– Na Boga, mistrzuniu! Litości!
– Cicho! Sztuka wymaga poświęceń! – malarz przerwał brodaczowi i dalej w skupieniu tworzył jego portret.
– Ileż mam tak klęczeć? Noga całkiem zdrętwiała, o wyciągniętej ręce już nawet nie wspomnę… – biadolił tamten.
– Chcesz, by twa podobizna pojechała do samego cesarza Franciszka Józefa i ozdabiała ściany jego pałacu? To pozuj z pokorą i przestańże wreszcie mazgaić się, niczym baba! – Matejko spojrzał gniewnie na alchemika, lecz malował nadal.
– Auuuć!
– Cóż znowu?
– Iskra z kominka opaliła mi stopę! – Brodacz zerwał się z podłogi i wskazał ze wzburzeniem nogę, podskakując na drugiej.
– Sędziwoju, muszę przed północą skończyć obraz, bo mi rodzina z głodu pomrze!
– A co? „Rejtan” się Paryżanom nie spodobał? – Michał mrugnął z szatańskim uśmiechem. – Za małoś mu szat kazał rozdzierać na piersiach, od razu mówiłem… Trzeba było krwią pokropić tu i ówdzie. Wtenczas by płótno kupiono.
Matejko spochmurniał na samo wspomnienie o niepowodzeniu. A potem niedbale poprawił rozchełstaną, poszarzałą już nieco i poplamioną farbami koszulę.
Za drzwiami rozległ się rwetes.
– Zapomniałbym! – zawołał z przestrachem artysta. – Przez twoje narzekania, Michale Sędziwoju, wypadło mi z głowy, że przecież zaprosiłem tu też jaśnie panującego…
– …Zygmunta, z Bożej łaski: króla Polski i wielkiego księcia litewskiego, ruskiego, pruskiego, et cetera, et cetera… – przerwał mu władca, wkraczając do sali i spoglądając z gniewem. – Jakże to, mistrzu?! Mam ci pozować do, jak sam go nazwałeś – czerpiąc maksymę rzekomo z ksiąg jakowegoś tajemniczego odkrywcy – „debeściarskiego i kultowego portretu”, cokolwiek to znaczy, błagasz mnie przez szmat czasu, ja wreszcie się zgadzam, odkładam na czas dalszy walkę o szwedzki tron ojcowski, tudzież – niezmiernie uciążliwe roszczenia terytorialne ościennych sąsiadów Rzeczypospolitej, a ty najpierw rozprawiasz o wspólnym dziele z… aptekarzem?! – Obdarzył alchemika niechętnym spojrzeniem, po czym tupnął.
– Wybacz, Najjaśniejszy Królu… – wyjąkał z pokorą Matejko, kłaniając się i odsłaniając część klatki piersiowej.
– I w ogóle, cóż to za porządki?! Mości panie Janie! Cóż to za strój?! – Zygmunt Trzeci Waza popatrzył na malarza wzburzony. – Odziejże się porządnie, jak Pan Bóg przykazał, kiedy monarchę do pracowni zapraszasz! Bo, gdyby nie obietnica objawienia cudu prawdziwego, moja noga nigdy by progu tego domu nie przekroczyła! Zawsze zresztą powtarzałem: Warszawa prędzej na stolicę królestwa się nada, niźli ów, tak skłonny do pożarów i tak bardzo oddalony od mej lubej Szwecji, Kraków!
Nagle jego wzrok zatrzymał się na przedmiocie, wciąż trzymanym w dłoni przez Sędziwoja.
– Cz-y-y to…? – nie zdążył dopytać, rozdziawiwszy jedynie usta.
– Złoto! Najprawdziwsze, najszczersze złoto! Cud! – wykrzyknął triumfalnie marszałek wielki koronny, Mikołaj Wolski, wkraczając za królem, po czym zwrócił się do panującego, wskazując skaczącego brodacza: – Wasza Wysokość, to właśnie o nim ci opowiadałem. To jego otaczam opieką, hojnie sponsorując wszelakie badania, prace i doświadczenia. Michał Sędzimir Sędziwój, wybitnie uzdolniony lekarz i odkrywca. Herbu Ostoja – dodał po chwili z naciskiem.
