- Opowiadanie: Mehiko - Lista

Lista

Mała wycieczka z przymrużeniem oka w stronę political fiction z zahaczeniem o znaną niektórym “paszczakową” szkołę, okraszona wspomnieniami z duszpasterstwa akademickiego. Tekst powstał na początku wiosny, ale że tymczasem czym innym byłem zajęty, więc czekał w kolejce do szlifierki. Życzę miłej lektury u progu wakacji!

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

Finkla

Oceny

Lista

Po nieoczekiwanie mroźnej i długiej zimie marzec przyszedł ciepły i słoneczny. Wiosna wybuchała kwiatami i śpiewem ptaków. Także na Wiejskiej zrobiło się jakoś przyjemnie i przyjaźnie. Marszałek otworzył posiedzenie izby niższej, na którym miano debatować, czy planeta płonie, czy też nie, a jeśli tak, to jakie paliwo ją napędza? Wszyscy byli spokojni o przebieg obrad, które jak zwykle niczego konkretnego nie wniosą, a za to pozwolą wielu posłom wygłosić wiele okrągłych i nic niemówiących słów, dzięki którym zaistnieją w mediach i na forach społecznościowych. Jedni będą „za”, inni „przeciw”, trochę sobie nawzajem nawrzucają, po czym zgodnie pójdą do bufetu na kawę z prądem. Wszystkim zaś wzrośnie poparcie u ich stałych wyborców. Potem wywiady w telewizji, prasie i u co bardziej znaczących youtuberów. Generalnie, wiosenna sielanka.

Kiedy po pierwszych przemówieniach, wygłoszonych tradycyjnie przez szefów klubów, na mównicę wkroczył poseł niezależny Jakub Markowiak, zaledwie niektórzy raczyli oderwać się od smartfonów i spojrzeć na tego, który za chwilę miał zburzyć dobre samopoczucie całej izby. Zaczął całkiem niewinnie, jak to on:

 – Panie marszałku, wysoka izbo! Pozwólcie, że przeczytam wam pewną listę.

 Po czym wyjął z teczki kartkę papieru, z lekka już pożółkłą i odczytał widniejące na niej nazwiska. Wszystkim były doskonale znane. To był ni mniej ni więcej, tylko skład rządu, począwszy od premiera, a skończywszy na dyrektorach co ważniejszych departamentów. Marszałek uznał za stosowne interweniować:

 – Panie pośle, skład rządu znamy. Po cóż pan nam go przypomina?

– Panie marszałku, niech wyjaśnię. Rzeczywiście, nazwiska na tej liście należą do członków obecnego gabinetu. Jednak sama lista powstała trzydzieści lat temu.

 Po sali przebiegł szmer. Posłowie oderwali wzrok od smartfonów i zaprzestali prowadzonych półgłosem rozmów.

 – Jest to lista obecności – kontynuował Markowiak – na zajęciach z politologii europejskiej, prowadzonych na stołecznym uniwersytecie w semestrze letnim roku akademickiego 1995/96.

 Na sali zawrzało. Dały się słyszeć głosy:

 – Co? Jak to? Hańba! Sitwa! Nie, to fałszywka! Skąd to macie?

Niezrażony poseł, odczekawszy chwilę dla wywarcia lepszego wrażenia, podjął wątek:

– Tak jest, szanowni państwo. Sitwa. Układ. Modne kiedyś słowa. Jeśli ktoś nie wierzy, że naszą polityką kierują głęboko zakorzenione układy i znajomości, oto ma dowód. Dziwili się niektórzy, że ten czy ów został ministrem nie mając do tego żadnych kwalifikacji. Teraz wiemy, dlaczego – cały nasz rząd, to kolesie z jednej ławki.

– I koleżanki! – krzyknął ktoś z sali.

 – I koleżanki – przyznał Markowiak.

 – Panie marszałku, proszę o głos! – zagrzmiał premier.

 – Cisza! Bo zamknę obrady! – Marszałek próbował uspokoić narastające wzburzenie.

Lider opozycji, zwany przez przyjaciół Prezesem, a przez wrogów Szczwanym Lisem, ruszył ze swej ławy prosto do mównicy. Premier był jednak szybszy (i szczuplejszy, co niewątpliwie było okolicznością korzystnie wpływającą na jego szanse w tym wyścigu). Dopadłszy mównicy, rzucił się do Markowiaka, krzycząc:

 – Dawaj pan to!

 – Za nic! – krzyknął Markowiak i skoczył w przeciwnym kierunku, wprost w ramiona Szczwanego Lisa.

 – Oddaj kartkę! – krzyknął Lis.

 – Całuj psa w nos! – odpowiedział Markowiak i wyślizgnąwszy się z objęć Prezesa, ruszył ku marszałkowi. – Panie marszałku, w pańskie ręce!

 – Dziękuję, panie pośle.

Marszałek, choć raczej miernej postury, był jednak wysportowany. Wychylił się z prezydium i zręcznie przejął kartkę. Chwilę później zamachnął się swoją laską na premiera i Prezesa, zjednoczonych w próbie wyrwania mu kartki.

 – Zamykam posiedzenie! – krzyknął marszałek – za pół godziny konwent seniorów. Straż! Gdzie oni są, u licha?

 

2

Konwent seniorów zgodnie orzekł, że mimo zastrzeżeń premiera lista jest autentyczna. Premier łagodził sprawę, powiadając, że jest to czysty przypadek.

– Panowie – powiedział – faktycznie, na liście są nasze podpisy. I faktycznie, jest to skład obecnego rządu. Brakuje co prawda kilku nazwisk…

– Tych, co nie ukończyli studiów – zgryźliwie wtrącił Prezes.

– Proszę nie przerywać – zganił go marszałek.

– Którzy studiowali gdzie indziej – kąśliwie odparł premier – nie to jest jednak najważniejsze.

– A co?

– Panowie, zajęcia, na których przypadkowo się spotkaliśmy ja i moi obecni ministrowie trzydzieści lat temu, to były zajęcia fakultatywne dla kilku kierunków. Dokładnie – ogólnouczelniane zajęcia fakultatywne, tak zwane ozefy.

– Było coś takiego – przyznał marszałek. – Myśmy nazywali je jozefami, a nawet gebelsówkami, na cześć znanego Josepha.

– No proszę! – pieklił się Prezes – czego nam więcej trzeba?! Gebelsówki! Toż to jawna opcja niemiecka!

– Panie pośle – skarcił go marszałek – gebelsówkami nazywaliśmy je u nas na KUL-u, a pan premier i obecni ministrowie studiowali gdzie indziej.

– Właśnie – rzekł premier – myśmy nazywali je stalinkami.

I w tej chwili sam pożałował, że to powiedział. Prezes aż się zagotował.

– No tak, teraz wszystko rozumiem! Zakamuflowana opcja rosyjska!

– Na miłość Boską, panie pośle! – marszałek wzywał do opamiętania. – Dajmy skończyć mówić panu premierowi. Panie premierze, proszę bardzo!

– Dziękuję, panie marszałku. A zatem, po pierwsze, nasza obecność na tych zajęciach to był zbieg okoliczności. Większość z nas, mnie nie wyłączając, wybrała je z uwagi na godzinę. Mieliśmy wtedy lukę w planie…

– To tak się studiowało, no no! – Prezes znów nie mógł powstrzymać się od wygłoszenia złośliwej uwagi.

– A co, pan prezes inaczej dobierał zajęcia? – Premier nie chciał pozostać mu dłużny.

– Panowie! – znów wtrącił się marszałek – wszyscy tak studiowali. Nie ma co sobie wypominać. To wina planistów.

– Tak jest! – zgodził się premier. – Kto był wtedy planistą na UW? Polecę ministrowi spraw wewnętrznych…

– To kompetencja ministra szkolnictwa wyższego – zauważył marszałek.

– Znaleźliście kozła ofiarnego! – wtrącił się Prezes. – Planista niczemu nie winien. Nie oddamy go! Murem za planistą!

– Panie marszałku, kawę podano. Mam przynieść tutaj? – wtrąciła się sekretarka, przemiła pani Zosia.

