Ciężkie czarne chmury pędziły po niebie, gnane wichrem. Deszcz padał od wielu dni, potoki zamieniły się w rwące rzeki. Wszędzie było błoto: gęste, sięgające w niektórych miejscach do kolan, dlatego nikt nie wytykał nosa z domu.
Dni wlokły się, jakby czas zamieniony w zgrzybiałego starca człapał, powłócząc nogami, w stronę barłogu, aby tam w końcu skonać samotnie.
Ayri patrzyła przez okno jadalni Domu na Wzgórzu. Szum deszczu niemal zagłuszył odgłosy jedzących dzieci. Stukanie sztućcami o talerze. Szuranie krzesłami. Szmery rozmów.
Inne dzieci zachowywałyby się głośniej, śmiałyby się, krzyczały, sprzeczały. Ale nie te dzieci. Ich bezwłose głowy lśniły w świetle jarzeniówek, oczy patrzyły smutno i poważnie na papkę z glonów, mizerne warzywa oraz syntetyczne mięso.
W oddali majaczyło ogrodzenie. Furtki nie zamykano na klucz. A jednak mur oddzielał wzgórze od osady jak nieprzekraczalna granica.
Ayri nie czuła głodu, choć nie jadła od śniadania. Gmerała widelcem w posiłku. Patrzyła na mokre szyby.
Nuda.
Ogarnęło ją nieznośne znużenie, poczucie daremności, lepkie jak powietrze na Pellin w upalny letni dzień.
A może powinna wrócić do domu?
Nikt jej tu nie chciał.
Wszyscy byli dla niej uprzedzająco grzeczni, witali ją z uśmiechem, kiedy schodziła do osady, pytali o jej zdrowie, zdrowie mamy. O to, jak jej minął dzień.
A jednak wiedziała, że tak naprawdę wcale ich nie obchodzi. Pokazywali jej tylko fasadę złożoną z zasad uprzejmości, jednocześnie ukrywając prawdziwe myśli i uczucia.
Była widzem w teatrze, nie mile widzianym gościem.
Niedługo przybędą androidy, poleciałaby z nimi na Slon, tam złapałaby statek na Pellin.
Jaka pora roku jest teraz na Pellin? Zmarszczyła czoło.
Chyba wiosna?
Wiosna! Kwitnące gaje owocowe, ciepły wietrzyk, promienie słońca łagodnie muskające skórę!
Przyjaciele.
Adam.
Mama.
To wszystko czekało na nią daleko stąd.
Dzwonek do drzwi sprawił, że aż podskoczyła. Kogoż to przyniosło w taką pogodę?
Korytarz spowijał półmrok, ale nie zapaliła światła. Znała drogę na pamięć.
– Tak? – zapytała lekko zaspanym głosem.
– Nie poznajesz mnie? – Kupka szmat, stojąca na progu wydawała się urażona. Ręka zsunęła z głowy zakrywający twarz kaptur, ukazując oblicze pokryte kilkutygodniowym zarostem, opalone i serdecznie uśmiechnięte.
– Alvin! Nie stój tak, wejdź!
Ayri odsunęła się, żeby wpuścić przybysza, po czym szybko zamknęła drzwi.
– Nachlapałem ci na podłogę.
– To nic, robot umyje.
– Dostałaś robota?
– W zeszłym miesiącu. Jest całkiem przydatny. Dzięki niemu mam więcej wolnego czasu.
Weszli razem do jadalni. Dzieci właśnie skończyły posiłek, ustawiły się w kolejce do wielkiej zmywarki.
– Hej, dzieciaki – zawołał mężczyzna – co tam u was słychać? Grzeczni byliście?
– Dzień dobry, panie Alvinie. Byliśmy grzeczni – dzieciaki odpowiedziały chórem.
– To świetnie! No to… dobranoc.
– Dobranoc, panie Alvinie.
Dzieci ukłoniły się i parami opuściły kuchnię.
Alvin usiadł przy stole, a Ayri postawiła przed nim parujący talerz.
– Ech, zjadłbym coś normalnego. – Przeżuwał szybko, krzywiąc się jednocześnie.
– W całym kwadrancie ósmym nie dostaniesz nic lepszego!
– Mógłbym polecieć do dziewiątego. Albo nawet dziesiątego.
Alvin jadł, Ayri w milczeniu patrzyła przez okno, próbując przebić wzrokiem deszczową kurtynę. Nadchodziła noc. Wkrótce wzejdzie Wielkie Oko, niewidoczne z powodu chmur.
– Co tak siedzisz i nic nie mówisz? Kot zjadł ci język? – zapytał Alvin, kiedy już uporał się z posiłkiem.
– Kot? Co to jest kot?
– Chyba jakieś zwierzę. Żyło na ziemi przed Odrodzeniem.
– I zjadało ludziom języki?
– Nie mam pojęcia. Moja prababcia tak mówiła.
Alvin ziewnął, przeciągnął się, oparł policzek na dłoni.
– No, to o czym tak myślałaś?
– O niczym. Teraz. Zanim przyszedłeś myślałam o powrocie na Pellin.
– I?
– Zostanę. Te dzieciaki mnie potrzebują. Żal mi ich.
– Mnie też. Są takie… ciche. Żyją we własnym świecie. Trudno je zrozumieć.
Siedzieli kilka minut w milczeniu, wsłuchani w jednostajny szum deszczu, wiatru oraz zmywarki, znużeni, pogrążając się w mroku, aż AI zapaliła światło.
– Byłem w Centrum.
– Jakieś wieści?
– Lecą po nowe jajo. Wezmą jedno z twoich dzieci.
– Jasny gwint!
Ayri zerwała się gwałtownie z krzesła. Krążyła po pomieszczeniu, na próżno usiłując rozładować emocje.
– Znowu? Po tej ostatniej tragedii? Są inne kolonie…
– Nasza jest najbliżej.
– Nie zniosę tego drugi raz!
Ayri w końcu usiadła wyczerpana. Ukryła twarz w dłoniach.
– Jego ciało wyglądało jak wysuszona śliwka… – wyszeptała – Musiałam je umyć. Musiałam sama wykopać grób. Łopatą. Ten bałwan, Ced, odmówił mi robota. Musiałam powiedzieć dzieciom, że… Remi nie żyje. Nawet nie płakały, wiesz? Nie wiem, czy w ogóle zrozumiały…
Nie chcę grzebać kolejnego…
– No już, nie płacz. Przecież wiesz, że nic nie możemy na to poradzić.
Alvin niezręcznie poklepał Ayri po ramieniu.
– Wiem. I to jest właśnie najgorsze.
***
Dash siedziała przy oknie. W sypialni już godzinę wcześniej zgasło światło, pozostałe dzieci spały. Dash nie mogła zasnąć. Rozmyślała. Ostatnio do głowy napływało jej wiele dziwnych myśli. Nie umiała nad nimi zapanować, jakby nie należały do niej.
Obserwowała spływające po szybie strużki wody: niektóre tworzyły rozgałęzienia złożone z kilku małych strumyczków, czasem po szkle spływały pojedyncze krople, łączące się w coraz większy i większy, meandrujący potoczek albo nawet miniaturową rzeczkę.
Ciekawe, pomyślała Dash, jakimi równaniami można by opisać spływający po oknie deszcz? Czy można przewidzieć jego zachowanie? Czy jest ono całkowicie przypadkowe?
Skuliła się, bo na parapecie było zimno, nie zeszła jednak. Popatrzyła na mały komunikator, trzymany w dłoni, ściskała go troskliwie, jak największy skarb.
Zielone światełko. Wszystko w porządku.
Czy Ila już zasnęła? Czy, podobnie jak Dash, czuwała przy oknie, usiłując przeniknąć ciemność?
Wreszcie zmęczenie pokonało Dash. Położyła się w łóżku, szczelnie owijając kołdrą. Komunikator schowała pod poduszką. Był ich wspólną tajemnicą. Wiedziały, że łamią zasady. Jednocześnie czuły, że nie robią nic złego. Nie rozumiały, dlaczego Rada i inni osadnicy tak boją się dzieci z Domu na Wzgórzu.
Spotkały się przypadkowo. Ila wyszła z domu po kłótni z bratem, szukając samotności zawędrowała aż pod mur odgradzający Dom od wioski. Na murze siedziała Dash. Powiedziała:
– Cześć.
–Cześć – odpowiedziała Ila, w ogóle nie przestraszona.
I tak to się zaczęło.
***
Ranek przyniósł niespodziankę – deszcz przestał padać. Ayri była tym tak zdumiona, że dobrą minutę spoglądała przez okno, nie mogąc uwierzyć własnym oczom. Słońca wprawdzie nie było widać, wciąż pozostawało ukryte za chmurami – te jednak nie wyglądały już tak złowieszczo jak jeszcze poprzedniego dnia.
Najpierw poczuła coś na kształt radości. A potem przypomniała sobie wieści przekazane przez Alvina i radość w jednej chwili zgasła.
Musi im powiedzieć.
Kiedy weszła do jadalni, z otworu w chmurach wytrysnął promień słońca, rozświetlając pomieszczenie. Drobiny kurzu tańczyły wesoło w tym blasku.
A potem chmury znów przesłoniły słońce.
Ayri usiadła przy stole, dzieci zajęły miejsca, gotowe zjeść pożywną owsiankę przygotowaną przez robota. Zjedli w ciszy. Odnieśli naczynia. Codzienna rutyna.
Ta zwyczajność czasem ją męczyła, dziś jednak czuła coś innego – nadciągający cień. Żałowała, że nie może przyspieszyć czasu, pragnęła, by ten dzień już się skończył.
Następny i tak będzie gorszy.
Jutro oni przybędą.
***
Coś było nie tak. Ayri była bardziej spięta, milcząca, błądziła wzrokiem to tu, to tam, nerwowo bawiła się ołówkiem.
Dash obserwowała opiekunkę całe przedpołudnie, nie poświęcając za wiele uwagi prawom Keplera ani muzycznym dziełom współczesnego kompozytora Aminiego.
Wreszcie nauczycielka im powiedziała. Czekała z tym do obiadu. Niepotrzebnie: wszystkie dzieci już odgadły, co się stanie. Przyjęły wiadomość spokojnie, to nie był pierwszy raz.
Dzień minął całkiem zwyczajnie.
Po kolacji Dash wymknęła się z budynku. Wcześniej wysłała krótką wiadomość przez komunikator: ,,Przyjdź!”.
Czy Ila zdołała niepostrzeżenie wyjść z domu? Czy w ogóle odczytała wiadomość?
Dash schodziła ze wzgórza powoli, próbując unikać błota i głębszych kałuż. Pod murem rosły krzewy oraz niskie, skarłowaciałe drzewa – nie było zbyt wielu drzew na Gon.
Pomiędzy krzewami w murze widniała dziura, Dash starannie zasłoniła ją liśćmi. Rozejrzawszy się uważnie, przeszła na drugą stronę.
Sto kroków wzdłuż muru. Potem w lewo. Wśród skał przyniesionych tu niegdyś przez lodowiec, ukryty został szałas, zbudowany ze szkieletu gwiezdnika znalezionego w pobliżu, liści motylnika i koca.
Dash ponownie upewniła się, że nie jest obserwowana, po czym weszła do środka.
