- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Ja to mam łeb

Ja to mam łeb

Sztu­ka rodzi się z braku i tę­sk­no­ty, a wol­ność po­trze­bu­je ba­rier, by w ogóle można było ją zde­fi­nio­wać. Co więc się sta­nie, gdy ra­so­wy buntownik do­sta­nie szan­sę stwo­rze­nia uto­pii ide­al­nej? Za­pra­szam na pięć minut spę­dzo­nych w po­śmiert­nej po­cze­kal­ni, gdzie ważą się losy re­in­kar­na­cji, doj­rza­łych mango i ludz­kie­go ego. 

Za­pra­szam do lek­tu­ry.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Ja to mam łeb

Wokół roz­cią­ga­ła się chłod­na, po­śmiert­na ni­cość, ale pod­sta­rza­ły re­wo­lu­cjo­ni­sta ani my­ślał po­tul­nie iść tam, gdzie ka­za­ła mu urzęd­nicz­ka za­świa­tów. Za­parł się mocno i spoj­rzał Śmier­ci pro­sto w kap­tur.

– Nie pójdę i krop­ka. Nie zro­bi­łem jesz­cze wszyst­kie­go – sprze­ci­wił się upar­ty Ted.

– Ehh… – wes­tchnę­ła cicho Ko­stu­cha, opie­ra­jąc się na kosie.

– A tak poza tym, to co ty sobie my­ślisz? Kto dał ci prawo de­cy­do­wać o moim cza­sie, co? Widzę, że jako na ziemi, tak i w niebie – au­to­ry­tar­ny bur­del na kół­kach.

– Ted… – Śmierć pierw­szy raz od bar­dzo dawna po­czu­ła, że bra­ku­je jej cier­pli­wo­ści. – Tu nie ma o czym i z kim dys­ku­to­wać. Takie są za­sa­dy tej gry.

– A wiesz, gdzie mam te za­sa­dy? – Ci­snął w nią spoj­rze­niem ni­czym kok­taj­lem Mo­ło­to­wa.

– Do­my­ślam się… – skwi­to­wa­ła mocno zirytowana. – Ale pro­szę mi wie­rzyć, umie­ra­łeś już ty­sią­ce razy i nie­zli­czo­ną ilość razy jesz­cze umrzesz. Pro­szę za­cho­wy­wać się po­waż­nie.

– Po­waż­nie? – prych­nął bez sza­cun­ku pod­sta­rza­ły re­wo­lu­cjo­ni­sta. – Skoro umie­ra­łem już tyle razy i za każ­dym razem wra­ca­łem na ten padół łez, to tym bar­dziej sta­wiam opór. Kto o tym de­cy­du­je, pytam raz jesz­cze?!

– No… – Ko­stu­cha za­trzy­ma­ła się, z nie­do­wie­rza­niem wpa­tru­jąc się w Teda. – Prawo wszech­świa­ta. Nie­zmien­ne od czasu, gdy po­wsta­ła ma­te­ria, a lu­dzie przy­oble­kli się w bio­lo­gicz­ne skóry. Chcie­li­ście do­świad­czać rze­czy­wi­sto­ści na wła­snych wa­run­kach i to był wasz wybór. Ja je­stem tylko urzęd­nicz­ką. Pro­szę nie utrud­niać mi pracy…

– To kim w takim razie by­li­śmy przed ma­te­rią? Co to za bajki?!

– Ted, nie pra­cu­ję w edu­ka­cji… – Za­my­śli­ła się, szu­ka­jąc spo­so­bu, by go uci­szyć. – Przed cia­ła­mi by­li­ście wszyst­kim naraz. Jedną, wiel­ką zupą świa­do­mo­ści. Do­pie­ro potem za­chcia­ło wam się in­dy­wi­du­ali­zmu. Każdy za­pra­gnął być „Ja”, a ego po­trze­bu­je ciał, ogra­ni­czeń i reguł gry, żeby w ogóle po­czuć, że ist­nie­je. Sami to na sie­bie ścią­gnę­li­ście.

– Sra­nie w banie! – sko­men­to­wał Ted, krzy­żu­jąc ręce na klat­ce pier­sio­wej. – Skoro ucie­kli­śmy w ciała i stwo­rzy­li­śmy ten pa­skud­ny świat, to nie wy­obra­żam sobie, jak może wy­glą­dać miej­sce, do któ­re­go chcesz mnie teraz za­pro­wa­dzić. A w sumie… – za­trzy­mał się na chwi­lę, a jego wzrok za­pło­nął na­głym, nisz­czy­ciel­skim za­pa­łem. – Za­pro­wadź mnie pro­sto do Boga, już ja mu po­wiem, co myślę.

– Nie mogę – od­po­wie­dzia­ła krót­ko.

– A niby czemu? Ja­śnie pan Bóg nie ze­chce ze mną roz­ma­wiać? Za małe mam cycki na jego wszech­wład­ną emi­nen­cję?

– Nie… – wes­tchnę­ła znu­żo­na. – Z nim nie po­ga­dasz, Ted. Logos to nie facet z brodą, z któ­rym mo­żesz iść na udry. Nie ma imie­nia ani twa­rzy. Po pro­stu jest – jak ocean, a ty je­steś tylko kro­plą, która nie ogar­nia ogro­mu wody.

– Ale pier­dzie­lisz… Czyli nie ma Boga, do­brze zro­zu­mia­łem? Nie żeby mnie to w ogóle dzi­wi­ło…

– I tak, i nie. Na pewno nie ist­nie­je w ta­kiej for­mie, jaką przy­bie­ra w ludz­kich wy­obra­że­niach.

– W takim razie, skoro nie ma pra­wo­daw­cy, tym bar­dziej pie­przę wasz sys­tem po­śmiert­ny.

Śmierć za­mar­ła. Przez dłuż­szą chwi­lę pa­trzy­ła na niego pu­sty­mi oczo­do­ła­mi, w któ­rych nagle bły­snę­ło ab­so­lut­ne, wie­ko­we znu­że­nie. Po­wo­li, bar­dzo ostroż­nie, opar­ła kosę o kra­wędź ni­co­ści. Wy­cią­gnę­ła zza pa­zu­chy wo­re­czek, na­bi­ła zie­lem czar­ną jak sadza fajkę i za­czę­ła ją ćmić, pusz­cza­jąc gęste ob­ło­ki dymu. Już dawno nie mu­sia­ła palić, by uspo­ko­ić nerwy.

– Wiesz co, Ted? – po­wie­dzia­ła szep­tem, który brzmiał jak prze­sy­pu­ją­cy się pia­sek. – Mam pro­po­zy­cję. Od nie­pa­mięt­nych cza­sów słu­cham tylko na­rze­kań. Że za wcze­śnie, że nie­spra­wie­dli­wie, że świat urzą­dzo­no bez sensu. Masz nie­po­wta­rzal­ną oka­zję. Dam ci pięć minut czy­stej spraw­czo­ści. Za­pro­jek­tuj rze­czy­wi­stość po­zba­wio­ną tych wszyst­kich wad. Jeśli stwo­rzysz coś lep­sze­go, oso­bi­ście wy­ma­żę wyrok i wró­cisz na Zie­mię jako nie­śmier­tel­ny.

