- Opowiadanie: Krzysztof Kapibara - Kiedy Adam i Ewa weszli do Raju

Kiedy Adam i Ewa weszli do Raju

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Kiedy Adam i Ewa weszli do Raju

Ewa pod­nio­sła się z kolan, od­stą­pi­ła od Adama. Śnieg wzbie­rał z każ­dej stro­ny, mróz kłuł jej skąpo ubra­ne ciało. Dawno temu zdą­ży­ła przy­wyk­nąć do tego ziąbu, ale teraz, gdy byli już tak bli­sko, po­now­nie stała się na niego po­dat­na. 

Adam leżał opar­ty ple­ca­mi przy za­spie. Długa i głę­bo­ka rana cią­gnę­ła się po jego klat­ce. Nie lubił, gdy jej do­ty­ka­ła, ale też nie mogła się od tego nigdy po­wstrzy­mać. Do­ty­ka­ła, on ję­czał, od­ga­niał ją, ale we­wnętrz­nie czuła, że oka­zu­je mu w ten spo­sób bli­skość, nawet jeśli była ona bo­le­sna. W dło­niach trzy­mał owoc, ich naj­więk­szy skarb. 

Wspię­ła się ponad zaspę i spoj­rza­ła na ho­ry­zont, gdzie na noc­nym nie­bie lśni­ło po­je­dyn­cze świa­teł­ko. Małe, ukry­te na ab­so­lut­nej gra­ni­cy wzro­ku, ale było tam. 

– Ada­mie! Zna­leź­li­śmy go! – krzyk­nę­ła, nie kry­jąc eks­cy­ta­cji.

Adam jęk­nął nie otwie­ra­jąc oczu. Nie była pewna, ale mo­gła­by po­przy­siąc, że ką­ci­ki ust męża lekko się pod­nio­sły. Ener­gicz­nie zbli­ży­ła się do Adama, spró­bo­wa­ła go pod­nieść, lecz nie dała rady. Osła­bio­na i wy­głod­nia­ła – bez­sil­na, ale nie mogła sobie teraz po­zwo­lić na skru­chę, nie, gdy są tak bli­sko.

– Ada­mie… już pra­wie je­ste­śmy, pro­szę, jesz­cze tylko tro­chę – po­wie­dzia­ła bła­gal­nym tonem.

Słowa spra­wi­ły, że męż­czy­zna roz­warł po­wie­ki. Przez chwi­lę mącił wzro­kiem po oko­li­cy, szu­ka­jąc wszyst­kie­go i ni­cze­go. 

– Ewo – wy­szep­tał z wy­raź­nym wy­sił­kiem. Mu­sia­ła nad­sta­wić ucha, by wszyst­ko dobrze zro­zu­mieć. – Wy­bacz, że tak ci ciąże, po­win­naś iść beze mnie.

– Nie mów ta­kich głupstw. Wsta­waj, jesz­cze tylko ka­wa­łek i znaj­dzie­my Pana.

– Tak my­śla­łem… co zro­bi­my, jeśli Pan nie przyj­mie na­sze­go daru?

– Nie myśl o tym – zbyła py­ta­nie, jakby sama była go świa­do­ma i nie chcia­ła o nim nawet sły­szeć. – Pan na pewno zgo­dzi się nas przy­jąć, a teraz wsta­waj.

Adam nie od­po­wie­dział, za­miast tego chwy­cił Ewę za dłoń i w akom­pa­nia­men­cie kli­ka­ją­cych kości pod­niósł się z ziemi. Zła­pa­li się ramię za ramię, po­czu­ła na skó­rze, jak biło jego serce; po­wo­li, słabo, ale naj­waż­niej­sze, że biło.

Po­pra­wił jesz­cze uchwyt na owocu. Ewa przy­ła­pa­ła samą sie­bie, że od­pro­wa­dza skarb wzro­kiem, jakby był dla niej waż­niej­szy od męża. Nie – po­my­śla­ła, już dość razy ob­wi­nia­ła się, że niby jej nie za­le­ży. Czas, to skoń­czyć, a spo­tka­nie z Panem bę­dzie ku temu ide­al­ną oka­zją.

Nie wy­pusz­cza­jąc się z objęć, ru­szy­li, wy­szli z dołka i po­sta­wi­li pierw­sze kroki na szorst­kim śnie­gu. Ich ko­ści­ste stopy nie zo­sta­wia­ły na pod­ło­żu więk­szych śla­dów. Nic dziw­ne­go, li­czy­ło się bo­wiem za­cho­wa­nie jak naj­więk­szej ilo­ści ener­gii, rów­no­wa­ga i siła mu­sia­ły więc od­pu­ścić.