– Jesteś nareszcie! – przywitał ją dziewczęcy głos.
Ila owinięta peleryną, skulona – powietrze wciąż było dość rześkie – wyprostowała się, kiedy Dash weszła. Miała jakieś dziesięć lat, krótko obcięte, jasnobrązowe włosy oraz charakterystyczną dla deszczowego północnego kontynentu Gon bladą cerę.
– Musiałam uważać. Nikt cię nie śledził? – zapytała Dash, siadając na rozłożonym na ziemi grubym kocu.
– Ciągle się rozglądałam i nie widziałam nikogo – odparła Ila.
– Muszę ci coś powiedzieć. Coś bardzo ważnego.
Ila poczuła niepokój. Dash zawsze była poważna, przypominała trochę babcię Mavę, zawsze troskliwą, uważną, trochę smutną bez wyraźnej przyczyny. Teraz jednak wyczuła w głosie przyjaciółki jakąś nową, mroczną nutę.
– Co takiego?
– Jutro przylecą androidy ze Slon. Wybiorą jedno z nas, żeby zdobyło dla nich jajo.
Ili zabrakło tchu, jakby ktoś wylał na nią kubeł lodowatej wody.
– Jutro? Skąd wiesz?
– Ayri nam powiedziała. Oni mogą wybrać każdego. To mogę być ja. Jeżeli tak, to… nie zobaczymy się już do mojego powrotu.
– Czy to prawda, że… poprzednim razem dziecko… umarło?
– Tak. Czasem Corrax niszczy dziecko. Nie pozwala zabrać jaja. Nikt nie wie, dlaczego. Ale to zdarza się bardzo rzadko.
Ila złapała Dash za rękę, ściskała ją mocno.
– Obiecaj mi, że wrócisz. Proszę.
– Wiesz, że nie mogę. Nie wiem, czy wrócę. Poza tym nie wiem, czy zostanę wybrana. To może być każde z nas. Odkąd osiągnęłam stosowny wiek, androidy nie wybrały mnie ani razu.
Ila nie mogła powstrzymać płaczu, choć próbowała. Dash przyciągnęła ją do siebie i przytuliła.
– Nie płacz, Ila. Wiem, co czujesz. Czuję twój ból. Twój strach. Smutek. Kiedy jesteś tak blisko, słyszę bicie twojego serca. Jesteśmy jednością, pamiętasz? Ty i ja. Nawet jeśli umrę, będziesz mnie pamiętać, dzięki temu nigdy nie będziesz sama.
– Nie chcę, żebyś wyjechała. Nikt mnie tu nie lubi.
– Nie bój się. Strach to tylko impulsy w mózgu. Możesz nad nim zapanować. Oddychaj.
Musiały się pożegnać. Zapadła już noc. Wiatr wciąż nie odegnał chmur, nie mogły zobaczyć gwiazd.
***
Ila przemykała ulicą od latarni do latarni. Miasteczko było już uśpione koloniści na Gon zwykle kładli się wcześnie.
Zobaczyła coś na chodniku przed sobą. Stanęła jak wryta. Grokh. Przypominał kępkę długich czarnych włosów. Żerował na chodniku, pewnie ktoś rzucił w tym miejscu coś słodkiego. Grokhi lubią słodycze.
Wreszcie stworzenie wyprostowało, wcześniej podkulone, cztery długie, patykowate kończyny i odeszło ignorując dziewczynkę.
Grokhi nie były groźne, ale Ila czuła do nich trudne do wytłumaczenia obrzydzenie. Może to przez te nogi?
Grokh zniknął w ciemności, a Ila ruszyła dalej.
W domu wciąż było ciemno i cicho. Weszła ostrożnie po schodach. Otworzyła drzwi. Wstrzymała oddech.
– Babcia… – wyszeptała dziewczynka trwożliwie.
– Ciii… Zamknij drzwi, bo obudzimy twoich rodziców.
Ila posłuchała. Potem podeszła do babci i przytuliła ją ostrożnie, babcia Mava zdawała się tak krucha, jakby jej kości zrobiono z kruchego ciasta pieczonego w Święto Przesilenia. Pachniała mydłem, przyprawami, ciasteczkami śmietankowymi…
– Pewnie jesteś głodna. Zjedz ciasteczka – rozkazała Mava.
Rzeczywiście, Ili burczało w brzuchu, choć przed wyjściem zjadła kolację. Pochłonęła więc ciastka, popijając mlekiem z mokry.
– Świetnie. A teraz wskakuj do łóżka i śpij. Jutro pogadamy.
– Powiesz rodzicom?
– Chyba powinnam. – Mava wzruszyła ramionami. – Zastanowię się, jasne? A teraz śpij. Za stara jestem na siedzenie po nocy. A ty za młoda.
Ila przykryła się po czubek głowy.
– Dobranoc, babciu.
– Dobranoc. Śpij dobrze, dziecino.
Drzwi trzasnęły cicho. Ila powoli odpływała w sen, rozgrzana gorącym mlekiem.
***
Dash ściągnęła ubłocone kalosze w hallu i postawiła je przy pozostałych. Cicho szła w stronę sypialni. Zmywarka już umilkła, robota sprzątającego też już nie było słychać. Ostrożnie stąpała po zimnej posadzce.
Delikatnie nacisnęła klamkę.
Zamiast dzieci pogrążonych we śnie, zobaczyła majaczące w mroku wyprostowane, siedzące na łóżkach sylwetki. Czekali na nią.
Otoczyli ją kręgiem, nie mogła uciec.
– Czujemy obcy zapach. Spotkałaś się z kimś. Z człowiekiem z osady.
– Tak.
– To była ta sama dziewczynka.
– Ila. Ona ma na imię Ila.
Dzieci szeptały chórem, przypominało to szum liści w letnią noc albo szmer strumyka. Dash czuła na sobie zapach Ili, czuła zapachy innych dzieci, wsłuchała się w ich głosy… Te głosy jej nie oskarżały. Wyczuwała w nich jedynie strach.
– Ludzie z osady nie są bezpieczni. Mogą nas skrzywdzić.
– Ila jest inna. Ufam jej.
– Dobrze ją odczytujesz?
– Tak. Nie skrzywdzi nas.
– A jeśli komuś powie?
– Nie powie. Chodźcie do mnie.
Dash wyciągnęła w ich kierunku ręce, natychmiast złapały je inne dłonie. Dash czuła płynące od nich ciepło, było jej tak dobrze. Nigdy nie czuła się samotna, oni zawsze będą przy niej. Chciała, żeby poczuli jej spokój. Wiarę w to, że wszystko będzie dobrze.
– Wciąż śnimy o Remim. Pamiętamy o nim, choć już go z nami nie ma. Niedługo kolejne z nas wyruszy w kosmos. I wróci. Zawsze będziemy razem.
– Zawsze będziemy razem – zawtórował szepczący chór.
I naprawdę w to wierzyli.
***
Ranek zaczął się cichym szmerem przelotnego deszczu, zaraz jednak przestało padać i zza chmur nieśmiało wyjrzało słońce: zrazu ostrożnie, potem coraz odważniej, kiedy wiatr odgonił chmury: przejaśniło się po raz pierwszy od kilku tygodni. Niebo znów nabrało błękitnej barwy, mrąkwy kwiliły cicho w błocie, składając w nim jaja, póki było miękkie i uciekały – przypominały dobrze wypieczone, brązowe rogaliki wielkości ludzkiej dłoni, pełzające po rozmokłej ziemi. Gdzieniegdzie grokh otrzepał wilgotne futerko.
Powietrze pachniało mokrą ziemią i feromonami grokhów – zaczynał się ich okres godowy; ich mdląco słodka woń przyprawiała o zawrót głowy nieprzyzwyczajonych.
Wszyscy siedzieli w Sali Spotkań na ustawionych w równe rzędy krzesłach. Lekcje zostały odwołane.
Usłyszeli brzęczenie. Zobaczyły ciemny kształt na niebie – rósł, zbliżając się do wzgórza.
Android wylądował i wszedł do budynku. Panna Ayri nie ruszyła mu na spotkanie. Znał drogę. Ciężkie kroki rozległy się na korytarzu. Po chwili android wkroczył do Sali.
Był wysoki, jego srebrzysty korpus lśnił w promieniach słońca. Pod przezroczystą kopułą czaszki tkwił mózg, ludzki sztucznie wyhodowany mózg.
Nikt nie powiedział ani słowa. Dzieci wstały. Android podszedł do nich. Stawał po kolei przed każdym dzieckiem, patrząc na nie przez dokładnie siedem sekund. Kiedy skończył, wyciągnął rękę i powiedział, wskazując palcem Dash:
– Ta.
– Zostań na chwilę, Dash. Reszta może odejść – odezwała się Ayri, cały czas uparcie patrząc w okno.
Pozostałe dzieci opuściły pomieszczenie. Dash poczuła się dziwnie samotna, jakby już tkwiła w brzuchu corraxa.
– Wyruszamy jutro, godzinę przed świtem. Czy wiesz, co cię czeka, dziecko?
Głos androida brzmiał głucho, jak gdyby wychodził z głębokiej studni.
– Tak – odpowiedziała Dash.
Android wyszedł. Odleciał.
– Dash – wyszeptała Ayri – tak mi…
– Cicho, panno Ayri.
Dash położyła delikatnie dłoń na ramieniu nauczycielki, pogłaskała je tak, jak głaszcze się mrąkwę, żeby zaśpiewała.
– Nie ma sensu rozpaczać nad tym, co nieuchronne.
***
Wieczór był cichy, mrąkwy prawie nie śpiewały, dopiero za miesiąc ich koncerty nie dadzą spać ludziom.
Dash i Ila wyszły z szałasu pomimo chłodu, owinięte szczelnie kocem patrzyły w niebo. Chmury odpłynęły, na atramentowo czarnym niebie świeciły gwiazdy. Oko wisiało nisko nad horyzontem, niedawno wzeszło.
– Wiesz, dokąd polecisz? – zapytała Ila.
– Nie. Dowiem się pewnie na statku.
– Nie mogę uwierzyć, że cię wybrał! To potworne! Zostanę tu całkiem sama… A ty będziesz gdzieś w kosmosie z tymi… maszynami. I będziesz musiała umrzeć!
Ilą wstrząsnął szloch, więc Dash przytuliła ją mocno. Cierpiała równie mocno, jak przyjaciółka, próbowała ukoić jej ból, lecz nie potrafiła, tak jak nie potrafiła zmniejszyć własnego, nawet odrobinę. Była bliska płaczu, ale starała się opanować.
– Nie martw się. Podobno umieranie nie jest wcale takie straszne. Panna Ayri też umarła i wcale jej to nie zaszkodziło. I pan Alvin – widzisz przecież, jaki zawsze jest zdrowy. Poza tym, to nie jest prawdziwa śmierć, tylko znikasz i pojawiasz się po drugiej stronie. Na chwilę przestajesz istnieć, to wszystko.
– Moja mama mówi, że… że od tego można dostać pomieszania zmysłów…
– Nie dostanę. Popatrz na niebo. Widzisz gwiazdy? Będę gdzieś tam daleko, wśród nich. Wokół jednej z odległych gwiazd krąży planeta. Na tej planecie jest corrax, gotowy, by znieść jajo. Jaja są potrzebne, żeby odżywiać mózgi androidów, wiesz?