Skaczący na nodze alchemik przystanął i ukłonił się pokornie, wciąż wysuwając ku Zygmuntowi dłoń ze złotą monetą.
Na słowa Wolskiego do komnaty wpadła reszta świty monarszej. Spoglądali chciwie na pieniądz, podziwiając go w niemym zachwycie.
– Teodoro, przyjdziesz tu wreszcie!? – zawołał niespodziewanie Matejko.
Przez drzwi wtoczyła się dostojna matrona z wrzeszczącym niemowlęciem na ręku.
– Mężu, wzywałeś? – zapytała artystę.
– Miałaś mi pozować do obrazu, nie pamiętasz? – z wyrzutem stwierdził Matejko, po czym dodał, nad wyraz zdenerwowany: – Północ dochodzi, zaraz wyczarowany przez Sędziwoja portal zamknie się na zawsze i trzeba będzie wrócić do naszych czasów, a ja mam ciągle tylko zarys postaci…
– Urodziłam ci właśnie córkę, Helenkę – skwitowała, patrząc wyniośle i lekko unosząc ryczące nadal dziecko.
– Będzie twą ulubienicą – dodał na ucho malarzowi Michał Sędziwój.
Matejko uśmiechnął się serdecznie.
– Dobrze, kochana moja, już dobrze. A zatem stań na chwil tylko kilka, machnę twój portret raz-dwa! Tyle, że bez owego słodkiego dziecięcia.
To powiedziawszy, naszkicował szybko wizerunek małżonki, kiwnął jej na pożegnanie, kiedy wychodziła z pracowni.
Udawał przy tym, że nie słyszy złorzeczeń Teodory Matejkowej:
– Jak ci jeszcze jakowaś lafirynda w głowie zawróci, życie sobie odbiorę! Jak mi Bóg miły! Odbiorę!
Zgromadzeni przenieśli na moment wzrok ze złotej monety na zafrasowanego wielce malarza, pokazując mu swe wzburzenie.
– Cóż to za dyrdymały! – próbował się bronić, uśmiechając niepewnie. – Wierny jej zawsze byłem, jestem i będę! Zapewniam!
Sędziwój popatrzył na artystę ze smutkiem i tylko głową pokiwał, bo wiedział już, co czeka Matejków. Jako przebiegły czarodziej znał bowiem przyszłość równie dobrze, jak przeszłość i teraźniejszość.
– Długoż będę jeszcze czekać?! – Król nagle przypomniał sobie o zaproszeniu do pozowania i o zaniedbywaniu jego najjaśniejszej osoby.
Nieoczekiwanie zegar zaczął wybijać północ.
– Nie zdążę! – jęknął Matejko. – Zaraz portal przeniesie mnie na powrót do roku tysiąc osiemset sześćdziesiątego siódmego i nie stworzę rozpoczętego dzieła! Michale, nie mógłbyś zatrzymać wskazówek, albo cofnąć ich o jakoweś dwanaście godzin? – Spojrzał prosząco na alchemika.
– Mistrzuniu, twój czas już dobiegł końca. Oddychaj życiodajnym gazem, któregom opisał w swych licznych pismach, i – bywaj!
– Błagam! Przecież ty możesz wszystko…
Na te słowa, pochodzące z ust tak wybitego artysty, Michał Sędziwój uśmiechnął się szeroko. Nie chciał pozostać wszak w pamięci potomnych jedynie odkrywcą tlenu i fałszywym wytwórcą złota. Znał swe rozległe, magiczne talenty.
Skinął głową. Przy ciągłym biciu zegara wysunął z kieszeni telefon komórkowy, umieścił na statywie i uruchomił aparat fotograficzny. Potem, ku zdumieniu wszystkich, odbiegł, uklęknął raz jeszcze na podłodze przed kominkiem i wyciągnął do zebranych dłoń ze złotą monetą.