– Panowie, kawa czeka! – zarządził marszałek i podniósł się z fotela. – Dokończymy naradę później. Pani Zosiu, co dziś do kawy?

– Cujka od ambasadora rumuńskiego.

– Znakomicie. Panowie, za mną!

Kawa z rumuńską śliwowicą znakomicie wpłynęła na koncyliacyjność zwaśnionych stron. Co prawda Szczwany Lis próbował jeszcze wracać do sprawy listy, ale zmienił nagle zdanie, gdy otrzymał sms od byłego ministra sportu w swoim dawnym rządzie. Brzmiał on tak: „Panie prezesie, byliśmy razem na zajęciach u Dylewskiego. Mati, ja, Robert, Mariusz, Przemek i paru jeszcze chłopaków z naszego rządu. Sprawdzić, czy są listy obecności?”

Prezes odpisał krótko: „Nie. Żadnych list!”.

Po czym wystąpił z propozycją, by sprawę rozpatrzeć z legalistycznego punktu widzenia.

– To znaczy? – zaciekawił się marszałek, delektując się arabiką z nie tak znów lekką nutką bałkańskiego trunku.

– Po pierwsze – zaczął Prezes – skąd w ogóle poseł Markowiak miał tę listę? I dlaczego ją odczytał?

– No, przecież chciał ujawnić układy, jak sam powiedział – odparł marszałek.

– Być może – zgodził się Prezes – czy jednak takie listy nie powinny być jakoś chronione?

– No właśnie – przyznał premier – przecież uczelnie mają swoje archiwa.

– A zatem – ciągnął Prezes – jeśli Markowiak wydobył listę z archiwum, zapewne nielegalnie, to czy możemy w ogóle dawać mu wiarę?

– Przecież o tym właśnie chciałem mówić! – zagrzmiał premier i dodał – pani Zosiu, jeszcze odrobinę kawy, czy można?

– Ależ oczywiście, panie premierze.

Marszałek, który miał niejakie rozeznanie w przepisach kancelaryjnych, zauważył, że takie listy muszą mieć chyba jakiś czas przechowywania. I pewnie on już dawno minął.

– A zatem – zauważył premier – naruszono ustawę, nie niszcząc w terminie tej listy.

– I im podobnych – wtrącił Szczwany Lis.

– Pan prezes myśli, że jest tego więcej? – zapytał premier.

– Nie możemy tego wykluczyć.

– Czy ktoś może nam powiedzieć, ile czasu przechowuje się listy obecności? – marszałek próbował sprowadzić rozmowę na właściwe tory.

– Zaraz znajdę w necie – premier sięgnął po smartfon. – Tam do licha, zadzwonię do ministra kultury. On się na tym zna, będzie szybciej.

– Czy na pewno się zna? – nie mógł się powstrzymać Prezes.

Wreszcie po kilkunastu minutach szukania, uwieńczonych telefonem do rektora UW, który zadzwonił do kanclerza uczelni, a ten zapytał panią w sekretariacie, ponura prawda wyszła na jaw.

– Zgodnie z najnowszym wykazem akt…

– A cóż to takiego? – przerwał Prezes, domyślając się jakiegoś tajnego wykazu akt agentów i tajnych współpracowników SB, UOP-u i ABW.

– Wykazem akt – kontynuował premier – listy obecności mają kategorię B3.

Wszyscy ze zrozumieniem pokiwali głowami. I nikt nie wiedział, o co chodzi.

– Jeszcze komuś kawy? – zapytała pani Zosia.

– Podwójną – poprosił Prezes.

– I dla mnie – dołączył się premier.

Tymczasem marszałek, zasięgnąwszy rady u swego smartfonu, obwieścił:

– B3 oznacza, że materiał ma być po trzech latach zniszczony.

– Otóż to! – zgodził się premier – z ust mi pan to wyjął, panie marszałku.

– Po trzech, a nie po trzydziestu? – dopytał Prezes.

– Bez wątpienia.

– A zatem, mamy rażące naruszenie prawa – oznajmił premier.

– Panowie, mała poprawka – marszałek dalej wertował Internet. – B3 może być zniszczone najwcześniej po 3 latach, ale nie musi.

– Jak to? – zdziwili się obaj szefowie największych klubów.

– No, jeśli uczelnia ma miejsce, może sobie trzymać, co chce i jak długo chce.

– Tak nie może być! – zagrzmiał Prezes – to marnotrawstwo przestrzeni magazynowej!

Ucieszył się, bo sam nie wiedział, skąd takie mądre słowo przyszło mu na myśl. Ta rumuńska cujka ma dziwną moc. Musi się o niej czegoś więcej dowiedzieć. I zdobyć. I znaleźć dla niej przestrzeń magazynową w swojej willi.

Premier zdziwił się widząc rozmarzoną twarz Szczwanego Lisa. „Pewnie znów coś knuje” – pomyślał. „Muszę go uprzedzić”. I głośno rzekł:

– Szkoda magazynów i papieru. Planeta płonie, a my tu po staremu drukujemy jakieś listy. Ja bym tego w ogóle zakazał.

– Panowie – marszałek znów chciał przejąć ster rozmowy – po pierwsze, bazujemy na najnowszym wykazie akt z UW i nie wiadomo, ile czasu trzydzieści lat temu takie listy miały być przechowywane.

– Niechby i sto – rzekł premier – ale jeśli weszła nowelizacja, to należało stare zniszczyć, czyż nie?

– No, racja – zgodził się marszałek.

– Co robimy? – spytał Prezes.

– Oto moja rada – orzekł marszałek – rząd przygotuje nowelizację ustawy i wprowadzimy w niej nakaz niszczenia dokumentacji po upływie czasu jej przechowywania. To raz. A dwa, w ustawie o szkolnictwie wyższym wprowadzimy zakaz sporządzania list obecności.

– Jak to? Całkowity zakaz? – zdziwił się premier.

– A tak. RODO, panowie. Mówi to wam coś?

– Ale zwykła lista nie podlega pod RODO – premier próbował oponować, choć po cichu zaczął już uśmiechać się w duchu do propozycji marszałka.

– Zmiana płci! Choć sam nie wierzę, że to mówię – wrzucił Prezes.

– No, ale co ma piernik do wiatraka? – zdziwił się marszałek.

– Jak panom wiadomo, niestety, nad czym ubolewam, zdarzają się przypadki zmiany płci. I taka lista jest potem dowodem, że pani Kowalska była panem Kowalskim i vice universa.

– Vice versa? – poddał marszałek.

– Na odwrót – zgodził się Prezes.

– Ha, toż to genialnie pasuje do programu mojego rządu! – ucieszył się premier. – Panie Prezesie, serdecznie dziękuję za tę cenną inicjatywę!

– Nie ma za co. – Szczwany Lis wcale nie wyglądał na zadowolonego i już zaczął się zastanawiać, czy dobrze zrobił wychodząc z tą propozycją.

– Ochrona prześladowanych grup mniejszościowych, zagrożonych dekonspiracją, szantażem i wykluczeniem przez nieuprawnionych posiadaczy list obecności. – Premier był cały w skowronkach. – Nareszcie jakaś dobra zmiana!

– Niech pan sobie nie pozwala – Prezes był wyraźnie urażony.

– Proeuropejska inicjatywa? – podrzucił marszałek.

– Tak, to będzie świetnie wyglądać w Brukseli. Panie marszałku, na najbliższym posiedzeniu wniesiemy projekt ustawy. Nakaz zniszczenia już istniejących list obecności i zakaz tworzenia nowych dla ochrony tożsamości płciowej studentów.

– A co z uczniami? – spytał marszałek.

– I uczniów! – zgodził się premier.

– Świetnie. Ile czasu pan potrzebuje?

– Napiszemy to od ręki. Mam nadzieję, że partia pana prezesa nie będzie się tym razem sprzeciwiać?

– My nie. Ciekawe, co zrobi prezydent.

– Wiemy, z kim studiował? – zapytał marszałek.

– Dowiemy się! – Premier był już pewny swego.