Ted zmru­żył oczy, wę­sząc pod­stęp.

– Pięć minut? I żad­nych ha­czy­ków?

– Żad­nych. Po pro­stu stwórz rze­czy­wi­stość, w któ­rej nie będę ci po­trzeb­na.

– A czy komuś się już to udało?

– Odkąd ist­nie­ję, to jesz­cze nie.

– W takim razie… – Twarz re­wo­lu­cjo­ni­sty przy­bra­ła dumny, za­cię­ty wyraz. – Będę pierw­szy!

Anar­chi­sta uśmiech­nął się dra­pież­nie. Po­my­ślał, że wy­grał los na lo­te­rii. Wy­star­czy­ło prze­cież ska­so­wać ból, głód, po­li­ty­ków i kor­po­ra­cje. Co w tym trud­ne­go?

Za­cie­rał dło­nie, a wokół ni­cość za­czę­ła gwał­tow­nie pącz­ko­wać. Pierw­sze myśli za­ma­ni­fe­sto­wa­ły się z siłą wy­bu­chu su­per­no­wej.

– Dobra, na dzień dobry: ka­su­je­my ból. Zero cho­rób, sta­rze­nia się, zębów mą­dro­ści i po­dat­ków. Każdy do­sta­je zdro­we ciało dwu­dzie­sto­lat­ka na wiecz­ność. I żad­nych rzą­dów! Nie są już po­trzeb­ne. Pełna wol­ność, ab­so­lut­na de­cen­tra­li­za­cja. Lu­dzie żyją w ma­łych, sa­mo­wy­star­czal­nych ko­mu­nach, je­dze­nia jest w bród, bo ro­śnie samo. Bez GMO i bez mor­der­czej ha­rów­ki dla pana, jak na po­lach ba­weł­ny.

Przed ocza­mi bo­ha­te­rów prze­strzeń zwi­nę­ła się w so­czy­ście zie­lo­ną idyl­lę. Pod roz­ło­ży­sty­mi drze­wa­mi rosły doj­rza­łe mango i inne owo­co­we ła­ko­cie. Nie trze­ba było za­bi­jać zwie­rząt, aby się po­ży­wić – gdy ktoś miał ocho­tę na mięso, po pro­stu syn­te­ty­zo­wał je z DNA, w ma­szy­nie sto­ją­cej w każ­dym domu. Z kra­nów, po prze­krę­ce­niu od­po­wied­nie­go kurka, cie­kło ide­al­nie schło­dzo­ne piwo. Wszy­scy wokół byli mło­dzi, pięk­ni, o nie­na­gan­nych syl­wet­kach.

– I co ty na to, po­nu­racz­ko? – Ted, dumny jak paw, wy­piął pierś. – Wi­dzisz tam gdzieś ro­bo­tę dla sie­bie?

Ko­stu­cha stała z rę­ka­mi skrzy­żo­wa­ny­mi na pier­si, opie­ra­jąc brodę o lo­do­wa­te palce.

– Wy­glą­da… uro­czo – przy­zna­ła bez zło­śli­wo­ści. – A teraz prze­wiń­my czas o ja­kieś trzy­sta lat.

Śmierć stuk­nę­ła ob­ca­sem w ni­cość. Obraz przed nimi za­wi­ro­wał, a gdy się za­trzy­mał, zie­lo­na do­li­na wciąż tam była. Mango nadal rosło, piwo wciąż chło­dzi­ło. Ale lu­dzie…

Pierw­sze stu­le­cie spę­dzi­li pew­nie na nie­koń­czą­cej się orgii i za­ba­wie. W dru­gim – zro­bi­li już wszyst­ko, co było do zro­bie­nia, i zje­dli wszyst­ko, co było do zje­dze­nia. W trze­cim do­padł ich po­twór, któ­re­go Ted nie prze­wi­dział: ab­so­lut­ny brak punk­tu od­nie­sie­nia.

Ted zmru­żył oczy, pod­cho­dząc bli­żej. Jeden z ide­al­nych dwu­dzie­sto­lat­ków leżał pod krza­kiem, ga­piąc się w niebo wzro­kiem tak pu­stym, że można by w nim uto­pić ga­lak­ty­kę. Ka­wa­łek dalej dziew­czy­na o uro­dzie mo­del­ki pró­bo­wa­ła ude­rzyć się ka­mie­niem w stopę. Głaz od­bi­jał się od skóry jak gu­mo­wa pi­łecz­ka, nie zo­sta­wia­jąc nawet si­nia­ka. Nie­zra­żo­na, za­czę­ła tłuc się nim po gło­wie z ogrom­ną siłą, ni­czym wy­jąt­ko­wo zde­ter­mi­no­wa­ny sa­mo­bój­ca. Efekt był żaden. Dziew­czy­na wes­tchnę­ła z bez­brzeż­ną, śmier­tel­ną nudą i po pro­stu za­mar­ła w bez­ru­chu.

– Co oni robią? – bąk­nął Ted. – Dla­cze­go nikt nie roz­ma­wia? Gdzie jakaś mu­zy­ka, sztu­ka, co­kol­wiek?

– A o czym mają pisać wier­sze, Ted? – za­py­ta­ła cicho Śmierć. – O tym, że mango jest słod­kie, a ciało pięk­ne? Sztu­ka rodzi się z braku, z tę­sk­no­ty, z lęku przed prze­mi­ja­niem. Mi­łość ma war­tość, bo jutro uko­cha­nej osoby może już nie być. Tutaj nie ma po­ję­cia „jakoś to bę­dzie”, bo wszyst­ko za­wsze jest ide­al­nie. Za­bra­łeś im kon­trast. Stwo­rzy­łeś naj­pięk­niej­sze, naj­bar­dziej luk­su­so­we wię­zie­nie w hi­sto­rii ko­smo­su. Spójrz na nich. Oni nie żyją. Oni po pro­stu trwa­ją.

Anar­chi­sta po­czuł, jak włosy na karku stają mu dęba

– Cze­kaj… mój błąd, da się to na­pra­wić. Wpro­wa­dzi­my… wy­zwa­nia! I tro­chę bólu. O, niech je­dze­nie nie ro­śnie samo. Niech muszą na nie za­pra­co­wać! Ale na wła­snych wa­run­kach, nie dla chci­wych elit.

– Czyli wpro­wa­dzasz ból, głód i zmę­cze­nie? – upew­ni­ła się Śmierć.

– No… tak jakby. Ale bez prze­sa­dy! I niech będą ja­kieś am­bi­cje. Niech każdy chce być lep­szy, niż był wczo­raj. W mu­zy­ce, spo­rcie, sztu­ce. Niech się ście­ra­ją, aby in­dy­wi­du­al­ność two­rzy­ła pole do zmian.

– Czyli do­kła­dasz jesz­cze za­zdrość, pychę i go­rycz po­raż­ki?

