- Opowiadanie: TheGuru - Cuiavia. Vicus. 0023. Dzień dwudziesty trzeci.

Cuiavia. Vicus. 0023. Dzień dwudziesty trzeci.

Oceny

Cuiavia. Vicus. 0023. Dzień dwudziesty trzeci.

Zanim na dobre ruszyli do pracy, zza ich pleców dobiegł chrzęst żwiru i szybkie, ciężkie kroki. Ktoś nadbiegał, łapiąc z trudem powietrze. Stanimir miał twarz czerwoną od wysiłku, rąk nie potrafił utrzymać przy sobie. Wpadł w obejście jak burza, nie mogąc ustać w miejscu.

– Mysłodarze! Dziewanno! – wyrzucił z siebie, słowa pryskały wraz ze śliną. – Udało się! Bogowie, udało się! – Zakręcił się w miejscu, rozpościerając ramiona, by zaraz zacząć gwałtownie zacierać szorstkie dłonie.

– Udało się! – powtórzył, zatrzymując się.

– Poszedłem do nich. I rzekłem im jak radziłeś.

– „Worek ziarna!” – wrzeszczeli. Myślałem, że mnie widłami przebiją!Borzym poczerwieniał, aż żyły na szyi napęczniały mu jak sznury. Sławomir splunął w kurz i warknął, że mi rozum odebrało. Mówili, że kupcy za sól taniej liczą, że nikt przy zdrowy na umyśle tyle nie zapłaci.

Zamilkł na chwilę, nabierając tchu.

– A ja prosto w ślepia im spojrzałem i ani kroku w tył. – Uniósł palec, a jego głos stwardniał, zniżył się.

– „Wy nie deski bierzecie, gospodarze. Wy swoje plecy odkupujecie, żebyście pod ciężarem nie jęczeli. Czas kupujecie, żebyście go dzieciom oddali. I siłę, co żniwa przed deszczem zakończy”. Mówiłem, a złość im z gąb uciekała! – Stanimir machał rękami, odtwarzając każdy krok.

– Próbowali się jeszcze targować, a ja nic! Stałem jak głaz. W końcu Sławomir machnął ręką. „Dobra! – powiada. – Niech ci będzie, ale jak to ustrojstwo pęknie, sam cię z widłami odnajdę!”. A Borzym za nim, z takim bólem, jakbym mu ostatnią krowę z obory zabierał.

Zgodzili się! A Gościrad… u niego w gumnie pusto. Zarzeka się, że po żniwach odda, ale taczkę musi mieć przed zwózką. Widział, jak z Gniewkiem przez wieś jechałeś, sam miarkuje, że pożytek z tego niemały. Przypieczętował grabą i słowem gospodarza.

Urwał. Przecierał dłonią brodę.

– Ale to nic, Mysłodarze. To wszystko, to nic. Najlepsze przyszło potem. Borzym i Mściwoj przytaszczyli worki do mojego obejścia. Cisnęli je na ziemię przed chatą, aż huknęło… Dobra zamarła w progu, dzieciaki przytuliły się do jej spódnicy. Widziałem, jak im rozbłysły ślepia.

Leszek… patrzył na mnie, jakbym co najmniej Żmija ubił. Jak na pierwszego woja w całej dolinie! Mysłodarze, Dziewanno… – Doskoczył do nich, złapał za ramiona i potrząsnął.

– Tego za żadne ziarno nie kupisz. Żeby własna krew tak na człowieka patrzyła… Dziękuję ci. Do radła serca nie mam, ziemia u mnie rodzi skąpo, ale teraz te dłonie potrafią chleb do chaty przynieść. I to bez kalania ich błotem.

– To twoja zasługa, nie moja. – Robert położył mu dłoń na ramieniu.

Stanimir uśmiechnął się szeroko, ocierając ukradkiem wilgotne oczy.

– No dobrze – powiedział w końcu, otrzepując dłonie, gotów do działania. – Dość tego gadania. Uczcijmy to ciężką pracą. Cegły same się nie zrobią!

