Pan Ryba nie miał wielkich wymagań. Właśnie pół leżał, wciśnięty w stary, wypchany byle szmatami jutowy worek, i obserwował pustynny zachód słońca. Ta daleka, pomarańczowa tarcza, chowająca się za wydmami i rzucająca długie cienie na piasku, wprawiała go w osobliwy, sentymentalny nastrój.
Nawet nie próbował się ruszać. Rozwalony na prowizorycznej leżance, tak wygodnie, jak pozwalał na to styrany grzbiet, zastygł niczym jaszczurka.
Jednym uchem słuchał, co dzisiaj do powiedzenia ma Krzemień.
A Krzemień zazwyczaj miał do powiedzenia to samo.
– Nie idzie wyżyć już z tych wycieczek – sapał w upale, przecierając dłonią siwy wąs. – Nie idzie.
Pan Ryba ni to prychnął, ni to stęknął w odpowiedzi. Już dawno nauczył się, że podobna sytuacja jest długoletnią tradycją i ma niemal identyczny przebieg niezależnie od tego, czy bierze w niej udział, czy nie. Krzemieniowi nieznajomość słowa „monolog” nie przeszkadzała, by takowy regularnie prowadzić.
Pan Ryba nie pozwolił sobie na myśl, że może to czas, by do rozmowy się włączyć.
W wielu aspektach swojego życia przypominał sęk. Sprawiał wrażenie, że żyje komuś na złość. Zwinięty w worku wyglądał nawet podobnie, a przez wieloletnie przebywanie na słońcu jego skóra również przypominała coś, co przy próbie ruszenia może pęknąć. Pewnie dlatego nie ruszał się zbyt wiele.
– Pamiętasz, jak kiedyś walili tu wszyscy wielcy odkrywcy, by zobaczyć na własne oczy Sępie Żerdzie? Żyliśmy jak królowie.
Pan Ryba pamiętał. Co prawda nieco inaczej niż Krzemień, ale już dawno porzucił próby ustalenia wspólnej wersji. Krzemień był romantykiem, a mało co rozczulało go tak bardzo, jak tęsknota za własnym upływającym w nieznośnym upale życiem.
Tacy z nas wtedy byli królowie, jak z nich podróżnicy, zwykli szalbierze, pomyślał tylko. To, że człowiek jadł częściej niż raz dziennie i miał tunikę na zmianę, nie znaczy jeszcze, że żył jak król. Po prostu nie musiał ryzykować życia swojego i wielbłądów, wyżerając im paszę z worków.
Krzemień perorował dalej nad wspaniałą odległą przeszłością i ciężkim dniem dzisiejszym, ale pan Ryba już go nie słuchał. Słońce niemal całkiem schowało się za ostatnią wydmą, więc miał zamiar przenieść się do namiotu lub siąść do przygotowania jakiejś kolacji, a wypadała jego kolej. Gdy ruszył się, by się podnieść, a piach wypadał z załamań jego starego, dziurawego płaszcza, kątem oka złowił ruch.
Ktoś się do nich zbliżał.
– …nie to, co kiedyś. Znowu śniła mi się ta łazęga, Bodgusz do dziś mi nie zapłacił. Szlachcic z koziej… – Krzemień urwał, widząc, że jego jedyny wierny słuchacz wyprężony wpatruje się w przestrzeń zamiast, jak zwykle w tej części, zwyczajnie przysypiać. Spojrzał w tym samym kierunku i w oddali zamajaczyły mu wątłe sylwetki.
– Kogo niesie? – burknął, a pan Ryba aż podskoczył, bo zapomniał już, jak Krzemień brzmi, gdy nie opowiada w kółko tych samych dyrdymałów.
– Nie ma co marudzić. Rozkładaj mandżur.
Krzątali się w pośpiechu, by rozłożyć stare mapy, dzwonili wyszczerbionymi sztyletami i wystawili na środek żelazny, pozłacany hełm z wbitym weń aż po sam trzonek nadziakiem.