Ted za­czął się pocić. Prze­strzeń wokół nich gwał­tow­nie re­ago­wa­ła na jego cha­otycz­ny stru­mień świa­do­mo­ści, ma­te­ria­li­zu­jąc ko­lej­ne po­my­sły z bru­tal­ną pręd­ko­ścią. Zie­lo­na do­li­na po­ciem­nia­ła, na nie­bie po­ja­wi­ły się cięż­kie chmu­ry. Ktoś w od­da­li skrzy­wił się i za­pła­kał, bo pod­czas cio­sa­nia ka­mie­nia ude­rzył się w pa­luch. Inny za­czął gro­dzić pło­tem drze­wo mango, ogła­sza­jąc je wła­sno­ścią, jako że wy­ro­sło naj­wyż­sze w oko­li­cy. Nie­win­na chęć bycia lep­szym w ułam­ku se­kun­dy prze­ro­dzi­ła się w po­trze­bę do­mi­na­cji. Choć lu­dzie nie mieli nad sobą panów ani od­gór­nych praw, zro­dzo­na z am­bi­cji za­wiść zro­bi­ła swoje. Wkrót­ce wy­bu­chła pierw­sza wojna – tylko dla­te­go, że jedna z komun nie mogła znieść, iż są­sie­dzi pięk­niej ma­lu­ją i rzeź­bią.

– Prze­stań! – wrza­snął nagle Ted, ła­piąc się za głowę. – Cof­nij to!

Śmierć pstryk­nę­ła pal­ca­mi. Wo­jen­na po­żo­ga, płoty i za­pła­ka­ni lu­dzie znik­nę­li w ułam­ku se­kun­dy, ustę­pu­jąc miej­sca chłod­nej ni­co­ści. Ko­stu­cha wy­pu­ści­ła ide­al­nie równy krą­żek dymu, który z wolna roz­pły­nął się w próż­ni.

– I co teraz, panie re­for­ma­to­rze? – za­py­ta­ła, a w jej gło­sie, za­miast trium­fu, po­brzmie­wa­ło me­lan­cho­lij­ne współ­czu­cie. – Zro­zu­mia­łeś? Nie da się zbu­do­wać wol­no­ści bez ba­rier, bo to wła­śnie ba­rie­ry ją de­fi­niu­ją.

Ted wciąż cięż­ko dy­szał, wpa­tru­jąc się w miej­sce, gdzie przed chwi­lą uto­pia spłynęła krwią. Prze­tarł twarz dłoń­mi. Przez chwi­lę wy­glą­dał na po­ko­na­ne­go. Stary, zmę­czo­ny czło­wiek, który zro­zu­miał, że ży­cio­wy bunt był tylko walką z wia­tra­ka­mi.

Nagle jed­nak za­marł. W oczach znowu bły­snę­ła ta sama, nie­bez­piecz­na iskra, która przez de­ka­dy gnała go na ba­ry­ka­dy. Uniósł głowę i wzro­kiem zmie­rzył się z ciem­no­ścią kry­ją­cą się pod kap­tu­rem Ko­stu­chy.

– Umowa to umowa – po­wie­dział, a głos mu nagle stward­niał. – Po­wie­dzia­łaś, że mam stwo­rzyć rze­czy­wi­stość, w któ­rej nie bę­dziesz mi po­trzeb­na. I że jeśli stwo­rzę coś lep­sze­go, wrócę na Zie­mię jako nie­śmier­tel­ny.

– Istot­nie. Ale przed chwi­lą udo­wod­ni­łeś sam sobie, że ten pro­jekt to…

– Tam­ten pro­jekt to była bzdu­ra – prze­rwał jej bez­czel­nie, wy­su­wa­jąc pod­bró­dek. – Chcia­łem uszczę­śli­wić wszyst­kich naraz, a to za­wsze koń­czy się obo­za­mi kon­cen­tra­cyj­ny­mi albo to­tal­nym ma­ra­zmem. Za­po­mnia­łem o naj­waż­niej­szej za­sa­dzie anar­chi­zmu: de­cy­do­wa­niu o samym sobie.

Śmierć unio­sła­by brew, gdyby ją miała. Nie­mal wy­pu­ści­ła trzy­ma­ną w zę­bach fajkę.

– Co kom­bi­nu­jesz, Ted?

– Zha­ku­ję ten cho­ler­ny sys­tem re­in­kar­na­cji. Chcę wró­cić. Ale nie jako nie­śmier­tel­ny bo­gacz, nie jako pie­przo­na czy­sta świa­do­mość i na pewno nie jako nie­mow­lak, który znowu musi uczyć się sikać do noc­ni­ka i za­po­mi­na wszyst­ko, czego się do­wie­dział. Chcę wró­cić do nie­najm­łod­sze­go już ciała. Do za­czy­na­ją­cych si­wieć wło­sów, rwy kul­szo­wej i nie­do­my­ka­ją­ce­go się za­wo­ru w sercu.

– Prze­cież to ciało umie­ra, czło­wie­ku! – Śmierć aż wy­ję­ła fajkę z ust. – Za chwi­lę znowu tu sta­niesz. Po dwóch cy­klach tkan­ki za­mie­nią się w próch­no, a kości w pył. Jak chcesz wznie­cać re­wo­lu­cje jako cho­dzą­cy trup?

– To je zre­se­tuj! – za­żą­dał Ted, ude­rza­jąc pię­ścią w otwar­tą dłoń. – Nie chcę gład­kiej skóry dwu­dzie­sto­lat­ka, którą przed chwi­lą wi­dzia­łem. Rzy­gać mi się chce na samą myśl. Chcę sześć­dzie­się­cio­let­nie­go ciała, ale za­blo­ko­wa­ne­go w cza­sie. Niech za każ­dym razem, gdy zginę, re­se­tu­je się do stanu z dzi­siej­sze­go po­ran­ka. Z tym samym bólem w krzy­żu, tą samą zgagą i upo­rem. Mam być nie­zmien­nym star­cem. Błę­dem w ma­trik­sie! Moja nie­śmier­tel­ność bę­dzie po­le­gać na wiecz­nym umie­ra­niu i po­wra­ca­niu do tej samej walki.

– Nie­wia­ry­god­ne… – To było wszyst­ko, co Ko­stu­cha po­tra­fi­ła wy­krztu­sić.

– A jed­nak! – Ted nie­mal pod­sko­czył z eks­cy­ta­cji. – Chcę wra­cać na Zie­mię jako ja. Do­kład­nie ten sam Ted. Z pełną pa­mię­cią każ­de­go po­przed­nie­go życia, każ­de­go po­peł­nio­ne­go błędu, każ­dej prze­czy­ta­nej książ­ki i każ­de­go kaca. Chcę umie­rać, kiedy przyj­dzie czas, ale za­miast iść do re­in­kar­na­cyj­nej pral­ki mó­zgów, chcę po pro­stu bu­dzić się w łóżku, dzień po po­grze­bie, jako zmar­twych­wsta­ły, upar­ty sta­ruch.

Ko­stu­cha wpa­try­wa­ła się w niego w ab­so­lut­nym osłu­pie­niu. Dym uło­żył się w kształt znaku za­py­ta­nia.

– Chcesz… świa­do­mie ska­zać się na sy­zy­fo­wą pracę? W kółko to samo? Prze­cież ten świat cię wy­koń­czy. Lu­dzie uzna­ją za wa­ria­ta albo po­two­ra.

