W całym kwadrancie ósmym nie dostaniesz nic lepszego!
– Mógłbym polecieć do dziewiątego. Albo nawet dziesiątego.
Alvin jadł, Ayri w milczeniu patrzyła przez okno, próbując przebić wzrokiem deszczową kurtynę. Nadchodziła noc. Wkrótce wzejdzie Wielkie Oko, niewidoczne z powodu chmur.
– Co tak siedzisz i nic nie mówisz? Kot zjadł ci język? – zapytał Alvin, kiedy już uporał się z posiłkiem.
– Kot? Co to jest kot?
– Chyba jakieś zwierzę. Żyło na ziemi przed Odrodzeniem.
– I zjadało ludziom języki?
– Nie mam pojęcia. Moja prababcia tak mówiła.
Alvin ziewnął, przeciągnął się, oparł policzek na dłoni.
– No, to o czym tak myślałaś?
– O niczym. Teraz. Zanim przyszedłeś myślałam o powrocie na Pellin.
– I?
– Zostanę. Te dzieciaki mnie potrzebują. Żal mi ich.
– Mnie też. Są takie… ciche. Żyją we własnym świecie. Trudno je zrozumieć.
Siedzieli kilka minut w milczeniu, wsłuchani w jednostajny szum deszczu, wiatru oraz zmywarki, znużeni, pogrążając się w mroku, aż AI zapaliła światło.
– Byłem w Centrum.
– Jakieś wieści?
– Lecą po nowe jajo. Wezmą jedno z twoich dzieci.
– Jasny gwint!
Ayri zerwała się gwałtownie z krzesła. Krążyła po pomieszczeniu, na próżno usiłując rozładować emocje.
– Znowu? Po tej ostatniej tragedii? Są inne kolonie…
– Nasza jest najbliżej.
– Nie zniosę tego drugi raz!
Ayri w końcu usiadła wyczerpana. Ukryła twarz w dłoniach.
– Jego ciało wyglądało jak wysuszona śliwka – wyszeptała – Musiałam je umyć. Musiałam sama wykopać grób. Łopatą. Ten bałwan, Ced, odmówił mi robota. Musiałam powiedzieć dzieciom, że… Remi nie żyje. Nawet nie płakały, wiesz? Nie wiem, czy w ogóle zrozumiały… Nie chcę grzebać kolejnego…
– No już, nie płacz. Przecież wiesz, że nic nie możemy na to poradzić.
Alvin niezręcznie poklepał Ayri po ramieniu.
– Wiem. I to jest właśnie najgorsze.
***
Dash siedziała przy oknie. W sypialni już godzinę wcześniej zgasło światło, pozostałe dzieci spały. Dash nie mogła zasnąć. Rozmyślała. Ostatnio do głowy napływało jej wiele dziwnych myśli. Nie umiała nad nimi zapanować, jakby nie należały do niej.
Obserwowała spływające po szybie strużki wody: niektóre tworzyły rozgałęzienia złożone z kilku małych strumyczków, czasem po szkle spływały pojedyncze krople, łączące się w coraz większy i większy, meandrujący potoczek albo nawet miniaturową rzeczkę.
Ciekawe, pomyślała Dash, jakimi równaniami można by opisać spływający po oknie deszcz? Czy można przewidzieć jego zachowanie? Czy jest ono całkowicie przypadkowe?
Skuliła się, bo na parapecie było zimno, nie zeszła jednak. Popatrzyła na mały komunikator, trzymany w dłoni, ściskała go troskliwie, jak największy skarb.
Zielone światełko. Wszystko w porządku.
Czy Ila już zasnęła? Czy, podobnie jak Dash, czuwała przy oknie, usiłując przeniknąć ciemność?
Wreszcie zmęczenie pokonało Dash. Położyła się w łóżku, szczelnie owijając kołdrą. Komunikator schowała pod poduszką. Był ich wspólną tajemnicą. Wiedziały, że łamią zasady. Jednocześnie czuły, że nie robią nic złego. Nie rozumiały, dlaczego Rada i inni osadnicy tak boją się dzieci z Domu na Wzgórzu.
Spotkały się przypadkowo. Ila wyszła z domu po kłótni z bratem, szukając samotności zawędrowała aż pod mur odgradzający Dom od wioski. Na murze siedziała Dash. Powiedziała:
– Cześć.
– Cześć – odpowiedziała Ila, w ogóle nie przestraszona.
I tak to się zaczęło.
***
Ranek przyniósł niespodziankę – deszcz przestał padać. Ayri była tym tak zdumiona, że dobrą minutę spoglądała przez okno, nie mogąc uwierzyć własnym oczom. Słońca wprawdzie nie było widać, wciąż pozostawało ukryte za chmurami – te jednak nie wyglądały już tak złowieszczo jak jeszcze poprzedniego dnia.
Najpierw poczuła coś na kształt radości. A potem przypomniała sobie wieści przekazane przez Alvina i radość w jednej chwili zgasła.
Musi im powiedzieć.
Kiedy weszła do jadalni, z otworu w chmurach wytrysnął promień słońca, rozświetlając pomieszczenie. Drobiny kurzu tańczyły wesoło w tym blasku.
A potem chmury znów przesłoniły słońce.
Ayri usiadła przy stole, dzieci zajęły miejsca, gotowe zjeść pożywną owsiankę przygotowaną przez robota. Zjedli w ciszy. Odnieśli naczynia. Codzienna rutyna.
Ta zwyczajność czasem ją męczyła, dziś jednak czuła coś innego – nadciągający cień. Żałowała, że nie może przyspieszyć czasu, pragnęła, by ten dzień już się skończył.
Następny i tak będzie gorszy.
Jutro oni przybędą.
***
Coś było nie tak. Ayri wyglądała na bardziej spiętą, milczała, błądziła wzrokiem to tu, to tam, nerwowo bawiła się ołówkiem.
Dash obserwowała opiekunkę całe przedpołudnie, nie poświęcając za wiele uwagi prawom Keplera ani muzycznym dziełom współczesnego kompozytora Aminiego.
Wreszcie nauczycielka im powiedziała. Czekała z tym do obiadu. Niepotrzebnie: wszystkie dzieci już odgadły, co się stanie. Przyjęły wiadomość spokojnie, to nie był pierwszy raz.
Dzień minął całkiem zwyczajnie.
Po kolacji Dash wymknęła się z budynku. Wcześniej wysłała krótką wiadomość przez komunikator: ,,Przyjdź!”.
Czy Ila zdołała niepostrzeżenie wyjść z domu? Czy w ogóle odczytała wiadomość?
Dash schodziła ze wzgórza powoli, próbując unikać błota i głębszych kałuż. Pod murem rosły krzewy oraz niskie, skarłowaciałe drzewa – nie było zbyt wielu drzew na Gon.
W murze, pomiędzy krzewami, widniała dziura, Dash starannie zasłoniła ją liśćmi. Rozejrzawszy się uważnie, przeszła na drugą stronę.
Sto kroków wzdłuż muru. Potem w lewo. Wśród skał, przyniesionych tu niegdyś przez lodowiec, ukryty został szałas, zbudowany ze szkieletu gwiezdnika znalezionego w pobliżu, liści motylnika i koca.
Dash ponownie upewniła się, że nie jest obserwowana, po czym weszła do środka.
– Jesteś nareszcie! – przywitał ją dziewczęcy głos.
Ila owinięta peleryną, skulona – powietrze wciąż było dość rześkie – wyprostowała się, kiedy Dash weszła. Miała jakieś dziesięć lat, krótko obcięte, jasnobrązowe włosy oraz charakterystyczną dla deszczowego północnego kontynentu Gon bladą cerę.
– Musiałam uważać. Nikt cię nie śledził? – zapytała Dash, siadając na rozłożonym na ziemi grubym kocu.
– Ciągle się rozglądałam i nie widziałam nikogo – odparła Ila.
– Muszę ci coś powiedzieć. Coś bardzo ważnego.
Ila poczuła niepokój. Dash zawsze była poważna, przypominała trochę babcię Mavę, zawsze troskliwą, uważną, trochę smutną bez wyraźnej przyczyny. Teraz jednak wyczuła w głosie przyjaciółki jakąś nową, mroczną nutę.
– Co takiego?
– Jutro przylecą androidy ze Slon. Wybiorą jedno z nas, żeby zdobyło dla nich jajo.
Ili zabrakło tchu, jakby ktoś wylał na nią kubeł lodowatej wody.
– Jutro? Skąd wiesz?
– Ayri nam powiedziała. Oni mogą wybrać każdego. To mogę być ja. Jeżeli tak, to… nie zobaczymy się już do mojego powrotu.
– Czy to prawda, że… poprzednim razem dziecko… umarło?
– Tak. Czasem Corrax niszczy dziecko. Nie pozwala zabrać jaja. Nikt nie wie, dlaczego. Ale to zdarza się bardzo rzadko.
Ila złapała Dash za rękę, ściskała ją mocno.
– Obiecaj mi, że wrócisz. Proszę.
– Wiesz, że nie mogę. Nie wiem, czy wrócę. Poza tym nie wiem, czy zostanę wybrana. To może być każde z nas. Odkąd osiągnęłam stosowny wiek, androidy nie wybrały mnie ani razu.
Ila nie mogła powstrzymać płaczu, choć próbowała. Dash przyciągnęła ją do siebie i przytuliła.
– Nie płacz, Ila. Wiem, co czujesz. Czuję twój ból. Twój strach. Smutek. Kiedy jesteś tak blisko, słyszę bicie twojego serca. Jesteśmy jednością, pamiętasz? Ty i ja. Nawet jeśli umrę, będziesz mnie pamiętać, dzięki temu nigdy nie będziesz sama.
– Nie chcę, żebyś wyjechała. Nikt mnie tu nie lubi.
– Nie bój się. Strach to tylko impulsy w mózgu. Możesz nad nim zapanować. Oddychaj.
Musiały się pożegnać. Zapadła już noc. Wiatr wciąż nie odegnał chmur, nie mogły zobaczyć gwiazd.
***
Ila przemykała ulicą od latarni do latarni. Miasteczko było już uśpione koloniści na Gon zwykle kładli się wcześnie.
Zobaczyła coś na chodniku przed sobą. Stanęła jak wryta. Grokh. Przypominał kępkę długich czarnych włosów. Żerował na chodniku, pewnie ktoś rzucił w tym miejscu coś słodkiego. Grokhi lubią słodycze.
Wreszcie stworzenie wyprostowało, wcześniej podkulone, cztery długie, patykowate kończyny i odeszło ignorując dziewczynkę.
Grokhi nie były groźne, ale Ila czuła do nich trudne do wytłumaczenia obrzydzenie. Może to przez te nogi?
Grokh zniknął w ciemności, a Ila ruszyła dalej.
W domu wciąż było ciemno i cicho. Weszła ostrożnie po schodach. Otworzyła drzwi. Wstrzymała oddech.
– Babcia… – wyszeptała dziewczynka trwożliwie.
– Ciii… Zamknij drzwi, bo obudzimy twoich rodziców.
Ila posłuchała. Potem podeszła do babci i przytuliła ją ostrożnie, babcia Mava zdawała się tak krucha, jakby jej kości zrobiono z kruchego ciasta pieczonego w Święto Przesilenia. Pachniała mydłem, przyprawami, ciasteczkami śmietankowymi…
– Pewnie jesteś głodna. Zjedz ciasteczka – rozkazała Mava.
Rzeczywiście, Ili burczało w brzuchu, choć przed wyjściem zjadła kolację. Pochłonęła więc ciastka, popijając mlekiem z mokry.
– Świetnie. A teraz wskakuj do łóżka i śpij. Jutro pogadamy.
– Powiesz rodzicom?
– Chyba powinnam. – Mava wzruszyła ramionami. – Zastanowię się, jasne? A teraz śpij. Za stara jestem na siedzenie po nocy. A ty za młoda.
Ila przykryła się po czubek głowy.
– Dobranoc, babciu.
– Dobranoc. Śpij dobrze, dziecino.
Drzwi trzasnęły cicho. Ila powoli odpływała w sen, rozgrzana gorącym mlekiem.
***
Dash ściągnęła ubłocone kalosze w hallu i postawiła je przy pozostałych. Cicho szła w stronę sypialni. Zmywarka umilkła, robota sprzątającego też już nie było słychać. Ostrożnie stąpała po zimnej posadzce.
Delikatnie nacisnęła klamkę.
Zamiast dzieci pogrążonych we śnie, zobaczyła majaczące w mroku wyprostowane, siedzące na łóżkach sylwetki. Czekali na nią.
Otoczyli ją kręgiem, nie mogła uciec.
– Czujemy obcy zapach. Spotkałaś się z kimś. Z człowiekiem z osady.
– Tak.
– To była ta sama dziewczynka.
– Ila. Ona ma na imię Ila.
Dzieci szeptały chórem, przypominało to szum liści w letnią noc albo szmer strumyka. Dash czuła na sobie zapach Ili, czuła zapachy innych dzieci, wsłuchała się w ich głosy… Te głosy jej nie oskarżały. Wyczuwała w nich jedynie strach.
– Ludzie z osady nie są bezpieczni. Mogą nas skrzywdzić.
– Ila jest inna. Ufam jej.
– Dobrze ją odczytujesz?
– Tak. Nie skrzywdzi nas.
– A jeśli komuś powie?
– Nie powie. Chodźcie do mnie.
Dash wyciągnęła w ich kierunku ręce, natychmiast złapały je inne dłonie. Dash czuła płynące od nich ciepło, było jej tak dobrze. Nigdy nie czuła się samotna, oni zawsze będą przy niej. Chciała, żeby poczuli jej spokój. Wiarę w to, że wszystko będzie dobrze.
– Wciąż śnimy o Remim. Pamiętamy o nim, choć już go z nami nie ma. Niedługo kolejne z nas wyruszy w kosmos. I wróci. Zawsze będziemy razem.
– Zawsze będziemy razem – zawtórował szepczący chór.
I naprawdę w to wierzyli.
***
Ranek zaczął się cichym szmerem przelotnego deszczu, zaraz jednak przestało padać i zza chmur nieśmiało wyjrzało słońce: zrazu ostrożnie, potem coraz odważniej, kiedy wiatr odgonił chmury: przejaśniło się po raz pierwszy od kilku tygodni. Niebo znów nabrało błękitnej barwy, mrąkwy kwiliły cicho w błocie, składając w nim jaja, póki było miękkie i uciekały – przypominały dobrze wypieczone, brązowe rogaliki wielkości ludzkiej dłoni, pełzające po rozmokłej ziemi. Gdzieniegdzie grokh otrzepał wilgotne futerko.
Powietrze pachniało mokrą ziemią i feromonami grokhów – zaczynał się ich okres godowy; ich mdląco słodka woń przyprawiała o zawrót głowy nieprzyzwyczajonych.
Wszyscy siedzieli w Sali Spotkań na ustawionych w równe rzędy krzesłach. Lekcje zostały odwołane.
Usłyszeli brzęczenie. Zobaczyły ciemny kształt na niebie – rósł, zbliżając się do wzgórza.
Android wylądował i wszedł do budynku. Panna Ayri nie ruszyła mu na spotkanie. Znał drogę. Ciężkie kroki rozległy się na korytarzu. Po chwili android wkroczył do Sali.
Był wysoki, jego srebrzysty korpus lśnił w promieniach słońca. Pod przezroczystą kopułą czaszki tkwił mózg, ludzki sztucznie wyhodowany mózg.
Nikt nie powiedział ani słowa. Dzieci wstały. Android podszedł do nich. Stawał po kolei przed każdym dzieckiem, patrząc na nie przez dokładnie siedem sekund. Kiedy skończył, wyciągnął rękę i powiedział, wskazując palcem Dash:
– Ta.
– Zostań na chwilę, Dash. Reszta może odejść – odezwała się Ayri, cały czas uparcie patrząc w okno.
Pozostałe dzieci opuściły pomieszczenie. Dash poczuła się dziwnie samotna, jakby już tkwiła w brzuchu corraxa.
– Wyruszamy jutro, godzinę przed świtem. Czy wiesz, co cię czeka, dziecko?
Głos androida brzmiał głucho, jak gdyby wychodził z głębokiej studni.
– Tak – odpowiedziała Dash.
Android wyszedł. Odleciał.
– Dash – wyszeptała Ayri – tak mi…
– Cicho, panno Ayri.
Dash położyła delikatnie dłoń na ramieniu nauczycielki, pogłaskała je tak, jak głaszcze się mrąkwę, żeby zaśpiewała.
– Nie ma sensu rozpaczać nad tym, co nieuchronne.
***
Wieczór był cichy, mrąkwy prawie nie śpiewały, dopiero za miesiąc ich koncerty nie dadzą spać ludziom.
Dash i Ila wyszły z szałasu pomimo chłodu, owinięte szczelnie kocem patrzyły w niebo. Chmury odpłynęły, na atramentowo czarnym niebie świeciły gwiazdy. Oko wisiało nisko nad horyzontem, niedawno wzeszło.