– A zatem, panowie – marszałek podniósł się z fotela, zachwiawszy się przy tym nieco – zamykam nasze oficjalne spotkanie kawowe i zapraszam do mnie. Zdaje się, że przyszło coś z ambasady włoskiej.

– Chianti? – zaciekawił się Prezes.

– Lepiej! Chodźmy!

 

3

Na kolejnej sesji parlamentu wyjątkowo zgodnie przegłosowano nowelizację ustawy archiwalnej (zgodzono się, że to wystarczy i będzie szybsze, niż szykowanie nowego aktu prawnego). Ministrowie szkolnictwa wyższego oraz edukacji wydali w ślad za tym rozporządzenia nakazujące zniszczenie list obecności i zakazujące tworzenia ich na przyszłość. Zarazem zarządzono wzmożone kontrole archiwalne w uczelniach, przeprowadzane przez pracowników ABW, czasowo zatrudnionych jako archiwiści państwowi. Wertowali oni archiwa i sekretariaty, poszukując wszelkich list obecności. Znalezione wywozili i niszczyli w towarzystwie mężów zaufania, wydelegowanych przez dwie największe partie. W ten sposób spodziewano się przywrócić w państwie ład i spokój.

Niezadowoleni byli tylko sami nauczyciele, zwłaszcza akademiccy. Niepokoiło ich, jak będą teraz kontrolować obecność studentów. Przecież sylabusy wielu zajęć przewidywały obecność na zajęciach jako warunek sine qua non zaliczenia przedmiotu. Szły za tym punkty ECTS, opis nakładu pracy studenta i tym podobne rozwiązania, mozolnie wdrażane ostatnio dla podniesienia poziomu edukacji narodowej. Nieoczekiwane rozwiązanie znalazł rektor jednej z mniejszych uczelni państwowych, działających w stolicy.

– Panowie! – rzekł na zebraniu, na które zwołał dziekanów swej uczelni – skoro nie możemy sprawdzać obecności, musimy sprawdzać nieobecność.

Wszyscy spojrzeli po sobie zdziwieni. Dziekan Wydziału Filozofii ośmielił się zapytać:

– Wasza Magnificencjo, jak można sprawdzać coś, czego nie ma? Wszak już Parmenides powiedział…

– Że byt jest, a niebytu nie ma – przerwał mu rektor – znam to powiedzonko.

– Z całym szacunkiem, to nie powiedzonko, ale głęboka prawda filozo…

– Panie dziekanie, tracimy czas! – Rektor nie był w nastroju do dłuższych pogawędek. – Pani Bożeno, zechce pani wyjaśnić kolegom dziekanom, co mam na myśli?

Szefowa działu kształcenia była zawsze w pogotowiu. Wypięła zatem dumnie pierś (czym zręcznie, choć mimowolnie odwróciła uwagę dziekanów Matematyki i Biologii od meritum sprawy) i rzekła:

– Wielce szanowni panowie dziekani. Jak wiecie, na uczelni działa USOS.

– Uniwersytecki system obsługi studenta, wiemy – zgodził się filozof, który jako pierwszy na swoim wydziale testował ten system (wtedy jeszcze jako szeregowy adiunkt świeżo po doktoracie, zagoniony do papierkowo-komputerowej roboty; do dziś śniło mu się czasem po nocach, że zostaje odwołany z dziekaństwa i oddelegowany do pracy w sekretariacie wydziału).

– Otóż to – zgodziła się pani Bożena – ustawa zabrania tworzenia list studentów i zbierania ich podpisów, ale nie zabrania tworzenia list w USOS-ie, gdzie w razie zmiany płci można łatwo zaktualizować dane nawet byłego studenta.

– To wiemy, ale jaki to ma wpływ na sprawdzanie obecności na zajęciach? – zapytał biolog, zmusiwszy się do podniesienia wzroku na twarz pani Bożeny.

– Bardzo prosto. Nauczyciele akademiccy wiedzą, kto powinien być na wykładzie: mają listę z USOS-a. Za każdym razem na zajęciach czytają tę listę i sami zapisują tych, których nie ma.

– Lista nieobecności? – zapytał filozof.

– Właśnie. To nawet prostsze w sprawdzaniu, bo zwykle więcej studentów jest, niż ich nie ma. Jeśli standardowo wykładowca dopuszcza trzy nieobecności, to starczy, że delikwent pojawi się trzy razy na liście…

– Chyba listach, bo robimy je na każdych zajęciach – odważył się włączyć do dyskusji dziekan Wydziału Prawa.

– Wedle uznania – rzekła pani Bożena – a zatem, trzy nieobecności i sprawa jasna. Zajęcia nie mogą być zaliczone.

– A jeśli ktoś się spóźni? – dopytywał prawnik.

– Można go wykreślić z listy, z odpowiednią adnotacją.

– No, ale takie wykreślenie będzie znaczyło, że jednak student był na zajęciach, a więc poświadcza to jego obecność – rzekł filozof.

– A tego nam robić nie wolno – dodał prawnik.

Rektor trochę się zirytował i spojrzał na panią Bożenę z nadzieją. Nie zawiodła go bynajmniej.

– No to sporządzać listy na koniec zajęć! – wypaliła.

– A będziemy je przechowywać w archiwum uczelnianym? – drążył temat prawnik, coraz bardziej narażając się Jego Magnificencji.

– Akurat pan powinien to wiedzieć – pani Bożena nie mogła sobie odmówić drobnej uszczypliwości – że prawo zakazuje nam gromadzić listy obecności. A to są listy nieobecności!

Rektor pokraśniał. I spytał:

– Czy wszystko jasne? Tak? To świetnie. Panowie, zapraszam zatem na kawę. Pani Bożeno, pani również!

– Dziękuję, panie rektorze.

– Wasza Magnificencjo – poprawił ją rektor.

– Oczywiście! Wasza Magnificencjo! – skwapliwie zgodziła się kierownik działu kształcenia.

– Pani Beatko! – rektor zwrócił się do swej osobistej sekretarki – proszę podać nam kawę do mego gabinetu.

– Tak jest, Wasza Magnificencjo. Czarną czy wzmocnioną?

– A co mamy?

– Student z Erasmusa przywiózł rumuński sok do kawy. Cujka czy jak to tam się nazywa.

– Sok do kawy? Dziwne obyczaje mają w tej Rumunii – zdziwił się rektor. – Dobrze, niech pani poda. Spróbujemy.

– A może mleko? – ośmielił się zapytać filozof.

– Mleko do kawy? To dodatkowe kalorie – zganił go biolog.

– Otóż to, panowie – zgodził się rektor. – Mleko jest passé. Idziemy z czasem. Dolejemy tej, jak jej tam? – spojrzał na panią Beatkę.

– Cujka, wasza Magnificencjo.

– Tak, cujka. Ciekawa nazwa.

 

4

Na uczelniach – bo rektorzy innych szkół wyższych wkrótce podchwycili pomysł – rozkwitło zatem sprawdzanie nieobecności. W ślad za nimi poszli dyrektorzy szkół podstawowych i średnich, posiłkujących się Librusem. Ktoś mógłby rzec, że wiele musiało się zmienić, aby wszystko pozostało po staremu. Był wszakże jeden malkontent. Stary nauczyciel historii w Katolickim Liceum Ogólnokształcącym im. Tomasza Torquemady, pan Klaudiusz Grabowski. Zwany przez uczniów Grabem bądź Grabarzem – jako że miał niemały udział w ukróceniu ambicji i przerwaniu kariery niejednego z wychowanków, którzy mieli wysokie mniemanie o własnych zdolnościach, dopóki nie spotkali na swej drodze starego piernika, wymagającego tak nieżyciowych i megatrudnych wiadomości, jak imiona królów polskich i daty bitew pod Cedynią i Grunwaldem – pan Klaudiusz żywiołowo nie cierpiał wszelkich nowinek. Nawet pióra używał do pisania, gardząc długopisem, a w domu nie miał ani komputera, ani nawet maszyny do pisania. Wszystkie notatki sporządzał odręcznie na papierze. A że kształcił się jeszcze w kaligrafii, tedy przyjemnie było czytać jego zapiski. Jego staroświeckość jakoś mu uchodziła, mimo że wiele jeszcze brakowało mu do emerytury. Był jednak belfrem cenionym i wielekroć nagradzanym, a co więcej, synem pierwszego dyrektora szkoły.