W samą porę, bo właśnie zbliżył się do nich chrapiący i śmierdzący jak siedem nieszczęść wielbłąd. Dodatkowo puścił potworne gazy. Wszystko to świadczyło o dobrym zdrowiu zwierzęcia.
– Powitać – powiedział jeździec, ale nie zdjął jasnej chusty, którą okrywał twarz. Patrzył na nich z wysokości siodła, a szczupłe, żylaste dłonie zaciskał na łęku.
– Uszanowanie wielmożnemu panu – zaczął z entuzjazmem Krzemień, aż wydawało się, że jego potężne wąsiska zaczęły żyć własnym życiem. – Czy byłby pan zainteresowany tymi wyjątkowymi mapami wskazującymi drogę do tajemnic pustyni Zuberec, czy też może tymi wspaniałymi pamiątkami po dawnej bitwie, gdzie wielki książę Mobderaq…
Przyjezdny uciszył go upierścienioną dłonią. Palcem wskazał im daleko zachodzące słońce.
– To Patelnia? – zapytał, nie odrywając od pustyni zmęczonych oczu. – Panowie przewodnicy? – dodał po chwili.
– Oczywiście, że przewodnicy! – zahuczał Krzemień, choć jakby z mniejszą werwą. – I jasna rzecz, że Patelnia! Pewna śmierć dla tych, co liczą na deszcz, pewna. Dokąd by jaśnie pan zechciał się udać, hę? Mamy tu listę, same unikaty. Historycy głowy sobie, proszę pana, łamali na tych odkryciach. Zwłaszcza zaginione miasto Akleidy…
Przyjezdny rzucił okiem na pożółkły pergamin i choć nie odezwał się słowem, to pan Ryba mógłby przysiąc, że w kilku miejscach próbował się nie roześmiać.
Powoli podchodziła do nich pozostała dwójka zgarbionych, trudnych do określenia płci sług. Szli niezgrabnie, ale niestrudzenie, niosąc na plecach olbrzymie pakunki. Zatrzymali się kilka kroków przed obozem i w ciszy spuścili głowy. Nie odłożyli jednak całego majdanu, a jedynie mocniej zacisnęli sękate palce na sznurach.
Przybysz pozwolił wielbłądowi osiąść w piasku i zszedł krótkim ruchem z siodła. Zachwiał się, ale nie upadł. Odwiązał chustę z głowy i uśmiechnął się nieznacznie. Na wychudłej szyi wisiał srebrny medalion, błyskający w ostatnich promieniach słońca.
– Mam propozycję.
***
Ogień trzaskał wesoło, a krople tłuszczu z sykiem lądowały na czerniejących szczapach. Gwiazdy świeciły jasno, a piasek szurał, przesuwany przez kąsający wiatr. Świerszcze koncertowały w najlepsze, a wielbłądy mlaskały i prychały do siebie. W powietrzu unosił się zapach dymu i mięsiwa.
A pan Ryba siedział naburmuszony i bardzo nie podobało mu się to, co odbywało się na jego oczach.
Wizja ciepłego mięsa na kolację uśmiechała mu się bardzo. Nie pamiętał, kiedy ostatnio mógł zjeść coś takiego bez poczucia winy, ale właśnie coś podgryzało go cichutko i obawiał się, że to może być jego własne sumienie.
Sięgnął pod pośladek.
To była jaszczurka.
Wyrzucił ją daleko za siebie.
Nie pomogło.
– Jeszcze raz… – powiedział Krzemień, unosząc dłonie i porzucając jaśniepanowanie. – Pan chcesz…
– Panie Krzemień, nie należę do ludzi niecierpliwych, ale to będzie już czwarty raz – przerwał mu przyjezdny. – On tak zawsze? – zapytał, odwracając się do pana Ryby.
Starzec przytaknął posępnie. Jego przyjaciel nie zawdzięczał swojego imienia ostrości umysłu ani iskrze w oku. Ostrość jego umysłu z ostrością krzemienia miała tyle wspólnego, że trzeba było obchodzić się z nią ostrożnie i nie używać w suchych, podatnych na zaprószenie miejscach.
