Wokół rozciągała się chłodna, pośmiertna nicość, ale podstarzały rewolucjonista ani myślał potulnie iść tam, gdzie kazała mu urzędniczka zaświatów. Zaparł się mocno i spojrzał Śmierci prosto w kaptur.
– Nie pójdę i kropka. Nie zrobiłem jeszcze wszystkiego – sprzeciwił się uparty Ted.
– Ehh… – westchnęła cicho Kostucha, opierając się na kosie.
– A tak poza tym, to co ty sobie myślisz? Kto dał ci prawo decydować o moim czasie, co? Widzę, że jako w niebie, tak i na ziemi – autorytarny burdel na kółkach.
– Ted… – Śmierć pierwszy raz od bardzo dawna poczuła, że brakuje jej cierpliwości. – Tu nie ma o czym i z kim dyskutować. Takie są zasady tej gry.
– A wiesz, gdzie mam te zasady? – Cisnął w nią spojrzeniem niczym koktajlem Mołotowa, w którym tak się lubował za czasów swojego anarchistycznego życia.
– Domyślam się… – skwitowała mocno już zniecierpliwiona. – Ale proszę mi wierzyć, umierałeś już tysiące razy i niezliczoną ilość razy jeszcze umrzesz. Proszę zachowywać się poważnie.
– Poważnie? – prychnął bez szacunku podstarzały rewolucjonista. – Skoro umierałem już tyle razy i za każdym razem wracałem na ten padół łez, to tym bardziej stawiam opór. Kto o tym decyduje, pytam raz jeszcze?!
– No… – Kostucha zatrzymała się, z niedowierzaniem wpatrując się w Teda. – Prawo wszechświata. Niezmienne od czasu, gdy powstała materia, a ludzie przyoblekli się w biologiczne skóry. Chcieliście doświadczać rzeczywistości na własnych warunkach i to był wasz wybór. Ja jestem tylko urzędniczką. Proszę nie utrudniać mi pracy…
– To kim w takim razie byliśmy przed materią? Co to za bajki?!
– Ted, nie pracuję w edukacji… – Zamyśliła się, szukając sposobu, by go uciszyć. – Przed ciałami byliście wszystkim naraz. Jedną, wielką zupą świadomości. Dopiero potem zachciało wam się indywidualizmu. Każdy zapragnął być „Ja”, a ego potrzebuje ciał, ograniczeń i reguł gry, żeby w ogóle poczuć, że istnieje. Sami to na siebie ściągnęliście.
– Sranie w banie! – skomentował Ted, krzyżując ręce na klatce piersiowej. – Skoro uciekliśmy w ciała i stworzyliśmy ten paskudny świat, to nie wyobrażam sobie, jak może wyglądać miejsce, do którego chcesz mnie teraz zaprowadzić. A w sumie… – zatrzymał się na chwilę, a jego wzrok zapłonął nagłym, niszczycielskim zapałem. – Zaprowadź mnie prosto do Boga, już ja mu powiem, co myślę.
– Nie mogę – odpowiedziała krótko.
– A niby czemu? Jaśnie pan Bóg nie zechce ze mną rozmawiać? Za małe mam cycki na jego wszechwładną eminencję?
– Nie… – westchnęła znużona. – Z nim nie pogadasz, Ted. Logos to nie facet z brodą, z którym możesz iść na udry. Nie ma imienia ani twarzy. Po prostu jest – jak ocean, a ty jesteś tylko kroplą, która nie ogarnia ogromu wody.
– Ale pierdzielisz… Czyli nie ma Boga, dobrze zrozumiałem? Nie żeby mnie to w ogóle dziwiło…
– I tak, i nie. Na pewno nie istnieje w takiej formie, jaką przybiera w ludzkich wyobrażeniach.
– W takim razie, skoro nie ma prawodawcy, tym bardziej pieprzę wasz system pośmiertny.