– Już i tak za ta­kie­go mnie mają! – za­wo­łał z dzi­kim uśmie­chem. – Ale po­myśl o tym: sys­tem, który stwo­rzy­łaś, opie­ra się na nie­wie­dzy. Lu­dzie cier­pią, bo nie pa­mię­ta­ją, że już ty­siąc razy cier­pie­li. A ja? Ja będę pa­mię­tał. Będę żywą bazą da­nych o ludz­kich błę­dach. Będę solą w oku każ­de­go dyk­ta­to­ra, każ­dej kor­po­ra­cji, bo nie będą mogli mnie zabić na stałe. Za­bi­ją mnie? Trud­no, wrócę za trzy dni z nowym pla­nem sa­bo­ta­żu. To trze­cia droga. Świat ze wszyst­ki­mi wa­da­mi, ale z jed­nym ele­men­tem, który roz­sa­dzi go od środ­ka: ze mną. Chcę być kęsem zatrutego mango, który skazi ten or­ga­nizm.

Śmierć po­wo­li odło­ży­ła fajkę. Przez dłuż­szą chwi­lę w ni­co­ści pa­no­wa­ła ab­so­lut­na, dzwo­nią­ca w uszach cisza. Ko­stu­cha pa­trzy­ła na Teda, a w pu­stych oczo­do­łach po raz pierw­szy po­ja­wi­ło się coś na kształt… głę­bo­kie­go, peł­ne­go po­dzi­wu roz­ba­wie­nia.

– Ted… – za­czę­ła cicho, a głos nie był już znu­żo­ny. Stał się lo­do­wa­ty i uro­czy­sty. – Je­steś ab­so­lut­nie, nie­po­praw­nie sza­lo­ny. A ja, odkąd po­wsta­ła ma­te­ria, nie ba­wi­łam się tak do­brze. Niech bę­dzie – umowa to umowa.

Zanim anar­chi­sta zdą­żył co­kol­wiek dodać, Ko­stu­cha za­mach­nę­ła się kosą. Ostrze nie prze­cię­ło jed­nak szyi – roz­dar­ło wprost ni­cość, która ich ota­cza­ła. Ted po­czuł kosz­mar­ny, gwał­tow­ny świst, jakby ktoś wcią­gał go przez gi­gan­tycz­ny od­ku­rzacz. Próż­nia znik­nę­ła, a w jej miej­sce wdarł się za­pach li­zo­lu, ostry pisk szpi­tal­nej apa­ra­tu­ry i po­twor­ny, rwący ból w klat­ce pier­sio­wej.

– Żyje! De­fi­bry­la­cja za­dzia­ła­ła! – wrza­snął nad nim jakiś spa­ni­ko­wa­ny, młody głos.

Ted otwo­rzył oczy, łapąc po­wie­trze jak ryba wy­ję­ta z wody. Nad nim pa­li­ła się ja­rze­niów­ka. Wró­cił. Udało się. Zha­ko­wał wszech­świat.

Ja to mam łeb – po­my­ślał, nie­zmier­nie dumny z sie­bie. – Prze­chy­trzy­łem samą Śmierć.

 

Trzy­sta lat póź­niej.

 

W małym, zruj­no­wa­nym po­ko­ju na pod­da­szu sześć­dzie­się­cio­let­ni czło­wiek sie­dział przy stole, ga­piąc się w ścia­nę. Na­zy­wał się Ted. Albo ra­czej: znowu na­zy­wał się Ted.

Ciało było do­kład­nie tym samym, pod­sta­rza­łym wor­kiem kości, który nosił w XXI wieku. Znało każdy ból, każdą zmarszcz­kę, każdy chro­po­wa­ty dźwięk w scho­ro­wa­nych płu­cach. Ted pa­mię­tał wszyst­ko. Pa­mię­tał trzy­dzie­ści sie­dem po­grze­bów. Pa­mię­tał imio­na wszyst­kich żon, które ze­sta­rza­ły się i zmar­ły, pod­czas gdy on wra­cał – wciąż ten sam, ska­za­ny na wiecz­ną ża­ło­bę. Pa­mię­tał osiem­dzie­siąt czte­ry re­wo­lu­cje, które pró­bo­wał wy­wo­łać, i to, jak każda z nich, bez wy­jąt­ku, z cza­sem prze­obra­ża­ła się w nowy apa­rat opre­sji.

Świat się zmie­niał, im­pe­ria upa­da­ły, tech­no­lo­gie szły na­przód, a lu­dzie wciąż po­peł­nia­li te same, po­twor­ne błędy. Ted nie był już solą w oku sys­te­mu. Był zmę­czo­nym du­chem, który wi­dział już wszyst­ko i nie po­tra­fił wy­krze­sać z sie­bie ani kro­pli daw­ne­go, anar­chi­stycz­ne­go gnie­wu. Stał się en­cy­klo­pe­dią ludz­kie­go cier­pie­nia, uwię­zio­ną w nie­zmien­nym ego. Pa­mięć, która miała być bro­nią, stała się naj­cięż­szym łań­cu­chem.

Nagle po­czuł zna­jo­me, przej­mu­ją­ce zimno. Pło­mień świe­cy za­marł. Z kąta po­ko­ju wy­ło­ni­ła się wy­so­ka, ob­le­czo­na w czerń syl­wet­ka z kosą.

Ted nawet nie drgnął. Na po­marsz­czo­ną twarz wy­pły­nę­ły łzy – pierw­sze od stu lat.

– Bła­gam… – wy­char­czał, skła­da­jąc trzę­są­ce się dło­nie. – Bła­gam cię, za­bierz mnie do tej pral­ki mó­zgów. Po­zwól mi za­po­mnieć. Chcę być kro­plą w oce­anie. Chcę być nikim. Zrób ze mnie cho­ciaż­by to pie­przo­ne mango, tylko daj mi w końcu świę­ty spo­kój…

Śmierć za­trzy­ma­ła się nad nim. Przez chwi­lę w pu­stych oczo­do­łach bły­snął cień daw­nej, smut­nej em­pa­tii. Wy­cią­gnę­ła zza pa­zu­chy fajkę, od­pa­li­ła ją jed­nym ski­nie­niem palca i wy­pu­ści­ła sre­brzy­sty dym, który osiadł na siwej gło­wie star­ca.

– Ach, Ted… – wes­tchnę­ła cicho, opie­ra­jąc się na kosie. – Bar­dzo bym chcia­ła. Ale prze­cież sam pan po­wie­dział. Umowa… to umowa. Pro­szę za­cho­wy­wać się po­waż­nie.

Ostrze kosy bły­snę­ło w ciem­no­ści po raz trzy­dzie­sty ósmy.

Koniec

Komentarze

Witaj :)

Z technikaliów dostrzegłam tylko (prawdopodobnie? – wątpliwość jedynie do przemyślenia) błędny zapis dialogu:

– W takim razie… – twarz rewolucjonisty przybrała dumny, zacięty wyraz. – Będę pierwszy!

 

Dość oryginalne wymieszanie “Bruce’a Wszechmogącego” oraz “WALL-E’go” ze znakomitą komedią Flipa i Flapa o próbach stworzenia raju na pewnej bezludnej wyspie. :) Można tylko współczuć bohaterowi tego, że chciał być zbyt pomysłowy, aby za wszelką cenę przechytrzyć Śmierć… :))

 

Kliczek, powodzenia, pozdrawiam serdecznie. :) 

Witaj, bruce!