* * *

Pod trzcinową wiatą stacjonowała szara armia. Dzień po dniu, cegła po cegle, przybywało równych szeregów.

Wyrzucili na formy ostatnią porcję gliny. Stanęli przed gotowym dziełem, ocierając brudnymi dłońmi spocone czoła.

Robert przeszedł wzdłuż ułożonych bloków. Zatrzymał się, zmrużył oczy i zaczął wodzić palcem w powietrzu, śledząc kolejne warstwy.

– Dwadzieścia rzędów po piętnaście. Pięć warstw. Tysiąc pięćset. – powiedział głośno, bardziej do siebie niż do Stanimira. – Liczyłem, że potrzebuję około tysiąca dwustu. Mamy zapas, na wypadek gdyby część popękała w ogniu.

Stanimir, odłożył cegłę, którą sprawdzał, jak schnie. Odwrócił się powoli.

– Coś ty zrobił?

– Policzyłem cegły.

– Ale… jak? Nie licząc każdej z osobna?

Robert spojrzał na rzędy cegieł.

– Każdy rząd ma tyle samo. Każda warstwa też. Wystarczy policzyć raz.

– Hm. – Stanimir zmarszczył czoło.

– No dobrze. Teraz musimy odczekać. Myślę, że trzy tygodnie może miesiąc, aż wyschną. Te pierwsze są już prawie suche, ale chcę je wypalić wszystkie razem, w jednym, wielkim ogniu.

Stanimir pokiwał głową. – To co robimy przez ten czas? – zapytał.

– Chodźmy na obiad! – zaproponował Robert. – Uczcijmy ten dzień jak należy.

Nikogo nie musiał namawiać dwa razy. Rozgadana gromadka ruszyła w stronę paleniska, nad którym unosiły się już pierwsze zapachy, a sylwetki kobiet odcinały się na tle złotych płomieni.

Agnieszka mieszała w misie polewkę z brukwi, rzucając w nią szczodre garście ziół. Obok raźnie uwijała się Dobra – a to dorzuciła polano do ogniska, a to dolała odrobinę wody.

– Mam pęczak, najlepszy – oznajmiła z dumą, wsypując kaszę do garnka. – I skwarki ze słoniny. A to… – tu jej głos nieco ściszył się z nieśmiałości – …to grzyby suszone, co je jeszcze łoniego roku w puszczy zbierałam.

Wyciągnęła sznur ciemnych, pomarszczonych kapeluszy. Wokół paleniska natychmiast uderzył gęsty, leśny zapach. Agnieszka skinęła głową, z wdzięcznością przyjmując dar.

Nieco dalej, w męskim kręgu, stał Radomir i słuchał z otwartymi ustami, jak mężczyźni omawiają zmiany w budowie taczek dla gospodarzy.

– Muszą być jeszcze mocniejsze niż nasza – mówił z przejęciem Stanimir. – Tamci będą nimi wozić zboże z pola, nie tylko trawę.

– Musicie wzmocnić oś. Chłopy muszą od razu poczuć pod ręką, że to solidna robota – doradził Robert. Kucnął, chwycił patyk i zaczął kreślić w sypkim piasku grube linie.

– Poczekaj. Jeszcze coś. Tutaj, pod skrzynią, dodajcie jeszcze dwie krótkie podpórki.

Stanimir i Radomir pochylili się nad rysunkiem.

– Po co? – zdziwił się cieśla.

– Żeby stała sama, równo, kiedy będą ją zapełniać – wyjaśnił. – I to też ułatwi wyładunek. Opierasz ciężar na tych podpórkach, a potem po prostu unosisz tył. Taczka sama dźwiga większość ładunku, wy tylko prowadzicie.”

Cieśle wstrzymali oddech, patrząc na rysunek.

Kilka kroków dalej niosły się radosne piski. Milena, choć wciąż o bladej cerze, stawiała kroki śmiało i bez pomocy. Gniewko z Leszkiem właśnie odgrywali przed nią polowanie na kuropatwę.