Wraz z tym, jak ma­sze­ro­wa­li, świa­teł­ko za­czę­ło się dra­stycz­nie zwięk­szać. Teraz zaj­mo­wa­ło już cały do­stęp­ny im ob­szar wi­dze­nia, a z wy­glą­du naj­bli­żej było mu do gwiaz­dy, która po­sta­no­wi­ła zejść na zie­mię. 

Wkrót­ce z bla­sku za­czę­ły wy­ła­niać się kształ­ty: mur, brama i po­stać dzie­lą­ca ich na dro­dze do wej­ścia. Za­bu­do­wa była stwo­rzo­na ze złota i bieli, ca­łość opla­ta­ły licz­ne wi­no­ro­śla, za to po­stać oka­za­ła się mło­dym męż­czy­zną, w jed­nej z dłoni trzy­mał język ognia, a wokół dru­giej owi­jał się wąż. Pa­trzył na nich wrogo, jakby sta­no­wi­li za­gro­że­nie dla strze­żo­ne­go raju.

– Przy­by­wa­my do Pana – rze­kła Ewa. – Oto nasz po­da­ru­nek, wło­ży­li­śmy w niego naszą pracę, emo­cje i zdro­wie, li­czy­my, że okaże się wy­star­cza­ją­cy, by twój i nasz Pan ze­chciał go przy­jąć.

Adam wy­cią­gnął w stro­nę męż­czy­zny owoc, a on bez słowa wziął go do ręki i otak­so­wał uważ­nie. Ewa miała na­dzie­ję, że straż­nik wy­ka­że na tyle li­to­ści, by przy­jąć ich skrom­ny pre­zent.

– Lu­dzie, uwa­ża­cie, że ten owoc to wy­star­cza­ją­co, aby Stwór­ca ze­chciał was przy­jąć? – po­wie­dział groź­nie, nie spusz­cza­jąc z owocu wzro­ku.

– Wiemy, że w ob­li­czu tego wszyst­kie­go, co stwo­rzył Pan, jest to nic, ale to też wszyst­ko, co mamy. 

– Przy­szli­ście we dwój­kę – za­ak­cen­to­wał moc­niej straż­nik, prze­su­wa­jąc wzrok z Ewy na nie do końca przy­tom­ne­go Adama. – Mam więc ro­zu­mieć, że ten owoc jest efek­tem wa­szej wspól­nej pracy, pół na pół, do­brze myślę?

– Oczy­wi­ście! – od­par­ła nie­mal na­tych­miast. – Mój mąż może nie jest obec­nie w pełni sił, ale pra­co­wał rów­nie cięż­ko, co ja. – Za­pa­dła cisza, w któ­rej Ewa na­wią­za­ła ze straż­ni­kiem po­je­dy­nek spoj­rzeń. – Je­stem nawet skora po­wie­dzieć, że to on wy­ko­nał więk­szość pracy. Jeśli jest taka moż­li­wość, pro­szę… wpuść­cie go przy­naj­mniej, a mnie tu zo­staw­cie.

Spu­ści­ła wzrok na zie­mię. Naj­gor­sze myśli za­czę­ły zla­ty­wać jej do głowy. Za­wa­li­ła. Ale, może przy­naj­mniej zli­tu­ją się nad Ada­mem, tak dużo wy­cier­piał, sam po­mysł, że miał­by teraz zo­stać na tym mro­zie i umie­rać razem z nią, po­wo­do­wał, że czuła na skó­rze dreszcz. Nie za­słu­żył na to.

Nie­wy­ra­ża­ją­ca wcze­śniej żad­nych emo­cji twarz straż­ni­ka wy­szcze­rzy­ła się teraz szcze­rym jak słoń­ce uśmie­chem. 

– Wejdź­cie – mó­wiąc to, od­su­nął się, od­sła­nia­jąc parze drogę. 

Cały dreszcz znik­nął równo z tymi sło­wa­mi.

– Dzię­ku­je­my.

– To nie mnie dzię­kuj­cie – od­parł jesz­cze, zanim znik­nął za ich ple­ca­mi.

Prze­kro­czy­li bramę. Stopy sta­nę­ły na nowej po­wierzch­ni, gdzie tań­czą­ca trawa ła­sko­ta­ła nie­okry­te kost­ki. 