Król ze świtą pochylili się nad nim, pilnie spoglądając na drogocenny kruszec.
– Zdjęcie prześlę ci pocztą międzyportalową! Namalujesz zeń, bez żadnego ambarasu, całą resztę! – zawołał alchemik na pożegnanie do znikającego Matejki, nim ten przepadł na wieki.
Jan Matejko, „Alchemik Sędziwój i Zygmunt III”, 1867 r,; obecnie: Muzeum Sztuki w Łodzi, Wikipedia
Anonimie, niewiele ponad sześć i pół tysiąca znaków to jeszcze nie opowiadanie. Bądź uprzejmy zmienić oznaczenie na SZORT.
Na tym portalu opowiadania zaczynają się od dziesięciu tysięcy znaków.
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Przepraszam, Regulatorzy… 

Pozdrawiam. 
Pecunia non olet
Anonimie, ależ nie masz za co przepraszać. Wszak nie stało się nic strasznego. :)
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Ja zawsze coś zrobię nie tak… 
Pecunia non olet
Przesadzasz, Anonimie, to się może przydarzyć każdemu. :)
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Umyka mi to zbyt często, co za wstyd…
Znowu tyle razy skracałam, że ostatecznie nie sprawdziłam ilości znaków…
Przepraszam i dziękuję Ci niezmiennie za wyrozumiałość. 
Pecunia non olet
Anonimie, naprawdę nie ma powodu do wstydu, nie przesadzaj i wyluzuj. :)
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Dziękuję. 
Pecunia non olet
Zabawny szort. Przypomnieli mi się Goście, goście. Spodobał mi się zwrot: – Mistrzuniu, twój czas już dobiegł końca. Oddychaj życiodajnym gazem, któregom opisał w swych licznych pismach, i – bywaj!
Nie ma to jak dobra rada :-)
i – bywaj, jak wisienka na torcie.
Klik
Pozdrawiam
Anonim dziękuje bardzo Hesketowi i pozdrawia. :)
Pecunia non olet
Serwus,
Dobry szorcik, podoba mi się. Fajna historyjka i ładnie napisana. Szczególnie wpadły mi w oko co niektóre słowa (biadolił, przestańże, rwetes, dyrdymały i inne).
Pozdrawiam i klikam.
rr
Hejka!
Świetne wykorzystanie postaci historycznych i zabawa faktami. Dialogi mają fajny rytm, humor nie jest wymuszony, a pomysł z portalem i zdjęciem na końcu naprawdę mnie rozbawił. Bardzo udana, lekka i inteligentna zabawa historią.
Pozdrawiam i klikam!
Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.
Betweenthelines, Robercie Raksie, anonim kłania się w pas, pozdrawia i dziękuje Wam bardzo. :)
Pecunia non olet
Napisane sprawnie, ale nie porwało mnie.
Wrzucę do biblio, bo sprawnie napisany technicznie tekst bo język moim zdaniem, popranwy, trochę jest archaizmów ale dobrze podany z nowoczesną polszczyzną, choć nie do końca trafił do mnie humor, chyba dlatego w odbiorze słabo. Ot, scenka historyczna. Oczekiwałem jakiejś ciekawej puenty, doceniam próbę fajnego twistu, choć przez zagęszczenie postaci, tak to nie wybrzmiewa.
Doceniam wiedzę historyczną i wykorzystanie obrazu.
Patrząc jednak na tekst stricte przez pryzmat formy szorta, muszę się przyczepić do jednej rzeczy: Anonimie, spróbowałaś/eś zmieścić zbyt wiele srok za ogon w szorcie. W szorcie dostajemy:
Matejkę, Sędziwoja, króla Zygmunta III, jego liczną świtę (Mniszech, Wolski, błazen, kapelan), a na dokładkę Teodorę z płaczącym niemowlęciem.
