Światło w pomieszczeniu było mdłe, przycięte do granic możliwości, ledwo oświetlające sylwetki. Stali naprzeciw siebie i badali własne twarze, jak gdyby widzieli się po raz pierwszy. Jeden z nich milczał od dłuższego czasu, zapatrzony gdzieś w przestrzeń, wydając się trawić gigantyczny ciężar. Drugi zaś uśmiechnał się lekko, gładząc dłonią spoconą brodę. Zaczął mówić – cicho, rytmicznie, jakby recytował tekst, który pisał w głowie przez całe lata:
– O, siemasz! Co tam? Choć mijam cię codziennie, to nie słyszałem od dawna.
Jak twoje sprawy sercowe? Czy już cię kopnęła ta panna?
Tyle na twój temat słyszałem, że nie wiem już, co plotką jest, co prawdą.
Nie martw się. Sam zresztą wiesz, jak ludzie mitami się karmią.
A jak z twoją pracą? Czy odnalazłeś wreszcie siebie w jej szponach?
Czy portfel w końcu napęczniał? Czy raczej znów grosz do grosza?
No, a jeśli nie praca, to jak z tą muzyką? Ostatnio coś o was jest cicho.
Tylko mi nie mów, że wasza ostatnia płyta będzie ostatnią płytą.
Wciąż milczysz? Rozumiem, to przecież ludzkie,
gdy ktoś strzela słowami otwierającymi w nas pustkę.
Milczący mężczyzna z trudem podniósł głowę i spojrzał w oczy nachalnemu rozmówcy. Czuł, jak czaszka pęka od bodźców i pytań, którymi go przed chwilą zarzucono. Niemniej pozbierał się w sobie, odpowiadając cichym, zmęczonym szeptem:
– Co u mnie? Wiesz jak jest, szczęśliwym być próbuję.
Chyba nie za wiele się zmienia, po staremu w sumie.
Przybywa mi lat, a cichy czas zbiera swe żniwo,
wciąż biję się z Bogiem i ścigam wiatr chyżo.
Dobra, czas na mnie i do zobaczenia wkrótce.
Wkrótce, bo jesteś tylko odbiciem w tym lustrze.
Wyciągnął dłoń, by pożegnalnym gestem klepnąć tamtego w ramię. Drugi mężczyzna zrobił dokładnie to samo. Ich palce spotkały się w połowie drogi, ale zamiast ciepła ludzkiej skóry, poczuł lodowaty, gładki i nienaturalnie twardy opór. Iluzja pękła, a ciepły kontur przyjaciela momentalnie rozpłynął się w półmroku, ustępując miejsca własnej, bladej i potwornie zmęczonej twarzy. Dotknął palcami lustra weneckiego. Zrozumienie, ciężkie i bezlitosne jak uderzenie obuchem, wdarło się do głowy, a chwilę później wypłynęło palącymi łzami. Był sam. Zupełnie sam w pustym pokoju.
Po drugiej stronie szkła panował inny świat. Sterylny, skąpany w ostrym, bezdusznym świetle jarzeniówek, które bezlitośnie obnażało każdy zaciek na kafelkach. Pachniało tu tanim płynem dezynfekującym i paskudną kawą z automatu. Jedynym dźwiękiem, poza monotonnym buczeniem klimatyzacji, był suchy szelest papieru i przytłumiona rozmowa dwójki ludzi.
– Niewiarygodne, jak precyzyjnie ten rym trzyma jego umysł w ryzach – odezwał się młodszy z nich, nie odrywając wzroku od przyciemnionej szyby. – Słyszał pan? Pytał o płytę. O zespół, który założył jeszcze przed chorobą. On wciąż przeżywa ten sam dzień. Wciąż ucieka od…
Starszy z mężczyzn, ordynator, poprawił okulary i westchnął ciężko, zamykając grubą, plastikową teczkę z głośnym trzaskiem, przerywając wypowiedź młodego lekarza.
– To nie jest ucieczka, doktorze. To system obronny. Ta rymowanka to jedyna rzecz, która chroni go przed całkowitym zapadnięciem się w niebyt. Kiedy milknie, zaczynają się skurcze i autoagresja.
– Zwiększamy dawkę neuroleptyków?
– Nie. – Ordynator pokręcił głową, patrząc przez szkło na pacjenta, który powoli cofał dłoń od gładkiej tafli i znów zaczynał coś mruczeć pod nosem. – Dopóki rozmawia z lustrem, wiemy, że tam w środku w ogóle ktoś jeszcze jest. Zostawmy go. Za chwilę sam zaśnie.