Ogromne dzięki za komentarz – kamień spadł mi z serca, kiedy przeczytałem, że obyło się bez batów za stylistykę. Dla autora nie ma lepszej wiadomości! ;)

Masz absolutną rację co do tego dialogu. Byk typograficzny został natychmiast namierzony i poprawiony na wielkie „T”. Bardzo dziękuję za twoje czujne oko.

Jeśli chodzi o filmowe skojarzenia, to trafiłaś w samą dziesiątkę. Cieszę się, że to wybrzmiało w tekście. Ted na własnej skórze przekonał się, że trzeba bardzo uważać na to, o co prosi się Kostuchę.

Pięknie dziękuję i pozdrawiam serdecznie! :)

Anonim

To ja dziękuję; ukłony dla Ciebie, Anonimie.heart

Hej Anonimie,

Sztuka rodzi się z braku i tęsknoty, a wolność potrzebuje barier, by w ogóle można było ją zdefiniować. Co więc się stanie, gdy rasowy rewolucjonista dostanie szansę stworzenia utopii idealnej?

Poza tym, że utopia jest z definicji idealna, to zgrabne zachęcenie.

rewolucjonista

Używasz, tego słowa też w przedmowie, więc technicznie pewnie to powtórzenie nie jest, natomiast dla mnie jako czytelnika jest. Pewnie marudzę, ale wolałbym, żebyś mi to pokazał, niż mówił, że nim jest. Zwłaszcza, że w pierwszym zdaniu, które wypowiada, pokazujesz jego buntowniczą naturę. :)

Skorzystałbym z innego określenia, dla mnie zbyt wprost.

Cisnął w nią spojrzeniem niczym koktajlem Mołotowa, w którym tak się lubował za czasów swojego anarchistycznego życia.

To kolejny przykład, gdzie trochę za mało ufasz czytelnikowi. Skoro lubował się w koktajlach Mołotowa, to domyślam się, że wielkim pacyfistą nie był.

– Ted… – Śmierć pierwszy raz od bardzo dawna poczuła, że brakuje jej cierpliwości. – Tu nie ma o czym i z kim dyskutować. Takie są zasady tej gry.

– A wiesz, gdzie mam te zasady? – Cisnął w nią spojrzeniem niczym koktajlem Mołotowa, w którym tak się lubował za czasów swojego anarchistycznego życia.

– Domyślam się… – skwitowała mocno już zniecierpliwiona.

Opisując Śmierć, dwukrotnie korzystasz z tego samego określenia.

podstarzały rewolucjonista

Na niedużej przestrzeni nazywasz go dwa razy w ten sam sposób.

w których nagle błysnęło absolutne, wiekowe znużenie.

To ładne, kojarzy się z pewną Śmiercią, która mówi capslockiem.

– Odkąd istnieję – jeszcze nie.

Ta forma zapisu z myślnikiem, choć kusząca z perspektywy autora, dla czytelnika jest myląca.

po prostu syntetyzował je z DNA w maszynie stojącej w każdym domu

Brak przecinka.

utopia utonęła

Ut ut

Śmierć uniosłaby brew, gdyby ją miała.

Ponownie ten sam opis, tej samej postaci na małej przestrzeni.

Chcę być kęsem mango, który zatruje ten organizm.

Rozumiem, co chciałeś tu osiągnąć i mógłby wyjść z tego całkiem ciekawy łuk, gdyby mango, o którym mówisz wcześniej było trujące. Teraz argument trochę bez wagi.

 

Opowiadanie z cyklu “Uważaj, czego sobie życzysz”. :)

Znajoma historia z nieoczywistym finałem. Doceniam, że Kostucha uszanowała umowę. Przestroga nieco zbyt oczywista i moralizatorska, natomiast motyw wracania starca całkiem ciekawy. 

Warsztatowo nie jest źle, ale widziałbym spore pole do rozwoju.

I plus za tytuł.

 

 

 

 

 

 

 

smiley

Witam ponownie…

Zastanawiające jakież to moce kazały mi kliknąć na opko, mimo braku wiedzy, że

to znów Kostucha – tylko w innym nieco emploi…

Zapraszam na pięć minut spędzonych w pośmiertnej poczekalni,

Heh… Ładne mi pięć minut – całe pół godziny. Dwa poważne (wink) zarzuty:

 Widzę, że jako w niebie, tak i na ziemi – autorytarny burdel na kółkach.

W tej konkretnej sytuacji (moim zdaniem) powinno to zabrzmieć: jako na ziemi tak i w niebie,

bowiem porównuje swoje wcześniejsze doświadczenia do obecnych.

I koncówka:

Ach, Ted… – westchnęła cicho, opierając się na kosie. – Bardzo bym chciała. Ale przecież sam pan powiedział.

Taki nagły przeskok od poufałości do oficjalizmu trochę gryzie w oczy…heh. Ale pewnie tylko mnie…

Pozdrawiam.

Niegłupi tekst. Acz morał, żeby uważać, czego sobie człowiek życzy, należy do bardzo starych.

Trochę z góry wiadomo, że to się nie skończy dobrze dla Teda. 

Ale czytało się przyjemnie.

Cześć

No, bardzo dobre opowiadanie. Przypomniał mi się Wywiad z wampirem, to a propos tego, że wszyscy później umierają, a bohater musi żyć. Zabawne wstawki typu, że śmierć uniosła nieistniejącą brew dodają smaczku (mam nadzieję, że nie przekręciłem). 

Opowiadanie napisane zręcznie, warsztatowo bez zarzutu, z polotem. Dobrze się czyta. 

Gratuluję! 

Klik 

Pozdrawiam 

ac

Anonim wita cię bardzo ciepło i dziękuję za tak uważną lekturę. Twoje konkretne uwagi, w których za bardzo prowadzę czytelnika za rękę są bardzo cenne. Chyba faktycznie muszę nauczyć się bardziej ufać czytelnikowi. :)

Kilka z tych powtórzeń i językowych drobiazgów umknęło mi zupełnie, więc dzięki za ich wyłapanie. Szczególnie spodobała mi się uwaga o "mango" – rzeczywiście, w obecnej formie ten obraz nie wybrzmiewa tak mocno, jak sobie wyobrażałem! :D

Cieszę się też, że mimo zastrzeżeń historia i motyw powracającego starca przypadły Ci do gustu. No i dzięki za miłe słowo o tytule. :)

Pozdrawiam serdecznie!

Fascynator

Witaj! 

Bardzo dziękuję za wizytę w mojej kostuchowej poczekalni! Miło mi, że mimo nieświadomości tematu dałeś się skusić, nawet jeśli to trwało dłuzej niż 5 minut :D

Dzięki również za wyłapanie obu uwag. Z "jako w niebie, tak i na ziemi" faktycznie masz sporo racji – odwrócona kolejność lepiej pasuje do perspektywy Teda. Z kolei przejście z "ty" na "pan" rzeczywiście może zgrzytać. Muszę się temu jeszcze przyjrzeć w wolnej chwili i poprawić.

No i przepraszam za to "pięć minut". Wyszło trochę jak reklama szybkiego makaronu. :D

Dzięki za lekturę i do następnego!