Nie kto inny bowiem, jak sam pan Kazimierz Grabowski, wysportowany wuefista i okręgowy mistrz boksu, w roku upadku komuny stanął na czele młodzieży ówczesnego Liceum Ogólnokształcącego im. Feliksa Dzierżyńskiego, obległ, a następnie wziął głodem jego ostatniego dyrektora, zabarykadowanego w swoim gabinecie i siłą zagarnął władzę w szkole. Następnie z pomocą miejscowego proboszcza, księdza Józefa Klingi-Tomaszewskiego, który potajemnie chrzcił dzieci większości bonzów partyjnych, uzyskał w kuratorium zatwierdzenie swojej uzurpacji oraz zmianę patrona szkoły (Torquemadę podpowiedział właśnie ksiądz Józef, mający wielkie nabożeństwo do tego zakonnika, obrońcy wiary, dobrego na czas dekomunizacji). Z czasem nowy dyrektor zatrudnił w szkole swego syna Klaudiusza na stanowisku nauczyciela historii. Widział go też swoim następcą w fotelu dyrektora, ale niestety zmarł na zawał zanim zdążył zapewnić synowi odpowiednie poparcie. Niemniej, pan Klaudiusz grzał się w promieniach sławy swego ojca i cieszył powszechnym poważaniem, mimo rozmaitych dziwactw.

Teraz więc, gdy wyszedł z zebrania rady pedagogicznej, na której dyrektor Irena Kwiecińska obwieściła swe rozporządzenie dotyczące sporządzania list nieobecności uczniów, pan Klaudiusz bynajmniej nie krył wzburzenia. Odwołał ostatnią lekcję – i zbeształ uczniów próbujących mu wcisnąć listę na dowód, że oni się stawili – i w ponurym nastroju wrócił do mieszkania. Zajmował spory apartament w starym bloku, który niedawno przeszedł gruntowny remont. Dzielił go z żoną i dwoma synami. Starszy Klemens studiował filozofię na pobliskim uniwersytecie katolickim, młodszy Kleofas był dopiero w ósmej klasie podstawówki. Kleofas przechodził trudny okres, co ojciec przypisywał wiekowi dojrzewania. Młodziana trapiło jednak coś całkiem innego i głębszego. Żywiołowo wręcz nie cierpiał swojego imienia. Tradycją rodzinną było dawanie synom imion według kolejności alfabetycznej, a dla pana Klaudiusza tradycja to była rzecz święta. Młodzik gardził nią jednak, wkurzał się na swoje imię i na cały świat. A że był uzdolniony informatycznie, tedy opracował autorski program komputerowy „Danrog”.

Danrog był zaawansowaną aplikacją generującą wysoce wyspecjalizowany i spersonalizowany hejt na zamówienie klienta. Wystarczyło podać kilka podstawowych danych – w sumie, im więcej, tym lepiej – a Danrog przetwarzał je i wypluwał z siebie stek obrzydliwych, ale celnych szyderstw, które świętego doprowadziłby do rozpaczy. Kleofas bawił się tym jakiś czas, wrzucając dane swoich kolegów, nauczycieli, wreszcie polityków. Dla żartu wgrał kiedyś słownikowe informacje na temat lelka kozodoja, by sprawdzić, czy Danrog potrafi znieważyć także ptaka. Ku swemu zdziwieniu otrzymał w odpowiedzi nie tylko celną krytykę trybu życia lelka, jego nazwy i samego faktu przynależenia do awifauny – co samo w sobie miało być już powodem do wstydu – ale o wiele więcej. Otóż Danrog opluł bezwstydnie zleceniodawcę, szydząc zeń, że musi to być niemały dureń, który tak zaawansowanego programu używa do zohydzania Bogu ducha winnego ptaszka.

Kleofas poczuł się nawet nieco urażony, ale pocieszył się wnet myślą, że Danrog wykazał się inteligencją (choć sztuczną). Zadał mu zatem wprost pytanie, co sądzi (prywatnie) o swoim twórcy. Spodziewał się naiwnie jakowejś pochwały ze strony Danroga, który powinien potrafić docenić fakt napisania go i powołania do wirtualnego życia. Nic z tego! Danrog z bezprzykładnym okrucieństwem zmiażdżył Kleofasa jako nieodpowiedzialnego kretyna, który zamiast wziąć się do solidnej roboty, pisze wysoce szkodliwe programy komputerowe, mające potencjał wywoływania głębokich zapaści psychicznych, depresji i samobójstw. Danrog szydził, że coś takiego musiał wymyśleć ktoś o niesamowicie pokręconej i wypaczonej psychice, zapewne sfrustrowany otaczającą go rzeczywistością i własnym w niej nijakim bytowaniem, którego uwieńczeniem powinna być nieudana – bo w powodzenie Danrog wątpił – próba samobójcza. Na końcu dobił autora stwierdzeniem, że ktoś, kto napisał tak zły i głupi program, musi mieć nie tylko nieźle nasrane we łbie, ale pewnie i nazywać się megagłupio, na przykład Kleofas.

– O, nie! – krzyknął Kleofas, przeczytawszy to, co Danrog o nim myśli – to tak mi się odwdzięczasz?

I zamknął program, postanawiając nigdy więcej doń nie zaglądać. I dotrzymałby słowa, gdyby nie ojciec, który wrócił wkurzony z roboty i już od progu zaczął psioczyć i kląć na czym świat stoi. Kleofas wszystkiego mógłby się spodziewać po swoim zgredziku, ale nie tego. Odczekawszy zatem, aż stary sięgnie po browar i trochę się uspokoi, wszedł do jego pokoju i zapytał, co się stało.

– Co się stało?! – zagrzmiał pan Klaudiusz.

– No, co się stało?

– Koniec świata!

– Wojna?

– Gorzej! Zakazano nam sprawdzać list obecności.

– Słucham? – Kleofas jakoś nie mógł uwierzyć, że ojciec może pieklić się z powodu takiego głupstwa.

– Gorzej nawet! Mamy sporządzać listy nieobecności!

– Nieobecności?

– Nieobecności! Głuchy jesteś, czy co?

– Ale jak można sprawdzać nieobecność?

– Widać można. Widzisz tu Klemensa?

– Nie.

– No, to jest nieobecny. Możesz go zapisać na liście. A i matkę też. No i piwo, bo już się skończyło.

– Tato, ale taką listę można tworzyć w nieskończoność.

– No właśnie! Sam im to mówiłem! Skąd mam wiedzieć, kto jeszcze mógłby być na mojej lekcji, skoro go nie ma?

– Ale chyba chodzi tylko o tych zapisanych?

– A goście? A nauczyciele hospitujący?

– E, przesadzasz.

– Irena też tak mówiła. Mądralińska. Ona nie wie, do czego to doprowadzi! – Pan Klaudiusz zaczął chyba histeryzować, a w każdym razie jego syn takie odniósł wrażenie. – Niech ich diabli wezmą!

– Tato, pracujesz w katolickiej szkole.

– A co, diabeł nie katolik?

– Nie. On niewierzący.

– Już ci tam! Wierzący, tylko niepraktykujący.

– To jak ty.

– Milczeć! Następny mądrala mi się znalazł. Lekcje odrobiłeś?

– Przecież zakazano. Nie ma prac domowych, nie pamiętasz?

– A niech to wszyscy…! E… no i do kogo mam to wszystko posłać, jak nie do diabła, co?

– Może: niech to wszyscy…

– No? – ojciec tryumfująco patrzył na syna. Przynajmniej humor mu się poprawił.

Kleofas nie wiedział, co powiedzieć, gdy przyszedł mu do głowy pomysł.