Leszek skradał się dookoła kucającego Gniewka. Zakręcił dłonią nad głową. Gniewko runął na trawę. Leżał na plecach i wierzgał nogami. Tarzali się po ziemi ze śmiechu.

Dobra przyglądała się córce. Otarła łzę spływającą po policzku.

Kobiety wzięły się za kuropatwę. Dobra sprawnymi ruchami wypatroszyła ptaka, Agnieszka natarła go dzikim czosnkiem i ziołami. Oblepiły tuszkę warstwą gliny i wepchnęły głęboko w czerwony żar.

– Weź to – szepnęła Agnieszka. Podała wątrobę i serce. – Wrzuć do kaszy. Wmieszaj w porcję dla Milusi, żeby nikt nie widział.

Siedzieli w milczeniu, wpatrzeni w tańczące płomienie. Stanimir odezwał się z zadumą. – Cegły gotowe, trzcina zebrana… Co robimy jutro?

– Jutro musicie zacząć budować taczki. Słowo się rzekło, zapłata wzięta. Ja muszę pomyśleć o budowie chaty.

Stanimir przyciągnął do boku Dobrą, która z westchnieniem oparła głowę o jego ramię. Wspólnie podpatrywali Radomira – chłopak, klęczał przy rysunku i zawzięcie dyskutował z Robertem o nachyleniu podpórek. Ciepłą ciszę wieczoru co rusz przecinał pisk dzieciaków.

Dobra podniosła wzrok na męża. – Zawsze to wiedziałam – szepnęła. – Ludzie we wsi gadali, żeś słaby na roli, że plony u nas skąpe… A ja im zawsze w duchu odpowiadałam, że ty masz bogactwo nie w ziemi, a w rękach. W tych twoich dłoniach, co potrafią z drewna cuda uczynić.

Jej spojrzenie powędrowało w stronę ich syna. – I patrz… Radomir tak samo. Oczy mu się świecą, jak patrzy na twoją pracę. Słucha każdego słowa. Ma dar po tobie.

Stanimir nie odpowiedział. Przycisnął ją mocniej do siebie.

Pierwsza fala dziecięcej energii szybko opadła. Siedziały wokół ogniska, leniwie dłubiąc patykami w piachu.

Agnieszka spojrzała na miny, uśmiechnęła się tajemniczo.

– Chodźcie, pokażę wam coś – powiedziała szeptem, prowadząc ich na kawałek równej, ubitej ziemi.

Patykiem nakreśliła osobliwy kształt: ciąg połączonych kwadratów zwieńczony wielkim kołem.

– To jest głowa – wyjaśniła.

Dzieciaki otoczyły ją ciasnym wiankiem, niemal wchodząc na linie.

– Rzucasz kamyk do kratki. Tam, gdzie leży, nie wolno ci stanąć. Musisz ją przeskoczyć. I skaczesz tak do samej głowy, a potem wracasz. Proste, prawda?

Zanim zdążyły potwierdzić rzuciła otoczak na pierwsze pole i ku zdumieniu maluchów uniosła jedną nogę. Skoczyła do przodu, chwiejąc się na boki i machając rękami, by nie upaść wprost w kurz.

Widok wywołał ryk śmiechu. Gdy tylko wykonała ostatni skok, dzieciaki zaczęły się przepychać.

– Ja pierwszy! – wrzasnął Gniewko.

– W tył, szczylu! Starszeństwo ma pierwszeństwo! – protestował Leszek ze śmiechem, torując sobie drogę łokciami.

Mała Milena piszczała z uciechy, nurkując pod ich kolanami za kamykiem. Obejście znów utonęło w krzykach, a Agnieszka wycofała się do ogniska, z rozbawieniem obserwując ich pierwsze, koślawe skoki.

