- Opowiadanie: Lesnylutek - Kto następny straci ptaka?

Kto następny straci ptaka?

Pomysł zakiełkował pod wpływem ostatnich wydarzeń w relacjach naszego kraju z umęczonym wojną sąsiadem. Głębszy historyczny research był dla mnie szokiem, czemu postanowiłem dać upust w tym tekście. Rozszyfrowanie wszystkich postaci nie powinno być zbyt trudne. Pozdrawiam.  

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Kto następny straci ptaka?

Knajpa „Pod Białym Ptakiem” się zwała, co jednych bawiło, innych drażniło, a większość stałych bywalców miała w… głębokim poważaniu.

Nad barem wisiał orzeł. Biały był już raczej z przyzwyczajenia niż z koloru, bo sadza z pieca, dym z cygar i ogólna atmosfera lokalu robiły swoje, ale ciągle dało się poznać, że nie chodzi o żadną kurę, koguta ani inny ptasi przypadek. Kelner co jakiś czas przecierał go szmatą, bardziej z obowiązku niż z przekonania. Złośliwcy komentowali wtedy, że to śmierdzące narzędzie czyszczące w sumie dobrze pasuje do tego podupadłego okazu ornitologicznego.

Kaśka z wielkim kubkiem w dłoni siedziała pośrodku, jakby sala była jej gabinetem, a wszyscy obecni – mniej lub bardziej zużytymi narzędziami autorskiej polityki zagranicznej.

– Kaśka, ty byś chociaż raz usiadła gdzie indziej – powiedział Staszek z końca stołu. – Od dwustu lat zajmujesz środek.

– Stasiu, a ty, gdybyś miał jaja, a trochę mniej pociągu do cudzych dworów i ponętnych dupek na tychże dworach, to może twoja ojczyzna nie skończyłaby w częściach – odpowiedziała, nie podnosząc wzroku znad kubka.

Staszek zmarszczył brwi i przełknął zniewagę.

– Ja broniłem dawnego porządku – powiedział w końcu.

– Uhm, jasne, a w Petersburgu ja broniłam przed tobą mojego dziewictwa i patrz, jakoś mi znowu dziwnie nie wyszło! – zadrwiła Kaśka, rechocząc przy tym lubieżnie.

Siedzący obok Staszka Franek parsknął w kubek.

– A ty mi się tu, Franek, głupio nie śmiej – wtrąciła Kaśka. – Tobie też dawny porządek dziwnie często przychodził z rosyjską eskortą.

– Ja byłem wojskowy, ja oceniałem sytuację taktycznie – burknął Franek.

– Oceniałeś znakomicie. Zawsze wiedziałeś, po której stronie jest wygodniej stać, żeby nikt przypadkiem nie pomylił cię z bohaterem.

Sewerynek poruszył się niespokojnie, bo rozmowy o staniu po właściwej stronie uważał za niepotrzebnie osobiste.

– Proszę nie wrzucać wszystkich do jednego worka. Były różnice.

– Były – przyznała Kaśka. – Jeden pisał ładniej, drugi kłaniał się głębiej, trzeci dłużej tłumaczył, że to wszystko z miłości do kraju. Bardzo ważne różnice.

Adaś, który przez całą tę wymianę przyglądał się blatowi, jakby szukał tam porządku obrad, odezwał się ostrożnie:

– Ja tylko przypomnę, że są sytuacje, w których człowiek wykonuje funkcję publiczną w warunkach presji.

– Adaś, to jest piękne zdanie – powiedziała Kaśka. – naprawdę tak się wzruszyłam, że aż żałuję tego, co wam narobiłam!

Franek gwizdnął cicho. Sewerynek spojrzał w bok. Staszek wypił za dużo naraz i zakaszlał.

– Marszałek nie jest od historii – powiedział Adaś.

Przy piecu siedział Józek w sutannie, chudy, spięty, z twarzą człowieka, który wciąż liczy, że jeżeli będzie milczał wystarczająco długo, uwaga otoczenia przejdzie na kogoś innego.

– Józiu, ty też coś powiedz – rzucił Benek z przeciwnego końca stołu. – W końcu u ciebie też było i święcenie, i wieszanie, twoja firma miała dość szeroki zakres usług.

– Nie będę komentował szyderstw – odszczeknął Józek.

– Ty w ogóle wielu rzeczy nie komentowałeś w porę – mruknął kelner, przechodząc z dzbankiem.

Józek obejrzał się na niego z urazą.

– To jest lokal czy trybunał?

– Zależy od rachunku – powiedział kelner. – Jak ktoś nie płaci, może zrobić się i trybunał.