– Jak panowie sami wspomnieli – zaczął przybysz, choć wydawał się nieco zmartwiony. – Siedzimy właśnie pod ostatnią palmą po tej stronie Patelni. Kolejne, idąc na zachód, a w tym kierunku przyjdzie nam iść, napotkamy za około pięćset mil, zgadza się?
Obaj skinęli głowami. Liczba była dobra jak każda inna. Na oko się zgadzało. Nikt nie przebył tej pustyni, żeby to dokładnie sprawdzić. Choć przecież wariatów nie brakowało.
– Wielka Północna Kompania Handlowa. Tak, ta sama. Nie, nie znam osobiście gubernatora. Tak, płacą prawdziwym złotem. I tak, nadal chcą szlaku przez Patelnię. Zleciła mi wyznaczenie szlaku przez pustynię. Za nami jest Hardgard, ostatni węzeł logistyczny we Wschodniej Republice. Mam go połączyć z Louphoux. Wojna morska, którą zaczął jaśnie nam panujący Karol Mruk, zerwała obecne trakty wodne. To są milionowe straty, panowie.
Pan Ryba, który nie dawał po sobie poznać, że geopolityka nie jest jego konikiem, nic nie powiedział. Krzemień dawał po sobie poznać wszystko.
– I wynajęli akurat pana, bo?
– Odwiedziło się to i owo.
Pan Ryba sapnął w końcu i pochylił się ciężko.
– Panie…
– Brocke. Też już to mówiłem…
– Panie Brocke – pan Ryba miał wyjątkowy talent do bycia absolutnie głuchym na to, co nie mieściło się w jego sposobie patrzenia na świat. – Pan się nie obraź, ale pan jesteś albo oszust, albo wariat.
Krzemień, którego oszukiwanie oszustów i zarabianie na wariatach stanowiło główne źródło utrzymania, zamachał rękami, jednak został szybko uciszony.
– Czemuż to? – zapytał Brocke, teatralnie udając urażonego podobnymi oskarżeniami.
– Gdyby przez tę pustynię dało się przejść, to już dawno ktoś by to zrobił – parsknął pan Ryba. – To miesiąc na wielbłądach. Nie weźmiesz pan ze sobą tyle wody. Pomijam już, że nie ma siły, żebyś to cholerne bydlę zmusił do pójścia w głąb dalej niż dziesięć mil, próbowałem. Piechotą to będzie ponad dwa. Ja widzę, że pan masz podejrzanych pomagierów, co to ni wody, ni jadła, ale nasza trójka to już inna historia. Życie panu niemiłe?
Brocke zmrużył oczy i milczał przez chwilę. Żuł w ciszy pieczoną baraninę i trawił słowa starca razem z mięsiwem.
– Miłe – stwierdził w końcu, wypluwając chrząstkę, a panu Rybie dreszcz przebiegł po plecach. – A co, jeśli ja wiem, że tam po drodze jest źródło? Oaza?
– Mówiłem. Oszust.
– Albo wariat – powiedział Krzemień, milczący od dłuższej chwili, a chcący zaznaczyć, że też bierze udział w rozmowie.
Wychudzony przybysz wstał i podszedł do jednego z kufrów. Spod tuniki wyciągnął klucz, którym otworzył skomplikowany zamek. Sięgnął po niedużą tubę i rozłożył tkwiący w niej pergamin.
– Panowie – zaczął, uśmiechając się szeroko. Płomienie kreśliły głębokie cienie na jego szczupłej twarzy. – Nie jestem idiotą. Pewien astrolog, za opłatą oczywiście, a policzył sobie jak za zboże swoją drogą, wyznaczył mi, gdzie jest woda. Patrzcie, sto trzydzieści mil na zachód, potem będzie trzeba trochę odbić. Ale… O, tu jest oaza. Starczy nam na kolejne tygodnie, by odnaleźć kolejną. To nie jest aż tak niemożliwe.
Pan Ryba i Krzemień długo wpatrywali się w kościsty palec wbity w punkt na mapie.
– Wariat – powiedzieli obaj.