– Wiem. Babcia mi opowiadała. Mówiła, że kiedyś androidy miały sztuczne mózgi, ale one… no… nie działały dobrze.
Ila zmarszczyła brwi.
– Dlatego wyho… wyhodowały ludzkie mózgi. Tak?
– Dokładnie. Bez jaj nie byłoby androidów, podróży kosmicznych, Oka, ani nas, bo nie byłoby Odrodzenia Ludzkości dwieście dziesięć lat temu. Muszę wykonać misję. A ty musisz czekać na mnie. Obiecujesz?
– Obiecuję!
Długo tak stały objęte ramionami, zanim dotkliwy chłód oraz późna pora zmusiły je do rozstania.
– Muszę już iść – wyszeptała Dash.
– Wiem. Ale ja nie chcę…
– Ja też nie chcę. Będę o tobie myśleć.
– Ja o tobie też.
Wróciły, każda do swego domu, z ciężkim sercem. Ila nie zmrużyła oka tej nocy. Dash usnęła otoczona rodzeństwem, żałowała, że nie potrafiła zjednoczyć się z Ilą tak, jak z nimi, Ila nie była jedną z nich, nie mogła dostroić swojego, tętna, oddechu, emocji do Dash. Dzieliła je niewidzialna, biologiczna bariera. To Dash fascynowało i przerażało jednocześnie.
O świcie opuści tę planetę, po raz pierwszy w życiu wyruszy w kosmos – pełen nieznanych niebezpieczeństw i tajemnic. Oderwana od domu, rodzeństwa, Ili.
Będzie mogła polegać jedynie na sobie.
***
Ranek zaczynał się powoli: szarością na wschodzie, znikającym za horyzontem Okiem, śpiewem mrąkw.
Dzieci wstały, gdy jeszcze było ciemno, zjadły śniadanie, razem wyszły przed dom. Android już czekał.
– Dash, kochanie – Ayri przytuliła dziecko, głos jej drżał lekko – będziemy czekać na ciebie. Wszystko będzie dobrze.
– Dziękuję, panno Ayri.
Dash podeszła do androida, ze wszystkich sił próbując stłumić lęk.
– Jestem gotowa.
Android otoczył Dash płaszczem, który zamienił się w szczelny, wypełniony powietrzem kokon. Przyspieszenie przycisnęło ją do kokonu, gdy oderwali się od ziemi i wystrzelili jak pocisk w górę.
Ila obserwowała odlot przez okno na strychu. Zobaczyła kulę światła wzlatującą w niebo, która szybko znikła, zabierając Dash.
***
Kokon został otwarty, gdy znaleźli się na czekającym na orbicie statku kosmicznym. Dash, nieco oszołomiona podróżą, ledwie mogła ustać na nogach.
– Zaprowadzę cię do komory transgresyjnej – powiedział android, który ją przywiózł.
Statki transwymiarowe wytwarzały własne pole grawitacyjne, więc mogli normalnie iść. Miejsce, w którym się znajdowali przypominało olbrzymią tubę, po ścianach tej tuby chodziły androidy.
Dash czuła się dziwnie, idąc po ścianie, co jeśli odpadnie? Nie odpadła jednak, podążała za swoim przewodnikiem – nie dawał jej czasu na rozglądanie się, z trudem dotrzymywała mu kroku.
W ścianie tuby widniały liczne otwory – odnogi głównego korytarza. Dash pomyślała, że statek musi być olbrzymi, gdyby zabłądziła…
Android prowadził ją labiryntem korytarzy, zdawało się, że ta wędrówka nie będzie miała końca.
Koniec jednak nadszedł.
Weszli do małego pomieszczenia w kształcie jaja. Było sterylne, bezosobowe, puste.
– Przygotuj się, jak cię uczono.
Android wyszedł. Dash została zupełnie sama.
***
Ila chciała zostać sama, przynajmniej przez chwilę. Słyszała odgłosy budzącego się domu, robot zaczął przygotowywać śniadanie. Babcia już pewnie wstała.
Dziewczynka siedziała na starym fotelu bujanym, pokrytym kurzem. Światło rozlało się jasną plamą środku, większość pomieszczenia tonęła w cieniu.
Ila kołysała się. W przód i w tył. Przód. Tył. To ją uspokajało. Odrywało myśli od samotności. Śniadania. Szkoły. Miała ochotę płakać, ale powstrzymywała łzy z całych sił. Zauważą, jeśli się rozpłacze.
Z dołu docierały przytłumione głosy. Usłyszała swoje imię. Mama ją wołała.
Tak bardzo nie chciała iść.
Wzięła głęboki oddech.
Wstała.
Schodziła po schodach najwolniej jak mogła.
Dash powiedziałaby, że nie warto walczyć z tym, co nieuniknione, czy coś takiego. Ila weszła więc do kuchni gotowa zmierzyć się z rozpoczętym właśnie dniem.
***
Dash siedziała na podłodze po turecku. Oddychała głęboko. Oczyszczała umysł. To miało ułatwić transgresję.
Kiedy umysł przekracza cienką granicę dzielącą dwa wymiary: Rzeczywistość oraz Przedwieczną Macierz Transcendentalną, może się załamać, nawet popaść w szaleństwo. Podobno niektórzy po takiej nieudanej transgresji spędzają całe życie w specjalnych szpitalach. Tak szeptały między sobą dzieci w Domu na Wzgórzu.
Dash nie wiedziała, ile w tym prawdy, nikt nie wiedział, panna Ayri twierdziła, że chorzy przeważnie wracają do zdrowia… Na wszelki wypadek jednak skupiła całą uwagę na oddechu i uspokojeniu rozbieganych myśli, spowolnieniu roztrzepotanego serca.
Kroki.
Android wrócił.
– Już czas. Zajmij pozycję.
Dash położyła się na podłodze. Była chłodna i gładka w dotyku.
Zamknęła oczy. Skoncentrowała swój umysł na oddechu. Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. Serce zwolniło. Oddech był głęboki i równy, jakby Dash spała.
Statek wibrował. Silniki transgresyjne zostały uruchomione. Dash raczej czuła całym ciałem niż słyszała głębokie, niskie tony, które wypełniły powietrze. Statek szykował się do skoku.
Dash poczuła dziwny ucisk w żołądku, jakby czyjaś ręka grzebała jej we wnętrznościach: ściskało nerki, płuca, krtań.
Nie otwierała oczu, jednak przez zamknięte powieki przenikało coraz jaśniejsze światło. Pochłonęło ją ciepło. A potem zniknęła.
***
Ila zauważyła błysk światła, kiedy szła do szkoły. Cały dzień minął jej jak we śnie, aż nadeszła pora kolacji. Miała nadzieję, że nikt nie zauważy, że jest bardziej smutna niż zwykle, nie mogła przecież powiedzieć prawdy, a nie lubiła kłamać.
I chyba nikt nie zauważył. Poza babcią, która przyglądała jej się badawczo podczas kolacji. Wieczorem wymknęła się z domu, pobiegła do ich kryjówki – zdawała się taka pusta, tak opuszczona, że Ila nie mogła powstrzymać łez.
Schowała się w szałasie i szlochała. Nagle coś dotknęło jej ręki. Ila wydała zduszony okrzyk. Na szczęście to była tylko mrąkwa, ledwo dojrzała, co można było poznać po miękkim pancerzu. Ila chwyciła mrąkwę delikatnie, położyła na dłoni i lekko pogłaskała palcem drugiej ręki. Mrąkwa, choć jeszcze niedojrzała, zaśpiewała. Jej śpiew był prostszy niż pieśń dorosłego osobnika, ale Ili wydał się wtedy czym najpiękniejszym na świecie. Delikatny łagodny głos wznosił się i opadał, przecinał noc miękkim trylem, aż ucichł. Ila położyła mrąkwę na ziemi, a ta uciekła. Dziewczynka szczelnie otuliła się kocem. Drżała od chłodu, ale nie chciała jeszcze wracać.
Wyszła z szałasu, żeby popatrzeć na gwiazdy. Miała szczęście, niebo było czyste.
– Wiem, że tam jesteś – wyszeptała – będę czekać. Tylko wróć.
***
Nieistnienie to dziwna rzecz. Dash znowu widziała białe ściany statku, czuła twarde, wciąż trochę ciepłe podłoże. Próbowała skupić myśli, ale te krążyły bezładnie, jak rój mrąkw w okresie godowym. Gdy chciała którąś pochwycić, zatrzymać na dłużej – ulatywała. Dom. Ila. Podróż. Kosmos. Transgresja.
Dziwne to było, niepojęte. Gdzie była, gdy jej nie było? Zniknęła z tej rzeczywistości, przekroczyła ją, stała się czystą ideą wpisaną od zawsze w strukturę Przedwiecznej Macierzy Transcendentalnej, bez początku czy końca. Ale co to właściwie znaczy? Dash myślała o tym, leżąc na podłodze, oddychając głęboko. ,,Ja jestem”, pomyślała.
Usiadła powoli. Odczuwała lekkie zawroty głowy oraz mdłości. Android stał pod ścianą, patrząc na nią, nie próbując pomóc. Po prostu tam był. Czekał, aż sama odzyska kontrolę nad ciałem.
Wstała ostrożnie.
– Chyba wszystko ze mną w porządku – powiedziała, żeby przerwać ciszę, usłyszeć swój głos. A może by zmusić androida do jakiejkolwiek reakcji.
– Masz dwanaście godzin. Zostaniesz odżywiona i nawodniona. Potem udasz się na powierzchnię planety. Wydobędziesz jajo corraxa.
Wyszedł.
Dash podeszła do ściany. Przyłożyła do niej czoło. Myślała o Ili.
***
Nic nie zapowiadało katastrofy, ale katastrofy już mają to do siebie, że często nadciągają, gdy nikt się ich nie spodziewa.
Ila wiedziała, że popełnia błąd, idąc do szałasu w dzień, zaraz po szkole. Jednak ogarnęła ją tak silna tęsknota, że nie potrafiła się powstrzymać. ,,Tylko na chwilę – powtarzała sobie – na pięć minut. Nic się nie stanie.”
Weszła do szałasu cicho, jakby obawiała się naruszyć panującą wokół ciszę głośniejszym dźwiękiem. Słońce świeciło, ogrzewało przemoczoną ziemię, która szybko wysychała. Wszyscy dorośli pracowali przy zasiewach: nasiona bakwy należało zasiać w wilgotnej ziemi, zaraz po zakończeniu zimowych deszczów. Roboty rolne jeździły po polach, ludzie nadzorowali, planowali, już wkrótce mięsiste bulwy kolnu wypuszczą pędy, w stawach zaroi się od klukrów, czerkonie szybowały na błękitnym niebie, skrzecząc donośnie.
Kiedy ich usłyszała, było za późno na ucieczkę. Wstrzymała oddech. Może odejdą? Ktoś gwałtownym ruchem zdarł koc z szałasu.
Nieprzyjazne twarze, wykrzywione w złośliwym grymasie. Śmiech.
Czyjaś głowa wdarła się do środka.
– Ej! Tu jest! Co tu robisz, dziwadło? Spotykasz się z dziwadłami?
Ręka brutalnie pociągnęła Ilę na zewnątrz.