– Daj mi chwilę – rzekł i obróciwszy się na pięcie, pobiegł do swego pokoju. Tamże włączył komputer i uruchomił Danroga. „Niech on mi powie” – pomyślał – „co ma się stać z tymi, którzy kazali sporządzać listy nieobecności”.

No i Danrog powiedział. Wypluł z siebie stek obrzydliwych, ale celnych zarazem inwektyw, mieszających z błotem (i kałem) pomysłodawców tak durnego przedsięwzięcia. Kleofas wydrukował to zaraz (ojciec nie spojrzałby na monitor komputera – miał swoje zasady) i zaniósł staremu.

Pan Klaudiusz rzucił okiem na kartkę, a potem przeczytał ją chciwie.

– Dobre – rzekł – mocne. Skąd to masz?

– To mój program komputerowy.

– Hmm… sam bym lepiej tych drani nie określił. Wiesz co? – Panu Klaudiuszowi zaświtała pewna myśl.

– Tak?

– Wrzućmy do programu listę nieobecności z mojej kolejnej lekcji.

– A po co?

– Skoro mam już tworzyć takie durne listy, to niech przechowuje je program, który wie, co o nich myśleć.

– Ciekawy pomysł – zgodził się Kleofas – czemu nie?

 

5

Następnego dnia pan Klaudiusz przeleciał wzrokiem po klasie i nie uciekając się do Librusa (to było poniżej jego godności) sporządził na kartce z pamięci listę uczniów, których nie było na lekcji. To samo w każdej klasie i na każdej lekcji. Wróciwszy do domu, dał listy Kleofasowi do przepisania, po czym oryginały wyrzucił do śmietnika. Tak działali przez miesiąc. W tym czasie Danrog obsługiwał już pokaźną bazę danych, w których grupował nieobecnych według klas i liczby absencji. Można to było na różne sposoby zagregować i w razie potrzeby przedstawić dyrekcji. Pan Klaudiusz był zadowolony. Oficjalnie list nieobecności nie prowadził, cedując to na syna, a zarazem miał ogląd sytuacji (na podstawie wydruków, serwowanych mu co tydzień przez Kleofasa). Nie obyło się bez tego, by Danrog każdego nazwiska nie opatrywał kąśliwą adnotacją, w której dobitnie wyrażał swoją dezaprobatę (oględnie mówiąc) dla poszczególnych wagarowiczów. I nawet, jeśli niektórzy mieli zwolnienia lekarskie, Danrog był nieubłagany i albo szydził z nich jako z naciągaczy, albo jako z chorowitych ułomków, którym czas już na tamten świat.

W sumie pan Klaudiusz z synem mieli niezły ubaw.

Aż któregoś dnia po miesiącu miotania obelg i opluwania wagarowiczów, Danrog wytypował sześć nazwisk „szczególnie śmierdzących leni, niewartych dalszego utrzymywania przy życiu”, w tym dwóch „do natychmiastowej eliminacji”.

To już wzbudziło zaniepokojenie pana Klaudiusza. Polecił synowi zamknąć program i nie wprowadzać doń aktualizacji na listach nieobecności.

Zapomniał jednak kazać usunąć listy z pamięci Danroga. Ten zaś zdążył tymczasem pozyskać wystarczająco dużo informacji, dostarczanych mu gorliwie przez Kleofasa, by zawczasu przetransferować się na smartfony wytypowanej przezeń szóstki uczniów. I zaczął działać.

Pierwszym posunięciem było zakłócenie użytkownikom ich forów społecznościowych. Facebook co rusz się zawieszał. Bardziej wrażliwe aplikacje, jak Messenger i WhatsApp od razu odmówiły uczniom współpracy.

W końcu i na Facebooku zaczęły dziać się coraz dziwniejsze rzeczy. Uczniowie stracili możliwość zamieszczania i komentowania czegokolwiek. Potem nagle zniknęli z kont innych użytkowników. Facebook zdawał się ich nie zauważać. Nastąpiła wirtualna śmierć cywilna.

Potem z telefonów uleciały wszystkie zapisane numery. Trzeba było je mozolnie odzyskiwać drogą pytań, wymagających osobistych spotkań. Łatwo nie było.

– Po co ci mój telefon, skoro ani nie dzwonisz, ani nie odbierasz? – pytali koledzy. Po solennych zapewnieniach, że to nie fochy i dąsy, i że chcą być w kontakcie, dostawali wreszcie żądane numery. Po czym te znów „wyparowały”. Wymiana smartfonów nic nie dała. Owszem, wygenerowała koszty i naraziła uczniów na gniew rodziców. A gdy już jakiś działał, to i tak marny był zeń pożytek. Kiedy się dzwoniło do kolegi, numer był wciąż zajęty – choć potem w osobistych rozmowach okazywało się, że kolega z nikim w tym czasie nie rozmawiał. Smartfony nie łączyły też połączeń przychodzących. Widziałeś, że dzwoni kumpel, z radością odbierałeś – i natychmiast wysiadała bateria. Podłączałeś, oddzwaniałeś – numer zajęty. Dawałeś telefon ojcu z prośbą, by zadzwonił do twojego kumpla. Najmniejszych trudności. „O co ci chodzi, synu?”

Długo tak się nie dało. Uczniowie zaczęli popadać w coraz to gorszy nastrój. Mówiło się o depresji. W szkole oczywiście nie pojawiali się. Szkolnemu psychologowi było to nawet na rękę, bo nie chciał mieć do czynienia z „wariatami”. W końcu Bartek – jeden z dwóch, wytypowanych przez Danroga do „natychmiastowej eliminacji” – poszedł nocą na tory i położył się, by ze sobą skończyć. Przeleżał do rana i paskudnie się zaziębił. Od ojca odebrał opierdziel, a z Internetu dowiedział się o niespodziewanej awarii, która unieruchomiła pociągi na całą noc. „Jutro mi się uda” – pomyślał. Tymczasem jednak zamiast położyć się znów na torach, musiał położyć się do łóżka z wysoką gorączką.

Na jego profilu facebookowym pojawiła się wiadomość „Nawet zabić się nie potrafisz! Przegryw!”.

Kto mógł to napisać? Nie miał tego użytkownika wśród znajomych. Jakiś Danrog, hmm…

Szczęśliwie miał starszą siostrę Wiktorię, w której podkochiwał się Klemens. Odwiedziwszy wybrankę swego serca, zajrzał do pokoju jej młodszego brata. Wiktoria skarżyła mu się, że brat bredzi w malignie i nawet sam do siebie jakieś hejty pisze, skoro inni go ignorują.

– Daj, niech zobaczę – powiedział Klemens i korzystając z przewagi wzrostu i siły, po prostu zabrał smartfon gorączkującemu Bartkowi. – Danrog? Gdzieś to słyszałem.

A wróciwszy po udanej randce do domu, wkroczył do pokoju Kleofasa i bez wstępnych ceregieli wypalił:

– Co ty odpierdzielasz, smarkaczu?!

– Czego chcesz?

– Dobrze wiesz! Hejtujesz kolegów ze szkoły.

– Ja?

– Ty!

– A kogo niby?

– A Bartka Kostrzewę?

– Brata twojej laski? No co ty? Nie widziałem go chyba z miesiąc. Nie pojawia się nawet w szkole. Czemu miałbym go hejtować?

– Temu. – I tu Klemens pokazał mu na swoim smartfonie zdjęcie, jakie zrobił smartfonowi Bartka. – Mówi ci to coś?

– Danrog? To moja baza danych.

– Możesz mi to wyjaśnić?

Kleofas podrapał się po głowie i otworzył Facebook. Nigdzie nie znalazł użytkownika o nazwie „Danrog”. U Klemensa też takiego nie było. Czyżby pojawił się tylko na smartfonie Bartka? Przecież to nonsens!

– Coś mi tu śmierdzi – rzekł Klemens – uruchom Danroga.

– Nie! – głos ojca doszedł do nich od drzwi. Obejrzeli się.

– Tata?

– Nie włączaj Danroga. Rozmawiałem o sprawie z księdzem Józefem.