***
– Dobrze zjeść coś innego niż jaszczurka, ale czuję się przy nim jakiś nieswój – stwierdził Krzemień, gdy Brocke już od dłuższej chwili mruczał coś sam do siebie, leżąc zwinięty w swoim obozie.
Pan Ryba milczał w ciemności, przygryzał wargi i myślał intensywnie, aż pomarszczone czoło zaczęło przypominać spękaną ziemię.
– W normalnych okolicznościach – wąsacz paplał dalej – a tych do normalnych nie zaliczam, proponowałbym pójście z nim, pałą w łeb, pierścionki do kieszonki i pal licho jego kompanie, królów i Karolów. Byśmy sobie pohulali na starość w jakiejś Manifrze albo nawet dalej, czemu nie. Ale w takich warunkach dziękuję bardzo. Widziałeś tych jego tragarzy? Podejrzane to typy, pewnie na ziołach jakichś. Nie brakuje teraz takich…
– Pójdę z nim – powiedział nagle pan Ryba i sam nieco się tym zdziwił.
– Szaleju się najadł, czy co?
– Jutro – mruknął tylko pan Ryba i przekręcił się na drugi bok. Z jakiegoś powodu nie mógł się zdobyć na to, by powiedzieć, że przybysz wydał mu się znajomy. – Jutro – powtórzył, słysząc, że Krzemień bierze oddech.
Stary przewodnik nic jednak nie rzekł. Zafrasował się bardzo i po chwili dzielenia się swymi troskami z gwiazdami na niebie zasnął.
I pierwszy raz od dawna nie śniło mu się nic.
***
– Na pewno nie chcesz iść dalej? Może odnajdziemy to miasto, o którym zawsze mówiłeś.
Krzemień postukał się palcem w czoło i wziął wodze.
– Dzięki za odprowadzenie – powiedział pan Ryba, a Krzemień i na to nie miał nic do powiedzenia. Zabrał wielbłądy, które odmówiły dalszej podróży, i odjechał w stronę obozu, zaciskając usta. Gnany wiatrem piach wciskał się, gdzie tylko mógł.
***
– Panie Brocke, jak pan nie chce się zapaść po szyję, to ja bym tam nie szedł.
– Dobra, czyli tam?
– Nie.
– Rozumiem, też ruchome piaski?
– Nie, węże.
– Aha, no to tędy.
– Ano, tylko na jaszczurki pan patrz.
– Można je zjeść?
– Można, ale tylko raz.
Obaj zaśmiali się ze starego żartu. Gwiazdy świeciły im nad głową. Tragarze w milczeniu podążali za nimi. Jeden z nich potknął się o kamień. Drugi odruchowo złapał go za ramię. Ruszyli dalej, a wiatr zacierał ich ślady.
***
Pan Ryba układał się do spoczynku po ciężkiej nocy. Starał się jak najszybciej rozbić prowizoryczny namiot, aby ukryć się przed prażącym zmysły słońcem pustyni.
Wtedy usłyszał Brocke’a.
– Naprawdę nie znoszę pustyni – sapnął, siedząc ze zwieszoną głową na jednym z kufrów, i po chwili wzruszył ramionami. – No tak, ale widzisz tu jakieś morze?
Prychnął pod nosem i zajął się swoim namiotem.
Pan Ryba zagrzebał się głębiej w piasku. Nieco niżej był nawet chłodny.
***
– To są te Sępie Żerdzie?
– Tak.
– Klimatyczne. A sępy?
– Wyżarły, co było, i odleciały gdzieś indziej. Czego tu miały więcej szukać?
Brocke kiwnął głową w zamyśleniu. Stał na szczycie wydmy, opierając się o drewniany kostur. Spokojnie rozglądał się po antycznym cmentarzysku.
– Czyli zostały Żerdzie – stwierdził w końcu. – Liczę, że masz w zanadrzu ciekawsze atrakcje.
***
Piątej nocy pan Ryba wspominał ostatnie słowa, które wypowiedział do niego Krzemień.
– Na pewno wiesz, co robisz?
Pan Ryba nie wiedział.
Gorzej, że kończyła się woda, a on nie wiedział nadal.