Przez to zagęszczenie postacie momentami stają się jedynie pretekstowymi rekwizytami do rzucania kolejnych anachronizmów, zamiast żywymi uczestnikami dynamicznej sceny. A mogło być lepiej :)
Szczególnie wątek pretensji żony Matejki, choć biograficznie trafny, w tak krótkiej formie niepotrzebnie rozmywa główną oś fabuły, czyli relację malarza z alchemikiem. Gdyby odchudzić tę komnatę z nadmiaru statystów i skupić się na esencji, finałowy gag ze smartfonem i "pocztą międzyportalową" uderzyłby znacznie mocniej.
Mimo to kliknę.
Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"
Anonim dziękuje Melendurowi i przyznaje, że odchudził tekst zbyt mocno.
Pecunia non olet
Któż to może się kryć pod tym anonimem, no któż ;)
Trochę zgadzam się z melendurem, że dużo tych postaci w małej izbie, ale jak zawsze doceniam pewien aspekt dydaktyczny :)
Those who don't believe in magic will never find it
Jak zawsze, miło mi czytać Twoją opinię i dziękuję stukrotnie, OldGuard. 

Pecunia non olet
Ja również doceniam, bo choć mam inną optykę, to nie sposób ocenić wartość dydaktyczną :) Doceniam wiedzę i chęć, pamietaj Anonimie ;)
Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"
Pamiętam, Melendurze88, i dziękuję. :)
Pecunia non olet
– Ileż mam tak klęczeć? Noga całkiem zdrętwiała, o wyciągniętej ku przodowi ręce już nawet nie wspomnę…
Wyciągnięta ku przodowi ręka zabrzmiała mi trochę nienaturalnie w wypowiedzi bohatera. Skróciłbym chyba, pozbywając się tego ku przodowi.
W ocenie blisko mi do tego, co napisał melendur88. Tekst poprawny, jakościowo podany, ale korowód postaci i żonglerka odniesieniami do historii nieco przytłacza, zważywszy na tak krótką formę. Skończyłem czytać, będąc nieco zmęczonym, a to nawet nie siedem tysięcy znaków. :)
Natomiast! Lektura zmusiła mnie do wyguglania tego i owego, za co dziękuję i co szanuję. :)
Kliken.
Dziękuję, Barniuszu, pozdrawiam, poprawię, skoro tyle jest podobnych opinii. :)
Pecunia non olet
Zabawne. Lubię historyczne odniesienia.
MisEn
MisEnthropy, dziękuję i pozdrawiam. 
Pecunia non olet
Nawet zabawne. Trafiło się parę błędów interpunkcyjnych i innych rzeczy, które mi zgrzytały, jak nawiasy w dialogach, ale ogólnie rzecz biorąc, czytało się okej. Trochę dziwne wydało mi się, że Teodora, znajdując się w obcym miejscu – bo to przecież nie było mieszkanie Matejków, tylko zamek królewski, prawda? – nie trzyma się blisko męża, tylko gdzieś tam włóczy z dzieckiem na ręku, ale to drobiazg.
Rozdzióbią nas kruki, wrony i ptaki ciernistych krzewów.
Dziękuję, Bolly.
Nawias był jeden i został teraz usunięty.
Trochę dziwne wydało mi się, że Teodora, znajdując się w obcym miejscu – bo to przecież nie było mieszkanie Matejków, tylko zamek królewski, prawda? – nie trzyma się blisko męża, tylko gdzieś tam włóczy z dzieckiem na ręku, ale to drobiazg.
Nie, mowa jest wyraźnie o pracowni, do której zaproszono króla, oraz o niedawnym urodzeniu dziecka. Matejko miał to zmienić dopiero wracając do swoich czasów, kiedy to pododawał to i owo, wzorując się na przesłanym zdjęciu. :)
Pozdrawiam.
Pecunia non olet
Anonimie, hłe, hłe, hłe, Anonimie… Przeczytałam z wielkim ukontentowaniem i suponuję, że na kolejne miniatury konceptu Aśćce nie zbraknie. :)
Obdarzył alchemika niechętnym spojrzeniem, po czym tupnął nogą. → Zbędne dookreślenie. Czy można tupnąć nie używając do tego nogi?
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Dziękuję. 

