Miłej lektury.
Miłej lektury.
Tomasz Krzywik
Cena obowiązku
I
– Strasznie blady jest… Najdalej do świtu wyzionie ducha.
– Ino krwi nie widać… Jest tam jaka rana?
– Jest, jest. Widzisz? O tu, na piersi. Dostał, aż bechter poszedł w drzazgi… Może dziękować Asterowi, że jeszcze dycha. Pomóż mi z tym, zakleszczył się…
– Ach, psia jucha…
– Drzyj tę koszulę, nie będziemy jej przecież teraz rozpinać…
– Drę, ale jaki materiał silny!
– Ależ z ciebie baba… Daj mi to! O, zaraza! Adjełka, dawaj tu, ino szybko! Nie gap się tak, biegiem mówię! Weź, spójrz no tylko. Tutaj, nie na jego gębę. Krew kiejby jaki olej… Widziałaś już coś takiego?
– U astera, owszem, ale u człowieka…
– To co ona taka dziwna? Zatruta?
– Zróbcie mi miejsce… Asterze, czy wy kiedykolwiek się myjecie? Łapy macie brudne jakbyście dopiero co skończyli gnój przerzucać. Przecież mu tylko pogorszycie…
– No, Adjełka, obiznaj czto za dieło…
– Przeklęta… Dobryj Asterie, z widziadłem tańcował nasz przyjaciel. Nie dziwota zresztą. Gdzie go nasi znaleźli, koło Monolitu? Ma szczęście, że pogonili nas z Długiego Szlaku i nadłożyliśmy drogi. Pusto wkoło i cicho, skonałby niechybnie…
– Wciąż może skonać. Ino co tu robił? Patrzcie tylko, ten strój, ta broń… Znaczny ktoś. A tam, co się tak łyska na palcu?
– Sygnet. Cudne intaglio, chyba z szafiru? Albo czegoś podobnego, sam nie wiem. Dzisiaj oczka robi się z krwawnika, onyksu albo heliotropu, są łatwiejsze w obróbce, łatwiej dostępne… Jak nic, mobile herbowe. Raróg z włócznią w szponach…
– Od kiedy ty się znasz na biżuterii?
– Przestańcie gadać i pomóżcie mi! Rwijcie rękaw, zrobimy opatrunek.
– Adjełka, a tamten aster, ten co go z taką podobną raną widziałaś… Co z nim później było?
– Zmarł.
II
– Boisz się wysokości, wasza miłość?
Sambor uśmiechnął się krzywo widząc jak mistrz konfraterni w Berstergradzie, niejaki Dytryk Jodłowski, nerwowo przechadza się przy ścianie ambony. Długa i ciężka szata czarodzieja przez tych kilka dni podróży przez Dzicz zdążyła sparszywieć i stracić swój charakterystyczny poblask, ale jego towarzysz zdawał się tym w ogóle nie przejmować. Wyglądał zamiast tego co jakiś czas na zewnątrz, mimo że jedyne co mógł tam dojrzeć to rozłożony wokół ambony ciemny dywany lasu i rozgwieżdżone niebo.
– Nie boję się wysokości – odpowiedział po dłuższej chwili czarodziej. – Boję się upadku z wysokości, a to znacząca różnica. Widzicie, panie Zabrajski, dotychczas najwyższą budowlą na jaką się wspiąłem była bursztynowa wieża w Berstergradzie, a ta… Ambona… jest wyższa. Znacznie wyższa. Poza tym bursztynowa wieża kanclerza Staroborskiego jest murowana, to solidna robota wykonana felskim sposobem, tymczasem my musimy zaufać czterem palom pamiętającym Prekursorów.
– Czterem palom i magii, która je spaja.
– Magia jest ulotna. I kapryśna.
– Myślałem, że członkowie konfraterni wierzą w moc Nurtu?
– Wierzą, nie wierzą… – mruknął Jodłowski, odsuwając się od ścianki ambony. – Co za różnica, kiedy nie wiemy jak Prekursorzy używali Nurtu… Na pewno jednak nie potrzebowali do tego żmijowych szponów. Więcej nawet! Mistrz Kalezjusz twierdził, że Nurt jest w istocie snem Prekursorów, a Ambony… Monolity… Ach, długo by mówić, nie chcę was nudzić.
Potem nie rozmawiali przez jakiś czas. Jodłowski przysiadł pod ścianką i pogrążył we własnych myślach, a Sambor zabrał się za rozpalanie ogniska. W zwykłej czatowni myśliwskiej nie mieliby na to miejsca, ale Ambony Prekursorów znacznie różniły się od tych ludzkich czy asterskich. Stare konstrukcje, tkwiące pośród lasów niby zapomniane żerdzie, potrafiły pomieścić małą grupę, a ściany i dach nad głową rekompensowały trud niebezpiecznej wspinaczki i ułatwiały życie podróżnym. Zwłaszcza w Dziczy.
– Nie ma nic złego w strachu przed wysokością – powiedział Sambor jakiś czas później, gdy płomienie zaczęły trawić zebrany wcześniej chrust. – Sam nie lubię tych całych… Ambon, ale w Dziczy trudno o bezpieczniejsze miejsce, niż gdzieś bardzo, bardzo wysoko.
Nagły podmuch wiatru targnął amboną i cała konstrukcja pochyliła się, trzeszcząc przeraźliwie. Kilka tlących się gałązek wypadło z ogniska i potoczyło niezgrabnie w kierunku wyjścia, ku ciemnej nocy. Jodłowski zaklął w sposób nieprzystający osobie z jego wykształceniem i piastowanym urzędem.
– Psiakrew, że też na to się zgodziłem…
– Spokojnie, wasza miłość. Ambony Prekursorów stoją tu odkąd pamiętam i jak dotąd żadna jeszcze się nie przewróciła.
– Schlebiacie sobie, panie Zabrajski, myśląc, że mnie zaskoczycie. Wiem o Prekursorach więcej, niż ci się wydaje.
– Pewnie macie rację, wasza miłość… – Sambor zerknął z ukosa na czarodzieja i uśmiechnął się lekko pod sumiastym wąsem. – Wasza miłość…
– Słucham?
– W innych okolicznościach nie proponowałbym, bo może i nie przystoi… Ale mam przy sobie bukłaczek i drewniane kieliszki.
– Waść chyba żartujesz…
– Nie śmiałbym – Sambor mrugnął wesoło do mistrza Jodłowskiego. – Nie zajmują dużo miejsca, a bukłak i tak noszę. Wódka czasem leczy ciało, czasem duszę… Tymczasem do świtu jeszcze daleko, wasza miłość zdaje się poddenerwowany, mi zaś samemu nie wypada… Rozumiem godność urzędu i konweseanse, ale…
– Konwenanse – Jodłowski westchnął ciężko, gdy kolejny podmuch nocnego wiatru targnął amboną. – Dobrze, niech więc będzie. Chędożyć godność urzędu i konwenanse. Lej pan, panie Zabrajski, poczuję się znowu jak żak. To wódka?
– Asterska.
– Zdobyczna?
– A tam, zdobyczna – Sambor nalał po jednym. – Kiedyś niedaleko Ostałówka wpadliśmy na asterską karawanę, która zmierzała w kierunku Długiego Szlaku. To była dość spora grupa, mieli nawet jazdę koncerną…
– Koncerną?
– Ehe. Wołamy ich tak, bo walczą koncerzami z tych swoich misiów… W każdym razie grube zbroje, grube skóry, ciężko ich ubić. W innych okolicznościach nikt by się na nich nie porwał, ale wtedy w Dziczy było wyjątkowo niespokojnie. Jacyś banici zebrali większą bandę, kręcili się po Dziczy jakiś czas, mieli nawet swojego… Króla. No i w końcu zasadzili się na rzeczoną karawanę. Gdybyśmy z towarzystwem polnym nie przybyli to byłoby z asterami chudo… Jeden z kupców wiózł na handel wódkę w pięknej karafce. Wiesz, wasza miłość, jakie piękne szkła potrafią asterowie wyrobić? My długo tak nie będziemy umieli… Krasnoludy tym bardziej. Koniec końców wódkę przelałem do bukłaka, bo jest prosta i tania, a karafka została w moim dworku, cieszy salonik w moim dworku w Wólce Sokolickiej.
Jodłowski skrzywił się. Wódka paliła.
– Słyszałem – odkaszlnął. – Z tego zresztą waść słyniesz… Za to przecież was pan Sokolnicki wynagrodził, utytułował? Ponoć stróżujecie w Dzicz na bandytów, chłopom broń organizujecie i do sztuki wojennej przyuczacie, żeby się bronili. Jak was wołają, polni? Dobrze pamiętam?
– Dobrze pamiętacie, mistrzu. A co do służby… Tak mówią. Chociaż, tak po prawdzie, ja robię swoje.
– Tak z dobrego serca?
– Z poczucia obowiązku. Może jeszcze po jednym? Strasznie dziś wieje.
III
– Kim… Kim jesteś…?
– Adjełza. Możesz poruszyć lewą ręką?
– Mogę… Ach, cholera. Nie, nie mogę. Jak to wygląda?
– Jakbyś wziął się za bary z niedźwiedziem. Czego szukałeś przy Monolicie? Myślałam, że ludzie tam się nie zapuszczają, a już zwłaszcza w pojedynkę.
– Nie byłem sam…
– Czyżbyś miał w takim razie i omamy?
– Czarodziej… Był ze mną czarodziej. Młody, gładki na twarzy… Nosi szaty konfraterni.
– Majstier? Nie było go przy tobie, gdy cię znaleźli. Byłeś sam.
– Psiakrew, czyli jednak…
– Musiał uciec. Widać, miał więcej w głowie, niż ty. Nie ruszaj się, zaboli… Nie krzyw się, ostrzegałam.
– Moja szabla…?
– Szabla?
– Miałem ją przy sobie. Ładna, prosta, z czarną rękojeścią… I bandolet…
– Jest, mamy wszystko. Ino dziwię się waści, że w takiej sytuacji o broni myślisz.
– Ech, Astery, nigdy tego nie zrozumiecie… Adjełzo?
– Słucham?
– Masz ładne oczy.
IV
Obudziły go chłód i wilgoć poranka.
Czarodziej wstał już wcześniej. Stał teraz oparty o ścianę ambony i wyglądał w dal, a promienie słońca, wciąż zwlekającego się mozolnie znad horyzontu, kładły się na jego szacie krwistymi pasmami. Ze swojego legowiska Sambor nie mógł dojrzeć twarzy Dytryka, ale po jego sylwetce wnioskował, że nocną pijatykę mistrz Jodłowski zniósł całkiem nieźle.
Do ognia przestali dorzucać jakoś w połowie nocy, kiedy księżyc i otoczone srebrzystym pierścieniem Oko Astera stały wysoko na niebie, ale pili jeszcze długo po tym, jak skończyła tlić się ostatnia z gałązek. Mistrz Jodłowski po asterskiej okazał się wcale niezłym kompanem do rozmowy i tak też im ta noc zeszła. Jeszcze tylko przed zaśnięciem, już całkiem pijanie, sprawdzili jeszcze, czy drabina prowadząca do ambony jest odpowiednio podciągnięta do góry i zasnęli pod kocami na twardej podłodze.
– Cholera – westchnął Sambor, wyczołgując się spod koca. Spał w bechterze i nie dość, że zbroja całkiem orosiała, to jeszcze bolało go całe ciało. – Ty już na nogach?
– Chciałem go wreszcie zobaczyć.
Zabrajski wstał powoli. Wyobrażał sobie jak teraz musi wyglądać – nastroszone wąsy, poplątana ciemna grzywa i smród wypitej wódki. Westchnął i naciągnął na głowę kołpak z bażancim piórem. Prawdziwy rotmistrz jazdy polnej, psiakrew.
– Zobaczyć co? – spytał, podchodząc do Jodłowskiego.
– Monolit.
Sambor stanął koło mistrza i podążył za jego spojrzeniem.
Tam, w oddali, w ciągu dnia i wśród porannych mgieł sprawiał wrażenie samotnej góry niezwykle szczupłej i o gładko ciosanych zboczach, którą Prekursorzy ukształtowali na wzór obelisku. Ciągnął się wysoko ku niebu, czubkiem sięgając tak wysoko, że nawet chmury omijały go z szacunkiem gdzieś w połowie jego wysokości. Był ogromny, sprawiał wrażenie przytłaczającego nawet mimo iż od jego masywnego podnóża dzielił ich ciemny przestwór lasu, wstęga Rusłej i wreszcie daleka, szeroka, ciągnąca się aż na dalekie południe równina.
I nawet Sambor, który przecież widział wcześniej Monolit niezliczoną ilość razy musiał przyznać, że było coś niezwykle poruszającego w tym widoku skąpanego w krwistym poranku kolosa.
– Dotrzemy tam dzisiaj? – spytał Jodłowski.
– Mam nadzieję – Sambor westchnął ciężko. – Musimy dotrzeć tam przed zmierzchem, tym bardziej że trzeba nam zebrać po drodze chrust, a już na miejscu ułożyć szirencze. Zwierzęta wprawdzie unikają tamtej okolicy, wolę mieć jednak pewność, że będziemy mieli spokojną noc. Tam, u stóp Monolitu nie będziemy mieli Ambon, kończą się na brzegu rzeki… Zresztą, tam wszystko jest jakieś takie… Inne.
– Zawierzymy więc guślarskiemu kręgowi?
– Możemy zaufać Nurtowi, sam jednak mówiłeś, że nie czerpiesz z niego, jeśli nie musisz.
– Nurtu nie wykorzystuje się na rozbijanie obozowisk.
– Więc będziemy spać pośród niedźwiedzich czaszek zatkniętych na kije.
Powiało od zachodu i ambona zachwiała się, zatrzeszczała. Od zasnutej porannymi mgłami Rusłej oderwała się chmura rzecznego ptactwa.
– No, szkoda czasu na podziwianie widoków – Sambor klepnął Dytryka w ramię, co jeszcze wczorajszego wieczora byłoby nie do pomyślenia. – Koce możemy zostawić tutaj dla innych, wrzucę je tylko do skrzyni. Może komu się zdadzą, ot, polna tradycja… Ściągniesz drabinę?
Jodłowski skrzywił się. Zabrajski od razu zrozumiał o co chodzi.
– Dobra, ja to zrobię. Ale nie licz, że zniosę cię na plecach.
V
Zejście z ambony zajęło im więcej czasu, niż wejście. Przez noc drabinę zwilżyła rosa, wiało, a wypita nocą wódka sprawiała, że jakoś trudniej było odnaleźć się na szczeblach. Sambor w duchu cieszył się, że ambonę postawiono w lesie. Dzięki temu nie widzieli prawdziwej wysokości starej konstrukcji. Poza tym od biedy mogli złapać się jakiejś gałęzi.
Konie czekały na nich na dole. Stały pokornie w kręgu szirencze i przywiązane do brzozy, odganiały się leniwie od muszek, które nic nie robiły sobie z niedźwiedzich czaszek wbitych na pale. Pałasz parsknął na widok Sambora i wyciągnął w jego kierunku łeb. Smukła, brązowa szyja zalśniła w półmroku lasu.
– Widzisz? – powiedział Sambor, poprawiając zawieszoną na rapciach szablę. – Mówiłem ci, że nic im nie będzie.
– Widzę, że mocno wierzysz w asterskie gusła.
– Wierzę, nie wierzę, ale konia ciągle masz. Pomóż mi z tymi palikami, szybciej pójdzie.
Później, kiedy znów wyruszyli w drogę, niewiele rozmawiali.
W puszczy, wciąż jeszcze omglonej rankiem, rozkwitała już wczesna wiosna i wszystko budziło się do życia; gdzie nie spojrzeć wszędy wkoło drzewa przybierały zieleń, a w półmroku mieniły się pierwsze kolory dzikich kwiatów. Szum drzew mąciły stukanie dzięciołów, kilka razy gdzieś z głębi kniei odezwały się żerujące z rana łosie. W jarach migały ciemne, podobne dzikom sylwetki buszujące w ściółce. I wszystko to szeleściło po skrytych w lesie polanach, w koronach drzew, w parowach i bałkach; życia tutaj nie mąciły pługi i siekiery, próżno można było nasłuchiwać ludzkiej mowy. Powietrze pachniało majem.
– Samborze – zagadnął Jodłowski, gdy akurat przejeżdżali przez bród leśnej rzeczki. Oburzone żaby odskakiwały na boki skrzecząc głośno. – Tyś jeden zgodził się pojechać ze mną pod Monolit.
– Spróbowalibyście z innymi, też by pojechali. Może nawet za mniejsze pieniądze.
– Względem tego jest to zupełna nieprawda. Zanim posłaliśmy do Sokolicy, skąd odesłano nas do ciebie, próbowaliśmy szczęścia w Perepolu i Witergradzie.
– Nie dziwota, że nikogo nie znaleźliście. To miasta prawie w sercu królestwa, ludzie stamtąd niewiele wiedzą o Dziczy… Ot, kraina między Riterią a Asterią, de iure będąca terytorium Unii, a de facto należąca do siebie samej.
– Owszem – Dytryk pociągnął nosem. – Owszem, nie wiedzą wiele. Ale Perepol, Witergrad… To ostatnie wielkie miasta we wschodniej części Riterii, wszak dalej jest już tylko Asteria i Asterhorod, jak to mówią tutejsi.
– E, pomijasz przy okazji dużo mniejszych miast i wsi. Poza tym dla was Perepol i Witergrad to wschód, a dla nas są to równie zachodnie osady co Łuki, Ritergrad, czy Berstergrad… O Wszeradzie nie mówiąc.
– Zgoda. Nie wdając się w polemikę na gruncie geograficznym pragnę jednak zapytać, czemu się zgodziłeś?