Ewa nagle po­czu­ła, jak po jej ciele roz­le­wa się cie­pło, zaj­mu­je ko­lej­ne czę­ści ciała, aż w końcu tra­fia do serca, które za­czy­na bić szyb­ciej. Pan był z nią, może go nie wi­dzia­ła, ale nie miała ku temu żadnych wątpliwości. Po­dzię­ko­wa­ła w my­ślach, spo­glą­da­jąc przy tym w dzien­ne niebo. Ob­ró­ci­ła się do Adama i spo­strze­gła, że jego rana znik­nę­ła, a ciało wróciło do pełni sił. 

 

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

 

Kwestie techniczne, które wpadły mi w oko przy czytaniu oraz sugestie i wątpliwości co do nich (zawsze – jedynie do przemyślenia):

Czy te (i inne) aliteracje są celowe:

Wspięła się ponad zaspę i spojrzała na horyzont, gdzie na nocnym niebie lśniło pojedyncze światełko.

Mój mąż może nie jest obecnie w pełni sił, ale pracował równie ciężko, co ja.

 

Nie była pewna, ale mogłaby poprzysiąc, że kąciki usta męża lekko się podniosły. – literówka?

 

Nie była pewna, ale mogłaby poprzysiąc, że kąciki usta męża lekko się podniosły. Energicznie zbliżyła się do Adama, spróbowała go podnieść, lecz nie dała rady. Była osłabiona i wygłodniała – bezsilna, ale nie mogła sobie teraz pozwolić na skruchę, nie, gdy tak blisko.

– Adamie… już prawie jesteśmy, proszę, jeszcze tylko trochę – powiedziała błagalnym tonem.

– powtórzenia (różnych form czasownika „być”)?

Pan był z nią, może go nie widziała, ale była tego pewna. Podziękowała w myślach, spoglądając przy tym w dzienne niebo. Obróciła się do Adama i spostrzegła, że jego rana zniknęła, a ciało nie było już wygłodzone. – tu to samo?

– Ewo – wyszeptał z wyraźnym wysiłkiem. Musiała nadstawić ucha, by wszystko wyraźnie zrozumieć. – powtórzenie/stylistyczny?

Adam nie odpowiedział, zamiast tego chwycił Ewę za dłoń i w akompaniamencie klikających kości podniósł się z ziemi. – styl? – jakoś kości skojarzyły mi się z kursorem myszki komputerowej… :))

– Ludzie, uważacie, że ten tutaj owoc to wystarczająco, aby stwórca zechciał was przyjąć? – składniowy?

– Ludzie, uważacie, że ten tutaj owoc to wystarczająco, aby stwórca zechciał was przyjąć? – czemu „Pan” pisałeś wielką literą, ale już „Stwórca” (czyli „Pan”) – małą? – orograficzny?

Mam więc rozumieć, że ten Owoc jest efektem waszej wspólnej pracy, pół na pół, dobrze myślę? – czemu strażnik nagle „mówi o owocu wielką literą, skoro wcześniej mówił małą”? – ortograficzny?

Jeśli jest taka możliwość, proszę… wpuśćcie przynajmniej go, a mnie tu zostawcie. – składniowy? – jego?

Niewyrażająca wcześniej żadnych emocji, twarz strażnika wyszczerzyła się teraz szczerym, jak słońce uśmiechem. – zbędne oba przecinki?

 

 

Opowieść interesująca, pomysłowa, moralizatorska; nasuwa się tylko pytanie: skąd ten owoc? Gdzie i kiedy byli w stanie go wyhodować? :)

Pozdrawiam serdecznie, klik za pomysł. :)

Pecunia non olet

Cześć, Bruce,

 

Dziękuje za komentarz i jak zwykle fachową prace, już biorę się za poprawki.

 

Pozdrawiam!

Kapibara

I ja dziękuję; to zawsze tylko sugestie, do przeanalizowania. :)

Pozdrawiam serdecznie. :) 

Pecunia non olet

Bruce,

 

jakoś kości skojarzyły mi się z kursorem myszki komputerowej… :))

Śmiechłem. Już tego nie odzobaczę XD

 

Jeszczę raz dzięki i pozdrawiam!

Kapibara

heart

Wzajemnie. :)

Pecunia non olet

Hej.

Przeczytałem bez żadnych zgrzytów i w kwestii technicznej wypowiadać się nie będę, bo jestem chyba ostatnią osobą, która powinna to robić. ;)

Jeśli dobrze odczytałem sens opowiadania, to strażnik nie wpuścił Adama i Ewy do raju ze względu na sam owoc – symbol ich trudu, znoju i wspólnej pracy – lecz dlatego, że Ewa w decydującym momencie potrafiła wyrzec się samej siebie dla męża. To właśnie ta bezinteresowna miłość i gotowość do poświęcenia okazały się prawdziwym „owocem” miłym sercu Pana.