Do środka wszedł Iwanek (zwany listopadowym). Nie spieszył się. Nigdy się nie spieszył, bo ludzie jego rodzaju przywykli, że to inni ustępują im z drogi. Zdjął rękawice, usiadł ciężko obok drugiego Iwana (namiestnikowego) i ciężko westchnął.

– Znowu to samo? – spytał Iwanek. – Order, hańba, kto pierwszy, kto gorszy?

– A chciałbyś o czymś innym? – zapytał Benek. – O pogodzie?

– Ja tylko wykonywałem zadanie wojskowe.

Drugi Iwan skinął głową.

– Państwo musi odpowiadać na bunt.

– Powstanie – powiedział Adaś, trochę ciszej niż zamierzał.

Iwanek spojrzał na niego.

– Co?

– Powstanie. Tak się zwykle mówi, kiedy własne wojsko i własny kraj mają dość cudzej smyczy.

– Adaś, proszę – odezwał się Staszek. – Nie udawaj teraz patrioty, bo robi się niezręcznie.

Kaśka roześmiała się krótko.

– Nie przeszkadzajcie mu. Jak ktoś po dwóch wiekach zaczyna rozumieć różnicę między buntem a powstaniem, to mamy ewidentny dowód na to, że jednak trzeba wspierać edukację wczesnoszkolną!

Kostek, który siedział przy drzwiach i co kilka minut mimowolnie nasłuchiwał kroków z korytarza, odsunął kubek.

– Dyscyplina była potrzebna. Królestwo bez dyscypliny rozpadłoby się jeszcze szybciej.

Benek, który od kilku minut czekał na moment, by znowu przejąć scenę, wstał. Poprawił pas, choć pas nie wymagał poprawiania, wysunął dolną szczękę do przodu, choć wydawało się to już niemożliwe i rozejrzał się z miną człowieka szukającego balkonu. W knajpie balkonu nie było od dawna. Po jego (Benka, nie balkonu) pierwszej wizycie wymontowano wszystkie wystające elementy architektoniczne.

– Ja proponuję, żebyśmy nie dawali się wciągać w te żałosne polskie sentymenty – powiedział. – Trzeba spojrzeć szerzej, europejsko.

– Benek, jak ty mówisz „europejsko”, to ja bym zaraz sprawdzała, czy twoje wojska właśnie nie palą przygranicznych wiosek we wszystkich sąsiednich krainach – rzuciła Kaśka.

– Moje państwo miało wizję!

– I czarne koszule!

Przy piecu poruszył się Heniek w purpurze.

– Myślę, że nie powinniśmy mieszać tu spraw duchownych z politycznymi – powiedział.

– Heniu, ty tego „nie mieszajmy” używasz częściej niż kucharz chochli – odpowiedziała Kaśka. – Zresztą zwykle wtedy, kiedy coś nieświeżego i nieciekawie zalatującego już dawno pływa w zupie.

W rogu stało puste krzesło z kartką: „Stasiu od kluczy”.

– On jeszcze nie przyszedł? – spytał Franek.

– Nie – odpowiedział kelner. – Ale ma rezerwację.

Kaśka przeczytała kartkę i pokiwała głową.

– Stasiu od kluczy. Ładne. Taki człowiek od korytarzy, drzwi, sekretów i cudu niepamięci.

– No co ty tak się… dziwisz? Pamięć to sprzedajna kurwa – burknął Franek.

W tej chwili drzwi knajpy otworzyły się i wszedł Janek. Kilku obecnych odruchowo się wyprostowało. Benek nawet niemal wstał, ale usiadł zaraz z powrotem, bo przypomniał sobie, że to nie plac i nikt nie bije braw.

– Nie lękajcie się – powiedział wchodzący.

Benek parsknął pierwszy.

– No proszę, to mamy hasło wieczoru. Dziś będzie jakiś stand-up?

Kaśka spojrzała na Janka spokojniej niż na innych, co nie znaczyło łagodniej.

– Piękne zdanie, Janek. Tylko wiesz, najgorzej jest wtedy, kiedy ludzie naprawdę nie powinni się lękać mówić, a jednak się lękają. A nawet jak mówią i błagają o pomoc, to niektórzy są głusi.

Janek usiadł trochę z boku, nie obok Heńka, ale też nie bardzo daleko od niego.

– Ludzie potrzebowali nadziei – powiedział.

– Potrzebowali – zgodziła się Kaśka. – Czasem potrzebowali też, żeby ktoś ważny nie odwracał głowy…

– Nie każdy wiedział wszystko.

Kelner, który właśnie przecierał ladę, nawet nie podniósł wzroku.

– To drugie najczęściej wymawiane zdanie w tym lokalu.

Janek spojrzał na niego.

– A pierwsze?

– „To były inne czasy”.