– Zima była długa, a poprzednie lato chude. Muszę opiekować się moimi ludźmi.
– Wiesz jednak, co mówią o Monolicie?
– Słyszałem różne historie – Sambor uśmiechnął się. – W Ostałówku powtarzają wersję asterską, w Brzegach naszą, a w Komarowie mieszają jedną z drugą i od kilku pokoleń cieszą się swoją wersją. Komarowską.
– Zdziwiłbym się jednak, gdyby ktoś twojego pochodzenia zawierzał klechdom…
– A czemu nie? – Sambor prychnął ni to rozbawiony ni rozgoryczony. – Ojciec nigdy nie dbał o moje wykształcenie. Zabrajsk przypadł najstarszemu z moich braci, średniemu zaś powierzono ważne urzędy do piastowania i zdaje się robi karierę koronnego egzekutoniera. A ja? Od siódmej wiosny pod okiem oficerów i regimentarzy. Zamiast o sztuce malowania i muzyce uczyłem się sztuki wojny. Pisano mi wojskową karierę i ledwo potrafię czytać i pisać, a okazało się, że i w wojsku nie ma dla mnie miejsca to zesłano mnie tutaj, w Dzicz. Tutejszy jestem, czemuż więc miałbym nie wierzyć tutejszym klechdom? Jestem spod herbu Raroga, ale to wszystko co łączy mnie z rodziną. Tu dopiero jestem między swemi.
– A jednak klechdy, choć nierzadko piękne i prawdziwe, są jednak lokalne. Historia opowiadana w Dziczy jest inna od tej opowiadanej w Witergradzie, Witerska zaś nie ma tego samego uroku we Wszeradzie czy Zabrajsku…
– Jak rozumiem, ty znasz historię Monolitu uniwersalną, powszechną? Piękną tak samo we Wszeradzie czy Zabrajsku?
– Jeśli cię to interesuje…
– Czemu nie? – Sambor wzruszył ramionami. – Czasu mamy dość, puszcza cicha i jak dotąd zajęta sobą, a w Dziczy uwielbiamy opowieści.
– Ta jest naukowa.
– Uwielbiamy opowieści, a zwłaszcza te naukowe. Myślałem, że wraz z wódką asterską nabrałeś nieco więcej asterskiej swobody.
Dytryk skrzywił się na samo wspomnienie palącego płynu.
– Prekursorzy – powiedział zebrawszy uprzednio myśli. – Zostawili po sobie ogromne dziedzictwo. Artefakty, budowle, stare trakty… Niektórzy mówią o całych miastach. I co jest w tym wszystkim zaskakujące, nasza wiedza na ich temat jest wciąż nieproporcjonalnie mała w stosunku do tego co już znaleźliśmy. Nie wiemy, czemu odeszli i gdzie; nie wiemy jak długo egzystowali w naszym świecie, czy byli sami, a jeśli nie to z kim prowadzili wojny czy handlowali. Największym świadectwem ich obecności pozostały Monolity.
– Jak rozumiem, chodzi między innymi o ten do którego zmierzamy?
– Między innymi, z tym że ten nie był jedynym. Jedynym, który znamy – owszem. Ale nie w ogóle.
– Zaczyna się ciekawie.
– Nie wiem, czy ciekawie – Dytryk przetarł czoło. Mimo wczesnej pory dnia ciepłe szaty dawały o sobie znać. Do południa będzie cały przepocony i zjedzony przez komary. – Jednak istnieją wiarygodne poszlaki i przesłanki wskazujące na prawdziwość postawionej dawno temu tezy.
– Dytryku…
– Chodzi o to, że Monolitów może być więcej.
– Skoro tak, to czemu wiemy tylko o tym? – Sambor spojrzał z ukosa na wyprostowanego jak struna Jodłowskiego. – Raczej trudno przegapić obelisk wielkości góry.
– Świat jest długi i szeroki, Samborze. Dla króla Bolemira IV Dzicz jest daleką, niemalże białą plamą na mapie. Asteria? Nawet pomimo Unii, to wciąż dzika, nieznana kraina. A co jest dalej, na wschodzie? Podobno pustynia, ale kto wie? Może dzikie krainy, gdzie stoi podobny obelisk? A co jest za Bursztynowym Morzem? Co skrywają bagna Starej Ziemi? Stoimy dopiero u progu kolejnych odkryć geograficznych, Samborze. Kolejne Monolity mogą być wszędzie. Niewykluczone również, że po prostu jeden z nich jest na dnie morza. To byłoby nawet możliwe, wszak Monolity mają odpowiadać Nurtowi…
– Znowu mówisz zagadkami.
– Przepraszam. Chodziło mi o pewną kamienną tablicę, którą znaleziono przed niemalże trzystu laty. Przedstawia ona znaną ci pewnie legendę o Upadłym Królu, świętym ptaku Anzu i drzewie początku Halub… Tą samą legendę, która mówi o popielnym świecie zmarłych, Irkalli… Otóż w tej tabliczce, poza wzmiankowaną legendą, wyryto także cztery symbole obrazujące dziedziny Nurtu: ogień, wodę, wiatr i ziemię. Były połączone na ukos liniami, a po ich środku znajdował się piąty symbol odnoszący się do ukrytej dziedziny. Do duszy.
– Oto dostałeś ogień i wodę, wiatr i ziemię. Nigdy jednak nie sięgaj po duszę i nie pożądaj jej, albowiem ona jest początkiem i końcem… Tak jak mówiłem, asterowie kochają legendy, ale jak to się ma do naszej wyprawy?
– Sądzę – powiedział Dytryk powoli. – Że istnieją jeszcze trzy Monolity. Ukryte, zaginione, może nawet zniszczone… Ale gdyby je znaleźć i gdyby faktycznie ich położenie odpowiadałoby żywiołom, wówczas moglibyśmy dotrzeć do piątego. Do Monolitu Duszy. Nie patrz tak, nie wiem czego by to dowodziło. Być może odkrylibyśmy możliwość kontrolowania Nurtu bez żmijowych szponów? Możemy tylko zgadywać. Ale teza jest taka – Prekursorzy budując Monolity związali Nurt i byli w stanie kształtować świat o wiele prościej, niż my. Inna mówi, że Nurt to jest ich sen…
– I co im z tego śnienia przyszło?
– Tego jeszcze nie wiemy. Ale mam zamiar się dowiedzieć.
VI
– Adjełzo…
– Jestem.
– A nie było przy mnie konia? Ech, milczysz, spuszczasz wzrok… Szkoda, to był dobry konik. Dostałem go w prezencie od pana Sokolickiego, wiesz? Za kampanię w osiemdziesiątym szóstym. Tyle wtedy hultajstwa narezaliśmy szabelkami, tyle co skłuliśmy rohatynami to chyba nigdy potem… Zbóje przez dobre dwie wiosny się nie pokazywali w Dziczy, tak im dymu narobiliśmy.
– Widzę, że z waści wprawiony wojownik…
– A co waćpanna myślałaś? Że ja to byle kto, byle ułomek?
– Ułomek jeśli nie na ciele, to na umyśle… Podnieś głowę, muszę poprawić opatrunek.
– Dziękuję. Psiakrew, ależ mnie piecze… Co za żelastwem mnie tam przypalaliście?
– Naszym. Będziesz miał bliznę.
– Nie pierwszą i nie ostatnią.
– Mylisz się waść względem pierwszego i lepiej, żebyś mylił się względem drugiego.
– Pobladłaś…
– Wydaje ci się.
– Adjełzo… Oboje wiemy, że tej rany nie zadało mi nic, co byśmy znali… Nie mylę się? Ach, znowu milczysz, znowu spuszczasz wzrok… Dobrze, w takim razie przynajmniej wiemy na czym stoimy. Leczyłaś już takie rany? Źle ze mną?
– Tego nie wiem.
– A co wiesz?
– Masz gorączkę, dreszcze i za chwilę znowu zemdlejesz.
VII
Przez bród Rusłej przeprawili się tuż przed południem, kiedy słońce stało już wysoko na niebie. Przeprawili, trzeba dodać, bez przeszkód, jeśli nie liczyć mulistego dna i muszek, które dawały we znaki szczególnie Dytrykowi. Słońce stało już wcale wysoko i przygrzewało niezgorzej, przez co czarodziej pocił się w swoich ciężkich szatach i wyklinał owady szpetnymi, iście ulicznymi słowami. Dla Sambora było to zresztą ciekawe doświadczenie – jego dystyngowany towarzysz pierwszego dnia krzywił się na słowo „psiajucha”. Jak to jednak zwykle bywa, Dzicz prędzej czy później z każdego wyciąga jego – nomen omen – najdziksze strony. I szanowny mistrz konfraterni Dytryk nie był pod tym względem wyjątkiem.
– Kurwa! – zawołał po raz któryś drapiąc się po plecach. – Pies to wszystko jebał! Samborze, zlitujże się i powiedz, że to tylko nad rzeką tyle tego cholerstwa?
– Nie inaczej– odpowiedział Sambor gapiąc się na zielonkawą powierzchnię Rusłej. – Tylko nad rzeką.
I nie kłamał, a każdym razie nie do końca, bowiem zaraz za wstęgą Rusłej rozciągał się przestwór traw, gdzie próżno szło szukać większej gęstwiny albo chociażby zagajnika. W znacznej mierze równinny teren porastały kostrzewy, ostnice i inne wsiej maści trawy, które były tutaj nadzwyczajnie wysokie i zdolne schować nie tylko dzikie zwierzęta, ale i konia z jeźdźcem. Co do samego krajobrazu to gdyby nie pnący się wśród tych stepów Monolit można by uznać tę krainę za całkiem monotonną.
Jednak rzeczy miały się szczególnie zwłaszcza na wiosnę, kiedy wśród traw mieniło się wszystkimi kolorami najróżniejsze kwiecie – tak jak i teraz. O tej porze roku na okoliczne łąki i pola wylatywały dzikie pszczoły; nad sadzawkami igrały błękitne ważki, a w powietrzu z furkotem sunęły leniwie bociany i podobne jaszczurkom lawiszki. Gdzieś w oddali mignęła srebrzysta wstęga nibyżmija, całkiem niegroźnego i poczciwego stworzenia.
A wszystko to uzupełniały komary, muszki, gzy i co tam tylko jeszcze natura stworzyła gryzącego i swędzącego.
– Całe szczęście – powiedział mistrz Jodłowski, gdy wyjechali po drugiej stronie brodu. – Mam już tego wszystkiego serdecznie dość.
Za brodem musieli zatrzymać się na chwilę przy starej wierzbie płaczącej, by uczynić zadość ludzkim potrzebom. Jodłowski nie uznawał załatwiania interesów z konia czy na widoku i bardzo nalegał na choć trochę prywatności, którą spodziewał się znaleźć w trawie za wierzbą. Sambor miał swoje zdanie na ten temat, ale przemilczał je – czarodziej im bardziej trzeźwy tym bardziej stawał się uparty.
– Jaśnie oświecony – mruknął Zabrajski, stojąc na brzegu Rusłej i mierząc w sunące wraz z leniwym nurtem rzeki listki. – A w każdym razie do pierwszej ćwiartki…
Załatwiwszy swój interes, wrócił do Pałasza. Koń od jakiegoś czasu zachowywał się niespokojnie, wydawał się czymś stresować.
„Tylko czym?” pomyślał Zabrajski, gładząc wierzchowca po szyi „W powietrzu wiosna, okolica jak dotąd spokojna i cicha…”
Ciszę rozdarł nagle wrzask Jodłowskiego.
To była chwila. W jednej sekundzie od zarośli poderwały się spłoszone cyraneczki. W drugiej Zabrajski pędził z szablą w dłoni ku czarodziejowi, który trzymając szaty w górze wyskoczył zza wierzby jak oparzony.
– Samborze! Samborze, bywaj tu!
– Do konia!
– Nie trzeba! – Jodłowski zatrzymał się nagle i zgiął w pół. – Osłaniać nie trzeba, nie ma przed czym…
Sambor zwolnił, nic nie rozumiejąc. Szabli nie opuścił.
– To czego raban czynisz?
– Przestraszył mnie…
– Przestraszył cię kto?! – nagle wściekły Zabrajski złapał mocno czarodzieja za ramię i potrząsnął. – Mówże!
– Nie wiem, nie widziałem czegoś takiego… Puść mnie, waść, puść! Pozwalasz sobie na zbyt wiele.
– Ja? Zbyt wiele? – ostatecznie puścił Jodłowskiego, nie żałując sobie zresztą popchnięcia go. – Hałasu narobiłeś tyle, że pewnie do końca dnia będziemy odganiać się od wilków, jeżców i cholera wie, czego jeszcze!
– Dobrze – Dytryk machnął ręką pojednawczo, wracając powoli do swojego zwyczajnego, dyplomatycznego tonu, choć oddech wciąż miał nierówny. – Dobrze, zrozumiałem i proszę o wybaczenie. Nie jestem, psiakrew, nieustraszony.
Zabrajski prychnął ni to z pogardą ni ze współczuciem. Opuścił szablę, nie chowając jej jednak do jaszczura. Kiwnął na Dytryka.
– No, to chociaż zobaczmy co tak nastraszyło mistrza konfraterni.
– To truchło – powiedział potem Jodłowski, gdy weszli w gęste kłębowisko trawy za wierzbą. – W pierwszej chwili tego nie zauważyłem, stąd ten cały krzyk… Potem to już emocje, podniecenie, rozumiesz. Bez szponów jestem bezradny.
– Po prostu spanikowałeś.
– Spanikowałem, przyznaję. Zamierzasz się tym chełpić? Opowiadać po zajazdach, jak to byłeś świadkiem załamania wielkiego mistrza? Proszę, nie żałuj sobie.
– Dziwne masz o mnie zdanie. To tutaj? I gdzie to… Psiakrew!
Od razu zrozumiał reakcję czarodzieja, sam bowiem poczuł jak włosy stają mu dęba.
W pierwszej chwili go nie dostrzegł, choć leżał tam i to całkiem na widoku. Po prostu kolor łuski zlał się z wszechobecną intensywną zielenią traw, maskując go w ten sposób i kryjąc przed wzrokiem. Dopiero po chwili pojawiał się ledwie wyczuwalny w wiosennym powietrzu odór rozkładu, świadczący o spoczywającym tutaj truchle.
Sambor początkowo uznał, że to po prostu olbrzymi wąż – przemawiały za tym długie i smukłe cielsko, zakończone spiczastym ogonem. Potem jednak dojrzał na poły błoniaste skrzydła, parę krótkich łap i wredny, gadzi pysk bogato pokryty szeregiem drobnych rogów. I szkliste, żółte ślepie wielkości talerza. Ślepie było mętne, martwe.
– To wiwern – powiedział Jodłowski po dłuższej ciszy. – Albo coś innego z rodziny żmijowych. Czytałem o tym w bibliotece Felskiej, widziałem rysunki, szkice… Ale myślałem, że one wymarły dawno temu.
– Ten wymarł niedawno – powiedział Zabrajski końcem szabli dźgając ostrożnie truchło. – Widywałem już podobne stworzenia. Podobne, bo dużo mniejsze i jednak o krótszym pysku. Cholera, ależ to ma zęby…
Stali tak nad stworem jakiś czas nie bardzo wiedząc co z tym zrobić. Ostatecznie zostawili go tak jak leżał i wrócili do koni. Rozważali, czy nie zawrócić; ostatecznie jednak doszli do wniosku, że mają do czynienia z mutacją albo innym wybrykiem natury, jakich pełno było przy Monolicie.
Sambora dziwił przy tym upór czarodzieja. Po prawdzie, gdyby Jodłowski stwierdził, że dalej nie pojedzie to wróciliby z powrotem, za kilka dni znów byliby w „Kulawej Kobyłce” i tam by się rozstali. I tego by się spodziewał: wiedział już, że jego towarzysz jest czarodziejem o bardziej akademickim usposobieniu, przedkładającym katedrę w Berstergradzie od badania żywej historii, którą przecież spodziewał się znaleźć u stóp Monolitu. Może nawet tchórzem.
Tymczasem na przekór tym myślom, jego towarzysz poprosił w miarę możliwości o wznowienie podróży. Założył też szpony, choć to akurat nie podobało się ani Samborowi ani nawet Pałaszowi; było coś niepokojącego w tych ciemnych, starożytnych rękawicach wyrobionych ze żmijowej łuski i zakończonych pożółkłymi pazurami. Nie wyrabiano już takich od stuleci, odkąd ostatni z wielkich żmijów skonał pod Żmijową Włócznią; od tamtej pory można je było otrzymać albo od kogoś albo – znacznie częściej – po kimś. Szpony stanowiły coś w rodzaju klucza do Nurtu: umożliwiały czerpanie z jego mocy i uplatanie podług własnego życzenia i możliwości. Dla rozsianych po świecie konfraterni stanowiło to spory problem, wszak osób utalentowanych magicznie rodziło się wiele, a w praktyce czerpać z Nurtu mogli tylko nieliczni. W efekcie młodzi adepci uczyli się teorii magii, ale nie mogli jej praktykować; tylko nieliczni i często na starość dostępowali tego zaszczytu, był to jednak wówczas pierwszy kontakt. Nierzadko bardzo brutalny, drastyczny i tragiczny. Pozostałym pozostawały teoria, nauka i polityka. Zwłaszcza polityka.
Sambor mógł się tylko domyślać tych wszystkich intryg, które sprawiły, że ktoś równie młody jak Dytryk wszedł w posiadanie szponów.
– Tamten stwór – powiedział Jodłowski jakiś czas później, gdy w cieniu Monolitu wjeżdżali na jedno z nielicznych w okolicy wzniesień. – Nie sądziłem, że ciebie też zaskoczy.