Było ich troje, dwóch chłopaków i dziewczyna. Mniej więcej w jej wieku. Ila oddychała szybko. Chciała uciec, ale nogi miała miękkie, ledwo mogła na nich ustać.
Było ich tylko troje, ale Ila miała wrażenie, że otaczają ją ze wszystkich stron. Popychali ją. Szturchali. Śmiali się.
Krzyczeli, że jest odmieńcem. Kiedy zabawa im się znudziła, wyrzucili jej wszystkie rzeczy z torby i odeszli.
Wracała do domu, próbując ukryć łzy, oglądając się przez ramię w obawie, że tamci wrócili, albo śledzi ją ktoś inny.
W domu nikogo nie było. Pobiegła na strych. Skulona na bujanym fotelu czekała na zmierzch.
***
Dash nie czuła się gotowa, choć przecież do tego została stworzona. Zejść na obcą planetę całkiem sama, stanąć przed olbrzymim, dojrzałym corraxem… Wejść do środka…
Zrozumiała, że się boi, a do tego nikt jej nie przygotował.
Strach. Badała to nowe uczucie z pewną dozą ciekawości. Nigdy dotąd nie czuła strachu. Pomyślała o Remim. Czy on też się bał? Czy przeczuwał, że nigdy nie wróci?
Usiadła na podłodze. Oddychała powoli, głęboko. Zamknęła oczy. Myślała o planecie, na którą już wkrótce zostanie wysłana. O piaszczystej plaży. O morzu. O falach, rozbijających się o brzeg.
Myślała o innych dzieciach. Jeszcze nigdy nie była tak daleko od nich, sama. Poczuła niemal fizycznie ogrom przestrzeni kosmicznej, oddzielający ją od nich, od domu, od rodziny. Kosmos wydał się jej nagle tak wrogi, zimny, obojętny, nigdy wcześniej tak tego nie odczuwała.
Pomyślała o Ili. O jej oczach błękitnych jak niebo po deszczu w pierwszy wiosenny poranek, gdy mrąkwy wygrzebują się z błota i zaczynają śpiewać. O jej nieśmiałym uśmiechu. Czy Ila będzie pamiętać, jeśli…
– Jesteś gotowa?
Android wszedł niepostrzeżenie, Dash nie usłyszała go wcześniej. Drgnęła.
– Tak.
Nie była. Ale wiedziała, że to nie ma znaczenia. Poza tym, chciała to już mieć za sobą.
Szli powoli. Nie było powodu, żeby się spieszyć.
Zatrzymali się w ciasnym, owalnym pomieszczeniu, jak cały statek oświetlonym białym światłem.
– Stań tutaj.
Android wskazał ręką miejsce. Dash stanęła wyprostowana na środku pomieszczenia. Android podszedł do ściany, w której pojawił się otwór. Wyjął z niego dużą, ciężką przezroczystą misę, wypełnioną przezroczystym płynem – biożelem. Podszedł do Dash powoli, ostrożnie, by nie uronić ani kropli.
Android wylał zawartość misy na Dash. Chłodny żel spłynął po niej, przykleił się do skóry, pełzł po niej jak żywa istota. Zasłonił jej twarz, co jednak wcale nie przeszkadzało w oddychaniu. Po początkowym przestrachu Dash zaczerpnęła powietrza. ,,Wszystko w porządku” powtarzała w myślach.
Poczuła ciepło w całym ciele. Oślepił ją jasny błysk. Poczuła, że leci, mknie jak pocisk. Wrażenie było tym dziwniejsze, że nie czuła przeciążenia.
Nagle wylądowała. Zakręciło jej się w głowie, ale nie straciła równowagi. Powoli odzyskiwała wzrok, w uszach trochę jej szumiało.
Powoli rozejrzała się dookoła.
Stała na kamienistej plaży na brzegu oceanu. Na bezchmurnym niebie świeciło młode słońce, na szczęście biożel chronił Dash przed silnym promieniowaniem UV, podobnie jak przed toksyczną atmosferą.
Przed nią, w odległości kilkunastu metrów, leżał corrax. Wyglądał trochę jak ogromne świecące jajo – wielkie cielsko o chropowatej, grubej bezwłosej skórze, świecącej pod wpływem promieniowania ultrafioletowego, poruszało się w rytm oddechu. Stworzenie nie miało widocznej głowy ani kończyn, mogło jedynie leżeć na tej cichej, pustej plaży, by umrzeć po wydaleniu jaja.
Świadomość tego, co zamierza zrobić, uderzyła w Dash boleśnie: kiedy zabierze jajo, corrax umrze. Ona go zabije. Żal ścisnął jej gardło, przełknęła ślinę, by nie płakać. Powtarzała sobie, że corrax i tak by zginął. Corrax składa tylko jedno jajo w życiu i kończy życie zaraz potem.
,,A co z małymi corraxami w jaju – przypomniał jej mózg – Ile istnień musi zginąć w imię podróży kosmicznych?”
Wszyscy jej powtarzali od zawsze, że to konieczne. Niezbędne.
Czy gdyby odmówiła wykonania zadania, androidy zostawiłyby ją tutaj?
Czy ktokolwiek odmówił?
Na jak długo starczy jej powietrza?
Nie chciała umierać. Chciała wrócić do domu. Do Ili.
Podeszła do corraxa bardzo powoli, skradając się niemal.
– Proszę, wybacz mi – wyszeptała – może kiedyś spróbuję to naprawić.
Corrax nie zareagował. Dash podeszła tak blisko, ze mogła go dotknąć. Obeszła cielsko, przyglądając się uważnie. Znalazła otwór, służący zarówno do pobierania pokarmu, jak i do wydalania.
Wzięła głęboki wdech. Weszła.
***
Następnego dnia po incydencie, Ila bała się iść do szkoły. Zastanawiała się nawet, czy nie udać choroby. Doszła jednak do wniosku, że mama nie da się nabrać.
Na śniadanie prawie nic nie zjadła, miała wrażenie, że w jej gardle utknął wielki ostry kamień. Mdliło ją okropnie. Wszyscy się spieszyli, mama krzyczała na jej braci, tata czytał coś na tablecie, w kuchni panował poranny chaos. Tylko babcia patrzyła dziwnie. Babcia zawsze potrafiła się domyślić, że coś jest nie w porządku. Ila unikała jej wzroku w trakcie posiłku i uciekła od stołu tak szybko, jak tylko się dało.
Wymknęła się z domu niezauważona, a przynajmniej tak jej się wydawało.
– Co się dzieje?
– Babciu…
Siedziała na ławeczce przed domem. Czekała.
– No co, babciu? Przecież wiesz, że ja wszystko widzę. Dokuczają ci w szkole?
– To nic takiego. Naprawdę… Ja…
– Kochanie.
Babcia objęła ją delikatnie.
– Przecież wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć, prawda? Jestem po twojej stronie. Naprawdę.
– Wiem… Muszę już iść, bo się spóźnię…
Wyśliznęła się spod ramienia babki i ruszyła w stronę furtki. Zanim wyszła na drogę, odwróciła się na chwilę. Babcia stała przy furtce, odprowadzając ją wzrokiem.
– Babciu…
– Tak?
– Kocham cię!
– Ja ciebie też.
Ila ruszyła w stronę szkoły, oglądając się co chwilę przez ramię, aż dom zniknął za zakrętem.
Zanim weszła do budynku szkolnego, stanęła na moment, wzięła kilka głębokich wdechów. Przekroczyła próg, mając nadzieję, że ten dzień nie będzie całkowitą katastrofą.
***
Otwór był dosyć wąski, Dash musiała się czołgać, czując ściskającą ją masę. Miękkie podłoże uginało się po każdym ruchu. Dash parła ostrożnie naprzód, uważając, by nie sprawić corraxowi bólu. Serce biło jej boleśnie szybko.
Dash przypomniała sobie Rimiego. Nikt nie wiedział, dlaczego zginął. Nikt też nie wiedział, dlaczego do wnętrza corraxa nie mógł wejść żaden robot – wszystkie ulegały zniszczeniu we wnętrzu stworzenia. Nikt nie wiedział. Nikt nie umiał jej tego wytłumaczyć. Dlaczego, dlaczego, dlaczego…
Wszyscy przyjmowali, że tak musi być, że taki jest porządek świata. Nikt nie odpowiadał na pytania. Mało kto w ogóle je zadawał.
Dlaczego Rimi musiał umrzeć? Czy ona też umrze? Dzisiaj? Czy zobaczy jeszcze Ilę? Czy Ila dowie się, co się z nią stało, jeśli nie wróci?
Przesunęła się jeszcze kawałek. I jeszcze. Do przodu. Już niedaleko.
***
Ila skradała się do klasy jak złodziej. Serce waliło jej jak młotem, jakby chciało wyrwać się z piersi i uciec gdzieś daleko. Mdliło ją od rana.
Jeśli tamci powiedzieli komuś…
Jeśli Rada się dowie…
Ręka jej drżała, gdy naciskała klamkę.
Kiedy weszła, wszyscy zamilkli.
Zły znak.
– Patrzcie, kto przyszedł! Wielbicielka odmieńców! – zasyczał ktoś.
– Widziałam cię raz. Pod murem. Rozmawiałaś z jednym z tych dziwadeł – głos Amy, uroczej dziewczynki z pierwszej ławki zabrzmiał niemal uprzejmie.
– A ty co tam robiłaś?
Głos Ili zadrżał.
– Nieważne, co ja robiłam. Ważne, co ty robiłaś. Powiedziałam rodzicom, że cię widziałam.
Ila osunęła się na krzesło.
– Jak… jak mogłaś. Dlaczego…
– A dlaczego ty zadajesz się z dziwadłami? Zresztą nie tylko ja cię widziałam. Słyszeliśmy, co stało się wczoraj po szkole.
– Oni nie są dziwadłami.
– Co? – Amy zmrużyła oczy. Przechyliła głowę i przyglądała się Ili ze zjadliwym uśmieszkiem. – Mówiłaś coś?
– Oni nie są dziwadłami.
– Słyszeliście? Oni nie są dziwadłami?
Amy rozejrzała się po klasie, szukając aprobaty. Inne dzieci śmiały się głośno. Niektóre wytykały Ilę palcami.
– Nasza droga Ila mówi, że oni nie są dzi…
Odgłos uderzenia przeciął powietrze. Amy zamilkła, wyraźnie wstrząśnięta. Ila oddychała głęboko.
– Zapłacisz za to! – wysyczała Amy, trzymając się za policzek.
– Co tu się dzieje?
Drzwi do klasy otworzyły się szybciej niż zwykle. W progu stała nauczycielka, pani Pink Patrzyła teraz surowo, niemal wrogo, z oburzeniem.
Dzieci krzyczały jedno przez drugie. Tylko Ila stała nieruchomo, walcząc ze łzami.
Pani Pink uniosła rękę. Klasa zamilkła.
– Ila do pani dyrektor!
– Ale…
– Natychmiast!
Ila ruszyła. Nogi jej się trzęsły, ledwie mogła się na nich utrzymać, ale szła przed siebie. Gardło miała ściśnięte, całą siłą woli powstrzymywała łzy.
Gabinet dyrektorki, pani Brand, był dość przytulny, na parapetach stały doniczki z kolorowymi, wiosennymi roślinami, okna przysłonięto białymi firankami, ściany pomalowano na ciepły żółty kolor zamiast standardowego białego.