 

Stojące na barze stare radio zatrzeszczało w żałosnej próbie złapania czystego sygnału. Kelner pochylił się nad nim, lekko wyregulował (czyli trzasnął łapą z góry) i huknął do obecnych:

– Ciszej bądźcie! Chyba już się zaczęło! Debata – mruknął, przykładając ucho do radia – publiczna. Nawet bardzo publiczna, bo wszyscy mówią naraz i nikt nie słucha.

– To nie debata, tylko polska forma liturgii – mruknął Heniek w purpurze.

Kaśka od razu odwróciła głowę.

– Heniu, ty lepiej nie zaczynaj od liturgii, bo ci zaraz ministranci z szafy powypadają.

Kelner podniósł palec, uciszając rozmowy.

– Cicho. Temat: „Kto następny ma stracić ptaka”.

Przy stole zrobiło się sztywniej.

Orzeł nad barem wisiał tak samo jak wcześniej, tylko teraz wszystkim wydał się nagle cięższy.

– Jakiego ptaka? – spytał Staszek, ale zrobił to głosem człowieka, który doskonale wie, jakiego.

– Tego od honoru – powiedział kelner. – Tego, co miał siadać na ramionach zasłużonych, a czasem przysiadał na takich, po których potem trzeba było wietrzyć salę.

– Symbol państwowy wymaga powagi – powiedział Adaś.

Kaśka roześmiała się krótko.

– Adaś, symbol państwowy wymaga przede wszystkim, żeby mu nie robić z piór wycieraczki.

Radio zatrzeszczało. Z wnętrza aparatu wydobył się urwany głos prowadzącego, suchy i podniecony, jakby ktoś czytał akt oskarżenia w programie rozrywkowym.

– „Dzisiejsze pytanie brzmi: czy odznaczenia nadane postaciom historycznie obciążonym powinny pozostać częścią tradycji, czy też państwo ma obowiązek symbolicznego oczyszczenia własnego porządku honorowego…”

– Oho – powiedział Franek. – Jak zaczynają od „symbolicznego”, to znaczy, że poza krzyczeniem pod motłoch nic nie zrobią.

– Poczekaj – syknął kelner. – Będą punkty.

– Jakie punkty? – spytał Benek.

– Za obrzydliwość ogólną, za zdradę, za cudzą krew, za własne wygody, za milczenie, za mundur, za sutannę, za pałkę, za podpis i za to, czy do dziś ktoś się boi powiedzieć, że król był nagi, a kardynał nieświeży.

– To jest chamstwo – powiedział Heniek.

– Nie, Heniu – odparła Kaśka. – Chamstwo jest wtedy, kiedy cham się pcha do salonu. Tu salon dawno spłonął, zostały rachunki krzywd. Ty myślisz, że jak klaun wejdzie do pałacu, to staje się królem? To zapamiętaj, że to pałac staje cyrkiem!

Kelner nagle przywarł do radia tak mocno, że prawie wsadził ucho między kratki głośnika.

– Jest! Pierwszy ten od balkonu.

Benek poprawił pas, choć nikt go o to nie prosił. Wyciągnął szczękę.

– Mówili o mnie? – spytał z nadzieją.

– O tobie, ale bez nazwiska. Bardzo ładnie: „południowy amator marszów, oleju rycynowego i czarnych koszul, obdarzony ptakiem w czasach, kiedy Europa jeszcze udawała, że nie czuje smrodu benzyny”.

Benek zrobił minę obrażonego posągu.

– To jest redukcja wielkiej idei państwowej.

– Benek, twoja wielka idea państwowa miała rozmiar pałki i gust magazyniera tandetnych mundurów – powiedziała Kaśka.

Kelner nasłuchiwał dalej.

– Narodowcy dali ci jeden punkt.

– Jeden? – Benek aż się zachłysnął. – Tylko jeden?

– No, bo mają kłopot. Z jednej strony obcy dyktator, z drugiej strony porządek, mundury, dyscyplina, wrzaski z balkonu. Oni wierzą, że wartość wypowiedzi jest wprost proporcjonalna do poziomu jej decybeli.

– To niesprawiedliwe – burknął Benek.

– Najgorzej wypadasz u tych, których twoi chłopcy lubili gonić po ulicach – mówił kelner. – Tu dali ci maksa. Cały komplet. Bez dyskusji. Prowadzący mówi, że „społeczności prześladowane przez aparat przemocy nie widzą powodu, by państwowy ptak dalej siedział na ramieniu człowieka, który uważał ich za błąd w krajobrazie”.

– Tania propaganda – burknął Benek.

Radio trzasnęło. Kelner walnął je znowu.

– Teraz ten w bieli.

W sali zrobiło się inaczej. Nawet śmiech gdzieś się cofnął. Janek siedział trochę z boku, jakby z przyzwyczajenia zostawiał sobie przejście do tłumu i do zakrystii jednocześnie. Nie poruszył się.