– Człowiek podobno uczy się całe życie.
– Tak mówią – Dytryk zadarł głowę i spojrzał na czubek Monolitu. – Myślałem jednak, że ktoś równie doświadczony jak ty widywał już wcześniej potwory…
– Bo widywał – Sambor westchnął ciężko. – Nie raz, nie dwa. Nigdy jednak tak blisko brzegu Rusłej.
– Gdzie więc?
– My nadjeżdżamy od północnej strony Monolitu – Sambor machnął ręką przed siebie. – Za Monolitem równina ciągnie się jeszcze jakiś czas. Potem traw jest więcej, pojawiają się drzewa i rozlewiska. Rozlewiska przechodzą w bagna, których nie sposób przejść. Najdalej dojechałem właśnie na skraj bagien, szukaliśmy wtedy córki jednego z bardzo możnych i wpływowych ludzi…
– Czyli kogo?
– Kogoś bardzo możnego i wpływowego. Wybacz, Dytryku, ale…
– Rozumiem. I co zadziało się na skraju tych bagien?
– Wpadliśmy na stado oślizgów…
– O tych też czytałem. Fasetowe oczy, dwie pary skrzydeł, haczykowate odnóża…
– I wielkie jak krowa. Wyobraź tylko sobie: leje jak z cebra, konie grzęzną w błocie, obłazi cię robactwo i nagle nad tym wszystkim bzyczenie jakby wszystkie roje Riterii w jednej chwili wyleciały z barci. Rozglądamy się wkoło i wtem z krzaków wypada chmara wściekłych, przerośniętych ważek. Daliśmy palbę z bandoletów, ale trafić takie coś… Zaraz szable poszły w ruch, rohatyny, zakotłowaliśmy się w tym bagnisku. To był ten jeden moment, kiedy bałem się że wszystko pójdzie w diabły, ale na szczęście stwory nie za bardzo miały jak zrobić nam krzywdę. Są groźne dla chamstwa i na tym koniec. Bechter czy kolczuga wystarcza przeciw kłom czy pazurom.
– Rozumiem.
– Dytryku…
– Słucham?
– Wiesz, że stąpamy po cienkim lodzie?
Jodłowski zmarszczył czoło.
– Oczywiście. Pomijając już omawianą kwestię, iż tylko ty zgodziłeś się podjąć tej wyprawy to mam również świadomość istoty miejsca do którego zmierzamy. Jak dotąd droga przebiegała dość spokojnie, skąd więc nagle ten wyraz twarzy?
– Przebiegała spokojnie, bo wiem którędy jechać. Leśne stworzenia, czy motłoch unika pozostałości po Prekursorach. Może świadomie, może instynktownie, nie wiem, to bez znaczenia. Spójrz za siebie. Widzisz Rusłę i puszczę z której przyjechaliśmy? A ambony widzisz? Zobacz, są niedaleko od siebie, ale tylko na pewnej przestrzeni, nie są powszechne. Gdybyśmy obrali drogę bardziej na wschód dojechalibyśmy do Ostałówka. Tam pewnie miejscowi pluli by na ciebie, rzucali kamienia i gonili z kijami. Bardziej na zachód są Brzegi, Mogilnica i Moczydło; tam spotkałoby cię podobne powitanie. Ale między nimi jest pas, niewidzialny pas ziemi, którego unikają i obchodzą. Zwierzęta, owszem są, ale z rzadka i mało agresywne. Nie potrafię tego wyjaśnić. To była jednak ziemia którą zjeździłem sam i w towarzystwie, są to znane mi rejony.
– Rozumiem – powiedział powoli Jodłowski. – Wszystko to rozumiem, poza celem tego wykładu.
– Rzecz w tym, że gdy przebyliśmy bród… Przy tamtym truchle…
– Samborze – Dytryk uśmiechnął się jakoś tak dziwnie, nieswojo. Uniósł wolną rękę, pokazał dłoń wsuniętą w żmijowy szpon. – Zajmij się drogą. Nam nic nie grozi.
VIII
– Co tak szumi? Las?
– Deszcz. Zaczęło padać z samego rana i dotąd nie przestało.
– Długo tak leżę…?
– Dość długo. Uważaj na rękę… Ech, ludzie, do was mówić…
– Adjełzo…
– Słucham?
– Powiedz mi… Nie, nie odwracaj wzroku. Odzyskam siły? Pierś mnie dziwnie pali, nie czułem nigdy czegoś takiego, a nieraz odnosiłem gorsze rany.
– Pytaj guślarzy, wieszczy. Ja jestem zwiednicą i nie wróżę.
– Źle ze mną, skoro już o wróżeniu mówisz…
– Bo ty już innym sądom podlegasz, nie naszym. Twoje rany zadano bronią umarłych, a to jakby kości rzucić do cynowej miski. Mogę cię jedynie polecać Wielkiemu Asterowi, co by użalił się nad twoją dolą. Może za chwalebną przeszłość cię odratuje, a może okaże się, że mu takich jak ty potrzeba wśród gwiazd?
– O proszę, dorobiłem się chwalebnej przeszłości?
– Pewnie lepszej, niż ludzie o których tak się troszczysz… Nie śmiej się, szwy porwiesz!
– Ech, Adjełzo, Adjełzo… Wołają cię Adjełka? Słyszałem to imię przez sen. Ładne.
– Tylko przez wzgląd na twój stan…
– Wiem, wiem. Mam wielkie szczęście. Ach, cholera!
– Mówiłam! Nie śmiej się, jak ty w ogóle możesz się śmiać w takim stanie…
– Podobno niektórzy tak mają, gdy czują oddech Herolda na karku, nie słyszałaś? Śmieje się, tańczy i podryguje trupi korowód Upadłego Króla…
– Skoro o Upadłych mówisz, to może przypomniało ci się, kto waść tak urządził?
– A i owszem.
IX
Dziwne, pomyślał Sambor wychylając się z konia, co tak nagle tutaj cicho? Nie ma nawet cholernych komarów, choć zawsze obskakiwały mnie jak psy na widok wytęsknionego pana.
Pod Monolit dotarli późnym popołudniem, gdy niebo na horyzoncie zaczynało już sinieć, a wiatr przybierał na sile. Zabrajski sądził, że zmiana pogody to już tylko kwestia czasu. Miał przy tym nadzieję, że zdążą zejść z pól, zanim na dobre rozpęta się jedna z tych straszliwych wiosennych burz, które nieraz potrafiły uderzyć z ogromną gwałtownością.
Czarodziej zaś zdawał się w ogóle nie podzielać jego obaw. Dytryk od dłuższego czasu po prostu milczał, zadzierając tylko głowę do góry i spoglądając na czubek Monolitu, teraz zalany blaskiem dopalającego się na zachodzie słońca. Jodłowski czasem tylko odpowiedział na jakieś pytanie, ale wydawało się, że stracił jakiekolwiek zainteresowanie otaczającą go rzeczywistością. Zapomniał nawet o swędzeniu, które męczyło go od dłuższego czasu. Wiercił się tylko niespokojnie w siodle, a jego oczy tliły się fascynacją.
– Rozstawię szirencze – powiedział Sambor jakiś czas później, zeskakując z konia. Pałasz spojrzał na niego z niemalże ludzką ulgą, jakby przeczuwając, że na dzisiaj koniec jazdy. – Zbiorę chrust i rozpalę ognisko.
– Nie interesuje cię Monolit?
– Interesował wiele razy – Sambor wzruszył ramionami. – Ale teraz interesują mnie inne rzeczy, prozaiczne. A te całe… Reliefy… mogą poczekać.
– Skoro tak twierdzisz… – Dytryk poprawił szpony. – Niemniej, jeśli nie masz nic przeciwko…
Sambor nie miał. Powbijał szirencze w okrąg, a potem zostawił mistrza konfraterni i udał się w kierunku pobliskiego zagajnika, którego poszczerbione drzewa sterczały pośród traw jak złe duchy.
„Nawet lawiszek nie ma” pomyślał, zbierając stare gałęzie „A lawiszki są przecież wścibskie, wszędobylskie. Zamkniesz okna i drzwi to kominem wlecą i jeszcze napaskudzą do gara… A tutaj? Nic. I do tego te cholerne drzewa…”
Nie uważał się za tchórza czy człowieka zabobonnego, ale widok tych szarych, poskręcanych drzew przyprawiał go o dreszcze.
„W tym miejscu” westchnął głęboko „Rosną tylko tutaj, w tym jednym jedynym miejscu… A wszędzie bliżej Monolitu tylko trawy.”
Szczególnie w powietrzu coś mu nie odpowiadało. Może to Oko Astera, które wraz z pierścieniem wynurzyło się na przedwieczornym niebie? Może zmęczenie, starość?
Nie wiedział. Ale cieszył się w duchu, gdy już później wracał z powrotem do obozowiska.
X
– Niezwykły – powiedział Jodłowski, grzejąc się przy trzaskającym ognisku. – Jak można było przypuszczać, przekracza wszelkie moje wyobrażenia czy spekulacje.
– Rad jestem.
– Samborze, interesowało cię kiedyś, co oznaczają te wszystkie symbole na Monolicie? Te wszystkie reliefy, inskrypcje, metopy?
– Tak – Zabrajski pogrzebał kijem w ognisku. Płomienie strzeliły nagle w górę, sypnęły iskrami. – Ale jak już mówiłem, niewiele z nich rozumiem. Poznaję niektóry ryciny… Te o Upadłym Królu, o Anzu, czy drzewie… Ty zaś jak mniemam wiesz więcej?
– Nie wiem – powiedział po dłuższej chwili Dytryk. – Nie patrz tak na mnie, jestem śmiertelnie poważny. Widziałem te symbole już wcześniej, jeszcze w bibliotece konfraterni w Berstergradzie, w księdze „Rzecz o Monolicie” pióra nieodżałowanego brata Kalezego. Mistrz Kalezjusz bardzo starannie i szczegółowo opisał symbolikę zdobiącą Monolit. Nie wiedział, rzecz jasna, co ona ma konkretnie symbolizować i czemu miała posłużyć, uznał jednak, że przysłuży się przyszłym pokoleniom, które w końcu będą zdolne zrozumieć symbolikę i alfabet Prekursorów.
– I przysłuży się?
– Tego też nie wiem – Jodłowski wzruszył ramionami. – Te reliefy, inskrypcje… Może jutro w ciągu dnia będę mógł nabrać szerszej perspektywy, zrozumieć z tego coś więcej, ale dzisiaj… Jestem już zmęczony.
– Mogę więc pierwszy objąć wartę.
– Mimo Szirencze? – Sambor musiał oddać Dytrykowi, że czarodziej mimo wszystko starał się kryć ironię.
– Mimo. W pobliżu Monolitu gusła zawodzą , a wolałbym nie obudzić się w momencie, gdy wiwern będzie odgryzał mi nogę w udzie.
– Skoro tak mówisz – czarodziej zamyślił się. W blasku ognia jego twarz wydawała się dużo starsza i bardziej zmęczona.
– Tak więc jeśli rzeczywiście mamy… czuwać…To chętnie podejmę się tego pierwszy. Wolałbym oglądać zapisy na Monolicie w świetle dnia, ale ze świeżym umysłem.
– Twój wybór.
– Mój – Jodłowski poprawił żmijowe szpony. Nie zdejmował ich od dłuższego czasu, co Sambora o tyle dziwiło, że Dytrykowi było w nich ewidentnie za ciepło. – Spocznij więc, Samborze. Obudzę cię. Skorzystam też z ogniska i przyjrzę się jeszcze Monolitowi.
– Nie zdejmiesz rękawic?
– Sam mówiłeś, że to niebezpieczna okolica, a ja nie umiem posługiwać się bronią.
Kłamie, pomyślał Zabrajski moszcząc się przy ognisku. Kłamie, ale jestem zmęczony… Taki zmęczony…
Ogarnęła go nagle dziwna słabość. Spojrzał w niebo, spojrzał na otoczone pierścieniem Oko Astera, na rozsypane w nocy gwiazdy.
Wszystko to zawirowało nagle, pociemniało, potem Oko i gwiazdy urosły, a potem nie było już ani Oka ani gwiazd.
XI
Oczy jak gwiazdy, jak wirujące gwiazdy na nocnym niebie. Śmieje się, tańczy i podryguje trupi korowód Upadłego Króla.
Alinka!
Kto to jest Alinka?
Rozgląda się wkoło, szuka cienia pośród mgieł, ale wkoło tylko step, popielny step, poszczerbione ruiny miast i kości i martwe konie. Gdzieś w górze przez chmury prześwituje blady krążek słońca, lecz jest blady anemiczny i powoli dogorywa.
Adjełka?
Biegnie przed siebie, przeskakuje nad wyschniętym potokiem. Mija stary połamany wóz, gdzieś w oddali dostrzega stare domostwo kryte strzechą. Strzecha dopala się, bije ku niebu gęsty dym.
Słońce zaczyna się topić, ścieka powoli po niebie i ginie pośród chmur, a wkoło tylko ciemność i odór piekielnej siarki.
Śmieje się, tańczy i podryguje trupi korowód Upadłego Króla.
Zza gospodarstwa wyjeżdża Herold na trupim koniu. Koń jest martwy od dawna, przez poszarpaną skórę prześwituje biel kości i ścięgna. Czerwone, straszne ślepia są jak gorejące węgle. Herold spogląda zaś z góry, wielki i potężny, z księgą w jednej łapie i kosą w drugiej. Zgrzytają płyty zbroi.
Uciekać, krzyczy Sambor w myślach, uciekać!
Dokąd?
Biegnie przed siebie i słyszy tętent kopyt po zmrożonej nagle ziemi. Słychać końskie rżenie i upiorne zawodzenie Herolda.
Patrz na mnie, towarzyszu polny!
Patrzy – oczy jak gwiazdy i choć śmieje się, tańczy i podryguje trupi korowód Upadłego Króla, żyje. A za nim zawodzi Herold na trupim koniu.
Nie widzę twojego herbu w Dub nam mes, nie ma twego imienia w Tabliczce losów! Idź, człeczyno, precz!
Idę, pomyślał spoglądając w gorączce na dwie gwiazdy wysoko w górze, idę bo jeszcze nie mój czas, a mojego herbu, mojego imienia nie ma w Tabliczce losów. Żegnaj, Irkallo, o to ja.
XII
Obudził się nagle i z krzykiem.
Wciąż miał jeszcze w nozdrzach koszmarny zapach siarki, a ciało skute strachem. Potoczył wkoło spojrzeniem, spojrzał po ognisku, po leżącej obok szabli, po uwiązanych koniach.
Konie rżały i parskały.
„Coś jest nie tak” pomyślał sięgając odruchowo po szablę „Coś jest cholernie nie tak…”
Wstał z trudem, wciąż próbując otrząsnąć się z tego dziwnego stanu jaki go ogarnął na chwilę przed zaśnięciem. I wtedy zauważył kilka rzeczy naraz.
Jodłowski stał przed Monolitem i zawodził śpiewnym, hipnotyzującym głosem przepełnionym ekstazą. Jakaś dziwna i rozedrgana światłość pojawiła się przed nim na podobieństwo popielatej szczeliny i rosła z każdą chwilą.
Kilka cienistych istot snuło się wokół szirencze.
Niedźwiedzie czaszki drgały na palikach i grzechotały jak dziecięce zabawki.
Magia, pomyślał Zabrajski czując jak robi mu się niedobrze, cholerna magia…
Wciąż walcząc z tą dziwną blokadą sięgnął po bandolet. Broń była już nabita i groźna, wystarczyło tylko strzelić… Ale w co? Cienie poruszały się niejednostajnie, raz szybciej, raz wolniej i Sambor ciągle miał wrażenie, że wystrzelona kula nie zrobi im większej krzywdy.
I wtedy pierwszy z cieni przekroczył szireczne.
Stracił wówczas swoją cienistą formę, zmaterializował się; pojawiła się wysoka postać z trupią twarzą, z odłażącą łuską, pustymi oczodołami i paskudnym bułatem w kościstej łapie.
Sambor zaklął, pociągnął za spust. Trzasnęło, lufa splunęła ogniem i pocisk jak iskra przeciął noc. Wgryzł się w pierś istoty, istotą szarpnęło, cofnęła się.
Ale nie upadła.
Istota otworzyła zamiast tego usta i zawyła bezgłośnie. A potem rzuciła się do ataku.
Sambor nie czekał; cisnął w cholerę bandolet, dobył szabli. Poczekał na cios, szybko przeszedł w bok i spuścił nadciągający bułat po ostrzu szabli. Bułat zarył w ziemię.
Zafurkotały ostrza, błysnęła stal. Zabrajski ciął dalej, straszliwą, zamaszystą sztuką krzyżową. Spuścił szablę znad głowy, po ukosie, wrębem. Ostrza spotkały się, szczęknęły ale nie zatrzymały; Szabraj przeciągnął cięcie. Znów przeszedł w bok i poprawił, tym razem na odlew.
Pióro szabli przecięło kościstą łapę, przeszło przez pierś i poszło dalej, ciągnąc za sobą pióropusz ciemnych wnętrzności.
– Dytryku, przestań! – zawołał Zabrajski widząc, jak dwa kolejne cienie napierają na krąg szirencze.
Ale Dytryk ani myślał przestawać. Zawodził śpiewnie, odległy, nieobecny; świetlista szczelina trzaskała wściekle, a zapach siarki i czegoś jeszcze nasilał się. Śpiewna inkantacja przybrała na sile, głos czarodzieja dudnił teraz jak dzwon, a jego sylwetkę otoczyła paląca wzrok jasność.
Było tuż przed rankiem. Na odległym horyzoncie świt żarzył się niby miedź stygnąca.