– Panie Brocke – zagaił, gdy stopy zapadały im się w sypkim piasku.
– Tak? – zapytał podróżnik, bawiąc się srebrnym medalionem zawieszonym na szyi.
– Czytałem kiedyś o panu.
– Kłamstwa i pomówienia – powiedział szybko Brocke. – A co właściwie pan czytał?
Pan Ryba zafrasował się. Większość życia odzywał się rzadko, ale nigdy dlatego, że nie mógł znaleźć słów. W tym momencie było mu głupio.
– Opowiadano, żeś opłynął pan Szklany Archipelag. I żeś pierwszy wszedł pan na Czarny Kamień. To też kłamstwa?
– Nie – zaśmiał się Brocke. – To akurat prawda.
– Jak tam było?
Brocke spojrzał zaciekawiony na pana Rybę i zdał sobie sprawę, że ten spieczony słońcem starzec też kiedyś był dzieckiem.
– Na Archipelagu wietrznie i deszczowo – powiedział po namyśle. – Na Kamieniu stromo i śnieżnie. Za to w obu zimno i niebezpiecznie. Czemu pan pytasz?
– Wspaniałe historie to są – powiedział pan Ryba, dając do zrozumienia, że o każdej słyszał wiele razy.
– Dlatego idziesz ze mną?
Starzec nieśmiało kiwnął głową.
– Idź dalej – powiedział Brocke, kładąc mu rękę na ramieniu. – A zobaczysz rzeczy, których oczy żywych nigdy jeszcze nie widziały.
Pan Ryba szedł dalej. W oddali rozdarły się cykady.
***
– Czemu właściwie Ryba? – zapytał siódmej nocy Brocke. Był bardzo zmęczony i z trudem przełykał ślinę.
– Ojciec był rybakiem – odparł starzec, poklepując się po wątłej piersi i pokasłując cicho. – Przyjęło się.
– To co pan robisz na pustyni?
– Trzymam się z dala od kutrów.
– To jak pan się właściwie nazywasz?
– Dla pana, panie Brocke, niech pozostanie pan Ryba.
Brocke skrzywił się i odwrócił głowę.
– Widziałeś go, jaki skryty? Myślałby kto.
Upewnił się, że tragarze podążają za nimi. Zapadali się po kolana, bez słowa stawiając kolejne kroki.
***
– Tęskni pan za nią?
– Słucham? – wyrwany z zamyślenia Brocke chciał schować medalion, ale w pół ruchu zrezygnował.
– Przecież widzę – powiedział starzec z niejakim zakłopotaniem. – A i głuchy nie jestem.
Brocke zmrużył oczy, ale po chwili się rozluźnił.
– Tęsknię – przyznał.
To był moment, w którym powinien otworzyć swój srebrny medalion, by pokazać portret młodej kobiety o ciemnych oczach i łagodnym uśmiechu. Ale nie zrobił tego.
Pan Ryba też nie wspomniał o tym, że wśród historii o dalekich podróżach jego towarzysza słyszał pewną smutną opowieść. O mężczyźnie bardzo daleko od domu, o czekającej na niego żonie i o trzech ludziach, którzy pewnego wieczoru zapukali do jej drzwi.
Siedzieli w ciszy, a Patelnia odpowiadała im tym samym.
***
Pan Ryba niemrawym ruchem odgonił skorpiona. I tak zaraz wróci. A może by go złapać i zjeść? Gdzie był ten patyk? A mniejsza z tym, zdecydował się.
– Panie Brocke?
– Słucham, panie Ryba – Brocke zachrzęścił spod swojej płachty. Miał wrażenie, że słońce i upał fizycznie dociskają go do gorącego piasku pustyni. Czy skwar może ważyć? Zamyślił się.
– Już wczoraj powinniśmy być na miejscu.
– Na miejscu czego?
– Oazy.
– A tak, oaza – ożywił się Brocke. – Na pewno gdzieś tu jest.
Pan Ryba usiadł i wbił oczy w podróżnika owiniętego mimo upału w kilka warstw płaszcza.