Pani Brand była miłą kobietą o łagodnej powierzchowności. Poprosiła Ilę by usiadła. Nie wyglądała na zagniewaną. Raczej na zasmuconą.
– Słyszałam już, co się stało. Chciałabym jednak, żebyś mi to powiedziała własnymi słowami, dobrze? Chcę poznać twoją wersję.
Upiła trochę gorącego wywaru z mlekotki ze stojącej na biurku filiżanki – małej, jasnoniebieskiej, z cieniutkim uszkiem. Ila pomyślała, że to dziwne: zwracać uwagę na takie szczegóły w takim momencie.
– Dzwoniła do mnie Przewodnicząca Rady Kolonii. Podobno spotykasz się z… t a m t y m i dziećmi.
– Jakimi?
Dyrektorka westchnęła.
– Wiesz przecież, kochanie, jaka obowiązuje umowa: nas i mieszkańców Domu na Wzgórzu. Jej łamanie… wywołałoby chaos.
– Dlaczego?
– To dość oczywiste. Z resztą, popatrz, co teraz się dzieje. Złamałaś umowę i mamy problem, który musimy jakoś rozwiązać.
– Ale dlaczego nie możemy się spotykać? To są tylko dzieci, takie jak my. Można z nimi rozmawiać i bawić się i żartować i… robić wiele innych fajnych rzeczy! To nie ma sensu!
– Nie powinnaś mówić do mnie takim tonem, kochanie. W końcu jesteś jedynie uczennicą… To wszystko dla dobra kolonii. I tamte dzieci nie są takie jak my. Umierają, a potem wracają do tego świata. To sprawia, że nie są tak naprawdę ludźmi. Zostało potwierdzone, że wielokrotna transgresja wpływa na umysł człowieka. Wypacza go. A sposób, w jaki te dzieci są powoływane na świat… to sprzeczne z naturą. One są hodowane przez androidy, jak to sztuczne mięso, które jemy.
– Nasi przodkowie po Odrodzeniu też zostali wyhodowani przez androidy – wyszeptała Ila.
Dyrektorka skrzywiła się, jakby poczuła bardzo brzydki zapach.
– To była zupełnie inna sytuacja. Nie należy nas porównywać do tych… do nich. Tamto należy do przeszłości. Teraz żyjemy w zgodzie z naturą.
Pani Brand wstała. Podeszła do okna.
– Ciężko pracujemy dla dobra naszej społeczności. Musimy trzymać się razem, tylko wtedy będziemy wystarczająco silni, żeby nie skończyć jak nasi przodkowie. Musimy być jednością. Wiesz, co to znaczy?
Ila nie odpowiedziała.
– Chyba najlepiej będzie, jeśli nie wrócisz dziś na lekcje. Zostaniesz pod opieką pani Pick i pouczysz się historii.
Pani Pick była sekretarką – przyglądała się Ili badawczo, kiedy ta udawała, że czyta podręcznik, ukradkiem ocierając łzy.
***
Gdyby nie delikatna poświata okrycia, Dash nie widziałaby nic. Przeciskała się na czworakach przez wąski przewód. Powoli, starając się nie rozdrażniać corraxa. Jeszcze tylko kawałek. Jeszcze trochę.
Czuła bicie swego serca, przyspieszony oddech. Usiłowała oddychać głęboko. Wdech. Wydech.
Poczuła silniejszy nacisk.
Nie mogła się ruszyć.
Utknęła.
Spróbowała się przesunąć do przodu, ale nie była w stanie.
Oddech jej przyspieszył.
,,Umrę jak Rimi” – pomyślała.
Oddychała głęboko, usiłując opanować narastającą panikę.
,,Chcę do domu”.
Wtedy światło zgasło.
***
Późnym popołudniem Ila usłyszała głosy na korytarzu. Szkoła już opustoszała, wszyscy poszli do domu – poza Ilą, dyrektorką i panią Pick.
Rozpoznała głosy rodziców, pełne oburzenia i gniewu oraz spokojny, ale stanowczy – babci. Dziewczynka odetchnęła z ulgą, babcia na pewno nie pozwoli, by stała jej się krzywda.
Wtórował im donośny sopran Przewodniczącej Rady, Ady Rock.
– Naprawdę mi przykro… ale rozumieją państwo, że to poważna sprawa. Naruszenie umowy…
Drzwi otworzyły się. Rodzice wpadli raczej niż weszli, klatka mamy falowała szybko jak po bardzo szybkim marszu.
– To prawda? – zapytała niemal w biegu, z trudem łapiąc powietrze.
Ila podniosła głowę. Ale nie spojrzała na matkę. Tylko na babcię.
– Hej, maleńka.
Mava podeszła do wnuczki i objęła ją mocno ramieniem.
– Jestem tutaj – powiedziała, a Ila odetchnęła, jakby ktoś zdjął jej z serca ogromny ciężar.
– Opowiedz nam co się stało – wtrącił ojciec – Nie jesteśmy na ciebie źli. Ale musimy wiedzieć, dobrze?
– Może usiądziemy? Nie straszmy dziecka – zaproponowała Mava, po czym pomogła pani Pick znaleźć kilka dodatkowych krzeseł i przypilnowała, żeby nie siadali za blisko, by zapewnić Ili trochę przestrzeni.
– Opowiedz nam teraz wszystko od początku. Czy to prawda, że spotykałaś się z… – głos dyrektorki zadrżał. Mava rzuciła na nią ostre spojrzenie.
– To się zaczęło zimą…
– Mów głośniej, nic nie słychać!
Głos matki zabrzmiał nieprzyjemnie.
– To zaczęło się zimą – Ila powtórzyła nieco głośniej – To było kilka tygodni temu, było zimno… Spacerowałam… Przypadkiem znalazłam się obok Domu na Wzgórzu. Spotkałam Dash.
– Dash? – Pani Brand uniosła prawą brew.
– One mają imiona, Fiono – wtrąciła Mava – Mów dalej, kochanie.
– Dash też spacerowała. Powiedziała, że… chciała popatrzeć na gwiazdy. Rozmawiałyśmy. Była miła.
– Często się spotykałyście?
– Czasami… Co kilka dni… Znalazłam na strychu stary komunikator. Umawiałyśmy się przez niego.
Ila uniosła głowę, spojrzała na obecnych. Na rodziców. Dyrektorkę. Przewodniczącą. Babcię.
– Nie robiłyśmy nic złego. Po prostu rozmawiałyśmy. Ona nie jest… dziwna. Groźna. Ona jest po prostu… inna. Co w tym złego?
Nikt nie odpowiedział.
– Znasz zasady – mruknęła matka.
– Te zasady są głupie! Nie mam ochoty z wami rozmawiać! – Wstała gwałtownie z krzesła. – Idę do domu!
– Nie możesz. Jeszcze nie skończyliśmy. – Głos matki zabrzmiał piskliwie, nerwowo.
– Kochanie… chyba… usiądź… mama się denerwuje…
– Może wy nie skończyliście ze mną, ale ja skończyłam z wami. I tak mnie nie słuchacie!
Ila wyszła z gabinetu, nie oglądając się za siebie. Matka podniosła się, jakby chciała ją zatrzymać, ale pani Brand zatrzymała ją ruchem ręki.
– Zostaw ją, niech ochłonie. Wiemy już chyba wszystko. Co z tym zrobimy? – To pytanie skierowała do Przewodniczącej Rady.
– Najpierw porozmawiam z ich opiekunką. Jak ona się nazywa? Aida?
– Ayri – podpowiedziała Mava tonem zabarwionym szczyptą zgryźliwości – Mieszka tu już cały rok. Wypadałoby zapamiętać jej imię, nie sądzisz?
Przewodnicząca wzruszyła ramionami.
– Na dziś wystarczy. Wracajcie do domów. Będziemy w kontakcie – zarządziła Ada Rock.
Wstali powoli, niepewni, co właściwie mają począć, jak rozwiązać ten problem, który zaskoczył ich jak deszcz w środku lata, albo susza na wiosnę. I to teraz, kiedy mają tyle pracy, tak mało czasu, żeby przygotować się na upalne, suche lato, które szło ku nim powoli, lecz nieubłaganie z południa, niosąc żar oraz ciszę, przerywaną godowym śpiewem mrąkw, ogłodek i kopielców.
***
Dash tkwiła w całkowitej ciemności, unieruchomiona we wnętrzu corraxa. Donośne dudnienie zagłuszało wszystkie inne dźwięki, Dash przypuszczała, że wytwarza je corrax, ale nie miała pojęcia, co oznaczało.
Czy było reakcją na ból? Strach? Czy Dash go zraniła?
Dzięki małemu urządzeniu umieszczonemu na głowie przesłała wiadomość na statek, odczytało ono jej fale mózgowe (Dash skoncentrowała się na tym, by wiadomość była możliwie krótka i precyzyjna) i przesłało do komputera statku na orbicie. A przynajmniej miała taką nadzieję.
Nie była pewna, ile czasu minęło. Pół minuty? Minuta? Dwie?
W jej umyśle pojawiła się odpowiedź. Dash zareagowała.
Corrax przestał na nią napierać. Dash przesunęła się ostrożnie kilka centymetrów. I jeszcze. Czołgała się naprzód powoli, bardzo powoli, drżąc, serce waliło jej w piersi tak mocno, że bała się, że nie wytrzyma, stanie z wyczerpania i wtedy…
Ale nie stanęło.
Jajo było coraz bliżej.
Zobaczyła je w końcu. Nieduże, uniesie je z łatwością. Jasnoszara skorupka. Coś zwykłego, niepozornego. Tkwiło w niewielkim zagłębieniu. Dash wyjęła je ostrożnie, lecz corrax nie zareagował.
Nie mogła się odwrócić z powodu braku miejsca, więc pełzła tyłem do wyjścia. Bolały ją wszystkie mięśnie. Brakowało tchu. Czuła rosnącą temperaturę, krople potu spływały jej po plecach. Myślała o domu. O gwiazdach, które widać w bezchmurną, parną, letnią noc. O Ili. Już niedługo. Jeszcze tylko kawałek. Nie może przestać. Jeśli się zatrzyma, nie zdoła wyjść. Nie da rady. Jeszcze trochę. Już widać światło słońca…
***
Słońce zachodziło, niebo zalała krwista czerwień. Wieczorne powietrze, wciąż rześkie, jakby złagodniało w porównaniu do poprzednich wieczorów, wiosna zawitała na dobre, a tuż za nią nadchodziło lato.
Lato.
Ayri nie była pewna, czy nadejście lata cieszy ją czy wręcz przeciwnie. Lato oznaczało skwar palący płuca przy oddychaniu, ubrania klejące się do pleców od potu… a z drugiej strony: pyszne słodkie owoce, mięsiste, pożywne, pachnące… Dojrzałe ziarna kosh, nadające się na kaszę, a zaparzone – przyjemnie pobudzały rano… Tak, urozmaicenie diety stanowiło chyba największą zaletę lata.
Dzieci o tej porze zwykle bawiły się w ogrodzie, na razie pełnym błota, jednak pierwsze pędy strycji wychynęły już spod ziemi, niedługo wypuszczą paki, a delikatna mgiełka psynków zasłoni wysychającą glebę. Po krótkim kwitnieniu wypuszczą owoce, drobne i cierpkie, mrąkwy będą je zjadać, śpiewając wieczorami. Z nastaniem pełni lata, wszystko uschnie, ziemia popęka od żaru słońca, palącego wszystko niemiłosiernie.