– Wiesz, dokąd polecisz? – zapytała Ila.
– Nie. Dowiem się pewnie na statku.
– Nie mogę uwierzyć, że cię wybrał! To potworne! Zostanę tu całkiem sama… A ty będziesz gdzieś w kosmosie z tymi… maszynami. I będziesz musiała umrzeć!
Ilą wstrząsnął szloch, więc Dash przytuliła ją mocno. Cierpiała tak samo, jak przyjaciółka, próbowała ukoić jej ból, lecz nie potrafiła, tak jak nie potrafiła zmniejszyć własnego, nawet odrobinę. Była bliska płaczu, ale starała się opanować.
– Nie martw się. Podobno umieranie nie jest wcale takie straszne. Panna Ayri też umarła i wcale jej to nie zaszkodziło. I pan Alvin – widzisz przecież, jaki zawsze jest zdrowy. Poza tym, to nie jest prawdziwa śmierć, tylko znikasz i pojawiasz się po drugiej stronie. Na chwilę przestajesz istnieć, to wszystko.
– Moja mama mówi, że… że od tego można dostać pomieszania zmysłów…
– Nie dostanę. Popatrz na niebo. Widzisz gwiazdy? Będę gdzieś tam daleko, wśród nich. Wokół jednej z odległych gwiazd krąży planeta. Na tej planecie jest corrax, gotowy, by znieść jajo. Jaja są potrzebne, żeby odżywiać mózgi androidów, wiesz?
– Wiem. Babcia mi opowiadała. Mówiła, że kiedyś androidy miały sztuczne mózgi, ale one… no… nie działały dobrze.
Ila zmarszczyła brwi.
– Dlatego wyho… wyhodowały ludzkie mózgi. Tak?
– Właśnie. Bez jaj nie byłoby androidów, podróży kosmicznych, Oka, ani nas, bo nie byłoby Odrodzenia Ludzkości dwieście dziesięć lat temu. Muszę wykonać misję. A ty musisz czekać na mnie. Obiecujesz?
– Obiecuję!
Długo tak stały objęte ramionami, zanim dotkliwy chłód oraz późna pora zmusiły je do rozstania.
– Muszę już iść – wyszeptała Dash.
– Wiem. Ale ja nie chcę…
– Ja też nie chcę. Będę o tobie myśleć.
– Ja o tobie też.
Wróciły, każda do swego domu, z ciężkim sercem. Ila nie zmrużyła oka tej nocy. Dash usnęła otoczona rodzeństwem, żałowała, że nie potrafiła zjednoczyć się z Ilą tak, jak z nimi, Ila nie była jedną z nich, nie mogła dostroić swojego, tętna, oddechu, emocji do Dash. Dzieliła je niewidzialna, biologiczna bariera. To Dash fascynowało i przerażało jednocześnie.
O świcie opuści tę planetę, po raz pierwszy w życiu wyruszy w kosmos – pełen nieznanych niebezpieczeństw i tajemnic. Oderwana od domu, rodzeństwa, Ili.
Będzie mogła polegać jedynie na sobie.
***
Ranek zaczynał się powoli: szarością na wschodzie, znikającym za horyzontem Okiem, śpiewem mrąkw.
Dzieci wstały, gdy jeszcze było ciemno, zjadły śniadanie, razem wyszły przed dom. Android już czekał.
– Dash, kochanie – Ayri przytuliła dziecko, głos jej drżał lekko – będziemy czekać na ciebie. Wszystko będzie dobrze.
– Dziękuję, panno Ayri.
Dash podeszła do androida, ze wszystkich sił próbując stłumić lęk.
– Jestem gotowa.
Android otoczył Dash płaszczem, który zamienił się w szczelny, wypełniony powietrzem kokon. Przyspieszenie przycisnęło ją do kokonu, gdy oderwali się od ziemi i wystrzelili jak pocisk w górę.
Ila obserwowała odlot przez okno na strychu. Zobaczyła kulę światła wzlatującą w niebo, która szybko znikła, zabierając Dash.
***
Kokon został otwarty, gdy znaleźli się na czekającym na orbicie statku kosmicznym. Dash, nieco oszołomiona podróżą, ledwie mogła ustać na nogach.
– Zaprowadzę cię do komory transgresyjnej – powiedział android, który ją przywiózł.
Statki transwymiarowe wytwarzały własne pole grawitacyjne, więc mogli normalnie iść. Miejsce, w którym się znajdowali przypominało olbrzymią tubę, po ścianach tej tuby chodziły androidy.
Dash czuła się dziwnie, idąc po ścianie, co jeśli odpadnie? Nie odpadła jednak, podążała za swoim przewodnikiem – nie dawał jej czasu na rozglądanie się, z trudem dotrzymywała mu kroku.
W ścianie tuby widniały liczne otwory – odnogi głównego korytarza. Dash pomyślała, że statek musi być olbrzymi, gdyby zabłądziła…
Android prowadził ją labiryntem korytarzy, zdawało się, że ta wędrówka nie będzie miała końca.
Koniec jednak nadszedł.
Weszli do małego pomieszczenia w kształcie jaja. Było sterylne, bezosobowe, puste.
– Przygotuj się, jak cię uczono.
Android wyszedł. Dash została zupełnie sama.
***
Ila chciała zostać sama, przynajmniej przez chwilę. Słyszała odgłosy budzącego się domu, robot zaczął przygotowywać śniadanie. Babcia już pewnie wstała.
Dziewczynka siedziała na starym fotelu bujanym, pokrytym kurzem. Światło rozlało się jasną plamą na środku, większość pomieszczenia tonęła w cieniu.
Ila kołysała się. W przód i w tył. Przód. Tył. To ją uspokajało. Odrywało myśli od samotności. Śniadania. Szkoły. Miała ochotę płakać, ale powstrzymywała łzy z całych sił. Zauważą, jeśli się rozpłacze.
Z dołu docierały przytłumione głosy. Usłyszała swoje imię. Mama ją wołała.
Tak bardzo nie chciała iść.
Wzięła głęboki oddech.
Wstała.
Schodziła po schodach najwolniej jak mogła.
Dash powiedziałaby, że nie warto walczyć z tym, co nieuniknione, czy coś takiego. Ila weszła więc do kuchni gotowa zmierzyć się z rozpoczętym właśnie dniem.
***
Dash siedziała na podłodze ze skrzyżowanymi nogami. Oddychała głęboko. Oczyszczała umysł. To miało ułatwić transgresję.
Kiedy umysł przekracza cienką granicę dzielącą dwa wymiary: Rzeczywistość oraz Przedwieczną Macierz Transcendentalną, może się załamać, nawet popaść w szaleństwo. Podobno niektórzy po takiej nieudanej transgresji spędzają całe życie w specjalnych szpitalach. Tak szeptały między sobą dzieci w Domu na Wzgórzu.
Dash nie wiedziała, ile w tym prawdy, nikt nie wiedział, panna Ayri twierdziła, że chorzy przeważnie wracają do zdrowia… Na wszelki wypadek jednak skupiła całą uwagę na oddechu i uspokojeniu rozbieganych myśli, spowolnieniu roztrzepotanego serca.
Kroki.
Android wrócił.
– Już czas. Zajmij pozycję.
Dash położyła się na podłodze. Była chłodna i gładka w dotyku.
Zamknęła oczy. Skoncentrowała umysł na oddechu. Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. Serce zwolniło. Oddech był głęboki i równy, jakby Dash spała.
Statek wibrował. Silniki transgresyjne zostały uruchomione. Dash raczej czuła całym ciałem niż słyszała głębokie, niskie tony, które wypełniły powietrze. Statek szykował się do skoku.
Dash poczuła dziwny ucisk w żołądku, jakby czyjaś ręka grzebała jej we wnętrznościach: ściskało nerki, płuca, krtań.
Nie otwierała oczu, jednak przez zamknięte powieki przenikało coraz jaśniejsze światło. Pochłonęło ją ciepło. A potem zniknęła.
***
Ila zauważyła błysk światła, kiedy szła do szkoły. Cały dzień minął jej jak we śnie, aż nadeszła pora kolacji. Miała nadzieję, że nikt nie zauważy, że jest bardziej smutna niż zwykle, nie mogła przecież wyznać prawdy, a nie lubiła kłamać.
I chyba nikt nie zauważył. Poza babcią, która przyglądała jej się badawczo podczas kolacji. Wieczorem wymknęła się z domu, pobiegła do ich kryjówki – zdawała się taka pusta, tak opuszczona, że Ila nie mogła powstrzymać łez.
Schowała się w szałasie i szlochała. Nagle coś dotknęło jej ręki. Ila wydała zduszony okrzyk. Na szczęście to była tylko mrąkwa, ledwo dojrzała, co można było poznać po miękkim pancerzu. Ila chwyciła mrąkwę delikatnie, położyła na dłoni i lekko pogłaskała palcem drugiej ręki. Zwierzątko zaśpiewało. Śpiew był prostszy niż pieśń dorosłego osobnika, ale Ili wydał się wtedy czym najpiękniejszym na świecie. Delikatny łagodny głos wznosił się i opadał, przecinał noc miękkim trylem, aż ucichł. Ila położyła mrąkwę na ziemi, a ta uciekła. Dziewczynka szczelnie otuliła się kocem. Drżała od chłodu, ale nie chciała jeszcze wracać.
Wyszła z szałasu, żeby popatrzeć na gwiazdy. Miała szczęście, niebo było czyste.
– Wiem, że tam jesteś – wyszeptała – będę czekać. Tylko wróć.
***
Nieistnienie to dziwna rzecz. Dash znowu widziała białe ściany statku, czuła twarde, wciąż trochę ciepłe podłoże. Próbowała skupić myśli, ale te krążyły bezładnie, jak rój mrąkw w okresie godowym. Gdy chciała którąś pochwycić, zatrzymać na dłużej – ulatywała. Dom. Ila. Podróż. Kosmos. Transgresja.
Dziwne to było, niepojęte. Gdzie była, gdy jej nie było? Zniknęła z tej rzeczywistości, przekroczyła ją, stała się czystą ideą wpisaną od zawsze w strukturę Przedwiecznej Macierzy Transcendentalnej, bez początku czy końca. Ale co to właściwie znaczy? Dash myślała o tym, leżąc na podłodze, oddychając głęboko. ,,Ja jestem”, pomyślała.
Usiadła powoli. Odczuwała lekkie zawroty głowy oraz mdłości. Android stał pod ścianą, patrząc na nią, nie próbując pomóc. Po prostu tam był. Czekał, aż sama odzyska kontrolę nad ciałem.
Wstała ostrożnie.
– Chyba wszystko ze mną w porządku – powiedziała, żeby przerwać ciszę, usłyszeć swój głos. A może by zmusić androida do jakiejkolwiek reakcji.
– Masz dwanaście godzin. Zostaniesz odżywiona i nawodniona. Potem udasz się na powierzchnię planety. Wydobędziesz jajo corraxa.
Wyszedł.
Dash podeszła do ściany. Przyłożyła do niej czoło. Myślała o Ili.
***
Nic nie zapowiadało katastrofy, ale katastrofy już mają to do siebie, że często nadciągają, gdy nikt się ich nie spodziewa.
Ila wiedziała, że popełnia błąd, idąc do szałasu w dzień, zaraz po szkole. Jednak ogarnęła ją tak silna tęsknota, że nie potrafiła się powstrzymać. ,,Tylko na chwilę – powtarzała sobie – na pięć minut. Nic się nie stanie”.
Weszła do szałasu cicho, jakby obawiała się naruszyć panujący wokół spokój głośniejszym dźwiękiem. Słońce świeciło, ogrzewało przemoczoną ziemię, która szybko wysychała. Wszyscy dorośli pracowali przy zasiewach: nasiona bakwy należało zasiać w wilgotnej ziemi, zaraz po zakończeniu zimowych deszczów. Roboty rolne jeździły po polach, ludzie nadzorowali, planowali, już wkrótce mięsiste bulwy kolnu wypuszczą pędy, w stawach zaroi się od klukrów, czerkonie szybowały na błękitnym niebie, skrzecząc donośnie.
Kiedy ich usłyszała, było za późno na ucieczkę. Wstrzymała oddech. Może odejdą? Ktoś gwałtownym ruchem zdarł koc z szałasu.
Nieprzyjazne twarze, wykrzywione w złośliwym grymasie. Śmiech.
Czyjaś głowa wdarła się do środka.
– Ej! Tu jest! Co tu robisz, dziwadło? Spotykasz się z dziwadłami?
Ręka brutalnie pociągnęła Ilę na zewnątrz.
Było ich troje, dwóch chłopaków i dziewczyna. Mniej więcej w jej wieku. Ila oddychała szybko. Chciała uciec, ale nogi miała miękkie, ledwo mogła na nich ustać.
Było ich tylko troje, ale Ila miała wrażenie, że otaczają ją ze wszystkich stron. Popychali ją. Szturchali. Śmiali się.
Krzyczeli, że jest odmieńcem. Kiedy zabawa im się znudziła, wyrzucili jej wszystkie rzeczy z torby i odeszli.
Wracała do domu, próbując ukryć łzy, oglądając się przez ramię w obawie, że tamci wrócili, albo śledzi ją ktoś inny.
W domu nikogo nie było. Pobiegła na strych. Skulona na bujanym fotelu czekała na zmierzch.
***
Dash nie czuła się gotowa, choć przecież do tego została stworzona. Zejść na obcą planetę całkiem sama, stanąć przed olbrzymim, dojrzałym corraxem… Wejść do środka…
Zrozumiała, że się boi, a do tego nikt jej nie przygotował.
Strach. Badała to nowe uczucie z pewną dozą ciekawości. Nigdy dotąd nie czuła strachu. Pomyślała o Remim. Czy on też się bał? Czy przeczuwał, że nigdy nie wróci?
Usiadła na podłodze. Oddychała powoli, głęboko. Zamknęła oczy. Myślała o planecie, na którą już wkrótce zostanie wysłana. O piaszczystej plaży. O morzu. O falach, rozbijających się o brzeg.
Myślała o innych dzieciach. Jeszcze nigdy nie była tak daleko od nich, sama. Poczuła niemal fizycznie ogrom przestrzeni kosmicznej, oddzielający ją od nich, od domu, od rodziny. Kosmos wydał się jej nagle tak wrogi, zimny, obojętny, nigdy wcześniej tak tego nie odczuwała.
Pomyślała o Ili. O jej oczach błękitnych jak niebo po deszczu w pierwszy wiosenny poranek, gdy mrąkwy wygrzebują się z błota i zaczynają śpiewać. O jej nieśmiałym uśmiechu. Czy Ila będzie pamiętać, jeśli…
– Jesteś gotowa?
Android wszedł niepostrzeżenie, Dash nie usłyszała go wcześniej. Drgnęła.
– Tak.
Nie była. Ale wiedziała, że to nie ma znaczenia. Poza tym, chciała to już mieć za sobą.
Szli powoli. Nie było powodu, żeby się spieszyć.
Zatrzymali się w ciasnym, owalnym pomieszczeniu, jak cały statek oświetlonym białym światłem.
– Stań tutaj.
Android wskazał ręką miejsce. Dash stanęła wyprostowana na środku pomieszczenia. Android podszedł do ściany, w której pojawił się otwór. Wyjął z niego dużą, ciężką przezroczystą misę, wypełnioną przezroczystym płynem – biożelem. Podszedł do Dash powoli, ostrożnie, by nie uronić ani kropli.
Android wylał zawartość misy na Dash. Chłodny żel spłynął po niej, przykleił się do skóry, pełzł jak żywa istota. Zasłonił twarz dziewczynki, co jednak wcale nie przeszkadzało w oddychaniu. Po początkowym przestrachu Dash zaczerpnęła powietrza. ,,Wszystko w porządku” powtarzała w myślach.
Poczuła ciepło w całym ciele. Oślepił ją jasny błysk. Poczuła, że leci, mknie jak pocisk. Wrażenie było tym dziwniejsze, że nie czuła przeciążenia.
Nagle wylądowała. Poczuła lekki zawrót głowy, ale nie straciła równowagi. Powoli odzyskiwała wzrok, w uszach trochę jej szumiało.
Rozejrzała się dookoła.
Stała na kamienistej plaży na brzegu oceanu. Na bezchmurnym niebie świeciło młode słońce, na szczęście biożel chronił Dash przed silnym promieniowaniem UV, podobnie jak przed toksyczną atmosferą.
Przed nią, w odległości kilkunastu metrów, leżał corrax. Wyglądał trochę jak ogromne jajo – wielkie cielsko o chropowatej, grubej bezwłosej skórze, świecącej pod wpływem promieniowania ultrafioletowego, poruszało się w rytm oddechu. Stworzenie nie miało widocznej głowy ani kończyn, mogło jedynie leżeć na tej cichej, pustej plaży, by umrzeć po wydaleniu jaja.