Tym razem widziadła rzuciły się na niego we dwójkę. Nie dał się zajść, zawirował wściekle, uciekł im odganiając się szerokimi cięciami szabli. Potem znów ciął sztuką krzyżową, przeciągał cięcia, uderzał sekwencyjnie. Za wolno, za słabo. Tracił siły w przerażającym tempie i nie był w stanie już powalić choćby jednego z tych gadzich…
Stwory zamarły nagle. Sambor stracił rytm, zachwiał się i upadł na zmrożoną ziemię.
Szczelina pękła i z wściekłym bzyczeniem uformowała okrągły, świetlisty portal. Trawa wkoło położyła się płasko, pożółkła. Dytryk zmrużył oczy. I zawołał głośno w dziwnym języku.
– Jebał to pies – warknął Zabrajski, zrywając się na równe nogi. – Jebał po trzykroć! Pałasz!
Ale w tym momencie wierzgające się dotąd konie zerwały się. Zdążył jeszcze tylko zobaczyć trzepoczący w powietrzu sznur z dyndającym na jego końcu ciemnym kawałkiem drewna.
„Przynajmniej był warta swojej ceny” pomyślał nagle zrezygnowany Zabrajski.
Portal nagle ustabilizował się.
– Ukaż mi się! – zawołał nieswoim głosem Jodłowski, dudniącym niby nadchodząca burza. – Oto stoję u progu czwartego Monolitu! Przybądź do mnie, Irkallo! Idi ka mnie! Vena aed e!
I wołał tak w różnych językach, których Sambor nie rozumiał, choć miał cholernie złe przeczucia. Rozejrzał się wkoło szukając drogi ucieczki, ale szybko zrozumiał że to niemożliwe; szirencze dygotało wściekle i klekotało pod naporem roztańczonych w mroku cieni. Było ich po prostu zbyt wiele.
Z portalu wyszła nagle istota.
Najpierw pojawiła się łapa – zakończona długimi jak noże pazurami łapa – i zaczepiła o krawędź portalu z równą łatwością jakby chwytała się framugi. Potem był przyprószony rdzą hełm w kształcie wilczego pyska i wybrakowany napierśnik; wreszcie ciężki, ciemny buzdygan, sunący nisko nad ziemią.
Stwór przygarbił się i powoli zaczął iść w kierunku Jodłowskiego.
– Jestem Dytryk Jodłowski – zawołał czarodziej. – Mistrz konfraterni w Berstergradzie! Moją wolą i mocą Monolitu nakazuję ci…
Sambor nie wiedział, jaka była silna była wola Dytryka i moc Monolitu. Ale najwyraźniej niewystarczająca.
Stwór przyśpieszył nagle, skoczył do przodu jak ogar, a buzdygan zafurkotał w powietrzu. Jodłowski musiał to przewidzieć, bo natychmiast zamachnął się żmijowym szponem i wściekły podmuch wiatru rzucił stworem do tyłu.
Kurtyna poszła w górę. Zaczął się spektakl.
Widmowe istoty przypomniały sobie o Zabrajskim – dokładnie w tym momencie, gdy jak sowa spadał na nie od tyłu tnąc wściekle szablą. Pierwszą położył od razu, asterska stal przeszła przez zbroję i rozharatała na poły zeschnięte cielsko.
Druga z istot zawinęła się, rażąc Sambora w policzek. Sambor wywinął się półobrotem, skulił w kucki i zaraz jak zwolniona sprężyna wyskoczył do przodu, tnąc znad ramienia. Szczęknęły ostrza, sypnęły iskry. W blasku ognia roztańczyły się wściekle długie cienie.
Wyprowadził fintę, cofnął się. Pozwolił, żeby widziało skontrowało, skulił się i zaraz znów odpowiedział wypadem, tym razem na zachodnią modłę, wykręcając nadgarstek.
Pióro szabli przecięło pergaminową skórę, kości i zatrzymało się aż na kręgach stwora.
Sambor nie czekał. Wyszarpnął szablę i od razu spojrzał w kierunku Dytryka i przybysza, którego przywołał.
Czarodziej trzymał istotę na dystans, ułożywszy dłonie w okrąg i wołając we wschodniej mowie z zaśpiewem; jakaś ogromna masa kotłowała się za nim w ciemności, a spomiędzy palców wydobywał się ze skowytem strumień wściekłego wichru.
„Uciekać” pomyślał Zabrajski „Zostawić cholernego czarodzieja z jego bajzlem i uciekać”
Nie mógł uciec. Nie mógł zostawić szirencze, nie mógł zostawić czarodzieja, a przede wszystkim nie mógł zostawić przywołanej istoty przy życiu. Jeśli zginie Dytryk, stwór dalej będzie…
– Pies go jebał – Zabrajski kopnął wściekle bezużyteczny teraz bandolet. – Jebał cię, guślarzu!
Zaczął iść w kierunku zakutego w zbroję stwora, obiecując sobie, że jeśli z tego wyjdzie cało to zapije się w „Kobyłce”, zleje parę pysków, a potem kupi sobie wreszcie solidny muszkiet. I będzie strzelał do każdego czarodzieja, który zbliży się do granic Wólki Sokolickiej.
Dytryk wołał raz za razem. Zakuty w pancerz stwór wył potępieńczo. Sambor też wył. W duszy.
Przybysz uskoczył nagle na bok, wyrwał się z mocy wichru. Dytryk zachwiał się, przerwał okręg, wiatr ucichł jak ucięty nożem.
W nagłej ciszy Przybysz zakręcił ogromnym cielskiem i skoczył na Sambora.
Zabrajski nawet nie myślał parować ogromnego obucha; uskoczył w bok, zakolebał się na błotnistej ziemi. Zaraz znowu wywinął się unikiem, przykucnął i znów do tyłu. Przybysz wywijał buzdyganem jak chłop cepem, ale przychodziło mu to z niepokojącą lekkością. Sambor wiedział, że to tylko kwestia czasu, aż stwór go dosięgnie, a wtedy bechter da mu tyle co pięknie zdobiony haftami sajan, ostatni krzyk mody we wschodniej Riterii.
Zamachnął się szablą, brzydko i bez pomysłu; napierśnik Przybysza, choć przeżarty rdzą nawet nie został draśnięty. Sambor niepotrzebnie przeciągnął cięcie, zachwiał się i na chwilę zamarł.
Buzdygan – sześciopiór, pomyślał w ostatniej chwili Zabrajski – ze świstem uderzył go w pierś i uniósł wysoko w powietrze.
XII
– Alinka…
– O kim on, psiakrew, ciągle gada? Alinka, Pihowski, Wieszczek…
– Majaczy. Daj mi ścierę i garnek wody, byle zimnej, nie z kociołka. I wyjdź z namiotu. Cuchniesz.
XIII
Próbował złapać oddech.
Leżał rzucony na wznak w błocie, a wszędzie wkoło skakały roztańczone iskierki bólu.
„Dostał mnie” pomyślał Sambor całkiem trzeźwo „Cholera, jednak mnie dostał…”
Stwór pochylił się nad nim, a z wilczego hełmu buchnęła para, niosąc ze sobą zapach rozkładu, śmierci i czegoś jeszcze, czegoś, czego Zabrajski nie umiał nazwać. Zasłonił się przed nim ręką. Prawą, bo lewej nie czuł w ogóle. Poczuł się przez chwilę jak dziecko, które chce obronić się przed głodnym wilkiem.
„Nie mogę oddychać” przeleciało mu przez myśl „Nie mogę oddychać…”
Mimo ciemności dojrzał przez chwilę oko Przybysza. Zdawało się świecić własnym zimnym blaskiem.
Śmieje się, tańczy i podryguje trupi korowód Upadłego Króla.
Stwór docisnął go do ziemi, a Zabrajski krzyknął bezgłośnie.
Umrę, pomyślał, naprawdę umrę…
…I jakby tysiąc błyskawic huknęło w jednej chwili, jakby otworzyły się same niebiosa; jakaś ogromna siła zmiotła Przybysza z Sambora, cisnęła jego opancerzone cielsko jak szmatą w pobliskie trawy. Jodłowski nawoływał coś swoim pełnym podniosłości głosem, a niebo w górze było ciemne, kotłowało się i wirowało. Zniknęły gwiazdy, Oko Astera i księżyc. Został tylko blask słabnącego ogniska i odległy świt.
Gasnącym wzrokiem Zabrajski spojrzał w bok, w miejsce gdzie przed chwilą znikł Przybysz. Błyskawice raz po razie uderzały w tamto miejsce z oślepiającą siłą, wyrywając w powietrze chmary błota, trawy i truchła drobnych zwierząt. Powietrze wypełnił zapach burzy, a kiedy z nieba zaczęły spadać pierwsze krople deszczu świat zawirował wkoło i zgasł. Nigdy, nigdy nie widział, żeby jeden człowiek z taką biegłością czerpał z Nurtu…
XIV
– To cud że żyjesz.
Chmury w górze poszarzały w blasku poranka, ale pogoda była przygnębiająca i szara. Padało.
Jodłowski pochylał się nad nim. Blady i z podkrążonymi oczami wyglądał jak śmierć; jego piękne, zdobione szaty były poszarpane, brudne. Jeden ze żmijowych szponów jakby sczerniał.
– Tak, to cud – powtórzył, przyklękając nad nim. Sambor bez zdziwienia pomyślał, że ton czarodzieja zmienił się całkowicie. Zniknęły ostrożność i respekt, zniknął strach, a pojawiły się pewność i rzeczowość. – Buzdygan był przeklęty, jak zresztą cała reszta. Czujesz to zimno? To nie krew, nie krwawisz mocno. Bechter pochłonął część impetu, ale to co cię uderzyło… Cóż, nie mamy na to nazwy. Pewnie będę musiał ją wymyślić, wiesz? Kalezjusz wspominał coś o tym, ale niewiele. Nie, nie próbuj się podnieść, będzie tylko gorzej. Nie mówię, że uniknąłeś złamań, na Astera! Leż, i tak nic nie zrobisz. I nie patrz tak na mnie proszę, wiedziałeś przecież, że nie będę się modlił do Monolitu, bił pokłonów i z nabożnym szacunkiem opisywał metopy czy reliefy. Przecież po to wziąłeś to całe szirencze, prawda? Ech, lepsze miałem o tobie zdanie panie Zabrajski… Niby z waści człowiek w świecie obyty, a gusłami chcesz magię spinać…
Dytryk wyprostował się. Na tle siwego kołtuna chmur przypominał kolosa, istotę mającą wspólnego z człowiekiem tylko fizys, a będącego wewnątrz czymś o wiele starszym i groźniejszym.
– Przybysz… – powiedział nagle, spoglądając w dal. – Pochodził z Irkalli, krainy umarłych. Siła Nurtu nie była w stanie mu bardziej zaszkodzić, ale on… Uciekł. Odleciał gdzieś w dal, na południe. Tam, gdzie broniłeś się waść przed ważkami, jak się zdaje. Po co? Nie wiem, choć zakładam, że jest tam kolejny Monolit… Ale nie odpowiedział na nurtujące mnie pytania. I chyba już nie odpowie. Mam ich teraz zresztą więcej jak przed wyprawą… Chciałem ich poznać, panie Zabrajski. Upadłych. Zobaczyć ich, zrozumieć… No cóż, śmiało możemy przyjąć, że moje metody zawiodły. Ach, kaszlesz? Krew? W takim razie niewiele ci pozostało, panie Zabrajski…
– Skurwysynu… Gdybyś mnie uprzedził…
– To co? – Jodłowski nachylił się nad nim. Uśmiechnął się łagodnie. – Zostawiłbyś mnie? Uciekł? Pozwolił, by potwór samopas włóczył się po Dziczy, by wkrótce wpaść na chłopów? Tych bogu ducha winnych ludzi, za którymi tak się ujmujesz? Znam cię, panie Zabrajski. Wiedziałem, że gdy pojawi się portal zrobisz wszystko, by zdusić pożar w zarodku. Potrzebowałem tego, a ty… Wszak czujesz się odpowiedzialny za te ziemie, prawda? Wyklęty syn Zabrajskich, zamiast robić karierę koło króla kozakuje w Dziczy, bawi w strażnika pogranicza… I teraz płacisz cenę obowiązku, panie Zabrajski. Tego fałszywego poczucia, które uważałeś za twoje modus operandi.
– Zostawisz mnie – zrozumiał nagle Sambor, czując jak poza zimnem uciekającego życia pojawia się dreszcz zrozumienia. – Psiakrew, ty mnie…
– Spójrz na to z innej strony – Dytryk wyprostował się i poszedł w kierunku leżących nieopodal juk. – Czyż nie takiego końca się spodziewałeś? Heroiczna śmierć w obronie maluczkich, gdzieś wśród przestworu traw Dziczy? Kolejny szkielet szczerzący się ku kolejnym wschodom i zachodom słońca? Otoczony egzotycznymi szkieletami przerośniętych lapsus homo? Będą o tym śpiewać eposy. O ile oczywiście zdołam wrócić. Ale nie zapomnę o tobie.
– Oby Rusła poniosła się aż do Bursztyniaka.
– Ech, Samborze, morze Bursztynowe daleko, a ja nie jestem wojownikiem – Jodłowski uśmiechnął się prawie szczerze. Prawie. – Nie jest powiedziane, że wrócę zdrowy do Berstergradu. Może w ogóle nie wrócę, kto wie? Może lawiszka albo nibyżmij strąci mnie z drabiny, gdy będę wchodził na Ambonę?
– Gdybyś mi tylko pomógł…
– Nie potrafię – Dytryk zawahał się nagle. – Przysporzyłbym ci tylko cierpienia, ale ponieważ go nie potrafię też skrócić…
– Odejdziesz więc? – Sambor uśmiechnął się krzywo. – Tak po prostu? Lepsze miałem o tobie zdanie.
– Tak… Tak po prostu. Nie jestem mordercą, niezależnie od tego co sobie o mnie teraz myślisz. Zresztą, za dużo widziałeś. Bohaterska śmierć może się tylko przysłużyć. Tobie, nam… Wszystkim. Bywaj, Samborze Zabrajski, herbu Raróg. W tej pieśni odegrałeś swoją rolę. Kolejny akt nadejdzie od południa.
Sambor patrzył jeszcze jakiś czas za czarodziejem. Jasna sylwetka majaczyła wśród traw, aż w końcu wyblakła i wszystko wkoło zasnuła ciemność.
XIV
Dziewczyna była ładna, a asterska krew tylko dodawała jej urodzie pewnej egzotyki.
Twarz miała szczupłą, o delikatnych rysach, których nijak nie mąciły ani nieco za bardzo zadarty nosek ani spiczaste uszy. Ciemne, migdałowe oczy spoglądały na niego niespokojnie, co jakiś czas przykrywane burzą kasztanowych loków. Prychała wtedy cicho jak kot i odgarniała je na bok, za uszy. Sambor cieszył się w duchu. Podobały mu się te oczy.
W namiocie było ciasno i nawet ciepło – do pasa kryły go futra, ale na torsie miał tylko koszulę, a i tak zdołał się spocić.
„Lato będzie ciepłe” pomyślał rozgorączkowany, gdy dziewczyna nucąc coś pod nosem ocierała mu czoło „Lato będzie ciepłe i długie, a wtedy…”
Nie wiedział, co będzie wtedy. Może wszystko. Może nic.
– Adjełzo… – powiedział. – Muszę wracać do Wólki.
– Jestem Adjełka. I nic nie musisz. Wszak sami mówicie o sobie, że wolni jesteście niczym wiatr w stepie.
– Muszę, ja…
– Masz obowiązki, wiem – powiedziała, wzdychając ciężko. – Powtarzałeś to kilka razy. Wiesz, jesteś okropnie nudny, nawet jak na człowieka.
– To prawda.
– Wyzdrowiejesz, pójdziesz gdzie będziesz chciał.
– A wyzdrowieję?
– Może – uśmiechnęła się lekko. – Jesteś nudny, ale silny. Rany się goją, choć jedna zostanie ci na długo. Będzie ci przypominać, żebyś w tej całej swojej powinności nie stracił głowy.
– Skoro tak mówisz – odpowiedział, wzruszając ramionami. – Dziękuję, ci… Adjełko.
Odsunęła się od niego i sięgnęła po leżące tuż obok wejścia namiotu zawiniątko. Gdy je odwinęła, okazało się, że spoczywa tam pękata butelczyna zatknięta korkiem.
– Wódka? – spytał. – Czemu nie…
– To flin – ładną twarzyczkę wykrzywiło zażenowanie. – Uśmierza ból i otumania, ale pomaga organizmowi regenerować się. Ludzie nie powinni go spożywać, ale skoro przeżyłeś, jak dotąd, przeklętą ranę…
– Wódka ma podobne efekty, ale niech będzie. Znowu zasnę?
– Pewnie tak.
Flin miał słodki i nawet przyjemny smak, nasuwający Samborowi skojarzenia z czekoladą, którą przywiózł na wesele jego brata jeden z gości. I faktycznie otumaniał – zaledwie pociągnął ostatni łyk, zwalił się jak kłoda w posłanie ogarnięty sennością. Przyjemną, nie gorączkową.
– Pamiętaj… – powiedział dogasając. – Pamiętaj, muszę szybko wyruszyć dalej… Obowiązki…
– Możesz pojechać potem – odpowiedziała, odsuwając się od niego. – Póki co leż, odpoczywaj. Zdążysz wypełnić swoje obowiązki. Jeśli wcześniej nie zapłacisz ich ceny.
„Właściwie czemu nie?” pomyślał, patrząc jak dziewczyna sięga po grzebień i zaczyna rozczesywać włosy. Było coś hipnotycznego w tej czynności.
„Każdy obowiązek ma swoją cenę, a ja swoją zapłaciłem… Mogę spocząć… Wszystko mogę”.