Śmierć zamarła. Przez dłuższą chwilę patrzyła na niego pustymi oczodołami, w których nagle błysnęło absolutne, wiekowe znużenie. Powoli, bardzo ostrożnie, oparła kosę o krawędź nicości. Wyciągnęła zza pazuchy woreczek, nabiła zielem czarną jak sadza fajkę i zaczęła ją ćmić, puszczając gęste obłoki dymu. Już dawno nie musiała palić, by uspokoić nerwy.
– Wiesz co, Ted? – powiedziała szeptem, który brzmiał jak przesypujący się piasek. – Mam propozycję. Od niepamiętnych czasów słucham tylko narzekań. Że za wcześnie, że niesprawiedliwie, że świat urządzono bez sensu. Masz niepowtarzalną okazję. Dam ci pięć minut czystej sprawczości. Zaprojektuj rzeczywistość pozbawioną tych wszystkich wad. Jeśli stworzysz coś lepszego, osobiście wymażę wyrok i wrócisz na Ziemię jako nieśmiertelny.
Ted zmrużył oczy, węsząc podstęp.
– Pięć minut? I żadnych haczyków?
– Żadnych. Po prostu stwórz rzeczywistość, w której nie będę ci potrzebna.
– A czy komuś się już to udało?
– Odkąd istnieję – jeszcze nie.
– W takim razie… – Twarz rewolucjonisty przybrała dumny, zacięty wyraz. – Będę pierwszy!
Anarchista uśmiechnął się drapieżnie. Pomyślał, że wygrał los na loterii. Wystarczyło przecież skasować ból, głód, polityków i korporacje. Co w tym trudnego?
Zacierał dłonie, a wokół nicość zaczęła gwałtownie pączkować. Pierwsze myśli zamanifestowały się z siłą wybuchu supernowej.
– Dobra, na dzień dobry: kasujemy ból. Zero chorób, starzenia się, zębów mądrości i podatków. Każdy dostaje zdrowe ciało dwudziestolatka na wieczność. I żadnych rządów! Nie są już potrzebne. Pełna wolność, absolutna decentralizacja. Ludzie żyją w małych, samowystarczalnych komunach, jedzenia jest w bród, bo rośnie samo. Bez GMO i bez morderczej harówki dla pana, jak na polach bawełny.
Przed oczami bohaterów przestrzeń zwinęła się w soczyście zieloną idyllę. Pod rozłożystymi drzewami rosły dojrzałe mango i inne owocowe łakocie. Nie trzeba było zabijać zwierząt, aby się pożywić – gdy ktoś miał ochotę na mięso, po prostu syntetyzował je z DNA w maszynie stojącej w każdym domu. Z kranów, po przekręceniu odpowiedniego kurka, ciekło idealnie schłodzone piwo. Wszyscy wokół byli młodzi, piękni, o nienagannych sylwetkach.
– I co ty na to, ponuraczko? – Ted, dumny jak paw, wypiął pierś. – Widzisz tam gdzieś robotę dla siebie?
Kostucha stała z rękami skrzyżowanymi na piersi, opierając brodę o lodowate palce.
– Wygląda… uroczo – przyznała bez złośliwości. – A teraz przewińmy czas o jakieś trzysta lat.
Śmierć stuknęła obcasem w nicość. Obraz przed nimi zawirował, a gdy się zatrzymał, zielona dolina wciąż tam była. Mango nadal rosło, piwo wciąż chłodziło. Ale ludzie…
Pierwsze stulecie spędzili pewnie na niekończącej się orgii i zabawie. W drugim – zrobili już wszystko, co było do zrobienia, i zjedli wszystko, co było do zjedzenia. W trzecim dopadł ich potwór, którego Ted nie przewidział: absolutny brak punktu odniesienia.
Ted zmrużył oczy, podchodząc bliżej. Jeden z idealnych dwudziestolatków leżał pod krzakiem, gapiąc się w niebo wzrokiem tak pustym, że można by w nim utopić galaktykę. Kawałek dalej dziewczyna o urodzie modelki próbowała uderzyć się kamieniem w stopę. Głaz odbijał się od skóry jak gumowa piłeczka, nie zostawiając nawet siniaka. Niezrażona, zaczęła tłuc się nim po głowie z ogromną siłą, niczym wyjątkowo zdeterminowany samobójca. Efekt był żaden. Dziewczyna westchnęła z bezbrzeżną, śmiertelną nudą i po prostu zamarła w bezruchu.