Ayri podeszła do okna. Ze zdumieniem spostrzegła, że ktoś nadchodzi. Zmarszczyła czoło, próbując dojrzeć, kto to.
Nikt tu nie przychodził oprócz starego Alvina.
Ale to nie był Alvin.
To chyba przewodnicząca Rady Kolonii?
Czego mogła chcieć?
Ayri obserwowała przy oknie. Przewodnicząca szła szybko. Zawahała się, przechodząc przez furtkę. Dzieci znieruchomiały na jej widok, patrzyły uważnie: ni to wrogo ni przyjaźnie, jakby próbowały przeszyć człowieka na wylot. Zawsze tak reagowały na obcych.
Przewodnicząca zignorowała dzieci, podeszła do drzwi i nacisnęła dzwonek.
Ayri dotknęła panelu na ścianie, przewodnicząca weszła.
– Dzień dobry. Co panią do nas sprowadza? Nie widywaliśmy pani tutaj… zbyt często… – wypaliła Ayri. ,,Chyba zapomniałam już, jak się rozmawia z ludźmi.”
– Dzień dobry. Przyszłam w dosyć… delikatnej sprawie. Gdzie mogłybyśmy porozmawiać?
Mieszkańcy kolonii nie mieli zwyczaju zaczynać od towarzyskiego teatrzyku, od razu przechodzili do rzeczy.
– Oczywiście – Ayri spróbowała się uśmiechnąć – proszę tędy.
Zaprowadziła gościa do małego, rzadko używanego pokoiku, pustego, trochę przygnębiającego przez swa sterylną niemal czystość.
Obie kobiety usiadły naprzeciwko siebie, obie czujne, nieufne, ostrożne.
– No więc? O co chodzi? – Ayri wzięła przykład z przewodniczącej i zapytała wprost, ledwie tamta opadła na fotel.
– To naprawdę przykra sprawa pani…
– Ayri.
– Przykra i nieprzyjemna. Jak pani zapewne pamięta, tutejsi mieszkańcy są bardzo wrażliwi, jeśli chodzi o pewne rzeczy. Bardzo dbamy o nasze dzieci. Rodzina jest dla nas najważniejsza. Ważne jest dla nas, aby nasze dzieci dorastały w zgodzie z naturą, bezpieczne, w stabilnym świecie, rządzonym klarownymi zasadami. Przestrzegamy reguł, pamiętając, co zniszczyło rasę ludzką, zamieszkującą kiedyś Ziemię. Chaos już raz doprowadził do zagłady ludzkości. Nie chcemy, żeby to powtórzyło się tutaj. Dlatego, jak panią poinformowano na początku, nie chcemy, żeby nasze dzieci stykały się z…
– Moimi dziećmi.
– One nie są przecież…
– Są. Jestem za nie odpowiedzialna. Są pod moją opieką.
– No właśnie. Jest pani za nie odpowiedzialna, jak pani sama mówi i nie dopilnowała pani jednego z nich. Doszło do naruszenia.
– Naruszenia?
– Odkryliśmy, że jedno z twoich, jak sama mówisz, dzieci spotykało się przez jakiś czas potajemnie z jedną z dziewczynek z osady.
Ayri uniosła brew.
– Naprawdę? I to jest to straszne naruszenie? Cóż takiego się stało? Dwoje dzieci zaprzyjaźniło się ze sobą, a wy… Wy histeryzujecie, jakby ktoś kogoś zamordował co najmniej.
– Zna pani zasady. Podpisała pani umowę.
– To prawda. Podpisałam. I uważam, że to… nieludzkie. Okrutne. Jak możecie traktować te dzieci w taki sposób? To ludzie, podobnie jak wy! Rodzą się, dorastają, umierają. Myślą. Czują. Dlaczego budzą w was takie obrzydzenie?
– Proszę zachować rozsądek, panno Ayri. One wcale nie budzą w nas obrzydzenia, takie oskarżenia są dla nas obraźliwe. Zna pani historię równie dobrze jak my, prawda? Wie pani, co działo się na Ziemi przed upadkiem. Wojny, rozwój maszyn kosztem człowieka i natury, zniszczenie środowiska, wielkie wymieranie, zmiany klimatyczne, chaos, konsumpcjonizm, brak jakichkolwiek zasad zniszczył nie tylko ludzkość… ale naszą kolebkę. Nasz dom. Jeśli znowu odejdziemy od natury… To się powtórzy.
– W takim razie jesteście hipokrytami. Cały czas korzystacie z pomocy maszyn: przy uprawie roli, we wszystkim, co robicie… Cała wasza wiedza pochodzi od nich! Gdyby nie one, nie istniałaby ta kolonia, ta planeta nie nadawałaby się do życia dla ludzi. Nie byłoby Odrodzenia. Może zamiast strachu i uprzedzeń, wystarczyłoby okazać odrobinę empatii?
Przewodnicząca pokręciła głową pełnym politowania uśmiechem.
– Empatii? A czy pani nie przeszkadza, że androidy hodują ludzi, żeby szukały dla nich jaj corraxów? Tylko po to by przedłużyć własne istnienie? Choć mogłyby odżywiać swoje mózgi w inny sposób, tak jak wcześniej, przed odkryciem corraxów? Androidy pasożytują na tych dzieciach! Wykorzystują je. A pani mi tu mówi o empatii! Musimy się od tego odciąć. To się musi skończyć.
– Ale nie w taki sposób! Cała Druga Cywilizacja oparta jest na androidach i tych dzieciach. I nie, nie podoba mi się to… Dlatego przyjęłam tę posadę. Żeby być przy nich. Zapewnić im w miarę normalne dzieciństwo! Tyle mogę zrobić… Otoczmy te dzieciaki troską i opieką, kiedy maszyny ich używają jak narzędzi, kiedy ludzie odwracają wzrok, godząc się na ich cierpienie w imię rozwoju cywilizacji i postępu. Może pewnego dnia… znajdziemy sposób, żeby utrzymać to, co powstało po odrodzeniu bez krzywdzenia niewinnych ludzkich istot. Jeśli je odrzucimy, będziemy równie bezduszni, jak maszyny.
– Jesteśmy niezależni, mamy tu wszystko, czego potrzebujemy. Androidy i te dzieci opuszczą Gon.
– Chcecie się odłączyć od reszty ludzkości?
– A na co nam ludzkość? Co nam dała? Co nam dało Przymierze?
– Co będzie z dziećmi?
– Zostaną przetransportowane gdzie indziej. Pani także.
– Widzę, że to już postanowione.
– Rada podjęła decyzję już dawno. Zamierzaliśmy poinformować panią wkrótce. Kiedy androidy wrócą z tym… dzieckiem, które ostatnio zostało zabrane…
– Dash.
– Poinformujemy je o naszej decyzji.
– A jeśli androidy nie zgodzą się odejść?
– Nasza wola współpracy jest fundamentem przymierza maszyn i ludzi. Nie będą miały wyboru.
– Czy wszyscy mieszkańcy kolonii chcą zerwania przymierza, czy ci, którzy są temu przeciwni też nie mieli wyboru?
Przewodnicząca wstała, Ayri podniosła się również.
– To nie pani zmartwienie. Proszę być gotową do wyjazdu.
Tego wieczoru Ayri długo siedziała w jadalni przy oknie, dzieci zjadły kolację i poszły spać – opiekunka jeszcze nic im nie powiedziała, ale była pewna, że dzieci wiedzą, że coś jest nie w porządku. Zapadł zmierzch, nadeszła noc, a ona tkwiła wciąż w tym samym miejscu. Czuła smutek. Zmęczenie. Bezradność. Najgorsze było poczucie bezsilności, pragnienie zrobienia czegoś, czegokolwiek i świadomość, że nic zrobić nie można. Wiedziała, że Rada naprawdę może zerwać przymierze, że androidy odlecą. Przewodnicząca miała rację. Dzieci stracą dom. Jak dziecko ma żyć wiedząc, że zostało wygnane, bo dorośli się go boją i nienawidzą? I jak ona ma im o tym powiedzieć?
Tej nocy Ayri długo nie mogła zasnąć. Kiedy zapadła w krótki, urywany sen, niebo zaczynało szarzeć. Nadchodził świt.
Ayri śniła o Dash.
Dash była w tym śnie dużo starsza niż w rzeczywistości, w wieku, w którym dzieci nie szukają już jaj corraxów. Uśmiechała się do Ayri.
Mówiła coś, ale Ayri nie była w stanie usłyszeć, co, Dash poruszała ustami, lecz nie wydobywał się z nich żaden dźwięk.
W końcu Ayri bardziej wyczuła niż usłyszała: ,,Wszyscy powinni polecieć”.
***
Dash stała na brzegu, wpatrzona w horyzont. Fale zalewały plażę z cichym pluskiem, znad oceanu wiała lekka bryza.
Corrax leżał na boku, obmywany słoną wodą. Umierał.
I tak by umarł. Dash o tym wiedziała. Jednak to właśnie ona odebrała mu tych kilka ostatnich dni.
Dash podeszła do umierającego zwierzęcia.
– Przepraszam. Wiem, że to nie wystarczy. Przepraszam, że zabrałam twoje dzieci. Wybacz mi.
Czekała, aż stworzenie odeszło.
Dopiero wtedy oślepił ją błysk światła. Wróciła na statek.
***
Na statku czekał na nią android. Zastanawiała się, czy to ten sam, czy inny. Android przeciął kombinezon i uwolnił ją z niego.
Zaprowadził ją do tego samego pomieszczenia, w którym przebywała wcześniej. Tym razem jednak nie było ono puste.
– Witaj, Dash.
Smukła postać stała tyłem do wejścia, odwróciła się, kiedy Dash weszła.
– Jestem Roha. Mam ci dużo do powiedzenia.
***
Ayri zajęła się pakowaniem. Miotała się po całym domu jak oszalała. Dzieci pomagały jej: ciche, spokojne, nieodgadnione. Ayri nie wiedziała, co czują. Próbowała z nimi rozmawiać, z każdym z osobna, ale one wydawały się jeszcze bardziej skryte niż zwykle.
– Wolałabym, żeby płakały – rzekła do Alvina, upychając kolejne przedmioty w walizkach – byłoby… łatwiej? Normalniej? Jakby to, co się dzieje można było uczynić normalnym w jakiś sposób.
– Nie spieszysz się za bardzo? – zapytał Alvin – Może zmienią zdanie?
– Nie zmienią – prychnęła Ayri z irytacją – rano dostałam wiadomość. Rada oficjalnie przesłała deklarację wystąpienia z przymierza do Oka. Oko odpowiedziało. Każda kolonia może, oczywiście, wystąpić z Przymierza, kiedy tylko zechce, droga wolna. My mamy się wynosić. Rzecz jasna użyli ładnych, okrągłych słówek… ale sens był mniej więcej taki.
– To przykre. Cholernie przykre.
– A ty? Co zrobisz? Zostaniesz tu?
– Chyba tak… Widzisz, nie jestem już najmłodszy, a tu jest mój dom. Nie mam sił na szukanie nowego.