– A co on ma do rzeczy? – zdziwił się Kleofas, po prawdzie niezbyt religijny.

– To staruszek jeszcze żyje? – dodał Klemens.

– Żyje i ma się dobrze. Wiesz, że jest wujem księdza Andrzeja?

– Naszego duszpasterza akademickiego? – Klemens zdawał się nie kojarzyć tych faktów.

– Tak jest.  

– Hmm, ciekawe…

I Klemens zamyślił się. Tak, ksiądz Andrzej pracował na uczelni od niedawna, a już dał się poznać z dosyć osobliwej strony. Był gorliwym duszpasterzem, przeniesionym na uczelnię przez biskupa z jednej z parafii, w której w dobie zarazy organizował tajne msze łacińskie, ignorując przy tym surowy zakaz papieża. Ksiądz Andrzej, upomniany przez biskupa, wyraził się dość nieoględnie na temat ostatnich rozporządzeń Stolicy Apostolskiej, dając biskupowi powód do posądzenia go o bycie kryptosedewakantystą. Skoro ksiądz Andrzej odpowiedział wymijająco na tę sugestię, hierarcha uznał, że nie wolno go trzymać na parafii. Odesłał go zatem na uczelnię, gdzie narobi mniej szkód. „Niech sobie tam odprawia te swoje łacińskie msze” – myślał biskup. „W końcu to nie kościół parafialny”.

Księdzu Andrzejowi mogło się przytrafić coś gorszego niż zsyłka na uczelnię, ale biskup nie śmiał szkodzić zbytnio siostrzeńcowi księdza Klingi-Tomaszewskiego. Powiadano o nim, że zachowawszy znajomości ze starych czasów, gdy był „tajnym kapelanem Partii”, otrzymał od swych podopiecznych różne ciekawe i cenne dokumenty jako ubezpieczenie na starość. Nikt po prawdzie nie wiedział, czy i co znajduje się tam przeciwko różnym prałatom i kurialistom, ale na wszelki wypadek wolano tego nie sprawdzać. Zakładano, że ksiądz Józef niebawem odejdzie z tego świata i wtedy kuria przejmie jego spadek wraz z popartyjną dokumentacją.

Tymczasem więc ksiądz Andrzej mógł czuć się bezpiecznie – jako że i jego wuj, choć po osiemdziesiątce, ale wyglądał czerstwo i bynajmniej na tamten świat się nie wybierał. Skoro Andrzej przejął duszpasterstwo akademickie na uczelni, znalazł je w ogromnym nieładzie. Jego poprzednik, emerytowany ksiądz Mieczysław, wyznawał zasadę, że „miłość Boża zwycięża świat” i pobłażał swoim młodym podopiecznym. „Kiedy mają się wyszumieć, jak nie teraz?” – mawiał. Andrzej miał zgoła inne podejście.

Klemens dobrze zapamiętał pierwszą mszę świętą odprawioną przez księdza Andrzeja w kościele akademickim. Młodzież z gitarami zaśpiewała „Boża radość jak rzeka / Boża radość jak rzeka / Boża radość wypełnia duszę mą”. Na koniec mszy ksiądz Andrzej zaintonował „Adoramus Te, Christe / et benedicimus Tibi / quia per crucem Tuam / redemisti mundum”.

A po drodze wygłosił płomienne kazanie, mniej więcej w tym duchu:

– Przychodzicie tu sobie do kościoła jak do siebie, cali w grzechach i nie wahacie się przyjmować Pana do swych brudnych i zatwardziałych serc. Spowiadacie się jeden z drugą co miesiąc z tego samego grzechu – wiecie, o czym mówię. Nie? O łamaniu szóstego przykazania! Spowiadacie się i nie zamierzacie z niego zrezygnować! „Proszę księdza, bo my się kochamy” – mówicie. I dobrze, że się kochacie. Ale czemu jeden drugą czy jedna drugiego ciągnięcie w ogień wieczny? Taka to ma być wasza miłość? Fuj! Zatwardziały wasze serca i ociemniały wasze oczy! Przebudźcie się, nawracajcie i wierzcie w Ewangelię, a nie znieważajcie Pana marnotrawieniem Jego łask!

I dalej coś koło tego. Po czym w ramach ogłoszeń duszpasterskich zaprosił na piątkową Drogę Krzyżową. A gdy ktoś ze studentów ośmielił się zauważyć, że to dopiero październik i do Wielkiego Postu jeszcze pół roku, ksiądz Andrzej zagrzmiał:

– Jak za diabłem chadzać jego krętymi ścieżkami grzechu to macie czas codziennie i nie wadzi wam, że do Halloween jeszcze daleko! A iść drogą Pana to nie ma kiedy, tak?

I mało ich nie przepędził z kościoła.

W każdym razie Klemens sobie odpuścił. Wiedział tylko, że odeszła większość młodzieży. Zostali nieliczni, za to zdeterminowani akolici księdza Andrzeja, za którym poszliby w ogień.

Księdzu Andrzejowi zdawało się to nie przeszkadzać. Grzmiał, że nieliczni przejdą przez ciasną bramę. I kiedy Jego Magnificencja ogłosił, że na uczelni mają być sporządzane listy nieobecności, ksiądz Andrzej jako jeden z pierwszych ochoczo podchwycił tę inicjatywę. Pilnie sprawdzał, kto bywa na mszach i modlitwach wspólnotowych. A choć od wprowadzenia nowej zasady nie minęło wiele czasu, szybko sporządził listę zaprzańców i apostatów, wobec których zamierzał podjąć szczególnie intensywne i bezkompromisowe działania duszpasterskie. Osobliwie zamarzyła mu się całoroczna kolęda, w ramach której chciał odwiedzać akademiki, stancje i domy prywatne studentów, by głosić im Dobrą Nowinę.

– To może zaprosimy go na kolędę? – zapytał Klemens.

– Co? – zgodnie zdziwili się ojciec i młodszy brat. – W okresie wielkanocnym?

– To będzie dobry pretekst. Przecież nie rozpowiemy wszystkim, że Kleofas o mało nie nadał nowej treści tatowej ksywie?

– Mówisz o Grabarzu? – pan Klaudiusz wiedział, co w trawie piszczy.

– Aha. Zresztą, wiem od Wiktorii, która bywa na mszach księdza Andrzeja, że sam wystąpił z inicjatywą całorocznej kolędy.

– Permanentna inwigilacja! – rzucił Kleofas, cytując „Seksmisję”.

– Dla nas korzystna przykrywka – odparł Klemens.

– Wyjdziemy na bigotów! – opierał się brat.

– Synu, skąd znasz takie słowo?

– Twój syn pewnie boi się, co ksiądz odkryje w jego komputerze.

Pan Klaudiusz, który sam nie był bez winy, postanowił wziąć Kleofasa w obronę:

– Nie ma tam nic takiego, co by mogło nas zawstydzić.

– To czemu nie pozwoliłeś uruchomić Danroga?

– Ksiądz Józef mnie prosił. Mówiłem przecież, że rozmawiałem z nim.

– Tak? I co mu powiedziałeś?

– Że mamy bunt robotów.

– Co?! – krzyknęli obaj bracia.

– No co? Komputer to maszyna, a robot to też maszyna, nie? Więc jeśli komputer się buntuje, to jak to nazwać?

– Awarią?

– Wtedy ksiądz Józef odesłałby mnie do informatyka albo do serwisu.

– A czemu akurat z nim o tym rozmawiałeś?

– Jakoś samo wyszło przy spowiedzi.

– Aha. Teraz rozumiem – Klemens musiał przyznać, że tatuś kultywował stare obyczaje kościelne.

 

6

Komputer wraz ze zbuntowanym programem pozostał zatem nietknięty. W nocy wiało potężnie i młodzi Grabowscy bali się, czy może ktoś się nie powiesił.

– Głupie przesądy! – zagrzmiał pan Klaudiusz, po czym nad ranem obdzwonił rodziców całej szóstki, wytypowanej przez Danroga do eliminacji. Zdębiał, gdy się dowiedział, że Patryk Kolczyk nie wrócił na noc.