– Co oni robią? – bąknął Ted. – Dlaczego nikt nie rozmawia? Gdzie jakaś muzyka, sztuka, cokolwiek?
– A o czym mają pisać wiersze, Ted? – zapytała cicho Śmierć. – O tym, że mango jest słodkie, a ciało piękne? Sztuka rodzi się z braku, z tęsknoty, z lęku przed przemijaniem. Miłość ma wartość, bo jutro ukochanej osoby może już nie być. Tutaj nie ma pojęcia „jakoś to będzie”, bo wszystko zawsze jest idealnie. Zabrałeś im kontrast. Stworzyłeś najpiękniejsze, najbardziej luksusowe więzienie w historii kosmosu. Spójrz na nich. Oni nie żyją. Oni po prostu trwają.
Anarchista poczuł, jak włosy na karku stają mu dęba
– Czekaj… mój błąd, da się to naprawić. Wprowadzimy… wyzwania! I trochę bólu. O, niech jedzenie nie rośnie samo. Niech muszą na nie zapracować! Ale na własnych warunkach, nie dla chciwych elit.
– Czyli wprowadzasz ból, głód i zmęczenie? – upewniła się Śmierć, unosząc nieistniejącą brew.
– No… tak jakby. Ale bez przesady! I niech będą jakieś ambicje. Niech każdy chce być lepszy, niż był wczoraj. W muzyce, sporcie, sztuce. Niech się ścierają, aby indywidualność tworzyła pole do zmian.
– Czyli dokładasz jeszcze zazdrość, pychę i gorycz porażki?
Ted zaczął się pocić. Przestrzeń wokół nich gwałtownie reagowała na jego chaotyczny strumień świadomości, materializując kolejne pomysły z brutalną prędkością. Zielona dolina pociemniała, na niebie pojawiły się ciężkie chmury. Ktoś w oddali skrzywił się i zapłakał, bo podczas ciosania kamienia uderzył się w paluch. Inny zaczął grodzić płotem drzewo mango, ogłaszając je własnością, jako że wyrosło najwyższe w okolicy. Niewinna chęć bycia lepszym w ułamku sekundy przerodziła się w potrzebę dominacji. Choć ludzie nie mieli nad sobą panów ani odgórnych praw, zrodzona z ambicji zawiść zrobiła swoje. Wkrótce wybuchła pierwsza wojna – tylko dlatego, że jedna z komun nie mogła znieść, iż sąsiedzi piękniej malują i rzeźbią.
– Przestań! – wrzasnął nagle Ted, łapiąc się za głowę. – Cofnij to!
Śmierć pstryknęła palcami. Wojenna pożoga, płoty i zapłakani ludzie zniknęli w ułamku sekundy, ustępując miejsca chłodnej nicości. Kostucha wypuściła idealnie równy krążek dymu, który z wolna rozpłynął się w próżni.
– I co teraz, panie reformatorze? – zapytała, a w jej głosie, zamiast triumfu, pobrzmiewało melancholijne współczucie. – Zrozumiałeś? Nie da się zbudować wolności bez barier, bo to właśnie bariery ją definiują.
Ted wciąż ciężko dyszał, wpatrując się w miejsce, gdzie przed chwilą utopia utonęła we krwi. Przetarł twarz dłońmi. Przez chwilę wyglądał na pokonanego. Stary, zmęczony człowiek, który zrozumiał, że życiowy bunt był tylko walką z wiatrakami.
Nagle jednak zamarł. W oczach znowu błysnęła ta sama, niebezpieczna iskra, która przez dekady gnała go na barykady. Uniósł głowę i wzrokiem zmierzył się z ciemnością kryjącą się pod kapturem Kostuchy.