Ayri przerwała pakowanie. Spojrzała na Alvina, siedzącego na kuchennym krześle, zgarbionego.
– Więc… nie zobaczymy się już nigdy.
– Pewnie nie…
Ayri podeszła do Alvina i objęła go. Nie wiedziała, co powiedzieć, jak pożegnać przyjaciela na zawsze?
– No już, już, tylko nie płacz, młoda. Przed tobą całe życie, długie, szczęśliwe życie. Zapomnisz wkrótce o starym ramolu.
– Nie mów tak.
– Gdzie was przenoszą?
– Na Aren. Dziesieć lat świetlnych stąd. Mała kolonia, łagodny klimat.
Wzruszyła ramionami. Przysunęła sobie krzesło, usiadła obok Alvina.
– Jestem zmęczona.
– Wiem. To normalne.
Siedzieli tak przez dłuższy czas, patrząc przez otwarte okno kuchni na błękitne niebo i wędrujące po nim słońce, słuchając mrąkw, które rozśpiewały się na dobre. Ciepłe powietrze wpadało do środka, niosąc przyjemny, delikatny zapach.
Ayri pomyślała, że szkoda jej odchodzić. Jak będzie na Aren? Może powinna zrezygnować z posady i wrócić do domu. Dom. W końcu wstała.
– Muszę wracać do roboty. Pomóż mi, jeśli dasz radę. Wcale nie jesteś aż taki stary.
Alvin wstał całkiem żwawo.
– Dobra. Powiedz, co mam robić.
***
Dla Ili upływające dni zamieniły się w jeden nie kończący się koszmar, jakby czas był gumą, którą można rozciągać w nieskończoność albo kisielem z nasion kidawu, okropnie gęstym, zaklejającym usta, aż nie możesz oddychać: dni, choć nie minęło ich wiele, krępowały Ilę, ciągnęły na dno, tamowały oddech, nie widziała końca swego cierpienia.
W szkole dzieci odsuwały się od niej, jakby przenosiła jakąś zakaźną chorobę, zadawała się z odmieńcem, przez co sama została odpychającym dziwadłem.
Rodzice nie odzywali się do niej. Ojciec próbował, na początku, ale wystraszyły go groźne spojrzenia matki.
Tylko babcia była jej opoką, jej kubkiem wody w najgorszy skwar lata. Ila umarłaby gdyby nie babcia. Kiedy wnuczka tonęła, Mava wyciągała do niej rękę.
– Chodź z podniesioną głową. Nie masz się czego wstydzić. Ci ludzie to głupcy, ich opinia o tobie nie jest nic warta! Nie chowaj się przed nimi. Nie zginaj karku. Nie daj im tej satysfakcji!
– Czy moi rodzice to też głupcy? – zapytała dziewczyna cicho.
– Cóż, rodziców się nie wybiera. Starałam się z twoim dziadkiem, niech spoczywa w wiecznym orzeźwieniu, na przyzwoitego człowieka. Może zmądrzeje. Nie tracę nadziei…
Ila postanowiła posłuchać babki, unosiła brodę wysoko i tłumiła łzy.
Było to wyjątkowo trudne, gdy powiedziano jej o zerwaniu przez Gon Przymierza i rychłym odejściu dzieci z Domu na Wzgórzu. Musiała uciec na strych, gdzie siedziała ukryta do wieczora, aż znalazła ją babcia. Zmęczona po pracy: nadzór nad maszynami rolniczymi może być męczący, gdy temperatura rośnie, wdrapała się na strych po schodach z kubkiem wody dla Ili. Wysłuchała. Przytuliła.
Nagle poczuła, że jest już naprawdę bardzo stara. Za stara na ludzką głupotę. Na płacz dziecka. Na to wszystko.
***
Dash przyglądała się uważnie stojącej przed nią osobie. Z całą pewnością była człowiekiem. Wysoka, szczupła sylwetka, delikatne, acz nieco androginiczne rysy, jasny meszek zamiast włosów… Dash zrozumiała.
– Jesteś jak ja, prawda? Tylko starsza.
– To prawda. Chodź za mną.
Nieznajoma poprowadziła Dash korytarzem, długim, wąskim, niemal pustym, spotkały tylko jednego androida: kiedy je mijał, przystanął na chwilę, skinął głową, wydał się Dash niemal ludzki w tym drobnym geście.
Weszły do stosunkowo niewielkiego pomieszczenia. Pośrodku stało coś w rodzaju olbrzymiej tuby, sięgającej od podłogi do sufitu, wypełnionej przezroczystym płynem, w którym pływał ogromny ,,ludzki” mózg. Z tuby odchodziły liczne mniejsze rury, kable i przewody, znikające w ścianach.
– Czy wiesz, co to jest?
– To Komputer Główny, prawda?
– Co o nim wiesz?
– To sklonowany mózg ludzki połączony z systemem elektronicznym, podobnie jak u androidów. Na każdym statku jest taki. Pozwala nawigować w Przedwiecznej Macierzy Transcendentalnej.
– Doskonale.
– Podobno… to klon mózgu brata naszego twórcy androidów… Kompozytora.
– Nie mamy wielu danych sprzed Upadku. Ale nawet jeśli to tylko legenda, tkwi w niej chyba ziarno prawdy. Wygląda na to, że umysł Komputera Głównego traci stabilność. W Macierzy Transcendentalnej Wszechświat istnieje w formie doskonałego matematycznego wzoru. Wszystko, co istniało albo zaistnieje, jest zapisane jako wieczna Matematyka. Także muzyka.
– Ach…
– Zaczynasz rozumieć – Roha skinęła głową z aprobatą – Umysł Komputera nie powinien zachować świadomości swojego wzorca. Żadnych wspomnień, emocji, nic. I wydaje się, że rzeczywiście tak jest. Poza jednym wyjątkiem. Wygląda na to, że zachował jedną rzecz, ważną dla pierwotnego właściciela.
– Co to takiego?
– Melodia. Niedokończona melodia. Być może ostatnia, którą ten człowiek tworzył przed śmiercią. Komputer Główny nie tylko odtwarza ją w nieskończoność. On usiłuje ją dokończyć. Szuka doskonałego wzorca w Macierzy Transcendentalnej. Robi to podczas podróży międzygwiezdnych, pozostając w Macierzy, dłużej niż to konieczne. Boimy się, że…
– Pewnego razu z niej nie wyjdzie.
– Tak. A to prowadzi nas do innej kwestii. Pomiędzy Komputerem Głównym a androidami istnieje silna, chociaż nie zrozumiała dla nas więź. One go nie opuszczą, znikną w Macierzy razem z nim. A wtedy pozostaniemy sami. A my, dzieci androidów, pozostaniemy ostatnią szansą ludzkości na podróże do gwiazd. Na przetrwanie Przymierza – już nie ludzi i maszyn, ale ludzi z wszystkich planet Drugiej Cywilizacji.
– Ale… – Dash zrobiła wielkie oczy – jak będziemy nawigować w Macierzy bez… czy…
Roha zbliżyła twarz do twarzy Dash.
– Zgadza się. Stworzymy nowe Komputery Główne, korzystając jednak z innego materiału.
– Ale ten… inny materiał też może posiadać jakąś wadę.
– Może. Ale wyeliminujemy ją.
– A jeśli się nie uda? Jeśli zorientujecie się za późno?
– Uda się. A jak nie, spróbujemy znowu. I jeszcze raz. Aż do skutku. Zaryzykujemy. Wszystkie stocznie w układach Meduzy, Róży i Błękitnej Tarczy, wszystkie Oczy będą nasze. Będziemy gotowi. Podczas kolejnych podróży, dzieci takie jak my, będą się uczyć obsługi statku…
– Powiedz mi jedno, Roho… Czy później… będziemy potrzebowali jaj corraxów?
– Nie. Nasze mózgi ich, oczywiście, nie potrzebują… a co do mózgów Komputerów… jesteśmy blisko stworzenia substancji zastępczej. Wszystkie obecne Komputery nad tym pracują.
Dash uśmiechnęła się.
– To wspaniale! Naucz mnie wszystkiego, co muszę umieć.
Spojrzała na mózg unoszący się w tubie.
– Mam nadzieję – powiedziała – że będziesz szczęśliwy tam, dokąd trafisz. Jeśli to możliwe.
***
W końcu nadszedł ten moment. Dzień powrotu na Ziemię. Miała to być chwila szczęśliwa: zamiast tego Dash dręczył smutek.
Po zakończeniu transgresji i powrocie do czasoprzestrzeni w układzie Gon, Oko przesłało wiadomość: Gon opuszcza Przymierze. Dzieci odlatują z Gon.
Dash się sądziła, że zobaczy Ilę jeszcze raz, ale pozwolono im na pożegnanie. Ich ostatnie spotkanie odbyło się o zmierzchu, tam, gdzie wszystkie pozostałe. Niestety ich kryjówkę zniszczono, co Dash zauważyła z żalem.
Ayri i Mava czekały pewnej odległości.
– Cześć – głos Ili był cichy i zachrypnięty od płaczu.
– Hej, Ila.
Przez jakiś czas milczały. Potem przytuliły się do siebie mocno, płacząc, szukając właściwych słów. Nie znalazły.
– Nie chcę… żebyś… odeszła…
– Ja też nie chcę… odchodzić… ale oni nie pozwolą nam zostać…
– Nie przeżyję tego… to niesprawiedliwe! Umrę! Ja… ja się zabiję!
– Nie mów tak.
Dash westchnęła. Czuła w Ili wielką rozpacz.
– Posłuchaj mnie uważnie. Powiem ci coś ważnego, ale nikomu tego nie powtarzaj. Nawet babci. To tajemnica. Rozumiesz?
– Rozumiem.
Dash wyszeptała Ili coś do ucha. Ila przestała płakać.
– Obiecujesz?
– Obiecuję.
Ila otarła łzy ręką.
– Więc będę czekała.
Musiały się rozstać. Mava wyciągnęła rękę do Ayri.
– Powodzenia, panno Ayri. Naprawdę bardzo mi przykro.
– Dziękuję.
Dziewczynki, odchodząc, cały czas oglądały się za siebie. W końcu jedna drugiej zniknęła z zasięgu wzroku.
***
Dash i pozostałe dzieci miały spędzić ostatnią noc w tym domu. Usiadły w kręgu, jak to miały w zwyczaju. Milczały. Trzymały się za ręce. Potem Dash wyjawiła im to, czego dowiedziała się od Rohy.
– Nadal będziemy podróżować do gwiazd, ale nie będziemy krzywdzić corraxów. Ile wspaniałych rzeczy zobaczymy! Mgławice, światy pełnie niezbadanego życia, mgławice, w których powstają nowe gwiazdy…
– A jeśli ludzie nie będą chcieli? Jeśli nas nie zaakceptują?
– Może nie od razu. Ale wierzę, że kiedyś zrozumieją, że też jesteśmy ludźmi i nikogo nie chcemy skrzywdzić. Wszyscy ludzie razem wyruszą do gwiazd.
Spojrzała przez okno na niebo usiane gwiazdami. Uśmiechnęła się. Tamtego wieczoru wierzyła, że wszystko będzie dobrze.