Świadomość tego, co zamierza zrobić, uderzyła w Dash boleśnie: kiedy zabierze jajo, corrax umrze. Ona go zabije. Żal ścisnął jej gardło, przełknęła ślinę, by nie płakać. Powtarzała sobie, że corrax i tak by zginął. Corrax składa tylko jedno jajo w życiu i umiera zaraz potem.
,,A co z małymi corraxami w jaju” – przypomniał jej mózg. „Ile istnień musi zginąć w imię podróży kosmicznych?”
Wszyscy jej powtarzali od zawsze, że to konieczne. Niezbędne.
Czy gdyby odmówiła wykonania zadania, androidy zostawiłyby ją tutaj?
Czy ktokolwiek odmówił?
Na jak długo starczy jej powietrza?
Nie chciała umierać. Chciała wrócić do domu. Do Ili.
Podeszła do corraxa bardzo powoli, skradając się niemal.
– Proszę, wybacz mi – wyszeptała – może kiedyś spróbuję to naprawić.
Corrax nie zareagował. Dash podeszła tak blisko, że mogła go dotknąć. Obeszła cielsko, przyglądając się uważnie. Znalazła otwór, służący zarówno do pobierania pokarmu, jak i do wydalania.
Wzięła głęboki wdech. Weszła.
***
Następnego dnia po incydencie, Ila bała się iść do szkoły. Zastanawiała się nawet, czy nie udać choroby. Doszła jednak do wniosku, że mama nie da się nabrać.
Na śniadanie prawie nic nie zjadła, miała wrażenie, że w jej gardle utknął wielki ostry kamień. Mdliło ją okropnie. Wszyscy się spieszyli, mama krzyczała na jej braci, tata czytał coś na tablecie, w kuchni panował poranny chaos. Tylko babcia patrzyła dziwnie. Babcia zawsze potrafiła się domyślić, że coś jest nie w porządku. Ila unikała jej wzroku w trakcie posiłku i uciekła od stołu tak szybko, jak tylko się dało.
Wymknęła się z domu niezauważona, a przynajmniej tak jej się wydawało.
– Co się dzieje?
– Babciu…
Siedziała na ławeczce przed domem. Czekała.
– No co, babciu? Przecież wiesz, że ja wszystko widzę. Dokuczają ci w szkole?
– To nic takiego. Naprawdę… Ja…
– Kochanie.
Babcia objęła ją delikatnie.
– Przecież wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć, prawda? Jestem po twojej stronie. Naprawdę.
– Wiem… Muszę już iść, bo się spóźnię…
Wyśliznęła się spod ramienia babki i ruszyła w stronę furtki. Zanim wyszła na drogę, odwróciła się na chwilę. Babcia stała przy furtce, odprowadzając ją wzrokiem.
– Babciu…
– Tak?
– Kocham cię!
– Ja ciebie też.
Ila ruszyła w stronę szkoły, oglądając się co chwilę przez ramię, aż dom zniknął za zakrętem.
Zanim weszła do budynku szkolnego, stanęła na moment, wzięła kilka głębokich wdechów. Przekroczyła próg, mając nadzieję, że ten dzień nie będzie całkowitą katastrofą.
***
Otwór był dosyć wąski, Dash musiała się czołgać, czując ściskającą ją masę. Miękkie podłoże uginało się po każdym ruchu. Dash parła ostrożnie naprzód, uważając, by nie sprawić corraxowi bólu. Serce biło jej boleśnie szybko.
Dash przypomniała sobie Rimiego. Nikt nie wiedział, dlaczego zginął. Nikt też nie wiedział, dlaczego do wnętrza corraxa nie mógł wejść żaden robot – wszystkie ulegały zniszczeniu we wnętrzu stworzenia. Nikt nie wiedział. Nikt nie umiał jej tego wytłumaczyć. Dlaczego, dlaczego, dlaczego…
Wszyscy przyjmowali, że tak musi być, że taki jest porządek świata. Nikt nie odpowiadał na pytania. Mało kto w ogóle je zadawał.
Dlaczego Rimi musiał umrzeć? Czy ona też umrze? Dzisiaj? Czy zobaczy jeszcze Ilę? Czy Ila dowie się, co się z nią stało, jeśli nie wróci?
Przesunęła się jeszcze kawałek. I jeszcze. Do przodu. Już niedaleko.
***
Ila skradała się do klasy jak złodziej. Serce waliło jej jak młotem, jakby chciało wyrwać się z piersi i uciec gdzieś daleko. Mdliło ją od rana.
Jeśli tamci powiedzieli komuś…
Jeśli Rada się dowie…
Ręka jej drżała, gdy naciskała klamkę.
Kiedy weszła, wszyscy zamilkli.
Zły znak.
– Patrzcie, kto przyszedł! Wielbicielka odmieńców! – zasyczał ktoś.
– Widziałam cię raz. Pod murem. Rozmawiałaś z jednym z tych dziwadeł – głos Amy, uroczej dziewczynki z pierwszej ławki zabrzmiał niemal uprzejmie.
– A ty co tam robiłaś?
Głos Ili zadrżał.
– Nieważne, co ja robiłam. Ważne, co ty robiłaś. Powiedziałam rodzicom, że cię widziałam.
Ila osunęła się na krzesło.
– Jak… jak mogłaś. Dlaczego…
– A dlaczego ty zadajesz się z dziwadłami? Zresztą nie tylko ja cię widziałam. Słyszeliśmy, co stało się wczoraj po szkole.
– Oni nie są dziwadłami.
– Co? – Amy zmrużyła oczy. Przechyliła głowę i przyglądała się Ili ze zjadliwym uśmieszkiem. – Mówiłaś coś?
– Oni nie są dziwadłami.
– Słyszeliście? Oni nie są dziwadłami?
Amy rozejrzała się po klasie, szukając aprobaty. Inne dzieci śmiały się głośno. Niektóre wytykały Ilę palcami.
– Nasza droga Ila mówi, że oni nie są dzi…
Odgłos uderzenia przeciął powietrze. Amy zamilkła, wyraźnie wstrząśnięta. Ila oddychała głęboko.
– Zapłacisz za to! – wysyczała Amy, trzymając się za policzek.
– Co tu się dzieje?
Drzwi do klasy otworzyły się szybciej niż zwykle. W progu stała nauczycielka, pani Pink spoglądała teraz surowo, niemal wrogo, z oburzeniem.
Dzieci krzyczały jedno przez drugie. Tylko Ila stała nieruchomo, walcząc ze łzami.
Pani Pink uniosła rękę. Klasa zamilkła.
– Ila do pani dyrektor!
– Ale…
– Natychmiast!
Ila ruszyła. Nogi jej się trzęsły, ledwie mogła się na nich utrzymać, ale szła przed siebie. Gardło miała ściśnięte, całą siłą woli powstrzymywała łzy.
Gabinet dyrektorki, pani Brand, był dość przytulny, na parapetach stały doniczki z kolorowymi, wiosennymi roślinami, okna przysłonięto białymi firankami, ściany pomalowano na ciepły żółty kolor zamiast standardowego białego.
Pani Brand uchodziła za miłą kobietę o łagodnej powierzchowności. Poprosiła Ilę, by usiadła. Nie wyglądała na zagniewaną. Raczej na zasmuconą.
– Słyszałam już, co się stało. Chciałabym jednak, żebyś mi to powiedziała własnymi słowami, dobrze? Chcę poznać twoją wersję.
Upiła trochę gorącego wywaru z mlekotki ze stojącej na biurku filiżanki – małej, jasnoniebieskiej, z cieniutkim uszkiem. Ila pomyślała, że to dziwne: zwracać uwagę na takie szczegóły w takim momencie.
– Dzwoniła do mnie Przewodnicząca Rady Kolonii. Podobno spotykasz się z…tamtymi dziećmi.
– Jakimi?
Dyrektorka westchnęła.
– Wiesz przecież, kochanie, jaka obowiązuje umowa: nas i mieszkańców Domu na Wzgórzu. Jej łamanie… wywołałoby chaos.
– Dlaczego?
– To dość oczywiste. Zresztą, popatrz, co teraz się dzieje. Złamałaś umowę i mamy problem, który musimy jakoś rozwiązać.
– Ale dlaczego nie możemy się spotykać? To są tylko dzieci, takie jak my. Można z nimi rozmawiać i bawić się i żartować i… robić wiele innych fajnych rzeczy! To nie ma sensu!
– Nie powinnaś mówić do mnie takim tonem, kochanie. W końcu jesteś jedynie uczennicą… To wszystko dla dobra kolonii. I tamte dzieci nie są takie jak my. Umierają, a potem wracają do tego świata. To sprawia, że nie są tak naprawdę ludźmi. Zostało potwierdzone, że wielokrotna transgresja wpływa na umysł człowieka. Wypacza go. A sposób, w jaki te dzieci są powoływane na świat… to sprzeczne z naturą. One są hodowane przez androidy, jak to sztuczne mięso, które jemy.
– Nasi przodkowie po Odrodzeniu też zostali wyhodowani przez androidy – wyszeptała Ila.
Dyrektorka skrzywiła się, jakby poczuła bardzo brzydki zapach.
– To była zupełnie inna sytuacja. Nie można nas porównywać do tych… do nich. Tamto należy do przeszłości. Teraz żyjemy w zgodzie z naturą.
Pani Brand wstała. Podeszła do okna.
– Ciężko pracujemy dla dobra naszej społeczności. Musimy trzymać się razem, tylko wtedy będziemy wystarczająco silni, żeby nie skończyć jak nasi przodkowie. Musimy być jednością. Wiesz, co to znaczy?
Ila nie odpowiedziała.
– Chyba najlepiej będzie, jeśli nie wrócisz dziś na lekcje. Zostaniesz pod opieką pani Pick i pouczysz się historii.
Pani Pick była sekretarką – przyglądała się Ili badawczo, kiedy ta udawała, że czyta podręcznik, ukradkiem ocierając łzy.
***
Gdyby nie delikatna poświata okrycia, Dash nie widziałaby nic. Przeciskała się na czworakach przez wąski przewód. Powoli, starając się nie rozdrażniać corraxa. Jeszcze tylko kawałek. Jeszcze trochę.
Czuła bicie swego serca, przyspieszony oddech. Usiłowała oddychać głęboko. Wdech. Wydech.
Poczuła silniejszy nacisk.
Nie mogła się ruszyć.
Utknęła.
Spróbowała się przesunąć do przodu, ale nie była w stanie.
Oddech jej przyspieszył.
,,Umrę jak Rimi” – pomyślała.
Oddychała głęboko, usiłując opanować narastającą panikę.
,,Chcę do domu”.
Wtedy światło zgasło.
***
Późnym popołudniem Ila usłyszała głosy na korytarzu. Szkoła już opustoszała, wszyscy poszli do domu – poza Ilą, dyrektorką i panią Pick.
Rozpoznała głosy rodziców, pełne oburzenia i gniewu oraz spokojny, ale stanowczy – babci. Dziewczynka odetchnęła z ulgą, babcia na pewno nie pozwoli, by stała jej się krzywda.
Wtórował im donośny sopran Przewodniczącej Rady, Ady Rock.
– Naprawdę mi przykro… ale rozumieją państwo, że to poważna sprawa. Naruszenie umowy…
Drzwi otworzyły się. Rodzice wpadli raczej niż weszli, pierś mamy falowała szybko jak po bardzo szybkim marszu.
– To prawda? – zapytała niemal w biegu, z trudem łapiąc powietrze.
Ila podniosła głowę. Ale nie spojrzała na matkę. Tylko na babcię.
– Hej, maleńka.
Mava podeszła do wnuczki i objęła ją mocno ramieniem.
– Jestem tutaj – powiedziała, a Ila odetchnęła, jakby ktoś zdjął jej z serca ogromny ciężar.
– Opowiedz nam co się stało – wtrącił ojciec – nie jesteśmy na ciebie źli, ale musimy wiedzieć, dobrze?
– Może usiądziemy? Nie straszmy dziecka – zaproponowała Mava, po czym pomogła pani Pick znaleźć kilka dodatkowych krzeseł i przypilnowała, żeby nie siadali za blisko, by zapewnić Ili trochę przestrzeni.
– Opowiedz nam teraz wszystko od początku. Czy to prawda, że spotykałaś się z… – głos dyrektorki zadrżał. Mava rzuciła na nią ostre spojrzenie.
– To się zaczęło zimą…
– Mów głośniej, nic nie słychać!
Głos matki zabrzmiał nieprzyjemnie.
– To zaczęło się zimą – Ila powtórzyła nieco głośniej. – Kilka tygodni temu, było zimno… Spacerowałam… Przypadkiem znalazłam się obok Domu na Wzgórzu. Spotkałam Dash.
– Dash? – Pani Brand uniosła prawą brew.
– One mają imiona, Fiono – wtrąciła Mava. – Mów dalej, kochanie.
– Dash też spacerowała. Powiedziała, że… chciała popatrzeć na gwiazdy. Rozmawiałyśmy. Była miła.
– Często się spotykałyście?
– Czasami… Co kilka dni… Znalazłam na strychu stary komunikator. Umawiałyśmy się przez niego.
Ila uniosła głowę, spojrzała na obecnych. Na rodziców. Dyrektorkę. Przewodniczącą. Babcię.
– Nie robiłyśmy nic złego. Po prostu rozmawiałyśmy. Ona nie jest… dziwna. Groźna. Ona jest po prostu… inna. Co w tym złego?
Nikt nie odpowiedział.
– Znasz zasady – mruknęła matka.
– Te zasady są głupie! Nie mam ochoty z wami rozmawiać! – Wstała gwałtownie z krzesła. – Idę do domu!
– Nie możesz. Jeszcze nie skończyliśmy. – Głos matki zabrzmiał piskliwie, nerwowo.
– Kochanie… chyba… usiądź… mama się denerwuje…
– Może wy nie skończyliście ze mną, ale ja skończyłam z wami. I tak mnie nie słuchacie!
Ila wyszła z gabinetu, nie oglądając się za siebie. Matka podniosła się, ale pani Brand zatrzymała ją ruchem ręki.
– Zostaw ją, niech ochłonie. Wiemy już chyba wszystko. Co z tym zrobimy? – To pytanie skierowała do przewodniczącej Rady.
– Najpierw porozmawiam z ich opiekunką. Jak ona się nazywa? Aida?
– Ayri – podpowiedziała Mava tonem zabarwionym szczyptą zgryźliwości – Mieszka tu już cały rok. Wypadałoby zapamiętać jej imię, nie sądzisz?
Przewodnicząca wzruszyła ramionami.
– Na dziś wystarczy. Wracajcie do domów. Będziemy w kontakcie – zarządziła Ada Rock.
Wstali powoli, niepewni, co właściwie mają począć, jak rozwiązać ten problem, który zaskoczył ich jak deszcz w środku lata, albo susza na wiosnę. I to teraz, kiedy mają tyle pracy, tak mało czasu, żeby przygotować się na upalne, suche lato, które szło ku nim powoli, lecz nieubłaganie z południa, niosąc żar oraz ciszę, przerywaną godowym śpiewem mrąkw, ogłodek i kopielców.
***
Dash tkwiła w całkowitej ciemności, unieruchomiona we wnętrzu corraxa. Donośne dudnienie zagłuszało wszystkie inne dźwięki, Dash przypuszczała, że wytwarza je corrax, ale nie miała pojęcia, co oznaczało.
Czy było reakcją na ból? Strach? Czy Dash go zraniła?
Dzięki małemu urządzeniu umieszczonemu na głowie przesłała wiadomość na statek, odczytało ono jej fale mózgowe (Dash skoncentrowała się na tym, by wiadomość była możliwie krótka i precyzyjna) i przesłało do komputera statku na orbicie. A przynajmniej miała taką nadzieję.
Nie była pewna, ile czasu minęło. Pół minuty? Minuta? Dwie?
W jej umyśle pojawiła się odpowiedź. Dash zareagowała.
Corrax przestał na nią napierać. Dash przesunęła się ostrożnie kilka centymetrów. I jeszcze. Czołgała się naprzód powoli, bardzo powoli, drżąc, serce waliło w piersi tak mocno, że bała się, że nie wytrzyma, stanie z wyczerpania i wtedy…
Ale nie stanęło.
Jajo było coraz bliżej.
Zobaczyła je w końcu. Nieduże, uniesie je z łatwością. Jasnoszara skorupka. Coś zwykłego, niepozornego. Tkwiło w niewielkim zagłębieniu. Dash wyjęła je ostrożnie, lecz corrax nie zareagował.