– Umowa to umowa – powiedział, a głos mu nagle stwardniał. – Powiedziałaś, że mam stworzyć rzeczywistość, w której nie będziesz mi potrzebna. I że jeśli stworzę coś lepszego, wrócę na Ziemię jako nieśmiertelny.
– Istotnie. Ale przed chwilą udowodniłeś sam sobie, że ten projekt to…
– Tamten projekt to była bzdura – przerwał jej bezczelnie, wysuwając podbródek. – Chciałem uszczęśliwić wszystkich naraz, a to zawsze kończy się obozami koncentracyjnymi albo totalnym marazmem. Zapomniałem o najważniejszej zasadzie anarchizmu: decydowaniu o samym sobie.
Śmierć uniosłaby brew, gdyby ją miała. Niemal wypuściła trzymaną w zębach fajkę.
– Co kombinujesz, Ted?
– Zhakuję ten cholerny system reinkarnacji. Chcę wrócić. Ale nie jako nieśmiertelny bogacz, nie jako pieprzona czysta świadomość i na pewno nie jako niemowlak, który znowu musi uczyć się sikać do nocnika i zapomina wszystko, czego się dowiedział. Chcę wrócić do nienajmłodszego już ciała. Do zaczynających siwieć włosów, rwy kulszowej i niedomykającego się zaworu w sercu.
– Przecież to ciało umiera, człowieku! – Śmierć aż wyjęła fajkę z ust. – Za chwilę znowu tu staniesz. Po dwóch cyklach tkanki zamienią się w próchno, a kości w pył. Jak chcesz wzniecać rewolucje jako chodzący trup?
– To je zresetuj! – zażądał Ted, uderzając pięścią w otwartą dłoń. – Nie chcę gładkiej skóry dwudziestolatka, którą przed chwilą widziałem. Rzygać mi się chce na samą myśl. Chcę sześćdziesięcioletniego ciała, ale zablokowanego w czasie. Niech za każdym razem, gdy zginę, resetuje się do stanu z dzisiejszego poranka. Z tym samym bólem w krzyżu, tą samą zgagą i uporem. Mam być niezmiennym starcem. Błędem w matriksie! Moja nieśmiertelność będzie polegać na wiecznym umieraniu i powracaniu do tej samej walki.
– Niewiarygodne… – To było wszystko, co Kostucha potrafiła wykrztusić.
– A jednak! – Ted niemal podskoczył z ekscytacji. – Chcę wracać na Ziemię jako ja. Dokładnie ten sam Ted. Z pełną pamięcią każdego poprzedniego życia, każdego popełnionego błędu, każdej przeczytanej książki i każdego kaca. Chcę umierać, kiedy przyjdzie czas, ale zamiast iść do reinkarnacyjnej pralki mózgów, chcę po prostu budzić się w łóżku, dzień po pogrzebie, jako zmartwychwstały, uparty staruch.
Kostucha wpatrywała się w niego w absolutnym osłupieniu. Dym ułożył się w kształt znaku zapytania.
– Chcesz… świadomie skazać się na syzyfową pracę? W kółko to samo? Przecież ten świat cię wykończy. Ludzie uznają za wariata albo potwora.
– Już i tak za takiego mnie mają! – zawołał z dzikim uśmiechem. – Ale pomyśl o tym: system, który stworzyłaś, opiera się na niewiedzy. Ludzie cierpią, bo nie pamiętają, że już tysiąc razy cierpieli. A ja? Ja będę pamiętał. Będę żywą bazą danych o ludzkich błędach. Będę solą w oku każdego dyktatora, każdej korporacji, bo nie będą mogli mnie zabić na stałe. Zabiją mnie? Trudno, wrócę za trzy dni z nowym planem sabotażu. To trzecia droga. Świat ze wszystkimi wadami, ale z jednym elementem, który rozsadzi go od środka: ze mną. Chcę być kęsem mango, który zatruje ten organizm.