Dziewczyna, wciąż rozczesując włosy, zaczęła nucić cicho
Rozprzęgajcie konie, pany!
Wnet już wieczór, pójdziem w tany!
A gdy wstanie świt czerwony,
Znów ruszymy w stepu przestwór niezmierzony!
Na zewnątrz szumiały deszcz i wiatr. Powietrze pachniało wiosną.
Niepotrzebnie powtarzasz tytuł w tekście.
– Drzyj tę koszulę, nie będziemy jej przecież teraz rozpinać…
Jak był bechter, to raczej koszule nie były zapinane.
– Zróbcie mi miejsce… Asterze, czy wy kiedykolwiek się myjecie? Łapy macie brudne jakbyście dopiero co skończyli gnój przerzucać. Przecież mu tylko pogorszycie…
Aster raz z małej, raz z dużej, warto by ujednolicić. Raczej mu się pogorszy.
Ta stylizacja między staropolską, a rosyjską brzmi dla mnie nienaturalnie.
Jaka to ambona, skoro wierzą w Astera?
A ta ambona była w budynku, czy w lesie, bo też nie wiadomo?
Czemu dzicz z dużej?
Jak palom, skoro stał przy ścianie?
– Nie śmiałbym – Sambor mrugnął wesoło do mistrza Jodłowskiego. – Nie zajmują dużo miejsca, a bukłak i tak noszę. Wódka czasem leczy ciało, czasem duszę… Tymczasem do świtu jeszcze daleko, wasza miłość zdaje się poddenerwowany, mi zaś samemu nie wypada… Rozumiem godność urzędu i konweseanse, ale…
Kropka po śmiałbym.
Konwenanse chyba.
Wódka to raczej nie w średniowieczu.
– A tam, zdobyczna
Brak kropki. Ponieważ ten błąd się powtarza, wrzucam poradnik https://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794
W innych okolicznościach nikt by się na nich nie porwał, ale wtedy w Dziczy było wyjątkowo niespokojnie. Jacyś banici zebrali większą bandę, kręcili się po Dziczy jakiś czas, mieli nawet swojego… Króla. No i w końcu zasadzili się na rzeczoną karawanę. Gdybyśmy z towarzystwem polnym nie przybyli[,] to byłoby z asterami chudo…
Powtórzenia psują płynność lektury. Czemu Asterowie z małej, skoro to pewnie nazwa plemienia, lub kraju? Czemu król z dużej?
Towarzystwo polne bardzo trąci Sienkiewiczem.
Jeden z kupców wiózł na handel wódkę w pięknej karafce. Wiesz, wasza miłość, jakie piękne szkła potrafią asterowie wyrobić? My długo tak nie będziemy umieli… Krasnoludy tym bardziej. Koniec końców wódkę przelałem do bukłaka, bo jest prosta i tania, a karafka została w moim dworku, cieszy salonik w moim dworku w Wólce Sokolickiej.
Powtórzenia liczne, Asterowie z dużej.
Skoro bukłaka, to jest prosty i tani.
Opowiedz jak się cieszą saloniki?;)
Ponoć stróżujecie w Dzicz na bandytów, chłopom broń organizujecie i do sztuki wojennej przyuczacie, żeby się bronili.
Wyprawić się można w dzicz, ale stróżuje się w dziczy i nie na kogoś.
teksty generowane komentuję z AI
Całość zaczyna się ciekawie i jest bardzo ładnie zakończona. Język jest całkiem solidny, ale trochę nadużywasz wielokropków, szczególnie w pierwszym dialogu. Możliwe, że to tylko ja, bo czytałam krótko po obudzeniu, ale trochę się gubiłam w świecie przedstawionym 
Pozdrawiam.
Przybyłam Was nawiedzać
Drodzy, dziękuję za lekturę i uwagi. @Ambush, naniosę zmiany w najbliższym czasie, bo sam nie wiem, jak się cieszą saloniki :) Natomiast co do wódki to realia moich opowiadań to już bardziej połowa XVII wieku :) Lubię Sienkiewicza, wychowałem się na nim, na grach z serii “Kozacy”, przeczytałem masę książek odnośnie Rzeczpospolitej Obojga Narodów i generalnie to są moje klimaty – jak było widać np. w “Onelii”.
Fajnie, że ktoś znalazł dla mnie czas, jeszcze raz dziękuję.
Ukłony,
TK
Dobrze się czytało tę opowieść, a byłoby jeszcze lepiej, gdyby przeprawa przez Dzicz nie trwała tak długo, zwłaszcza, że niewiele się tam działo, bo skupiłeś się głównie na rozmowach podróżujących. Co prawda dużo w ten sposób opowiedziałeś o istocie przemierzanych obszarów, ale miejscami było to nieco męczące. Dopiero z chwilą dotarcia do Monolitu sprawy zaczęły nabierać rumieńców i potoczyły się zdecydowanie żwawiej, z różnym skutkiem dla obu uczestników wyprawy.
Mam wrażenie, że to nie jest ostatnie spotkanie z Samborem Zabrajskim, bo po tym jak potraktował go czarodziej, ma, jeśli się nie mylę, pewną sprawę do załatwienia.
Wykonanie pozostawia sporo do życzenia. Powinieneś też, na co zwróciła uwagę Ambush, ujednolicić pisownię nazw, albowiem raz używanie wielkich liter a raz małych, jest mocno dezorientujące.
Dodam jeszcze, że w oznaczeniach rozdziałów dwa razy pojawią się XII i XIV.
– Ach, psia jucha… → – Ach, psiajucha…
– Wciąż może skonać. → Wystarczy jedna spacja po półpauzie.
…rozłożony wokół ambony ciemny dywany lasu… → Literówka.
…Sambor zabrał się za rozpalanie ogniska. → …Sambor zabrał się do rozpalania ogniska.
http://filologpolski.blogspot.com/2016/11/brac-siewziac-sie-za-cos-brac-siewziac.html
Jodłowski zaklął w sposób nieprzystający osobie… -> Jodłowski zaklął w sposób nieprzystojący osobie…
…mi zaś samemu nie wypada… → …mnie zaś samemu nie wypada…
mnie czy mi? tobie czy ci? – Słownik języka polskiego PWN
…grube zbroje, grube skóry, ciężko ich ubić. → …grube zbroje, grube skóry, trudno/ niełatwo ich ubić.
https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/Ciezko-a-trudno;19058.html
…a karafka została w moim dworku, cieszy salonik w moim dworku w Wólce Sokolickiej. → Czy to celowe powtórzenie?
…czy drabina prowadząca do ambony jest odpowiednio podciągnięta do góry… → Czy dookreślenie jest konieczne? Czy można coś podciągnąć do dołu?
Ciągnął się wysoko ku niebu, czubkiem sięgając tak wysoko, że nawet chmury omijały go z szacunkiem gdzieś w połowie jego wysokości. → Czy to celowe powtórzenia?
…wolę mieć jednak pewność, że będziemy mieli spokojną noc. Tam, u stóp Monolitu nie będziemy mieli Ambon… → Nie brzmi to najlepiej.
– No, szkoda czasu na podziwianie widoków – Sambor klepnął Dytryka w ramię, co jeszcze wczorajszego wieczora byłoby nie do pomyślenia. → Brak kropki po wypowiedzi.
Tu znajdziesz wskazówki jak zapisywać dialogi.
Szum drzew mąciły stukanie dzięciołów… → Literówka.
Nie wiemy, czemu odeszli i gdzie… → Nie wiemy, czemu odeszli i dokąd…
Tą samą legendę… → Tę samą legendę…
– Sądzę – powiedział Dytryk powoli. – Że istnieją jeszcze trzy Monolity. → Kropka po didaskaliach jest zbędna. Wypowiedź małą literą: – Sądzę – powiedział Dytryk powoli – że istnieją jeszcze trzy Monolity.
…kiedy słońce stało już wysoko na niebie. → Zbędne dookreślenie – czy słońce mogło stać gdzie indziej, nie na niebie?
…czarodziej pocił się w swoich ciężkich szatach… → Zbędny zaimek.
…wydawał się czymś stresować. → To słowo, jako zbyt współczesne, nie ma racji bytu w tym opowiadaniu.
Proponuję: …wydawał się czymś niepokoić.
„Tylko czym?” pomyślał Zabrajski, gładząc wierzchowca po szyi „W powietrzu wiosna, okolica jak dotąd spokojna i cicha…” → Brak półpauzy po myśleniu. Brak kropki po didaskaliach. Winno być:
„Tylko czym?” – pomyślał Zabrajski, gładząc wierzchowca po szyi. „W powietrzu wiosna, okolica jak dotąd spokojna i cicha…”
W dalszym ciągu opowiadania nie wszystkie myśli są zapisane poprawnie.
Tu znajdziesz wskazówki, jak można zapisywać myśli bohaterów.
Jodłowski zatrzymał się nagle i zgiął w pół. → Jodłowski zatrzymał się nagle i zgiął wpół.
– Ja? Zbyt wiele? – ostatecznie puścił Jodłowskiego, nie żałując sobie zresztą popchnięcia go. → – Ja? Zbyt wiele? – Ostatecznie puścił Jodłowskiego, nie żałując sobie zresztą popchnięcia go.
…uznał, że to po prostu olbrzymi wąż – przemawiały za tym długie i smukłe cielsko, zakończone spiczastym ogonem. → Literówka.
I co zadziało się na skraju tych bagien? → I co wydarzyło się na skraju tych bagien?
Sprawdź, co w czasach tego opowiadania znaczyło słowo zadziać.
…nagle nad tym wszystkim bzyczenie jakby wszystkie roje… → Czy to celowe powtórzenie?
…zadzierając tylko głowę do góry i spoglądając na czubek Monolitu… → Zbędne dookreślenie.
Wiercił się tylko niespokojnie w siodle, a jego oczy tliły się fascynacją. → Zbędny zaimek.
A wszędzie bliżej Monolitu tylko trawy.” → A wszędzie bliżej Monolitu tylko trawy”.
Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.
W pobliżu Monolitu gusła zawodzą , a wolałbym… → Zbędna spacja przed przecinkiem.
…przez chmury prześwituje blady krążek słońca, lecz jest blady anemiczny… → Czy to celowe powtórzenie?
Potoczył wkoło spojrzeniem, spojrzał po ognisku, po leżącej obok szabli, po uwiązanych koniach. → Nie brzmi to najlepiej. Spoglądamy na coś, nie po czymś.
Proponuję: Potoczył wkoło wzrokiem: po ognisku, po leżącej obok szabli, po uwiązanych koniach.
I wtedy pierwszy z cieni przekroczył szireczne. → Literówka.
Istota otworzyła zamiast tego usta i zawyła bezgłośnie. → Jak można zawyć bezgłośnie?
Ale w tym momencie wierzgające się dotąd konie zerwały się. → Konie mogą wierzgać, ale nie mogą wierzgać się.
Proponuję: Ale w tym momencie miotające się dotąd konie zerwały więzy.
„Przynajmniej był warta swojej ceny” → Literówka.
Najpierw pojawiła się łapa – zakończona długimi jak noże pazurami łapa… → Czy to celowe powtórzenie?
Sambor nie wiedział, jaka była silna była wola Dytryka… → Dwa grzybki w barszczyku.
Pozwolił, żeby widziało skontrowało… → Literówka.
…I jakby tysiąc błyskawic huknęło w jednej chwili… → …i jakby tysiąc błyskawic huknęło w jednej chwili…
To kontynuacja, więc po wielokropku mała litera. A jeśli nowe zdanie, to bez wielokropka.
…cisnęła jego opancerzone cielsko jak szmatą… → …cisnęła jego opancerzone cielsko jak szmatę…
Jodłowski nawoływał coś swoim pełnym podniosłości głosem… → Czy zaimek jest konieczny?
…a niebo w górze było ciemne, kotłowało się i wirowało. → Czy dookreślenie jest konieczne? Czy niebo mogło być w innym miejscu?
…wyrywając w powietrze chmary błota, trawy i truchła drobnych zwierząt. → Błoto nie występuje chmarami.
Proponuję: …wyrywając w powietrze pacyny/ grudy błota, kępy trawy i truchła drobnych zwierząt.
Mam ich teraz zresztą więcej jak przed wyprawą… → Mam ich teraz zresztą więcej niż przed wyprawą…
…i poszedł w kierunku leżących nieopodal juk. → Juk jest rodzaju męskiego, więc: …i poszedł w kierunku leżących nieopodal juków.
– Uśmierza ból i otumania, ale pomaga organizmowi regenerować się. → Czy regenerowanie się organizmu jest tu najwłaściwszym określeniem?
Proponuję: – Uśmierza ból i otumania, ale pomaga choremu wrócić do zdrowia.
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć i czołem! Na początek bezpieczeństwo w sieci – nie wpisuj imienia i nazwiska w treść tekstu, powtarzanie tytułu też jest niepotrzebne. Poza tym przydałoby się wyśrodkować numery rozdziałów.
jaki materiał silny!
Stylizacja stylizacją, ale czy "silny" może w tym sensie zastępować "mocny"… hmm.
Przecież mu tylko pogorszycie…
Hmmm?
Wciąż może skonać.
Coś mi to z tą stylizacją nie współpracuje.
Cudne intaglio, chyba z szafiru?
Makaronizm kursywą. Hmm. Widać w dialogu kontrast charakterów (oraz wykształcenia), dobrze. Nie wiem, czy to nie za mało, ale zobaczymy dalej.
ten co
Przecinek: ten, co.
– Boisz się wysokości, wasza miłość?
Hmmm. Jaki miał tu być poziom grzeczności?
Sambor uśmiechnął się krzywo widząc jak mistrz konfraterni w Berstergradzie, niejaki Dytryk Jodłowski, nerwowo przechadza się przy ścianie ambony.
https://wsjp.pl/haslo/podglad/67049/niejaki ? Oddzielaj zdania podrzędne: Sambor uśmiechnął się krzywo widząc, jak mistrz konfraterni w Berstergradzie, Dytryk Jodłowski, nerwowo przechadza się przy ścianie ambony.
Długa i ciężka szata czarodzieja przez tych kilka dni podróży przez Dzicz zdążyła sparszywieć i stracić swój charakterystyczny poblask, ale jego towarzysz zdawał się tym w ogóle nie przejmować.
? Towarzysz czarodzieja się nie przejmował? Bo to sugeruje gramatyka (zaimek z zasady odsyła do ostatniego pasującego rzeczownika). "Poblask" dziwnie tu brzmi, zwłaszcza charakterystyczny – chodzi Ci o to, że był ładny aksamit, ale teraz jest skołtuniony i brudny?
Wyglądał zamiast tego co jakiś czas na zewnątrz
W jaki sposób wyglądanie na zewnątrz zastępuje przejmowanie się własnym wyglądem?
mimo że jedyne co mógł tam dojrzeć to rozłożony wokół ambony ciemny dywany lasu i rozgwieżdżone niebo.
Choć jedyne, co mógł tam dojrzeć, to… Czy porównywałabym tu las do dywanu, hmm. I czy ambona myśliwska jest na tyle duża, żeby można było w niej chodzić w tę i nazad?
dotychczas najwyższą budowlą na jaką się wspiąłem była bursztynowa wieża w Berstergradzie
Ekhm. https://cedrynek.pl/posts/05-ambona-mysliwska/ wg tej strony – maksymalnie 12 metrów. Przecinki: dotychczas najwyższą budowlą, na jaką się wspiąłem, była bursztynowa wieża w Berstergradzie. Dość otwarty ten czarodziej, zobaczymy, jak będzie dalej. Aczkolwiek przemawia ciut z angielska…
kiedy nie wiemy jak Prekursorzy używali Nurtu
Zdanie podrzędnie złożone: kiedy nie wiemy, jak Prekursorzy używali Nurtu. Twój mag coraz bardziej mi się podoba :D (serio, eksperta poznajemy po tym, że nie oddaje czci swojej dziedzinie).
Ambony… Monolity…
Zaraz, zaraz. Czyli to nie jest (wbrew pozorom) zwykła myśliwska ambona, tylko Artefakt Prekursorów? To czym się różni? Dowiem się?
Ambony Prekursorów znacznie różniły się od tych ludzkich czy asterskich
Czyli się dowiem ^^ Nie dam głowy za "znacznie". Hmm. Bardzo się różniły?
tkwiące pośród lasów niby zapomniane żerdzie
?
potrafiły pomieścić małą grupę
Mogły pomieścić. A jaka grupa jest "mała"?
ściany i dach nad głową rekompensowały trud niebezpiecznej wspinaczki
Co sugeruje, że trzeba było nadłożyć drogi, żeby tam dotrzeć. Tak ma być?
Nie ma nic złego w strachu przed wysokością
Angielskawa konstrukcja.
trudno o bezpieczniejsze miejsce, niż gdzieś bardzo, bardzo wysoko.
Zdecydowanie angielska składnia. Hmm. Może tak: ale w Dziczy najbezpieczniej jest na dużej wysokości.
Nagły podmuch wiatru targnął amboną i cała konstrukcja pochyliła się, trzeszcząc przeraźliwie
To się nie dziwię, że nie chcą tam siedzieć… Nagły podmuch wiatru targnął amboną i cała konstrukcja pochyliła się z przeraźliwym trzeszczeniem.
potoczyło niezgrabnie
Tu musi być "się", ale dziwna jest ta animizacja gałązek.
Jodłowski zaklął w sposób nieprzystający osobie z jego wykształceniem i piastowanym urzędem.
Nieprzystojny osobie (i nie "z urzędem!"), ale w ogóle trudno to zdanie poprawić. Może: Jodłowski zaklął w sposób zupełnie nielicujący z jego urzędem.