– Wody zostało nam góra na trzy dni – powiedział i zaniósł się suchym kaszlem. – Nie starczy na powrót. Ta oaza musi tu być.
– Jest, jest – westchnął Brocke i przekręcił się na bok. – Nie martw się, staruszku. Znajdziemy ją. Znajdziemy. Jeszcze trochę.
Żar lał się z nieba. Musieli odczekać kilka godzin, żeby ruszyć. Pan Ryba pierwszy raz obejrzał się za siebie. Były tam tylko wydmy i wiatr.
Spróbował zasnąć.
***
Jak okiem sięgnąć, był tylko gnany wiatrem piasek. Zdradziecki wiatr wdzierał się szturmem pod każdą warstwę ubrania. Gwiazdy, tworząc malownicze konstelacje, świeciły jasno.
Pan Ryba łapał się na tym, że nie rozpoznaje nieba, pod którym spał przez większość życia.
Stał zgarbiony, a suchy kaszel wstrząsał wątłym ciałem, przerywając płytki, świszczący oddech.
Bardzo chciał przełknąć ślinę.
– Pora iść, panie Brocke – zachrypiał.
Chudzielec był wyraźnie osłabiony. Miał podkrążone oczy, a księżyc rzucał na niego trupie światło. Cienkie szaty nie kryły sterczących łopatek, gdy skulony mamrotał do siebie i próbował zachować choć odrobinę ciepła z dnia, który zostawili kilka godzin temu. Do świtu wciąż było daleko.
Puste dzbany wisiały ponuro na konopnych sznurach.
– Panie Brocke?
– Nie wiem… Tak, gdzieś musi tu być…
Pan Ryba ostrożnie położył dłoń na kościstym ramieniu.
– Panie Brocke.
Podróżnik aż podskoczył, a tragarze jednocześnie poderwali głowy. Gwiazdy lśniły w ich pustych oczach, gdy w napięciu wpatrywali się w starego przewodnika. Brocke błądził wzrokiem, jakby go nie poznawał.
W końcu cicho westchnął.
– Wybacz – szepnął. – Zamyśliłem się. Tak, chodźmy. Ogrzejemy się w marszu.
Panu Rybie pierwszy raz przebiegło przez myśl, że może to być ostatnia podróż wielkiego Brocke’a, pogromcy krain, w których żyją smoki.
Starzec miał silne postanowienie, by nie dołączyć do sępiej karmy.
Ptaszyska, jak na złość, krążyły coraz bliżej.
***
Po małym palcu pozostała tylko czarna i oblepiona piaskiem rana. Pulsowała tępym bólem. Krew była zbyt gęsta, by ciec.
Sęp, który w nocy postanowił sprawdzić, czy starzec żyje, zaśmiewał się skrzekliwie z daleka. Dziś nie pójdzie głodny spać.
Pan Ryba nie miał czym przemyć rany. Owinął tylko dłoń kawałkiem płótna, które znalazł we wspólnych bagażach.
Słudzy nie zwracali na niego żadnej uwagi, gdy przerzucał kufry i worki. Ciągnęło od nich starą skrzynią, w której zioła trzymano o wiele za długo.
Brocke za każdym razem krótko i stanowczo odmawiał rozmowy na ten temat. Czasem zdawkowo żartował, że to jego pamiątki z dawnych podróży, a czasem nazywał ich wykwalifikowaną i stosownie opłacaną służbą.
Pan Ryba, którego życie nauczyło, żeby nie wtrącać się w cudze sprawy, nie drążył. Ale nie czuł się już tym samym człowiekiem, który opuszczał obóz, by wytyczyć szlak handlowy i zapisać się w kartach ludzkości. Teraz czuł tylko żywicę, ból w zranionej ręce i pragnienie. Nieustające, okropne pragnienie.
Spróbował przełknąć ślinę.
Nie udało się.
***
Pan Ryba obrócił się nagle, gdy usłyszał głośny, suchy trzask. Jak gałąź łamana na ognisko, tylko że opał skończył im się cztery dni temu.