– Nie musicie – powiedział cicho.

– Właśnie musimy – odpowiedziała Kaśka. – Za długo było „nie musicie”.

Kelner ściszył głos.

– „Postać o światowym znaczeniu, ojciec nadziei, głos wolności, twarz pokolenia, a jednocześnie coraz cięższe pytania o to, ile wiedział, czego nie chciał wiedzieć i komu łatwiej było uwierzyć: dzieciom czy swoim ludziom w koloratkach”.

Heniek w purpurze od razu się poruszył.

– To jest niegodne.

Kelner znów relacjonował:

– U wiernych starszej daty masz zero. Mówią: nie ruszać, bo się świat zawali. U młodszych różnie. Jedni mówią, że można kochać pieśni i pamiętać place, ale nie trzeba z tego robić zasłony przeciwko krzywdzie. U skrzywdzonych masz wynik najwyższy. Bez komentarza. Prowadzący próbował zapytać, czy to nie zbyt surowe, ale jakaś kobieta w studiu powiedziała, że surowe było dzieciństwo tych, którzy słyszeli, że mają nie niszczyć Kościoła swoją prawdą.

Nikt się nie odezwał.

Radio znów zaskrzeczało.

– Teraz purpura – powiedział kelner.

Heniek wyprostował się, ale bez pewności.

– Nie życzę sobie.

– Heniu, tu nikt niczego sobie nie życzy – powiedziała Kaśka. – Tu się dostaje według zasług, czyli najczęściej za późno.

Kelner przycisnął radio do ucha.

– „Wysoki dostojnik, twarz pojednań, człowiek salonów i ceremonii, którego życiorys po latach zaczął wydzielać zapach zgniłego archiwum”.

Heniek uderzył dłonią w stół.

– To jest pomówienie.

– W radiu mówią „ustalenia, raporty, świadectwa, zaniechania” – odparł kelner. – Ale mogę ci przetłumaczyć na wasz język: bolesna materia wymagająca modlitwy i refleksji.

Kaśka roześmiała się ostro.

– I najlepiej bez nazwisk, bez dat, bez dokumentów, bez winnych i oczywiście to, co lubicie najbardziej – bez materialnych rekompensat.

– U świeckich wysoko – mówił kelner. – U ludzi od praw człowieka bardzo wysoko. U kościelnych emerytów zero, bo „nie wolno kopać grobów”. Ktoś w studiu odpowiedział, że groby są akurat bezpieczne, gorzej z żywymi, których zakopywano milczeniem.

Józek szarpnął się.

– To jest atak na Kościół.

– Nie, Józiu – powiedział kelner. – Atak to był wtedy, kiedy słabszy trafiał na silniejszego i potem miał przepraszać, że krwawi na dywan. To jest rachunek.

– Kelner robi się nam tu domorosłym filozofem – mruknął Franek.

Radio znowu złapało czystszy sygnał. Teraz głos prowadzącego był niemal wesoły.

– „Przechodzimy do starszej grupy odznaczonych. Tu problem jest szczególny, ponieważ ich winy stały się częścią podręcznikowej dekoracji. Mamy króla od obiadów, hetmana od obcej opieki, biskupa od szubienic, feldmarszałków od pacyfikacji i ludzi, którzy po każdym upadku tłumaczyli, że przecież ratowali, co się dało”.

Staszek pobladł.

– Król od obiadów?

– Ładne – powiedziała Kaśka. – Krótkie. Nawet eleganckie. Chociaż ja bym dodała: od obiadów, portretów i cudzych sypialni.

– Nie będę tego słuchał – powiedział Staszek.

– Będziesz – odparł kelner. – W tym lokalu wszyscy słuchają do końca, jakby tak można było sobie wybrać, kiedy przerwać, to byłby raj!

Sewerynek, dotąd cichy, poruszył się niespokojnie.

– Nie można wszystkich tych spraw zrównywać. Były różne motywacje.

– Były – powiedziała Kaśka. – Jedni brali ruble z przekonania, drudzy z troski, trzeci z lęku, czwartym wypadły z kieszeni akurat przy ambasadzie. Bardzo różne motywacje.

Radio trzeszczało, ale kelner wyławiał sens z wprawą człowieka, który całe życie słyszał kłamstwa przez ścianę.

– Król od obiadów dostaje wynik mieszany. Za kulturę trochę odjęli. Za słabość dodali. Za zależność dodali. Za podpisy dodali. Za to, że do dziś można o nim powiedzieć „biedny, uwikłany”, a trudniej „wygodny wobec silniejszej baby”, też dodali.

Kaśka uniosła kubek.

– Nie „baby”, tylko imperium w sukni. Precyzja, panowie.