Finkla

Cześć!

Dzięki za lekturę i komentarz. :)

Masz rację – motyw "uważaj, czego sobie życzysz" jest stary jak świat, więc zależało mi bardziej na własnej interpretacji niż na samym zaskoczeniu. Tym bardziej cieszę się, że mimo przewidywalnego kierunku historia czytała się przyjemnie.

Pozdrawiam serdecznie!

Hesket

Cześć!

Bardzo dziękuję za tak miły komentarz i klik. :D

Skojarzenie z Wywiadem z wampirem to naprawdę duży komplement. Cieszę się też, że humorystyczne wstawki, jak ta z unoszeniem nieistniejącej brwi przez Śmierć, zagrały – zależało mi, żeby od czasu do czasu odrobinę rozładować cięższy klimat.

Ogromnie się cieszę, że opowiadanie dobrze Ci się czytało i że od strony warsztatowej również wypadło pozytywnie.

Jeszcze raz dzięki za lekturę i pozdrawiam serdecznie! :)

Hej,

nie był to tekst zaskakujący, końcówkę dało się przewidzieć. Mimo wszystko, w udany sposób łączysz dobrze znane klocki – śmierć jako ponadczasową urzędniczkę, zakład ze śmiercią, który nie może się udać, zgubienie sensu w utopii i tak dalej. Wszystko to sprawdzone kawałki, ale sprawnie i z pomysłem wykorzystane.

Swoją drogą, osiemdziesiąt cztery rewolucje w trzysta lat to nowa rewolucja co trzy i pół roku – pod warunkiem, że Ted zaczął knuć już na dzień dobry. Trzeba przyznać, że chłop nie próżnował. :D 

hej,barniusz

 

Wielkie dzięki za przeczytanie.

Masz stuprocentową rację – nie próbowałem tu na nowo odkrywać koła. To miała być właśnie taka klasyczna, drapieżna satyra filozoficzna żonglująca dobrze znanymi motywami. Bardzo mnie cieszy, że uznałeś, że ogarnąłem to sprawnie :)

 

A co do Twoich wyliczeń… kurczę, rozłożyłeś mnie na łopatki, leżę i się śmieję! :D Masz absolutną rację, chłop nie próżnował. Zdradzę Ci jednak w sekrecie (jako Anonim), że imię Ted i jego upodobanie do samotnego mieszkania na poddaszu oraz planowania sabotaży nie są przypadkowe. Mój bohater miał bardzo konkretnego, prawdziwego i skrajnie anty-systemowego mentora z amerykańskiej chatki w Montanie. ;)

Przy takim temperamencie średnia jednego przewrotu na 3,5 roku to dla niego wręcz leniwe tempo!

Dzięki wielkie za czujność, świetną uwagę i uśmiech.

Pozdrawiam serdecznie,

Anonim

Czyżby ten Ted mieszkał teraz z kotem na Żoliborzu, knując kolejną rewolucję? ;)

barniusz

 

Na litość boską, oby to jednak nie był ten Ted! Z dwojga złego wolę chyba tego z Montany… xD

Poza tym nie powinno się wciągać zwierząt do polityki.

Zwłaszcza kotów !!! ;)

Im dalszy Ted, tym lepszy. ;-)

A koty prowadzą własną politykę. ;-)

Witam!

 

Po pierwsze – dobrze się czyta i wciąga, choć początek wydaje się przewidywalny. Ale im dalej w las, tym więcej drzew (mango), co więcej nawet w tym łatwym do przewidzenia starcie były oryginalne treści. Bohater – domorosły filozof, w dodatku wiecznie na bakier z systemem i rzeczywistością w ogóle, jest świetnym wyborem, żeby do tekstu przemycić w mało nachalny sposób ambitne rozważania o cywilizacji, człowieku, potrzebach – i to podane w zabawny, sarkastyczny sposób.

Obawiałem się, że zakończenie – które raczej musiało oznaczać porażkę bohatera – będzie równie oczywiste. A tutaj niepowodzenie (bohatera, nie autora :) ) owszem, pojawiło się, ale w całkiem zgrabnym i oryginalnym stylu.

Podobała mi się i koncepcja, i wykonanie, a zwłaszcza zabiegi Anonima, żeby skutecznie rozruszać szare komórki czytelników. Nie mam innego wyjścia jak kliknąć do biblioteki!

Hej

 

Nie wiem czemu anarchista i czemu śmierć zgodziła się na układ z nieśmiertelnością – przecież sknocił świat idealny :).

 

Ale przypowieść opowiedziana sprawnie i miło było czytać jak Ted wpada w własne sidła. 

 

Klikam i pozdrawiam :)

No cóż, Ted niewątpliwie miał łeb i tylko zastanawiam się, do jakich wniosków doszedł po latach, jakie nauki wysnuł przy pomocy myślenia głową…

Dobrze się czytało. :)

 

[…] A w sumie… – za­trzy­mał się na chwi­lę, a jego wzrok za­pło­nął na­głym, nisz­czy­ciel­skim za­pa­łem. Za­pro­wadź mnie pro­sto do Boga, już ja mu po­wiem, co myślę. → Zbędna kropka po wtrąceniu. Dalszy ciąg wypowiedzi małą literą, po wielokropku. Winno być:

[…] A w sumie… – za­trzy­mał się na chwi­lę, a jego wzrok za­pło­nął na­głym, nisz­czy­ciel­skim za­pa­łem – …za­pro­wadź mnie pro­sto do Boga, już ja mu po­wiem, co myślę.

 

Chcę wró­cić do nie­najm­łod­sze­go już ciała. → Chcę wró­cić do nie­ najm­łod­sze­go już ciała.

 

Ted otwo­rzył oczy, łapąc po­wie­trze… → Literówka.

 

Ja to mam łeb – po­my­ślał, nie­zmier­nie dumny z sie­bie.Prze­chy­trzy­łem samą Śmierć. → Druga półpauza jest zbędna. Przed myśleniem nie stawia się półpauzy. Winno być:

Ja to mam łeb – po­my­ślał, nie­zmier­nie dumny z sie­bie. Prze­chy­trzy­łem samą Śmierć.

Najszczęśliwszy dzień życia to ten, w którym się z nim rozstajemy.

/Fryderyk II Wielki/

 

Ciekawe opowiadanie, składnie napisane. 

Mam kilka drobnych uwag.

 

Fabularnie:

– Śmierć to z założenia istota wszechmocna względem umarlaków – stąd wizja dyskusji z którymś z nich w obliczu jego buntu wydaje się nietrafiona. Wystarczyłoby pstryknięcie palców (kości paliczkowych?) i po problemie,

– umowa traktowała o tym, że Ted ma stworzyć idealny świat, gdzie Śmierć nie będzie potrzebna. Nic takiego się nie stało, a jego pomysł “na siebie” nie spełniał warunków umowy, więc nie do końca rozumiem, dlaczego Kostucha się na to zgodziła.

