- Opowiadanie: Hesket - Rajko i Etok

Rajko i Etok

Cześć 

Zachęcony, postanowiłem rozwinąć Jaskinię bogów. Życzę miłego czytania :-) 

Pozdrawiam 

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Rajko i Etok

 Rajko dłubał w zębach. Wyciągnął strzępek mięsa i przyglądał mu się przez chwilę. Splunął. Usłyszał za sobą odgłos kroków. Odwrócił się.

– Gdzie się szlajasz? – zapytał.

– Dzięki mnie możesz czuć się bezpiecznie. – Etok złapał konia za uzdę i poklepał po grzbiecie. – Siedzi w jaskini zbyt długo. Może trzeba to sprawdzić?

– Przecież nie ucieknie. Stamtąd jest tylko jedno wyjście.

– No, tak, ale może nie żyje?

– Jeśli jest, jak mówisz, to nie musimy się przejmować. Poczekamy jeszcze chwilę.

Rajko zmrużył oczy. Żar lejący się z nieba wyciskał z niego siódme poty. Otarł czoło i westchnął. Zeskoczył z wozu. Szukał odrobiny cienia. Usiadł pod jednym z orzechów, rosnących tuż przy drodze. Obserwował Etoka wspinającego się pod górę i doszedł do wniosku, że jego przyjaciel musi mieć nie po kolei w głowie. Chmary muszek zawzięcie atakowały. Mężczyzna poczuł na twarzy delikatny powiew. Owady zniknęły. Położył się wygodnie i zamknął oczy.

Obudziło go kopnięcie w lewą nogę. Etok stał nad nim kiwając głową.

– Wstawaj. Starzec wrócił.

Śpioch podniósł się ociężale i ruszył w stronę wozu.  

– Konko! – krzyknął Rajko – stary pierdzielu! Jeszcze dzisiaj będziesz wisiał!

Staruszek zdawał się nie słyszeć. Odwrócił głowę w drugą stronę, byle nie widzieć młokosa.

– Zamknij się, jeśli nie masz nic lepszego do powiedzenia – powiedział Etok.

– Ho, ho, od kiedy to się rozczulasz nad skazanymi?

– Rozczulić to mogę twój nos, jeśli się nie zawrzesz.

– I jak, starcze? Zobaczyłeś boginię?

Konko bez słowa wspiął się na wóz i usiadł.

– Róbcie swoje.

– Ho, ho! Staruszku, licz się ze słowami.

– Daj mu spokój – nakazał Etok.  

Rajko uśmiechnął się pod nosem, jak stary wyga.

– Wiśta, wio! – wrzasnął.

Konie ruszyły.

Do wieczora nikt już się nie odzywał, słychać było jedynie chrzęst kamieni spod kół. Podążali na zachód, do miasta Merkot, gdzie na Konko czekała śmierć

***

Ulice były brudne. Nieczystości wylewano wprost na bruk. Gdy przekroczyli główną bramę, przywitał ich niewidomy.

– Dobrodzieje – błagał. – Wspomóżcie ślepego.

– Idź, precz! – Etok odepchnął żebraka.

Zatrzymali się w karczmie o wdzięcznej nazwie Diabli kwas. Usiedli przy okrągłym, drewnianym stole i zamówili piwo.

Rajko zwrócił się do Konko:

– A ty? Czego się napijesz?

– Wody.

– Tylko wody? Jutro będziesz martwy. Może masz jakieś specjalnie życzenie.

– Nie.

Kiwnął na młodą dziewczynę z wielkim biustem.

– Spragniony starzec chce wody!

– Musisz się tak drzeć? – zapytał Etok. – Za chwilę ktoś zacznie wypytywać. Zapomniałeś, że dostaliśmy nakaz nie zwracania na siebie uwagi?

– O co ci chodzi?

– Bałwan jesteś. Chociaż i ten pewnie mądrzejszy od ciebie.  

Konko był nieobecny, patrzył gdzieś przed siebie. Sprawiał wrażenie człowieka, którego dusza traci kontakt z ciałem. Takie spojrzenie posiadali szaleńcy. O tak, widział wielu podobnych podczas walk – tracili zmysły. Nadchodził złodziej, który niszczył i zabierał to, co najcenniejsze. Nie mieli pojęcia, kim są i dokąd zmierzają.

– Konko, obudź się! – Rajko złapał staruszka za przegub.

Ten odwrócił głowę w jego stronę i wyszeptał:

– Jeszcze dziś.

Rajko wzdrygnął się i szukał wzrokiem pomocy Etoka, ale przyjaciel właśnie podążał w stronę młodej piękności.

– Wiem, Konko – Rajko parsknął śmiechem.

Bał się, bo oczy staruszka patrzyły, ale zdawały się być martwe.

Może to widomo kogoś innego przemawia przez niego – myślał. Wierzył z całych sił, że bogowie są sprawiedliwi, a wyrok słuszny. Konko musiał umrzeć. Nie można, ot tak, pluć na bóstwa, twierdzić, że nie istnieją.

Skazany napiął mięśnie rąk. Żyły niczym podskórne batogi usiały całe przedramiona.

– Uspokój się, starcze – powiedział Rajko.  

Etok wrócił rozbawiony.

– Ależ ona jest piękna. Widzieliście jej piersi? – zapytał.