Nie mogła się odwrócić z powodu braku miejsca, więc pełzła tyłem do wyjścia. Bolały ją wszystkie mięśnie. Brakowało tchu. Czuła rosnącą temperaturę, krople potu spływały po plecach. Myślała o domu. O gwiazdach, które widać w bezchmurną, parną, letnią noc. O Ili. Już niedługo. Jeszcze tylko kawałek. Nie może przestać. Jeśli się zatrzyma, nie zdoła wyjść. Nie da rady. Jeszcze trochę. Już widać światło słońca…
***
Słońce zachodziło, niebo zalała krwista czerwień. Wieczorne powietrze, wciąż rześkie, jakby złagodniało w porównaniu do poprzednich wieczorów, wiosna zawitała na dobre, a tuż za nią nadchodziło lato.
Lato.
Ayri nie była pewna, czy nadejście lata cieszy ją czy wręcz przeciwnie. Lato oznaczało skwar palący płuca przy oddychaniu, ubranie klejące się do spoconych pleców… a z drugiej strony: pyszne słodkie owoce, mięsiste, pożywne, pachnące… Dojrzałe ziarna kosh, nadające się na kaszę, a zaparzone – przyjemnie pobudzały rano… Tak, urozmaicenie diety stanowiło chyba największą zaletę lata.
Dzieci o tej porze zwykle bawiły się w ogrodzie, na razie pełnym błota, jednak pierwsze pędy strycji wychynęły już spod ziemi, niedługo wypuszczą pąki, a delikatna mgiełka psynków zasłoni wysychającą glebę. Po krótkim kwitnieniu wypuszczą owoce, drobne i cierpkie, mrąkwy będą je zjadać, śpiewając wieczorami. Z nastaniem pełni lata, wszystko uschnie, ziemia popęka od żaru słońca, palącego wszystko niemiłosiernie.
Ayri podeszła do okna. Ze zdumieniem spostrzegła, że ktoś nadchodzi. Zmarszczyła czoło, próbując dojrzeć, kto to.
Nikt tu nie przychodził oprócz starego Alvina.
Ale to nie był Alvin.
To chyba przewodnicząca Rady Kolonii?
Czego mogła chcieć?
Ayri obserwowała przez okno. Przewodnicząca szła szybko. Zawahała się, przechodząc przez furtkę. Dzieci znieruchomiały na jej widok, patrzyły uważnie: ni to wrogo ni przyjaźnie, jakby próbowały przeszyć człowieka na wylot. Zawsze tak reagowały na obcych.
Przewodnicząca zignorowała dzieci, podeszła do drzwi i nacisnęła dzwonek.
Ayri dotknęła panelu na ścianie, przewodnicząca weszła.
– Dzień dobry. Co panią do nas sprowadza? Nie widywaliśmy pani tutaj… zbyt często… – wypaliła Ayri. „Chyba zapomniałam już, jak się rozmawia z ludźmi”.
– Dzień dobry. Przyszłam w dosyć… delikatnej sprawie. Gdzie mogłybyśmy porozmawiać?
Mieszkańcy kolonii nie mieli zwyczaju zaczynać od towarzyskiego teatrzyku, od razu przechodzili do rzeczy.
– Oczywiście. – Ayri spróbowała się uśmiechnąć. – Proszę tędy.
Zaprowadziła gościa do małego, rzadko używanego pokoiku, pustego, trochę przygnębiającego przez swa sterylną niemal czystość.
Obie kobiety usiadły naprzeciwko siebie, obie czujne, nieufne, ostrożne.
– No więc? O co chodzi? – Ayri wzięła przykład z przewodniczącej i zapytała wprost, ledwie tamta opadła na fotel.
– To naprawdę przykra sprawa pani…
– Ayri.
– Przykra i nieprzyjemna. Jak pani zapewne pamięta, tutejsi mieszkańcy są bardzo wrażliwi, jeśli chodzi o pewne rzeczy. Bardzo dbamy o nasze dzieci. Rodzina jest dla nas najważniejsza. Ważne jest dla nas, aby nasze dzieci dorastały w zgodzie z naturą, bezpieczne, w stabilnym świecie, rządzonym klarownymi zasadami. Przestrzegamy reguł, pamiętając, co zniszczyło rasę ludzką, zamieszkującą kiedyś Ziemię. Chaos już raz doprowadził do zagłady ludzkości. Nie chcemy, żeby to powtórzyło się tutaj. Dlatego, jak panią poinformowano na początku, nie chcemy, żeby nasze dzieci stykały się z…
– Moimi dziećmi.
– One nie są przecież…
– Są. Jestem za nie odpowiedzialna. Są pod moją opieką.
– No właśnie. Jest pani za nie odpowiedzialna, jak pani sama mówi i nie dopilnowała pani jednego z nich. Doszło do naruszenia.
– Naruszenia?
– Odkryliśmy, że jedno z twoich, jak sama mówisz, dzieci spotykało się przez jakiś czas potajemnie z jedną z dziewczynek z osady.
Ayri uniosła brew.
– Naprawdę? I to jest to straszne naruszenie? Cóż takiego się stało? Dwoje dzieci zaprzyjaźniło się ze sobą, a wy… Wy histeryzujecie, jakby ktoś kogoś zamordował co najmniej.
– Zna pani zasady. Podpisała pani umowę.
– To prawda. Podpisałam. I uważam, że to… nieludzkie. Okrutne. Jak możecie traktować te dzieci w taki sposób? To ludzie, podobnie jak wy! Rodzą się, dorastają, umierają. Myślą. Czują. Dlaczego budzą w was takie obrzydzenie?
– Proszę zachować rozsądek, panno Ayri. One wcale nie budzą w nas obrzydzenia, takie oskarżenia są dla nas obraźliwe. Zna pani historię równie dobrze jak my, prawda? Wie pani, co działo się na Ziemi przed upadkiem. Wojny, rozwój maszyn kosztem człowieka i natury, zniszczenie środowiska, wielkie wymieranie, zmiany klimatyczne, chaos, konsumpcjonizm, brak jakichkolwiek zasad zniszczył nie tylko ludzkość… ale naszą kolebkę. Nasz dom. Jeśli znowu odejdziemy od natury… To się powtórzy.
– W takim razie jesteście hipokrytami. Cały czas korzystacie z pomocy maszyn: przy uprawie roli, we wszystkim, co robicie… Cała wasza wiedza pochodzi od nich! Gdyby nie one, nie istniałaby ta kolonia, ta planeta nie nadawałaby się do życia dla ludzi. Nie byłoby Odrodzenia. Może zamiast strachu i uprzedzeń, wystarczyłoby okazać odrobinę empatii?
Przewodnicząca pokręciła głową z pełnym politowania uśmiechem.
– Empatii? A czy pani nie przeszkadza, że androidy hodują ludzi, żeby szukały dla nich jaj corraxów? Tylko po to by przedłużyć własne istnienie? Choć mogłyby odżywiać swoje mózgi w inny sposób, tak jak wcześniej, przed odkryciem corraxów? Androidy pasożytują na tych dzieciach! Wykorzystują je. A pani mi tu mówi o empatii! Musimy się od tego odciąć. To się musi skończyć.
– Ale nie w taki sposób! Cała Druga Cywilizacja oparta jest na androidach i tych dzieciach. I nie, nie podoba mi się to… Dlatego przyjęłam tę posadę. Żeby być przy nich. Zapewnić im w miarę normalne dzieciństwo! Tyle mogę zrobić… Otoczmy te dzieciaki troską i opieką, kiedy maszyny ich używają jak narzędzi, kiedy ludzie odwracają wzrok, godząc się na ich cierpienie w imię rozwoju cywilizacji i postępu. Może pewnego dnia… znajdziemy sposób, żeby utrzymać to, co powstało po odrodzeniu bez krzywdzenia niewinnych ludzkich istot. Jeśli je odrzucimy, będziemy równie bezduszni, jak maszyny.
– Jesteśmy niezależni, mamy tu wszystko, czego potrzebujemy. Androidy i te dzieci opuszczą Gon.
– Chcecie się odłączyć od reszty ludzkości?
– A na co nam ludzkość? Co nam dała? Co nam dało Przymierze?
– Co będzie z dziećmi?
– Zostaną przetransportowane gdzie indziej. Pani także.
– Widzę, że to już postanowione.
– Rada podjęła decyzję już dawno. Zamierzaliśmy poinformować panią wkrótce. Kiedy androidy wrócą z tym… dzieckiem, które ostatnio zostało zabrane…
– Dash.
– Poinformujemy je o naszej decyzji.
– A jeśli androidy nie zgodzą się odejść?
– Nasza wola współpracy jest fundamentem przymierza maszyn i ludzi. Nie będą miały wyboru.
– Czy wszyscy mieszkańcy kolonii chcą zerwania przymierza, czy ci, którzy są temu przeciwni też nie mieli wyboru?
Przewodnicząca wstała, Ayri podniosła się również.
– To nie pani zmartwienie. Proszę być gotową do wyjazdu.
Tego wieczoru Ayri długo siedziała w jadalni przy oknie, dzieci zjadły kolację i poszły spać – opiekunka jeszcze nic im nie powiedziała, ale była pewna, że dzieci wiedzą, że coś jest nie w porządku. Zapadł zmierzch, nadeszła noc, a ona tkwiła wciąż w tym samym miejscu. Czuła smutek. Zmęczenie. Bezradność. Najgorsze było poczucie bezsilności, pragnienie zrobienia czegoś, czegokolwiek i świadomość, że nic zrobić nie można. Wiedziała, że Rada naprawdę może zerwać przymierze, że androidy odlecą. Przewodnicząca miała rację. Dzieci stracą dom. Jak dziecko ma żyć wiedząc, że zostało wygnane, bo dorośli się go boją i nienawidzą? I jak ona ma im o tym powiedzieć?
Tej nocy Ayri długo nie mogła zasnąć. Kiedy zapadła w krótki, urywany sen, niebo zaczynało szarzeć. Nadchodził świt.
Ayri śniła o Dash.
Dash była w tym śnie dużo starsza niż w rzeczywistości, w wieku, w którym dzieci nie szukają już jaj corraxów. Uśmiechała się do Ayri.
Mówiła coś, ale Ayri nie była w stanie usłyszeć, co. Dash poruszała ustami, lecz nie wydobywał się z nich żaden dźwięk.
W końcu Ayri bardziej wyczuła niż usłyszała: ,,Wszyscy powinni polecieć”.
***
Dash stała na brzegu, wpatrzona w horyzont. Fale z cichym pluskiem zalewały plażę, znad oceanu wiała lekka bryza.
Corrax leżał na boku, obmywany słoną wodą. Umierał.
I tak by umarł. Dash o tym wiedziała. Jednak to właśnie ona odebrała mu tych kilka ostatnich dni.
Dash podeszła do umierającego zwierzęcia.
– Przepraszam. Wiem, że to nie wystarczy. Przepraszam, że zabrałam twoje dzieci. Wybacz mi.
Czekała, aż stworzenie odeszło.
Dopiero wtedy oślepił ją błysk światła. Wróciła na statek.
***
Na statku czekał na nią android. Zastanawiała się, czy to ten sam, czy inny. Android przeciął kombinezon i uwolnił ją z niego.
Zaprowadził ją do tego samego pomieszczenia, w którym przebywała wcześniej. Tym razem jednak nie było ono puste.
– Witaj, Dash.
Smukła postać stała tyłem do wejścia, odwróciła się, kiedy Dash weszła.
– Jestem Roha. Mam ci dużo do powiedzenia.
***
Ayri zajęła się pakowaniem. Miotała się po całym domu jak oszalała. Dzieci pomagały jej: ciche, spokojne, nieodgadnione. Ayri nie wiedziała, co czują. Próbowała z nimi rozmawiać, z każdym z osobna, ale one wydawały się jeszcze bardziej skryte niż zwykle.
– Wolałabym, żeby płakały – rzekła do Alvina, upychając kolejne przedmioty w walizkach – byłoby… łatwiej? Normalniej? Jakby to, co się dzieje można było uczynić normalnym w jakiś sposób.
– Nie spieszysz się za bardzo? – zapytał Alvin – Może zmienią zdanie?
– Nie zmienią – prychnęła Ayri z irytacją – rano dostałam wiadomość. Rada oficjalnie przesłała deklarację wystąpienia z przymierza do Oka. Oko odpowiedziało. Każda kolonia może, oczywiście, wystąpić z Przymierza, kiedy tylko zechce, droga wolna. My mamy się wynosić. Rzecz jasna użyli ładnych, okrągłych słówek… ale sens był mniej więcej taki.
– To przykre. Cholernie przykre.
– A ty? Co zrobisz? Zostaniesz tu?
– Chyba tak… Widzisz, nie jestem już najmłodszy, a tu jest mój dom. Nie mam sił na szukanie nowego.
Ayri przerwała pakowanie. Spojrzała na Alvina, siedzącego na kuchennym krześle, zgarbionego.
– Więc… nie zobaczymy się już nigdy.
– Pewnie nie…
Ayri podeszła do Alvina i objęła go. Nie wiedziała, co powiedzieć, jak pożegnać przyjaciela na zawsze.
– No już, już, tylko nie płacz, młoda. Przed tobą całe życie, długie, szczęśliwe życie. Zapomnisz wkrótce o starym ramolu.
– Nie mów tak.
– Gdzie was przenoszą?
– Na Aren. Dziesięć lat świetlnych stąd. Mała kolonia, łagodny klimat.
Wzruszyła ramionami. Przysunęła sobie krzesło, usiadła obok Alvina.
– Jestem zmęczona.
– Wiem. To normalne.
Siedzieli tak przez dłuższy czas, patrząc przez otwarte okno kuchni na błękitne niebo i wędrujące po nim słońce, słuchając mrąkw, które rozśpiewały się na dobre. Ciepłe powietrze wpadało do środka, niosąc przyjemny, delikatny zapach.
Ayri pomyślała, że szkoda jej odchodzić. Jak będzie na Aren? Może powinna zrezygnować z posady i wrócić do domu. Dom. W końcu wstała.
– Muszę wracać do roboty. Pomóż mi, jeśli dasz radę. Wcale nie jesteś aż taki stary.
Alvin wstał całkiem żwawo.
– Dobra. Powiedz, co mam robić.
***
Dla Ili upływające dni zamieniły się w jeden niekończący się koszmar, jakby czas był gumą, którą można rozciągać w nieskończoność albo kisielem z nasion kidawu, okropnie gęstym, zaklejającym usta, aż nie możesz oddychać: dni, choć nie minęło ich wiele, krępowały Ilę, ciągnęły na dno, tamowały oddech, nie widziała końca swego cierpienia.
W szkole dzieci odsuwały się od niej, jakby przenosiła jakąś zakaźną chorobę, zadawała się z odmieńcem, przez co sama została odpychającym dziwadłem.
Rodzice nie odzywali się do niej. Ojciec próbował, na początku, ale wystraszyły go groźne spojrzenia matki.
Tylko babcia była jej opoką, jej kubkiem wody w najgorszy skwar lata. Ila umarłaby gdyby nie babcia. Kiedy wnuczka tonęła, Mava wyciągała do niej rękę.
– Chodź z podniesioną głową. Nie masz się czego wstydzić. Ci ludzie to głupcy, ich opinia o tobie nie jest nic warta! Nie chowaj się przed nimi. Nie zginaj karku. Nie daj im tej satysfakcji!
– Czy moi rodzice to też głupcy? – zapytała dziewczyna cicho.
– Cóż, rodziców się nie wybiera. Starałam się z twoim dziadkiem, niech spoczywa w wiecznym orzeźwieniu, wychować twojego ojca na przyzwoitego człowieka. Może zmądrzeje. Nie tracę nadziei…
Ila postanowiła posłuchać babki, unosiła brodę wysoko i tłumiła łzy.
Było to wyjątkowo trudne, gdy powiedziano jej o zerwaniu przez Gon Przymierza i rychłym odejściu dzieci z Domu na Wzgórzu. Musiała uciec na strych, gdzie siedziała ukryta do wieczora, aż znalazła ją babcia. Zmęczona po pracy: nadzór nad maszynami rolniczymi może być męczący, gdy temperatura rośnie, wdrapała się na strych po schodach z kubkiem wody dla Ili. Wysłuchała. Przytuliła.
Nagle poczuła, że jest już naprawdę bardzo stara. Za stara na ludzką głupotę. Na płacz dziecka. Na to wszystko.
***
Dash przyglądała się uważnie stojącej przed nią osobie. Z całą pewnością była człowiekiem. Wysoka, szczupła sylwetka, delikatne, acz nieco androginiczne rysy, jasny meszek zamiast włosów… Dash zrozumiała.
– Jesteś jak ja, prawda? Tylko starsza.
– To prawda. Chodź za mną.
Nieznajoma poprowadziła Dash korytarzem, długim, wąskim, niemal pustym, spotkały tylko jednego androida: kiedy je mijał, przystanął na chwilę, skinął głową, wydał się Dash niemal ludzki w tym drobnym geście.
Weszły do stosunkowo niewielkiego pomieszczenia. Pośrodku stało coś w rodzaju olbrzymiej tuby, sięgającej od podłogi do sufitu, wypełnionej przezroczystym płynem, w którym pływał ogromny ,,ludzki” mózg. Z tuby odchodziły liczne mniejsze rury, kable i przewody, znikające w ścianach.