 

Stylistycznie:

– śmierć zamarła to chyba lekka przesada :D

– w oczodołach raczej nic nie może błysnąć,

 

Cześć wszystkim! Na początek chciałbym przeprosić, że odpisuję dopiero teraz. Ostatnie tygodnie mocno mnie pochłonęły i dopiero udało mi się spokojnie usiąść do komentarzy. Bardzo dziękuję każdej osobie, która poświęciła czas na przeczytanie opowiadania, podzielenie się opinią i wyłapanie różnych potknięć. Teraz nadrabiam zaległości i postaram się odnieść do każdego komentarza.

 

marzan

Dziękuję za przemyślenia! Bardzo się cieszę, że mimo dość przewidywalnego punktu wyjścia udało mi się później czymś zaskoczyć. Zależało mi właśnie na tym, żeby pod płaszczykiem humoru i przekomarzania Teda ze Śmiercią przemycić trochę filozoficznych rozważań, ale bez moralizowania. Tym bardziej cieszy mnie, że finał również zagrał. No i dziękuję za kliknięcie do biblioteki – to dla mnie naprawdę duże wyróżnienie.

 

bardjaskier

 

Dzięki!

A co do układu ze Śmiercią – właśnie w tym tkwił pomysł. Ted rzeczywiście oblał pierwszą próbę stworzenia idealnego świata. Potem jednak zmienił założenia i uznał, że nie będzie uszczęśliwiał wszystkich, tylko sam stanie się tym „błędem w systemie”, który z czasem odmieni rzeczywistość. Śmierć potraktowała to jako nowe rozwiązanie postawionego zadania. No i… jak się później okazało, ono również miało swoją wysoką cenę.

Dzięki za klik i pozdrawiam!

 

regulatorzy

 

Dziękuję! :) Cieszę się, że dobrze się czytało, a jeszcze bardziej dziękuję za tak uważną korektę. Na pewno naniosę te poprawki przy najbliższej aktualizacji tekstu. Dzięki za poświęcony czas!

 

Szafirowy Smok

 

Dziękuję za przeczytanie i za wszystkie uwagi!

Co do umowy – zamysł był taki, że Ted najpierw rzeczywiście poległ przy próbie stworzenia idealnego świata, ale później całkowicie zmienił podejście. Zamiast naprawiać wszystkich, postanowił uczynić siebie jedynym elementem wyjętym spod zasad, wierząc, że z czasem odmieni świat od środka. W mojej głowie Śmierć uznała to za alternatywne rozwiązanie postawionego zadania. Rozumiem jednak, że można to odebrać inaczej i dzięki za zwrócenie na to uwagi.

A za uwagi stylistyczne również dziękuję – „Śmierć zamarła” faktycznie brzmi dość przewrotnie. :D

Bardzo proszę, Anonimie. Miło mi, że mogłam się przydać. :)

Wywaliło mnie wczoraj w trakcie wysyłania komentarza :( Ale oto on:

 

Czy jest utopia nieidealna? XD 

chłodna, pośmiertna nicość

Tylko chłodna? I czy ten przecinek jest niezbędny?

tam, gdzie kazała mu urzędniczka

Szyk: tam, gdzie mu kazała urzędniczka.

sprzeciwił się uparty Ted

Że się sprzeciwił, wiemy. Ale nie widzimy, czemu się sprzeciwił, bo to ukryłeś, Anonimie. Więc trochę dziwnie to brzmi.

Kto dał ci prawo

Kto ci dał prawo.

tak i w niebie – autorytarny burdel na kółkach

Grunt to tupet XD A myślnik mylący.

Śmierć pierwszy raz od bardzo dawna poczuła, że brakuje jej cierpliwości

A bardzo cierpliwie tłumaczy. Nie widać tego braku.

Cisnął w nią spojrzeniem niczym koktajlem Mołotowa.

Wut :D

skwitowała mocno zirytowana

Tłumaczysz. Pokaż to.

Ale proszę mi wierzyć, umierałeś już tysiące razy i niezliczoną ilość razy jeszcze umrzesz. Proszę zachowywać się poważnie.

Jaki poziom formalności obowiązuje między psychopompem a pacjentem? "Ty" – czy "pan"?

Kostucha zatrzymała się, z niedowierzaniem wpatrując się w Teda.

A przedtem się ruszała? Może: Kostucha stała z niedowierzaniem wpatrzona w Teda.

Niezmienne od czasu, gdy powstała materia, a ludzie przyoblekli się w biologiczne skóry. 

…? wut?

Chcieliście doświadczać rzeczywistości na własnych warunkach i to był wasz wybór.

Uwaga, gnoza XD

Zamyśliła się, szukając sposobu, by go uciszyć. – 

Tłumaczysz. Zamyśliła się, i kropka.

Każdy zapragnął być „Ja”, a ego potrzebuje ciał, ograniczeń i reguł gry, żeby w ogóle poczuć, że istnieje.

Oryginalnie :)

krzyżując ręce na klatce piersiowej

A nie mógł po prostu: na piersi?

to nie wyobrażam sobie, jak może wyglądać miejsce, do którego chcesz mnie teraz zaprowadzić

Hmmm. Na pewno skracalne…

a jego wzrok zapłonął nagłym, niszczycielskim zapałem

Bardziej po polsku: w oczach zapłonął mu nagłe niszczycielski zapał.

Zaprowadź mnie prosto do Boga, już ja mu powiem, co myślę.

Znam ten dowcip :P

Na pewno nie istnieje w takiej formie, jaką przybiera w ludzkich wyobrażeniach.

To nie znaczy, że go nie ma. Po prostu nie jest antropomorficzny ^^

w których nagle błysnęło absolutne, wiekowe znużenie

Hmmm. Czy znużenie może błyskać?

zaczęła ją ćmić, puszczając gęste obłoki dymu

Na pewno imiesłów?

 nie będę ci potrzebna

Tylko jemu, czy w ogóle?

Twarz rewolucjonisty przybrała dumny, zacięty wyraz.

Hmm. Wyraz dumy, ale "wyraz zaciętości" w żadnym wypadku…

Anarchista uśmiechnął się drapieżnie.

A jak to się ma do poprzedniej miny? :D

Wystarczyło przecież skasować ból, głód, polityków i korporacje. Co w tym trudnego?

(Już mi się tekst podoba XD ale nie grzeb mi w biurku, bo miałam właśnie zacząć coś w tym duchu :D)

wokół nicość zaczęła gwałtownie pączkować

Hę? 

Przed oczami bohaterów

Mmm, ale bohaterami oni są w ściśle literackim sensie… trochę metafikcja :D

przestrzeń zwinęła się w soczyście zieloną idyllę

yes

Pod rozłożystymi drzewami rosły dojrzałe mango

A mango nie rośnie na drzewach? :D

Obraz przed nimi zawirował

Hmmm.

zielona dolina wciąż tam była

Anglicyzm: zielona dolina wciąż była na miejscu.

W trzecim dopadł ich potwór, którego Ted nie przewidział: absolutny brak punktu odniesienia.

Rymuje się, ale chyba tak ma być :D

wzrokiem tak pustym, że można by w nim utopić galaktykę

Jak utopić cokolwiek w pustce?

Głaz odbijał się od skóry jak gumowa piłeczka, nie zostawiając nawet siniaka.