Ambony Prekursorów stoją tu odkąd pamiętam i jak dotąd żadna jeszcze się nie przewróciła.
Ambony Prekursorów stoją tu, odkąd pamiętam, i jak dotąd żadna się jeszcze nie przewróciła.
Schlebiacie sobie, panie Zabrajski, myśląc, że mnie zaskoczycie. Wiem o Prekursorach więcej, niż ci się wydaje.
To oni są na "wy", na "pan", czy czarodziej zaraz ze skóry wyskoczy ze strachu? XD
drewniane kieliszki
Drewniane kieliszki to mogą być do jajek, a on ma kubki XD
– Nie śmiałbym – Sambor mrugnął wesoło do mistrza Jodłowskiego.
– Nie śmiałbym. – Sambor wesoło mrugnął do mistrza Jodłowskiego.
wasza miłość zdaje się poddenerwowany
https://wsjp.pl/haslo/podglad/110301/podenerwowany
mi zaś samemu nie wypada…
Mnie. Zaimek na akcentowanym miejscu musi być długi.
– Konwenanse – Jodłowski westchnął ciężko
Brak kropki po wypowiedzi.
To była dość spora grupa
Hmm.
na rzeczoną karawanę
Czy facet, który przekręca "konwenanse", używa (poprawnie) słowa "rzeczony"?
Gdybyśmy z towarzystwem polnym nie przybyli to byłoby z asterami chudo
Gdybyśmy z towarzystwem polnym nie przybyli, to byłoby z asterami chudo…
Jeden z kupców wiózł na handel wódkę w pięknej karafce. Wiesz, wasza miłość, jakie piękne szkła potrafią asterowie wyrobić?
Która by się stłukła, gdyby była nieopakowana. "Piękne" można wyciąć albo czymś zastąpić.
My długo tak nie będziemy umieli…
Hmm.
karafka została w moim dworku, cieszy salonik w moim dworku w Wólce Sokolickiej.
Powtórzenie (artefakt?). Nie wiem, dlaczego antropomorfizujesz salonik.
stróżujecie w Dzicz na bandytów
Stylizacja jedno, a gramatyka tu się posypała: stróżujecie w Dziczy, na bandytów sięzasadzacie.
Chociaż, tak po prawdzie, ja robię swoje.
?
Czarodziej… Był ze mną czarodziej. Młody, gładki na twarzy… Nosi szaty konfraterni.
Hmm. Lepiej: w szatach konfraterni. Czyli mamy tu nieliniowy porządek?
Musiał uciec.
Angielska konstrukcja.
Widać, miał więcej w głowie, niż ty.
Może tak: Widać, miał więcej w głowie od ciebie.
promienie słońca, wciąż zwlekającego się mozolnie znad horyzontu, kładły się na jego szacie krwistymi pasmami
Krwawymi. Niebezpiecznie zbliżasz się do purpury :D
ale po jego sylwetce wnioskował
Hmmmmm. Postawie, nie sylwetce, tylko wyjdzie aliteracja… A może tak: ale wnosząc z postawy, mistrz Jodłowski nienajgorzej zniósł nocną pijatykę.
Do ognia przestali dorzucać jakoś w połowie nocy
Czemu podkreślasz, że do ognia?
skończyła tlić się ostatnia z gałązek
Bardzo nienaturalny szyk i jeszcze ta dziwna maniera "jedno z". Co powiesz na: zgasła ostatnia gałązka.
tak też im ta noc zeszła
Hmm?
już całkiem pijanie
Literówka.
czy drabina prowadząca do ambony jest odpowiednio podciągnięta do góry
Ciach: czy drabina prowadząca na ambonę jest wyciągnięta.
zbroja całkiem orosiała
Hmm.
bolało go całe ciało
Rym.
Wyobrażał sobie jak teraz musi wyglądać – nastroszone wąsy, poplątana ciemna grzywa i smród wypitej wódki.
Smród to nie wygląd: Wyobrażał sobie, jak teraz wygląda: nastroszone wąsy, poplątana ciemna grzywa, a do tego smród wypitej wódki.
Prawdziwy rotmistrz jazdy polnej, psiakrew.
Oj tam, to żołnierz, nie panienka :D
podążył za jego spojrzeniem
Angielska konstrukcja.
Tam, w oddali, w ciągu dnia i wśród porannych mgieł sprawiał wrażenie samotnej góry niezwykle szczupłej i o gładko ciosanych zboczach, którą Prekursorzy ukształtowali na wzór obelisku.
Hmmm. Tam, w oddali, wyrastał z porannych mgieł jak samotna góra, niezwykle smukła i o gładko ciosanych zboczach, którą Prekursorzy ukształtowali na wzór obelisku. Obelisk na tym polega, że jest smukły.
Ciągnął się wysoko ku niebu, czubkiem sięgając tak wysoko, że nawet chmury omijały go z szacunkiem gdzieś w połowie jego wysokości.
Ciągnięcie bardziej horyzontalne: Czubkiem sięgał tak wysoko w niebo, że nawet chmury omijały go z szacunkiem gdzieś w połowie wysokości.
Był ogromny, sprawiał wrażenie przytłaczającego nawet mimo iż od jego masywnego podnóża dzielił ich ciemny przestwór lasu
Dobrze, tylko opisałeś już coś smukłego i eterycznego, a nie przytłaczającego. To się kłóci. Poza tym: unikaj tego dziwacznego "mimo iż". Nie mogę tego ludzi oduczyć, a jest takie niewymowne i pretensjonalne. Co jest nie tak z normalnym "choć"?
ciemny przestwór lasu
https://wsjp.pl/haslo/podglad/54905/przestwor ?
I nawet Sambor, który przecież widział wcześniej Monolit niezliczoną ilość razy musiał przyznać, że było coś niezwykle poruszającego w tym widoku skąpanego w krwistym poranku kolosa.
A miała być stylizacja? Consecutio temporum w każdym razie nie ma w polszczyźnie: I nawet Sambor, który przecież widział już Monolit niezliczenie wiele razy, musiał przyznać, że jest coś niezwykle poruszającego w tym widoku skąpanego w krwawym blasku kolosa.
– Mam nadzieję – Sambor westchnął ciężko.
– Mam nadzieję. – Sambor westchnął ciężko. P. poradnik: https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/#narracja_wypowiedzi
Musimy dotrzeć tam przed zmierzchem, tym bardziej że trzeba nam zebrać po drodze chrust
Szyk (czytaj zdania na głos – to pomaga, bo chodzi głównie o akcent): Musimy tam dotrzeć przed zmierzchem, tym bardziej, że trzeba nam zebrać po drodze chrust.
wolę mieć jednak pewność, że będziemy mieli spokojną noc
Jak wyżej, ale można nawet lepiej: wolę się jednak upewnić, że noc prześpimy spokojnie.
Tam, u stóp Monolitu nie będziemy mieli Ambon
Tam, u stóp Monolitu, nie będzie Ambon. (Uuuu, stalkerzy :D)
Nurtu nie wykorzystuje się na rozbijanie obozowisk.
Nurtu nie wykorzystuje się do rozbijania obozowisk. Można go nie zużywać na rozbijanie obozowisk.
Od zasnutej porannymi mgłami Rusłej oderwała się chmura rzecznego ptactwa.
Hmmmmmmmmmm.
– No, szkoda czasu na podziwianie widoków
Brak kropki.
wrzucę je tylko do skrzyni
A nie zawilgną?
Zabrajski od razu zrozumiał o co chodzi.
Zabrajski od razu zrozumiał, o co chodzi.
Przez noc drabinę zwilżyła rosa, wiało, a wypita nocą wódka sprawiała, że jakoś trudniej było odnaleźć się na szczeblach.
Hmmm. Ale drabinę mieli na górze…
Dzięki temu nie widzieli prawdziwej wysokości starej konstrukcji. Poza tym od biedy mogli złapać się jakiejś gałęzi.
Mogli się złapać, ale – hmm?
Konie czekały na nich na dole.
To co tu jest takiego niebezpiecznego, skoro koni nie zeżarło? :D
Stały pokornie w kręgu szirencze i przywiązane do brzozy, odganiały się leniwie od muszek, które nic nie robiły sobie z niedźwiedzich czaszek wbitych na pale.
Akcent (a wtrącenia wydzielaj): Stały pokornie w kręgu szirencze, przywiązane do brzozy, i odganiały się leniwie od muszek, które nic sobie nie robiły z niedźwiedzich czaszek wbitych na pale.
wyciągnął w jego kierunku łeb
A co innego miał do wyciągania? I wyciągnął ku niemu łeb.
wciąż jeszcze omglonej rankiem
Hmmm? Oparem, może, ale rankiem?
gdzie nie spojrzeć wszędy wkoło drzewa przybierały zieleń
Frazeologiczny: gdzie nie spojrzeć, drzewa przybierały się w zieleń.
mieniły się pierwsze kolory dzikich kwiatów
Kategorialny (to kwiaty się mienią kolorami): mieniły się barwami dzikie kwiaty.
Szum drzew mąciły stukanie dzięciołów
? Co tu się stało?
W jarach migały ciemne, podobne dzikom sylwetki buszujące w ściółce.
To nie sylwetki buszują.
I wszystko to szeleściło po skrytych w lesie polanach, w koronach drzew, w parowach i bałkach; życia tutaj nie mąciły pługi i siekiery, próżno można było nasłuchiwać ludzkiej mowy.
Powściągaj rumaka purpury. Stylizacja: próżno było nasłuchiwać ludzkiej mowy.
przejeżdżali przez bród leśnej rzeczki
Przejeżdżali w bród przez leśną rzeczkę.
Oburzone żaby odskakiwały na boki skrzecząc głośno.
Brak przecinka, a skoro stylizujemy, to może: Oburzone żaby pierzchały na boki, skrzecząc głośno.
Względem tego jest to zupełna nieprawda.
? Uciąć, skrócić i wyrzucić. Nierówno trochę stylizujesz te dialogi.
To miasta prawie w sercu królestwa, ludzie stamtąd niewiele wiedzą o Dziczy…
Może: tamtejsi?
Ot, kraina między Riterią a Asterią, de iure będąca terytorium Unii, a de facto należąca do siebie samej.
Hmm. Ot, kraina między Riterią a Asterią, de iure należąca do Unii, a de facto tylko do siebie samej.
– Owszem – Dytryk pociągnął nosem.
Brak kropki.
E, pomijasz przy okazji dużo mniejszych miast i wsi.
Przy okazji czego? Pomija i już.
dla nas są to równie zachodnie osady co Łuki, Ritergrad, czy Berstergrad…
Hmm. Może: dla nas to taki sam zachód, jak Łuki, Ritergrad, czy Berstergrad…
Nie wdając się w polemikę na gruncie geograficznym
Wut. Jaki ma być kontrast między nimi? Bo na razie wychodzą na mniej więcej równych, z lekką przewagą Dytryka.
Muszę opiekować się moimi ludźmi.
"Się" na akcentowanym miejscu: Muszę się opiekować moimi ludźmi.
– Słyszałem różne historie – Sambor uśmiechnął się.
Brak kropki, ale to "się" na końcu zwraca uwagę.
cieszą się swoją wersją
?
ktoś twojego pochodzenia
Twojego urodzenia, twojego stanu, ale pochodzenia?
Sambor prychnął ni to rozbawiony ni rozgoryczony.
Sambor prychnął, ni to rozbawiony, ni rozgoryczony.
zaś powierzono ważne urzędy do piastowania i zdaje się robi karierę koronnego egzekutoniera
Tniemy nadlewki: zaś powierzono ważne urzędy i, zdaje się, robi karierę jako egzekutonier koronny.
Zamiast o sztuce malowania i muzyce uczyłem się sztuki wojny.
Ale i tak zdania powinienem składać spójne: Zamiast sztuki malowania i muzyki uczyłem się sztuki wojny.
Pisano mi wojskową karierę i ledwo potrafię czytać i pisać, a okazało się, że i w wojsku nie ma dla mnie miejsca to zesłano mnie tutaj, w Dzicz.
Zdechła metafora ( https://wsjp.pl/haslo/podglad/37227/cos-jest-pisane-komus ), wymieść: Przeznaczono mnie do wojska, ledwo potrafię czytać i pisać, a jak się okazało, że nie ma tam miejsca, to trafiłem z powrotem w Dzicz.
Jestem spod herbu Raroga, ale to wszystko co łączy mnie z rodziną.
Hmm. Mój herb Raróg, ale poza tym nic mnie z rodem nie łączy.
A jednak klechdy, choć nierzadko piękne i prawdziwe, są jednak lokalne.
?
Historia opowiadana w Dziczy jest inna od tej opowiadanej w Witergradzie
Historia opowiadana w Dziczy różni się od tej opowiadanej w Witergradzie.
Witerska
Przymiotniki (nawet od nazw własnych) małą literą.
znasz historię Monolitu uniwersalną, powszechną
Aha. Dobra, tylko że historia Monolitu, jeśli ma dotyczyć Monolitu (a nie np. jego interakcji z miejscowymi) musi być uniwersalna. Nie?
Piękną tak samo we Wszeradzie czy Zabrajsku?
Piękną tak samo we Wszeradzie jak w Zabrajsku? A czy tu o urodę chodzi…
– Ta jest naukowa.
Uwaga, możliwy anachronizm. Ludziom się wydaje, że nauka zawsze wyglądała tak, jak dziś, ale to błąd.
Myślałem, że wraz z wódką asterską nabrałeś nieco więcej asterskiej swobody.
Co sugeruje, że nabrał wódki i swobody XD może mieć sens. Akurat tu.
– Prekursorzy – powiedział zebrawszy uprzednio myśli. – Zostawili
Imiesłów uprzedni już niesie informację o uprzedniości: – Prekursorzy – powiedział, zebrawszy myśli – zostawili.
I co jest w tym wszystkim zaskakujące, nasza wiedza na ich temat jest wciąż nieproporcjonalnie mała w stosunku do tego co już znaleźliśmy.
No… sposób myślenia, dobra: I co jest w tym wszystkim zaskakujące, nasza wiedza na ich temat jest wciąż nieproporcjonalnie mała w stosunku do tego, co już znaleźliśmy.
czemu odeszli i gdzie
I dokąd.
nie wiemy jak długo egzystowali w naszym świecie
Zdanie podrzędnie złożone: nie wiemy, jak długo egzystowali w naszym świecie. Egzystowali wymaga konkretniejszego dopełnienia https://wsjp.pl/haslo/podglad/17228/egzystowac/5174060/skromnie
jeśli nie to z kim
Brak przecinka: jeśli nie, to z kim.
Największym świadectwem ich obecności pozostały Monolity.
Hmmm. Największym?
chodzi między innymi o ten do którego zmierzamy?
Przecinek: chodzi między innymi o ten, do którego zmierzamy?
Między innymi, z tym że ten nie był jedynym.
Brak przecinka, poza tym "między innymi" implikuje, że nie był jedyny. Bo były inne.
– Nie wiem, czy ciekawie
Brak kropki.
Mimo wczesnej pory dnia ciepłe szaty dawały o sobie znać.
? Dawały mu się we znaki, może.
cały przepocony
Cały spocony. Przepocone będzie miał ubranie.
Jednak istnieją wiarygodne poszlaki i przesłanki wskazujące na prawdziwość postawionej dawno temu tezy.
Przesłanki są w rozumowaniu (czyli blisko, ale nie to), a poszlaki… hmmm, długo by gadać, ale nie bardzo. https://wsjp.pl/haslo/podglad/62708/poszlaka
Dla króla Bolemira IV Dzicz jest daleką, niemalże białą plamą na mapie
Poplątane kategorie: Dla króla Bolemira IV Dzicz jest białą plamą na mapie.
Nawet pomimo Unii, to wciąż dzika, nieznana kraina.
Hmm?
Stoimy dopiero u progu kolejnych odkryć geograficznych
I skąd o tym wiemy?
Niewykluczone również, że po prostu jeden z nich jest na dnie morza
Czemu "po prostu"?
wszak Monolity mają odpowiadać Nurtowi
Hmm. Same Monolity? Ich rozkład? Oj, skrót myślowy, panie magu :)
Chodziło mi o pewną kamienną tablicę, którą znaleziono przed niemalże trzystu laty.
"Pewną" zbędne.
Otóż w tej tabliczce, poza wzmiankowaną legendą, wyryto
Wyryto na tabliczce (na małej tabliczce tyle się zmieściło?).
symbole obrazujące dziedziny Nurtu
Symbole niczego nie obrazują, tylko wskazują, oznaczają, nazywają…
po ich środku znajdował się piąty symbol odnoszący się do ukrytej dziedziny
A pośrodku znajdował się piąty symbol odnoszący się do ukrytej dziedziny. Uwaga filozofa: symbole są konwencjonalne. Znaczą na mocy konwencji językowej. Być może istnieje coś takiego jak język naturalny, o metafizycznej podstawie relacji semantycznej, ale to by była większa rzecz.
gdyby faktycznie ich położenie odpowiadałoby żywiołom
Wystarczy raz zaznaczyć tryb przypuszczający, poza tym – patrz wyżej: gdyby ich położenie faktycznie odpowiadało układowi symboli na tablicy.
nie wiem czego by to dowodziło
Czy w ogóle czegokolwiek? Chyba tego, że tablica jest rzetelną mapą: nie wiem, czego by to dowodziło.
Prekursorzy budując Monolity związali Nurt i byli w stanie kształtować świat o wiele prościej, niż my.
A nie łatwiej? Przez budowę Monolitów Prekursorzy związali Nurt i byli w stanie kształtować świat o wiele łatwiej, niż my.
tyle co skłuliśmy rohatynami to chyba nigdy potem
Przecinki: tyle, co skłuliśmy rohatynami, to chyba nigdy potem.
tak im dymu narobiliśmy
Tyle im dymu narobiliśmy; albo: takiego dymu im narobiliśmy.