Pozdrawiam ciepło, Regulatorzy. 
Pecunia non olet
Bardzo proszę, Anonimie. :D
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Nie, mowa jest wyraźnie o pracowni, do której zaproszono króla, oraz o niedawnym urodzeniu dziecka. Matejko miał to zmienić dopiero wracając do swoich czasów, kiedy to pododawał to i owo, wzorując się na przesłanym zdjęciu. :)
Nie rozumiem. Skoro to Matejkowie zniknęli, gdy portal się zamknął, a nie król ze świtą, to jak to mogła być pracownia malarska Matejki?
Rozdzióbią nas kruki, wrony i ptaki ciernistych krzewów.
Nie rozumiem. Skoro to Matejkowie zniknęli, gdy portal się zamknął, a nie król ze świtą, to jak to mogła być pracownia malarska Matejki?
Drogi Bolly,
Ja także nie rozumiem Twojego poprzedniego pytania:
Trochę dziwne wydało mi się, że Teodora, znajdując się w obcym miejscu – bo to przecież nie było mieszkanie Matejków, tylko zamek królewski, prawda? – nie trzyma się blisko męża, tylko gdzieś tam włóczy z dzieckiem na ręku, ale to drobiazg.
Skoro przecież w tekście jest wyraźnie zapisane:
– Zapomniałbym! – zawołał z przestrachem artysta. – Przez twoje narzekania, Michale Sędziwoju, wypadło mi z głowy, że przecież zaprosiłem tu też jaśnie panującego… (…)
– Odziejże się porządnie, jak Pan Bóg przykazał, kiedy monarchę do pracowni zapraszasz! Bo, gdyby nie obietnica objawienia cudu prawdziwego, moja noga nigdy by progu tego domu nie przekroczyła! (…)
– Urodziłam ci właśnie córkę, Helenkę – skwitowała, patrząc wyniośle i lekko unosząc ryczące nadal dziecko. (…)
To powiedziawszy, naszkicował szybko wizerunek małżonki, kiwnął jej na pożegnanie, kiedy wychodziła z pracowni.
Pozdrawiam serdecznie. :)
Pecunia non olet
To czy wraz z zamknięciem portalu nie powinni raczej zniknąć, tj. przenieść się do swoich czasów, Zygmunt, Sędziwój i cała reszta? Bo mamy tu coś takiego:
– Nie zdążę! – jęknął Matejko. – Zaraz portal przeniesie mnie na powrót do roku tysiąc osiemset sześćdziesiątego siódmego i nie stworzę rozpoczętego dzieła!
Czy w XVII wieku pracownia Matejki już istniała?
Rozdzióbią nas kruki, wrony i ptaki ciernistych krzewów.
Bolly, ja zapytam odwrotnie – czy naprawdę z opowiadania odczytałeś, że to król zapraszał Matejkę do siebie, że mistrz miał tam pracownię, a jego żona obok rodziła córkę Helenkę? :)
Czy w XVII wieku pracownia Matejki już istniała?
A czy w XVII wieku istniał Matejko oraz jego żona i dzieci? :)
Pecunia non olet
Motyw podróży w czasie zawsze mnie przerastał. XD
Rozdzióbią nas kruki, wrony i ptaki ciernistych krzewów.
Zręczna “odpowiedź”. ![]()

Nieustannie pozdrawiam. :))
Pecunia non olet
Bruce, jak zwykle przybliżasz którąś postać historyczną, wykazując przy tym ogromną empatię w stosunku do niej. Tym razem załapał się cały tłum.
A gdzie ten kamień filozoficzny Sędziwój schował? ;-)
Babska logika rządzi!
Ciekawy wypad w kierunku naszego złotego wieku:)
Mam wątpliwość, czy jednak nie “et caetera”?
Jeśliby trzymać się realiów epoki, to dałbym też “Najjaśniejszy Panie” albo “Wasza Królewska Miłość” zamiast “Najjaśniejszy Królu”. Tak nigdy nikt nie mówił – chyba, że to celowa modyfikacja.
Pozdrawiam serdecznie!