– U hetmana z gęsim piórem i cudzym paszportem gorzej – kontynuował kelner. – Tu studio jest zgodne, że prywatny interes ubrany w miłość ojczyzny to najstarszy krój zdrady.

Franek zrobił minę, jakby połknął pestkę.

– Ja miałem ówczesną i adekwatną ocenę sytuacji.

– Franek, ty miałeś kompas, który zawsze wskazywał wygodne krzesło – powiedziała Kaśka.

Adaś dodał cicho:

– I nigdy nie trzeba było go kalibrować.

– O, widzicie? – Kaśka wskazała na niego. – On naprawdę się uczy. Powoli, ale jednak. Szkoda, że po terminie państwowym.

Radio znowu szarpnęło.

– Teraz biskup od modlitwy i powroza – powiedział kelner.

Józek zastygł.

– To nie było tak.

– Oczywiście, że nie – powiedziała Kaśka. – Nigdy nie było tak. Zawsze było bardziej skomplikowanie. Stryczek też pewnie miał kontekst. Jak to było – takie były czasy?

– Kościół zawsze bronił spraw polskich!

– Nie rozśmieszaj mnie. Bronił tylko tam, gdzie to było po drodze z mafijnymi finansami, sprzedawał się władzy jak ostatnia kurwa!

Kelner relacjonował dalej:

– Studio mówi: duchowny, senator, człowiek ceremonii, który błogosławił tam, gdzie trzeba było krzyczeć, i milczał tam, gdzie milczenie miało kształt zgody. Za święcenie przemocy punkty wysokie. Za mówienie, że „porządek” jest ważniejszy niż ludzie, też wysokie.

Józek zaczął się czerwienić.

– To jest nadużycie.

Drugi Iwan, namiestnikowy, oparł się ciężko o krzesło.

– To polskie rozliczanie wszystkiego jest chorobliwe.

Adaś spojrzał na niego uważnie.

– Dziwne, że najbardziej chorobliwe wydaje się tym, którzy przyjeżdżali leczyć nas bagnetem.

Iwanek listopadowy uśmiechnął się lodowato.

– Państwo ma prawo bronić porządku.

– Cudze państwo na cudzej szyi zawsze tak mówi – odparła Kaśka.

Kelner skinął głową do radia.

– O was też było. Dwaj panowie od smyczy, szabel i porządku po północy. Studio mówi, że odznaczanie ludzi, którzy tłumili cudzą wolność w imię własnej kariery, jest jak wieszanie świętego obrazka w celi przesłuchań.

– Ładne – mruknął Franek.

Benek nie wytrzymał.

– Dobrze, ale kto traci pierwszy? Bo sama lista to jeszcze nie wyrok.

– Ty zawsze lubiłeś kolejność – powiedział kelner. – Najpierw marsz, potem pała, potem przemówienie, potem wojna, potem zdziwienie.

– Pytam konkretnie.

Kelner przywarł do radia.

– Czekaj. Jest finał głosowania.

Wszyscy zamarli.

Radio trzeszczało długo. Głos prowadzącego brzmiał jak ktoś, kto próbuje utrzymać powagę, ale już czuje, że program wymknął się z rąk.

– „Po burzliwej dyskusji uczestnicy nie osiągnęli zgody. Część panelistów wskazała na potrzebę kompleksowej ustawy, część na indywidualne decyzje, część na edukację, część na powściągliwość. Zgodzono się jedynie, że sprawa wymaga dalszych badań, konsultacji i spokojnej rozmowy ponad podziałami…”

Kelner odsunął ucho.

– Nie rozstrzygnęli.

Przez chwilę nikt nie mówił.

Potem Benek roześmiał się pierwszy. Krótko, brzydko, z ulgą człowieka, któremu znowu udało się przemknąć między paragrafami.

– A widzicie? Ptak zostaje.

Franek też odetchnął.

– Mówiłem, że punkty są dla gawiedzi.

Staszek upił łyk z kubka i próbował nadać twarzy wyraz monarchy nad losem.

– Historia wymaga umiaru.

– Historia wymaga odwagi – powiedział Adaś.

– Ty się zamknij z tą odwagą – syknął Franek. – Jakbyś miał jej tyle za życia, ile teraz masz po śmierci przy stole, to może by cię ktoś inaczej pamiętał.

Adaś chciał odpowiedzieć, ale Kaśka go uprzedziła.

– Zostaw go. Niech mówi. W tym lokalu późne przebłyski są jedynym oświetleniem, na jakie zasłużyliście.

Kelner spojrzał na orła nad barem. Potem na szmatę w swojej dłoni. Potem znowu na orła.