W końcu gliniana skorupa pękła, uwalniając parujące, soczyste mięso. Biesiadnicy zwinęli się w ciasny krąg. Przez dłuższą chwilę ponad paleniskiem niosło się tylko rytmiczne stukanie drewnianych łyżek o glinianą misę.

Robert przełknął kolejną łyżkę zupy i spojrzał na Dobrą, która karmiła Milenę.

– Powiedz mi – zaczął. – Jak ty sobie radzisz z mieleniem ziarna? Próbowałem i do teraz ramion nie czuję. To niewiarygodnie ciężka robota.

Odetchnęła ciężko, poprawiając chustę. – Ciężka, a jakże – odparła z rezygnacją. – Ręce mdleją, w krzyżu łupie, a o świcie znowu trzeba stawać do kamienia. Ziarno samo w mąkę się nie obróci, a bez chleba dom goni głodem. Taki już babi los, robotę zrobić trzeba.

Pokiwał głową. Jego spojrzenie powędrowało do Stanimira.

– Słyszysz? – powiedział z nutą wyzwania. – Musimy coś z tym zrobić.

Stanimir spojrzał na niego, przeżuwając powoli.

– Ale co tu zmienić? – zapytał, rozkładając ręce. – Żarna od wieków są takie same. Kamień na kamieniu, dziura na ziarno. Moja babka tak mełła i jej babka tak samo. Wszyscy tak robią od zawsze.

Przełknął tłusty kęs pęczaku. – Górniak potrzebuje wagi, bez tego ziarna nie roztłuczesz. A skoro waży swoje, to i pary w rękach potrzeba, by nim kręcić. Taki już porządek świata. – Dobra pokiwała głową, potwierdzając słowa męża.

– Stanimirze, Stanimirze… – Robert wyprostował plecy. Spojrzał cieśli w oczy. – Kilka dni temu też byś powiedział, że jeden człowiek nie przeniesie całej góry trawy. A dzisiaj budujesz taczki!

Na te słowa natychmiast odezwała się Dobra. – I chwała bogom za tę myśl, Mysłodarze! Dzięki niej w naszym spichlerzu stoją dwa pełne worki ziarna.

Robert skromnie wzruszył ramionami, a jego spojrzenie spoczęło na cieśli i jego synu. – To twoi mężczyźni mają dar w dłoniach.

Dobra podeszła do męża, kładąc mu dłoń na karku. – Moi mężczyźni potrafią wykarmić rodzinę – duma biła z jej twarzy, gdy znów przeniosła wzrok na przybysza. – Ale iskra wyszła od ciebie. Ty otworzyłeś im ślepia.

– Człowiek i tak narobi się ponad siły. Po co dokładać sobie jeszcze więcej?

* * *

Echa głośnych śmiechów niosły się daleko poza obejście. Zza załomów chat i płotów, wychylały się czujne sylwetki. Wieś patrzyła.

Wpierw dopadł ich pisk dzieciarni. Ściągnięci hałasem sąsiedzi zobaczyli obcą skaczącą na jednej nodze po wyrytych w piasku czertach. A za nią podążał sznur dzieciaków – z małą Mileną na czele, która przecież jeszcze parę dni temu gasła w oczach.

Potem ich uwagę przykuł ogień, a przede wszystkim zapach. Woń pieczonej kuropatwy była jak policzek.

Ludola, grzebiąc przy uszkodzonej sztachecie, łypnęła z ukosa i syknęła do stojącej obok baby: – Patrz no, jak ucztują. Jeszcze wczoraj z głodu myszy w gumnie łapali, a dziś dzikim ptactwem gęby pasą! Skąd u nich taki dostatek?

Sąsiadka cmoknęła z niesmakiem. – Gospodarze mówią, że im taczki robi. Za worek ziarna jedną.

– Ludzie gadają, że za te wozy żądał zrazu czystej soli! Ale gospodarze nie głupi, tylko ziarnem rzucili.

– To wszystko przez tych przybłędów. Mącą ludziom w głowach.

– A Dobra? Ciągle łaziła zapłakana, a teraz gębę od ucha do ucha szczerzy.