– Czy wiesz, co to jest?
– To Komputer Główny, prawda?
– Co o nim wiesz?
– To sklonowany mózg ludzki połączony z systemem elektronicznym, podobnie jak u androidów. Na każdym statku jest taki. Pozwala nawigować w Przedwiecznej Macierzy Transcendentalnej.
– Doskonale.
– Podobno… to klon mózgu brata naszego twórcy androidów… Kompozytora.
– Nie mamy wielu danych sprzed Upadku. Ale nawet jeśli to tylko legenda, tkwi w niej chyba ziarno prawdy. Wygląda na to, że umysł Komputera Głównego traci stabilność. W Macierzy Transcendentalnej Wszechświat istnieje w formie doskonałego matematycznego wzoru. Wszystko, co istniało albo zaistnieje, jest zapisane jako wieczna Matematyka. Także muzyka.
– Ach…
– Zaczynasz rozumieć – Roha skinęła głową z aprobatą – Umysł Komputera nie powinien zachować świadomości swojego wzorca. Żadnych wspomnień, emocji, nic. I wydaje się, że rzeczywiście tak jest. Poza jednym wyjątkiem. Wygląda na to, że zachował jedną rzecz, ważną dla pierwotnego właściciela.
– Co to takiego?
– Melodia. Niedokończona melodia. Być może ostatnia, którą ten człowiek tworzył przed śmiercią. Komputer Główny nie tylko odtwarza ją w nieskończoność. On usiłuje ją dokończyć. Szuka doskonałego wzorca w Macierzy Transcendentalnej. Robi to podczas podróży międzygwiezdnych, pozostając w Macierzy, dłużej niż to konieczne. Boimy się, że…
– Pewnego razu z niej nie wyjdzie.
– Tak. A to prowadzi nas do innej kwestii. Pomiędzy Komputerem Głównym a androidami istnieje silna, chociaż niezrozumiała dla nas więź. One go nie opuszczą, znikną w Macierzy razem z nim. A wtedy pozostaniemy sami. A my, dzieci androidów, pozostaniemy ostatnią szansą ludzkości na podróże do gwiazd. Na przetrwanie Przymierza – już nie ludzi i maszyn, ale ludzi z wszystkich planet Drugiej Cywilizacji.
– Ale… – Dash zrobiła wielkie oczy – jak będziemy nawigować w Macierzy bez… czy…
Roha zbliżyła twarz do twarzy Dash.
– Zgadza się. Stworzymy nowe Komputery Główne, korzystając jednak z innego materiału.
– Ale ten… inny materiał też może posiadać jakąś wadę.
– Może. Ale wyeliminujemy ją.
– A jeśli się nie uda? Jeśli zorientujecie się za późno?
– Uda się. A jak nie, spróbujemy znowu. I jeszcze raz. Aż do skutku. Zaryzykujemy. Wszystkie stocznie w układach Meduzy, Róży i Błękitnej Tarczy, wszystkie Oczy będą nasze. Będziemy gotowi. Podczas kolejnych podróży, dzieci takie jak my, będą się uczyć obsługi statku…
– Powiedz mi jedno, Roho… Czy później… będziemy potrzebowali jaj corraxów?
– Nie. Nasze mózgi ich, oczywiście, nie potrzebują… a co do mózgów Komputerów… jesteśmy blisko stworzenia substancji zastępczej. Wszystkie obecne Komputery nad tym pracują.
Dash uśmiechnęła się.
– To wspaniale! Naucz mnie wszystkiego, co muszę umieć.
Spojrzała na mózg unoszący się w tubie.
– Mam nadzieję – powiedziała – że będziesz szczęśliwy tam, dokąd trafisz. Jeśli to możliwe.
***
W końcu nadszedł ten moment. Dzień powrotu na Ziemię. Miała to być chwila szczęśliwa: zamiast tego Dash dręczył smutek.
Po zakończeniu transgresji i powrocie do czasoprzestrzeni w układzie Gon, Oko przesłało wiadomość: Gon opuszcza Przymierze. Dzieci odlatują z Gon.
Dash się sądziła, że zobaczy Ilę jeszcze raz, ale pozwolono im na pożegnanie. Ich ostatnie spotkanie odbyło się o zmierzchu, tam, gdzie wszystkie pozostałe. Niestety ich kryjówkę zniszczono, co Dash zauważyła z żalem.
Ayri i Mava czekały w pewnej odległości.
– Cześć – głos Ili był cichy i zachrypnięty od płaczu.
– Hej, Ila.
Przez jakiś czas milczały. Potem przytuliły się do siebie mocno, płacząc, szukając właściwych słów. Nie znalazły.
– Nie chcę… żebyś… odeszła…
– Ja też nie chcę… odchodzić… ale oni nie pozwolą nam zostać…
– Nie przeżyję tego… to niesprawiedliwe! Umrę! Ja… ja się zabiję!
– Nie mów tak.
Dash westchnęła. Czuła w Ili wielką rozpacz.
– Posłuchaj mnie uważnie. Powiem ci coś ważnego, ale nikomu tego nie powtarzaj. Nawet babci. To tajemnica. Rozumiesz?
– Rozumiem.
Dash wyszeptała Ili coś do ucha. Ila przestała płakać.
– Obiecujesz?
– Obiecuję.
Ila otarła łzy ręką.
– Więc będę czekała.
Musiały się rozstać. Mava wyciągnęła rękę do Ayri.
– Powodzenia, panno Ayri. Naprawdę bardzo mi przykro.
– Dziękuję.
Dziewczynki, odchodząc, cały czas oglądały się za siebie. W końcu jedna drugiej zniknęła z zasięgu wzroku.
***
Dash i pozostałe dzieci miały spędzić ostatnią noc w tym domu. Usiadły w kręgu, jak to miały w zwyczaju. Milczały. Trzymały się za ręce. Potem Dash wyjawiła im to, czego dowiedziała się od Rohy.
– Nadal będziemy podróżować do gwiazd, ale nie będziemy krzywdzić corraxów. Ile wspaniałych rzeczy zobaczymy! Mgławice, światy pełnie niezbadanego życia, mgławice, w których powstają nowe gwiazdy…
– A jeśli ludzie nie będą chcieli? Jeśli nas nie zaakceptują?
– Może nie od razu. Ale wierzę, że kiedyś zrozumieją, że też jesteśmy ludźmi i nikogo nie chcemy skrzywdzić. Wszyscy ludzie razem wyruszą do gwiazd.
Spojrzała przez okno na niebo usiane gwiazdami. Uśmiechnęła się. Tamtego wieczoru wierzyła, że wszystko będzie dobrze.
Witaj. :)
Kwestie techniczne (sugerowane wątpliwości – zawsze tylko do przemyślenia):
Ciężkie czarne chmury pędziły po niebie, gnane wichrem. – czy ta (i inne, np. Dzwonek do drzwi sprawił, że aż podskoczyła;Miała nadzieję, że nikt nie zauważy, że jest bardziej smutna niż zwykle, nie mogła przecież powiedzieć prawdy, a nie lubiła kłamać; W progu stała nauczycielka, pani Pink Patrzyła teraz surowo, niemal wrogo, z oburzeniem; Nie należy nas porównywać do tych… do nich) aliteracja jest celowa?
Nikt jej tu nie chciał. Wszyscy byli dla niej uprzedzająco grzeczni, witali ją z uśmiechem, kiedy schodziła do osady, pytali o jej zdrowie, zdrowie mamy. O to, jak jej minął dzień. A jednak wiedziała, że tak naprawdę wcale ich nie obchodzi. Pokazywali jej tylko fasadę złożoną z zasad uprzejmości, jednocześnie ukrywając prawdziwe myśli i uczucia. – powtórzenia/zaimkoza?
Kupka szmat, stojąca na progu (przecinek?) wydawała się urażona.
– Hej, dzieciaki – zawołał mężczyzna – co tam u was słychać? Grzeczni byliście? – tu mam wątpliwość, czy nie z wykrzyknikiem (skoro woła) i czy nie: „grzeczne” (bo: „dzieciaki”)?
– Jego ciało wyglądało jak wysuszona śliwka… – wyszeptała – Musiałam je umyć. – błędny zapis dialogu?
Czy to ostatnie zdanie wypowiedzi bohaterki nie powinno być połączone z poprzednimi?:
– Jego ciało wyglądało jak wysuszona śliwka… – wyszeptała – Musiałam je umyć. Musiałam sama wykopać grób. Łopatą. Ten bałwan, Ced, odmówił mi robota. Musiałam powiedzieć dzieciom, że… Remi nie żyje. Nawet nie płakały, wiesz? Nie wiem, czy w ogóle zrozumiały…
Nie chcę grzebać kolejnego…
–Cześć – odpowiedziała Ila, w ogóle nie przestraszona. – błędny zapis dialogu?
–Cześć – odpowiedziała Ila, w ogóle nie przestraszona. – razem?
Coś było nie tak. Ayri była bardziej spięta, milcząca, błądziła wzrokiem to tu, to tam, nerwowo bawiła się ołówkiem. – powtórzenie?
Wśród skał (albo tu też przecinek, albo bez kolejnego?) przyniesionych tu niegdyś przez lodowiec, ukryty został szałas, zbudowany ze szkieletu gwiezdnika znalezionego w pobliżu, liści motylnika i koca.
Miała jakieś dziesięć lat, krótko obcięte, jasnobrązowe włosy oraz charakterystyczną dla deszczowego (przecinek?) północnego kontynentu Gon (i tu?) bladą cerę.
Nikt cię nie śledził? – zapytała Dash, siadając na rozłożonym na ziemi (i tu?) grubym kocu.
Miasteczko było już uśpione (przecinek?) koloniści na Gon zwykle kładli się wcześnie.
Przypominał kępkę długich (przecinek?) czarnych włosów.
Zmywarka już umilkła, robota sprzątającego też już nie było słychać. – powtórzenie?
Pod przezroczystą kopułą czaszki tkwił mózg, ludzki (przecinek?) sztucznie wyhodowany mózg.
Ilą wstrząsnął szloch, więc Dash przytuliła ją mocno. Cierpiała równie mocno, jak przyjaciółka, próbowała ukoić jej ból, lecz nie potrafiła, tak jak nie potrafiła zmniejszyć własnego, nawet odrobinę. – powtórzenie?
Miejsce, w którym się znajdowali (przecinek?) przypominało olbrzymią tubę, po ścianach tej tuby chodziły androidy.
Dash czuła się dziwnie, idąc po ścianie, (kropka lub średnik zamiast przecinka?) co (przecinek?) jeśli odpadnie?
Światło rozlało się jasną plamą środku, większość pomieszczenia tonęła w cieniu. – brak „na”?
Na szczęście to była tylko mrąkwa, ledwo dojrzała, co można było poznać po miękkim pancerzu. – powtórzenie?
A może (przecinek?) by zmusić androida do jakiejkolwiek reakcji. – czy to nie jest zdanie pytające?
Weszła do szałasu cicho, jakby obawiała się naruszyć panującą wokół ciszę głośniejszym dźwiękiem. – powtórzenie?
Tutaj znowu nieco za dużo zaimków (tu akurat form „ona”), zatem trzeba je ograniczyć w całym tekście; ja już reszty nie wypisuję:
Chłodny żel spłynął po niej, przykleił się do skóry, pełzł po niej jak żywa istota. Zasłonił jej twarz, co jednak wcale nie przeszkadzało w oddychaniu. Po początkowym przestrachu Dash zaczerpnęła powietrza. ,,Wszystko w porządku” powtarzała w myślach.
Poczuła ciepło w całym ciele. Oślepił ją jasny błysk. Poczuła, że leci, mknie jak pocisk. Wrażenie było tym dziwniejsze, że nie czuła przeciążenia.
Nagle wylądowała. Zakręciło jej się w głowie, ale nie straciła równowagi. Powoli odzyskiwała wzrok, w uszach trochę jej szumiało.
Wyglądał trochę jak ogromne (przecinek?) świecące jajo – wielkie cielsko o chropowatej, grubej (przecinek?) bezwłosej skórze, świecącej pod wpływem promieniowania ultrafioletowego, poruszało się w rytm oddechu. – powtórzenie?
Corrax składa tylko jedno jajo w życiu i kończy życie zaraz potem. – i tu?
,,A co z małymi corraxami w jaju – przypomniał jej mózg – Ile istnień musi zginąć w imię podróży kosmicznych?” – zapis myśli do końca także wymaga jeszcze poprawek, tu jest umieszczony źle.
Czy (przecinek?) gdyby odmówiła wykonania zadania, androidy zostawiłyby ją tutaj?
Dash podeszła tak blisko, ze mogła go dotknąć. – literówka?
Na śniadanie prawie nic nie zjadła, miała wrażenie, że w jej gardle utknął wielki (przecinek?) ostry kamień.
– Jak… jak mogłaś. Dlaczego… – czy to nie pytania?
W progu stała nauczycielka, pani Pink Patrzyła teraz surowo, niemal wrogo, z oburzeniem. – tutaj chyba wielka litera miała być gdzie indziej (albo wcale)?
Gabinet dyrektorki, pani Brand, (za dużo spacji?) był dość przytulny, na parapetach stały doniczki z kolorowymi, wiosennymi roślinami, okna przysłonięto białymi firankami, ściany pomalowano na ciepły (przecinek?) żółty kolor zamiast standardowego białego. Pani Brand była miłą kobietą o łagodnej powierzchowności. – znowu powtórzenie/byłoza, reszty przykładów nie wypisuję, lecz pod kątem tych form czasownika „być” trzeba całość starannie przejrzeć i poprawić
Poprosiła Ilę (przecinek?) by usiadła.
– To dość oczywiste. Z resztą, popatrz, co teraz się dzieje. Złamałaś umowę i mamy problem, który musimy jakoś rozwiązać. – w tym kontekście: ortograficzny?
Można z nimi rozmawiać (przecinek?) i bawić się (i tu?) i żartować (i tu?) i… robić wiele innych (i tu?) fajnych rzeczy!
– Opowiedz nam (przecinek?) co się stało – wtrącił ojciec – Nie jesteśmy na ciebie źli. Ale musimy wiedzieć, dobrze? – ponownie niepoprawny zapis dialogu, zatem i dialogi do generalnej korekty, ja reszty przykładów nie wypisuję, skupiając się na samej treści i innych sprawach technicznych.
Matka podniosła się, jakby chciała ją zatrzymać, ale pani Brand zatrzymała ją ruchem ręki. – kolejne powtórzenie, czyli i powtórzenia trzeba dodatkowo pousuwać, bo powielają niepotrzebnie usterki stylistyczne; ja kolejnych nie wypisuję
Lato oznaczało skwar palący płuca przy oddychaniu, ubrania klejące się do pleców od potu… a z drugiej strony: pyszne (przecinek?) słodkie owoce, mięsiste, pożywne, pachnące… – kolejna sprawa: interpunkcja, nie wypisuję reszty zdań, lecz trzeba ją również poprawić
Dzieci o tej porze zwykle bawiły się w ogrodzie, na razie pełnym błota, jednak pierwsze pędy strycji wychynęły już spod ziemi, niedługo wypuszczą paki, a delikatna mgiełka psynków zasłoni wysychającą glebę. – tu tylko dopytam, czy nie chodziło o „pąki”?
Przewodnicząca pokręciła głową pełnym politowania uśmiechem. – czy tu brak „z”?
Nie wiedziała, co powiedzieć, jak pożegnać przyjaciela na zawsze? – czy to nie zdanie twierdzące?
Dla Ili upływające dni zamieniły się w jeden nie kończący się koszmar, jakby czas był gumą, którą można rozciągać w nieskończoność albo kisielem z nasion kidawu, okropnie gęstym, zaklejającym usta, aż nie możesz oddychać: dni, choć nie minęło ich wiele, krępowały Ilę, ciągnęły na dno, tamowały oddech, nie widziała końca swego cierpienia. – ortograficzny?
A to prowadzi nas do innej kwestii. Pomiędzy Komputerem Głównym a androidami istnieje silna, chociaż nie zrozumiała dla nas więź. – i kolejny?
Ayri i Mava czekały pewnej odległości. – literówka?; zatem i te trzeba dokładnie prześledzić do końca
Opowieść wzruszająca, piękna, moralizatorska; miejscami pełna dramatyzmu oraz napięcia i grozy; dobrze że dałaś zakończenie, niosące ogromną nadzieję. :) Podoba mi się i ten świat, i zasady, i mieszkańcy, i zachowania oraz przyjaźń obu dziewczynek. :) Moim zdaniem Twoje opowiadanie byłoby znakomitą kanwą dla rewelacyjnego filmu SF, czego serdecznie Ci życzę. ;)
Klikam podwójnie, pozdrawiam serdecznie, powodzenia przy nominacjach. :)
Pecunia non olet
Dzięki, bruce, cieszę się, że ci się podobało. Jutro wezmę się za poprawki :-)
Powodzenia. 