Śmierć powoli odłożyła fajkę. Przez dłuższą chwilę w nicości panowała absolutna, dzwoniąca w uszach cisza. Kostucha patrzyła na Teda, a w pustych oczodołach po raz pierwszy pojawiło się coś na kształt… głębokiego, pełnego podziwu rozbawienia.
– Ted… – zaczęła cicho, a głos nie był już znużony. Stał się lodowaty i uroczysty. – Jesteś absolutnie, niepoprawnie szalony. A ja, odkąd powstała materia, nie bawiłam się tak dobrze. Niech będzie – umowa to umowa.
Zanim anarchista zdążył cokolwiek dodać, Kostucha zamachnęła się kosą. Ostrze nie przecięło jednak szyi – rozdarło wprost nicość, która ich otaczała. Ted poczuł koszmarny, gwałtowny świst, jakby ktoś wciągał go przez gigantyczny odkurzacz. Próżnia zniknęła, a w jej miejsce wdarł się zapach lizolu, ostry pisk szpitalnej aparatury i potworny, rwący ból w klatce piersiowej.
– Żyje! Defibrylacja zadziałała! – wrzasnął nad nim jakiś spanikowany, młody głos.
Ted otworzył oczy, łapąc powietrze jak ryba wyjęta z wody. Nad nim paliła się jarzeniówka. Wrócił. Udało się. Zhakował wszechświat.
Ja to mam łeb – pomyślał, niezmiernie dumny z siebie. – Przechytrzyłem samą Śmierć.
Trzysta lat później.
W małym, zrujnowanym pokoju na poddaszu sześćdziesięcioletni człowiek siedział przy stole, gapiąc się w ścianę. Nazywał się Ted. Albo raczej: znowu nazywał się Ted.
Ciało było dokładnie tym samym, podstarzałym workiem kości, który nosił w XXI wieku. Znało każdy ból, każdą zmarszczkę, każdy chropowaty dźwięk w schorowanych płucach. Ted pamiętał wszystko. Pamiętał trzydzieści siedem pogrzebów. Pamiętał imiona wszystkich żon, które zestarzały się i zmarły, podczas gdy on wracał – wciąż ten sam, skazany na wieczną żałobę. Pamiętał osiemdziesiąt cztery rewolucje, które próbował wywołać, i to, jak każda z nich, bez wyjątku, z czasem przeobrażała się w nowy aparat opresji.
Świat się zmieniał, imperia upadały, technologie szły naprzód, a ludzie wciąż popełniali te same, potworne błędy. Ted nie był już solą w oku systemu. Był zmęczonym duchem, który widział już wszystko i nie potrafił wykrzesać z siebie ani kropli dawnego, anarchistycznego gniewu. Stał się encyklopedią ludzkiego cierpienia, uwięzioną w niezmiennym ego. Pamięć, która miała być bronią, stała się najcięższym łańcuchem.
Nagle poczuł znajome, przejmujące zimno. Płomień świecy zamarł. Z kąta pokoju wyłoniła się wysoka, obleczona w czerń sylwetka z kosą.
Ted nawet nie drgnął. Na pomarszczoną twarz wypłynęły łzy – pierwsze od stu lat.
– Błagam… – wycharczał, składając trzęsące się dłonie. – Błagam cię, zabierz mnie do tej pralki mózgów. Pozwól mi zapomnieć. Chcę być kroplą w oceanie. Chcę być nikim. Zrób ze mnie chociażby to pieprzone mango, tylko daj mi w końcu święty spokój…
Śmierć zatrzymała się nad nim. Przez chwilę w pustych oczodołach błysnął cień dawnej, smutnej empatii. Wyciągnęła zza pazuchy fajkę, odpaliła ją jednym skinieniem palca i wypuściła srebrzysty dym, który osiadł na siwej głowie starca.
– Ach, Ted… – westchnęła cicho, opierając się na kosie. – Bardzo bym chciała. Ale przecież sam pan powiedział. Umowa… to umowa. Proszę zachowywać się poważnie.
Ostrze kosy błysnęło w ciemności po raz trzydziesty ósmy.