– A ta obca… – mruknęła Ludola. – Patrzcie, skacze jak koza. Musi być, że uroki jakieś zamawia. Nic dobrego z tego nie będzie.

* * *

Z głębokiego cienia, pod rozłożystym dębem sytuację śledził samotny obserwator – szeroki w barach młodzieniec.

Z tyłu dobiegały go jadowite fukania Ludoli, przed oczami zaś miał beztroską zabawę, ciepło domowego ogniska i pełne szacunku gesty.

Parę razy drgnął, zamierzając opuścić bezpieczną ciemność. Wyciągał stopę za każdym razem, gdy Milena zanosiła się śmiechem, by natychmiast cofnąć się w mrok pod wpływem gardłowych pomruków starszych ze wsi.

Czekał aż wieczór dobiegnie końca.

Wreszcie Stanimir zebrał swoją gromadkę. Po uściskach i głośnych życzeniach dobrej nocy, ich sylwetki powoli stopiły się ze ścianą nocy. Gdy w obejściu zapanowała głęboka cisza, chłopak uznał, że nadeszła jego chwila.

Wciągnął głęboko powietrze i odkleił się od pnia. Szedł niepewnie, badając stopami każdy patyk na ziemi, by nie narobić hałasu. Zamarł kilka kroków od granicy światła, zbierając myśli. W końcu odchrząknął.

Robert drgnął, gwałtownie obracając się w stronę dźwięku. Zmrużył oczy, na próżno usiłując przebić wzrokiem zasłonę nocy. – Mysłodarze… – chłopięcy, drżący głos zaledwie musnął powietrze.

Robert nie odpowiedział, jedynie skinął głową. Nieznajomy postąpił krok naprzód. W pełzającym blasku czerwonego żaru ukazała się młoda twarz – ze ściągniętymi gęsto brwiami i nerwowo drgającym kącikiem ust.

Chłopak przełknął ślinę, uciekając wzrokiem ku własnym stopom. Kiedy wreszcie otworzył usta, słowa sypały się rwanym, nieskładnym szeptem:

– Mysłodarze… bo ja… ja widziałem – zaczął i urwał, jakby zabrakło mu tchu. – Stanimira… te taczki, co składa. Mówią ludzie, że to twoja myśl. Twoja rada… I że on teraz przez to ma pełne gumno… ma chleb dla Dobrej i dla dzieciaków.

Zamilkł na moment, zbierał siły.

– Ja… ja też bym tak chciał. Nie desek się uczyć, ale… Czy ja też… mógłbym przychodzić? Słuchać? Uczyć się od ciebie?

Robert trwał w bezruchu, a luźne dotąd mięśnie jego ramion zauważalnie się napięły. Wpatrywał się w twarz przybysza, dopóki pamięć nie podsunęła mu odpowiedzi. Ten chłopak należał do rodu Dobrogosta, widywał ich razem.

Resztki życzliwości spłynęły z jego twarzy. Przed oczami natychmiast stanęły mu obrazy zniszczonego więcierza, drwiących gąb w bani.

Podstęp rodu, by dowiedzieć się o ich sekretach i planach?

W końcu odezwał się głośno, cedząc słowa z chłodnym dystansem:

– Żądasz ode mnie rzeczy wielkiej, młody. A takich spraw nie rozstrzyga się pod osłoną nocy, na jednym wydechu.

Zrobił pauzę, pozwalając, by ciężar tych słów zawisł w powietrzu.

– Muszę się zastanowić nad twoją prośbą i nad tym, co ona oznacza. Dla mnie i dla ciebie. Przyjdź jutro o zachodzie. Wtedy dam ci odpowiedź.

– Jak ciebie zwą?

– Mściwój, syn Sulisława.

Zamarł, zawieszony między odmową a obietnicą. Przez twarz przemknął cień zawodu, zaraz jednak uniósł wyżej podbródek. Skinął tylko, niezdolny do wyduszenia choćby dźwięku. Obrócił się na pięcie i bezszelestnie stopił z mrokiem, z którego przyszedł.