Witaj. :)
Kwestie techniczne (sugerowane wątpliwości – zawsze tylko do przemyślenia):
Ciężkie czarne chmury pędziły po niebie, gnane wichrem. – czy ta (i inne, np. Dzwonek do drzwi sprawił, że aż podskoczyła;Miała nadzieję, że nikt nie zauważy, że jest bardziej smutna niż zwykle, nie mogła przecież powiedzieć prawdy, a nie lubiła kłamać; W progu stała nauczycielka, pani Pink Patrzyła teraz surowo, niemal wrogo, z oburzeniem; Nie należy nas porównywać do tych… do nich) aliteracja jest celowa?
Nikt jej tu nie chciał. Wszyscy byli dla niej uprzedzająco grzeczni, witali ją z uśmiechem, kiedy schodziła do osady, pytali o jej zdrowie, zdrowie mamy. O to, jak jej minął dzień. A jednak wiedziała, że tak naprawdę wcale ich nie obchodzi. Pokazywali jej tylko fasadę złożoną z zasad uprzejmości, jednocześnie ukrywając prawdziwe myśli i uczucia. – powtórzenia/zaimkoza?
Kupka szmat, stojąca na progu (przecinek?) wydawała się urażona.
– Hej, dzieciaki – zawołał mężczyzna – co tam u was słychać? Grzeczni byliście? – tu mam wątpliwość, czy nie z wykrzyknikiem (skoro woła) i czy nie: „grzeczne” (bo: „dzieciaki”)?
– Jego ciało wyglądało jak wysuszona śliwka… – wyszeptała – Musiałam je umyć. – błędny zapis dialogu?
Czy to ostatnie zdanie wypowiedzi bohaterki nie powinno być połączone z poprzednimi?:
– Jego ciało wyglądało jak wysuszona śliwka… – wyszeptała – Musiałam je umyć. Musiałam sama wykopać grób. Łopatą. Ten bałwan, Ced, odmówił mi robota. Musiałam powiedzieć dzieciom, że… Remi nie żyje. Nawet nie płakały, wiesz? Nie wiem, czy w ogóle zrozumiały…
Nie chcę grzebać kolejnego…
–Cześć – odpowiedziała Ila, w ogóle nie przestraszona. – błędny zapis dialogu?
–Cześć – odpowiedziała Ila, w ogóle nie przestraszona. – razem?
Coś było nie tak. Ayri była bardziej spięta, milcząca, błądziła wzrokiem to tu, to tam, nerwowo bawiła się ołówkiem. – powtórzenie?
Wśród skał (albo tu też przecinek, albo bez kolejnego?) przyniesionych tu niegdyś przez lodowiec, ukryty został szałas, zbudowany ze szkieletu gwiezdnika znalezionego w pobliżu, liści motylnika i koca.
Miała jakieś dziesięć lat, krótko obcięte, jasnobrązowe włosy oraz charakterystyczną dla deszczowego (przecinek?) północnego kontynentu Gon (i tu?) bladą cerę.
Nikt cię nie śledził? – zapytała Dash, siadając na rozłożonym na ziemi (i tu?) grubym kocu.
Miasteczko było już uśpione (przecinek?) koloniści na Gon zwykle kładli się wcześnie.
Przypominał kępkę długich (przecinek?) czarnych włosów.
Zmywarka już umilkła, robota sprzątającego też już nie było słychać. – powtórzenie?
Pod przezroczystą kopułą czaszki tkwił mózg, ludzki (przecinek?) sztucznie wyhodowany mózg.
Ilą wstrząsnął szloch, więc Dash przytuliła ją mocno. Cierpiała równie mocno, jak przyjaciółka, próbowała ukoić jej ból, lecz nie potrafiła, tak jak nie potrafiła zmniejszyć własnego, nawet odrobinę. – powtórzenie?
Miejsce, w którym się znajdowali (przecinek?) przypominało olbrzymią tubę, po ścianach tej tuby chodziły androidy.
Dash czuła się dziwnie, idąc po ścianie, (kropka lub średnik zamiast przecinka?) co (przecinek?) jeśli odpadnie?
Światło rozlało się jasną plamą środku, większość pomieszczenia tonęła w cieniu. – brak „na”?
Na szczęście to była tylko mrąkwa, ledwo dojrzała, co można było poznać po miękkim pancerzu. – powtórzenie?
A może (przecinek?) by zmusić androida do jakiejkolwiek reakcji. – czy to nie jest zdanie pytające?
Weszła do szałasu cicho, jakby obawiała się naruszyć panującą wokół ciszę głośniejszym dźwiękiem. – powtórzenie?
Tutaj znowu nieco za dużo zaimków (tu akurat form „ona”), zatem trzeba je ograniczyć w całym tekście; ja już reszty nie wypisuję:
Chłodny żel spłynął po niej, przykleił się do skóry, pełzł po niej jak żywa istota. Zasłonił jej twarz, co jednak wcale nie przeszkadzało w oddychaniu. Po początkowym przestrachu Dash zaczerpnęła powietrza. ,,Wszystko w porządku” powtarzała w myślach.
Poczuła ciepło w całym ciele. Oślepił ją jasny błysk. Poczuła, że leci, mknie jak pocisk. Wrażenie było tym dziwniejsze, że nie czuła przeciążenia.
Nagle wylądowała. Zakręciło jej się w głowie, ale nie straciła równowagi. Powoli odzyskiwała wzrok, w uszach trochę jej szumiało.
Wyglądał trochę jak ogromne (przecinek?) świecące jajo – wielkie cielsko o chropowatej, grubej (przecinek?) bezwłosej skórze, świecącej pod wpływem promieniowania ultrafioletowego, poruszało się w rytm oddechu. – powtórzenie?
Corrax składa tylko jedno jajo w życiu i kończy życie zaraz potem. – i tu?
,,A co z małymi corraxami w jaju – przypomniał jej mózg – Ile istnień musi zginąć w imię podróży kosmicznych?” – zapis myśli do końca także wymaga jeszcze poprawek, tu jest umieszczony źle.
Czy (przecinek?) gdyby odmówiła wykonania zadania, androidy zostawiłyby ją tutaj?
Dash podeszła tak blisko, ze mogła go dotknąć. – literówka?
Na śniadanie prawie nic nie zjadła, miała wrażenie, że w jej gardle utknął wielki (przecinek?) ostry kamień.
– Jak… jak mogłaś. Dlaczego… – czy to nie pytania?
W progu stała nauczycielka, pani Pink Patrzyła teraz surowo, niemal wrogo, z oburzeniem. – tutaj chyba wielka litera miała być gdzie indziej (albo wcale)?
Gabinet dyrektorki, pani Brand, (za dużo spacji?) był dość przytulny, na parapetach stały doniczki z kolorowymi, wiosennymi roślinami, okna przysłonięto białymi firankami, ściany pomalowano na ciepły (przecinek?) żółty kolor zamiast standardowego białego. Pani Brand była miłą kobietą o łagodnej powierzchowności. – znowu powtórzenie/byłoza, reszty przykładów nie wypisuję, lecz pod kątem tych form czasownika „być” trzeba całość starannie przejrzeć i poprawić
Poprosiła Ilę (przecinek?) by usiadła.
– To dość oczywiste. Z resztą, popatrz, co teraz się dzieje. Złamałaś umowę i mamy problem, który musimy jakoś rozwiązać. – w tym kontekście: ortograficzny?
Można z nimi rozmawiać (przecinek?) i bawić się (i tu?) i żartować (i tu?) i… robić wiele innych (i tu?) fajnych rzeczy!
– Opowiedz nam (przecinek?) co się stało – wtrącił ojciec – Nie jesteśmy na ciebie źli. Ale musimy wiedzieć, dobrze? – ponownie niepoprawny zapis dialogu, zatem i dialogi do generalnej korekty, ja reszty przykładów nie wypisuję, skupiając się na samej treści i innych sprawach technicznych.
Matka podniosła się, jakby chciała ją zatrzymać, ale pani Brand zatrzymała ją ruchem ręki. – kolejne powtórzenie, czyli i powtórzenia trzeba dodatkowo pousuwać, bo powielają niepotrzebnie usterki stylistyczne; ja kolejnych nie wypisuję
Lato oznaczało skwar palący płuca przy oddychaniu, ubrania klejące się do pleców od potu… a z drugiej strony: pyszne (przecinek?) słodkie owoce, mięsiste, pożywne, pachnące… – kolejna sprawa: interpunkcja, nie wypisuję reszty zdań, lecz trzeba ją również poprawić
Dzieci o tej porze zwykle bawiły się w ogrodzie, na razie pełnym błota, jednak pierwsze pędy strycji wychynęły już spod ziemi, niedługo wypuszczą paki, a delikatna mgiełka psynków zasłoni wysychającą glebę. – tu tylko dopytam, czy nie chodziło o „pąki”?
Przewodnicząca pokręciła głową pełnym politowania uśmiechem. – czy tu brak „z”?
Nie wiedziała, co powiedzieć, jak pożegnać przyjaciela na zawsze? – czy to nie zdanie twierdzące?
Dla Ili upływające dni zamieniły się w jeden nie kończący się koszmar, jakby czas był gumą, którą można rozciągać w nieskończoność albo kisielem z nasion kidawu, okropnie gęstym, zaklejającym usta, aż nie możesz oddychać: dni, choć nie minęło ich wiele, krępowały Ilę, ciągnęły na dno, tamowały oddech, nie widziała końca swego cierpienia. – ortograficzny?
A to prowadzi nas do innej kwestii. Pomiędzy Komputerem Głównym a androidami istnieje silna, chociaż nie zrozumiała dla nas więź. – i kolejny?
Ayri i Mava czekały pewnej odległości. – literówka?; zatem i te trzeba dokładnie prześledzić do końca
Opowieść wzruszająca, piękna, moralizatorska; miejscami pełna dramatyzmu oraz napięcia i grozy; dobrze że dałaś zakończenie, niosące ogromną nadzieję. :) Podoba mi się i ten świat, i zasady, i mieszkańcy, i zachowania oraz przyjaźń obu dziewczynek. :) Moim zdaniem Twoje opowiadanie byłoby znakomitą kanwą dla rewelacyjnego filmu SF, czego serdecznie Ci życzę. ;)
Klikam podwójnie, pozdrawiam serdecznie, powodzenia przy nominacjach. :)
Pecunia non olet
Dzięki, bruce, cieszę się, że ci się podobało. Jutro wezmę się za poprawki :-)
Powodzenia. 
Pecunia non olet
Cześć, pusia
Jestem pod wrażeniem spójności świata, który zbudowałaś. Stworzenia wymyślone przez Ciebie i ukazane obrazowo, miałem przed oczami, byłem w Twojej opowieści. Pokazujesz nie tylko relacje międzyludzkie, przyjaźń dziewczynek, ale również problemy natury egzystencjalnej. Corrax, organizm, w którym jajo (jako symbol życia), jest źródłem z którego korzystają ludzie.
Zderzenie ludzi i tych dziwnych, wyzysk i nierówności społeczne.
Widać dobry warsztat. Napisałaś opowiadanie w bardzo przystępnej formie. Język jest naturalny, niewymuszony, oraz bohaterowie są żywi. Dialogi robią też super robotę – spontaniczne, jak w życiu codziennym.
Nominuję do piórka i klikam do biblioteki.
Pozdrawiam
Hesket: Dzięki wielkie, cieszę się:-)