że tej rany nie zadało mi nic, co byśmy znali
Angielskawa konstrukcja. Że tę ranę zadało mi coś, czego nie znamy?
przynajmniej wiemy na czym stoimy
Zdanie podrzędnie złożone: przynajmniej wiemy, na czym stoimy.
Przeprawili, trzeba dodać, bez przeszkód
Tu nie można opuszczać "się".
Słońce stało już wcale wysoko
Po co to powtarzać?
wyklinał owady szpetnymi, iście ulicznymi słowami
Klął owady. Wyklinałby je, gdyby chciał je wydziedziczyć XD Ewentualnie może wyklinać na owady ( https://wsjp.pl/haslo/podglad/97921/wyklinac )
Dla Sambora było to zresztą ciekawe doświadczenie – jego dystyngowany towarzysz pierwszego dnia krzywił się na słowo „psiajucha”.
Trochę łopata. Lepiej pokaż reakcję Sambora, np.: Sambor śmiał się pod nosem na wspomnienie pierwszego dnia drogi, kiedy jego towarzysz kręcił nosem na słowo "psiajucha".
Jak to jednak zwykle bywa, Dzicz prędzej czy później z każdego wyciąga jego – nomen omen – najdziksze strony.
Hmmm.
zawołał po raz któryś drapiąc się po plecach.
Ale po raz któryś zawołał, czy się drapał? Od tego zależy rozmieszczenie przecinków.
– Nie inaczej– odpowiedział Sambor gapiąc się
– Nie inaczej – odpowiedział Sambor, gapiąc się.
I nie kłamał, a każdym razie nie do końca, bowiem zaraz za wstęgą Rusłej rozciągał się przestwór traw, gdzie próżno szło szukać większej gęstwiny albo chociażby zagajnika.
Ale co ma jedno do drugiego?
W znacznej mierze równinny teren porastały kostrzewy, ostnice i inne wsiej maści trawy, które były tutaj nadzwyczajnie wysokie i zdolne schować nie tylko dzikie zwierzęta, ale i konia z jeźdźcem.
Stylizacja Ci się wymyka (i angielszczy – my nie antropomorfizujemy traw): Równinę porastały kostrzewy, ostnice i wszelakiej maści trawy, tak wysokie, że zdołałby się w nich ukryć nie tylko dzik, ale nawet koń z jeźdźcem.
Co do samego krajobrazu to gdyby nie pnący się wśród tych stepów Monolit można by uznać tę krainę za całkiem monotonną.
??? Jakim sposobem Monolit się "pnie"?
Jednak rzeczy miały się szczególnie zwłaszcza na wiosnę
Co to znaczy? Coś się tu chyba zgubiło, bo "szczególnie" to modyfikator, nie ma desygnatu.
tak jak i teraz
W sumie po co ten myślnik?: tak, jak teraz.
w powietrzu z furkotem sunęły leniwie bociany
Czy ten furkot nie kłóci się z lenistwem?
całkiem niegroźnego i poczciwego stworzenia.
The author doeth protest too much :D
natura stworzyła gryzącego i swędzącego
Nie same komary swędzą, a skóra po spotkaniu z nimi :D
wyjechali po drugiej stronie brodu
? Gdy wyjechali z brodu? Gdy wyjechali na brzeg?
by uczynić zadość ludzkim potrzebom
Hmm.
Sambor miał swoje zdanie na ten temat, ale przemilczał je – czarodziej im bardziej trzeźwy tym bardziej stawał się uparty.
Konstrukcja i szyk: Sambor miał na ten temat swoje zdanie, ale zmilczał. Czarodziej im był trzeźwiejszy, tym bardziej był uparty.
mierząc w sunące wraz z leniwym nurtem rzeki listki
"Wraz" jest tu zupełnie niepotrzebne, one nie suną o własnych siłach.
Koń od jakiegoś czasu zachowywał się niespokojnie, wydawał się czymś stresować.
Raz, że dwa razy ta sama informacja, a dwa, że "stresować" to niefantastyczne słowo. Może: Koń już od jakiegoś czasu zdawał się niespokojny.
Ciszę rozdarł nagle wrzask Jodłowskiego.
"Nagle" do kasacji – rozdarcie już to implikuje.
od zarośli
Z zarośli.
czarodziejowi, który trzymając szaty w górze wyskoczył zza wierzby jak oparzony
Uroczy obrazek :D Można by to chyba skondensować, np: czarodziejowi w zakasanej szacie, który wypadł zza wierzby.
Samborze, bywaj tu!
Hmm? https://wsjp.pl/haslo/podglad/32275/bywaj
Sambor zwolnił, nic nie rozumiejąc.
Dziwne zdanie. On dalej biegnie?
nagle wściekły
Dużą literą.
Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
Przekroczyłam długość posta :D
– Ja? Zbyt wiele? – ostatecznie puścił Jodłowskiego, nie żałując sobie zresztą popchnięcia go.
Hmmm. "Nie żałując sobie zresztą"? Niby zrozumiałe, ale…
będziemy odganiać się
Szyk: będziemy się oganiać od…
– Dobrze – Dytryk machnął ręką pojednawczo, wracając powoli do swojego zwyczajnego, dyplomatycznego tonu, choć oddech wciąż miał nierówny
Jak on to miał robić stopniowo, skoro nic nie mówił? – Dobrze. – Dytryk pojednawczo machnął ręką, nadal cokolwiek zdyszany.
Zabrajski prychnął ni to z pogardą ni ze współczuciem.
Zabrajski prychnął, ni to z pogardą, ni to ze współczuciem.
Opuścił szablę, nie chowając jej jednak do jaszczura
Imiesłów oznacza jednoczesność: Opuścił szablę, lecz nie chował jej do jaszczura.
to chociaż zobaczmy co tak nastraszyło mistrza konfraterni
Zdanie złożone podrzędnie: to chociaż zobaczmy, co tak nastraszyło mistrza konfraterni.
– To truchło – powiedział potem Jodłowski, gdy weszli w gęste kłębowisko trawy za wierzbą. – W pierwszej chwili tego nie zauważyłem, stąd ten cały krzyk… Potem to już emocje, podniecenie, rozumiesz.
Tniemy pustosłowie: – To truchło – powiedział Jodłowski, gdy weszli w kłębowisko trawy za wierzbą. – W pierwszej chwili go nie zauważyłem, stąd tyle krzyku…
sam bowiem poczuł jak włosy stają mu dęba
Hmm. Co najmniej trzeba dodać przecinek.
choć leżał tam i to całkiem na widoku
Angielska składnia: choć leżał całkiem na widoku.
kolor łuski zlał się z wszechobecną intensywną zielenią traw, maskując go w ten sposób i kryjąc przed wzrokiem
To samo mówisz na trzy różne sposoby. Ciach: kolor łuski zlewał się z intensywną zielenią traw.
Dopiero po chwili pojawiał się ledwie wyczuwalny w wiosennym powietrzu odór rozkładu, świadczący o spoczywającym tutaj truchle.
Dopiero po chwili zauważało się ledwie wyczuwalny w wiosennym powietrzu odór rozkładu, świadczący, że spoczywa tutaj truchło.
przemawiały za tym długie i smukłe cielsko, zakończone spiczastym ogonem
Przemawiało, cielsko jest jedno.
dojrzał na poły błoniaste skrzydła
? Skrzydła nie mogą być trochę błoniaste, a trochę pierzaste.
gadzi pysk bogato pokryty szeregiem drobnych rogów
Pokryty to na całej połaci, a szereg pokrywa tylko linię.
powiedział Zabrajski końcem szabli dźgając ostrożnie truchło
Podrzędnie złożone: powiedział Zabrajski, końcem szabli ostrożnie dźgając truchło.
Stali tak nad stworem jakiś czas nie bardzo wiedząc co z tym zrobić.
Stali tak nad stworem jakiś czas, nie bardzo wiedząc, co robić.
Ostatecznie zostawili go tak jak leżał i wrócili do koni.
Ostatecznie zostawili go tak, jak leżał, i wrócili do koni.
Rozważali, czy nie zawrócić; ostatecznie jednak doszli do wniosku, że mają do czynienia z mutacją albo innym wybrykiem natury, jakich pełno było przy Monolicie.
Coś tu się nie wiąże – jak wybryk natury się ma do zawracania?
Sambora dziwił przy tym upór czarodzieja.
"Przy tym" zbędne.
Po prawdzie, gdyby Jodłowski stwierdził, że dalej nie pojedzie to wróciliby z powrotem, za kilka dni znów byliby w „Kulawej Kobyłce” i tam by się rozstali
Pleonazm, a "stwierdzić" to nie to samo, co "oświadczyć": Po prawdzie, gdyby Jodłowski oświadczył, że dalej nie pojedzie, w ciągu paru dni wróciliby pod „Kulawą Kobyłkę” i tam by się rozstali.
wiedział już, że jego towarzysz jest czarodziejem o bardziej akademickim usposobieniu, przedkładającym katedrę w Berstergradzie od badania żywej historii, którą przecież spodziewał się znaleźć u stóp Monolitu.
? Że jego towarzysz należy do czarodziejów o bardziej akademickim usposobieniu, ale dalej?
Tymczasem na przekór tym myślom, jego towarzysz poprosił w miarę możliwości o wznowienie podróży.
? Tymczasem, na przekór oczekiwaniom, czarodziej poprosił, żeby ruszali dalej.
starożytnych rękawicach wyrobionych ze żmijowej łuski i zakończonych pożółkłymi pazurami. Nie wyrabiano
Powtórzenie.
umożliwiały czerpanie z jego mocy i uplatanie podług własnego życzenia i możliwości
Splatanie, wyplatanie, plecenie. Ale dotąd Nurt był raczej analogiem bieżącej wody, a nie czegoś, co można pleść.
był to jednak wówczas pierwszy kontakt. Nierzadko bardzo brutalny, drastyczny i tragiczny.
Nie brzmi to dobrze.
które sprawiły, że ktoś równie młody jak Dytryk wszedł w posiadanie szponów.
A może krócej i mniej angielsko: dzięki którym taki młodzik jak Dytryk wszedł w posiadanie szponów.
– Tak mówią
Brak kropki.
– Bo widywał
Jak wyżej.
– My nadjeżdżamy od północnej strony Monolitu – Sambor machnął ręką przed siebie.
– My nadjeżdżamy od północnej strony Monolitu. – Sambor machnął ręką na wprost.
córki jednego z bardzo możnych i wpływowych ludzi…
Dziwna maniera: córki jednego bardzo możnego pana…
I co zadziało się
I co się STAŁO. "Dziać się" to forma NIEDOKONANA. Jej dokonanym odpowiednikiem jest STAĆ SIĘ. Argh. W tekście bez stylizacji może by i to miało rację bytu, bo ludzie teraz tak mówią (niechluje), ale to jest nowinka językowa i tekście stylizowanym "na staro" zęby od niej bolą. Bardzo.
Wyobraź tylko sobie
Szyk: Wyobraź sobie tylko.
bzyczenie jakby wszystkie roje
Brak przecinka: bzyczenie, jakby wszystkie roje.
kiedy bałem się że wszystko
I znów: kiedy bałem się, że wszystko.
Pomijając już omawianą kwestię, iż tylko ty zgodziłeś się podjąć tej wyprawy to mam również świadomość istoty miejsca do którego zmierzamy.
Tu przesadzasz: Pomijając już, że ty jeden zgodziłeś się podjąć tej wyprawy, doskonale zdaję sobie sprawę z tego, dokąd zmierzamy.
droga przebiegała dość spokojnie
Nie droga, a podróż.
wiem którędy jechać
Podrzędnie złożone: wiem, którędy jechać.
Leśne stworzenia, czy motłoch unika pozostałości po Prekursorach.
Leśne stworzenia i motłoch unikają pozostałości po Prekursorach.
puszczę z której przyjechaliśmy
Puszczę, z której przyjechaliśmy.
Gdybyśmy obrali drogę bardziej na wschód dojechalibyśmy do Ostałówka.
Gdybyśmy obrali drogę bardziej na wschód, dojechalibyśmy do Ostałówka.
pluli by na ciebie, rzucali kamienia i gonili z kijami
"By" jako cecha trybu przypuszczającego powinno być łącznie: pluliby na ciebie, rzucali kamienie i gonili z kijami.
mało agresywne
Jak to się ma do stylizacji?
To była jednak ziemia którą zjeździłem sam i w towarzystwie, są to znane mi rejony.
Nienaturalne: A zjeździłem tę ziemię sam i w towarzystwie.
– Samborze
Brak kropki.
nie czułem nigdy czegoś takiego
Nigdy niczego takiego nie czułem.
Mogę cię jedynie polecać Wielkiemu Asterowi, co by użalił się nad twoją dolą.
Użaliłby się (on jeden), czy polecać, żeby się użalił? https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/coby-czy-co-by;17438.html
ludzie o których tak się troszczysz
Podrzędnie złożone: ludzie, o których tak się troszczysz.
przypomniało ci się, kto waść tak urządził
To oni są na "ty" czy na "pan"?
Dziwne, pomyślał Sambor wychylając się z konia
Dziwne, pomyślał Sambor, schylając się z konia.
obskakiwały mnie jak psy na widok wytęsknionego pana
A kogo obskakują psy na widok pana? Hmm?: obskakiwały mnie jak psy wytęsknionego pana.
niebo na horyzoncie zaczynało już sinieć
Hmmm.
Miał przy tym nadzieję, że zdążą zejść z pól, zanim na dobre rozpęta się jedna z tych straszliwych wiosennych burz, które nieraz potrafiły uderzyć z ogromną gwałtownością.
Tniemy pustosłowie: Miał tylko nadzieję, że zdążą zejść z pól, zanim jedna z tych straszliwych wiosennych burz rozpęta się na dobre.
Czarodziej zaś zdawał się w ogóle nie podzielać jego obaw.
Po co to "zaś"? Tu nie ma nikogo innego.
Jodłowski czasem tylko odpowiedział na jakieś pytanie, ale wydawało się, że stracił jakiekolwiek zainteresowanie otaczającą go rzeczywistością.
A może tak: Czasem odpowiadał na jakieś pytanie, jeśli zostało zadane dostatecznie głośno i trzy razy.
jego oczy tliły się fascynacją
Nie. A w oczach tliła mu się fascynacja, jak już.
jakby przeczuwając
Lepiej: jakby przeczuwał. Chociaż – dlaczego przeczuwał? Wszystko wskazuje na koniec dziennego marszu, więc po co jeszcze przeczucie?
– Interesował wiele razy
Brak kropki.
którego poszczerbione drzewa sterczały pośród traw jak złe duchy
Hmmmm.
Zamkniesz okna i drzwi to kominem wlecą i jeszcze
Zamkniesz okna i drzwi, to kominem wlecą i jeszcze.
„W tym miejscu” westchnął głęboko
? Westchnął w myślach?
Szczególnie w powietrzu coś mu nie odpowiadało.
Hmm?
wracał z powrotem
Już drugi raz ten sam pleonazm.
Jak można było przypuszczać, przekracza wszelkie moje wyobrażenia czy spekulacje.
Czyli wyobrażał sobie coś, czego sobie nie wyobrażał? Hmm? :)
Poznaję niektóry ryciny…
Rycina to nie płaskorzeźba, tylko drzeworyt https://pl.wikipedia.org/wiki/Rycina
Ty zaś jak mniemam wiesz więcej?
Wtrącenie (i aliteracja, ale mało przeszkadza): Ty zaś, jak mniemam, wiesz więcej?
jestem śmiertelnie poważny
Hmm. Mówię śmiertelnie poważnie?
Nie wiedział, rzecz jasna, co ona ma konkretnie symbolizować i czemu miała posłużyć, uznał jednak, że przysłuży się przyszłym pokoleniom, które w końcu będą zdolne zrozumieć symbolikę i alfabet Prekursorów.
Hmmm. Posłużyć miała symbolizowaniu, oczywiście (i może magii).
– Tego też nie wiem
Brak kropki.
nabrać szerszej perspektywy
Perspektywę można zyskać, ale nie nabrać.
Mimo Szirencze?
A to nie było małą literą?
Sambor musiał oddać Dytrykowi, że czarodziej mimo wszystko starał się kryć ironię.
?
wolałbym nie obudzić się w momencie, gdy wiwern będzie odgryzał mi nogę w udzie
Czytaj tekst na głos: wolałbym się nie obudzić, kiedy wiwern będzie mi odgryzał nogę.
– Skoro tak mówisz – czarodziej zamyślił się.
– Skoro tak mówisz… – Czarodziej zamyślił się.
– Mój
Brak kropki.
co Sambora o tyle dziwiło, że Dytrykowi było w nich ewidentnie za ciepło
Stylizacja się omskła: co dziwiło Sambora, bo Dytrykowi było w nich wyraźnie za ciepło.
Skorzystam też z ogniska i przyjrzę się jeszcze Monolitowi.
Hmm, a przed chwilą mówił co innego…
ja nie umiem posługiwać się bronią
Akcent: ja nie umiem się posługiwać bronią.
pomyślał Zabrajski moszcząc się przy ognisku
Przecinek: pomyślał Zabrajski, moszcząc się przy ognisku.
na rozsypane w nocy gwiazdy
Hmm.
nie było już ani Oka ani gwiazd
Nie było już ani Oka, ani gwiazd.
blady anemiczny
Brak przecinka.
stare domostwo kryte strzechą
Kategorialny: starą chałupę krytą strzechą.
bije ku niebu gęsty dym
Dziwny szyk, ale ta sekcja wyraźnie ma być surrealistyczna, więc może tak ma być.
Koń jest martwy od dawna,
I po co o tym zapewniać?