Pecunia non olet
Cześć, pusia
Jestem pod wrażeniem spójności świata, który zbudowałaś. Stworzenia wymyślone przez Ciebie i ukazane obrazowo, miałem przed oczami, byłem w Twojej opowieści. Pokazujesz nie tylko relacje międzyludzkie, przyjaźń dziewczynek, ale również problemy natury egzystencjalnej. Corrax, organizm, w którym jajo (jako symbol życia), jest źródłem z którego korzystają ludzie.
Zderzenie ludzi i tych dziwnych, wyzysk i nierówności społeczne.
Widać dobry warsztat. Napisałaś opowiadanie w bardzo przystępnej formie. Język jest naturalny, niewymuszony, oraz bohaterowie są żywi. Dialogi robią też super robotę – spontaniczne, jak w życiu codziennym.
Nominuję do piórka i klikam do biblioteki.
Pozdrawiam
Hesket: Dzięki wielkie, cieszę się:-)
“Nieistnienie to dziwna rzecz.” – to zdanie zostanie ze mną. Piękne, wzruszające opowiadanie w bardzo oryginalnym i spójnym świecie. Gratulacje.
Pozdrawiam serdecznie :)
Teo Max: Dzięki, cieszę się!
To jest ładny tekst, ja preferuje trochę inne sci-fi, ale tutaj emocjonalność, postacie i otoczka robią robotę. Ogólnie tekst jest objętnościowo dosyć długi i myślę że kilka tysięcy znaków skrócenia wyszłoby opowiadaniu na plus. Czasem wybijały mnie powtórzenia. Niemniej polecam, klikam do biblioteki.
Tymczasowy lakoński król
Hej
Masz ciekawy świat, gdzie ludzie korzystają z androidów, a androidy z ludzi, którzy są hodwani przez androidy. Podobają mi się dziwne istoty, te z deszczowej planety jak i te z tej drugiej – corxi… coś tam. To dobry punkty wyjścia do ciekawej historii.
Trochę mało jest samej planety jednej i drugiej.
Jedna ma pola i tam dużo pada, a na drugiej są plaże, to właściwie wszystko co wiemy. Ale historia jest o przyjazi i zależnościach między ludźmi a androidami. Więc ok.
No to wątek polityczny.
Jest ciekawy. Ksenofobiczny, związany z katastrofą, która zniszczyła ziemię. Wykorzystywanie dzieci z hodowli do zdobywania jaja – paliwa, też jest interesujący. I chyba najlepiej przedstawiony. Za to nie wiemy dlaczego dzieci są tak znienawidzone przez osadę. Ale możemy przyjąć, że ksenofobia nie potrzebuje wiele by zaistnieć. Za to zagładzie ziemi już nie poświęcasz zbyt wiele, zostawiając to jako historie.
No dobra przejdźmy do sfery emocjonalnej.
Dash i Ila są mocno ze sobą związane – na tym budujesz całą dramaturgię historii. I tu jest największy problem opowiadania, bo nie poświęciłaś nawet zdania na to dlaczego bohaterki tak się lubią. Mają wspólny cel? Zaintesowania? Może są zakochane? Nic tu nie ma.
To sprawia, że mamy dramat dla samego dramatu. Relacja przez to jest płytka i nie budzi emocji.
Wątek ksenofobiczny
Tu również próbujesz zbudować dramaturgię. Ale brakuje wyjasnienia czemu tak bardzo ludzie nienawidzą dzieci. Ale ok. Jest jak jest. Więc może prowadzi to do poważnych konsekwencji. No też nie. Ochrzan od rodziców, trochę drwin – nic wielkiego. Najgorsze jest to, że dzieci mają opuścić planetę, no ale znowu, co łączy takiego szczególnego obie dziewczyny? No właśnie.
W rezultacie mamy fajny pomysł, który skręca w stronę wątku relacj, a te są, w mojej ocenie najsłabszym elementem historii.
Tekst jest długi, w mojej ocenie niepotrzebnie. Wątki z Il można skrócić do pierwszej sceny z Dash i tej gdzie wszyscy dowiadują się o jej spotkaniach z jednym z dzieci. Tekst strasznie się dłuży w scenach z Il, za to zyskuje przy wątku z Dash.
Ostatecznie wyszło całkiem przyzwoite opowiadanie ale nie pozbawione wad.
Klikam i pozdrawiam
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
W moim odczuciu, mowy nie ma o miłości między dziewczętami. To przyjaźń. Zwyczajna, lecz bardzo silna. Ila nie jest rozumiana nawet przez rodziców, brak jej rówieśników. Jest w szkole izolowana, bo jest nadwrażliwa. Tak naprawdę Ilę rozumie tylko babcia. Dlatego tak cieszy ją poznana dziewczynka, bo nareszcie ma “bratnią duszę”, jak Ania z Zielonego Wzgórza.
A dzieci “inne” są uznawane za zagrożenie, bo kontakty z nimi mogą według “prawdziwych ludzi” zakłócić harmonię, w której ci drudzy trwają. Ich przeszłość jest inna, obca, nieakceptowalna.
Moim zdaniem to wszystko jest symboliczne. Tu chodzi o idiotyczne, bezsensowne uprzedzenia i walkę z nimi.
Pecunia non olet
No właśnie ale taką przyjaźń trzeba w tekście zbudować. Czyli najpierw budujemy relację i wtedy czytelnik wie ile ona jest warta, a w drugim kroku pokazujemy dramatzym sytuacji. Można to zrobić również przez rodziców dziewczynki ale ich też nie ma prawie w tekście. Nie ma też w tekście informacji czemu Ila odstaje od społeczności. Więc zgadzam się, że widzimy samotność ale to nie jest niczym podparte, a więc fabularnie jest nieuzasadnione.
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
Nie wiem, ja to widzę całkiem inaczej, Ila to nadwrażliwa dziewczynka, której po prostu nikt nie rozumie w szkole. Ma charakter babci. Rodzice też nie rozumieją zachowania babci i odwrotnie. A przecież to bliscy krewni.
W każdej szkole są takie dzieci, jak Ila. Czemu odstają? Bo ich nadwrażliwość denerwuje rówieśników. Wydaje mi się, że rodzice pokazani są wystarczająco, nie różnią się od większości “zwykłych ludzi”. To babcia jest ciekawa i Autorka poświęciła jej więcej uwagi, ponieważ ona też głosi nowatorskie poglądy.
Pecunia non olet
OneTwo: Dzięki.
Bardjaskier: Dzięki. Faktycznie, trochę za długi mi tekst wyszedł, chyba straciłam nad nim kontrolę
Relacje międzyludzkie zawsze są dla mnie najtrudniejsze do pisania, to już taka fizyka jest łatwiejsza do ogarnięcia
Choć rzecz dzieje się w odległej przyszłości, opowiadasz o sprawach, które są aktualne tu i teraz.
Co prawda dzięki obecności androidów i corraksów zdołałaś przenieść mnie do innego świata, to nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że czytam o sprawach i problemach, z którymi zmagamy się współcześnie
Z przykrością czytałam, że ludzie przyszłości nie zmądrzeli, że w ich świecie nadal panoszy się nietolerancja i brak zrozumienie dla nieco innych, a jednocześnie cieszy, że mimo pewnych odmienności przyjaźń, choć bardzo trudna, jest możliwa.
– Hej, dzieciaki! – zawołał mężczyzna – co tam u was słychać? Grzeczne byliście? → – Hej, dzieciaki! – zawołał mężczyzna – co tam u was słychać? Grzeczne byłyście/ Grzeczni byliście?
…Ayri postawiła przed nim parujący talerz. → Talerze nie parują.
Proponuję: Ayri postawiła przed nim talerz z parującym jedzeniem.
– Jego ciało wyglądało jak wysuszona śliwka… – wyszeptała – Musiałam je umyć. → Brak kropki po didaskaliach.
Przypomnij sobie, jak należy zapisywać dialogi.
–Cześć – odpowiedziała Ila, w ogóle nie przestraszona. → Brak spacji po pierwszej półpauzie.
Pomiędzy krzewami w murze widniała dziura… → Czy krzewy rosły w murze?
A może: W murze, pomiędzy krzewami, widniała dziura…
– Dokładnie. Bez jaj nie byłoby androidów… → – Właśnie. Bez jaj nie byłoby androidów…
Dokładnie! – Poradnia językowa PWN
Dash siedziała na podłodze po turecku. → Skąd wiedziała, że siedzi „po turecku”?
Skoncentrowała swój umysł na oddechu. → Zbędny zaimek.
…była tylko mrąkwa, ledwo dojrzała, co można było poznać po miękkim pancerzu. Ila chwyciła mrąkwę delikatnie, położyła na dłoni i lekko pogłaskała palcem drugiej ręki. Mrąkwa, choć jeszcze niedojrzała… → Czy to celowe powtórzenia?
Nic się nie stanie.” → Nic się nie stanie”.
Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.
Powoli odzyskiwała wzrok, w uszach trochę jej szumiało.
Powoli rozejrzała się dookoła. → Nie brzmi to najlepiej.
,,A co z małymi corraxami w jaju – przypomniał jej mózg – Ile istnień musi zginąć w imię podróży kosmicznych?” → „A co z małymi corraxami w jaju” – przypomniał jej mózg. „Ile istnień musi zginąć w imię podróży kosmicznych?”
Podobno spotykasz się z… t a m t y m i dziećmi. → Dyrektorka umiała mówić rozstrzelonym drukiem???
…klatka mamy falowała szybko jak po bardzo szybkim marszu. → A może: …pierś mamy falowała szybko jak po bardzo szybkim marszu.
– Opowiedz nam co się stało – wtrącił ojciec – Nie jesteśmy na ciebie źli. Ale musimy wiedzieć, dobrze? → – Opowiedz nam co się stało – wtrącił ojciec – nie jesteśmy na ciebie źli, ale musimy wiedzieć, dobrze?
– To zaczęło się zimą – Ila powtórzyła nieco głośniej – To było kilka tygodni temu… → Brak kropki po didaskaliach.
– One mają imiona, Fiono – wtrąciła Mava – Mów dalej, kochanie. → Jak wyżej.
…serce waliło jej w piersi tak mocno, że bała się… → Zbędny zaimek.
…krople potu spływały jej po plecach. → Jak wyżej.
…ubrania klejące się do pleców od potu… → Czym są plecy od potu?
A może: …ubranie klejące się do spoconych pleców…
Ubrania wiszą w szafie, leża na półkach i w szufladach. Odzież, którą ktoś ma na sobie to ubranie.
Ayri obserwowała przy oknie. → Ayri obserwowała widok za oknem, więc raczej: Ayri obserwowała przez okno.
,,Chyba zapomniałam już, jak się rozmawia z ludźmi.” -> „Chyba zapomniałam już, jak się rozmawia z ludźmi”.
– Oczywiście – Ayri spróbowała się uśmiechnąć – proszę tędy. → – Oczywiście. – Ayri spróbowała się uśmiechnąć. – Proszę tędy.
…żeby szukały dla nich jaj corraxów? Tylko… → Jedna spacja po pytajniku wystarczy.
Fale zalewały plażę z cichym pluskiem… → Czym jest plaża z cichym pluskiem?
Proponuję: Fale z cichym pluskiem zalewały plażę…
Mówiła coś, ale Ayri nie była w stanie usłyszeć, co, Dash poruszała ustami, lecz nie wydobywał się z nich żaden dźwięk. → Obawiam się, że Dash niczego nie poruszała ustami.
Proponuję: Mówiła coś, ale Ayri nie była w stanie usłyszeć, co. Dash poruszała ustami, lecz nie wydobywał się z nich żaden dźwięk.
Dziesieć lat świetlnych stąd. → Literówka.
Starałam się z twoim dziadkiem, niech spoczywa w wiecznym orzeźwieniu, na przyzwoitego człowieka. → Czy to jest ostateczna wersja zdania? Czy tu niczego nie brakuje?
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
regulatorzy: Dzięki wielkie! Wprowadziłam poprawki.
Choć rzecz dzieje się w odległej przyszłości, opowiadasz o sprawach, które są aktualne tu i teraz.
– niestety
Ale może kiedyś zmądrzejemy choć troszkę…
Bardzo prosze, Pusiu. Cieszę się, ze uznałaś uwagi za przydatne. :)
Ale może kiedyś zmądrzejemy choć troszkę…
O, masz w sobie wiele optymizmu! Mój zaczyna powoli wygasać…
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
regulatorzy: staram się nie tracić optymizmu na przekór wszystkiemu, żeby nie zwariować
Pusiu, jesteś dzielna! :)
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Reg: Dzięki:-)
Bardzo proszę. :D
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Kłaniam się.
Sam chciałbym napisać coś podobnego – nie fabularnie, lecz emocjonalnie.
To nie jest tekst o przyszłości odległej, ale o przyszłości czającej się tuż za progiem. Powstrzymam się na napisanym, kto przytomny, widzi to i czuje…
Przeniesienie tej apokalipsy – tak, to jest postapo – w kosmos było dobrym zabiegiem, pozwoliło na zbudowania swoistego lustra, w którym mogą się przejrzeć wszyscy głupcy tamtego świata. Skoro nie sami ludzie, lecz androidy wskrzesiły cywilizację, wskrzeszając ludzi, jaki sens ma wrogość wobec odtwórców i temu, co robią dla ocalenia samych siebie, gdy wiadomo, że bez nich będzie gorzej niż z nimi?
Całą resztę uważam za ,,ilustracyjne podpórki’’ dla tej niewypowiedzianej tezy.
Pozdrawiam.
AdamKB: Dzięki za celne uwagi. Rzeczywiście apokalipsa zdaje się czyhać tuż za rogiem. Ciężko tego nie widzieć. A gdybyś coś podobnego napisał, to ja chętnie przeczytam;-)
Nie ma za co, Pusiu.
Apokalipsy, takiej wprost pokazywanej, nie potrafię napisać. Coś podobnego do Twojego opowiadania może i potrafiłbym, ale to też dość odległe od moich własnych klimatów…
Pozdrawiam.
Znajomo brzmiąca historia przyjaźni dziewczynek z dwóch różnych światów i reakcji na nią otoczenia wpleciona w bardzo oryginalną opowieść. Widzę tu jakieś powinowactwo z wcześniejszymi Twoimi opowiadaniami (Niebo należy do bogów? Czarne kwiaty?). Zdegenerowana ludzkość, obce, nieprzyjazne planety, wątła nadzieja, że gdzieś indziej może być lepiej.
Historia przejmująca. Wizja pesymistyczna.
Nie jestem pewien, czy dobrze rozumiem istniejące relacje między poszczególnymi społecznościami. Kolonia na Gon wydaje się suwerenna. Nie boi się zerwać przymierza z dużo bardziej zaawansowaną społecznością androidów. Natomiast w Domu na Wzgórzu mieszkają dzieci, które są hodowane przez androidy i mają status niewolników. Nie ma w tej grupie żadnych dorosłych. Ayria opiekuje się dziećmi, ale jest oddelegowana do tej pracy jako wolna osoba. Komu podlega? Roha ma chyba też inny status. Pochodzenie obu ludzkich społeczności jest takie samo. Czemu jednym się udało wyzwolić, a drugim nie?
Bardzo dużo ciekawych koncepcji wplotłaś w tę historię. Androidy z ludzkimi mózgami to chyba nie androidy. Mózgi są sztucznie wyhodowane, ale nie są syntetyczne. Czy to raczej nie są cyborgii? Sklonowany mózg kompozytora, który zafiksował się na dokończeniu melodii to świetny pomysł.
Upadek i odrodzenie ludzkości, różne społeczności, lokalna i międzyplanetarna polityka, prywatne losy Ayri, Ili… Krócej chyba by się nie dało tego opowiedzieć. Nie dostrzegam pustych przebiegów. Opowiadanie czyta się płynnie, wszystko jest spójne, zrozumiałe, a przy tym wymagające.
Dodaję ostatni klik i nominuję do piórka.
Pozdrawiam!
AP: Dzięki!
Nie jestem pewien, czy dobrze rozumiem istniejące relacje między poszczególnymi społecznościami. Kolonia na Gon wydaje się suwerenna. Nie boi się zerwać przymierza z dużo bardziej zaawansowaną społecznością androidów. Natomiast w Domu na Wzgórzu mieszkają dzieci, które są hodowane przez androidy i mają status niewolników. Nie ma w tej grupie żadnych dorosłych. Ayria opiekuje się dziećmi, ale jest oddelegowana do tej pracy jako wolna osoba. Komu podlega? Roha ma chyba też inny status. Pochodzenie obu ludzkich społeczności jest takie samo. Czemu jednym się udało wyzwolić, a drugim nie?