Zobaczył jednego sługę wytrwale idącego w drobnym piasku. Zdał sobie sprawę, jak dziwnie się z tym czuje. Nigdy nie widział ich osobno, zawsze w parze. Wytrwale i w milczeniu przemierzających pustynię z ciężarem, który nadawał się dla wielbłąda. Obelisk ich związanych pakunków sterczał krzywo zza wydmy.
– Panie Brocke?
Ale nie widział go nigdzie. Dopiero po chwili zamajaczyła w oddali znajoma sylwetka. Stał i wskazywał niebo. Co chwilę odwracał głowę i mówił, jakby coś komuś tłumaczył.
Pan Ryba zachrypiał przeciągle i udało mu się zwrócić jego uwagę. Zamachał rękami i cofnął się do milczących tragarzy.
Jeden z nich leżał pod ciężkimi pakunkami i próbował wstać, ale tylko poruszał powoli kończynami niczym w jakimś robaczym tańcu. Jego noga pod kolanem była wykrzywiona pod nienaturalnym kątem.
Ostry kawałek kości wystawał przez dziurę w tunice.
Opanowując pierwszy szok, starzec zbliżył się, by pomóc, ale Brocke odepchnął go i kucnął przy rannym. Złamana noga w nocnym blasku miała siny kolor.
– On już dalej nie pójdzie – stwierdził pan Ryba.
– Pójdzie – powiedział Brocke, jakby mówił o pękniętym kole od wozu, i z obrzydliwym chrzęstem nastawił kość. – Muszę to zaledwie usztywnić.
Pan Ryba zwymiotowałby, gdyby miał czym. Ale wpatrywał się tylko tępo w krzątającego się Brocke’a.
Mimowolnie naśladował owadzie, regularne ruchy leżącego sługi. Kątem oka dostrzegł, że drugi z tragarzy robi dokładnie to samo.
***
Pan Ryba przebudził się, gdy słońce chowało się za horyzontem. Każdy ruch sprawiał ból. Mięśnie i ścięgna stawiały opór, jakby w każdej chwili miały się zerwać z trzaskiem.
Gdy zobaczył obok swojej głowy dwie wbite w piasek nogi, zerwał się, wciągając ze świstem powietrze. Jedna była ciasno owinięta starymi szmatami, po bokach miała stare deski wyrwane z kufra. Sługa patrzył wprost w zachodzące słońce. Nie mrugał.
– Proszę go zostawić w spokoju – powiedział Brocke, gdy pan Ryba już miał machnąć tragarzowi przed twarzą.
Brocke tego dnia wyglądał nieco lepiej. Siedział oparty o pustynny głaz i w jego cieniu delikatnie głaskał srebrny medalion.
Pan Ryba przysiadł się i przyglądał jego spokojnym, miarowym ruchom.
– Tu nie ma oazy.
Brocke zastygł nagle, rozejrzał się i po chwili wrócił do cichego rytuału.
– Nie ma – przyznał. – Musimy przejść kolejne dwadzieścia mil na północ.
– Wariat?
Brocke odwrócił się i bardzo zmęczony uśmiech rozciągnął jego chudą, pomarszczoną twarz.
– Nie – powiedział. – Oszust.
***
– Panie Ryba. Hej, panie Ryba.
Starzec powoli otworzył oczy. Bardzo niewyraźnie widział przed sobą klęczącego Brocke’a. Czuł, że trzyma jego suche dłonie i delikatnie ściska wątłe ramię.
– No nareszcie, już myślałem, że mi się… A nieważne. Bardzo się cieszę. Musimy iść. Widzi pan tam, w oddali?
Pan Ryba widział coś, co nienaturalnie załamywało znajomą linię horyzontu, ale nie był w stanie powiedzieć, co to może być. Brocke wstał i wyciągnął rękę. Starzec uścisnął ją i dał się podnieść. Wtedy zauważył, że ma na palcu pierścień z wielkim szmaragdem.
Nie zdążył o nic zapytać, bo Brocke już ruszył we wskazanym kierunku, jakby nabrał zupełnie nowej energii.