Herold spogląda zaś z góry
Herold zaś spogląda z góry.
Idę, pomyślał spoglądając w gorączce na dwie gwiazdy wysoko w górze, idę bo jeszcze nie mój czas
Idę, pomyślał, spoglądając w gorączce na dwie gwiazdy wysoko w górze, idę, bo jeszcze nie mój czas.
o to ja
Nie miało być: oto ja?
Potoczył wkoło spojrzeniem, spojrzał po ognisku, po leżącej obok szabli, po uwiązanych koniach.
Hmmm. Potoczył spojrzeniem wkoło, po ognisku, po leżącej obok szabli, po uwiązanych koniach.
pomyślał sięgając odruchowo po szablę
Pomyślał, odruchowo sięgając po szablę.
wciąż próbując otrząsnąć się z tego dziwnego stanu jaki go ogarnął na chwilę przed zaśnięciem
Wciąż próbując się otrząsnąć z tego dziwnego stanu, który go ogarnął na chwilę przed zaśnięciem.
zawodził śpiewnym, hipnotyzującym głosem przepełnionym ekstazą
?
dziwna i rozedrgana światłość
Angielska składnia: dziwna, rozedrgana światłość.
Magia, pomyślał Zabrajski czując jak robi mu się niedobrze, cholerna magia…
Czemu zmieniłeś formatowanie myśli? "Magia" pomyślał Zabrajski, czując, jak robi mu się niedobrze, "cholerna magia…"
Wciąż walcząc z tą dziwną blokadą sięgnął po bandolet.
Hmmm. Brak przecinka.
Broń była już nabita i groźna
Groźna?
Cienie poruszały się niejednostajnie, raz szybciej, raz wolniej
Dwa razy to samo – tniemy podręcznik fizyki: Cienie poruszały się raz szybciej, raz wolniej.
Sambor ciągle miał wrażenie, że wystrzelona kula nie zrobi im większej krzywdy.
Hmmm. I Sambor wątpił, żeby kula miała im zrobić krzywdę?
Stracił wówczas swoją cienistą formę, zmaterializował się; pojawiła się wysoka postać z trupią twarzą
Hmmmmm.
przeciął noc. Wgryzł się w pierś
Czy te metafory do siebie pasują?
Istota otworzyła zamiast tego usta
Pustosłowie: Otworzyła tylko usta.
Poczekał na cios, szybko przeszedł w bok i spuścił nadciągający bułat po ostrzu szabli.
? Żargon?
zamaszystą sztuką krzyżową
Ekhm… żargon. Ale internety mówią (np. tu https://eprudnik.pl/sztuka-krzyzowa-odkryte-dziedzictwo-naszych-przodkow/ ) że "sztuka krzyżowa" to nie konkretny cios, tylko ogólny styl, sztuka walki. To tak, jakbyś napisał "przerzucił przeciwnika eleganckim aikido". Tak nie można.
nie zatrzymały
? Specjalistyczne szermiercze słownictwo nic mi nie mówi.
ciągnąc za sobą pióropusz ciemnych wnętrzności
Pióropusz ma niewiele wspólnego z mokrymi flakami…
– Dytryku, przestań! – zawołał Zabrajski widząc, jak dwa kolejne cienie napierają na krąg szirencze.
Hmmmmm. Brak przecinka, ale mogłoby też być dynamiczniej.
świetlista szczelina trzaskała wściekle
Hmmm. Skąd wiadomo, że to ona?
żarzył się niby miedź stygnąca
Dziwny szyk. To nie dzieło prorocze.
uciekł im odganiając się szerokimi cięciami szabli
Uciekł im, oganiając się szerokimi cięciami szabli.
uderzał sekwencyjnie
Żargon, i to psujący stylizację.
Szczelina pękła i z wściekłym bzyczeniem uformowała okrągły, świetlisty portal.
Ze wściekłym (kwestia fonetyki), ale – uformowała?
trzepoczący w powietrzu sznur z dyndającym na jego końcu ciemnym kawałkiem drewna
"Jego" zbędne. Ale w ogóle może lepiej: Jak trzepocze w powietrzu sznur z dyndającym na końcu ciemnym kawałkiem drewna.
Portal nagle ustabilizował się.
Co to znaczy?
zawołał nieswoim głosem Jodłowski, dudniącym niby nadchodząca burza.
Błędny szyk – określniki, zwłaszcza rozbudowane, powinny być przy tym, co określają: zawołał Jodłowski nieswoim głosem, dudniącym niby nadchodząca burza.
których Sambor nie rozumiał, choć miał cholernie złe przeczucia
A musiał je rozumieć, żeby mieć złe przeczucia? :)
Rozejrzał się wkoło szukając drogi ucieczki, ale szybko zrozumiał że to niemożliwe
Co niemożliwe? Tniemy: Rozejrzał się za drogą ucieczki, ale nie było żadnej.
zaczepiła o krawędź portalu z równą łatwością jakby chwytała się framugi
Gramatyka: zaczepiła o krawędź portalu równie łatwo, jak gdyby chwytała się framugi.
wybrakowany napierśnik
Czyli? https://wsjp.pl/haslo/podglad/6460/wybrakowany
Sambor nie wiedział, jaka była silna była wola Dytryka i moc Monolitu.
Sambor nie wiedział, jak silna jest wola Dytryka i jak wielka moc Monolitu. Trzy… https://tvtropes.org/pmwiki/pmwiki.php/Main/EvilIsNotAToy
Jodłowski musiał to przewidzieć
Jodłowski na pewno to przewidział. Dwa…
Widmowe istoty przypomniały sobie o Zabrajskim – dokładnie w tym momencie, gdy jak sowa spadał na nie od tyłu tnąc wściekle szablą.
Widmowe istoty przypomniały sobie o Zabrajskim, dokładnie w momencie, gdy jak sowa spadał na nie od tyłu, tnąc wściekle szablą.
rozharatała na poły zeschnięte cielsko
Lepiej: rozharatała na wpół zeschnięte cielsko.
Druga z istot zawinęła się, rażąc Sambora w policzek.
Jednocześnie? I: druga istota. (”Jeden z” to maniera!)
skulił w kucki
?
Pozwolił, żeby widziało skontrowało
Szybciej i intensywniej: Pozwolił widziadłu skontrować.
tym razem na zachodnią modłę, wykręcając nadgarstek
To nie lekcja szermierki. Komentarz jest zbędny.
Wyszarpnął szablę i od razu spojrzał w kierunku Dytryka i przybysza, którego przywołał.
Hmmm.
Czarodziej trzymał istotę na dystans, ułożywszy dłonie w okrąg i wołając we wschodniej mowie z zaśpiewem
Może tak: Czarodziej trzymał istotę na dystans, ułożywszy dłonie w okrąg. Wołał coś śpiewnie we wschodniej mowie.
spomiędzy palców wydobywał się ze skowytem strumień wściekłego wichru
?
Zaczął iść
A może: Ruszył?
jeśli z tego wyjdzie cało to zapije się
Podrzędnie złożone: jeśli z tego wyjdzie cało, to zapije się.
wyrwał się z mocy wichru
?
okręg
Krąg, okręg jest wyborczy. Może być ewentualnie świątynny, ale to nie to.
Przybysz zakręcił ogromnym cielskiem
… samba? XD
Zabrajski nawet nie myślał parować ogromnego obucha
? Paruje się cios, ale broń?
to tylko kwestia czasu, aż stwór go dosięgnie
To tylko kwestia czasu, kiedy stwór go dosięgnie.
bechter da mu tyle co pięknie zdobiony haftami sajan
Bechter da mu tyle, co pięknie zdobiony haftami sajan.
Zamachnął się szablą, brzydko i bez pomysłu
To nie pokaz, zdziel przedwiecznego w łeb!
napierśnik Przybysza, choć przeżarty rdzą nawet nie został draśnięty
Hmmm? Napierśnik Przybysza, choć przeżarty rdzą, nawet nie został draśnięty.
Leżał rzucony na wznak w błocie
Leżał, rzucony na wznak, w błocie; albo: Leżał, rzucony na wznak w błoto.
Poczuł się przez chwilę jak dziecko, które chce obronić się przed głodnym wilkiem.
Tniemy pustosłowie, mocna scena: Jak dziecko, które próbuje się obronić przed głodnym wilkiem.
„Nie mogę oddychać” przeleciało mu przez myśl „Nie mogę oddychać…”
… może… nie.
Mimo ciemności dojrzał przez chwilę oko Przybysza. Zdawało się świecić własnym zimnym blaskiem.
Dzięki temu je zobaczył, nie?
cisnęła jego opancerzone cielsko jak szmatą
Literówka.
Jodłowski nawoływał coś swoim pełnym podniosłości głosem
Argh, tak już było dobrze, a tu taki zgrzyt. Jodłowski wykrzykiwał rozkazy czy prośby.
Gasnącym wzrokiem
Takie coś to tylko z zewnątrz. A jemu w oczach ciemnieje. Hmmm.
w miejsce gdzie
W miejsce, gdzie.
Błyskawice raz po razie uderzały w tamto miejsce z oślepiającą siłą
Tniemy: Błyskawice raz po raz prażyły w to miejsce.
chmary błota
??? https://wsjp.pl/haslo/podglad/81328/chmara
kiedy z nieba zaczęły spadać pierwsze krople deszczu świat zawirował wkoło i zgasł
A kiedy z nieba zaczęły spadać pierwsze krople deszczu, świat zawirował i zgasł.
Nigdy, nigdy nie widział, żeby jeden człowiek z taką biegłością czerpał z Nurtu…
Angielskawe. To powtórzenie dla wzmocnienia…
– To cud że żyjesz.
Podrzędnie złożone: – To cud, że żyjesz.
pogoda była przygnębiająca i szara
Hmmm.
jego piękne, zdobione szaty
Piękne, ozdobne szaty. A przed chwilą były skołtunione?
Sambor bez zdziwienia pomyślał, że ton czarodzieja zmienił się całkowicie.
Hmmmmmmmm.
to co cię uderzyło
To, co cię uderzyło.
Nie mówię, że uniknąłeś złamań, na Astera!
?
nie patrz tak na mnie proszę,
Wtrącenie: nie patrz tak na mnie, proszę, wiedziałeś…
opisywał metopy czy reliefy
Skoro nie będzie, to: opisywał metop czy reliefów.
lepsze miałem o tobie zdanie panie Zabrajski
Wołacz oddzielamy: lepsze miałem o tobie zdanie, panie Zabrajski.
magię spinać
Spinać?
Na tle siwego kołtuna chmur przypominał kolosa, istotę mającą wspólnego z człowiekiem tylko fizys, a będącego wewnątrz czymś o wiele starszym i groźniejszym.
Zdanie doszczętnie się pokićkało: Na tle siwego kołtuna chmur przypominał kolosa, istotę tylko z wyglądu podobną do ludzi, a w rzeczywistości o wiele starszą i groźniejszą.
Mam ich teraz zresztą więcej jak przed wyprawą…
Mam ich teraz zresztą więcej, niż przed wyprawą… Facet, ciesz się, że ci durnej głowy nie urwało XD
Wiedziałem, że gdy pojawi się portal zrobisz wszystko
Wtrącenie: Wiedziałem, że, gdy pojawi się portal, zrobisz wszystko.
Tego fałszywego poczucia, które uważałeś za twoje modus operandi.
Co ten cynik opowiada? "Modus operandi" tak w ogóle, to sposób działania, a nie motywacja – jeśli chcesz zasugerować, że magus nie taki wykształcony, za jakiego się podaje, to tylko zauważam, że ludzie mogą to przegapić. (Swoją drogą, łacina w fantasy trochę dynda zawieszeniem niewiary).
czując jak poza zimnem uciekającego życia pojawia się dreszcz zrozumienia
Czując, jak. Ale reszta zdania – ?
poszedł w kierunku leżących nieopodal juk
Juków. https://wsjp.pl/haslo/podglad/110193/juk
Kolejny szkielet szczerzący się ku kolejnym wschodom i zachodom słońca?
?
lapsus homo
… "pomyłka człowiek"? Hę?
Oby Rusła poniosła się aż do Bursztyniaka.
"Się"?
uśmiechnął się prawie szczerze. Prawie
Hmmm.
ponieważ go nie potrafię też skrócić
Szyk: ponieważ nie potrafię go też skrócić.
niezależnie od tego co sobie o mnie teraz myślisz
Brak przecinka: niezależnie od tego, co sobie o mnie teraz myślisz.
Kolejny akt nadejdzie od południa.
Porąbana metafora.
asterska krew tylko dodawała jej urodzie pewnej egzotyki
Hmm.
delikatnych rysach, których nijak nie mąciły ani nieco za bardzo zadarty nosek ani spiczaste uszy
Hmm. Może: delikatnych rysach, których harmonii nie mąciły ani nieco zbyt zadarty nosek, ani spiczaste uszy.
przykrywane burzą kasztanowych loków
Mieszana metafora – czy burza może przykrywać?
do pasa kryły go futra, ale na torsie miał tylko koszulę
Hmmm?
pomyślał rozgorączkowany
Teoretycznie to prawidłowe, ale uważaj na konotacje, bo sugerują nie tyle chorobę, co zdenerwowanie.
dziewczyna nucąc coś pod nosem ocierała mu czoło
Wtrącenie: dziewczyna, nucąc coś pod nosem, ocierała mu czoło.
pójdziesz gdzie będziesz chciał
Pójdziesz, dokąd będziesz chciał.
Rany się goją, choć jedna zostanie ci na długo.
Hmm?
– To flin – ładną twarzyczkę wykrzywiło zażenowanie.
– To flin. – Ładną twarzyczkę wykrzywiło zażenowanie.
pomaga organizmowi regenerować się
Pomaga organizmowi się regenerować. Chociaż troszkę rusińskie te Twoje elfy, więc jeśli tak ma być… Ale propozycja reg lepsza ^^
skoro przeżyłeś, jak dotąd, przeklętą ranę…
Może: skoro przeżyłeś, jak dotąd, z przeklętą raną…
Wódka ma podobne efekty
Daje podobne efekty, a lepiej: działa podobnie.
nasuwający Samborowi skojarzenia z czekoladą, którą przywiózł na wesele jego brata jeden z gości
Hmmmm. Naturalnie czekolada nie jest zbyt słodka.
zwalił się jak kłoda w posłanie ogarnięty sennością
Zwalił się jak kłoda na posłanie, ogarnięty sennością.
powiedział dogasając
… on umiera? Dlaczego? Z braku przecinków? :D
Jeśli wcześniej nie zapłacisz ich ceny.
Daj spokój filozofii. Przygoda, oto Twoja dziedzina :)
patrząc jak
Brak przecinka.
Każdy obowiązek ma swoją cenę
… daj spokój filozofii XD

Te puste miejsca na końcu – wyciepnij.
Bardzo przyzwoita przygodówka, wartko się czytająca i po lekkim przeszlifowaniu zdecydowanie godna biblioteki, jeśli nie piórka.
Bohaterowie są sympatyczni, kibicuje się im naturalnie. Kompozycja trochę myląca na początku, ale szybko się składa do kupy, a przebłyskujący świat jest bogaty i ciekawy. Trochę kuleje stylizacja i język wymaga przepierki, ale poza tym – dobra robota. Pisz dalej. Tylko nie filozofuj XD
Wódka to raczej nie w średniowieczu.
Destylację wynaleziono ok. XI wieku. To nie takie trudne :)
Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
Cześć, tumi1!
nerwowo przechadza się przy ścianie ambony
Jak podpowiada mi słownik, słowo ambona w tym znaczeniu, w jakim go używasz, pochodzi z gwary łowieckiej. Ja bym opisał, co masz na myśli, w szczególności, że używasz go w narracji, a dalej piszesz o „Ambonach prekursorów” itd. I ja, czytając ten fragment, zastanawiałem się, czy to nazwa własna, czy to słowo wymyślone w tym znaczeniu przez ciebie, czy to jakiś statek, wieża, albo Bóg wie co.
bo jest prosta i tania, a karafka została w moim dworku, cieszy salonik w moim dworku w Wólce Sokolickiej.
Powtórzenie.
Tyle wtedy hultajstwa narezaliśmy szabelkami
Czy jest takie słowo? Mógłbyś podać jakąś definicję ze słownika lub przykład użycia w jakiś tekście?
i inne wsiej maści
Tutaj tak samo. Zauważyłem, że stosujesz słowa z rosyjskiego (lub jakieś słowiańskiego, nie znam się), ale zaznaczałeś je kursywą, a tutaj jest bez.
gdyby nie pnący się wśród tych stepów Monolit
Jak on się pnie? Po czym?
Początek, według mnie jest męczący i zniechęcający do czytania.
Po pierwsze, stylizacja, mnie się podobała, ale utrudnia wejście w tekst. Po drugie, akcja dzieje się w dwóch miejscach. Po trzecie, brak narracji i didaskaliów. To trzecie moim zdaniem zabija ten tekst z początku. Później się to zmienia i to na plus.
Nie rozumiem, dlaczego zastosowałeś taki zabieg z początku i to w przypadku obu miejsc akcji. Dialogi nadają dynamizmu i okej ten dynamizm w przypadku tego wątku z rannym mężczyzną wychodzi, ale w tym drugim wątku, po co? Nie pozwala to poznać i zapamiętać bohaterów, zlewa się z tymi rozdziałami z drugiego wątku. Moim zdaniem jest to duży problem.
Pochwalić natomiast muszę finał. Miał on w sobie to coś. Szkoda tylko, że przed nim bohaterowie nie wybrzmieli odpowiednio, nie zaznaczyli się czymś, bo jednak większą część tekstu idą i rozmawiają o świecie. Stylizacja, o czym już pisałem, również mi się podobała.
Pozdrawiam.