– kolonie są w dużej mierze niezależne, androidy odtworzyły ludzkość, ale niczego im siłą nie narzucają, dzieci z Domu są hodowane przez androidy do zbierania jaj corraxów, kiedy są zbyt duże, są przenoszone do innych zadań, jak Roha:
Dash przyglądała się uważnie stojącej przed nią osobie. Z całą pewnością była człowiekiem. Wysoka, szczupła sylwetka, delikatne, acz nieco androginiczne rysy, jasny meszek zamiast włosów… Dash zrozumiała.
– Jesteś jak ja, prawda? Tylko starsza.
– To prawda. Chodź za mną.
Bardzo dużo ciekawych koncepcji wplotłaś w tę historię. Androidy z ludzkimi mózgami to chyba nie androidy. Mózgi są sztucznie wyhodowane, ale nie są syntetyczne. Czy to raczej nie są cyborgii?
– hmm dobre pytanie…
Również pozdrawiam i jeszcze raz dziękuję!
Chyba już wcześniej komentowałem twoje opowiadanie. Zainteresował mnie tytuł “Niedokończona melodia”.
Historia zaczyna się ponurą, deszczową pogodą. Dziewczynka z Domu na Wzgórzu na planecie Pellin nazywa się Ayri. Są tam też inne dzieci.
Dużo dialogu. Trochę opisu. Dobre proporcje. Niezbyt skomplikowane zdania i długa, ale ciekawa fabuła. Zwracaj uwagę na drobne szczegóły.
Zdanie o czasie i zgrzybiałym starcu.
”Kot zjadł ci język?” “Co to jest kot?”. Na odległej planecie nie ma ziemskich kotów.
Prababcia to, oczywiście, mama babci.
Tworzysz dobre dialogi.
“…jakby jej kości zrobiono z kruchego ciasta pieczonego w Święto Przeniesienia” – kości mogą się łamać a ciasto kruszyć.
Jeśli za bardzo nie udziwniasz, dobrze ci idzie.
Podobają mi się też: “mrąkwy” i inne wymyślone słowa. Słowa i imiona też można wymyślać.
Mózgi androidów żywią się jajami.
Mieszkańcy planety podróżują w kosmos.
Samotne dzieci się kołyszą – to prawda. Widziałem to nieraz.
Dziewczynki wreszcie wyruszają w kosmos, docierają na inną planetę. Rozstają się z przyjaciółkami. Tęsknią za nimi.
Niezły opis szkoły i tego, co się w niej dzieje.
Na końcu dziewczynki trzymają się za ręce. Ostatnie zdanie: “Wszystko będzie dobrze” – niesie nadzieję.
To już rozbudowana fabuła. Rozpisałaś się.
Polecam ci “Pieśń kryształu” Anne McCaffrey i jej cykl o smokach z Pern.
Przepraszam, jeśli coś pomyliłem.
Pozdrawiam!
Grzesiek12: Dzięki za komentarz i polecenie! Również pozdrawiam.
Językowo jest okej, męczyło mnie jedynie mieszanie czasów.
Największą wadą tego opowiadania jest rozwlekłość. Mimo że szybko dowiadujemy się, że dziecko może umrzeć, wielu scenom mocno brakuje napięcia, a dodatkowo upstrzone są opisami, które albo niewiele wnoszą (mrąkwy i strycje), albo nic tak naprawdę nie tłumaczą (Przedwieczna Macież coś robi, ale w sumie nie wiadomo, co), albo dosłownie są opisami nudy. Czasem, kiedy nawet te opisy mają sens, dostarczane są w mało atrakcyjny sposób (jedna postać mówi drugiej coś, o czym wie, że tamta ją wie – tzw. "as you know bob", przykładowo rozmowa Ayri z przewodniczącą). Dialogi też bym poprzycinał, fikcyjne postacie naprawdę nie muszą się explicite witać i żegnać, uprzejmie dziękować etc.
Wrażenie tej rozwlekłości pogłębia to, jak pasywne są obie bohaterki. Obie płyną, niesione nurtem wydarzeń, nawet nie bardzo sterując. Ten pomysł, by okrutny, pełen uprzedzeń świat pokazać z perspektywy dzieci, był dobry – kontrast działa – ale był też trudny do wykonania, bo dzieci po prostu nie mają specjalnej możliwości podjęcia jakichkolwiek prób oporu, obalenia tego systemu, choćby ucieczki.
Tak ogółem tekst jest dość ładny; ta nieuczciwość przedstawionego świata skontrastowana z niewinną przyjaźnią dziewczynek na pewno budzi emocje. Choć niektórym scenom napięcia brakuje, to w całości ono jest – kibicujemy, by Dash przeżyła i ponownie mogła się zobaczyć i nadal przyjaźnić z Ilą. Jednakże w moich oczach zdecydowanie to nie wystarcza, by "unieść" 60k znaków, więc piórkowo muszę być na "nie".
Pozdrawiam!
babcia Mava zdawała się tak krucha, jakby jej kości zrobiono z kruchego
Nieładne powtórzonko raczej, choć może celowe.
– Wiem. Babcia mi opowiadała. Mówiła, że kiedyś androidy miały sztuczne mózgi, ale one… no… nie działały dobrze.
Ila zmarszczyła brwi.
– Dlatego wyho… wyhodowały ludzkie mózgi. Tak?
Czy obie te kwesie mówi Ila? Jeśli tak, to zrobiłbym z tego jeden paragraf.
kokon. Przyspieszenie przycisnęło ją do kokonu
Zrozumiała, że się boi, a do tego nikt jej nie przygotował.
Eee no ale skoro te dzieci są robione dosłownie po to, to chyba jednak ktoś powinien?
Poczuła, że leci, mknie jak pocisk. Wrażenie było tym dziwniejsze, że nie czuła przeciążenia.
Eee to co innego mogła czuć? Jedyne "uczucie lotu" jakie jest, to to związane z przyspieszeniem.
Corrax składa tylko jedno jajo w życiu i umiera zaraz potem.
,,A co z małymi corraxami w jaju” – przypomniał jej mózg. „Ile istnień musi zginąć w imię podróży kosmicznych?”
Słabo się to spina ekologicznie, chyba że większość młodych corraksiątek umiera z głodu…
– No co, babciu? Przecież wiesz, że ja wszystko widzę. Dokuczają ci w szkole?
Kolejna dziwna kwestia dialogowa. Zakładam, że się dwie skleiły przy edycji?
Miękkie podłoże uginało się po każdym ruchu.
Raczej przy każdym ruchu?
– Odkryliśmy, że jedno z twoich,
Czego raz ona mówi pani a raz ty?
Tylko po to by przedłużyć własne istnienie?
No nie tylko po to przecież, skoro od nich zależą loty kosmiczne?
quia lata porta et spatiosa via quae ducit ad slopem et multi sunt qui intrant per eam
Hej, zacznę od czepialstwa, żeby mieć z głowy, coś tam zasugerować, choć nie wszystko wypisywałam, bo dużo było:
powłócząc nogami, w stronę barłogu
bez przecinka
w końcu skonać
źle zestawione słowa
– Hej, dzieciaki! – zawołał mężczyzna – co tam u was słychać? Grzeczne byłyście?
– Dzień dobry, panie Alvinie. Byliśmy grzeczni – dzieciaki odpowiedziały chórem.
Zły zapis dialogów.
W murze, pomiędzy krzewami, widniała dziura, Dash starannie zasłoniła ją liśćmi. Rozejrzawszy się uważnie, przeszła na drugą stronę.
Logika tu mi siada. Najpierw zasłoniła liśćmi dziurę a potem przeszła na drugą stronę…
Wiatr wciąż nie odegnał chmur, nie mogły zobaczyć gwiazd.
Dwa różne podmioty w jednym zdaniu, gdy poprzednie zdanie nie sugeruje niczego.
Miasteczko było już uśpione koloniści na Gon zwykle kładli się wcześnie.
Przecinek
tak krucha, jakby jej kości zrobiono z kruchego ciasta
powtórzenie
Ranek zaczął się cichym szmerem przelotnego deszczu, zaraz jednak przestało padać i zza chmur nieśmiało wyjrzało słońce: zrazu ostrożnie, potem coraz odważniej, kiedy wiatr odgonił chmury: przejaśniło się po raz pierwszy od kilku tygodni.
Czemu taki zapis? Mam na myśli dwukropki.
Gdzieniegdzie grokh otrzepał wilgotne futerko.
Lepiej: otrzepywał
Wszyscy siedzieli w Sali Spotkań na ustawionych w równe rzędy krzesłach. Lekcje zostały odwołane.Usłyszeli brzęczenie. Zobaczyły ciemny kształt na niebie – rósł, zbliżając się do wzgórza.
To „wszyscy” trochę wybija z rytmu – znaczy kto?
No i niekonsekwentne końcówki męsko i żeńskoosobowe.
Zrozumiała, że się boi, a do tego nikt jej nie przygotował.
Strach. Badała to nowe uczucie z pewną dozą ciekawości. Nigdy dotąd nie czuła strachu.
Chyba jednak czuła…
To Dash fascynowało i przerażało jednocześnie.
Dash podeszła do androida, ze wszystkich sił próbując stłumić lęk.
Świadomość tego, co zamierza zrobić, uderzyła w Dash boleśnie: kiedy zabierze jajo, corrax umrze. Ona go zabije. Żal ścisnął jej gardło, przełknęła ślinę, by nie płakać. Powtarzała sobie, że corrax i tak by zginął. Corrax składa tylko jedno jajo w życiu i umiera zaraz potem.
Dlaczego tak pomyślała? Powtarzasz wcześniej, że umiera po złożeniu jaja…
Tylko babcia patrzyła dziwnie.
Może podejrzliwie albo pytająco, albo jeszcze inaczej. Bo dziwnie nie mówi nam nic.
– No właśnie. Jest pani za nie odpowiedzialna, jak pani sama mówi i nie dopilnowała pani jednego z nich. Doszło do naruszenia.
– Naruszenia?
– Odkryliśmy, że jedno z twoich, jak sama mówisz, dzieci spotykało się przez jakiś czas potajemnie z jedną z dziewczynek z osady.
Kiedy przeszły na „ty”?
Dash się sądziła, że zobaczy Ilę jeszcze raz, ale pozwolono im na pożegnanie.
Coś tu się potegowało…
Dobra, więcej nie pisałam, ale przecinki wymagają przejrzenia tekstu, podobnie dialogi.
Pilnuj logiki, bo ona jest bardzo ważna.
Stworzyłaś, Pusiu, ciekawy świat, gdzie nie tylko mamy nowy porządek świata po śmierci Ziemi, ale nowe rodzaje istnień – roboty z ludzkimi mózgami, ludzi, którzy umierają i żyją dalej, dzieci hodowane przez roboty… no, dzieje się, Przyjemne światotwórstwo, gdzie rośliny i zwierzęta udało Ci się przekonująco powołać do życia. Odkrywasz ten świat czytelnikowi powoli, nie pozwalając, by dowiedział się wszystkiego od razu. Super.
A jednak wyziera z tego obrazu nowej, innej ludzkości, jakaś beznadzieja, marazm, kompletny brak sprawczości. Bohaterami są dzieci, które nic nie mogą, nauczycielka, która też jest bierna, nawet roboty podkręcają tą atmosferę nieuchronności zdarzeń. To bardzo osłabia lekturę tekstu.
Część, która dotyczy Iii, można by spokojnie skrócić, bez szkody dla tekstu, zwłaszcza, że jest on dość obszerny. Jej problemy z kolegami i koleżankami z klasy nie wydają się aż tak istotne.
Wielki plus za pomysłowość i kreację świata, ładunek emocjonalny również stoi na wysokim poziomie, minus za wykonanie i dobór bohaterów oraz poprowadzenie fabuły.
Tym razem, Pusiu, będę na nie, ale myślę, że następne teksty w Twoim wykonaniu przyjemnie mnie zaskoczą. :)
Pozdrawiam serdecznie!
GalicyjskiZakapior: Dzięki. Masz rację z tą rozwlekłością, będę się pilnować bardziej następnym razem:) JolkaK: Dzięki! Również mam nadzieję, że następne moje teksty zaskoczą cię pozytywnie!
Czołem!
Krótko, bo już mądrzejsi się wypowiedzieli.
Mnie obszerność nie przeszkadzała, a teoretycznie nie jest to tekst bliski moim gustom. Uważam, że każdy znak był potrzebny, a na pewno każdy był przyjemnością w lekturze.
Warstwa dramatyczno-emocjonalna wypadła kapitalnie, a przede wszystkim wiarygodnie.
Co jednak najbardziej imponuje, to światotwórstwo. Kurdebele, ile Ty tu tego wymyśliłaś. Oczywiście, nie wszystko zostało fabularnie wykorzystane, masa ciekawych stworzeń, a także część ekosystemu i powiedzmy układu politycznego jest wspomniana wyłącznie jako tło, ale nie zmienia to faktu, że rozmach budzi podziw. A sposób prezentacji sprawia, że mam niemal pewność, że wszystko to jest spójne i kompletne, tym bardziej w tak ciekawym ujęciu Drugiej Cywilizacji. Być może na początku gubił mnie lekko natłok nazw własnych, ale udanie to potem rozjaśniłaś.
Świetne są również postaci. Różnica między dziewczynkami – Dash jest odważna, pełna zrozumienia i “mocy”, Ila wydaje się słaba, wręcz “pierdołowata”. Ten dysonans kapitalnie wypada w krótkich fragmentach i szybkich zmianach narracji. Każda z nich oferuje ciekawe doznanie fabularne dla czytelnika. Do tego osoby z ich otoczenia są po prostu intrygujące, także ciągnęły mnie do przodu w czytaniu.
Cóż, była to fascynująca lektura i będę na TAK ;)
– Ludzie z osady nie są bezpieczni. Mogą nas skrzywdzić.
Niby słowo bezpieczni można zastosować w taki sposób, ale mam wątpliwość.
Dash się sądziła, że zobaczy Ilę jeszcze raz, ale pozwolono im na pożegnanie.
Tu wkradło się “się” :)

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...
Beeeecki: Dzięki, cieszę się, że ci się podobało:-)
Hej ho!
Ok, dawać tu te zawrotne 61373 znaki… :D

Przeczytałam Twoje opowiadanie przedwczoraj. Wstrzymałam się z komentarzem, ponieważ zastanawiałam się nad drugim klikiem.
Zaszalałaś z długością tego opowiadania. Wydaje mi się, że wiele scen i dialogów mogłabyś skrócić. Mam też wrażenie, że postać Alvina nie jest jakoś szczególnie potrzebna, a zamiast scen o “codzienności” wolałabym dowiedzieć się więcej np. o corraxach.
A jednak, paradoksalnie, po skończeniu lektury pomyślałam, że z przyjemnością poczytałabym więcej o stworzonym przez Ciebie świecie. Za przeciekawą historię o zakazanej przyjaźni, intrygujący świat pełen androidów, dalekich podróży i dziwnych stworzeń oraz wzbudzenie wielu emocji, postanowiłam dorzucić klika. :)
Powodzenia!
Podążaj za białym królikiem.
Marszawa: Dzięki. Rzeczywiście długie wyszło, tym bardziej cieszę się, że cię nie przytłoczyła ta liczba znaków
Dzięki za drugiego klika!
Bardzo fajne światotwórstwo. I niezupełnie chodzi mi tu o powymyślane nazwy. Ale są jakieś tam dziwne stworki i chyba nawet razem tworzą jakiś ekosystem.
Trochę gorzej z corraxem – jeśli stworzenie musi zginąć, wydając na świat jedno jajo, to ten gatunek nie bardzo może przetrwać. Zdarza się w przyrodzie, że samce są jednorazowego użytku, ale nie samice. Bo samce za tym swoim pierwszym i ostatnim razem wysyłają w świat sporo plemników. Chyba że w tym jedynym jaju corraxa jest więcej potomstwa, wtedy jest nadzieja. Ale czy to rodzeństwo się nie pozżera nawzajem?
Zdobywanie jaja przypominało mi lemowskie polowanie na kurda.
Trochę mam wrażeniu, że tutaj do SF wkracza magia. Co takiego niezwykłego jest w tych jajach, że androidy nie potrafią bez tego przetrwać? Nie można tego czegoś zsyntetyzować? OK, rozumiem, że do zdobywania jaj koniecznie trzeba wykorzystywać dzieci, bo są małe. Ale nie da się corraxów hodować? A skoro zwierzątko i tak ginie, to nie można go rozciąć? Bez konieczności angażowania maluchów?
Wygląda to, jakbyś koniecznie chciała dzieci, żeby móc grać na emocjach.
Nieco się gubiłam w postaciach przy scenie w gabinecie dyrektorki. Za dużo ich tam wlazło.
Ogólnie, jestem na TAK, ale po namyśle i z wątpliwościami.
Babska logika rządzi!
Cześć, Pusiu!