Pan Ryba zdał sobie sprawę, że nie chce mu się pić.
***
– Popatrz – powiedział Brocke. – Tu jednak naprawdę było kiedyś miasto.
Krążyli wśród zasypanych tysiącletnim piachem ruin. Gdzieniegdzie wystawały same dachy lub pojedyncze ściany. Rozrzucone, samotne wieże sterczały z ziemi niczym zęby.
– Krzemień w życiu mi nie uwierzy – Pan Ryba rozglądał się po ruinach. – Zaraz… Gdzie my jesteśmy?
Czuł się zagubiony, co chwilę na zmianę zaciskał i rozwierał palce, jakby sprawdzał, czy nadal do niego należą. Przytłaczało go uczucie nierealności, ale, co dziwne, poza tym nie czuł nic.
– Wybacz mi – powiedział podróżnik. – Już niedługo.
Otumaniony pan Ryba szedł za nim aż do starego mauzoleum. Kwadratowy, ciemny budynek był wbity w jasną taflę pustyni. Szerokie schody prowadziły ku ciężkim, zielonkawym wrotom. Nie został na nich żaden dający się odczytać symbol. Ślepe twarze posągów rzucały przybyłym przeciągłe, nieruchome spojrzenia.
Wnętrze zdawało się znacznie większe, niż sugerował to budynek z zewnątrz. Kamienne filary ginęły wysoko w mroku. Setki drobnych promieni przecinały ciemność. Powietrze było chłodne i nieruchome, jak w starej studni.
Brocke pewnie ruszył naprzód, a pan Ryba zauważył walające się w nieładzie karty pergaminu. Sięgnął po jedną z nich i udało mu się odszyfrować rozedrgane pismo.
„…skończyła się dwa dni temu. Nie wiem, jak długo wytrzymam…”
Podniósł kolejną.
„…jak cień, nie zdoła mnie tu znaleźć. Nie zdąży. Jest zbyt daleko. To była jedyna droga”.
Starzec stawiał niepewne kroki, a echo odbijało się od rzędów sarkofagów. Gdy doszedł do centralnej komnaty, pod wielkim tronem dawno zapomnianego władcy, dostrzegł leżące zasuszone zwłoki. A przy nich klęczacego Brocke’a.
Pod nogą zaszurała mu kolejna kartka. Podniósł ją machinalnie i z trudem odczytał coraz bardziej rozedrgane litery.
“…wygrałem. Nie znajdzie mnie, nie może. O Boże, proszę. Proszę, proszę…”
Nie zwrócił uwagi na przechodzących koło niego służących. Krótkimi ruchami zrzucali z siebie kufry i torby, wzbijając tumany kurzu. Uklękli po obu stronach trupa, by wodzić złamanymi, brudnymi paznokciami po jego nogach i ramionach.
Ciało było już drobne, choć świadczyło, że za życia należało do postawnego mężczyzny. Ubranie wisiało luźno na wystających żebrach. Długie, ciemne włosy przykleiły się do czaszki. Przy kościstych dłoniach leżał zardzewiały nóż.
– Tyle lat – bełkotał Brocke, rysując na podłodze okultystyczne symbole. – W końcu. Byłeś sprytniejszy niż tamci, przyznaję.
– O mój Boże – wyszeptał pan Ryba. – To wszystko… dla niego?
– Dla niej – odpowiedział Brocke. – Nie musisz tego oglądać.
Starzec pozwolił się wyprowadzić na schody, gdzie usiadł ciężko. Miał mętlik w głowie.
– Ich los nie jest twoim losem – powiedział Brocke, patrząc starcowi w oczy. – Pierścień, który ci dałem. Zachowaj go. Zdejmij, a… myślę, że już się domyśliłeś. Wybacz mi, staruszku. I dziękuję.
Brocke wstał. Uścisnął mu dłoń. Otrzepał spodnie. Odszedł.
Pan Ryba obracał pierścień na palcu. Szmaragd rozrzucał wspaniałe refleksy. Krzemień na pewno miałby coś do powiedzenia. Ciekawe, co mu się dziś śniło.
Wstawało słońce.