– Czy zgłosili państwo zaginięcie syna na policję? – zapytał.

– Gdzie tam! Po pierwsze za wcześnie, a po drugie pewnie znowu gdzie zachlał z kolegami. Mówię panu, co ja mam z tym nicponiem! Ósma klasa, a jemu się wydaje, że już dorosły. Nic tylko wagary, wódka i fajki. Zupełnie jak jego ojciec.

– Dziękuję, ale proszę mnie powiadomić, gdy się znajdzie, dobrze?

– Dobrze, choć nie sądzę, by był w stanie przyjść na pana lekcję.

„Oby w ogóle był w stanie coś zrobić” – pomyślał pan Klaudiusz i głośno rzekł:

– Gdzie ten ksiądz, u licha?

– Ksiądz?

– Nie, przepraszam pani Kolczykowa, to nie do pani.

– Aha. A co, stało się coś? Ktoś umarł?

– Niech pani wypluje te słowa!

– Panie Klaudiuszu, jak pan mówi!

– Przepraszam, poniosło mnie. Nic się nie stało, czekamy tylko na księdza Andrzeja. Syn, wie pani, udziela się w duszpasterstwie akademickim i zaprosił księdza do nas…

– O, to jak mój starszy! Choć Leszek mówił, że Klemensa dawno w kościele nie było?

– No właśnie, to w tej sprawie. Mój znów chce się udzielać i dlatego… ale, nie będę pani głowy zawracać. Proszę dać znać, gdy Patryk się zjawi.

– Oczywiście.

– No to do widzenia pani!

– Do widzenia, panie Klaudiuszu! I proszę nie być dla Patryka zbyt surowym! Ma trudny okres, wie pan. Koledzy jakoś się od niego odwrócili. Stąd pewnie to złe towarzystwo. Wie pan, że Patryk do nikogo nie może się dodzwonić? Halo? Czy słyszy mnie pan?

Pan Klaudiusz dawno już odłożył telefon i pogrążył się w ponurych rozmyślaniach. Tak, zapił się na śmierć! Ale wtedy by nie wiało. Wieje, gdy się kto powiesi. Tfu! Co za głupie zabobony. Nie może się dodzwonić? Do kogo? A!

– Tak, przepraszam, zamyśliłem się. Oczywiście, tak, te telefony to nic dobrego. Do zobaczenia pani!

I od razu włączył czerwoną słuchawkę. Trudno, jeśli Patryk się powiesił (a może zapił?) Kolczykowa będzie miała inne sprawy na głowie, niż obrażanie się na pana Klaudiusza za przerwanie rozmowy. Jakoś to zniesie. W końcu to on ma z nią do pogadania na temat nieobecności Patryka w szkole. Miał tu nawet listę jego absencji. Tam, do licha! Jest wgrana w Danroga! Nie sprawdzi jej teraz. Gdzie ten ksiądz?

– Gdzie ten ksiądz? – rzekł znów głośno pan Klaudiusz.

– Tu, jeśli mnie pan szuka – rozległo się od drzwi. – Szczęść Boże i pokój temu domowi!

– Szczęść Boże, dzień dobry i witamy! – Pan Klaudiusz ucieszył się, widząc księdza Andrzeja w drzwiach mieszkania. Klemens już zdejmował jego płaszcz i kłaniał się wpół, przepraszając za ostanie nieobecności na zebraniach duszpasterstwa.

– No tak, dawno cię nie widziałem – przyznał ksiądz Andrzej – mam cię nawet na liście nieobecności.

Pan Klaudiusz i obaj synowie (Kleofas wynurzył się bowiem tymczasem ze swego pokoju) zamarli na dźwięk tych słów.

– Lista nieobecności? – niepewnym głosem zapytał pan Klaudiusz.

– Tak. Zgodnie z zarządzeniem rektora – obojętnie odparł ksiądz Andrzej.

– Komputerowa? – zapytał Kleofas.

– Na razie odręczna, ale zamierzam wgrać w komputer. Janek z drugiego roku filozofii, twój kolega, tylko bardziej wierzący – ksiądz Andrzej zwrócił się do Klemensa – mówił mi niedawno, że twój brat jest biegły w informatyce i mógłby nawet napisać program, monitorujący nieobecności? Czy może już napisał?

Ksiądz Andrzej popatrzył na Kleofasa, który z miejsca poczerwieniał. „Czyżby ksiądz Józef zdradził siostrzeńcowi tajemnicę spowiedzi? Dobrze, że do niej nie chodzę” – myślał.

– Przejdźmy może do salonu – zaprosił gościa pan Klaudiusz. – Żona zaraz przygotuje poczęstunek. Kawy czy herbaty?

– A macie coś innego?

– Słucham?

– Najlepiej wodę, może być gazowana. Wiecie, wszędzie te herbaty i kawy. To używki, a bądź co bądź, jeszcze niedawno był Wielki Post.

– A, oczywiście! – pan Klaudiusz odetchnął. – Kochanie, podasz nam wodę do salonu? – krzyknął w stronę kuchni.

– Jest w szafce, weźcie sobie!

– Dziękuję, kochanie.

I pan Klaudiusz spojrzał przepraszająco na gościa.

– Kobieta wyzwolona, wie ksiądz.

– Tak? Hmm, a to ciekawe…

Zebrali się zatem w salonie, który ksiądz Andrzej najpierw poświęcił („wyszło na jaw, po co była mu ta woda” – pomyślał Kleofas), po czym zasiedli do przyjacielskiej rozmowy duszpasterskiej.

– Co tam u was słychać? – zagaił ksiądz Andrzej, sięgając do teczki. Po czym wyjął z niej rachunek sumienia i rzekł: – To może po kolei. Przykazanie pierwsze… nie musicie mówić. Pan Klaudiusz praktykuje, wy, chłopcy, macie tu chyba sporo do nadrobienia.

– Wielebny, ale my nie o tym chcieliśmy rozmawiać – ośmielił się przerwać pan Klaudiusz.

– Wiem, że nie o tym. Ksiądz Józef wtajemniczył mnie w to i owo.

„A jednak!” – pomyślał Kleofas.

– W każdym razie – ciągnął gość – wujek powiedział mi, że potrzebujecie pomocy duchowej i to pilnie. Niewiele więcej chciał powiedzieć; tajemnica spowiedzi, wiecie…

„Sprytna bestia” – myślał Kleofas. „Chce zdobyć nasze zaufanie”.

– Jednak tyle mi rzekł, że macie tu poważne kłopoty rodzinne i on podejrzewa udział siły nieczystej. W tej sytuacji, zanim przystąpimy do czegokolwiek, muszę rozeznać się w waszej kondycji duchowej.

– Oczywiście, ale to chyba nie czas i miejsce na spowiedź? – zapytał Klemens.

– Na to jest zawsze czas i miejsce, dopóki nie jest za późno – zauważył ksiądz Andrzej. – Zaczniemy zatem od rachunku sumienia. Potem wyspowiadacie się indywidualnie.

Tego już było Kleofasowi za wiele. Wstał i krzyknął:

– Nie! Ja się spowiadać nie będę!

– Trudno – odparł ksiądz Andrzej – w takim razie ja nie będę mógł ci pomóc.

Pan Klaudiusz pomyślał zaraz o zaginionym Patryku i spojrzawszy surowo na syna, rzekł:

– Nie pozwalaj sobie! Gość w dom, Bóg w dom!

– No właśnie – zgodził się ksiądz Andrzej.

– No, ale trzeba mieć wolę spowiedzi – bronił się Kleofas.

– A co, takiś bezwolny? – zapytał ksiądz. – Ja nie naciskam – ciągnął – ale wybór należy do ciebie. Nie ma spowiedzi, nie ma pomocy. To co?