– Trudno nie zauważyć. – Kompan obrócił się i zawiesił wzrok na dziewczynie. Patrzył długo, pożądliwie.

– Dobrze by ci zrobił taki okład. Ślepiami się nie najesz, gamoniu!

– Może tak, może nie.

– Potrzeba ci kobiety, tak samo jak i mi. Chodź, przedstawię ci ją. Mówiła, że lubi tańczyć. Grajkowie skończyli przerwę.

– Mam uwierzyć, że wdała się z tobą w rozmowę?

– A co w tym dziwnego?

– Urodą nie grzeszysz, bazyliszku.

– Taki z ciebie hojrak? Idę o zakład, że ciebie nie zechce.

– Flaszka. – Rajko wyciągnął dłoń.

Etok uścisnął ją tak mocno, że przyjaciel aż się skrzywił.  

***

Stukot końskich kopyt niósł się ulicami. W końcu wyjechali za miasto. Milczeli.

Wiedzieli, że Konko sam był sobie winien, ale żaden z nich nie chciał przyznać, że patrzenie, jak jest wrzucany do lochów, nie należało do przyjemnych. Etok otarł szybko łzę, spływającą po policzku. Eskortowali go zaledwie kilka dni, ale wszystko to było niczym. Przecież staruszek nawet nie próbował uciekać.

– Tobie też jest przykro? – zapytał Rajko. – Wiesz, może żartowałem, ale tak naprawdę współczułem mu.

 Etok westchnął wpatrzony gdzieś w dal. 

– Nic nie powiesz?

– A co chcesz wiedzieć? Zrobiliśmy swoje. Mieliśmy go przewieźć. Nie do nas należał wyrok, ani nie my dokonaliśmy egzekucji! Czy jest mi przykro? Tak. Ten człowiek nikomu niczego złego nie wyrządził. Walczył, podobnie jak my w armii króla i wykonywał rozkazy. Na własne nieszczęście, publicznie wyparł się wiary w bóstwa. Czy cena, jaką zapłacił była sprawiedliwa? Nie mi oceniać.

– I co teraz? – Rajko spojrzał bezradnie na kompana.

– Będziemy z tym żyć.

Jechali powoli w stronę lasu. Na wysokim świerku bezszelestnie wylądowała sowa, obserwując odmienione dusze przyjaciół.  

Koniec

Komentarze

Będzie ciąg dalszy? Wciąga.

 

“Obserwował Etoka spinającego się pod górę (…)” – zdaje mi się, że masz literówkę.

 

pozdrawiam serdecznie :)

 

 

Cześć, Teo

Dzięki za wyłapanie błędu. Poprawiłem. Nie wiem, czy będzie ciąg dalszy.

Pozdrawiam

Ciekawe rozwinięcie.

A więc stary Konko zawisł za bluźnierstwo i wyparcie się bogów. Tylko, czy umarł? Skoro Teo pyta o ciąg dalszy, to można by to rozwinąć w dwóch kierunkach (zakładając, że Konko nie przeszedł na tamten świat:)

– bardziej prozaicznie: miał on swoich druhów, póki co utajonych, którzy przemycili mu metalową rurkę do połknięcia, a po powieszeniu szybko uprosili o wydanie im zmarłego celem pochówku; oczywiście Konko przeżył i staje na czele “frakcji rewolucyjnej”, po czym kontynuuje swoją krecią robotę; w tym przypadku może też się ujawnić jako cudem ocalony przez litościwą boginię, do której niby się nawraca etc.

– bardziej fantastycznie: demon Ateusz przybywa wisielcowi z pomocą i swoimi, sobie tylko wiadomymi, a bez wątpienia niecnymi sposobami i mocami ratuje go przed śmiercią na stryczku; zaczym Konko popada w dylemat, bo albo Ateusz jawnie klaruje mu, że faktycznie żadnej bogini nie ma (acz, skoro jest demon, to może jednak?) albo też domyśla się ingerencji mocy nadprzyrodzonych i coś mu “śmierdzi” w temacie.

W obu przypadkach dwaj zuchowie mogą być znów poproszeni o zdemaskowanie i pochwycenie winowajcy.

To oczywiście tylko moje dywagacje w ramach “historii alternatywnej”:)

Tymczasem dzięki za tekst i pozdrawiam!

Siema, Hesket,

 

Ciekawe rozwinięcie – z historii o narodzinach ateisty dostaliśmy historię o tych, którzy mieli go złapać. Podoba mi się, że mimo wszystko i tak nie odpowiedziałeś bezpośrednio na pytanie, czy istnieją w tym świecie jakieś bóstwa.

Tekst przyjemnie się czytało, podoba mi się twój styl.

Klikam. :)

 

Pozdrawiam!

Kapibara

Cześć, Mehiko

Bardzo interesujące propozycje. Chciałbym mieć tak świeże pomysły :-) Właśnie zabrali mi prąd. Czas przejść w tryb czytania. Chyba że złapię za pióro i papier. 

Dzięki za wizytę i świetne propozycje.

Pozdrawiam

 

Cześć, Krzysztof Kapibara

Historia jest otwarta. Dzięki za czytanie i klik.

Pozdrawiam

Do wykorzystania według uznania:) (samo się zrymowało)

Tak czy siak, chętnie zapoznam się z dalszym ciągiem tej opowieści.

Pozdrawiam!

Nowa Fantastyka