– Czyli nikt nie traci ptaka – powiedział powoli. – Ani ten od balkonów. Ani ten od obiadów. Ani ten od obcej opieki. Ani ten od powroza. Ani ci od smyczy. Ani purpura. Ani biały płaszcz. Ani klucze, których nawet nie ma przy stole, chociaż wszyscy słyszą, jak brzęczą.

– Państwo ma ciągłość – powiedział Heniek.

– Państwo ma czasem taką ciągłość, że ciągnie za sobą worek brudnych, śmierdzących rzeczy i nazywa go tradycją – odparła Kaśka.

Radio w tle znów zaczęło nadawać reklamy. Ktoś zachwalał kredyt konsolidacyjny, ktoś inny mówił o preparacie na pamięć. To ostatnie wszystkich rozbawiło, ale śmiech szybko zdechł.

Kelner wyjął wtyczkę z kontaktu.

Nastała cisza. Nie taka zwykła, ale gęsta, nisko wisząca. Piec w rogu przestał trzaskać. Albo może trzaskał dalej, tylko nikt go nie słyszał.

– Wiecie, co jest w tym najgorsze? – powiedział kelner.

– Że nikt nie traci? – spytał Staszek.

– Nie. Że wszyscy pytają, czy wy jesteście godni ptaka. A nikt nie pyta, co wart jest ptak, który przez tyle lat dawał się nosić zdrajcom, tchórzom, dyktatorom, ludziom od szubienic, ludziom od cudzych pałek, ludziom od cudzych dzieci, ludziom od zamkniętych drzwi i otwartych ambasad.

Benek prychnął.

– Symbol jest niewinny.

– Symbol nigdy nie jest całkiem niewinny, jeśli robi za alibi – powiedziała Kaśka.

Janek odezwał się cicho:

– Symbole mogą być większe od ludzi.

– Mogą – odpowiedział kelner. – Ale czasem ludzie tak długo wycierają nimi buty, że potem trudno odróżnić godło od ścierki.

Józek w sutannie wstał gwałtownie.

– Dość. To jest bluźnierstwo.

Kelner spojrzał na niego spokojnie.

– Józiu, bluźnierstwo to było wtedy, kiedy Boga używałeś jako pieczęci pod cudzym strachem. Teraz to tylko obsługa sali mówi, że śmierdzi.

Józek usiadł. Puste krzesło Stasia od kluczy skrzypnęło samo. Kartka z rezerwacją osunęła się na podłogę. Nikt jej nie podniósł.

– To co teraz? – spytał Franek.

– Nic – powiedział kelner.

– Jak to nic?

– Normalnie. Jak w każdym przyzwoitym kraju po każdej nieprzyzwoitej debacie. Była rozmowa, było oburzenie, były punkty, były głosy ekspertów, była reklama środka na pamięć. Teraz wszyscy pójdą spać.

– A my? – spytał Adaś.

Kelner popatrzył na niego uważnie.

– Wy nie.

Wtedy Staszek pierwszy zauważył, że okna w knajpie są czarne nie dlatego, że jest noc. Za szybą nie było ulicy, rynku, latarni ani śniegu. Nie było nic. Tylko ciemność tak gładka, jakby ktoś za oknem postawił ścianę z sadzy. Franek odwrócił się ku drzwiom.

– To ja już sobie pójdę.

Wstał, podszedł do drzwi i szarpnął za klamkę. Drzwi ani drgnęły.

– Zamknięte? – spytał.

– Od środka? – dodał Benek, bo znał się na zamykaniu innych, ale nie lubił, kiedy dotyczyło go osobiście.

Kelner schował szmatę pod ladę.

– Od dawna.

Adaś bardzo powoli spojrzał na piec. Dopiero teraz zobaczył, że w palenisku nie ma drewna. Nie było węgla, iskier ani popiołu. Paliło się coś innego. Jakieś papiery. Stare nominacje, akty nadania, listy gratulacyjne, portrety z podpisami, laudacje, przemówienia, depesze, zaproszenia na uroczystości i telegramy, w których życzono sobie nawzajem pomyślności, pokoju, łask i zasług dla ojczyzny.

Ogień nie dawał ciepła. Tylko światło.

– Co to za lokal? – spytał Janek.

Kelner wyjął spod lady księgę rachunkową. Była gruba, czarna i miała tyle zakładek, że wyglądała jak akta sprawy, której nikt nie chciał prowadzić.

– Jak to co? „Pod Białym Ptakiem”.

– Ale gdzie? – zapytał Staszek.

Kelner uśmiechnął się bez wesołości.

– Na dole.

Kaśka pierwsza zaczęła się śmiać. Cicho, potem coraz głośniej. Nie lubieżnie, nie szyderczo, tylko tak, jak śmieje się ktoś, kto od dawna znał odpowiedź, a teraz ma ubaw z widoku nowo-oświeconych.