Jeżeli taki był zamysł, to bardzo mi się podoba. Szczególnie dlatego, że wcześniej subtelnie pokazujesz, jak Ewa mimowolnie przywiązuje większą wagę do samego owocu niż do Adama, a w finale całkowicie odwraca tę perspektywę. Urzekło mnie:)

 

Tak przy okazji naszła mnie jeszcze jedna myśl. Zawsze zastanawiało mnie, dlaczego Adam i Ewa po wygnaniu z raju postanowili podporządkować się wyrokowi Boga: uprawiać ziemię, zakładać rodzinę i zaludniać świat. Chyba moja przekorna natura podpowiada, że największym buntem byłoby po prostu odmówić udziału w tym planie. To oczywiście luźna refleksja przy lekturze, ale od dawna mnie intryguje.

 

Pozdrawiam :)

Cześć, NomadFromNowhere,

 

Tak, dobrze odczytałeś sens opowiadania – chodziło o tą bezinteresowność i gotowość poświęcenia się dla innych.

 

Zawsze zastanawiało mnie, dlaczego Adam i Ewa po wygnaniu z raju postanowili podporządkować się wyrokowi Boga

Może byli świadomi swoich błędów i nie czuli żadnej potrzeby, żeby sprzeciwiać się swojemu Stwórcy? Z drugiej strony i tak nie mieli nic innego do roboty, niż właśnie:

uprawiać ziemię, zakładać rodzinę i zaludniać świat.

Dzięki za przeczytanie tekstu, bardzo mi miło, że taki ci się spodobał.

Pozdrawiam!

Kapibara

Może byli świadomi swoich błędów i nie czuli żadnej potrzeby, żeby sprzeciwiać się swojemu Stwórcy? Z drugiej strony i tak nie mieli nic innego do roboty, niż właśnie:uprawiać ziemię, zakładać rodzinę i zaludniać świat.

Ciekawa interpretacja. :) Mnie jednak nie do końca przekonuje, że Adam i Ewa od razu zrozumieli swój błąd i świadomie podporządkowali się wyrokowi Boga. Sam tekst biblijny pokazuje raczej, że ich pierwszą reakcją był strach, wstyd i przerzucanie odpowiedzialności, a nie głęboka skrucha czy moralna refleksja.

Bardziej zastanawia mnie coś innego. Po wygnaniu z raju zostają wrzuceni w świat biologii – głodu, bólu, pracy, rozmnażania i walki o przetrwanie. Być może nie tyle "zaakceptowali karę", co po prostu zaczęli funkcjonować zgodnie z nową, bardziej zwierzęcą naturą i silnym instynktem życia. W końcu chęć przetrwania jest jedną z najbardziej podstawowych cech wszystkich organizmów.

Oczywiście to tylko luźna refleksja. Lubię zadawać takie pytania, bo wydaje mi się, że biblijne historie są znacznie ciekawsze, gdy próbujemy spojrzeć na nie z różnych stron, zamiast od razu zakładać jedną oczywistą odpowiedź.

 

PS: Nie czuj się zmuszony do dyskusji w tym temacie, bo szanuję każdą wiarę i poglądy (prawie). Ot, po prostu taki ze mnie niewyrosły filozof.

Wszystkiego dobrego i pozdrawiam!

Być może nie tyle "zaakceptowali karę", co po prostu zaczęli funkcjonować zgodnie z nową, bardziej zwierzęcą naturą i silnym instynktem życia.

Podoba mi się ta interperetacja, napisałem, że 

i tak nie mieli nic innego do roboty

Więc można to jakoś połączyć – nie ma w końcu nic silniejszego, niż wola przetrwania i zawsze tak starałem się to tłumaczyć.

Nie czuj się zmuszony do dyskusji w tym temacie

Spoko, ja sam jestem wierzący, więc nie mam żadnych problemów, żeby “Porozmawiac o Bogu” (XD). Nie jestem żadnym teologiem, więc moja interpretacja może być jakoś wybrakowana, lub nie precyzyjna, bo temat jest dość grzęski: znam ludzi, którzy twierdzą, że ta historia z ogrodem i zakazanym owocem to tylko metafora, jak i osoby biorące ją jako dosłowną.

Fajnie, że moja praca wywołała taką dyskusje. 

 

Pozdrawiam!

Kapibara

Nowa Fantastyka