Chcąc nie chcąc (a bardziej nie chcąc) Kleofas dał się wreszcie namówić do spowiedzi. Klemensowi też nie było do niej śpieszno, bo miał swoje sprawki z Wiktorią, ale ojciec i ksiądz byli nieubłagani. Zostawieni sam na sam z duchownym, obaj bracia przekonali się wkrótce, że jakkolwiek powierzchowności był srogiej, to jednak jako spowiednik miał duże doświadczenie i wyczucie. Kleofas doszedł nawet do wniosku, że ksiądz Andrzej chyba naprawdę wierzy w to, co robi (Klemens od dawna był o tym przekonany). Dość, że obaj po spowiedzi płakali jak bobry, aż ojciec się zaniepokoił.

– Ostro nabroili? – zapytał księdza.

– Standard. Nie takie rzeczy się słyszało. – Ksiądz Andrzej bynajmniej nie był zaniepokojony stanem duchowym swych penitentów.

– No, a teraz – oznajmił po udzieleniu absolucji – możemy zająć się twoim programem, synu. Ciekawych rzeczy się o nim dowiedziałem. – I spojrzał karcąco na pana Klaudiusza.

Widząc, że wszyscy stoją niepewnie, dodał:

– Rusz się, Kleofasie. Otwieraj komputer i kasuj program.

– Nic mi nie będzie?

– A gdzieżby!

Zatem Kleofas uczynił, co mu nakazano. Dla pewności sformatował dysk. Ksiądz Andrzej przyznał, że nie wie, czy to jakie nieziemskie licho tam siedziało, czy może to jakaś zaawansowana technologia AI. W każdym razie orzekł, że sprawa jest zamknięta.

– I na przyszłość nie próbuj podobnych rzeczy! – rzekł do Kleofasa. – A ty go pilnuj – zwrócił się do pana Klaudiusza.

– Tak jest, proszę księdza! – odrzekli obaj.

– No, to dawajcie kawę. Teraz możemy.

– Z mlekiem?

– Czarną. Sutanna zobowiązuje, prawdaż…

 

7

Gdy ksiądz Andrzej spowiadał twórcę Danroga, w kancelarii premiera odbyła się ważna rozmowa. Zgłosił się osobiście szef kontrwywiadu.

– Panie premierze, mamy arcyciekawą informację z zaufanego źródła.

– O, a czegóż dotyczy?

– Bezpieczeństwa państwa.

– Naprawdę? Słucham więc.

– Otóż major Borowik, pozytywnie zweryfikowany, zachował kilka starych kontaktów. TW Feliks…

– Kto?

– Ksiądz Tomaszewski.

– Aha. No więc?

– A więc Feliks, to jest Tomaszewski, zadzwonił do Borowika i w zaufaniu poradził mu, by zhakował co prędzej zawartość komputera należącego do pewnego ucznia.

– Co wy mi tu…?

– Panie premierze, sprawa gardłowa. Ksiądz nie gadał wszystkiego, bo dowiedział się na spowiedzi i sam szczegółów nie zna. Dał jednak do zrozumienia, że gnypek opracował program śledzący zawartość danych zapisanych na smartfonach innych użytkowników i ponoć blokujący wybrane połączenia.

– O, a to dobre. I co, zajął pan się tym?

– Naturalnie. Program nazywa się Danrog.

– Dziwna nazwa.

– Pewnie coś z Tolkiena, albo Pottera. Wie pan, panie premierze, dzisiejsza młodzież…

– Nie pierdziel mi pan tu o dzisiejszej młodzieży, tylko dawaj ten program.

– Tak jest!

Po czym szef kontrwywiadu otworzył komputer i zaprezentował premierowi Danroga. Nie zrobiło to zrazu na premierze większego wrażenia. Postanowił jednak wgrać sobie aplikację na smartfon i – zgodnie z instrukcją szefa kontrwywiadu – wpisać do niej numer telefonu i kilka podstawowych danych Prezesa.

– Zobaczymy, czy uda się pomieszać szyki Szczwanemu Lisowi – zauważył premier.

Na skutki trzeba było trochę poczekać, jednak przerosły one wszelkie oczekiwania. Najpierw telefon, a potem rozmaite inne aplikacje społecznościowe lidera opozycji zaczęły wariować i odmawiać mu posłuszeństwa. Z czasem doszło do tego, że mógł dodzwonić się i odebrać telefon tylko od jednego człowieka – premiera.

– Mamy drania! – cieszył się szef rządu.

Później jednak stało się coś dziwnego. Czy było to jakieś sprzężenie zwrotne, czy inne licho – premier również zniknął z sieci internetowej i telefonicznej; mógł dzwonić i korespondować tylko z Prezesem.

Nagle obaj okazali się zdani na siebie.

Nic nie pomagało. Gdy Prezes pożyczał telefon od kolegi klubowego, ba, nawet od przechodnia i dzwonił do kogokolwiek, z drugiej strony odbierał premier. I na odwrót. Zmiana sprzętu nic nie dała. Jakby Danrog przyczepił się do nich, użytkowników, zamiast do konkretnych urządzeń.

Otoczenie obu polityków szybko dostrzegło, że nadzwyczaj dużo i często ze sobą rozmawiają. I co z tego, że się opluwają i znieważają? To chyba dla pozoru tylko. Bo też zupełnie ignorują najbliższych nawet współpracowników. Trzeba się było umówić na osobiste spotkanie, by móc porozmawiać z premierem bądź z Prezesem.

Odcięci od mediów i skazani na siebie, powoli tracili kontrolę nad własnymi partiami. Aż stało się najgorsze. Rząd upadł, a wyzwoleni spod kontroli swych szefów politycy obu ugrupowań utworzyli gabinet koalicyjny, uzgadniając podział dochodów z państwa. Dla niepoznaki i jako symbol zgody narodowej na urząd prezesa Rady Ministrów zaproponowano polityka niezależnego – posła Jakuba Markowiaka.

Prezydent zaprzysiągł go na urzędzie premiera.

A sfrustrowani były premier i były prezes klęli na czym świat stoi, daremnie próbując skontaktować się z kimkolwiek. Aż wreszcie obu zaczęto widywać częściej na poczcie. Ku zdziwieniu opinii publicznej, wrócili do pisania listów i kartek. Choć i te potrafiły pomylić adresata i lądowały w skrzynkach obu adwersarzy. Danrog, jak widać, doskonalił się i poszerzał swoje możliwości.

Koniec

Komentarze

Lubię historyjki na pograniczu absurdu. 

Pozdrawiam

Dobra historyjka:) Pozdrawiam :) 

"Sukces to ponoszenie porażek bez utraty entuzjazmu" - W. Churchill

Rewelacyjny, rozbudowany diss na nasz system dwupartyjny i te wszystkie “fikołki logiczne”, które funduje nam “prawdziwa” polityka. Chociaż być może “prawdziwi politycy” też starają się robić sobie żarty z wyborców i wkrótce realne “fikołki” polityków będą jeszcze bardziej finezyjne niż ten tekst;). Będziesz musiał wtedy napisać nową ulepszoną wersję ;).

Scena, w której polityczni wrogowie w sekundę dogadują się przy rumuńskiej śliwowicy, żeby chronić własną pozycję – klasyka gatunku. Po tym pomyślałem, że jesteś zawodowym politykiem znającym to od podszewki ;). Bardzo dobra trafna satyra. Pozdrawiam!

Dziękuję Wam za przeczytanie (dość długiego) opowiadania i pozytywne komentarze. Cieszę się, że się Wam spodobał:)

Grzesiek_W,

nie, na szczęście nie jestem zawodowym politykiem:)

Tekst jest świetny, ale gdzie tu fantastyka? Wszak to sama prawda, tylko prawda i cała prawda. Gratulacje Pozdrawiam serdecznie:)

Fajny tekst.

Dobry pomysł na political fiction. Miejscami absurdalny, gdzie indziej zabawny. Zakończenie mnie usatysfakcjonowało. Dobrze im tak. :-)

To kiedy wpuszczasz im Danroga? ;-)

Babska logika rządzi!

Teo Max Finkla,

dziękuję za przeczytanie. Bardzo mi miło, że opowiadanie Was ubawiło. W sumie o to chodzi:)

No tak, prawda i tylko prawda. Może i przydałby się Danrog…:)

Pozdrawiam serdecznie!

Nowa Fantastyka