Benek cofnął się od drzwi.

– To niemożliwe.

– Benek, ty całe życie wierzyłeś w rzeczy niemożliwe, byle miały mundur – powiedziała.

Heniek pobladł tak, że purpura stała się jeszcze bardziej bezczelna.

– Nie ma podstaw.

Kelner otworzył księgę.

– Są.

Józek zerwał się z krzesła.

– Żądam widzenia z przełożonym.

– Tu wszyscy żądają – powiedział kelner. – Jedni widzenia, drudzy apelacji, trzeci sprostowania, czwarci komisji, piąci audytu historycznego. A potem siedzą.

– Na jak długo? – spytał Adaś.

Kelner spojrzał na orła.

– Aż ptak sam zdecyduje, że nie chce mieć z wami nic wspólnego.

Wszyscy odruchowo podnieśli głowy.

Orzeł nad barem zaskrzypiał na gwoździu. Przez chwilę wydawało się, że naprawdę poruszył skrzydłem. Jeden płat brudu odpadł z niego i spadł prosto na blat. Nie był czarny od dymu. Był czerwony, brunatny, zaschnięty.

Kelner wziął szmatę, popatrzył na nią i odłożył.

– Tego się nie czyści – powiedział. – To się pamięta.

Radio, choć było wyłączone, zatrzeszczało jeszcze raz. Cicho, z samego środka martwego pudełka, dobiegł ostatni głos prowadzącego:

– Po przerwie zapytamy, czy narodowa pamięć powinna być dumna, czy wygodna.

Kelner odwrócił się do sali.

– Przerwy nie będzie.

I wtedy wszyscy zrozumieli, że w tej knajpie nie czeka się na rozstrzygnięcie. Tu rozstrzygnięcie już dawno zapadło. A ptak wisiał nad nimi nie jako nagroda. Patrzył na nich jak wyświechtany, służalczy, płytki, martyrologiczny wyrzut sumienia.

 

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

 

Podczas czytania zatrzymały mnie (sugestie oraz wątpliwości – wyłącznie do przemyślenia):

Kelner co jakiś czas przecierał go szmatą, bardziej z obowiązku niż z przekonania. Co bardziej złośliwi komentowali wtedy, że to śmierdzące narzędzie czyszczące w sumie dobrze pasuje do tego podupadłego okazu ornitologicznego. – powtórzenie?

– Stasiu, a ty (przecinek?) gdybyś miał jaja, a trochę mniej pociągu do cudzych dworów i ponętnych dupek na tychże dworach, to może twoja ojczyzna nie skończyłaby w częściach – odpowiedziała, nie podnosząc wzroku znad kubka.

– Adaś, to jest piękne zdanie – powiedziała Kaśka. – naprawdę tak się wzruszyłam, że aż żałuję tego (przecinek?) co wam narobiłam! – błędny zapis dialogu?

Zdjął rękawice, usiadł ciężko obok drugiego Iwana, (namiestnikowego) i ciężko westchnął. – zbędny ostatni przecinek?

Jak ktoś po dwóch wiekach zaczyna rozumieć różnicę między buntem a powstaniem, to jest to ewidentny dowód na to, że jednak trzeba wspierać edukację wczesnoszkolną! – powtórzenia?

Poprawił pas, choć pas nie wymagał poprawiania, wysunął dolną szczękę do przodu (przecinek?) choć wydawało się to już niemożliwe i rozejrzał się z miną człowieka szukającego balkonu.

Po jego (Benka, nie balkonu) pierwszej wizycie wymontowano wszystkie wystające elementy architektoniczne. – czy ta (i inne, np. – Czyli nikt nie traci ptaka – powiedział powoli; Ktoś zachwalał kredyt konsolidacyjny, ktoś inny mówił o preparacie na pamięć; Cicho, z samego środka martwego pudełka, dobiegł ostatni głos prowadzącego: Po przerwie zapytamy, czy narodowa pamięć powinna być dumna, czy wygodna; A ptak wisiał nad nimi nie jako nagroda) aliteracja jest celowa?

– Ciszej bądźcie! Chyba już się zaczęło! Debata – mruknął kelner, przykładając ucho do radia – Publiczna. Nawet bardzo publiczna, bo wszyscy mówią naraz i nikt nie słucha. – błędny zapis dialogu?

– I najlepiej bez nazwisk, bez dat, bez dokumentów, bez winnych i oczywiście to (przecinek?) co lubicie najbardziej – bez materialnych rekompensat.

 

– To nie było tak.

– Oczywiście, że nie – powiedziała Kaśka. – Nigdy nie było tak. Zawsze było bardziej skomplikowanie. Stryczek też pewnie miał kontekst. Jak to było – takie były czasy?

– Kościół zawsze bronił spraw polskich!