Po lekturze mam mieszane uczucia. Stanowczo doceniam wyobraźnię i zapał do opisywania różnych szczegółów wymyślonego świata. Z drugiej strony zasadniczy bieg fabuły wydaje się prościutki, tę historię o znajomości dwojga dzieci z nieufnie nastawionych do siebie społeczności, z których jedno ma być wysłane na niebezpieczną czy wręcz straceńczą misję, a drugie jest prześladowane przez rówieśników i dorosłych za tę relację, dałoby się pewnie zawrzeć w tekście pięć razy krótszym. Przesłanie o potrzebie wzajemnego szacunku i dialogu międzykulturowego jest ważne i aktualne, ale opowiadanie może być mu nadmiernie podporządkowane, jeżeli czytelnik akurat nikogo nie prześladuje, to od pewnego momentu ma ochotę wołać, żeby przestać mu je wbijać trzonkiem do głowy. W zamian można by rozbudować opowieść w kierunku spraw, które teraz wydają się prawie dekoracją, a przecież także mają aktualne odniesienia: jak to wpływa na funkcjonowanie tych społeczności, że jedna odżegnuje się od technologii informacji, żeby nie musieć wykorzystywać dzieci, a druga wręcz przeciwnie, i co sprawia, że pierwsza wydaje się mieć przewagę we wzajemnych kontaktach. Zgadzam się też w pełni z powyższymi zastrzeżeniami Finkli co do konstrukcji świata przedstawionego.
Przypadkowo wyłowiony drobiażdżek:
– To naprawdę przykra sprawa, pani…
Przecinek przed wołaczem.
W sumie opowiadanie porządne, zasłużenie biblioteczne, do poziomu piórkowego moim zdaniem brakuje.
Pozdrawiam serdecznie,
Ślimak Zagłady
Finkla, Ślimak Zagłady: Dzięki za przeczytanie i uwagi z z którymi w sumie, po namyśle, się zgadzam
Sama podczas pisania miałam wrażenie, że trochę mi się to rozłazi.
Następnym razem bardziej się skupię na przemyśleniu fabuły, zbudowaniu szkieletu, żeby się to nie rozwlekało niepotrzebnie.
Pozdrawiam!

W oddali majaczyło ogrodzenie. Furtki nie zamykano na klucz. A jednak (?) mur oddzielał wzgórze od osady jak nieprzekraczalna granica.
Bez związku to “a jednak”. Co ma mur do furtki?
Kogoż to przyniosło w taką pogodę?
Zgrzyt stylów. Opowieść sci-fi, jakieś androidy, inne planety, a tu nagle… archaizm.
Była widzem w teatrze, nie mile widzianym gościem.
(…)
Przyjaciele.
Adam.
Mama.
To wszystko czekało na nią daleko stąd.
(…)
Ayri odsunęła się, żeby wpuścić przybysza, po czym szybko zamknęła drzwi.
Najpierw sugerujesz nam, że Ayri jest gościem/zakładnikiem, a teraz nagle otwiera drzwi przybyszowi, jakby była gospodynią. Może to zaraz się wyjaśni, aronoł.
Zanim przyszedłeś myślałam o powrocie na Pellin.
→ Zanim przyszedłeś, myślałam o powrocie na Pellin.
Dash siedziała przy oknie. W sypialni już godzinę wcześniej zgasło światło, pozostałe dzieci spały.
Dashnie mogła zasnąć.
Powtórzenie imienia zbędne.
Wreszcie zmęczenie pokonało Dash.
→ Wreszcie zmęczenie ją pokonało.
Miasteczko było już uśpione koloniści na Gon zwykle kładli się wcześnie.
Czegoś tu brakuje:
→ Miasteczko było już uśpione – koloniści na Gon zwykle kładli się wcześnie.
Dash czuła płynące od nich ciepło, było jej tak dobrze. Nigdy nie czuła się samotna, oni zawsze będą przy niej. Chciała, żeby poczuli jej spokój. Wiarę w to, że wszystko będzie dobrze.
Ale nam jest dobrze i zawsze będzie dobrze i dobrze i dobrze… :)
Proponuję:
→ Wiarę w to, że wszystko się ułoży.
Usłyszeli brzęczenie. Zobaczyły ciemny kształt na niebie
To w końcu jak? To byli sami chłopcy, dziewczynki, czy dzieci?
Był wysoki, jego srebrzysty korpus lśnił w promieniach słońca. Pod przezroczystą kopułą czaszki tkwił mózg, ludzki sztucznie wyhodowany mózg.
Czyżbyś inspirowała się postacią z Futuramy? :)

dopiero za miesiąc ich koncerty nie dadzą spać ludziom.
→ dopiero za miesiąc ich koncerty nie dadzą ludziom spać.
Cierpiała tak samo, jak przyjaciółka
→ Cierpiała tak samo jak przyjaciółka
Panna Ayri też umarła i wcale jej to nie zaszkodziło.

Długo tak stały objęte
ramionami
Dobrze, że nie nogami :)
Ranek zaczynał się powoli: szarością na wschodzie, znikającym za horyzontem Okiem, śpiewem mrąkw.
Trochę już dużo tych mrąkw. Nie ma tam innych zwierząt? :)
Dash położyła się na podłodze. Była chłodna i gładka
w dotyku.
Dash czy podłoga?
→ Dash położyła się na podłodze, chłodnej i gładkiej.
A może być gładka nie w dotyku? Pleonazm.
jakby czyjaś ręka grzebała jej we wnętrznościach: ściskało nerki, płuca, krtań.
→ jakby czyjaś ręka grzebała jej we wnętrznościach, ściskała nerki, płuca, krtań.
Poza babcią, która przyglądała jej się badawczo podczas kolacji. Wieczorem wymknęła się z domu, pobiegła do ich kryjówki
Babcia się wymknęła?
Schowała się w szałasie i szlochała.
I znów zgrzyt stylów. Szlochać brzmi dość staroświecko.
ale Ili wydał się
wtedy czymnajpiękniejszym na świecie.
Próbowała skupić myśli, ale te krążyły bezładnie, jak rój mrąkw w okresie godowym.
Jeśli jeszcze raz coś przeczytam o mrąkwach, to wstanę i wyjdę z pokoju.
Było ich tylko troje, ale Ila miała wrażenie, że otaczają ją ze wszystkich stron. Popychali ją. Szturchali. Śmiali się.
Krzyczeli, że jest odmieńcem. Kiedy zabawa im się znudziła, wyrzucili jej wszystkie rzeczy z torby i odeszli.
I to była ta cała katastrofa? Mam nadzieję, że na miejsce przybył psycholog, nie wiem, jak ona się wygrzebie z tego :P
Skulona na bujanym fotelu czekała na zmierzch.
→ Skulona w bujanym fotelu czekała na zmierzch.
Myślała o planecie, na którą już wkrótce zostanie wysłana. O piaszczystej plaży. O morzu. O falach, rozbijających się o brzeg.
To była jej pierwsza podróż w kosmos. Skąd wiedziała, jak jest na tej planecie, na którą leci? Remi nie mógł jej o niej opowiedzieć, bo stamtąd nie wrócił. A jeśli ktoś inny jej o tym opowiadał, należałoby o tym wcześniej wspomnieć.
Poczuła niemal fizycznie ogrom przestrzeni kosmicznej
Dlaczego niemal i dlaczego fizycznie?
Kosmos wydał się jej nagle tak wrogi, zimny, obojętny, nigdy wcześniej (?) tak tego nie odczuwała.
I znów nieścisłość. Jakie “nigdy wcześniej”? Przecież to jej pierwsza podróż, heloooł.
O jej oczach błękitnych jak niebo po deszczu w pierwszy wiosenny poranek, gdy mrąkwy wygrzebują się z błota i zaczynają śpiewać.

Android wskazał
rękąmiejsce.
Zazwyczaj wskazujemy coś ręką. Chyba że nogą, to wtedy faktycznie trzeba doprecyzować.
Android wskazał ręką miejsce. Dash stanęła wyprostowana na środku pomieszczenia. Android podszedł do ściany, w której pojawił się otwór. Wyjął z niego dużą, ciężką przezroczystą misę, wypełnioną przezroczystym płynem – biożelem. Podszedł do Dash powoli, ostrożnie, by nie uronić ani kropli.
Android wylał zawartość misy na Dash.
Można zamienić na robot, albo nadać mu imię, wtedy nie musiałabyś się tak powtarzać.
Podeszła do corraxa bardzo powoli, skradając się niemal.
Szyk:
→ Podeszła do corraxa bardzo powoli, niemal się skradając.
Znalazła otwór, służący zarówno do pobierania pokarmu, jak i do wydalania.
Bleee.
Wzięła głęboki wdech. Weszła.
Coo, weszła mu… w odbyt? Fuujka!
Wyśliznęła się spod ramienia babki i ruszyła w stronę furtki. Zanim wyszła na drogę, odwróciła się na chwilę. Babcia stała przy furtce, odprowadzając ją wzrokiem.
Hę? Przed chwilą babcia siedziała na ławeczce przed domem? To jakaś super babcia.
Przekroczyła próg, mając nadzieję, że ten dzień nie będzie całkowitą katastrofą.

Nikt nie wiedział, dlaczego zginął. Nikt też nie wiedział, dlaczego do wnętrza corraxa nie mógł wejść żaden robot – wszystkie ulegały zniszczeniu we wnętrzu stworzenia. Nikt nie wiedział. Nikt nie umiał jej tego wytłumaczyć. Dlaczego, dlaczego, dlaczego…
Aha, nawet roboty nie potrafiły wytrzymać, więc trzeba wysyłać do tej misji jeszcze bardziej kruchych ludzi… Ma to sens :P
Przesunęła się jeszcze kawałek. I jeszcze. Do przodu. Już niedaleko.
Jejku, jak wielki jest ten corrax?
– A ty co tam robiłaś?
Głos Ili zadrżał.
– Nieważne, co ja robiłam. Ważne, co ty robiłaś. Powiedziałam rodzicom, że cię widziałam.
Yyy, już nie wiem, kto i co powiedział. Ten zapis sugeruje, że znowu wypowiada się Ila.
Odgłos uderzenia przeciął powietrze. Amy zamilkła, wyraźnie wstrząśnięta. Ila oddychała głęboko.
– Zapłacisz za to! – wysyczała Amy, trzymając się za policzek.
Rozumiem, że Ila ma dar teleportacji?
Drzwi do klasy otworzyły się szybciej niż zwykle.
Kto szacuje prędkość otwierania drzwi?
Pani Brand uchodziła za miłą kobietę o łagodnej powierzchowności. Poprosiła Ilę, by usiadła. Nie wyglądała na zagniewaną. Raczej na zasmuconą.
– Słyszałam już, co się stało.
Jakim cudem? Przecież wydarzyło się to dosłownie przed kilkoma sekundami, dyrektorka ma zdolności telepatyczne?
Podobno spotykasz się z…tamtymi dziećmi.
Spacja po wielokropku.
Dash nie widziałaby nic. Przeciskała się na czworakach przez wąski przewód. Powoli, starając się nie rozdrażniać corraxa.
Ech. Tak, nie drażni go w ogóle, przeciskając się przez jego układ trawienny XD
Wtedy światło zgasło.
Czyli w corraxie są też włączniki światła?
– To zaczęło się zimą – Ila powtórzyła nieco głośniej. – Kilka tygodni temu, było zimno… Spacerowałam… Przypadkiem znalazłam się obok Domu na Wzgórzu. Spotkałam Dash.
– Dash? – Pani Brand uniosła prawą brew.
– One mają imiona, Fiono – wtrąciła Mava. – Mów dalej, kochanie.
– Dash też spacerowała. Powiedziała, że… chciała popatrzeć na gwiazdy. Rozmawiałyśmy. Była miła.
Po pierwsze: jak mogła znaleźć się przypadkiem przy Domu na wzgórzu? Przecież jej wioskę i Dom na wzgórzu oddzielał mur?
Po drugie: wcześniej pisałaś, że poznały się, gdy Dash siedziała na murze:
Spotkały się przypadkowo. Ila wyszła z domu po kłótni z bratem, szukając samotności zawędrowała aż pod mur odgradzający Dom od wioski. Na murze siedziała Dash. Powiedziała:
– Cześć.
– Cześć – odpowiedziała Ila, w ogóle nie przestraszona.
I tak to się zaczęło.
To w końcu jak?
Znalazłam na strychu stary komunikator. Umawiałyśmy się przez niego.
I akurat Dash też znalazła na strychu taki sam komunikator, który łączył się akurat z tym, który znalazła Ila… Ale dobrze, już tak nie czepiajmy się szczegółów.
który zaskoczył ich jak deszcz w środku lata, albo susza na wiosnę.
Serio to jest takie zaskakujące? Prędzej śnieg w środku lata.
Ayri obserwowała przez okno.Przewodnicząca szła szybko.
Zbędne, już to wiemy.
– Odkryliśmy, że jedno z twoich, jak sama mówisz, dzieci spotykało się przez jakiś czas potajemnie z jedną z dziewczynek z osady.
Dlaczego nagle przeszła na ty?
zniszczenie środowiska, wielkie wymieranie, zmiany klimatyczne, chaos, konsumpcjonizm,


Tylko po to by przedłużyć własne istnienie?
→ Tylko po to, by przedłużyć własne istnienie?
– Nasza wola współpracy jest fundamentem przymierza maszyn i ludzi. Nie będą miały wyboru.



– Czy wszyscy mieszkańcy kolonii chcą zerwania przymierza, czy ci, którzy są temu przeciwni też nie mieli wyboru?
Co to jest za zdanie? XD Skoro nie mają wyboru, to raczej nikt ich nie pyta…
– Nie spieszysz się za bardzo? – zapytał Alvin – Może zmienią zdanie?
→ – Nie spieszysz się za bardzo? – zapytał Alvin. – Może zmienią zdanie?
– A ty? Co zrobisz? Zostaniesz tu?
– Chyba tak… Widzisz, nie jestem już najmłodszy, a tu jest mój dom. Nie mam sił na szukanie nowego.
Myślałam, że nie mają wyboru, a Alvin tak sobie zostaje?
Dla Ili upływające dni zamieniły się w jeden niekończący się koszmar, jakby czas był gumą, którą można rozciągać w nieskończoność albo kisielem z nasion kidawu, okropnie gęstym, zaklejającym usta, aż nie możesz oddychać: dni, choć nie minęło ich wiele, krępowały Ilę, ciągnęły na dno, tamowały oddech, nie widziała końca swego cierpienia.
Po pierwsze: to zdanie jest ekstremalnie długie.
Po drugie:

Zmęczona po pracy: nadzór nad maszynami rolniczymi może być męczący, gdy temperatura rośnie, wdrapała się na strych po schodach z kubkiem wody dla Ili.
Proponuję inny zapis:
→ Zmęczona po pracy (nadzór nad maszynami rolniczymi może być męczący, gdy temperatura rośnie) wdrapała się na strych po schodach z kubkiem wody dla Ili.
Roha zbliżyła twarz do twarzy Dash.
→ Roha zbliżyła się do twarzy Dash.
Dash się sądziła, że zobaczy Ilę jeszcze raz, ale pozwolono im na pożegnanie.
Chyba miało być nie sądziła?
Dobrze, zacznijmy od minusów.
Hm, nie rozumiem, o co chodzi z tą niedokończoną melodią i czemu tak zatytułowałaś opowiadanie. Moim zdaniem ta kwestia nie ma z resztą nic wspólnego.
Opowiadanie jest nieco przegadane i rozwleczone. Myślę, że śmiało dałoby radę zmieścić się w 40 tys. znaków.
Niestety tekst zawiera wiele logicznych luk: teleportujące się postaci, dyrektorki o zdolnościach telepatycznych, Dash, która nigdy wcześniej nie podróżowała w kosmos a potem nagle stwierdzająca, że nigdy wcześniej nie przeżyła czegoś takiego podróży… Było tego więcej. No, wiele rzeczy się nie zgadza, nie zostały dopilnowane. Widać, że ten tekst nie był betowany, a szkoda.
A teraz plusy:
Mimo że nie przepadam za opowiadaniami sci-fi, to mi się bardzo podobało, odczuwałam autentyczną przyjemność z lektury.
Jestem pod wrażeniem stworzonego przez Ciebie świata i budowania klimatu: grokhi, deszcz, zapach wilgoci… Solidnie zbudowane otoczenie, które uwiarygadnia historię. Zawsze doceniam ten aspekt w powieściach, uważam go za bardzo istotny.
.jpg)
4 TAKi + 5 NIEtów daje nam NIE.
Do Piórka moim zdaniem nieco zabrakło, bardzo niewiele, ale jednak.
Główna rada ode mnie: popracuj w przyszłości nad kondensacją opowiadania, bo im dłuższe, tym trudniej utrzymać zainteresowanie czytelnika i tym większe jest też ryzyko rozwodnienia tekstu.
Powodzenia w dalszym rozwijaniu warsztatu!
Upadłeś i od razu się poddajesz? To jakim cudem nauczyłeś się chodzić?
HollyHell91: Dzięki. Cieszę się, że znalazłaś jakieś plusy