Czy panienka uniesie głaz? Lepiej: Głaz odbijał się od skóry jak gumowa piłeczka, nawet siniak nie zostawał.

z ogromną siłą

Hmmm.

westchnęła z bezbrzeżną, śmiertelną nudą

Raczej: westchnęła, bezbrzeżnie, śmiertelnie znudzona.

Miłość ma wartość, bo jutro ukochanej osoby może już nie być.

Tak tylko wtrącę, że nie tylko.

Niech się ścierają, aby indywidualność tworzyła pole do zmian.

Hmmm.

Przestrzeń wokół nich gwałtownie reagowała na jego chaotyczny strumień świadomości, materializując kolejne pomysły z brutalną prędkością.

Przestrzeń wokół gwałtownie reagowała na chaotyczny strumień jego świadomości, kolejne pomysły materializowały się, jeden za drugim.

podczas ciosania kamienia

Po co go ciosał, jak niczego nie potrzebował?

Inny zaczął grodzić płotem drzewo mango, ogłaszając je własnością, jako że wyrosło najwyższe w okolicy.

Inny zaczął ogradzać płotem drzewo mango, ogłaszając je swoją własnością, jako że wyrosło najwyższe w okolicy. (Moja profesor od filozofii współczesnej zawsze mówiła o jabłonkach :D)

ludzie zniknęli w ułamku sekundy, ustępując miejsca chłodnej nicości

Nie ma co kombinować: ludzie w ułamku sekundy ustąpili miejsca chłodnej nicości.

idealnie równy krążek dymu

Krążek? Nie pierścień? Kółko?

zapytała, a w jej głosie, zamiast triumfu, pobrzmiewało melancholijne współczucie

Trochę jednak tłumaczysz.

to właśnie bariery ją definiują

Określają! Uprościłeś troszkę, ale tekst ma być krótki.

ta sama, niebezpieczna iskra

Tu bez przecinka.

przez dekady gnała go na barykady

Rym, ma być?

głos mu nagle stwardniał

Co to znaczy?

Chciałem uszczęśliwić wszystkich naraz, a to zawsze kończy się obozami koncentracyjnymi albo totalnym marazmem.

Mmmmm… ale o tym nie wiedziałem, co? :D

Śmierć uniosłaby brew, gdyby ją miała. 

Ba dum dzyń :D

musi uczyć się sikać

Szyk (akcent!): musi się uczyć sikać.

Chcę wrócić do nienajmłodszego już ciała. 

Hmmm. Znaczy, do własnego?

To było wszystko, co Kostucha potrafiła wykrztusić.

Troszkę chyba za grubo…

Z pełną pamięcią każdego poprzedniego życia, każdego popełnionego błędu, każdej przeczytanej książki i każdego kaca.

Nie widział "Dnia świstaka", co? :D

Już i tak za takiego mnie mają!

Hmmm.

zawołał z dzikim uśmiechem

Na pewno "dzikim"? Bo angielskawo to wygląda.

system, który stworzyłaś, opiera się na niewiedzy

Jakie to rozkoszne, że facet zarzuca jej trzymanie ludzi w nieświadomości, a sam nie słucha, co Śmierć do niego mówi XD

Będę żywą bazą danych o ludzkich błędach.

Tradycji nie możesz ustanowić :D

głos nie był już znużony

Głos nie może być znużony, tylko jego źródło.

Jesteś absolutnie, niepoprawnie szalony.

Jest, i to widać ^^

Kostucha zamachnęła się kosą

Troszeczkę powtórzony dźwięk.

rozdarło wprost nicość

"Wprost"?

Ted poczuł koszmarny, gwałtowny świst

Poczuł świst?

spanikowany, młody głos

Jak wyżej – głosy nie panikują.

tym samym, podstarzałym workiem kości

Zbędny przecinek.

każdy chropowaty dźwięk w schorowanych płucach

Hmmm. Chropowaty dźwięk mi się podoba, ale w tym kontekście?

 Pamiętał trzydzieści siedem pogrzebów.

Tylko? :D

wszystkich żon, które zestarzały się i zmarły

A myślałam, że u nich obowiązuje wolna miłość :P

z czasem przeobrażała się w nowy aparat opresji

Hmm. Rewolucja nie tyle przeobraża się w ten aparat, co daje mu początek.

te same, potworne błędy

Ten przecinek też bym wycięła.

dawnego, anarchistycznego gniewu

I ten też.

znajome, przejmujące zimno

Ten też można.

Przez chwilę w pustych oczodołach błysnął

Hmmm. Aspekt dokonany nie pasuje z "przez chwilę".

palca i wypuściła srebrzysty dym, który osiadł na siwej głowie starca

Troszkę rym.

Umowa… to umowa. Proszę zachowywać się poważnie.

W punkt. Po prostu w punkt.

 

Świetny tekst, z jajem, z głową i z konsekwencją. Biblioteka już zaklikana, więc przyjmij w zamian żelki :)

Ta forma zapisu z myślnikiem, choć kusząca z perspektywy autora, dla czytelnika jest myląca.

Właściwie dlaczego jest kusząca? Mnie też się raz i drugi zdarzyło, ale przemazałam…

Doceniam, że Kostucha uszanowała umowę. 

W przeciwieństwie do ludzi – ona jest uczciwa :D

 Acz morał, żeby uważać, czego sobie człowiek życzy, należy do bardzo starych.

Owszem, ale morały żyją dzięki temu, że są powtarzane ^^

więc zależało mi bardziej na własnej interpretacji niż na samym zaskoczeniu

Otóż to!

Trzeba przyznać, że chłop nie próżnował. :D 

XD

Bohater – domorosły filozof, w dodatku wiecznie na bakier z systemem i rzeczywistością w ogóle, jest świetnym wyborem, żeby do tekstu przemycić w mało nachalny sposób ambitne rozważania o cywilizacji, człowieku, potrzebach – i to podane w zabawny, sarkastyczny sposób.

Znak jakości filozofia XD

Nie wiem czemu anarchista i czemu śmierć zgodziła się na układ z nieśmiertelnością – przecież sknocił świat idealny :).

Właśnie dlatego XD

Śmierć to z założenia istota wszechmocna względem umarlaków – stąd wizja dyskusji z którymś z nich w obliczu jego buntu wydaje się nietrafiona.

Można być wszechmocnym, ale nie chcieć z tego korzystać… choćby dlatego, że Ted dostał dokładnie to, co chciał. A że mu się nie podobało… stary motyw.

Hej,Tarnina.

 

Bardzo dziękuje za przeczytanie i obszerny komentarz. Jestem świadom swoich braków warsztatowych i bardzo cenię każdą sugestię, wyłapany błąd czy wskazówkę. W wolnym czasie usiądę do opowiadań i raz jeszcze je przeanalizuje pod kątem błędów i niefortunnych wyrażeń ;) Co prawda powoli, ale się uczę poprawnej pisowni – miedzy innymi dzięki takim komentarzom. Mam teraz cieżki epizod w życiu i nie mam czasu logować się zbyt często na portal ale obiecuje, że uwzględnie twoje spostrzeżenia w niedalekiej przyszłości.

 

Cieszę sie, że pomimo wszystko opowiadanie ci się spodobało i z chęcią przyjmę żelki :D

 

Pozdrawiam!

 

Trzymaj się cieplutko i smacznych żelków :)

Nowa Fantastyka