– Nie rozśmieszaj mnie. Bronił tylko tam, gdzie to było po drodze z mafijnymi finansami, sprzedawał się władzy jak ostatnia kurwa! – powtórzenia?

Głos prowadzącego brzmiał jak ktoś, kto próbuje utrzymać powagę, ale już czuje, że program wymknął się z rąk. – składniowy i logiczny – czy „głos może brzmieć jak ktoś”?

 

Bardzo mocny pastisz. Oryginalnie zestawiłeś w swego rodzaju piekle rozmaitych grzeszników. Zaskoczeniem było mało wypominań pod adresem Kaśki. Ona raczej atakowała i wyśmiewała innych. Wybiórczo przecedziłeś przez sito dziejowe wybrane postacie. :) Gdyby pokazać każdego, kto „coś miał za uszami”, powstałaby wielotomowa powieść, niczym „Dzieła Lenina wszystkie”. :)

Klikam za fantastykę, bo zebranie w specyficznym lokalu tylu historycznych osób to nie lada pomysł. :)

Pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Bruce, dziękuję za popraweczki. Wszystko już wprowadziłem, jednak na zmierzenie się z kwestią aliteracji jest za wcześnie i za mało kawy jeszcze w organizmie;) Mógłbym odpowiedzieć parafrazując słynne tu lokalnie zdanie jednego sędziego kolegi, który dawno temu na pytanie: “A dlaczego tak zrobiłeś (w wyroku – przyp. mój)”, odrzekł ze stoickim spokojem: “Orzekam, jak umiem” ;)

Zastanowiłem się teraz (albowiem sprawdziłem i masz rację), dlaczego tak mało jest wypominek do Kaśki. Może dlatego, że od początku zrobiłem z niej naczelną rozgrywającą akcję, a może z racji historycznych uwarunkowań (wiemy, przecież kim była i jak prowadziła wielką politykę). No ale przecież w tym miejscu pozostali już nie powinni jej się bać i mogą się śmiało odgryzać… Muszę to przemyśleć:) 

Dziękuję i pozdrawiam :) 

"Sukces to ponoszenie porażek bez utraty entuzjazmu" - W. Churchill

Na spokojnie, o aliteracje pytam, bo i mnie pytano (a raczej mi je po prostu wypominano) przy komentarzach, choć w sumie nie wiem, po co. :) Czy to błąd? – pojęcia nie mam. :) Wolę jednak zawsze dopytać. :) 

Też odniosłam wrażenie, że Kaśka jako rozgrywająca jest potraktowana po prostu bardziej ulgowo, co wcale nie znaczy, że też do owego piekiełka nie należy ( a raczej – tym bardziej). :)) 

 

 

Sprawa bohatera tytułowego przypomniała mi opisywane tu kiedyś zdarzenie: moja pierwsza “Klasa Wychowawcza” w LO była niesforna, ale przez to – wspaniała i wyjątkowa. :) Kiedyś (a było to jeszcze w latach 90-tych) wpadli na pomysł, bo “rozebrać na czynniki pierwsze” zawieszone nad biurkiem na ścianie w ich klasie godło. Okazało się, że w ramkach za szybką i za obrazkiem orła w koronie były pod spodem: obrazek orła bez korony, portret Gomułki oraz Bieruta. :)) Rozbawiło mnie to, kiedy do nich przyszłam na lekcję. :) Żartowaliśmy, że “szkoła jest przygotowana na każdą ewentualną ewentualność”. 

 

Pozdrawiam. laugh

Pecunia non olet

Toż to mieliście prawdziwą kapsułę czasu! Niemy świadek historii, jak to mówią konserwatorzy zabytków, z zadumą kiwając głową nad kolejną piękną trwałą ruiną :) 

Pozdrawiam :) 

"Sukces to ponoszenie porażek bez utraty entuzjazmu" - W. Churchill

Miałem tylko problem z rozszyfrowaniem Benka. Ale reszta łatwa, nawet dla kompletnego maksymalnego historycznego ignoranta takiego jak ja.

Bardzo miło się czytało. Pozdrawiam!

Toż to mieliście prawdziwą kapsułę czasu! Niemy świadek historii, jak to mówią konserwatorzy zabytków, z zadumą kiwając głową nad kolejną piękną trwałą ruiną :) 

O, tak. :)

Pozdrawiam ulubionym z “Trójkąta Bermudzkiego”: Zdrów! :)

Pecunia non olet

Grzesiek_W, Benek może być istotnie mylący, jeśli się nie wpadnie na klucz, według którego zebrano w jednym miejscu te konkretne osoby:) Pozdrawiam :)

"Sukces to ponoszenie porażek bez utraty entuzjazmu" - W. Churchill

Nowa Fantastyka