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

 

Przebiegłam szybko wzrokiem tekst i dostrzegłam kilka spraw…

Widzę, że jeszcze trzeba podszlifować dialogi, bo zdarzają się ich niepoprawne zapisy, np.:

– Dwadzieścia rzędów po piętnaście. Pięć warstw. Tysiąc pięćset. (tu zbędna kropka) – powiedział głośno, bardziej do siebie niż do Stanimira. – Liczyłem, że potrzebuję około tysiąca dwustu. Mamy zapas, na wypadek gdyby część popękała w ogniu.

Dobra podeszła do męża, kładąc mu dłoń na karku. (od nowego wersu) – Moi mężczyźni potrafią wykarmić rodzinę (kropka i potem wielką literą) – duma biła z jej twarzy, gdy znów przeniosła wzrok na przybysza. – Ale iskra wyszła od ciebie. Ty otworzyłeś im ślepia.

Sąsiadka cmoknęła z niesmakiem. (dwukropek zamiast kropki i potem od nowego wersu) – Gospodarze mówią, że im taczki robi. Za worek ziarna jedną.

 

Ale gospodarze nie głupi, tylko ziarnem rzucili. – tu mam wątpliwość co do zapisu

Po uściskach i głośnych życzeniach dobrej nocy, ich sylwetki powoli stopiły się ze ścianą nocy. – tu z kolei jest ewidentny błąd stylistyczny w postaci powtórzenia

 

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)

Pecunia non olet

Wpadł w obejście jak burza, nie mogąc ustać w miejscu.

Kolejny imiesłów do odstrzału, bo niezgrabnie to brzmi. Czasownik dokonany w pierwszym członie i jednoczesność dość dyskusyjna.

 

Wpadł w obejście jak burza i jeszcze długo nie mógł ustać w miejscu.

 

dzieciaki przytuliły się do jej spódnicy

Można spróbować tutaj słowiański szyk: dzieciaki przytuliły się jej do spódnicy

 

Stanimir, odłożył cegłę, którą sprawdzał, jak schnie

Zrozumiałe, ale niezgrabne i ma problemy z interpunkcją

 

Stanimir odłożył cegłę, której dotąd uważnie się przyglądał, by samemu się przekonać, jak schnie

 

Niestety wychodzą takie “potworki”, druga opcja to opisać to inaczej. 

 

Agnieszka skinęła głową, z wdzięcznością przyjmując dar.

Niby poprawnie, ale można zamienić na “przyjąwszy”, bo wcześniej jest dużo powtarzalnych struktur z imiesłowami

 

Taczka sama dźwiga większość ładunku, wy tylko prowadzicie.”

Cudzysłów się dokleił

 

Leszek skradał się dookoła kucającego Gniewka.

Kucającego wiele razy czy przykucniętego?

 

Ładne zakończenie, zachęca do dalszego czytania. Z pozoru trudna decyzja, bo oczywiście trzeba Mściwoja “przygarnąć” i tak mówi bezstronny obserwator, ale Robert nie ma takiego dystansu. W każdym razie czytelnicy będą czekać na ciąg dalszy. Mściwój, rozwinięty fizycznie ale nieśmiały (zgaduję, że brak akceptacji ze strony ojca) byłby dobrym sprzymierzeńcem Gniewka – to pewien archetyp bohatera, który nie zdaje sobie sprawy z własnej siły i często występuje w prozie. Ja w serii “Żaba” miałem siłacza Orteka, który dodatkowo był nieco upośledzony w postrzeganiu świata, zatrzymał się na etapie małego chłopca.

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Cześć.

Drobiazg redakcyjny do poprawki: nikt przy zdrowy na umyśle → nikt zdrowy na umyśle (?)

Ciekawy odcinek – fizyka taczki vs Słowianie. Dobre, pokazuje kontrast.

Pozdrawiam!

 

Nowa Fantastyka